Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Kurek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Kurek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2019

Pod-Grzybki 158

Czerska trzyma twardy zgryz buldoga i nawet po świętach nie odpuszcza tematu „sądu nad Judaszem” w Pruchniku. „Nie wiadomo, dlaczego po latach społeczność Pruchnika postanowiła wrócić do tego zwyczaju” - dziwi się redaktor. Drodzy Czerscy, w ramach dnia dobroci dla niekumatych podrzucę wam kilka haseł: żydowskie roszczenia, ustawa 447, polskie obozy śmierci, Israel Katz, antysemityzm wyssany z mlekiem matki - mówi wam to coś?


*

Swoją drogą, batożenie Judasza i samo wspominanie o tej postaci każdorazowo jakoś dziwnie pobudza środowiska żydowskie. Cóż, w domu, nomen omen, powieszonego, nie wspomina się o sznurze (chyba, że wesoło dynda na nim Haman) – a tym bardziej o zdrajcy, który wydał Sanhedrynowi na śmierć Odkupiciela, po to, by żydowska starszyzna rękoma Rzymian mogła zgładzić „bluźniercę” i w ten osobliwy sposób uświetnić święto Pesach gwoli podkreślenia religijnej ortodoksji. A przecież Czerscy tyle wysiłku włożyli w promowanie gnostyckich bredni z „Ewangelii Judasza”, w której zdrajca chodzi w glorii mędrca. Teraz Żydom zostaje już tylko ogłosić Judasza bohaterem narodowym i wysłać deputację do papieża Franciszka z ultimatum, by przyklepał ten werdykt - bo jak nie, to ucierpi „dialog”. Zakład, że by się zgodził?


*

Na powyższy wniosek naprowadziła mnie wiadomość, że 8-9 maja Papieski Instytut Biblijny wraz z Global Jewish Advocacy i z pełnym błogosławieństwem papieża Franciszka organizuje konferencję, której celem jest przedefiniowanie spojrzenia na relacje między Jezusem a faryzeuszami. Otóż wg nowego podejścia, Jezus wcale nie był z faryzeuszami skonfliktowany, gdzieżby! Faryzeusze byli dotąd osądzani niesprawiedliwie i należy się im rehabilitacja, a Jezus był ich... uczniem i wychowankiem. Jak więc mniemam, od tej pory Ukrzyżowanie zostanie uznane za wynik niefortunnego nieporozumienia, określenie „faryzeizm” stanie się wyszukanym komplementem, zaś „groby pobielane” - pochwałą estetyki i schludności.


*

Z weselszych wieści. Ciśnienie buzujące pod czaszką szefa „Zony Wolnego Słowa” sprawiło, że w końcu odkręcił mu się czubek głowy, uwalniając tkwiące wewnątrz maligny. Wskutek tego, pan „Sakiewka” wysmażył nieprzytomny elaborat w którym zwyzywał narodowców z Konfederacji od „ruskich agentów”, „moczarowców” i generalnie szkodników działających w interesie lewactwa. Czyli, stan nerwów proporcjonalny do spadków sprzedaży jego gazet, utrzymujących się na powierzchni już tylko dzięki zapomogom państwowych spółek. Jeśli dodać rozbuchane ego i ambicje – efekt musiał być właśnie taki. Cóż, wszak mamy do czynienia z wiecznie niespełnionym „Michnikiem prawicy” - nic więc dziwnego, że koniec końców przyszła pora na iście michnikoidalne odloty.


*

Mózg mi stanął” - tak dr Ewa Kurek skomentowała wypowiedź min. Glińskiego, że ekshumacji w Jedwabnem nie będzie, bo Amerykanie wycofają wtedy swoje wojska z Polski. Szanowna Pani doktor, już wyjaśniam: to się nazywa „wstawanie z kolan”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (30.04-09.05.2019)

niedziela, 17 czerwca 2018

Dr Ewa Kurek do Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej?

Panie Premierze, pozwalam sobie zasugerować kandydaturę dr Ewy Kurek na funkcję Przewodniczącej Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej kolejnej kadencji.

I. Męczeństwo Barbary Engelking

W minionych dniach przez liberalno-lewicowe media przetoczył się zbiorowy jęk grozy. Powodem do wszczęcia tzw. paniki moralnej stała się (nieoficjalna) zapowiedź „wyrzucenia” prof. Barbary Engelking z funkcji przewodniczącej Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Protestujący twierdzą, iż jest to „kara” za napisaną wspólnie z prof. Dariuszem Grabowskim książkę „Dalej jest noc” przedstawiającą udział Polaków w mordowaniu Żydów jako normę w okupacyjnej rzeczywistości. Prezes PAN, prof. Jerzy Duszyński, w liście do premiera Mateusza Morawieckiego rozdziera szaty, że utrata „stabilności działania oraz składu Rady” będzie kolejnym – po nowelizacji Ustawy o IPN – krokiem pogarszającym polskie relacje z Izraelem, diasporą i USA. Prof. Dariusz Stola (dyrektor muzeum „Polin”) prorokuje, iż nowej Rady „nikt nie będzie traktował poważnie”. Wszyscy razem zaś przechodzą do porządku dziennego nad faktem, że takie postawienie sprawy jest otwartym zanegowaniem naszej suwerenności – oznacza bowiem, iż premier winien powoływać szefa swojego organu doradczego pod zewnętrzne dyktando. Tyle, jeśli chodzi o telegraficzne streszczenie tonu dominującego w organach „totalnej opozycji”. Poza prostą dychotomią skonstruowaną na zasadzie: z jednej strony bezkompromisowy naukowiec nie wahający się obnażać ciemnych kart polskiej historii, z drugiej zaś mściwi i małostkowi siepacze z PiS-u – nie ma tam niczego więcej.

Zanim jednak przejdziemy dalej, kilka słów o samej instytucji. Międzynarodowa Rada Oświęcimska powołana została w 2000 r. zarządzeniem premiera Jerzego Buzka w miejsce działającej dotychczas Międzynarodowej Rady Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Ma formalny status organu pomocniczego Prezesa Rady Ministrów, zaś jej członkowie powoływani są na 6-letnią kadencję. Zajmuje się opiniowaniem, doradztwem i wspomaganiem zarówno działalności muzeum Auschwitz-Birkenau, jak i innych placówek upamiętniających hitlerowskie miejsca zagłady. Obecną przewodniczącą jest Barbara Engelking (od 2014 r. - w miejsce zmarłego Władysława Bartoszewskiego). Kadencja obecnego składu Rady upływa jesienią bieżącego roku.

Zatem, mamy obaloną pierwszą manipulację: otóż nikt Barbary Engelking nie „zwalnia”, ani nie „wyrzuca” - po prostu w tym roku kończy się jej kadencja i prawdopodobnie nie zostanie powołana na następną. Nominowanie przewodniczącego jest wyłączną prerogatywą premiera – najwyraźniej jednak protestujący nie są w stanie przyjąć tej prostej prawdy do wiadomości, a Barbara Engelking stała się z miejsca kolejną męczennicą „pisowskiego reżimu”.


II. Sami swoi

Trzeba jednak przyznać, że polityka personalna kolejnych rządów mogła dotychczasowych beneficjentów utwierdzić w przeświadczeniu, że Rada Oświęcimska została im oddana we władanie raz na zawsze, zaś rola premiera sprowadzać się będzie do podżyrowywania wskazanych mu „właściwych” kandydatur. Oni najzwyczajniej w świecie uznali, iż posiedli monopol na tematykę Zagłady, niemieckich obozów, tudzież relacji polsko-żydowskich w czasie wojny i po niej. A monopol ten otrzymali bądź ze względu na pochodzenie, bądź też poprzez odpowiednie poglądy potwierdzone towarzyskim glejtem wystawionym przez grono „autorytetów”. Toteż dotychczas owo gremium uzupełniało się de facto przez kooptację wedle ściśle przestrzeganego klucza: przedstawiciele środowisk żydowskich, przedstawiciele Izraela, ludzie tzw. lewicy laickiej oraz kato-lewicy (dobrze jest zaświecić koloratką bądź nawet biskupią tiarą w charakterze listka figowego) plus na dokładkę kliku zachodnich liberałów zaangażowanych w „dialog” z Żydami. Biorąc pod uwagę zarysowany tu kontekst, nie dziwi, że zapowiedź nieprzedłużenia kadencji przewodniczącej została potraktowana niczym uzurpacja.

Aby nie być gołosłownym, oto kilka przykładów z obecnego składu Rady Oświęcimskiej: prof. Barbara Engelking – przewodnicząca; wiceprzewodniczący – Avner Shalev, dyrektor generalny Yad Vashem; kolejny wiceprzewodniczący – Henryk Wujec; Ronald Lauder – przewodniczący Światowego Kongresu Żydów; prof. Dariusz Stola – dyrektor muzeum „Polin”; David Harris – dyrektor wykonawczy American Jewish Committee; dr Piotr Cywiński – dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau; dodajmy jeszcze abp. Grzegorza Rysia, kojarzonego mocno z „liberalnym” nurtem w Kościele.

Pełny skład Rady dostępny jest na stronach muzeum – tu tylko dodam, że przygniatającą większość stanowią albo osoby pochodzenia żydowskiego, albo aktywnie wspierające żydowską agendę polityki historycznej. Oczywiście, obecność Żydów w takim gremium jest naturalna – jednak rzucająca się w oczy nierównowaga ma określone konsekwencje w postaci chociażby zdominowania aktywności Rady przez tematykę holokaustu i marginalizowania cierpień innych narodowości, w tym Polaków. Mówiąc wprost, taka dysproporcja w składzie personalnym odzwierciedla kreowany na użytek światowy „nacjonalistyczny” obraz obozu w Auschwitz jako miejsca zagłady Żydów – i tylko Żydów.

Na powyższe nakłada się okoliczność, że nie sposób oddzielić działalności członków Rady od innych form ich zaangażowania publicznego. Pozostając tylko przy obecnej przewodniczącej – Barbara Engelking znana jest ze swojego skrajnie stronniczego i „etnocentrycznego” spojrzenia na relacje polsko-żydowskie w czasie niemieckiej okupacji. Do annałów przeszła jej stricte szowinistyczna wypowiedź, że dla Polaków „śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć, a dla Żydów była to tragedia, to była metafizyka, spotkanie z Najwyższym”. Innymi słowy, tylko Żydzi mają wystarczająco wysublimowane życie duchowe, by pojmować całe misterium śmierci – reszta to byty niższe, wegetujące wyłącznie na poziomie „biologicznym”. I pomyśleć, że to Polakom zarzuca się narodową megalomanię... Jeżeli dodać publikacje pani Engelking koncentrujące się niemal wyłącznie na podkreślaniu polskiej odpowiedzialności i winy za holokaust (a do tego obecność w Radzie prof. Stoli, organizatora antypolskich sabatów w muzeum „Polin”), to należy uznać ten organ w jego obecnym kształcie za kolejny rozsadnik antypolonizmu i „pedagogiki wstydu”. Przedstawicielom Światowego Kongresu Żydów czy Komitetu Żydów Amerykańskich pozostaje tylko przyglądać się i aprobująco kiwać głowami.


III. Dr Ewa Kurek do MRO!

Kończąc, pozwolę sobie na apel do premiera Mateusza Morawieckiego.

Panie Premierze, mając na względzie zarówno renomę i wiarygodność Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, jak i konieczność desygnowania do tego gremium osób o nieposzlakowanej reputacji i dorobku, pozwalam sobie zasugerować kandydaturę dr Ewy Kurek na funkcję Przewodniczącej MRO kolejnej kadencji. Dr Ewa Kurek ma na swoim koncie niekwestionowane i często pionierskie osiągnięcia naukowe w tematyce holokaustu oraz relacji polsko-żydowskich. Jest autorką chociażby takich prac, jak: Dzieci żydowskie w klasztorach” (z przedmową Jana Karskiego); „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945”; „Polacy i Żydzi – problemy z historią” czy „Jedwabne – anatomia kłamstwa”. Znana jest z nonkonformizmu i odporności na naciski – co udowodniła inicjując akcję zbierania podpisów pod obywatelskim wnioskiem o wznowienie ekshumacji w Jedwabnem. Kolejnym atutem zapewniającym niezależność dr Ewy Kurek na stanowisku przewodniczącej Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej jest jej apolityczność oraz powszechnie znana obojętność na oficjalne zaszczyty i wyróżnienia – ta cecha charakteru gwarantuje, że pełniąc swą funkcję nie będzie się kierowała własnym interesem i chęcią zachowania za wszelką cenę posady.

Panie premierze, minister Jarosław Gowin w niedawnej wypowiedzi dla PAP wyraził nadzieję, iż podejmie Pan decyzję „kierując się przede wszystkim polską wrażliwością”. Postać pani dr Ewy Kurek, jej klasa jako naukowca i człowieka oraz niekwestionowany patriotyzm stanowią najlepszą rękojmię, iż wrażliwość ta na tak newralgicznym stanowisku zostanie dochowana.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Lewacka nagonka na dr Ewę Kurek

Jedwabne – czas prawdy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (15-21.06.2018)

czwartek, 26 kwietnia 2018

Lewacka nagonka na dr Ewę Kurek

Największą nagrodą dla mnie jest fakt, że ludzie czytają moje książki i rozumieją historię Polaków i Żydów”.


I. Historyk niepokorny

Sam nie wiem, co w tej historii jest bardziej haniebne – kolejna lewacka nagonka na dr Ewę Kurek, czy paniczna rejterada naszej dyplomacji. Ale po kolei. Doktor Ewy Kurek czytelnikom „Warszawskiej Gazety” przedstawiać w zasadzie nie trzeba – niemniej, dla porządku przypomnijmy, że chodzi o znaną ze swego nonkonformizmu badaczkę stosunków polsko-żydowskich, autorkę takich prac, jak: „Dzieci żydowskie w klasztorach”, „Żydzi, Polacy, czy po prostu ludzie”, „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945”, „Polacy i Żydzi – problemy z historią” czy wreszcie „Jedwabne – anatomia kłamstwa”. Dodajmy, iż dr Kurek jest również pionierką badań nad „żołnierzami wyklętymi” - i to zanim zaczęto używać tego terminu. By pisać w połowie lat '90 o „Zaporczykach”, wydobywając oddział mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora” z mroków zapomnienia, trzeba było wykazać się mocnym kręgosłupem.

Ten niepokorny duch unosi się nad całą twórczością pani doktor – wbrew utartym środowiskowym poglądom i modom niestrudzenie zabiega o historyczną prawdę, nawet (a może – zwłaszcza wtedy), gdy jest ona niewygodna. Taka postawa nie przysparza badaczce przyjaciół – nie tylko wśród lewicy, która rytualnie wyklęła autorkę jako „antysemitkę”, lecz również po prawej stronie, gdzie nader często w odniesieniu do tematyki żydowskiej panuje osobliwy kult „świętego spokoju”. Sama dr Kurek zresztą odżegnuje się od politycznych afiliacji i w swoich publicznych wypowiedziach odcina się stanowczo od uprawiania „polityki historycznej”. Historia bowiem nie może pozostawać na usługach polityków – historia ma odkrywać przed nami prawdę o przeszłości. Tylko tyle i aż tyle.

Dr Ewę Kurek natomiast kochają czytelnicy – właśnie za to, za co odsądzają ją od czci i wiary różne „salony”. Nic więc dziwnego, że jej dorobek postanowiła (we współpracy z polskim konsulatem w Nowym Jorku) uhonorować polonijna organizacja The Polish-Jewish Dialogue Committee (Komitet Dialogu Polsko-Żydowskiego), przyznając autorce tegoroczną „Humanitarną Nagrodę im. Jana Karskiego” („Jan Karski Humanitarian Award” - nominowani byli również publicysta Matthew Tyrmand i konsul RP w Nowym Jorku Maciej Gołubiewski). Wyróżnienie wręczane jest osobom, które „okazują odwagę oraz łaskę mimo rosnącej presji, biurokratycznej inercji, totalitarnych ograniczeń lub powszechnej obojętności wobec osób, które są ofiarami przemocy fizycznej lub dyskryminacji na tle kulturowym”, a w przeszłości laureatką była m.in. Irena Sendlerowa.


II. Kto się boi dr Kurek?

Reakcją lewactwa, tradycyjnie w takich przypadkach, był wrzask i zorganizowana medialna nagonka. Do ataku ruszyła oczywiście „Gazeta Wyborcza”, a w ślad za nią pozostałe „pasy transmisyjne”. Padły oczywiście zarzuty o „antysemityzm”, przytaczano wyrwany z kontekstu cytat o tym, że w getcie „Żydzi bawili się w żydowskich teatrach i kawiarniach”, piętnowano na najwyższym diapazonie moralnego oburzenia stwierdzenia o „żydowskich autonomiach” jakimi były getta i udokumentowane fakty współudziału Żydów w zagładzie własnego narodu. Do zabrania głosu poczuła się zobowiązana Kaja Mirecka Ploss – spadkobierczyni dóbr intelektualnych Jana Karskiego i wykonawczyni jego testamentu. W oświadczeniu cytowanym przez portal „WP.pl” pisze: „Ja Kaja Mirecka Ploss wyrażam swoje ogromne oburzenie, ale przede wszystkim niezgodę na przyznawanie Humanitarnej Nagrody im. Jana Karskiego dla Pani Ewy Kurek”. To dość szczególne, zważywszy, iż Jan Karski przez lata współpracował z Ewą Kurek i opatrzył wstępem jej książkę „Dzieci żydowskie w klasztorach”, ale o tym żadne ze „słusznych” mediów nie pofatygowało się poinformować czytelników - podobnie jak o tym, iż dr Kurek była uczennicą Władysława Bartoszewskiego (za jego najlepszych czasów, zanim wiek zrobił z tym zasłużonym skądinąd człowiekiem swoje) i to z jego ust, co wielokrotnie podkreślała w publicznych wystąpieniach, usłyszała kluczową poradę, że z Żydami należy rozmawiać twardo, bo inaczej ją „zjedzą”. Ta sama „Wirtualna Polska” zamieszcza wpis redaktora naczelnego psychologicznego periodyku „Charaktery”, Bogdana Białka: „Nazwać fakt użycia imienia Jana Karskiego do nagrodzenia osoby o tak podłych, kłamliwych i nienawistnych przekonaniach skandalem to nic nie powiedzieć. Na dodatek nagroda za dokonania na polu dialogu polsko-żydowskiego takiej osobie jak Ewa Kurek jest szyderstwem z wysiłku osób od lat starających się o pojednanie między Polakami i Żydami”. Cóż, panu Białkowi zapewne umknęło, że badaczka utrzymywała i utrzymuje liczne kontakty z żydowskimi historykami z Polski, USA i Izraela, którzy najwyraźniej nie widzą w jej twórczości niczego zdrożnego. Słowem, parafrazując powyższą wypowiedź - „powiedzieć, że lewactwo na wieść o nagrodzie dla dr Ewy Kurek dostało nienawistnego amoku i białej gorączki, to nic nie powiedzieć”.

Pisząc o tym, nie sposób nie nawiązać do kwestii ekshumacji w Jedwabnem, o którą dr Kurek od lat apeluje – i podejrzewam, że właśnie ta społeczna aktywność jest głównym kamieniem obrazy dla różnych „zawodowych Żydów” i ich akolitów. Inicjatywa pod którą zebrano (również przy pomocy „Warszawskiej Gazety”) ok. 47 tys. podpisów, potencjalnie podważa bowiem ponurą hagadę ukutą przez J. T. Grossa – ów kamień węgielny współczesnego antypolonizmu z którego nieźle żyje i na którym robi kariery cała rzesza specjalistów od obłudnego bicia się w cudze piersi. Dla nich dr Kurek jest dziś wrogiem publicznym nr 1.


III. Atak paniki

Na powyższe nałożyła się tchórzliwa reakcja polskich władz. Nasi wybrańcy dostali ataku paniki i na wyprzódki rzucili się do „odkręcania” nagrody, pilnie monitorowani przez „Gazetę Wyborczą”. Niestety, wiele wskazuje na to, że za sprawą stoi sam premier Morawiecki – bowiem to jego sekretarz, Andrzej Pawluszek, naciskał na Konsulat Generalny RP w Nowym Jorku. W efekcie, konsulat odmówił użyczenia sali na galę wręczenia nagród, wskutek czego Komitet Dialogu Polsko-Żydowskiego zmuszony był ogłosić przełożenie imprezy na inny termin – najprawdopodobniej z innym zestawem laureatów, o czym nie omieszkała donieść triumfalnie „Wyborcza”. Trzeba powiedzieć, że władze Komitetu w osobach Jeffreya Gottlieba i Zygmunta Staszewskiego przynajmniej broniły swej decyzji, komentując kwaśno, iż „Wyraźnie jednak te kandydatury nie spodobały się w pewnych kręgach w Polsce i w USA” i podkreślając, że ustąpiły pod presją jedynie z uwagi na dobro Komitetu, gdyż wręczenie nagrody „ściągnęłoby falę krytyki na Komitet i jego przyjaciół”. Zgoła inaczej – i co tu dużo mówić, wręcz podle – zachował się inny laureat, Matthew Tyrmand, z uporem promowany na polskiej prawicy. W wypowiedzi dla „Associated Press” stwierdził: „Nikt nie chciał przebywać z nią [Ewą Kurek – przyp. P.L.] w jednym pokoju, włączając w to mnie” („Nobody wanted to be in a room with her, including me”). Nadmieńmy, że panu Tyrmandowi wcześniej dr Kurek jakoś nie przeszkadzała – zaczęła dopiero wtedy, gdy wybuchła awantura... Tym samym Tyrmand stanął obok innego „przyjaciela Polski” - Jonny Danielsa, który zasłynął wypowiedzią odnośnie ekshumacji w Jedwabnem: „Nawet jeśli pod tą inicjatywą podpisze się 40 milionów osób, ekshumacja w Jedwabnem nie odbędzie się”.

Przykre to. Po raz kolejny okazuje się, że wystarczy chwila wrzasku ze strony kilkorga Żydów i lewackich gadzinówek, by przedstawiciele polskiego państwa schowali się ze strachu we własne buty. Koresponduje to zresztą z doświadczeniami badaczki, która wprost napisała, iż „na prawników, urzędników i polityków PiS na dźwięk słowa JEDWABNE pada blady strach”. Jak widać, teraz ów strach się rozszerzył i obejmuje również samą dr Ewę Kurek, którą nasi oficjele postanowili omijać szerokim łukiem, by przypadkiem się nie „strefić”. Na zakończenie oddajmy głos samej zainteresowanej (cyt. za „wprawo.pl”): „Największą nagrodą dla mnie jest fakt, że ludzie czytają moje książki i rozumieją historię Polaków i Żydów”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Jedwabne – czas prawdy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (20-26.04.2018)

sobota, 16 lipca 2016

Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem

Funkcją tego, co obserwujemy w przypadku Kielc i Jedwabnego jest tworzenie i kolportaż pewnej mitologii przybranej w pseudonaukowy kostium i opatrzonej urzędowym stemplem.


I. Kozioł ofiarny

Początek lipca jest osobliwą porą w naszym kalendarzu historycznym. 4 lipca to rocznica tzw. „pogromu kieleckiego”, 10 lipca to rocznica masakry w Jedwabnem, 11 lipca zaś to rocznica wołyńskiej Krwawej Niedzieli. Dwie pierwsze daty stanowią przy tym swoiste apogeum żydowskiego, świeckiego „roku liturgicznego” i wraz z rocznicą wybuchu powstania w warszawskim getcie (19 maja) grupują się w swoiste triduum martyrologicznej hagady. W obecnych warunkach owa hagada koncentruje się – jakże by inaczej – na piętnowaniu odwiecznego, polskiego antysemityzmu, wychodzi więc na to, że co najmniej trzy razy do roku jesteśmy poddawani quasi-religijnemu obrzędowi rytualnego (samo)biczowania. Innymi słowy, zostaliśmy ustawieni w znanej ze starożytnego judaizmu roli kozła ofiarnego na którego kapłan przenosi grzechy całego ludu. I tak oto, w przypadku powstania w getcie biczowani jesteśmy za „bierność” w obliczu Zagłady, co jest odpowiednikiem rytualnego oczyszczenia się ludu Izraela z własnej bierności i kolaboracji elit z „nazistami”. „Pogrom kielecki” przesłonić ma łajdactwa „czerwonych” Żydów instalujących na sowieckie zlecenie w Polsce komunizm, natomiast Jedwabne – wcześniejsze entuzjastyczne powitanie na Kresach sowieckich wojsk i czynny współudział w likwidacji przywódczych warstw polskiego społeczeństwa na wschodnich obszarach II RP.

Rytuał ten każdorazowo ma podobny scenariusz. Oto czołowi przedstawiciele polskich władz państwowych stawiają się przed obliczem żydowskich delegacji (bądź piszą stosowne listy) i dokonują ceremonialnej ekspiacji, samokrytyki, oraz składają solenne przyrzeczenia, że na „antysemityzm” nie ma i nie będzie w Polsce przyzwolenia. Powyższe w praktyce oznacza zielone światło dla wszelkiej maści zawodowych tropicieli różnych odchyleń od jedynie słusznej linii oraz urzędową gwarancję, że obowiązująca oficjalnie wersja wydarzeń nie zostanie nigdy poddana jakiejkolwiek nieprawomyślnej rewizji. Strona żydowska kwituje ów spektakl samoupokorzenia pomrukiem aprobaty i oddala się do swoich spraw. My zaś oddychamy z ulgą, że znowu nam się upiekło i Żydzi nie urządzą nam jatki w światowych mediach. Społeczność międzynarodowa natomiast zostaje po raz kolejny utwierdzona w przekonaniu o polskich historycznych winach nie do wymazania, które znowu zostały potwierdzone przez samych Polaków. I tak do następnego roku, kiedy to cały ceremoniał powtarza się od nowa.


II. Po co nam historia?

Tymczasem, historia nigdy nie jest zapisana raz na zawsze. Jak każda nauka winna ona podlegać nieustannej weryfikacji – w miarę pojawiania się nowych danych, źródeł, faktów, interpretacji. Historia kształtuje się w ogniu sporów i polemik. Jeżeli jakiekolwiek nowe ustalenia, czy wręcz próby dokonania takowych traktuje się niczym zamach na „zapisaną w księgach” dogmatykę, mamy do czynienia nie z historią, a ze świeckim odpowiednikiem religii, hagadą – opowieścią tworzoną nie w celu poznania prawdy, lecz zgoła innym. Funkcją tego, co obserwujemy w przypadku Kielc i Jedwabnego jest tworzenie i kolportaż pewnej mitologii przybranej w pseudonaukowy kostium i opatrzonej urzędowym stemplem. Można to również nazwać polityką historyczną – formą „piaru” realizowanego na światowy użytek. Nie jest to jednak ani nasza polityka, ani nasz „piar”. My w tej całej konstrukcji jesteśmy jedynie przedmiotem, nie podmiotem. Tworzywem w rękach twórców, lepiących nas stosownie do swych bieżących potrzeb – a tą potrzebą jest aktualnie, byśmy byli przeczołganym publicznie narodem zbrodniarzy, których można co najwyżej zdawkowo pochwalić, że przynajmniej nie odżegnują się od swych postępków i genetycznie zaprogramowanych morderczych skłonności.

Z drugiej strony jednak, trzeba nas stale mieć na oku, trzymać w ryzach i cyklicznie, konsekwentnie dyscyplinować, byśmy przypadkiem nie zhardzieli i nie uwolnili tkwiących w naszym kodzie kulturowym upiorów, które sprawią, że pewnego dnia znów zaczniemy palić w stodołach swych „sąsiadów”. Krótko mówiąc – trzeba poddawać nas permanentnej reedukacji i tresurze – aż do całkowitego wyleczenia z demonów patriotyzmu.

Patrząc od tej strony – po co nam historia? Tu potrzebny jest preparat, mikstura złożona z kłamstw, półprawd i przemilczeń, którą należy aplikować bez znieczulenia, byśmy na finiszu takiej kuracji patrzyli na siebie samych wyłącznie oczami świata, wypreparowanego już dawno „w kwestii polskiej” w podobnym duchu – tym łatwiej, że wystarczyło jedynie przy naszej bierności wypełnić opisanym tu jadem jego ignorancję.


III. Kielce i Jedwabne – dwa kłamstwa

Doprawdy, przykro było patrzeć na prezydenta Dudę – mojego prezydenta – kiedy przy okazji kieleckiego rytuału oczyszczenia, mającego jak co roku przerzucić winy ze zdominowanego przez Żydów kieleckiego aparatu partyjno-bezpieczniackiego na polskiego ofiarnego kozła, wygłaszał standardowe, celebracyjne formułki. Owszem, wspomniał o roli wojska, milicji i UB – temu już nie da się zaprzeczać – ale tylko po to, by za chwilę zbudować fałszywą symetrię, mówiąc o udziale „zwykłych ludzi” - jak rozumiem, do „zwykłych ludzi” siłą rzeczy zaliczono hurtem również np. partyjnych prowokatorów z huty „Ludwików”. Wszystko zaś utopione zostało w znanych frazesach i zaklęciach o zwalczaniu antysemityzmu, ksenofobii... czyli, jak zwykle. Oczywiście, przemówienie nie jest miejscem na pogłębione analizy. Ale jest znakomitą okazją do zaznaczenia właściwych proporcji i przestawienia dotychczasowych akcentów. Tego zabrakło – również w liście nadesłanym przez premier Beatę Szydło. Tu naprawdę nie trzeba było odkrywać Ameryki – istnieją opracowania do których można sięgnąć. Tymczasem, w ogólnym wydźwięku, mieliśmy do czynienia z utrwaleniem dotychczasowego kłamstwa kieleckiego, przyprawionego jedynie szczyptą prawdy. Naczelnym zaś kłamstwem jest terminologia – fraza „pogrom kielecki” kojarzy się bowiem z rozwścieczonym, morderczym, polskim motłochem. Kiedy oficjalnie zacznie się mówić o „prowokacji kieleckiej”, względnie „pogromie ubeckim”?

Aż boję się pomyśleć, co będzie się działo podczas kolejnego zgromadzenia – w Jedwabnem. Ta sprawa, o ile jest to w ogóle możliwe, została zakłamana chyba w jeszcze większym stopniu, niż kielecka prowokacja. Wersją kanoniczną wciąż w dużym stopniu pozostają ponure brednie Grossa, lekko jedynie skorygowane, kiedy już nie sposób było utrzymywać, że w stodole zmieściło się 1600 osób. Jednak istota rzeczy - podbechtani przez Niemców Polacy rzucają się na Żydów – wciąż obowiązuje przyklepana przeprosinami Kwaśniewskiego i słowami Komorowskiego, że polski naród musi przyjąć do wiadomości, iż „bywał również sprawcą”. Wstrzymanie ekshumacji pod – fałszywym, jak się okazało – pretekstem natury religijnej, gdy tylko zaczęły wypływać odkrycia obalające fałszywą legendę oraz wyłączenie z oficjalnej dokumentacji raportu prof. Andrzeja Koli to największe zaniechanie w tej sprawie. Niedawno, z inicjatywy dr Ewy Kurek, specjalistki od relacji polsko-żydowskich, rozpoczęto zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawodawczym zobowiązującym rząd do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Ciekawe, co zrobią z tą inicjatywą władze. Póki co, samorząd Pragi-Północ (PiS) pod pretekstem pękniętej rury odmówił w ostatniej chwili dr Kurek sali na spotkanie.


IV. Taktyka uległości

I teraz kwestia ostatnia. Skąd bierze się ta uległość, by nie powiedzieć – tchórzostwo – wobec żydowskich uroszczeń historycznych? Jakieś kompleksy? Poronione kalkulacje polityczne? Skąd ta gorliwość w werbalnym zwalczaniu mitycznego, polskiego antysemityzmu? Informuję, że o tym, czy antysemityzm w Polsce jest, czy go nie ma, decydują zainteresowane środowiska żydowskie i my nie mamy tutaj nic do gadania. Środowiska te, tak się składa, opanowały do perfekcji żerowanie na holokauście i sztukę szantażu opartego na zagładzie ich pobratymców. Jeśli będzie takie zapotrzebowanie (a obecnie jest) to oni ten antysemityzm wynajdą, choćby nie wiadomo co. Liczenie tutaj na jakąkolwiek dobrą wolę, na to, że jeśli będziemy grzeczni i się pokajamy, odetniemy, przeprosimy, to oni zostawią nas w spokoju, jest dowodem co najmniej ciężkiej naiwności. Zbyt gruba kasa leży na stole i zbyt wiele zainwestowano we wmanipulowanie Polaków we współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione na Żydach. Oni się nie wycofają, zatem jedyną naszą szansą jest adekwatna odpowiedź – a mamy ten komfort, że nie musimy kłamać, wystarczy mieć odwagę głoszenia prawdy, nawet jeśli idzie ona pod prąd zakłamanej do cna martyrologicznej, żydowskiej hagady.

Oczywiście, domyślam się, że dla USA jesteśmy warci tyle, ile są warte nasze relacje z żydowską diasporą oraz z Izraelem, ostatnio zaś także z Ukrainą, bo stanowimy zaplecze tamtejszego frontu – i stąd te kunktatorskie korowody wobec „kwestii drażliwych”, w tym ludobójstwa na Kresach. Ale na dłuższą metę, jest to polityka samobójcza. Nikt nas nie uszanuje, jeśli nie będziemy szanować się sami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (13-19.07.2017)

Pod-Grzybki 58

Za sprawą dr Ewy Kurek powstała obywatelska inicjatywa ustawodawcza mająca zobowiązać polskie władze do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Na razie pierwszym efektem była odmowa udostępnienia sali w urzędzie rządzonej przez PiS dzielnicy Praga-Północ na wykład. Podobno nagle „pękła rura”. Wynika z tego, że lokalnym pisowcom na hasło „Ewa Kurek” i „Jedwabne” nie tylko miękną, ale wręcz pękają rury.


*

Oczywiście, była to tzw. „rura dyplomatyczna”. I absolutnie nie miała nic wspólnego z histerią zorkiestrowaną przez miejscowe media „Agory” przy wsparciu radnego Jana Śpiewaka. Wystarczyło, że stołeczny dodatek „Wyborczej” naskoczył na rzeczniczkę dzielnicy, Barbarę Domańską, by ta oddzwoniła mówiąc: „Sprawa nieaktualna. Musieliśmy odwołać wykład. W sali konferencyjnej trwają prace techniczne. Nie umiem powiedzieć, czy spotkanie odbędzie się w innym terminie”. Ech, ta rura postanowiła pęknąć w samą porę, nieprawdaż?


*

A tak poza tym – nawet jeśli pod inicjatywą uda się zebrać wymaganą ilość podpisów, to posłowie PiS prędzej poodgryzają sobie ręce, niż dopuszczą ją pod obrady. Tak się bowiem składa, że ta część prawicy cierpi na jakieś nieuleczalne, żydowskie kompleksy. Już raczej wystawią Polskę na kolejne lata szkalowań eksploatujących brednie J. T. Grossa, niż narażą się na choćby cień podejrzenia o „antysemityzm”. A może pójść na całość i skorzystać z rady Krzysztofa Kłopotowskiego, który postuluje wręcz zaimportowanie do Polski rzesz Żydów w charakterze warstwy przywódczej, by ci nierozgarnięci i gnuśni Polacy mieli od kogo się uczyć i do kogo równać? Noo, tacy nauczyciele z pewnością nas tak wyedukują, że po skończeniu operacji nie poznamy się w lustrze.


*

Zakończyło się warszawskie szczytowanie NATO poświęcone, jak ustaliła „Wyborcza”, Trybunałowi Konstytucyjnemu. Obama zagroził Dudzie zbrojną interwencją Sojuszu, zaś sędzia Rzepliński przymierzany jest do roli szefa WRON. A Kijowski stanie na czele Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej.


*

Z mniej istotnych ustaleń - postanowiono o „stałej, rotacyjnej” obecności 4 batalionów na „wschodniej flance”. Chciałbym tu zwrócić uwagę na pewien szczegół – otóż koordynatorem na Litwie będą Niemcy. Mówiąc nieco pół-żartem, ale też i pół-serio, ta obecność Bundeswehry na Litwie nieco mnie martwi – wychodzi bowiem na to, że Niemcy zachodzą nas od strony tzw. „przesmyku suwalskiego”. Na dodatek, teraz to dopiero Litwa zhardzieje i pod niemieckim parasolem ochronnym zacznie na całego dokręcać śrubę polskiej mniejszości. Może nie będą stawiać pomników szaulisom, jak Ukraińcy banderowcom, ale że naszych rodaków czeka fala nowych szykan ze strony nacjonalistycznego rządu w Wilnie - to pewne. Wspomnicie Państwo moje słowa.


*

Tak nawiasem – zbrodnicza organizacja Szaulisów została reaktywowana po 1991 r. i funkcjonuje sobie w najlepsze, licząc ok. 7000 członków. Taak, Bundeswehra będzie miała kolaboracyjne kadry pod ręką, całkiem jak za dziadka Adolfa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (13-19.07.2016)