Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczyt NATO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczyt NATO. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 czerwca 2017

Asertywny jak Trump

Trump robi po prostu to, co obiecał wyborcom... oh, wait – właśnie TO z perspektywy europejskich elit politycznych jest nie do pomyślenia.


Podsumowując europejskie tournee Donalda Trumpa na które składał się udział w brukselskim szczycie NATO oraz sycylijskim szczycie G-7, można śmiało stwierdzić jedno – amerykański prezydent pokazał po raz kolejny, że czego jak czego, ale asertywności mu nie brakuje. Mówiąc bez ogródek, Trump spuścił po drucie wszystkich samozwańczych moralistów, lobbystów i specjalistów od wymagania od Stanów Zjednoczonych różnych „odważnych kroków”, których wspólnym mianownikiem jest to, że byłyby dla USA niekorzystne. Potrafił za to w tonie nie pozostawiającym wątpliwości sformułować swoje stanowisko, które sprowadzało się do jednego: koniec jazdy na gapę z Ameryką w roli sponsora wycieczki. Europejskie i światowe media, szczególnie te o lewicowej proweniencji (a takich jest większość) jęły z miejsca rozpowszechniać narrację o „klęsce” - nie tylko „szczytowania” (szczególnie G-7), ale też i samego Trumpa. Cóż, z punktu widzenia tych, którzy czegoś chcieli i tego nie dostali, to faktycznie jest „klęska”. Ale już z punktu widzenia USA – niekoniecznie.

Weźmy na początek szczyt NATO. Trump jasno dał do zrozumienia, że nie interesuje go sojusz, którego niemal cały ciężar ponosi jego kraj. Naciski Waszyngtonu na europejskich partnerów, by ci wreszcie raczyli dostosować się do założonych w Newport w 2014r. docelowych wydatków na obronność (min. 2 proc. PKB) są jak najbardziej zrozumiałe. Po rozpadzie ZSRR USA godziły się na mocno jednostronne jeśli chodzi o obciążenia funkcjonowanie NATO wyłącznie ze względów politycznych. W międzyczasie Europa (zwłaszcza „stara”, używając określenia D. Rumsfelda) przyzwyczaiła się do „militarnego sponsoringu”. Dzięki temu mogła ciąć własne wydatki na zbrojenia, rozwijając w zamian chociażby rozbudowane programy opieki socjalnej i przerzucając koszty bezpieczeństwa na amerykańskiego podatnika – ot, taki „militarny socjal” z cudzej kieszeni. Jeżeli dopiero teraz Niemcy ze swą nadwyżką budżetową i dodatnim bilansem handlowym w wielkich bólach obiecują, że poziom 2 proc. PKB osiągną do 2025 r., to mamy do czynienia z kiepskim dowcipem – zwłaszcza gdy np. uboższa Polska podjęła swoją część wysiłku zbrojnego i deklaruje zwiększenie nakładów do 2,5 proc. PKB. Przypomnienie o tym niewywiązywaniu się z elementarnych obowiązków ma być „zgrzytem”? Wolne żarty.

Idźmy dalej. W opinii komentatorów kompletną klapą miało się zakończyć spotkanie G-7 w Taorminie. Nie udało się wymóc na Trumpie zapowiedzi wypełnienia postanowień szczytu klimatycznego z Paryża, czemu trudno się dziwić. Gospodarka USA jest w nie najlepszej kondycji, zaś przyjmowanie kosztownych pakietów klimatycznych gwoli ukontentowania różnych lobbies produkujących „zielone technologie” i pozostających na ich pasku oczadziałych „ekologów” dodatkowo by ją pogrążyło. Zostawiając na marginesie zasadność teorii „globalnego ocieplenia” - obecnie presja ekologiczna to prostu biznes, dla którego warunkiem opłacalności jest przymuszenie jak największej liczby państw do przeprofilowania swoich „miksów energetycznych” (pod groźbą surowych kar) – co z jednej strony zmusiłoby je do importu odpowiedniej infrastruktury technologicznej, a z drugiej skutecznie zabiłoby konkurencyjność ich gospodarek. I Trump miał się na to zgodzić?

Po raz kolejny dostało się Angeli Merkel i niemieckiemu przemysłowi motoryzacyjnemu sprzedającemu miliony samochodów w Stanach, co jest „złe, bardzo złe” – tutaj niewątpliwie Trump nawiązywał do waluty euro, czyli „uwspólnotowionej” i zdewaluowanej marki, napędzającej niemiecki eksport. Ten – trawestując Macrona - „dumping walutowy” jest dla Trumpa solą w oku chyba na równi z chińskim juanem. Nas te napięte relacje na linii Berlin – Waszyngton mogą tylko cieszyć, tym bardziej, że w takiej atmosferze nie sposób myśleć o jakiejkolwiek reaktywacji TTIP – „konika” tandemu Merkel – Obama.

Organizacje humanitarne z kolei biadolą, że Trump nie zgodził się na dofinansowanie światowego programu żywnościowego. Tu trzeba jasno powiedzieć, że ów program nie ma żadnych sukcesów w długofalowej walce z głodem. Jest jedynie humanitarnym plasterkiem w ramach którego państwa rozwinięte upychają swoją nadprodukcję - za to potrafi dość skutecznie rozłożyć rolnictwo biednych krajów, bo produkcja żywności przestaje się opłacać, gdy jedzenie przypływa za darmo na statkach. O czarnym rynku „darów” i innych wygenerowanych przy okazji patologiach już nie wspomnę.

No i w końcu, Trump nie dał sobie wcisnąć kitu o konieczności wdrożenia globalnego programu rozwiązującego kryzys migracyjny (czytaj – przyjmowanie „uchodźców” jak leci), co i dla nas jest dobrą informacją.

Poza wszystkim – nie wiem skąd ten ton rozczarowania polityką Trumpa. Wszak jeszcze w kampanii wyborczej określił się jako przeciwnik globalizacji, migracji, wymuszeń ekologicznych, deklarując: „America first!”. Teraz robi po prostu to, co obiecał wyborcom... oh, wait – właśnie TO z perspektywy europejskich elit politycznych jest oburzające i nie do pomyślenia...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (02-08.06.2017)

sobota, 23 lipca 2016

Wokół NATO-wskiego szczytowania

W relacjach z Rosją warto się trzymać prostej zasady: siła i zdecydowanie ma walor odstraszający, zaś słabość i chwiejność prowokują do agresji.


I. Szczyt sprzed ośmiu lat

Warszawski szczyt NATO ma spore dane ku temu, by z perspektywy czasu ocenić go jako przełomowy. Oczywiście, ocena ta będzie zależna od różnych zmiennych – głównie od tego w jaki sposób ustalenia na nim zapadłe zostaną wcielone w życie i jaka w dalszej konsekwencji będzie polityka Sojuszu. Ale potencjał jest.

Pierwsze, co przychodzi na myśl, to porównanie ze szczytem, jaki odbył się osiem lat temu w stolicy innego państwa naszego regionu – w Bukareszcie między 2 a 4 kwietnia 2008 r. Wówczas na linii Rosja – Europa Zachodnia panowała atmosfera odprężenia i radosne oczekiwanie na intratne interesy we „wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku”, pieczętowane przygotowaniami do budowy Nord Stream. Polska pod rządami PO wchodziła właśnie na długie lata w orbitę niemieckich wpływów i porzucała regionalne aspiracje, czyli jak ujął to kilka miesięcy później Aleksander Smolar, krytykując prezydenta Lecha Kaczyńskiego - „postjagiellońskie mrzonki”. Rząd Tuska z Radosławem Sikorskim jako szefem MSZ dodatkowo sabotował negocjacje w sprawie flagowego projektu prezydenta George'a W. Busha, czyli Tarczy Antyrakietowej – zarówno ze względu na swego niemieckiego patrona, jak i zwyczajnie na złość Kaczyńskiemu.

Tamten szczyt skończył się jednym wielkim „niczym”. Trzęsący Europą tandem „Merkozy” (kanclerz Merkel i prezydent Francji Sarkozy) storpedował wbrew kończącemu drugą kadencję Bushowi zaoferowanie Ukrainie i Gruzji Planu Działań na rzecz Członkostwa, co dodatkowo zaakcentował gromkim „niet” Władimir Putin podczas spotkania Rady NATO-Rosja 4 kwietnia (Putin przybył do Bukaresztu już 3 kwietnia). Kilka miesięcy później nastąpiła rosyjska agresja na Gruzję, a 15 września 2008 nastąpiło bankructwo Lehmann Brothers zapoczątkowując globalny kryzys finansowy, co walnie przyczyniło się do ograniczenia marzeń o europejsko-rosyjskim kręceniu lodów, zaś jesienią prezydentem został Barack Obama. Już w marcu 2009 na spotkaniu w Genewie sekretarz stanu Hillary Clinton i szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow zapoczątkowali politykę „resetu”, symbolicznie potwierdzoną 17 września 2009 rezygnacją z budowy tarczy antyrakietowej, co w praktyce oznaczało wycofanie się USA z aktywnej polityki w naszym regionie i oddanie go pod zarząd Niemcom i Rosji w charakterze „kondominium”. Ponurym pokłosiem powyższego stał się zamach smoleński 10 kwietnia 2010 r.


II. Potencjał jest

Jakże dziś inaczej to wszystko wygląda... Teraz to Barack Obama jest u schyłku swej drugiej kadencji i po licznych, mocno nieprzyjemnych przejściach w rozgrywce z Putinem. Trzeba oddać, że fiasko polityki „resetu” i przerobienie go na szaro przez Putina miało walor otrzeźwiający. Stąd zarówno wyłuskiwanie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów – plus Niemcy, którym zamarzyło się poszerzenie przestrzeni Mitteleuropy o Kijów, co doprowadziło do nieuchronnego spięcia i „wojny zastępczej” z Rosją – jak i częściowe przełamanie układu NATO-Rosja z 1997 r. Układ ów pod postacią „Aktu Założycielskiego o Wzajemnych Stosunkach, Współpracy i Bezpieczeństwie między NATO a Federacją Rosyjską” wprowadzał na rosyjskie życzenie de facto podział na dwie kategorie członków – pełnowartościowych („starych”) i drugiej kategorii („nowych”). W tych ostatnich państwach miało nie być żadnych poważniejszych instalacji militarnych i przez znaczną część politycznych elit krajów Europy Zachodniej ustalenie to wciąż ma rangę dogmatu utrzymującego wygodną „strefę buforową” w Europie Środkowej.

Dogmat ten właśnie został zakwestionowany poprzez rozmieszczenie w Polsce i krajach nadbałtyckich czterech natowskich batalionów w ramach „stałej, rotacyjnej obecności”. Może to i nieco kulawa formuła wzmacniania „wschodniej flanki Sojuszu”, niemniej można ją uznać za tzw. „dobry początek”, symboliczny przełom zmierzający do równouprawnienia „starych” i „nowych” członków (zresztą, ci „nowi” należą do NATO już od kilkunastu lat), którego zwieńczeniem winny być stałe bazy na wschodniej flance. Ramowymi koordynatorami owej obecności będą: USA w Polsce, Niemcy na Litwie, Kanada na Łotwie i Wlk. Brytania w Estonii. Oczywiście, cztery bataliony nie odstraszą regularnej armii, ale „hybrydowych” zielonych ludzików – owszem. Powtórzę, potencjał jest.


III. Pacyfiści

W tym miejscu warto się odnieść do przeciwników obecności wojsk NATO na naszym terytorium, którzy zdają się nie odróżniać sojuszu od okupacji. Jako argument podnoszone jest prowokowanie Rosji i wplątywanie Polski w jakąś przyszłą wojnę na wzór brytyjsko-francuskich gwarancji z 1939 r. Powiem tak: Hitler uderzył właśnie dlatego, że słusznie uznał alianckie gwarancje za fikcję, nie wierzył nawet, że Wlk. Brytania i Francja zdecydują się wypowiedzieć mu wojnę. Gdyby w 1939 r. stacjonowały w Polsce angielskie i francuskie wojska, to Hitler ze Stalinem dwa razy by się zastanowili zanim zdecydowaliby się zaatakować. I tu jest zasadnicza różnica jakościowa między pułapką z 1939 r., a obecnymi rozwiązaniami.

Po drugie, sprzeciw wobec batalionów NATO jako żywo przypomina wrzaski zachodniego lewactwa z czasów, gdy Ronald Reagan rozmieszczał w RFN Pershingi w odpowiedzi na sowieckie SS-20. Wówczas również wieszczono globalny kataklizm i wołano, iż „lepiej być czerwonym, niż martwym”. Jazgot ten w znacznej mierze finansowany był przez Fundusz Zagraniczny KPZR – ciekawe, jak jest dzisiaj. Tymczasem, w relacjach z Rosją warto się trzymać prostej zasady: siła i zdecydowanie ma walor odstraszający, zaś słabość i chwiejność prowokują do agresji. Wiedział o tym Reagan, nie chcieli wiedzieć uczestnicy wspomnianego na wstępie szczytu w Bukareszcie i Obama z okresu „resetu” - na efekty nie trzeba było długo czekać. Zresztą, to Rosja cyklicznie trenuje atak na Polskę w ramach manewrów „Zapad” i „prewencyjnie” szantażuje nas rakietami, więc o czym tu w ogóle mówić? A przy okazji – już podczas „poszczytowego” posiedzenia Rady NATO-Rosja w Brukseli (na szczeblu ambasadorów), Rosja zrobiła się nagle bardzo konstruktywna w kwestii „incydentów” z naruszaniem przestrzeni powietrznej i lotów bojowych nad Bałtykiem.

No i wreszcie, koncepcja „zbrojnej neutralności” Grzegorza Brauna – czyli Polska ogłasza neutralność na której straży ma stać nasza własna, silna, nowoczesna armia. Nie odrzucałbym jej z góry, ale jest to projekt nawet nie na „jutro”, lecz na „pojutrze”. Dziś na papierze wszystko wygląda pięknie, tylko że aktualnie polska armia jest w rozsypce i miną lata zanim osiągnie zdolność bojową pozwalającą na ochronę naszych granic i przyszłej neutralności. Putin będzie łaskawie czekał? Przypomina to hasła rodem z czasów saskich, kiedy to przyjęto, że słaba, pozbawiona wojsk Rzeczpospolita nie stanowiąca zagrożenia dla sąsiadów jest najlepszym gwarantem, że nas nikt nie zaatakuje. Efekt wiadomy. Słowem – dopóki nie osiągniemy odpowiedniej siły militarnej, NATO jest nam niezbędne do przetrwania.


IV. Zagrożenia

Jednak, oczywiście, nie wszystko musi pójść zgodnie z kierunkiem wyznaczonym 8-9 lipca w Warszawie. Mnie np. niepokoi obecność Bundeswehry na Litwie. Raz – dlatego, że w ten sposób Niemcy zachodzą nas od strony tzw. „przesmyku suwalskiego” i jakoś tak dziwnie zbliżają się do „ziem utraconych” w dawnych Prusach Wschodnich. Dwa – idę o zakład, że Litwa pod niemieckim parasolem ochronnym kompletnie już przestanie się z nami liczyć i przystąpi do wzmożonego przykręcania śruby polskiej mniejszości, a że litewski nacjonalizm historycznie jest proniemiecki, to i kolaboracja będzie bardziej owocna – może chociażby na wzór ukraińskich neobanderowców odżyć w przestrzeni publicznej spuścizna Szaulisów. Trzy – Niemcy wciąż, zachowując pozory lojalnego członka NATO, w dużej mierze grają „na Rosję”. Wystarczy przypomnieć słowa szefa MSZ Franka-Waltera Steinmeiera o manewrach „Anakonda” jako o „potrząsaniu szabelką”. Swoją drogą – skąd my znamy tę retorykę... W tym kontekście powstaje pytanie – jak zachowa się niemiecki batalion w przypadku wkroczenia na Litwę „zielonych ludzików”? Doprawdy, wolałbym, by akurat niemiecka armia pozostawała za Odrą, choć widok cesarzowej Angeli, przyzwyczajonej do brylowania w międzynarodowym towarzystwie, a w Warszawie schowanej gdzieś w drugim szeregu i robiącej dobrą minę do złej gry, był sam w sobie wielce przyjemny.

Kolejna rzecz, to wybory w USA i pytanie, w którą stronę pokieruje Sojusz kolejny prezydent. Przypomnę, że Hillary Clinton stała za poronioną polityką „resetu”, zaś Donald Trump to izolacjonista – żadna z tych opcji nie wróży dobrze. I tu pojawia się kwestia – na ile „siła instytucjonalna” NATO i zapadłe ustalenia skorygują zapędy Clinton/Trumpa, na ile zaś przyszły prezydent wróci w utarte koleiny „konstruktywnego dialogu” z Rosją kosztem naszego regionu i zacznie się wycofywać rakiem z warszawskich decyzji?

Podsumowując, szczyt NATO w Warszawie był sukcesem – póki co, doraźnym i taktycznym. Czy będzie również sukcesem długofalowym, wkrótce się okaże.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (20-26.07.2016)

sobota, 16 lipca 2016

Pod-Grzybki 58

Za sprawą dr Ewy Kurek powstała obywatelska inicjatywa ustawodawcza mająca zobowiązać polskie władze do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Na razie pierwszym efektem była odmowa udostępnienia sali w urzędzie rządzonej przez PiS dzielnicy Praga-Północ na wykład. Podobno nagle „pękła rura”. Wynika z tego, że lokalnym pisowcom na hasło „Ewa Kurek” i „Jedwabne” nie tylko miękną, ale wręcz pękają rury.


*

Oczywiście, była to tzw. „rura dyplomatyczna”. I absolutnie nie miała nic wspólnego z histerią zorkiestrowaną przez miejscowe media „Agory” przy wsparciu radnego Jana Śpiewaka. Wystarczyło, że stołeczny dodatek „Wyborczej” naskoczył na rzeczniczkę dzielnicy, Barbarę Domańską, by ta oddzwoniła mówiąc: „Sprawa nieaktualna. Musieliśmy odwołać wykład. W sali konferencyjnej trwają prace techniczne. Nie umiem powiedzieć, czy spotkanie odbędzie się w innym terminie”. Ech, ta rura postanowiła pęknąć w samą porę, nieprawdaż?


*

A tak poza tym – nawet jeśli pod inicjatywą uda się zebrać wymaganą ilość podpisów, to posłowie PiS prędzej poodgryzają sobie ręce, niż dopuszczą ją pod obrady. Tak się bowiem składa, że ta część prawicy cierpi na jakieś nieuleczalne, żydowskie kompleksy. Już raczej wystawią Polskę na kolejne lata szkalowań eksploatujących brednie J. T. Grossa, niż narażą się na choćby cień podejrzenia o „antysemityzm”. A może pójść na całość i skorzystać z rady Krzysztofa Kłopotowskiego, który postuluje wręcz zaimportowanie do Polski rzesz Żydów w charakterze warstwy przywódczej, by ci nierozgarnięci i gnuśni Polacy mieli od kogo się uczyć i do kogo równać? Noo, tacy nauczyciele z pewnością nas tak wyedukują, że po skończeniu operacji nie poznamy się w lustrze.


*

Zakończyło się warszawskie szczytowanie NATO poświęcone, jak ustaliła „Wyborcza”, Trybunałowi Konstytucyjnemu. Obama zagroził Dudzie zbrojną interwencją Sojuszu, zaś sędzia Rzepliński przymierzany jest do roli szefa WRON. A Kijowski stanie na czele Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej.


*

Z mniej istotnych ustaleń - postanowiono o „stałej, rotacyjnej” obecności 4 batalionów na „wschodniej flance”. Chciałbym tu zwrócić uwagę na pewien szczegół – otóż koordynatorem na Litwie będą Niemcy. Mówiąc nieco pół-żartem, ale też i pół-serio, ta obecność Bundeswehry na Litwie nieco mnie martwi – wychodzi bowiem na to, że Niemcy zachodzą nas od strony tzw. „przesmyku suwalskiego”. Na dodatek, teraz to dopiero Litwa zhardzieje i pod niemieckim parasolem ochronnym zacznie na całego dokręcać śrubę polskiej mniejszości. Może nie będą stawiać pomników szaulisom, jak Ukraińcy banderowcom, ale że naszych rodaków czeka fala nowych szykan ze strony nacjonalistycznego rządu w Wilnie - to pewne. Wspomnicie Państwo moje słowa.


*

Tak nawiasem – zbrodnicza organizacja Szaulisów została reaktywowana po 1991 r. i funkcjonuje sobie w najlepsze, licząc ok. 7000 członków. Taak, Bundeswehra będzie miała kolaboracyjne kadry pod ręką, całkiem jak za dziadka Adolfa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (13-19.07.2016)