poniedziałek, 30 listopada 2015

Między dżihadem a rekonkwistą

Skoro mamy wewnątrzeuropejski dżihad, to musimy odpowiedzieć wewnątrzeuropejską rekonkwistą/krucjatą.

I. Europa i kamieni kupa

Rozczuliło mnie lewackie miauczenie, że zamachowcy z Paryża rekrutowali się głównie spośród mieszkającej w Europie od pokoleń ludności muzułmańskiej, w związku z czym absolutnie nie należy ich wiązać z obecnymi „uchodźcami”. Dobrze, rozbrójmy tę kretyńską, propagandową bombkę i miejmy to za sobą. Przede wszystkim, wśród terrorystycznej szajki jak najbardziej znaleźli się przemyceni w tłumie wysłannicy Państwa Islamskiego. Ale mniejsza – rzecz w tym, że mordercy pochodzący ze środowisk „osiadłych” muzułmanów są żywym dowodem na porażkę polityki multikulturalizmu i świadectwem, że pozornie „zasymilowani” wyznawcy Allaha są bombą z opóźnionym zapłonem. Przesłanie lewicy można w zasadzie streścić następująco: przygarnijmy „uchodźców” i poczekajmy aż zaczną nas wyrzynać ich dzieci. Te „oswojone”, urodzone w Europie i z tutejszym obywatelstwem.

Paryski zamach świadczy także o nieskuteczności dotychczasowych środków prewencyjnych. Francuskie służby po masakrze w „Charlie Hebdo” dostały nadzwyczajne uprawnienia inwigilacyjne. Od dłuższego czasu było wiadomo, że terroryści stosują nową taktykę – zamachów mają dokonywać nie lokalni muzułmanie, tylko pochodzący z innych państw UE, korzystając z otwartych granic strefy Schengen. I co? Wychodzi, że Europa, to mówiąc klasykiem, „kamieni kupa”, a byle banda fanatyków z kałachami może urządzać rzeźnię gdzie popadnie. No chyba, że odpowiednie służby miast tropić dżihadystów skupiły się na monitorowaniu „skrajnej prawicy”, gdyż to ona właśnie, jak nas pouczają od świtu do zmierzchu, jest najpoważniejszym zagrożeniem dla Europy... Ale ostatecznie dobiły mnie „recepty” różnych mędrców perorujących, co należy zrobić, by podobnej jatki uniknąć w przyszłości – tu już mieliśmy odlot w kierunku najczystszej, świadczącej o kompletnej bezsilności, fantazji.

II. Hidżra i dżizja

Otóż, w reakcji na zamachy pojawiają się postulaty wspólnej wyprawy na Bliski Wschód w celu „opanowania sytuacji”. To jest naprawdę paradne: Syryjczycy i inni będą kolonizować Europę, pobierać od Europejczyków haracz zwany pomocą socjalną, my zaś pójdziemy walczyć - w ich imieniu i interesie. Proszę zwrócić uwagę, jaką, patrząc z perspektywy islamu, mamy sytuację. Oto dokonuje się „hidżra”, czyli przewidywana przez Koran forma podboju polegająca na zasiedlaniu danego terytorium przez „synów Proroka”. Z ich punktu widzenia jest to „ziemia Boga” - ląd, który muzułmanom się należy i winni objąć go we władanie. Owo „należy” to zresztą słowo-klucz opisujące nastawienie najeźdźców oraz ich oczekiwania wobec Europy i Europejczyków. W islamie funkcjonuje coś takiego jak „dżizja” - danina płacona przez chrześcijan muzułmanom - i część migrantów właśnie w taki sposób traktuje otrzymywany w Europie „socjal”. Nie jako jałmużnę, lecz jako należną im daninę właśnie. Nic więc dziwnego, że eskalują roszczenia – skoro niewierni płacą im daninę, to wszak można wymusić jej zwiększenie. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia... Znana jest wypowiedź jednego z „uchodźców” domagającego się zapewnienia mu seksu, gdyż „bolą go jądra” - zatem „dżizja” może również przybrać formę „świadczeń w naturze”: oddania do dyspozycji wyposzczonym przybyszom europejskich kobiet. Hmm, może by podesłać im panią Kingę Dunin, która nie tak dawno temu rozpływała się nad przymiotami przybywających do Europy „książąt Orientu”?

No, a teraz ten pomysł wyprawy, by „zaprowadzić porządek”. W kontekście powyższego, okazałoby się, że Europejczycy nie tylko płacą „dżizję”, ale stają się janczarami imigrantów. Oczywiście, Zachód ma swoje za uszami – sprowokowanie serii rewolt w ramach „arabskiej wiosny”, wcześniej inwazja na Afganistan i Irak (do której również my, Polacy, dołożyliśmy swoje trzy grosze „umacniając sojusz” z USA – ile to było warte, przekonaliśmy się w momencie „resetu” Obamy). Okazało się, że zaordynowane lekarstwo na islamski dżihadyzm, którego nową odsłonę zapoczątkował zamach z 11 września 2001, jest gorsze od samej choroby – świat muzułmański nie jest w stanie wprawdzie przeciwstawić się Zachodowi w bezpośrednim, konwencjonalnym starciu, ale ma broń równie skuteczną – ludzi. I właśnie jej używa. Z jednej strony przeszkolone, fanatyczne jednostki siejące terror, z drugiej – ludzka rzeka zalewająca wrogi obszar i bez skrupułów wykorzystująca liberalne przesądy rozmamłanej mentalnie Europy.

III. Poroniona „krucjata”

Mówiąc pół żartem, pół serio – udział w podobnej „krucjacie” miałby dla nas sens jedynie wówczas, gdybyśmy na jej skutek mogli sobie wykroić stosunkowo nieduże acz zasobne w jakieś dobra „województwo lewantyńskie” w którym ludność autochtoniczna trzymana byłaby za pyski tak, by nawet nie pomyślała o buncie. Innymi słowy, kolonializm w możliwie najbardziej zamordystycznym wydaniu – na podobieństwo krwawej tyranii, jaką utrzymywał w posłuchu tę dzicz Assad, Hussajn, czy inny Kadafi. Tylko wtedy takowa wycieczka miałaby ręce i nogi. Jeżeli nie chcielibyśmy się brudzić codziennym, żmudnym terrorem, moglibyśmy nawet takie „województwo” dać w arendę Izraelowi w zamian za cykliczny „czynsz” i zrzeczenie się wszelkich roszczeń majątkowych w stosunku do Polski. Podobna metoda sprawdzała się u nas przez stulecia na linii dziedzic-arendarz-chłopi, więc może sprawdziłaby się i dzisiaj. „Czynszem” mogłyby być nawet te same 3 miliardy dolarów rocznie, które Izrael otrzymuje od Stanów Zjednoczonych. Co wycisnęliby z oddanych im ludzi i ziemi ponad to – byłoby ich. Żydzi nie mają skrupułów, nie pozwalają wiązać sobie rąk różnym humanitarnym sentymentom i wiedzą jak obchodzić się z autochtonami. Tu jednak najpierw należałoby realistycznie skalkulować koszta i spodziewane zyski, no i przede wszystkim – dysponować siłą, by całe przedsięwzięcie przeprowadzić. Póki co, nie stać nas – ani militarnie, ani finansowo, zatem sprawę można odstawić w kąt. Przynajmniej do czasu.

Równie poronionym pomysłem jest koncepcja formowania w Europie spośród migrantów jakichś legionów, które po przeszkoleniu i uzbrojeniu wysłane zostałyby na Bliski Wschód, by walczyć o swoje ziemie. Pierwsza rzecz – jak posegregować tę przemieszaną masę Syryjczyków, Irakijczyków, Afgańczyków i diabli wiedzą, kogo jeszcze? Afgańczyk nie będzie walczył o Syrię i vice versa. To są ludzie bez dokumentów, bez tożsamości, tak naprawdę nic o nich nie wiemy. Po drugie – jaką mamy gwarancję, że uzbrojeni nie rzucą się nam do gardeł, lub chwilę później nie wrócą, by nas masakrować? Bo nam obiecają, że tego nie zrobią? Pamiętajmy, że w islamie okłamywanie niewiernych i kamuflowanie się na wszelkie możliwe sposoby, by następnie tym skuteczniej uderzyć, jest ogólnie przyjętą metodą prowadzenia walki – o czym przekonujemy się przy okazji kolejnych zamachów przeprowadzanych przez „zasymilowanych” muzułmanów. No i po trzecie, najważniejsze – gdyby chcieli walczyć, to by ich tutaj nie było. Zostaliby u siebie, tak jak lokalne siły samoobrony operujące w Syrii, czy Kurdowie, którzy jako jedni z nielicznych realnie walczą z Państwem Islamskim przy minimalnym wsparciu Zachodu i z wrogą Turcją nad głowami.

Pouczające jest doświadczenie amerykańskie. USA wydały setki milionów dolarów na obozy szkoleniowe mające sformować tam, na miejscu, „umiarkowane” oddziały walczące przeciw Państwu Islamskiemu. Jedyna grupa, którą udało się wyszkolić poszła z miejsca w rozsypkę, częściowo przechodząc na stronę PI. Śmiem przypuszczać, że z wyszkolonymi w Europie „legionami” imigrantów byłoby podobnie.

IV. Rekonkwista

Nie ma co się łudzić – na skutek obłąkańczej polityki imigracyjnej (a w zasadzie – jej braku, bo ogłoszenie, że „herzlich wilkommen” wszystkich jak leci, nie jest żadną polityką, jeszcze raz podziękujmy „mutter Angeli”) Europa zafundowała sobie wewnętrzny dżihad na pokolenia. Zabijać będą zarówno nowi przybysze zaraz po tym, jak już się tutaj jako tako zadomowią, ich potomkowie oraz potomkowie tych, którzy są „tutejsi” od dziesięcioleci – a reszta będzie się pracowicie rozmnażać na chwałę Allaha. W zasadzie jedynym sposobem na ograniczenie zagrożenia jest - nie bacząc na koszty - odesłanie tego miliona, który właśnie przybył, zasieki na zewnętrznych granicach UE, przechwytywanie łódek i ich zatapianie połączone z konsekwentnym odstawianiem migrantów tam skąd przyszli, zawieszenie strefy Schengen i przywrócenie kontroli na granicach państw członkowskich. A nade wszystko – zerwanie z ideologicznym obłędem „tolerancji” oraz „multi-kulti”. Krótka piłka – nie podoba ci się u nas, nie akceptujesz naszych reguł – won! Albo do piachu - co pan, panie muslim, wolisz. Skoro mamy wewnątrzeuropejski dżihad, to musimy odpowiedzieć wewnątrzeuropejską rekonkwistą/krucjatą. Każda inna droga będzie tylko odwlekaniem zagłady.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Bliskowschodni kocioł

Euro-kalifat

Niemiecki dżihad

Bankructwo Angeli Merkel

Charlie Hebdo w jaskini demonów

Imigranci chędożą Europę

Pełzający dżihad

Wędrówki ludów

Zamach we Francji czyli deja vu

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2877-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 46 (25.11-01.12.2015)

Pod-Grzybki 29

Paweł Kukiz z właściwą sobie konsekwencją najpierw zagłosował przeciw votum zaufania dla rządu Beaty Szydło, by zaraz potem poprzeć PiS-owską ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Teraz bukmacherzy powinni otworzyć zakłady jak Kukiz'15 będzie głosował w kolejnych posiedzeniach Sejmu. Sądzę, że w porównaniu z prognozowaniem zachowań „kukizowców”, trafienie „szóstki” w totka to będzie mały pikuś.

*

Ajajaj! Faszyzm, panie, faszyzm! Tak przynajmniej obwieściły naczelne autorytety salonowszczyzny po uchwaleniu ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, która – warto przypomnieć – odwraca jedynie skutki tego, co nawet w „Szechter Cajtung” określono mianem „politycznego skoku PO na Trybunał”. Od siebie dodam jeszcze, że Platforma na różne postulaty opozycyjnego wówczas PiS-u, tudzież obywatelskie inicjatywy, zwykła była reagować słowami: „wygrajcie sobie wybory”. No to sobie wygrali, a wam, drogie misie, zostało już tylko łkanie w poduszkę.

*

Jak donoszą postępowe mediodajnie, za zamachami w Paryżu stali jacyś bliżej niezidentyfikowani „Belgowie”. Wychodzi na to, że ci Belgowie to strasznie krwiożerczy naród. Pytanie tylko, dlaczego francuskie lotnictwo zbombardowało w odpowiedzi Państwo Islamskie, a nie Brukselę.

*

Ojojoj! Jedwabne, panie, i pogrom kielecki! Na antyislamskiej demonstracji narodowców we Wrocławiu pewien człowiek, znany jako współpracownik Stonogi i mający wśród antysystemowców opinię prowokatora, spalił kukłę Żyda, co wywołało w „Szechter Cajtung” stosowne paroksyzmy. Mniej więcej w tym czasie Tomasz Lis i Palikot dywagowali sobie w najlepsze na twitterze o prof. Janie Śpiewaku, że ten najpewniej, jako Żyd, bronił ustawy o Trybunale ze strachu przed PiS-em. Cóż, na miejscu narodowców uważałbym z kolejnymi demonstracjami, bo ani chybi będą pojawiać się na nich Lis z Palikotem, by palić kukłę Śpiewaka – i to dopiero będzie!

*

Mentalna bolszewia Platformy znów dała znać o sobie – tym razem okazało się, że doszczętnie rozszabrowano prezydencką willę w Klarysewie. Starsi Polacy jeszcze pamiętają, że w identyczny sposób zachowywali się sowieccy sołdaci w miejscach gdzie kwaterowali – co się dało, kradli, a czego nie mogli wynieść – niszczyli. Z Klarysewa ekipa Komorowskiego wyniosła więc blisko 400 różnych „trofiejnych” przedmiotów – od mebli i dywanów po sokowirówkę. Hm, przynajmniej nie rozpalili ogniska w salonie, żeby ugotować na nim bigos myśliwski.

*

Minęła 50 rocznica wystosowania pamiętnego listu polskich biskupów do niemieckich braci w wierze i w związku z tym naszła mnie taka refleksja – gdyby za kolejnych 50 lat biskupi chcieli napisać list, to zapewne musieliby go kierować do wielkiego muftiego Berlina, bo innych partnerów do dialogu za Odrą już nie będzie.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 46 (25.11-01.12.2015)

czwartek, 26 listopada 2015

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Lobby bankowe postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów.

W sumie, jako komentator powinienem być przyzwyczajony do różnych draństw i nieprawości – bo wszak opisywanie takowych siłą rzeczy stanowi większość produkowanej przeze mnie masy tekstowej, ale mimo wszystko co jakiś czas trafia się coś takiego, do czego nie jestem w stanie odnieść się bez emocji. Tym razem była to informacja, że Związek Banków Polskich postanowił wytoczyć proces Maciejowi Pawlickiemu – szefowi stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu” zrzeszającego nabitych we łże-kredyty „frankowiczów” i lobbującego za spec-ustawą mającą przewalutować frankowe produkty finansowe na złotówki. Żeby była jasność – Macieja Pawlickiego nie znam, nie mam również kredytu we frankach szwajcarskich. Nie jestem jednak impregnowany na rzeczywistość i widzę jakim problemem zarówno społecznym jak i gospodarczym stała się kwestia toksycznych produktów finansowych oferowanych pod nazwą „kredytu walutowego” i jak potwornym są oszustwem. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski – w szeregu krajów usiłuje się na różne sposoby wywikłać ludzi z tej pułapki, o czym zresztą co jakiś czas donosiłem w swych felietonach.

O co konkretnie poszło Związkowi Banków Polskich? Otóż Maciej Pawlicki jest jednocześnie publicystą portalu „wPolityce.pl” i tygodnika „wSieci”, gdzie zamieścił szereg tekstów demaskujących banksterski proceder. ZBP w związku z tym uznał, iż naruszone zostały jego dobra osobiste i zwrócił się do Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem, by ten nakazał spółce Fratria (wydawcy „wPolityce” i „wSieci”) zablokowanie dostępu w internecie do artykułów Pawlickiego, w których rzekomo miał owe „dobra” naruszać. Prócz tego Pawlicki miałby opublikować przeprosiny w których znalazłyby się słowa:Maciej Pawlicki przeprasza bankierów za określenie ich rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Ponadto sąd ma zakazać Pawlickiemu i „Fratrii” publikowania informacji, „jakoby Związek banków Polskich i zrzeszone w nim banki okradały Polaków oraz okłamywały, ogłupiały i korumpowały media”. W uzasadnieniu jest również szereg innych kuriozów – kto ciekaw, niech zajrzy na stronę www.bankowebezprawie.pl. Naprawdę warto.

Na szczęście sąd wykazał się przytomnością umysłu i wniosek oddalił, stwierdzając m.in.: Krytyczna analiza działań podejmowanych przez banki oraz władzę publiczną leży w interesie publicznym. (…) Uwzględnienie przedmiotowego wniosku prowadziłoby do sytuacji całkowitego wyłączenia z dostępnych mediów podejmowanej we wskazanych artykułach krytyki. A tym samym doprowadziłoby do eliminacji wszelkich niekorzystnych dla wnioskodawcy ocen i opinii ze strony zobowiązanych, znacznie ograniczając przy tym ramy debaty społecznej”. Nie jest to jednak koniec sprawy, bo ZBP ani myśli odpuścić.

Cóż to oznacza? Ano, lobby bankowe najwyraźniej postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów i zakaz publikowania krytycznych opinii o swej działalności. Równocześnie, nagle okazało się, że przygotowywany w Kancelarii Prezydenta przy współudziale „frankowiczów” niemal gotowy projekt ustawy okazał się „niekonstytucyjny” (bez wskazania co konkretnie jest sprzeczne z Konstytucją, pisałem o tym tydzień temu), co wedle Pawlickiego wiąże się z ofensywą bankowych lobbystów. Osobiście podejrzewam, że za nagłą aktywnością Związku Banków Polskich mógł stać postulat stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”, by wydostać z Komisji Nadzoru Finansowego twarde, konkretne dane, ile każdy z banków do tej pory zarobił na walutowym przekręcie – dotąd bowiem poruszamy się w sferze przybliżonych szacunków. Przypomnijmy tylko, że wedle statystyk Biura Informacji Kredytowej (dane za listopad 2014) udzielono 566 tys. kredytów frankowych, co przekłada się na 954 tys. zadłużonych. Innymi słowy – banki przechwytują znaczną część zarobków blisko miliona Polaków. Pieniądze te w dużej mierze transferowane są do zagranicznych central. Tak wygląda kolonialny drenaż.

A poza wszystkim - do opisanej tu sytuacji jak rzadko kiedy pasuje cytat z „Dobrego wojaka Szwejka” - „nachalne są te k...y i zuchwałe”. Oto bowiem banda złodziei i szulerów domaga się zakneblowania poszkodowanych, bo przeszkadza im to w kontynuowaniu lichwiarskiej działalności i psuje „imidż”. Trudno o przykład większego tupetu i bezczelności. Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach czytuje się jeszcze „Przygody Hucka” Marka Twaina, ale przypomnę – pojawia się tam dwóch oszustów o ksywkach „Król” i „Książę”. Para tych cwaniaków na różne sposoby naciąga napotykanych ludzi zbijając na tym całkiem niezły grosz. Do czasu. W końcu, za którymś razem wpadają, a mieszkańcy miasteczka, dobrym amerykańskim zwyczajem przepędzają ich po uprzednim wytarzaniu wydrwigroszy w smole i pierzu. Może taka operacja przeprowadzona na przedstawicielach ZBP stanowiłaby dobrą nauczkę dla banksterskiej mafii i memento, że Polacy nie pozwolą się bezkarnie doić międzynarodówce hochsztaplerów? Ech, marzenia...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (20-26.11.2015)

Zamach we Francji, czyli deja vu

Barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Gdy przychodzi mi komentować wydarzenia w rodzaju ostatnich zamachów we Francji, towarzyszy mi nieodparte uczucie deja vu – wszystko to już było. Banda muzułmańskich fanatyków urządza masakrę, służby wdrażają „intensywne działania”, wstrząśnięci ludzie gromadzą się paląc znicze i składając kwiaty, a media... media przystępują do ofensywy ideologicznej i robienia publice wody z mózgów, by przypadkiem nikt nie wyciągnął nieodpowiednich wniosków. I tak, po raz kolejny dowiadujemy się, że „przemoc” jest be i należy przeciw niej protestować – ale raczej tak „w ogólności”, że stosowną odpowiedzią powinno być „pogłębienie integracji” i wzmożenie wysiłków na rzecz „asymilowania” obcych kulturowo przybyszów, by nie czuli się „odrzuceni”, nade wszystko zaś – by nie wiązać zamachów z problemem imigrantów, bo to brudna woda na młyn nacjonalistycznej i ksenofobicznej prawicy. Przeczytałem nawet, że dżihadystom właśnie chodzi o to, by „skrajna prawica” doszła do głosu i „podzieliła Europę”.

Owszem, owa „skrajna prawica” jest zagrożeniem – ale dla lewackich durniów i zbrodniarzy, których obłędna polityka obłaskawiania demonów po raz kolejny doprowadziła do krwawej łaźni. Dla tych, którzy zaślepieni kulturową wojną z fundamentami łacińskiej cywilizacji widzą w napływie imigrantów szansę na rozsadzenie podstaw Europy, a w muzułmanach – taktycznych sojuszników w dziele inżynierii społecznej. Tymczasem, jak do tej pory najbardziej tragiczne w skutkach zamachy miały miejsce w kolebkach „multikulturalizmu” - liberalnym i otwartym na oścież Paryżu, nieco wcześniej zaś – Londynie. W miejscach, gdzie muzułmanów dopieszcza się na wszelkie możliwe sposoby, włącznie z rugowaniem chrześcijańskiej symboliki z przestrzeni publicznej, by nie urazić ich delikatnych uczuć. W miastach i krajach, w których zabrania się mówić o Bożym Narodzeniu, a pracownicy państwowych instytucji mają zakaz noszenia krzyżyków. No więc, skoro tak nas się boją – stwierdzili islamiści – to przykręćmy im jeszcze bardziej śrubę, aż do ostatecznego zwycięstwa Proroka.

Swoją drogą, przypomina mi to nieco sytuację w Polsce lat 90-tych, kiedy to różne gangi i mafie siały terror, a jedyną reakcją były groteskowe „marsze milczenia” na widok których rozbezczelniona bandyterka mogła tylko śmiać się w kułak w słusznym skądinąd przekonaniu, że taki wyraz skrajnej bezsilności oznacza de facto przyzwolenie na kolejne pobicia i zabójstwa. Na każdy głos, by zaprzestać cackania się z przestępcami tutejsze elity spod znaku michnikowszczyzny miały tylko do zaoferowania wrzask, że ciemny motłoch żąda „powrotu państwa policyjnego”, a w ogóle to „surowość kary nie odstrasza”. Trzeba było dopiero objęcia teki ministra sprawiedliwości przez Lecha Kaczyńskiego, by rozpocząć mozolne zmiany – a i wtedy mędrcy w rodzaju Krzysztofa Kozłowskiego straszyli, że na ulicach będą grasowały „szwadrony śmierci”. Podobne skojarzenie miałem na widok kretyńskiego marszu po zamachu na „Charlie Hebdo”. Pójdźmy razem z Hollandem i Merkel trzymając się za rączki, to islamiści się wzruszą i przestaną nas zabijać.

Cóż, na miejscu Francuzów podziękowałbym w odpowiednio dobitnych słowach ich byłemu prezydentowi Nicolasowi Sarkozy'emu za rozwalenie Afryki Północnej w pogoni za mocarstwowym mirażem „Unii Śródziemnomorskiej”, Amerykanom za destrukcję Bliskiego Wschodu, koniec końców zaś - „mutter Angeli” za rozgrodzenie Europy i wpuszczenie tutaj hord wypierdków Mahometa. Przybywają do Europy niczym na zielone pastwiska, gdzie będzie się ich karmić i poić – bo też oferowany im „socjal” jest w istocie współczesną formą haraczu, by łaskawie nie urządzali zamieszek, nie demolowali miast i nie palili samochodów. A rajskie hurysy wezmą sobie sami – już biorą, statystyki są nieubłagane – wraz z napływem imigrantów skokowo rośnie liczba gwałtów. Zresztą, przypuszczam, że wizja rozwiązłych Europejek (a z punktu widzenia islamu, wszystkie takie są) również jest jednym z motorów napędowych dla setek tysięcy przybywających tu młodych mężczyzn, którzy za naturalną rzecz przyjmują, że te wszystkie wyzywająco noszące się kobiety są od tego, by ich zaspokajać. Znamienne są tu narzekania jednego z tych przybyszów, że w ośrodku dla uchodźców nie może sobie ulżyć i przez to, cytuję, „bolą go jądra”. Krótko mówiąc, barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Nie bądźmy głupcami. Nie pozwólmy wplątać się w ten obłęd. Na cokolwiek zgodziła się Ewa Kopacz, należy wyrzucić to do kosza. Mamy sojuszników w Grupie Wyszehradzkiej. Stanowisko przytłaczającej większości Polaków jest jasne: ani jednego imigranta w naszym kraju!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (20-26.11.2015)

niedziela, 22 listopada 2015

Demony patriotyzmu

Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne.

I. Media chcą zadym!

A więc stało się – 11 listopada znów wyległy na ulice polskich miast demony patriotyzmu, przy czym, tradycyjnie, najliczniej stawiły się w Warszawie demonstrując swój bestialski nacjonalizm. Tak to przynajmniej wyglądało w przekazie medialnego mainstreamu, którego relacje sprowadzały się do gorączkowego wyczekiwania, kiedy wreszcie rozpoczną się zadymy. To oczekiwanie było wręcz namacalne – idą i nic... „marsz wciąż przebiega bez zakłóceń” - no, co jest? Race? Kilka petard i okrzyków? Jakieś transparenty? To nie jest news! My tutaj, w studio, chcemy pełnokrwistej burdy, demolki, kilkuset aresztowanych i kostki brukowej fruwającej w powietrzu! A tymczasem – czoło pochodu wchodzi już na błonia przy Stadionie Narodowym – i nadal nic. No nie, tak nie może być. Nikt niczego nie spalił, nikogo nie pobito, nawet nie rozwalono żadnej wiaty przystanku? Jak rany - od czego w końcu jest ta policja?

Trzeba jednak przyznać, że telewizyjne redaktorstwo wraz zaproszonymi „ekspertami” i „komentatorami” (tymi samymi co zwykle) wychodziło ze skóry, by udramatyzować wydarzenie. Przede wszystkim, unikano jak ognia nazwy „Marsz Niepodległości” - np. w TVN24 na żółtym pasku obowiązywała forma „marsz narodowców”. Kolejnym zabiegiem było omawianie w histerycznym tonie haseł z transparentów i wznoszonych okrzyków, tudzież przewodniego motywu Marszu: „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski” (na ogół pomijając drugi człon). Dowiedzieliśmy się zatem o erupcji nacjonalizmu, ksenofobii, islamofobii, szowinizmu – wszystko w tonie, którego nie powstydziłby się narrator „Zapisków oficera Armii Czerwonej”, młodszy lejtnant Miszka Zubow, perorujący o „zezwierzęconych faszystach”.

I w tym momencie winien jestem telewizorniom wyrazy wdzięczności. Nie ma to bowiem jak werbalna panika skonfrontowana z żywym obrazem przedstawiającym płynącą ulicami biało-czerwoną ludzką rzekę. Jeśli dodać do tego informację policji, że tegoroczny Marsz Niepodległości był najliczniejszy w całej swej dotychczasowej historii i śmiało można mówić o stu tysiącach uczestników, a przedstawicielka warszawskiego Ratusza dociskana na okoliczność domniemanych „incydentów” była w stanie wydusić z siebie jedynie, że rzucono z Mostu Poniatowskiego kilka rac na Wisłostradę - to trudno o lepszą reklamę. Na dodatek, uporczywe mówienie o „marszu narodowców” (choć wiadomo, że w wydarzeniu biorą udział uczestnicy poczuwający się do najróżniejszych patriotycznych opcji) może skutkować jedynie tym, że telewidz dojdzie do wniosku – może ci narodowcy nie są jednak tacy straszni?

Generalnie, medialny mainstream „przegrzał” temat dokładnie na takiej samej zasadzie, jak przegrzał podczas kampanii wyborczej motyw straszenia PiS-em, Kaczyńskim i IVRP – z wiadomym efektem. Dobrze to wróży na przyszłość.

II. Idzie nowe?

Spokojny przebieg tegorocznego Marszu Niepodległości jest najlepszym dowodem, czyją „zasługą” były zadymy z poprzednich lat. Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne. Oto jak w ciągu kilkunastu dni od wyborów może się zmienić klimat i mądrość etapu. Swoją drogą – nie wątpię, że gdyby termin wyborów przypadał na okres po Święcie Niepodległości, to mielibyśmy na Marszu największe zamieszki z dotychczasowych.

Jeśli chodzi o polityczny kontekst Marszu – dobrym ruchem było wystosowanie zaproszenia do prezydenta Andrzeja Dudy, choć oczywiście wiadomo było z góry, że prezydent go nie przyjmie. Trudno, by zapomniał o dotychczasowych nieprzytomnych wrzaskach wsadzających PiS do jednego worka z „bandą czworga”, czy okrzykach typu „PiS-PO, jedno zło”. O ubiegłorocznym wygwizdaniu kombatanta AK po tym, jak zapowiedział, że będzie głosował na PiS aż żal wspominać, bo takie stężenie zacietrzewionego buractwa zwyczajnie zapiera dech. Z drugiej strony – różne „niezależne” i „niepokorne” media w tym roku dały sobie spokój z zapisywaniem narodowców do „ruskiej agentury” i „V kolumny Putina”. List prezydenta Dudy wystosowany do uczestników Marszu to również swoisty symbol nowych czasów. Zawsze jest to jakaś odmiana rokująca nadzieję chociażby na przyjazną neutralność obu odłamów polskiej prawicy.

Nigdy nie ukrywałem, że moim marzeniem jest sojusz „dwóch płuc polskiego patriotyzmu” - wywodzących się zarówno z tradycji endeckiej jak i piłsudczykowskiej - czemu dawałem wyraz w szeregu tekstów publikowanych zarówno w blogosferze, jak i na łamach „Polski Niepodległej”. Dlatego też potępieńcze swary ostatnich lat wywoływały u mnie nieodmiennie skrajną irytację. Współpraca szeroko rozumianego obozu patriotyczno-niepodległościowego jest warunkiem niezbędnym do prawdziwej odbudowy Polski. Kilka lat temu, zanim jeszcze nastąpił rozbrat, a w Marszu Niepodległości uczestniczyli również politycy PiS, czy Kluby „Gazety Polskiej”, ktoś stwierdził, że dziś Dmowski i Piłsudski staliby po tej samej stronie barykady. Proszę Państwa – ta diagnoza wciąż jest aktualna, nic się nie zmieniło. Może obie strony przyjdą w końcu do opamiętania, a gesty poczynione przy okazji Marszu A.D.2015 zostaną zapamiętane jako początek zakopywania toporków? Może... W każdym razie, warto tę linię kontynuować – czy będzie nadmiernym „chciejstwem” z mojej strony nadzieja, że prezydent Andrzej Duda mógłby być tu pośrednikiem przy wypracowywaniu jakiegoś porozumienia?

III. Przebudzenie „demonów”

Biorąc pod uwagę ostatnie kilka miesięcy, wyniki wyborów, przebieg Marszu Niepodległości, warto zadać pytanie – czy mamy do czynienia z narodowym przebudzeniem, co wieszczą już niektórzy komentatorzy? Albo z drugiej strony – czy „demony polskiego patriotyzmu” rozszalały się na dobre, przyprawiając o drgawki redaktora Miecugowa i jemu podobnych? Hmm, aż tak optymistyczny bym nie był. Sądzę, że mamy raczej do czynienia z pewnym procesem, czymś w rodzaju stopniowego wybudzania ze śpiączki. Proces postępuje dość konsekwentnie, dobrze prognozuje na przyszłość, ale droga jeszcze daleka. Póki co, można zaobserwować uodpornianie się organizmu na propagandową truciznę. Polacy w coraz większej liczbie odrzucają zarówno „pedagogikę wstydu”, jak i „pedagogikę strachu”, czego dowodem było fiasko wyborczej nagonki uprawianej przez reżimowe mediodajnie i zepchnięcie do defensywy Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Kolejnym krokiem powinno być wyzbycie się kompleksu niższości – do niedawna bowiem bardzo skutecznie zarządzano zbiorowymi emocjami społeczeństwa, podtykając mu pod oczy co złego lub dobrego napisano o nas w zagranicznej, zwłaszcza niemieckiej, prasie. Za co nas poklepano po pleckach, a za co pryncypialnie obsztorcowano. Mam nadzieję, że stopniowo do masowej świadomości przedziera się fakt, iż traktuje się nas niczym tubylców z kolonii, dyscyplinowanych na dodatek często przez wynajętych do tej roboty tutejszych, dziennikarskich folksdojczów.

Ciekawym lusterkiem jest polskojęzyczny serwis „Deutsche Welle” zamieszczający m.in. przedruki i streszczenia z niemieckich mediów, kolportowane następnie w nadwiślańskich gadzinówkach. Oto próbka dotycząca Marszu Niepodległości: „Polska w szale nacjonalizmu” („Der Tagesspiegel”), „Święto niepodległości: Radykalizm staje się w Polsce głównym nurtem” (zeit.de), „Polska Polakom” („Frankfurter Rundschau”), „Dziesiątki tysięcy żądają »Polski dla Polaków«” („Die Welt”), „Polscy nacjonaliści demonstrują przeciwko cudzoziemcom” („Deutsche Welle”), „Polska prawica maszeruje przeciwko UE i islamowi” („Berliner Zeitung”), „Wrogie wobec cudzoziemców protesty w Warszawie” (tagesschau.de).

Wiecie co? Czytam to jazgotanie i zacieram ręce, ba – wręcz pragnę, by cytowano je możliwie najszerzej i w najbardziej napastliwej formie. Sądzę bowiem, że efekt będzie identyczny jak w przypadku straszenia „IV RP”: przegrzanie tematu i koniec końców – odrzucenie przez Polaków w geście zniecierpliwienia tego, co o nas sądzą różni „wielcy bracia”. Tak, tak – jeszcze może się okazać, że niemieccy treserzy mimowolnie wykonali dla przebudzenia „demonów patriotyzmu” kawał dobrej roboty.

*

Na zakończenie – w niedawnym tekście dla siostrzanej „Warszawskiej Gazety” zgłosiłem trzy postulaty dotyczące mediów, gospodarki i służb specjalnych, których spełnienie będzie dla mnie symbolicznym dowodem na determinację nowej ekipy w rozprawieniu się z III RP. Są to: zaprzestanie „dokarmiania” prywatnych mediów publicznymi pieniędzmi, uchwalenie ustawy o „frankowiczach” i odtajnienie aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI. Zapowiedziałem też, że odtąd (wzorem katońskiego „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam” ) każdy swój tekst będę kończył przypomnieniem o tych sprawach – dopóki nie zostaną załatwione. Taki mój permanentny, obywatelski monit. Zaczynam od dziś.

Tak więc:

- kiedy wprowadzony zostanie zakaz zamieszczania przez podmioty publiczne reklam i ogłoszeń w prywatnych mediach?

- kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

- kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/narodowy-dzie%C5%84-prowokatora

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 45 (18-24.11.2015)

Pod-Grzybki 28

Uwaga! Oto lista „rozczarowanych i oszukanych wyborców PiS”: redakcja „Szechter Cajtung” in gremio, redakcja TVN24, Tomasz Lis wraz z całym „Newsweekiem”, Waldemar Kuczyński, Ryszard Petru, Aleksander Smolar, Katarzyna Kolenda-Zaleska, Monika Olejnik, Ewa Kopacz, Donald Tusk... Tak, tak - wszyscy oni zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość, bo uwierzyli, że Gowin będzie szefem MON.

*

Zdechł Czesław Kiszczak - niestety, na wolności. Cóż, pozostaje teraz zapakować czerwone ścierwo do skrzynki, dosypać wąglika i wysłać do Moskwy.

*

Że co? Że niby zakopano truchło w prawosławnym obrządku? A, jeżeli tak, to tym bardziej - skoro tak pięknie się po śmierci zdemaskował (a raczej zdemaskowała go pogrążona w bólu małżonka), to należy wykopać i odesłać „matrioszkę” pocztą zwrotną do miejsca nadania.

*

Organizatorzy Marszu Niepodległości zaprosili na wydarzenie prezydenta Andrzeja Dudę, ten zaś odmówił, co było do przewidzenia. Nie wiem zresztą, czego zapraszający się spodziewali, po tym, jak w ubiegłym roku na kończącym Marsz wiecu wrzeszczano, że „PiS-PO, jedno zło” i wygwizdano weterana AK, gdy ten oznajmił, iż zagłosuje na Prawo i Sprawiedliwość. Takie są skutki tego, że kilku panom zamarzyło się przekształcenie ponadpartyjnego w założeniu wydarzenia w trampolinę do indywidualnych karier politycznych. Warto było?

*

Judeochrześcijański „Frondelek” zakwalifikował z kolei Wojciecha Cejrowskiego do grona wielbicieli Putina, bo podróżnikowi nie spodobało się, że prezydent Andrzej Duda nie weźmie udziału w Marszu Niepodległości. Niech zgadnę - to całe „judeo-chrześcijaństwo” to od „judzenia”?

*

Dyżurną katechetkę „Szechter Cajtung”, Katarzynę Wiśniewską, cechuje namiętność do pouczania biskupów w jakich okolicznościach i tonacji winni otwierać swoje klerykalne paszcze, by pozostawać w zgodzie z ortodoksją koszernego katolicyzmu, zwanego również „judeochrześcijaństwem”. Tym razem mieli upomnieć uczestników Marszu Niepodległości, jakim to okropnym grzechem jest protestowanie przeciw imigrantom. Cóż, minęło kilka dni i paryska masakra pokazała tak dobitnie jak tylko można, co wiąże się z radosnym hasłem „uchodźcy mile widziani”.

*

Francuzi powinni teraz podziękować „mutter Angeli” za politykę „herzlich wilkommen” i wpuszczenie islamistycznej dziczy do Europy niczym watahę wściekłych psów na rozgrodzone pastwisko. Podziękowania należą się także byłemu prezydentowi Nicolasowi Sarkozy'emu, który owładnięty wizją „Unii Śródziemnomorskiej” rozwalił Afrykę Północną, oraz, ma się rozumieć Wujowi Samowi za zdewastowanie Bliskiego Wschodu i uporczywe próby nałożenia demokratycznego siodła arabskiej kozie. Szaleńcze utopie mają bowiem to do siebie, że zawsze koniec końców toną w morzu krwi.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 45 (18-24.11.2015)

wtorek, 17 listopada 2015

Nadzieje i wyzwania

Bez głosów „frankowiczów” PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien.

Poznaliśmy skład rządu premier Beaty Szydło i jeśli chodzi o jego część gospodarczą, jest... różnie. Z pewnością cieszy nominacja dla Anny Streżyńskiej, która jako szefowa UKE dała się poznać z konsekwentnej walki z praktykami monopolistycznymi, przełamując dominującą pozycję TP SA oraz oligopol Plusa, Ery i Orange, co w praktyce przełożyło się na niższe ceny internetu i telefonii komórkowej. Na obecnym stanowisku ministra cyfryzacji najprawdopodobniej będzie kontynuowała pro-konsumencką politykę – zatem tu możemy się tylko cieszyć.

Najwięcej emocji i kontrowersji jednak budziła kandydatura Mateusza Morawieckiego, dotychczas prezesa banku BZ WBK należącego do hiszpańskiego Santandera. Morawiecki (syn legendarnego Kornela Morawieckiego, przewodniczącego „Solidarności Walczącej”) przymierzany był na dziennikarskiej giełdzie do funkcji ministra finansów, ostatecznie wylądował jeszcze wyżej – jako wicepremier i minister superresortu rozwoju, absolutnie kluczowego jeśli chodzi o przyszłą politykę gospodarczą państwa. I tu pojawia się pytanie, jak człowiek z samego serca banksterskiego Mordoru ma się do przedwyborczych zapowiedzi PiS w kwestii przykręcenia śruby bankom i międzynarodowym sieciom handlowym? Czy jego nominacja, to taktyczna zagrywka Jarosława Kaczyńskiego obliczona na uspokojenie tzw. „rynków”, czyli mówiąc po ludzku – spekulantów i banksterskiego lobby? Pisząc wprost – czy nie zachodzi tu konflikt interesów? Należy pamiętać, że ministrem się bywa i po skończeniu urzędowania Mateusz Morawiecki zapewne będzie chciał powrócić do świata bankowości, tym bardziej, że na przejściu do rządu traci finansowo – w samym tylko 2014 roku zarobił 1,8 mln zł, jako minister będzie otrzymywał dziesięciokrotnie mniej. Czy będzie chciał się narażać potężnej grupie interesów z której na dodatek sam się wywodzi, mając w tyle głowy, że jeśli popadnie w konflikt ze środowiskiem bankowym, to nie będzie, nazwijmy to eufemistycznie, witany z otwartymi rękami?

Zresztą, nawet zakładając stuprocentową uczciwość i odporność na naciski, Morawiecki junior może najzwyczajniej w świecie mieć spaczony, „bankocentryczny” ogląd świata. Przedstawiciele szlachetnej rasy bankierów mają silną predylekcję do traktowania siebie w kategoriach współczesnych nadludzi, kreatorów gospodarczej rzeczywistości i utożsamiania partykularnego interesu swojej branży z dobrem gospodarki jako takiej. Do czego to prowadzi przekonaliśmy się podczas globalnego kryzysu finansowego, na własnym podwórku zaś – przy okazji batalii o ucywilizowanie kredytów frankowych i polisolokat. BZ WBK nie należy do wyjątków i również ma swój portfel kredytów we frankach, choć trzeba oddać, że zachowuje się przyzwoiciej, niż niektórzy konkurenci, bez oporów dostosowując się np. do ujemnego LIBOR.

I tu przyszła mi do głowy teoria spiskowa – jak wiadomo, specjaliści z Kancelarii Prezydenta wyrzucili właśnie do kosza niemal ukończony projekt pisanej wspólnie z przedstawicielami „frankowiczów” ustawy, która miała być dość restrykcyjna dla banków. Jako uzasadnienie podano jej rzekomą „niekonstytucyjność” nie wskazując jednakże na czym miałaby ona polegać. Nowe założenia są już znacznie łagodniejsze i sprowadzają się do możliwości „ułożenia się” klientów z bankami, a w ostateczności – pozbycia się kredytu poprzez oddanie bankowi nieruchomości. Innymi słowy – dogadajcie się, albo oddawać mieszkanie. Tak się złożyło, iż owa wolta zbiegła się z pojawieniem się właśnie Mateusza Morawieckiego w charakterze kandydata na jedno ze stanowisk gospodarczych w rządzie. Przypadek?

Z dobrych wieści – Morawiecki ma być zwolennikiem deregulacji i ułatwień dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz stawiania na innowacyjny model rozwoju. I oby właśnie tym się zajmował nie sabotując działań mających na celu ukrócenie samowoli międzynarodowych koncernów traktujących Polskę jako obszar kolonialny. Sztandarowymi postulatami PiS w tej materii były propozycje podatku bankowego (w wersji podatku od aktywów, bądź podatku od transakcji finansowych), uszczelnienie systemu podatkowego z którego wyciekają rokrocznie dziesiątki miliardów złotych oraz wprowadzenie podatku od sklepów wielkopowierzchniowych. I tutaj należy nową władzę trzymać bezwzględnie za słowo. Na szczęście ministrem finansów został – jakby dla równowagi wobec Morawieckiego – Paweł Szałamacha, który jest zdecydowanym zwolennikiem powyższych rozwiązań. No i w tym momencie powstaje pytanie – jak będzie wyglądać współpraca obu ministerstw, choćby podczas obowiązkowych uzgodnień międzyresortowych przy wprowadzaniu jakiejś formy opodatkowania banków? Będzie wojenka, przeciąganie sprawy na „święty nigdy”, czy jednak panowie dojdą do porozumienia?

Jedno jest pewne – bez głosów „frankowiczów” i generalnie, ludzi mających dosyć Polski jako eksploatowanego bantustanu, PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien – i o tej powinności należy nowej władzy stale przypominać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ----> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2790-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (13-19.11.2015)

Trzy sprawy

Aby dokonać opisanych tu ruchów nie trzeba montować kwalifikowanej większości. Nie trzeba zmieniać konstytucji. Wystarczy determinacja.

Gdy ten numer „Warszawskiej Gazety” trafi do Państwa rąk będzie znany już skład rządu Beaty Szydło, ukonstytuuje się też nowy Sejm i Senat. Sądzę, że to dobra pora na sformułowanie pewnych „startowych” oczekiwań. Problemy o których za chwilę napiszę mają walor symboliczny, dotykają bowiem trzech obszarów polskiego życia publicznego: mediów, gospodarki oraz służb specjalnych – czyli dziedzin w których jak w soczewce skupiają się patologie III RP. Otóż uważam, że obejmujący właśnie władzę obóz PiS powinien w pierwszym rzędzie: 1) wstrzymać dotowanie prywatnych mediów z środków publicznych; 2) uchwalić ustawę o frankowiczach; 3) odtajnić aneks do raportu o rozwiązaniu WSI. Wymienione sprawy są swoistym papierkiem lakmusowym, testem na determinację w przeprowadzeniu „dobrej zmiany” - o ile ma to być zmiana realna, a nie tylko kosmetyczne poprawki w ramach istniejącego systemu.

Ad.1) Od początku funkcjonowania III RP mamy do czynienia z mechanizmem korumpowania mediów i sterowania rynkiem poprzez transfery publicznych funduszy dokonywanych pod pozorem reklam i ogłoszeń rożnych państwowych i samorządowych instytucji oraz spółek skarbu państwa. Jest to nic innego jak sprowadzenie mediów do roli części aparatu władzy i szerzej – Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Dzieje się tak zarówno na poziomie ogólnopolskim, jak i lokalnym. W efekcie, gazety popierające władzę znajdują się w uprzywilejowanej rynkowej pozycji, natomiast te opozycyjne albo walczą o przetrwanie, albo kończą swój żywot. Wspomniany proceder powoduje siłą rzeczy, że społeczeństwo bombardowane jest jednostronnym propagandowym przekazem. Pojawienie się w ostatnim czasie kilku gazet o niezależnych źródłach finansowania oraz wzrost znaczenia internetu tylko do pewnego stopnia równoważy rynek treści i opinii. Podkreślam przy tym, że nie chodzi tu o modyfikację sytuacji na zasadzie: dziś przestajemy futrować „Gazetę Wyborczą” a zaczynamy wspierać „naszych” - takie proste odwrócenie wektorów nie likwiduje bowiem źródeł patologii. Zdaję sobie sprawę, że niekiedy zamieszczanie ogłoszeń przez podmioty publiczne bywa wymogiem prawnym, lecz właśnie od tego jest nowa władza, by prawo to odpowiednio znowelizować – w szczególności biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości komunikacyjne.

Ad. 2) Kredyty frankowe są jednym z przejawów statusu Polski w optyce wielkiego międzynarodowego biznesu – gospodarczej kolonii będącej polem eksploatacji i źródłem zysków transferowanych do zagranicznych central. Cóż bowiem zrobiono? Ano, ustawiono zaporowe warunki dla kredytów złotówkowych, tak by większość potencjalnych pożyczkobiorców nie miała „zdolności kredytowej”, przy jednoczesnym preferencyjnym ustaleniu wymogów dla... no właśnie – dla czego tak naprawdę? Dla kredytu, czy narzędzia spekulacyjnego, swoistej mutacji opcji walutowych, czy może hybrydy obu rodzajów produktów finansowych? Z premedytacją wprowadzono w błąd niemal milion osób przedstawiając fałszywe prognozy co do przyszłego kursu franka szwajcarskiego, następnie zaś drenując kieszenie klientów chociażby za pomocą arbitralnie ustalanych spreadów oraz innych nieuczciwych klauzul, których niedopuszczalność zdążył już stwierdzić w kolejnych wyrokach Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W efekcie, wraz ze wzrostem kursu franka, owe łże-kredyty stały się coraz bardziej palącym problemem społecznym – wartość zobowiązań już dawno przekroczyła rynkową cenę kupionych nieruchomości, zaś kwoty do spłacenia rosną zamiast maleć. Innymi słowy, mamy milion niewolników, których dochody przechwytywane są przez banki zamiast trafić na rynek w postaci konsumpcji różnych towarów i usług. Niezbędne jest zatem ustawowe przewalutowanie bądź po kursie z dnia zawarcia umowy, bądź po średnim kursie NBP z dotychczasowego okresu jej trwania.

Ad. 3) Publikacja Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI to kolejny test – tym razem na wolę zerwania z kształtem Polski jako żerowiska służb specjalnych i pola rozgrywek zagranicznych stolic. Do tego niezbędna jest transparentność, bowiem samo rozwiązanie „długiego ramienia Moskwy” nie pozbawiło ludzi wojskowych służb „aktywów” w postaci agentury ulokowanej w mediach, gospodarce oraz aparacie państwa. Wymogiem elementarnej higieny jest upublicznienie współpracowników WSI decydujących o medialnym przekazie, kształtujących polską gospodarkę, podejmujących kluczowe decyzje i wydających wyroki w imieniu Rzeczypospolitej. Determinacja z jaką dążył Bronisław Komorowski do przechwycenia Aneksu jest sama w sobie dowodem na wagę tego dokumentu dla naszego życia publicznego.

Aby dokonać opisanych tu ruchów nie trzeba montować kwalifikowanej większości. Nie trzeba zmieniać konstytucji. Wystarczy determinacja. Aby ją wspomóc, istotne jest by władza od pierwszych dni czuła na plecach gorący oddech wyborców. Od tej pory zatem będę kończył każdy swój tekst przypomnieniem o wymienionych trzech sprawach – dopóki nie zostaną załatwione.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2790-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (13-19.11.2015)

środa, 11 listopada 2015

Kotobójca

Cholera.

Kot zeżarł mi kanapkę.

Oczywiście nie całą - skrupulatnie ściągnął plaster wędliny, gdy polazłem do łazienki, żeby się odlać. Ile czasu to zajmuje? Chwilę? Dwie?

A sierściuch zdążył. Opędzlował moją kanapkę i ani myślał się przyznać.

Gdy wróciłem, stał z głupią miną w progu kuchni i się gapił. Nie, patrzył - gapił się właśnie na mnie, a ogólny wyraz pyska miał taki, że już wszystko wieeedziałem. Cholernie sugestywne są te sierściuchy, nieprawdaż?
Wszedłem zatem do kuchni i ujrzałem tam moją przeszłą/niedoszłą kanapkę.

Zrozumcie mnie dobrze - nie jestem nadpobudliwy ani małostkowy. Strata plasterka wędliny jako takiego mnie nie rusza. Chodzi o ten szczególny stan, kiedy wstajesz rano (choć nie musisz), dajesz swojej zwierzynie ogrzane i pokrojone drobiowe serduszka, przyrządzasz sobie kanapkę (tak, właśnie w tej kolejności!) robisz kawę, potem idziesz do klopa, a po powrocie widzisz.

Kanapkę.

Obnażoną, pogwałconą, wyjedzoną, słowem - odartą z majestatu mięsa. Wiecie, co to jest mieć mięso, a nie mieć mięsa? To są dwa mięsa, tyle wam powiem!
A ten sierściuch obżarł mnie z plastra rolady z kurczaka nabytej po promocyjnej cenie 12,99/kg.

Każdy by się wkurwił, co nie?

Ochłonąłem. Przemyślałem. I postanowiłem gnoja zajebać.
Czysta kalkulacja - albo mój komfort psychiczny, albo jego.

Jak się zabrać do zajebania kota?
Przede wszystkim, nie należy patrzeć mu w oczy. Tyle już wiem. Spojrzysz mu w oczy - koniec, nie zajebiesz.

Zabrać go w worek i rzucić do rzeki? Miotał się i wył, skurczybyk, a potem usnął-nie usnął, w każdym razie zaczął intensywnie mruczeć. Rejestry jego mruczanda pomasowały mnie po kichach i wprawiły w błogostan. Usnąłem. Mówicie o marihuanie? Zero porównania do kota.

Może po prostu nożem, w kuchni? Nie da rady. Wijąc się, prędzej czy później spojrzy ci w oczy i jesteś ugotowany.

W końcu wymyśliłem – dam go gołębiarzowi z pobliskiej działki. Gołębiarze nienawidzą kotów i zapierdalają je widłami. Bez sentymentów. Poradzi sobie - gołębiarz, znaczy.

Wrócił. Skurwysyn. Walił w okno łapami i wył. Gołębiarz chyba wymiękł.
*

No i co?

Nie zajebałem kota.

Kurwa, pizda ze mnie jest.

Mam przesrane.
 

Gadający Grzyb

wtorek, 10 listopada 2015

Islandia, czyli jak się nie dać

Może impuls, który wyjdzie z Islandii sprawi, iż słynne zdanie Mayera Rothschilda: „Daj mi kontrolę nad podażą pieniądza narodu i nie będzie mnie obchodzić kto tworzy jego prawa” wreszcie straci swą aktualność?

Pozwolę sobie kontynuować dziś wątek z ubiegłego tygodnia, czyli islandzką lekcję, którą państwo to daje światu w reakcji na globalny kryzys finansowy. Omówiłem już procesy i kary więzienia na jakie zostali skazani prominentni islandzcy banksterzy – jednak to nie wszystko. Otóż wyspa nie ugięła się również przed międzynarodowym szantażem mającym wymusić na tamtejszym rządzie spłatę z pieniędzy podatników wierzycieli upadłych banków. Pouczający jest tu przykład internetowego funduszu Icesave, należącego do Landsbanki – prywatnego (co istotne) banku, który upadł w 2008 roku. W Icesave miało swoje konta 340 tys. obywateli Wlk. Brytanii i Holandii. Po bankructwie, rządy tych krajów wypłaciły im łącznie ok. 5 mld dolarów rekompensat, następnie zaś zwróciły się do rządu Islandii o zwrot pieniędzy. Islandzcy obywatele w dwóch kolejnych referendach przeprowadzonych w 2010 i 2011 roku zdecydowanie opowiedzieli się przeciw pokrywaniu z publicznych pieniędzy długów prywatnego banku (Landsbanki zbankrutował jako podmiot prywatny, dopiero później wprowadzono zarząd komisaryczny). Pikanterii sytuacji dodaje fakt, iż rząd brytyjski rozporządzeniem „Landsbanki Freezing Order 2008” dokonał zamrożenia islandzkich aktywów (w tym Landsbanki) w Wlk. Brytanii wartych 4 mld. funtów. Wspomniane rozporządzenie zostało wydane na podstawie „Anti-Terrorism, Crime and Security Act” - ustawy uchwalonej przez Izbę Gmin w 2001 po zamachu na WTC, pozwalającej na nadzwyczajne kroki w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa lub gospodarki Wlk Brytanii. W ten sposób postawiono islandzkie podmioty w jednym rzędzie z terrorystami i mafią, przy okazji usuwając konkurencję z brytyjskiego rynku.

W każdym razie, Wlk. Brytania i Holandia pozwały Islandię przed luksemburski Trybunał Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) do którego należy Islandia, a które wraz z Unią Europejską tworzy Europejski Obszar Gospodarczy. Po latach postępowania, Trybunał uznał ostatecznie w 2013 r., iż Islandia nie złamała dyrektywy dotyczącej depozytów gwarantowanych. Dodatkowo przed Trybunał pociągnęła Islandię Komisja Europejska, jednak ten orzekł, iż obowiązująca w momencie wybuchu kryzysu dyrektywa nie precyzowała minimum ochrony depozytów, sama zaś Islandia argumentowała, że obowiązek utworzenia funduszu gwarancyjnego nie zakłada automatycznego finansowania go z pieniędzy publicznych.

Aktywność Islandii nie kończy się jednak na samych działaniach „frontowych” w rodzaju procesów wytaczanych bankowym decydentom, czy batalii przed międzynarodowymi instytucjami sądowymi. Nie zaniedbano również prac koncepcyjnych mających uchronić system finansowy przed podobnymi paroksyzmami w przyszłości. Kilka miesięcy temu światło dzienne ujrzał arcyciekawy raport „Reforma monetarna. Lepszy system monetarny dla Islandii” przygotowany na zlecenie premiera rządu, a wydany w Polsce przez Fundację Jesteśmy Zmianą. Pod ostrzałem znalazł się w nim m.in. współczesny system kreacji pieniądza, w znacznej mierze uzależniony od działalności kredytowej banków komercyjnych, poza kontrolą nominalnego monopolisty, czyli banku centralnego, w którego gestii pozostaje jedynie nieskuteczne w dalszej perspektywie ustalanie stóp procentowych. W skrócie, system rezerwy cząstkowej pozwala bankom na akcje kredytowe jedynie częściowo zabezpieczone posiadanymi depozytami, udzielając więc kredytu „tworzą” pieniądz z powietrza. W efekcie, każdy bank jest potencjalnym bankrutem – wystarczy, by większość jego klientów w tym samym czasie zażądała wypłaty depozytów „zabezpieczonych” wirtualnymi „aktywami” w postaci nie ściągniętych jeszcze kredytów, czy wykupionych przez bank, a nie spłaconych przez emitenta obligacji.

Powyższe prowadzi do nadmiernej podaży a w konsekwencji - inflacji i dewaluacji waluty. Na Islandii „produkuje” się w ten sposób 91% znajdujących się w obrocie środków płatniczych, w Polsce – 86%. U źródeł kolejnych kryzysów zawsze tkwi nadmiar pustego pieniądza, na dodatek państwowe gwarancje depozytów zachęcają bankierów do ryzykownych zachowań. Dodać należy, iż instytucje zabezpieczające w rodzaju bankowych funduszy gwarancyjnych są w swej istocie jedynie listkiem figowym - w momencie poważnego krachu i tak koniec końców interweniować musi państwo sięgając do publicznej kasy. W odpowiedzi na zarysowane tu patologie autorzy raportu postulują wprowadzenie Pieniądza Suwerennego, którego wyłącznym emitentem w każdej postaci byłby państwowy bank centralny, konkretnie zaś niezależne gremium – odpowiednik naszej Rady Polityki Pieniężnej. Tym samym władza nad emisją środków płatniczych zostałaby całkowicie odebrana bankom komercyjnym. Te drugie miałyby jedynie możliwość alokacji pieniądza. Warto śledzić dalsze losy proponowanych rozwiązań. Może impuls, który wyjdzie z Islandii sprawi, iż słynne zdanie Mayera Rothschilda: „Daj mi kontrolę nad podażą pieniądza narodu i nie będzie mnie obchodzić kto tworzy jego prawa” wreszcie straci swą aktualność?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Islandia nie odpuszcza banksterom”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 45 (06-12.11.2015)

Palcie akta!

Nigdy nie będzie do końca wiadomo, co rzeczywiście zostało zniszczone, a co wywędrowało z zasobów MSW w niewiadomym kierunku.

„Palcie akta i wyczekujcie wiatru przemian” - napisałem pod koniec zeszłotygodniowego felietonu. Ów tekst mający w założeniu charakter dość frywolnej satyry nieoczekiwanie okazał się proroczy. Ustępująca Platforma postanowiła bowiem na odchodnym uskutecznić operację zacierania śladów na skalę porównywalną chyba tylko z paleniem teczek przez ubecję po 1989 roku („-Stopczyk, co wy tam palicie? - Ja? Radomskie, ale jeśli pan major woli, to Franz ma Camele”). Stosowne zarządzenie odnośnie brakowania dokumentacji MSW i jednostek podległych wydała minister Teresa Piotrowska tuż po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów, kiedy ostatecznie okazało się, że PO żegna się z rządami, a PiS będzie miało samodzielną większość w parlamencie. Ekspresowe tempo (zarządzenie opublikowano w czwartek 29 października, a weszło w życie 1 listopada) skłania do podejrzeń, że niszczone nie są jedynie „kwity z pralni”, lecz dokumenty o wiele poważniejszego kalibru. Przypomnijmy, że ta sama Teresa Piotrowska zaraz po objęciu stanowiska zrzekła się kontroli nad formalnie jej podlegającymi służbami specjalnymi, dając tym samym bezpiece wolną rękę i niejako oficjalnie czyniąc ją państwem w państwie. Można zatem przypuszczać, że niszczone będą ślady różnych bezpieczniackich harców. Zwróćmy uwagę, że ów nadzwyczajny pośpiech nie byłby konieczny, gdyby odchodzący rząd nie miał nic do ukrycia – mógłby spokojnie pozostawić zasoby archiwalne kolejnej ekipie i ta dopiero po zapoznaniu się z dokumentacją podjęłaby decyzję, co faktycznie jest bezwartościowymi „fakturami za środki czystości”, że znów odwołam się do znanego dialogu z „Psów”. Osobiście podejrzewałbym wręcz, iż zarządzenie pani minister zostało wydane na specjalny obstalunek właśnie owych hord żerujących na masie upadłościowej III RP.

Warto w tym miejscu przypomnieć, iż Polska jest absolutnym europejskim liderem jeśli chodzi o skalę inwigilacji obywateli. Uprawnienia, jakie w innych krajach nadaje się służbom w absolutnie nadzwyczajnych okolicznościach – np. po krwawych zamachach terrorystycznych – u nas są chlebem powszednim. Różne metody inwigilacyjne stosowane są często „prewencyjnie”, bez żadnego realnego nadzoru. Prócz klasycznych podsłuchów dotyczy to szczególnie danych telekomunikacyjnych – tylko w 2014 roku według informacji uzyskanych przez fundację „Panoptykon” od Urzędu Komunikacji Elektronicznej odpowiednie organy złożyły łącznie 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne, przy czym uprawnionych służb jest łącznie 10. Nic więc dziwnego, że jest co „brakować” przy takim przerobie, zwłaszcza jeśli obiektami zainteresowania byli np. politycy i środowiska opozycyjne, albo chociażby rozgrywki wokół kolejnych wyborów. Kolejną patologią analogiczną do okresu „przełomu” ustrojowego może być proceder „prywatyzacji” informacji, mających stanowić polisę ubezpieczeniową funkcjonariuszy, którzy spodziewają się zwolnienia ze służby. Nigdy nie będzie do końca wiadomo, co rzeczywiście zostało zniszczone, a co wywędrowało z zasobów MSW w niewiadomym kierunku. Jakiż to problem dokonać „komisyjnego” brakowania, jeśli w komisji są sami swoi – a trudno, by po ośmiu latach rządów PO było inaczej.

Według informacji Witolda Gadowskiego, proceder czyszczenia akt ma miejsce na wielką skalę chociażby w Agencji Wywiadu. Dotyczy to przede wszystkim „archiwów podręcznych i operacyjnych, tych, które nie były kwitowane w innych miejscach”, dotyczących działań „mających na celu prowokowanie, destabilizowanie i kreowanie wydarzeń politycznych w Polsce” (cyt. za stefczyk.info). Z kolei „Gazeta Polska” donosi, iż do likwidacji przeznaczone zostały materiały tzw. „komisji Millera” zajmującej się tragedią smoleńską – w tym dokumentacja podróży Jerzego Millera do Moskwy i otrzymanych tam sfałszowanych nagrań z czarnych skrzynek TU-154M.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Otóż na dziennikarskiej giełdzie pojawiają się kolejne spekulacje co do funkcji jaką w przyszłym rządzie miałby pełnić Antoni Macierewicz. Jedni przymierzają go do roli szefa MON, inni – MSW. Jeśli mógłbym wtrącić swoje trzy grosze, to najchętniej widziałbym Antoniego Macierewicza jako spec-ministra weryfikującego i rozliczającego ostatnie osiem lat funkcjonowania służb specjalnych. Niezbędna jest żelazna miotła i człowiek, który wziąłby za pyski tę rozzuchwaloną mafię. Jako przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI Macierewicz udowodnił, że jest kompletnie odporny na jakiekolwiek naciski i niepodatny na medialną histerię. A jeśli nowy rząd zabierze się za służby, to wrzask będzie potężny – możemy się tylko domyślać ile różnych interesów będzie zagrożonych. Przedsmakiem był jazgot po wypowiedzi Macierewicza na spotkaniu z kanadyjską Polonią, iż będzie namawiał prezydenta Dudę do odtajnienia Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI. Dlatego do rozprawy ze służbami potrzebny jest człowiek o żelaznym charakterze – bez tego próżno będzie marzyć o gruntownej naprawie Polski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Polacy na podsłuchu”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (06-12.11.2015)

„Przetrwać bez zwycięstwa nie można”

Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo.

I. Przegląd pola walki – PiS i PO

Z mojego punktu widzenia wyniki wyborów ułożyły się niemal idealnie. PiS uzyskało samodzielną większość, co oddala zmorę z lat 2005-2007, czyli szarpaninę rządów mniejszościowych, bądź niepewnej koalicji. O ile gowinowcy i ziobryści się nie zbieszą i nie zerwą porozumienia dzięki któremu wrócili z politycznego niebytu do grona żywych, Zjednoczona Prawica może liczyć na pełną kadencję stabilnych rządów. PiS i Jarosław Kaczyński pokazali, że wbrew utartej opinii potrafią być elastyczni oraz korzystać z dobrych rad. Warto w tym miejscu wrócić do głośnego listu prof. Andrzeja Nowaka wystosowanego na konwencję wyborczą inaugurującą kampanię prezydencką Andrzeja Dudy. Wtedy wywołał on prawdziwą burzę – zarówno w samej partii, jak i wśród jej zagorzałych sympatyków. Oskarżano profesora co najmniej o niewczesny wyskok, zaś w wersji bardziej radykalnej – o szkodnictwo, ambicjonerstwo i złą wolę. Imputowano mu kierowanie się niskimi pobudkami (miał być przymierzany do kandydatury na prezydenta), sianie defetyzmu a nawet chęć „detronizacji” Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem, jeśli prześledzimy owo pismo na spokojnie, to okaże się, że znakomitą większość zawartych w nim postulatów wykorzystano w kampanii i m.in. dzięki temu właśnie możliwe było podwójne zwycięstwo po ośmiu latach porażek – i to w wymiarze okazalszym niż w 2005 roku. Oczywiście, PiS miał też nieco szczęścia – gdyby nie „Razem” i „efekt Zandberga” połączony z ustawieniem sobie przez ZLEW poprzeczki na poziomie 8%, najprawdopodobniej nie byłoby samodzielnej większości. Jednak szczęściu trzeba dopomóc – dobra kampania Dudy i Szydło potraktowana (zgodnie z postulatem prof. Nowaka) jako nierozerwalna całość oraz korpus mężów zaufania z Ruchu Kontroli Wyborów ograniczających fałszerstwa – bez tego nie byłoby zwycięstwa.

PO została zepchnięta do głębokiej defensywy i tylko kwestią czasu pozostaje dekompozycja tego ugrupowania. Jej siłą scalającą było konsumowanie owoców władzy, zaś odspawanie od stołków i apanaży będzie skutkowało wykruszeniem się owego spoiwa, bo w przeciwieństwie do PiS, ludzi tych nie łączy żadna idea, ani tym bardziej charyzmatyczny, trzymający partię w garści przywódca. Kopacz jest jedynie „Tuskiem zastępczym”, blednącą stopniowo emanacją spijającego brukselskie rosoły przywódcy, który z oddalenia nie jest w stanie sterować partią, kontrolować zachodzących w niej procesów, no i wreszcie – wygrać wyborów. Na dodatek Platforma, w odróżnieniu od PiS, zatraciła elastyczność i zdolność do uczenia się na błędach. Nie wyciągnięto żadnych wniosków z przegranej Komorowskiego, a może raczej – wyciągnięto wnioski z gruntu błędne i poprowadzono kampanię na zasadzie „więcej tego samego”. Mieliśmy więc kontynuację „gospodarskich wizyt” – równie jak tamte nieautentycznych, nagłe dostrzeżenie problemów „zwykłych ludzi” na rozwiązanie których PO nie znalazła jakoś czasu przez osiem lat rządów, no i obowiązkowe straszenie IVRP oraz Kaczyńskim, co sprawiało wręcz wrażenie, jakby kampania była prywatną autoterapią „Miśka” Kamińskiego w ramach porachunków z dawnym ugrupowaniem.

W tej sytuacji warto kibicować Schetynie w rozgrywce o przejęcie PO – choćby dlatego, że jego wygrana oznacza marginalizację Tuska, który nie będzie miał do czego wracać. Poza tym, wstrząsana vendettą Platforma nie będzie w stanie wykazywać szerszej aktywności na zewnątrz, co tylko przyśpieszy jej rozpad. Schetynę cechuje cierpliwość krokodyla, który potrafi tygodniami tkwić w bezruchu w bajorze czekając, aż zdobycz podejdzie mu pod pysk – i właśnie się doczekał. A gdy już zaatakuje, nie będzie litości – odwet za lata politycznych upokorzeń ma swoje prawa. Przypuszczam, że wielu platformersów już teraz widok gadziego uśmiechu „żelaznego Grzegorza” przyprawia o ciarki.

II. Kukiz i inni

Nadspodziewanie dobry wynik uzyskał komitet Kukiz'15. Piszę „nadspodziewanie” ponieważ żenujące awantury przy układaniu list wyborczych w połączeniu z emocjonalną niestabilnością lidera rodziły wręcz obawy o przekroczenie progu wyborczego. W tych okolicznościach 42 mandaty w Sejmie i pozycja trzeciej siły jest bardzo dobrym wynikiem. Paweł Kukiz zasłużył się też podebraniem głosów PO. Jeśli wziąć za dobrą monetę sondażowe wyniki exit poll, to jego formacja przejęła 6,4% głosów PO z 2011 – czyli o ponad 2% więcej, niż odebrała PiS-owi (4,3%). Tym samym, z jednej strony przyblokowała Platformę, z drugiej zaś nie odebrała PiS samodzielnej większości, za to ma szansę stać się istotnym recenzentem gabinetu Beaty Szydło. I to jest podstawowa wartość obecności „kukizowców” w Sejmie, co zresztą podkreślałem we wcześniejszych tekstach – dyscyplinowanie z radykalnych pozycji PiS, tak by ten nie ostygł w reformatorskim zapale zwiedziony urokami władzy. Można tu wiązać nadzieje z przedstawicielami narodowców, o ile zdobędą się na określony poziom merytoryczny zamiast dotychczasowego, bądźmy szczerzy – gówniarskiego pokrzykiwania, iż „PiS-PO to jedno zło”. Rolę opozycji totalnej zarezerwowała dla siebie już Platforma wraz z przyległymi mediami w ramach leczenia traumy po wyborczej klęsce – i bardzo dobrze, to bowiem jedynie przyśpieszy jej samo-anihilację. Niebezpieczeństwo to dostrzegł jeden z niewielu przytomnych liderów salonowszczyzny, czyli Aleksander Smolar, który przestrzegł swą formację, by nie straszyć „orbanizmem” i „putinizmem”, bo to jedynie denerwuje ludzi – ale na szczęście już widać, że obóz IIIRP nie dojrzał do wysłuchania tej porady.

Zagrożeniem dla obozu Pawła Kukiza jest jego niejednolitość (co łączy narodowców i kieleckiego Snoop Dogg'a dla ubogich – Liroya?), co może skutkować rozpadem i podbieraniem posłów przez inne ugrupowania. Z drugiej strony, PiS na tle „kukizowców” może prezentować się niczym Orban na tle Jobbiku: umiarkowana, pragmatyczna partia reform – i to jest kolejny plus obecnej sejmowej układanki.

O „Nowoczesnej” Petru – czyli wielkiej nadziei kasty właścicieli III RP na zachowanie przynajmniej części stanu posiadania nie ma co się rozwodzić. Wiadomo – kolejna mutacja tego samego, napompowana medialnie i finansowo przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. No i jeszcze związek zawodowy dzierżycieli synekur, czyli PSL. W tym przypadku zagrożeniem może być pokusa wchodzenia w lokalne układy – jeżeli PiS tej pokusie ulegnie (a pojawiają się już pewne sygnały), to możemy się pożegnać z kompleksową naprawą Polski. Zostanie odnowiona jedynie elewacja kamienicy, a od podwórka wciąż będzie straszył stary syf.

III. Batalia o Polskę

Czego oczekuję od nowego rządu Prawa i Sprawiedliwości? Przede wszystkim zdecydowania w czyszczeniu stajni Augiasza. Kunktatorstwo i taktyczne „dogadywanki” pogrzebią nadzieję na zmiany, a wraz z nią – pogrzebią politycznie PiS. Spętany zależnościami rząd ugrzęźnie w gęstym kisielu, co w połączeniu z ostrzałem propagandowym doprowadzi do porażki za cztery lata. Dlatego w tej kadencji nie warto szukać na siłę konstytucyjnej większości – zbyt drogo trzeba by za nią zapłacić. Mając rząd i prezydenta można wystarczająco wiele osiągnąć w obecnym konstytucyjnym porządku, by realnie myśleć o decydującej wygranej w następnych wyborach. Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo. To dopiero wygrana we wstępnej utarczce o zajęcie pozycji wyjściowych przed decydującą batalią o Polskę. Opór materii będzie potężny i to na wszystkich polach. Dlatego istotne będzie społeczne zaangażowanie w rodzaju powstałego Ruchu Kontroli Wyborów/Ruchu Kontroli Władzy – w skrócie, chodzi o to, by wystawione przez nas polityczne wojsko nie rozlazło się po krzakach, a wyposzczony partyjny aparat nie skoncentrował się na konsumowaniu konfitur. Poza wszystkim – odłączenie dotychczasowej władzy wraz z rozlicznymi przybudówkami od kraników z publicznymi pieniędzmi przyśpieszy destrukcję dotychczasowego układu, zatem radykalizm wynika tu z czystej, politycznej kalkulacji.

Na szybko” można chociażby odciąć prywatne media od quasi-dotacji w postaci reklam i ogłoszeń podmiotów publicznych. Koniecznie należy zbadać możliwość powtórzenia wyborów samorządowych (o ile, rzecz jasna, zachowała się papierowa dokumentacja). Nie zapominajmy, że obecnie to „teren” jest olbrzymim żerowiskiem, dysponentem ogromnej części unijnych funduszy i źródłem rozlicznych patologii – bez odwojowania samorządów nie będzie „dobrej zmiany”. Należy wziąć za pysk służby specjalne – zweryfikować, ograniczyć możliwości inwigilacji obywateli, opublikować Aneks do raportu o rozwiązaniu WSI, odtajnić zbiór zastrzeżony IPN. Już samo ujawnienie agentury w różnych obszarach życia publicznego – mediach, organach państwa, biznesie – ograniczy możliwości szkodzenia. To tylko pierwsze z brzegu postulaty. Pamiętajmy, iż wciąż znajdujemy się w sytuacji opisanej we wspomnianym tu liście prof. Andrzeja Nowaka - „Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Sąd nad prof. Nowakiem”

„Profesor Andrzej Nowak miał rację”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43-44 (04-17.11.2015)

Pod-Grzybki 27

Dziś „Pod-Grzybki” rozpocznę od podziękowań. Dziękuję zatem Platformie i „Miśkowi” Kamińskiemu za beznadziejną kampanię wyborczą polegającą na straszeniu Kaczyńskim, przejażdżkach pendolino, przejmowaniu haseł obyczajowej lewicy, które obchodzą może promil zblazowanej hipsterki z warszawskich knajpek i klubokawiarni „Krytyki Politycznej”, by na zakończenie kokietować elektorat „wykluczonych” kompletnie niewiarygodnymi propozycjami socjalnymi. Dziękuję również ZLEW-owi za ustawienie sobie poprzeczki na poziomie ośmiu procent oraz partii „Razem” i Adrianowi Zandbergowi osobiście, za urwanie Millerowi i palikociarni kluczowych głosów, dzięki czemu dokonała się dekomunizacja polskiego parlamentu. Dziękuję reżimowym mediom, tudzież całemu Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, który sam się nakręcił nieprzytomną histerią do tego stopnia, że nawet najbardziej tępe lemingi musiały dostrzec, iż te potępieńcze wrzaski to nic innego, jak strach przed odspawaniem od koryta. Tomasz Lis zasługuje tutaj na osobne wyróżnienie, jako klasa sama dla siebie. Na koniec specjalne podziękowania dla kanclerz Merkel, za samobójczą politykę imigracyjną uwiarygodniającą przekaz PiS w kwestii muzułmańskiej inwazji na Europę. Doprawdy, z takimi sojusznikami Jarosław Kaczyński musiałby stratować ciężarną zakonnicę na pasach, albo zglanować Ewę Kopacz na wizji, żeby przegrać wybory.

*

Zakończył się Konkurs Chopinowski podczas którego zgraja faszystów grała na czarnych klawiszach polskiej duszy, wywołując opary mesjanizmu i demony patriotyzmu. Według Tomasza Lisa konkurs wygrał Jarosław Kaczyński.

*

„Wyborcza” nie byłaby sobą, gdyby w przeddzień Wszystkich Świętych nie uraczyła nas w swej internetowej mutacji odpowiednio sprofilowanym tekstem. Tym razem dała na stronę główną wpis autorki serwisu „foch.pl” (taka nisza dla rozkapryszonych feministek), niejakiej kulturoznawczyni (sic!) Olgi Wróbel, utyskującej jak to strasznie sztuczna i wymuszona jest ta cała cmentarna celebra – bo na skutek „terroru zmarłych” trzeba tłuc się gdzieś na prowincję, spotykać przy grobach z rodziną i marznąć. Poza tym, te groby są kiczowate - jednym słowem, obciach. Autorkę ponadto odstręcza myśl, że jej dziadek „nadal JEST, w dębowej, zakręconej na amen trumnie”, podczas gdy ciała można by przerabiać na, cytuję, „zgrabną kostkę nawozu, w którym można zasadzić drzewo”. Bowiem „jak ktoś umarł, to nie żyje”. Ot, nagrobne refleksje słoika.

*

Przy okazji - wygrzebałem w necie wyliczenie pokazujące, iż przy założeniu, że każdy Polak zapali jeden znicz, to do atmosfery uwolni się łącznie 12,5 tys ton CO2. Zatem nie wystarczy przerobić dziadka na nawóz pod jabłonkę, by być „eko”. Moi drodzy, śpieszmy się palić naszym Zmarłym znicze, póki jeszcze wolno, bo gdy UE się zorientuje, to wykaże, iż polskie znicze są winne suszy w Syrii, która to susza doprowadziła do wojny i w związku z tym musimy przyjmować „uchodźców” - WSZYSTKICH.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43-44 (04-17.11.2015)

sobota, 7 listopada 2015

Islandia nie odpuszcza banksterom

Finansowi potentaci przywykli do nietykalności i nie chcą, by w ich obecności wspominano o sznurze.

Islandia po wybuchu kryzysu w 2008 roku, spowodowanym nieodpowiedzialną polityką inwestycyjną największych banków, zasłynęła bezkompromisowym podejściem do kwestii „ratowania” niewypłacalnych instytucji finansowych. O ile w Stanach Zjednoczonych i krajach Unii Europejskiej hołdowano hasłu „zbyt wielki, by upaść”, co w praktyce przekładało się na nacjonalizowanie strat i przerzucanie ich na podatnika, połączone z „zasypywaniem” kryzysu miliardami drukowanych w stachanowskim tempie dolarów i euro, o tyle rząd Islandii pod presją obywateli, którzy wyszli na ulice odmawiając spłaty bankowych zobowiązań, pozwolił swoim bankom na upadłość, następnie zaś objął je zarządem komisarycznym (Glitnir, Kaupthing i Landsbankinn). Uczynił tak, dodajmy, wbrew naciskom światowej finansjery i obcych stolic oraz wprowadził restrykcyjną kontrolę kapitałową, interweniując dodatkowo na rynku kredytów hipotecznych i odmawiając wdrożenia zamrażającej gospodarkę polityki zaciskania pasa – na przekór obowiązującym dogmatom lansowanym wówczas przez MFW (ta instytucja zaczęła zmieniać zdanie dopiero pod wpływem sukcesów węgierskiej „orbanomiki”). W efekcie, Islandia stosunkowo szybko powróciła na drogę wzrostu gospodarczego.

Ale to nie wszystko. Otóż Islandia poważyła się na bezprecedensowy krok: zaczęła wsadzać swoich banksterów za kratki. Porównajmy to sobie choćby z USA, gdzie skazano jedynie Bernarda Madoffa za stworzenie piramidy finansowej, natomiast szefowie takiego Lehman Brothers od którego bankructwa zaczęło się globalne domino, mają się świetnie. Richard Fuld, prezes Lehman Brothers, cały czas działa w świecie finansów, prezes AIG Martin Sullivan odpowiedzialny za proceder ubezpieczania ryzykownych kredytów hipotecznych w wyniku czego firmę musiała ratować od upadłości dotacja publiczna w wys. 85 mld USD odszedł z roczną pensją 28 mln USD plus kolejne 15 mln odprawy, Rick Wagoner, który doprowadził do bankructwa General Motors cieszy się wolnością i zgromadzonym majątkiem, James Cayne, szef Bear Stearns, który „utopił” spółkę w toksycznych aktywach hipotecznych (przejął ją za bezcen JP Morgan), sprzedał swe udziały za 61 mln USD po czym przeszedł na emeryturę – i tak dalej.

Na tym tle Islandia prezentuje się wyjątkowo. Od 2012 roku skazano na kary od kilku miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności już 26 prominentnych bankierów. Najwyższa kara za przestępstwa finansowe wynosi na Islandii 6 lat, lecz tamtejszy Sąd Najwyższy rozważa podniesienie górnej granicy „widełek”. Łącznie wydane dotychczas wyroki opiewają na 74 lata odsiadki i zapewne nie jest to ostatnie słowo. Ciekawie przedstawia się tutaj kalendarium podane przez „Iceland Magazine”. Spójrzmy na niektóre z orzeczeń: 2012 - Baldur Gudlaugsson, sekretarz Ministerstwa Finansów – 2, 5 roku więzienia, Ragnar Z. Gudjonsson – dyrektor generalny „Byr, a Savings and Loan” - 4,5 roku, Jon Porsteinn Jonsson – prezes BYR – 4,5 roku; 2013 - Styrmir Por Bragason – dyrektor generalny MP Bank – 1 rok więzienia, Fridfinnur Ragnar Sigurdsson - dyrektor ds. rynków międzybankowych w Glitnir - 15 miesięcy; 2014 - Lydur Agustsson – prezes funduszu inwestycyjnego Exitia, jednego z głównych udziałowców Kaupthing – 9 miesięcy, Birkir Kristinsson – menedżer private banking w Glitnir - 5 lat, Johannes Baldursson – dyrektor rynków kapitałowych w Glitnir – 5 lat, Magnus Arnar Arngrímsson – dyrektor zarządzający ds. finansów korporacyjnych w Glitnir – 5 lat; Elmar Svavarsson – makler giełdowy w Glitnir – 4 lata...

Przejdźmy do ostatnich wyroków, w październiku 2015 dołączyło bowiem do więziennej kolekcji sześciu następnych bankowych prominentów: Sigurjon P. Arnason – dyrektor generalny Landsbankinn – 3 lata odsiadki, Elín Sigfusdottir – dyrektor ds kredytów dla przedsiębiorstw – 1,5 roku, Steinpor Gunnarsson – szef maklerów – 9 miesięcy, Hreidar Mar Sigurdsson – dyrektor generalny Kaupthing – 6 miesięcy, Magnus Gudmundsson – dyrektor generalny Kaupthing Luxemburg – 1,5 roku, Skuli Porvaldsson – inwestor Kaupthing – 6 miesięcy.

Wśród zarzutów znajdziemy m.in.: naruszenie obowiązku powierniczego, oszukańcze pożyczki, pranie pieniędzy, wprowadzanie w błąd władz i rynków finansowych, wykorzystywanie zastrzeżonych informacji do spekulacji akcjami, sprzeniewierzenie funduszy, manipulacje kursami... Uff, Islandczycy ostro sprzątają i dają zarazem przykład innym – pytanie, czy ci „inni” zechcą z owej lekcji skorzystać, a może wkrótce być okazja, bo na horyzoncie mamy kolejną falę załamania gospodarczego. Tymczasem bezkarność mogła jedynie umocnić bansterskie „święte krowy” w przekonaniu, iż w razie wpadki czeka ich miękkie lądowanie na workach z publicznymi pieniędzmi – więc nadal ryzykują. Zmienić ten stan rzeczy może jedynie masowy wybuch społeczny, jak stało się to na Islandii. I zapewne dlatego o banksterskich procesach napomyka się jedynie półgębkiem. Finansowi potentaci przywykli do nietykalności i nie chcą, by w ich obecności wspominano o sznurze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2716-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (30.10-05.11.2015)