Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 stycznia 2018

Unijni mordercy zza biurek

Dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji.

I. Polska kontra Soros

Mam odwagę zadać pytanie elitom politycznym w Europie: dokąd zmierzacie, dokąd zmierzasz, Europo? Podnieś się z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci! - to przesłanie premier Beaty Szydło wygłoszone w polskim (wreszcie polskim, chciałoby się dodać) Sejmie, odbiło się szerokim echem w świecie, budząc zrozumiały odzew w zmaltretowanych kryzysem migracyjnym i falą terroryzmu społeczeństwach Zachodu. Na podobnej zasadzie w internecie furorę zrobiły zdjęcia z warszawskiego metra – widać na nich czysty wagon w którym ludzie spokojnie sobie siedzą, przeglądają smartfony, czytają książki itd. Zachodni internauci z miejsca zaczęli porównywać tę sytuację z obrazkami z rodzimych krajów. Komentarze w rodzaju: „Tylko tam siedzą. Nikt nie próbuje nikogo zabić. Jakie to dziwne. Na pewno to na tej planecie?” czy „Dlaczego nie ma kału ani moczu czy czarnych palących skręty?”, mówią same za siebie.

Odwrotnie było z europejskimi decydentami, dla których takie postawienie sprawy jest czystą herezją. Im przyświeca raczej program George'a Sorosa - UE powinna przyjmować ok. miliona „uchodźców” rocznie, przymusowo relokować ich zgodnie z unijnymi wytycznymi, przeznaczać na każdego migranta 15 tys. euro przez dwa lata, zaś całość sfinansować za pomocą długu, emitując co roku obligacje o wartości 20 mld. euro. Nic więc dziwnego, że przeciw krajom opierającym się wspomnianym założeniom, takim jak Polska i pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej, wytoczono najcięższe działa. Soros oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie powiązał powyższego z interesami, jako że przy innej okazji wizytując Parlament Europejski stwierdził, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych – czyli przestrzeni w której Soros zarabia swoje miliardy. Zatem grandziarz, inkasując „zysk bez ryzyka” od euroobligacji, zyskiwałby jednocześnie kolejne fundusze na dalsze finansowanie swej opętańczej utopii. Istne perpetuum mobile zbrodni.


II. Norymberga dla eurokratów

Tak właśnie, nie przesłyszeli się Państwo – zbrodni, bowiem dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji. Procederem tym zaś zawiadują unijni mordercy zza biurek - to oni odpowiedzialni są za „opłakiwanie swoich dzieci” przez Europę. Na szczęście, pomału, z oporami, ale jednak zachodnie społeczeństwa się budzą, o czym świadczy rosnąca popularność wyklinanych „populistów”. I to właśnie te społeczeństwa, po wybudzeniu z lewackiej śpiączki powinny pociągnąć do odpowiedzialności winnych obecnego stanu rzeczy. Eurokratów musi spotkać Norymberga – i to dokładnie z tych samych powodów, dla których zostali skazani ich historyczni odpowiednicy, realizujący projekt „zjednoczonej Europy” pod przywództwem III Rzeszy.

Ideowym patronem obecnych europejskich elit nie jest wprawdzie Adolf Hitler (a przynajmniej nie oficjalnie), lecz włoski komunista Altiero Spinelli, którego imieniem nazwano budynek Parlamentu Europejskiego w Brukseli – ale cel jest ten sam. Spinelli w „Manifeście z Ventotene” zarysował wizję zniszczenia państw narodowych i mającej zająć ich miejsce europejskiej, socjalistycznej federacji – na rzecz której zresztą działał później w Komisji Europejskiej i jako deputowany do Parlamentu Europejskiego. W sierpniu 2016 r. na jego grobie na wyspie Ventotene kwiaty złożyli niemiecka kanclerz Angela Merkel, francuski prezydent Francois Hollande oraz premier Włoch Matteo Renzi, zaś Merkel przy tej okazji powiedziała: „To wyraźnie pokazuje, że wiemy, skąd wzięła się Unia Europejska”. Skromnie tylko nie dodała, że do planu Spinellego wprowadziła drobną modyfikację – ma to być federalna Unia pod niemiecką hegemonią.

Owi pogrobowcy włoskiego lewaka w imię realizacji tego „Nowego Wspaniałego Świata” (że nawiążę do słynnej antyutopii Aldousa Huxleya) nie cofną się przed żadnym łajdactwem i zbrodnią. Otwarcie Europy na oścież jawi się w tym kontekście jako element szerszego, przeprowadzanego z pełną premedytacją planu: najpierw wywołujemy potężny kryzys, by następnie przerażonym społeczeństwom przedstawić „rozwiązanie” pod postacią „ucieczki do przodu” - więcej integracji, więcej władzy dla centralnych eurostruktur, a mniej suwerenności, mniej samostanowienia poszczególnych państw i narodów. A że po drodze zginą ludzie? Cóż, to są nieuniknione koszta postępu – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.


III. Oskarżam!

Zatem trzeba powiedzieć „oskarżam!”.

Oskarżam George'a Sorosa o celową działalność na szkodę Europy, mającą zniszczyć państwa narodowe. Robił to zarówno poprzez propagandową i „społeczną” aktywność podległych mu organizacji, jak i wpływając na polityków (w tym 226 eurodeputowanych), a także współfinansując falę muzułmańskiej migracji do Europy. Ostatnim przejawem powyższego była aktywność tzw. „organizacji humanitarnych”, które współpracując ściśle z przemytniczymi mafiami, ustanowiły wręcz „przeprawę promową” z libijskiego wybrzeża na Sycylię. Skutkiem bezpośrednim powyższego był kryzys humanitarny i w konsekwencji liczne ofiary śmiertelne wśród migrantów, a pośrednim – fala terroryzmu.

Oskarżam kanclerz Niemiec Angelę Merkel o świadome łamanie zarówno międzynarodowych traktatów, jak i prawa krajowego poprzez samowolne i bezprawne otwarcie granic, czego efektem był niekontrolowany napływ ponad miliona nielegalnych i w większości wrogich Europie muzułmańskich imigrantów. Oskarżam niemieckie władze o zaniechania i bezczynność, bierność w obliczu zagrożenia, skutkujące licznymi zamachami terrorystycznymi oraz skokowym wzrostem przestępczości - gwałty, napady, pobicia, kradzieże - tak w Niemczech, jak i w innych krajach. W szczególności kanclerz Merkel winna jest zamachowi na bożonarodzeniowy jarmark w Berlinie (19.12.2016) przeprowadzonemu przez islamistę Anisa Amriego w wyniku którego śmierć poniosło 12 osób (w tym Polak), a dalsze 56 zostało rannych; jest winna gwałtom i napaściom na kobiety podczas sylwestra w Kolonii 2015 r., a także szeregowi pozostałych zamachów i innych przestępstw popełnionych przez migrantów. Jako inicjatorka polityki „otwartych drzwi” jest współwinna aktów terroryzmu w wielu krajach Europy. Zarzut współwiny tyczy się również pozostałych oskarżonych.

Oskarżam prezydenta Francji Francois Hollanda, premiera Włoch Matteo Renziego, a także władze innych krajów, takich jak Belgia, Szwecja, Hiszpania, Wlk. Brytania – o zbrodniczą bezmyślność i bezczynność, co w języku prawa karnego przekłada się na działanie w tzw. „zamiarze ewentualnym”, której efektem były m.in. zamachy w Paryżu (13.11.2015 – 130 zabitych, ponad 300 rannych), Nicei (14.07.2016 - 87 ofiar śmiertelnych i ponad 200 rannych), Brukseli (22.03.2016 – 32 zabitych, 316 rannych), Manchesterze (22.05.2017 – 23 ofiary śmiertelne, 119 rannych), Londynie (03.06.2017 – 8 zabitych, 48 rannych), Barcelonie (18.08.2017 – 13 zabitych, ponad 100 rannych) – a także wiele innych aktów przemocy w Europie, takich jak pobicie i bestialski gwałt w Rimini na parze polskich turystów. Dodatkową konsekwencją działań i zaniechań oskarżonych był wzrost przemocy w przestrzeni publicznej oraz rozprzestrzenienie się radykalnego islamizmu na naszym kontynencie.

Oskarżam wreszcie europolityków, w szczególności zaś Martina Schulza, Jean-Claude Junckera, Fransa Timmermansa, Guya Verhofstadta – o poplecznictwo i aktywne propagowanie polityki migracyjnej skutkującej ww. zbrodniami, a także o niedopuszczalne naciski na państwa opierające się skonstruowanemu pod ich egidą tzw. „mechanizmowi relokacji”.

Podsumowując - wszyscy wymienieni, a także ich współpracownicy i zausznicy (w tym medialni propagandyści), działając z pobudek ideologicznych dopuścili się zbrodni przeciw ludzkości – i jako tacy powinni stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, bądź innym, powołanym w celu ich osądzenia specjalnym sądem międzynarodowym.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (05-11.01.2018)

piątek, 16 czerwca 2017

Pod-Grzybki 101

Zdumiewające – niemieckie media odkryły związek między islamem a terroryzmem. Jak na tamtejsze standardy jest to iście kopernikański przełom. Co prawda nie odnalazły jeszcze związku między radykalizacją środowisk muzułmańskich a imigracją, ale nie bądźmy zbyt wymagający jeśli chodzi o zdolność kojarzenia faktów – w końcu ponoć istnieją jeszcze na świecie ludy nie widzące korelacji między seksem a pojawianiem się dzieci. Na ich tle niemiecki establishment i tak wykonał ogromny wysiłek intelektualny.


*

Kto postawił się zamachowcom w jednym z londyńskich pubów? Okazało się, że był to kibic tamtejszego klubu Millwall, którego zwolennicy nie bez przyczyny owiani są chuligańską sławą. „Fuck you, I'm Millwall!” - wykrzyczał do uzbrojonych w maczety napastników. Tak podejrzewałem, że jeżeli ktoś może jeszcze uchronić Europę, to właśnie kibole – chyba ostatnia na kontynencie grupa społeczna, która chce i potrafi się bić.


*

Podczas smoleńskiej miesięcznicy dał o sobie znać Władysław Frasyniuk, którego policja musiała wynieść z nielegalnej blokady. Na tę okoliczność Ewa Siedlecka (też wyniesiona) zachwyciła się, że Frasyniuk wyglądał „jakby ubyło mu 40 lat”. W tym tempie, to na za miesiąc pana Władka przyniosą w beciku (o ile nie będzie miał kolki), a na kolejną okazję Frasyniuka trzeba będzie od nowa spłodzić – o ile uczestniczki „Czarnego Protestu” z rozpędu nie wyskrobią legendarnego bohatera.


*

Wyciekły kolejne „taśmy kelnerów”, na których główną rolę odgrywa znany ksiądz-celebryta „Kazek” Sowa. Okazało się, że wielebny nie dość, że jest patologicznym gadułą, który najzwyczajniej nie potrafi się zamknąć, to jeszcze dybał na „Zonę Wolnego Słowa”, a jego życie kręciło się wokół schematu – tu jakaś bibka, tam spółeczka, ówdzie winko i ploteczki... Na szczęście, abp Jędraszewski już wcześniej nakazał mu powrót do diecezji, więc istnieje szansa, że ks. Sowa wyląduje w jakiejś klasztornej celi. Może nawet przypomni sobie jak nosić sutannę i odmawiać pacierz?


*

Krytyka Polityczna” opublikowała wywiad z niejakim Wiktorem Okwarem – polskim obywatelem nigeryjskiego pochodzenia, który wpadł na pomysł założenia organizacji „Send me back to Africa”, która – na wzór analogicznej fundacji działającej w USA – ma zbierać pieniądze na powrót do Afryki dla mieszkających tutaj Murzynów, mających już dość szalejącego polskiego nacjonalizmu. Widzę tu pole do współpracy ze środowiskami narodowymi – tak jak przed wojną część endecji współpracowała z ruchami syjonistycznymi. Jest jeden problem – na portalu crowdfundingowym organizatorzy deklarują, że chcą pozyskać na początek 11 850 zł., tymczasem póki co wpłynęło... 30 zł. Oznacza to, że nawet „Krytyka Polityczna” poskąpiła grosza, co świadczy o odruchu zdrowego rozsądku naszych lewaków. Z ich punktu widzenia byłoby to czyste marnotrawstwo - no bo, jeśli wyprowadziliby się z Polski wszyscy kolorowi, to kogo Sierakowski i spółka broniliby przed rasizmem?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

poniedziałek, 30 listopada 2015

Między dżihadem a rekonkwistą

Skoro mamy wewnątrzeuropejski dżihad, to musimy odpowiedzieć wewnątrzeuropejską rekonkwistą/krucjatą.

I. Europa i kamieni kupa

Rozczuliło mnie lewackie miauczenie, że zamachowcy z Paryża rekrutowali się głównie spośród mieszkającej w Europie od pokoleń ludności muzułmańskiej, w związku z czym absolutnie nie należy ich wiązać z obecnymi „uchodźcami”. Dobrze, rozbrójmy tę kretyńską, propagandową bombkę i miejmy to za sobą. Przede wszystkim, wśród terrorystycznej szajki jak najbardziej znaleźli się przemyceni w tłumie wysłannicy Państwa Islamskiego. Ale mniejsza – rzecz w tym, że mordercy pochodzący ze środowisk „osiadłych” muzułmanów są żywym dowodem na porażkę polityki multikulturalizmu i świadectwem, że pozornie „zasymilowani” wyznawcy Allaha są bombą z opóźnionym zapłonem. Przesłanie lewicy można w zasadzie streścić następująco: przygarnijmy „uchodźców” i poczekajmy aż zaczną nas wyrzynać ich dzieci. Te „oswojone”, urodzone w Europie i z tutejszym obywatelstwem.

Paryski zamach świadczy także o nieskuteczności dotychczasowych środków prewencyjnych. Francuskie służby po masakrze w „Charlie Hebdo” dostały nadzwyczajne uprawnienia inwigilacyjne. Od dłuższego czasu było wiadomo, że terroryści stosują nową taktykę – zamachów mają dokonywać nie lokalni muzułmanie, tylko pochodzący z innych państw UE, korzystając z otwartych granic strefy Schengen. I co? Wychodzi, że Europa, to mówiąc klasykiem, „kamieni kupa”, a byle banda fanatyków z kałachami może urządzać rzeźnię gdzie popadnie. No chyba, że odpowiednie służby miast tropić dżihadystów skupiły się na monitorowaniu „skrajnej prawicy”, gdyż to ona właśnie, jak nas pouczają od świtu do zmierzchu, jest najpoważniejszym zagrożeniem dla Europy... Ale ostatecznie dobiły mnie „recepty” różnych mędrców perorujących, co należy zrobić, by podobnej jatki uniknąć w przyszłości – tu już mieliśmy odlot w kierunku najczystszej, świadczącej o kompletnej bezsilności, fantazji.

II. Hidżra i dżizja

Otóż, w reakcji na zamachy pojawiają się postulaty wspólnej wyprawy na Bliski Wschód w celu „opanowania sytuacji”. To jest naprawdę paradne: Syryjczycy i inni będą kolonizować Europę, pobierać od Europejczyków haracz zwany pomocą socjalną, my zaś pójdziemy walczyć - w ich imieniu i interesie. Proszę zwrócić uwagę, jaką, patrząc z perspektywy islamu, mamy sytuację. Oto dokonuje się „hidżra”, czyli przewidywana przez Koran forma podboju polegająca na zasiedlaniu danego terytorium przez „synów Proroka”. Z ich punktu widzenia jest to „ziemia Boga” - ląd, który muzułmanom się należy i winni objąć go we władanie. Owo „należy” to zresztą słowo-klucz opisujące nastawienie najeźdźców oraz ich oczekiwania wobec Europy i Europejczyków. W islamie funkcjonuje coś takiego jak „dżizja” - danina płacona przez chrześcijan muzułmanom - i część migrantów właśnie w taki sposób traktuje otrzymywany w Europie „socjal”. Nie jako jałmużnę, lecz jako należną im daninę właśnie. Nic więc dziwnego, że eskalują roszczenia – skoro niewierni płacą im daninę, to wszak można wymusić jej zwiększenie. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia... Znana jest wypowiedź jednego z „uchodźców” domagającego się zapewnienia mu seksu, gdyż „bolą go jądra” - zatem „dżizja” może również przybrać formę „świadczeń w naturze”: oddania do dyspozycji wyposzczonym przybyszom europejskich kobiet. Hmm, może by podesłać im panią Kingę Dunin, która nie tak dawno temu rozpływała się nad przymiotami przybywających do Europy „książąt Orientu”?

No, a teraz ten pomysł wyprawy, by „zaprowadzić porządek”. W kontekście powyższego, okazałoby się, że Europejczycy nie tylko płacą „dżizję”, ale stają się janczarami imigrantów. Oczywiście, Zachód ma swoje za uszami – sprowokowanie serii rewolt w ramach „arabskiej wiosny”, wcześniej inwazja na Afganistan i Irak (do której również my, Polacy, dołożyliśmy swoje trzy grosze „umacniając sojusz” z USA – ile to było warte, przekonaliśmy się w momencie „resetu” Obamy). Okazało się, że zaordynowane lekarstwo na islamski dżihadyzm, którego nową odsłonę zapoczątkował zamach z 11 września 2001, jest gorsze od samej choroby – świat muzułmański nie jest w stanie wprawdzie przeciwstawić się Zachodowi w bezpośrednim, konwencjonalnym starciu, ale ma broń równie skuteczną – ludzi. I właśnie jej używa. Z jednej strony przeszkolone, fanatyczne jednostki siejące terror, z drugiej – ludzka rzeka zalewająca wrogi obszar i bez skrupułów wykorzystująca liberalne przesądy rozmamłanej mentalnie Europy.

III. Poroniona „krucjata”

Mówiąc pół żartem, pół serio – udział w podobnej „krucjacie” miałby dla nas sens jedynie wówczas, gdybyśmy na jej skutek mogli sobie wykroić stosunkowo nieduże acz zasobne w jakieś dobra „województwo lewantyńskie” w którym ludność autochtoniczna trzymana byłaby za pyski tak, by nawet nie pomyślała o buncie. Innymi słowy, kolonializm w możliwie najbardziej zamordystycznym wydaniu – na podobieństwo krwawej tyranii, jaką utrzymywał w posłuchu tę dzicz Assad, Hussajn, czy inny Kadafi. Tylko wtedy takowa wycieczka miałaby ręce i nogi. Jeżeli nie chcielibyśmy się brudzić codziennym, żmudnym terrorem, moglibyśmy nawet takie „województwo” dać w arendę Izraelowi w zamian za cykliczny „czynsz” i zrzeczenie się wszelkich roszczeń majątkowych w stosunku do Polski. Podobna metoda sprawdzała się u nas przez stulecia na linii dziedzic-arendarz-chłopi, więc może sprawdziłaby się i dzisiaj. „Czynszem” mogłyby być nawet te same 3 miliardy dolarów rocznie, które Izrael otrzymuje od Stanów Zjednoczonych. Co wycisnęliby z oddanych im ludzi i ziemi ponad to – byłoby ich. Żydzi nie mają skrupułów, nie pozwalają wiązać sobie rąk różnym humanitarnym sentymentom i wiedzą jak obchodzić się z autochtonami. Tu jednak najpierw należałoby realistycznie skalkulować koszta i spodziewane zyski, no i przede wszystkim – dysponować siłą, by całe przedsięwzięcie przeprowadzić. Póki co, nie stać nas – ani militarnie, ani finansowo, zatem sprawę można odstawić w kąt. Przynajmniej do czasu.

Równie poronionym pomysłem jest koncepcja formowania w Europie spośród migrantów jakichś legionów, które po przeszkoleniu i uzbrojeniu wysłane zostałyby na Bliski Wschód, by walczyć o swoje ziemie. Pierwsza rzecz – jak posegregować tę przemieszaną masę Syryjczyków, Irakijczyków, Afgańczyków i diabli wiedzą, kogo jeszcze? Afgańczyk nie będzie walczył o Syrię i vice versa. To są ludzie bez dokumentów, bez tożsamości, tak naprawdę nic o nich nie wiemy. Po drugie – jaką mamy gwarancję, że uzbrojeni nie rzucą się nam do gardeł, lub chwilę później nie wrócą, by nas masakrować? Bo nam obiecają, że tego nie zrobią? Pamiętajmy, że w islamie okłamywanie niewiernych i kamuflowanie się na wszelkie możliwe sposoby, by następnie tym skuteczniej uderzyć, jest ogólnie przyjętą metodą prowadzenia walki – o czym przekonujemy się przy okazji kolejnych zamachów przeprowadzanych przez „zasymilowanych” muzułmanów. No i po trzecie, najważniejsze – gdyby chcieli walczyć, to by ich tutaj nie było. Zostaliby u siebie, tak jak lokalne siły samoobrony operujące w Syrii, czy Kurdowie, którzy jako jedni z nielicznych realnie walczą z Państwem Islamskim przy minimalnym wsparciu Zachodu i z wrogą Turcją nad głowami.

Pouczające jest doświadczenie amerykańskie. USA wydały setki milionów dolarów na obozy szkoleniowe mające sformować tam, na miejscu, „umiarkowane” oddziały walczące przeciw Państwu Islamskiemu. Jedyna grupa, którą udało się wyszkolić poszła z miejsca w rozsypkę, częściowo przechodząc na stronę PI. Śmiem przypuszczać, że z wyszkolonymi w Europie „legionami” imigrantów byłoby podobnie.

IV. Rekonkwista

Nie ma co się łudzić – na skutek obłąkańczej polityki imigracyjnej (a w zasadzie – jej braku, bo ogłoszenie, że „herzlich wilkommen” wszystkich jak leci, nie jest żadną polityką, jeszcze raz podziękujmy „mutter Angeli”) Europa zafundowała sobie wewnętrzny dżihad na pokolenia. Zabijać będą zarówno nowi przybysze zaraz po tym, jak już się tutaj jako tako zadomowią, ich potomkowie oraz potomkowie tych, którzy są „tutejsi” od dziesięcioleci – a reszta będzie się pracowicie rozmnażać na chwałę Allaha. W zasadzie jedynym sposobem na ograniczenie zagrożenia jest - nie bacząc na koszty - odesłanie tego miliona, który właśnie przybył, zasieki na zewnętrznych granicach UE, przechwytywanie łódek i ich zatapianie połączone z konsekwentnym odstawianiem migrantów tam skąd przyszli, zawieszenie strefy Schengen i przywrócenie kontroli na granicach państw członkowskich. A nade wszystko – zerwanie z ideologicznym obłędem „tolerancji” oraz „multi-kulti”. Krótka piłka – nie podoba ci się u nas, nie akceptujesz naszych reguł – won! Albo do piachu - co pan, panie muslim, wolisz. Skoro mamy wewnątrzeuropejski dżihad, to musimy odpowiedzieć wewnątrzeuropejską rekonkwistą/krucjatą. Każda inna droga będzie tylko odwlekaniem zagłady.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Bliskowschodni kocioł

Euro-kalifat

Niemiecki dżihad

Bankructwo Angeli Merkel

Charlie Hebdo w jaskini demonów

Imigranci chędożą Europę

Pełzający dżihad

Wędrówki ludów

Zamach we Francji czyli deja vu

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2877-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 46 (25.11-01.12.2015)

niedziela, 18 stycznia 2015

Charlie Hebdo w jaskini demonów

Nie da się obłaskawić demonów. Demony zawsze w stosownym momencie rzucą się do gardła.

Przyznam, że mało co wprawia mnie w taką irytację, jak szantaż emocjonalny. Kiedy ktoś próbuje tej prymitywnej zagrywki z miejsca nastawiam się na „nie” - między innymi dlatego, że podejrzewam, iż tym sposobem ów „ktoś” próbuje mnie instrumentalnie wykorzystać do jakichś własnych, a obcych mi celów. Za szantażem emocjonalnym kryją się przeważnie nieszczere, lub wręcz wrogie intencje, w przeciwnym wypadku bowiem nie byłoby potrzeby uciekania się do sztuczek – wystarczyłoby racjonalnie wyjaśnić co i jak. Tak już mam – niezależnie czy chodzi o kogoś prywatnie mi bliskiego, czy polityka, dziennikarza lub inną, z przeproszeniem, osobą publiczną. Gdy słyszę teksty w stylu: „jak nie kupisz dwóch egzemplarzy mojej gazety to upadnie wolne słowo”, „jeśli nie wrzucisz do puszki umrą chore dzieci”, „gdy nie zadeklarujesz, że jesteś Charlie Hebdo staniesz w jednym szeregu z mordercami” - odwracam się na pięcie i staram się nie wyjmować noża, który akurat otworzył mi się w kieszeni.

I właśnie z czymś takim mamy do czynienia w przypadku ostatniej medialnej histerii na tle zamachu w redakcji tygodnika spełniającego nad Sekwaną rolę analogiczną do urbanowego „NIE” - wytarzać czytelnika w gnojówce i przekonać go, że na tym polega nonkonformizm. Zasada „wszyscy jesteśmy świniami, tylko że my odrzucamy hipokryzję i się do panświnizmu przyznajemy” jest haczykiem, na który próbują nas złapać. Taką też funkcję spełnia obecny medialny nakaz solidaryzowania się z redakcją francuskiego szmatławca. Tymczasem, ów zbiorowy wrzask ma zgoła inne zadanie, niż obrona wolności słowa, którą próbują nas na zmianę to kokietować, to szantażować macherzy ustawiający masową narrację. Ten wrzask niczego nie opisuje, przeciwnie – on ma coś zagłuszyć.

Spójrzmy. Francja, pod dyktando „pokolenia '68”, od dziesięcioleci usilnie wdrażała lewacką utopię w myśl której wszystko co jest wrogie europejskiej, chrześcijańskiej tradycji z automatu staje się dobre, wartościowe i godne promowania. Takim sojusznikiem jawił się tym nieszczęsnym kretynom również islam i muzułmańscy imigranci – widziano w nich pomocników w rozsadzeniu od wewnątrz zachodniej cywilizacji pod hasłem multikulturalizmu. Ta ideologia, ten cały poroniony tolerancjonizm i multi-kulti ponosi na naszych oczach spektakularną klęskę do której walnie przyczyniają się właśnie ci muzułmańscy imigranci dopieszczani przez lata na wszelkie możliwe sposoby. To są ludzie, którzy na żartach się nie znają – a zwłaszcza na tak obscenicznych i nędznych jakie proponowała redakcja „Charlie Hebdo” - i gdy poczują się obrażeni zwyczajnie biorą do ręki kałacha. Do tego, żywią bezbrzeżną pogardę do nihilistycznego społeczeństwa Zachodu – i w sumie, trudno im się dziwić.

Ta odraza nie jest jednak domeną wyłącznie przybyszów, bądź ich potomków żyjących w zamkniętych enklawach rządzących się prawem szariatu. Ona coraz częściej dotyczy rodowitych europejczyków mających dosyć aksjologicznej pustyni wokół siebie i poszukujących wartości mogących nadać sens ich jałowej egzystencji, lub zwyczajnie nudzących się i rozglądających za mocnymi wrażeniami. Rozwodnione, ulegające terrorowi polit-poprawności chrześcijaństwo już od dawna nie ma dla nich oferty. Tym bardziej współczesna świecka obrzędowość z gromadnymi przemarszami wyfiokowanych cweli, tudzież dywagacje o genderze nie mogą stanowić propozycji. Pozostaje więc zapuścić brodę i zacząć zabijać niewiernych – wtedy nagle świat odzyskuje fundamenty.

Właśnie tę klęskę ma zagłuszyć medialny jazgot. Frącuzy mowne nagle się przekonały, że sfajdała się cała dotychczasowa droga oswajania zła. Nie da się bowiem obłaskawić demonów. Demony w stosownym momencie rzucą się do gardła i tego właśnie doświadczyli owi martwi degeneraci z paryskiej gazety, którym się wydawało, że można bezkarnie siać zgorszenie i lżyć Proroka. Świadomość tego musi budzić zrozumiałe przerażenie wśród europejskich Elojów i dlatego wychodzą na ulice bełkocąc „je suis Charlie” - bo nie są w stanie stanąć w prawdzie i zdobyć się na adekwatną odpowiedź. Będą więc dalej mordowani przez Morloków, w akompaniamencie pouczeń rozmaitych autorytetów przestrzegających, by przypadkiem Elojowie nie ulegli pokusie „morlokofobii”.

Zresztą, te prowokacje uprawiane przez rysowników były nader wybiórcze. Kopulująca Trójca Święta, czy biskup-pedofil – proszę bardzo. Pięciolatki bawiącej się penisem Daniela Cohn-Bendita, bądź Żydów machających radośnie z transportu do Auschwitz odprowadzającym ich na peron Francuzom – jakoś nie zaobserwowałem. To już nie wchodzi w paradygmat rzekomego nonkonformizmu, którym nas czarują ci wszyscy mentalni zwyrodnialcy, wynajęci przez nie wiadomo kogo by unurzać nas w szambie.

A teraz darujcie sobie te mizerne szantaże i odwalcie się – wy nowo narodzeni wielbiciele „Charliego”. Siedźcie dalej w swej jaskini razem z waszymi demonami i – dobra rada - uważajcie na gardła.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 3(396) 16-22.01.2015

czwartek, 15 września 2011

Lewacka prawica


Jedyną różnicą między naszymi ober-narodowcami a lewactwem jest tradycjonalizm. We wszystkich pozostałych kwestiach mogliby śmiało podać sobie ręce.



I. Lewak i ober-narodowiec w jednym stali domu...


Jest coś, co nieodmiennie wyprowadza z równowagi pewien specyficzny rodzaj „ober-narodowców”, którzy probierzem prawicowości i patriotyzmu uczynili kliniczne żydożerstwo. Tym czymś jest zestawienie głoszonych przez nich haseł z retoryką charakterystyczną dla współczesnego i historycznego lewactwa. Można powiedzieć, że oba nurty światopoglądowe doszły do takiej skrajności, że koniec końców zeszły się z drugiej strony.


Podobne są nawet stroje maskujące zakładane przez naszych milusińskich by uniknąć łatki antysemityzmu. Lewica operuje pojęciem „antyizraelizmu”, zaś środowiska narodowe deklarują swój sprzeciw wobec „ideologii syjonistycznej”, następnie zaś i jedni i drudzy wrzucają do tych worków wszelkie antysemickie stereotypy znane od czasów Karola Marksa (żydożercze dziecię rabina), czy „Protokołów Mędrców Syjonu”. Tu uwaga porządkująca - znam różnicę pojęciową między „Żydem” pisanym z wielkiej, a „żydem” pisanym z małej litery. W tekście, żeby nie mieszać, będę pisał „Żyd” w znaczeniu osoby narodowości żydowskiej – tak wyznania mojżeszowego, jak i bezwyznaniowej.


II. Protokół zbieżności


A oto skrócony katalog podobieństw.


1) Wrogi stosunek do Izraela.


Naszych misiów z lewicy i z prawicy łączy obsesyjnie nienawistny stosunek do Izraela. Dla jednych i drugich jest to państwo ludobójcze, bandyckie, terrorystyczne, pozostające głównym zagrożeniem dla światowego pokoju. A że jest to kraj boksujący w permanentnym okrążeniu, otoczony wrogim arabskim żywiołem, który to żywioł po załatwieniu wiążącego islamskie siły Izraela rzuci się do gardeł Zachodowi w imię światowego kalifatu? To nieistotne, grunt, że robią kuku Żydom. Ten „antyizraelizm” pozostaje wiecznie żywym pokłosiem Zimnej Wojny – nienawiść do sprzymierzonego z USA Izraela stanowi swoistą pochodną wspieranego z Kremla antyamerykanizmu.


2) Antyamerykanizm.


Dla lewaków i „ober-narodowców” USA to diabeł wcielony: imperialiści, wyzyskiwacze, rozsadnik militaryzmu, matecznik spekulantów, kapitalizmu korporacyjnego i generalnie źródło wszelkiego zła. Na dodatek, powiadają, Ameryką rządzą Żydzi, stąd z upodobaniem stosowana nazwa „USrael”. Czym byłby świat, bez Ameryki i jej decydującego wkładu w rozgromienie sowietów, którego elementem było w globalnej rozgrywce poparcie dla Izraela? Ależ to właśnie główna wina Stanów, wina niewybaczalna.


Co ciekawe, tak lewacy, jak i „ober-narodowcy” zgodnie nienawidzą Republikanów, o wiele łagodniej traktując Demokratów. Czyli: Ameryka być zła, ale jeżeli już musi istnieć, to niech przynajmniej będzie słaba gospodarczo, bardziej „socjalna”, mniej patriotyczna i religijna, a także bardziej „konstruktywna” wobec Rosji i świata arabskiego...


3) Sympatia dla islamskiego terroryzmu.


Wysadzający się w autobusie pełnym niewinnych cywilów, podkładający bomby w metrze czy rozpieprzający się samolotem o wieżowiec fanatycy mogą liczyć na usprawiedliwienie i sympatię zarówno ze strony lewaków w arafatkach jak i naszych „prawicowców”. W ich optyce są to wolnościowi bojownicy przeciw amerykańsko-syjonistycznemu imperializmowi, pokrzywdzone ofiary procesów dziejowych, powstańcy uderzający w swych oprawców. Furda islamistyczna ideologia światowego jihadu, furda niewinne ofiary.


Przy okazji, obserwujemy tu interesujące sprzeczności narracyjne: raz bowiem nasi arabofile mówią o słusznej walce swych ulubieńców, by za moment, niemal na jednym oddechu, gardłować o spiskach CIA i Mossadu stojących za zamachami. Raz twierdzą, że terroryzm to imperialistyczna/syjonistyczna propaganda, by za moment twierdzić że terroryści są tak naprawdę na żołdzie Żydów i Amerykanów, a na koniec na wyprzódki bronić zindoktrynowanego popaprańca z bombą za pazuchą. I nic im się tu nie kłóci. Na koniec wreszcie – uzależniają stosunek do arabskiej „wiosny ludów” od tego, czy ruchawki wymierzone są w satrapów przyjaznych Ameryce i utrzymujących poprawne stosunki z Izraelem („zły” Mubarak, „dobre” Bractwo Muzułmańskie), czy przeciwnie („dobry” Kadafi - „źli” opłacani przez Zachód powstańcy).


4) Prorosyjskość.


U lewactwa obciążenie wręcz genetyczne, sięgające do Woltera i czasów Oświecenia, współcześnie wywodzące się z kremlowskiego sponsoringu i agentury z okresu Zimnej Wojny. Każe to przemilczać bandycki charakter rosyjskiego państwa, ludobójstwo w Czeczenii, czy wyrozumiale podchodzić do najazdu na Gruzję, tym bardziej, że Saakaszwili w odbiorze lewaków jest marionetką amerykańskich „imperialistów” i – dodają nasi narodowcy – Izraela. Tę prorosyjskość połączoną z silną żydofobią i nieufnością do „przeżartego judaizmem” Zachodu wyraźnie widać u naszych „ober-narodowców”.


Jeśli prześledzić ich przekaz, to okazuje się, że zawsze biorą stronę Kremla, nie wyłączając katastrofy smoleńskiej do której mieli doprowadzić „USrael” i Żydzi. NATO? Stany Zjednoczone nas „zwasalizują”. Tarcza antyrakietowa? Rozdrażnimy niepotrzebnie Rosję... Polityka jagiellońska? Wkraczamy w rosyjską strefę wpływów, pogrzebiemy szanse na współpracę. Dysydenci? A kto za nimi stoi – czy aby nie „USrael”? Na podobnej zasadzie „ober-narodowcy” każdorazowo angażują się w obronę przyjaznych Kremlowi i antyzachodnich reżimów, zaś każde działanie niewygodne dla Rosji określają mianem „awanturnictwa”.


Swoją drogą, to nawet logiczne – jeśli zważyć, że ci „patrioci” nie są politycznymi prawnukami Dmowskiego, na którego tak często lubią się powoływać, lecz spadkobiercami zwasalizowanego przez komunę PAX-u i „narodowych komunistów” z postmoczarowskiego ZP„Grunwald” - to nic dziwnego, że wskazywać zagrożeń płynących ze wschodu nie lzia...


5) Alterglobalizm.


Kolejne poletko na którym lewactwo i nasi „ober-narodowcy” orzą ramię w ramię. Kryzysowi winni są drapieżni, żydowscy spekulanci, którzy chcą z jakichś powodów zniszczyć świat w którym całkiem zyskownie funkcjonują. Wszystkim rządzi międzynarodówka spekulantów i „banksterów”. Gospodarka światowa pozostaje w rękach międzynarodowych korporacji, wyzyskiwaczy, których macki sięgają wszędzie. Kto tak diagnozuje rzeczywistość – alterglobalistyczni zadymiarze, czy nasza wielce narodowa „prawica”? Jedni i drudzy. Powiedzieć im, że kryzysowi winne są nieodpowiedzialne rządy zadłużające kraje ponad miarę, w imię „dojutrkowej” polityki utrzymywania „państwa dobrobytu” na które Zachodu już dawno nie stać, oraz nieodpowiedzialni i zdziecinniali wyborcy przekonani, że wszystko im się należy – to wygłosić herezję. Kłóci się to bowiem z wizerunkiem nosatego „bankstera” na workach ze złotem rodem bodaj z XIX-wiecznych jeszcze karykatur.


Świat od zawsze jest polem ścierania się różnych układów, sitw, koterii starających się wyrwać dla siebie kawał ścierwa. Jednak te spekulacyjne hieny nie chapnęły by ani grosika, gdyby rządy wybrane przez ogłupiałe od dobrobytu społeczeństwa nie uciekały przed kryzysem w kolejne pożyczki, nie dotowały ze strachu o własne tyłki padających instytucji finansowych i nie zasypywały wirtualnym pieniądzem krachu, co nawiasem mówiąc, guzik pomaga.


Ale proszę to wytłumaczyć gościom w arafatkach lub zapiętym pod szyję narodowcom – oni mają założone okulary z żydowskim „banksterem” i nie zdziwiłbym się, gdyby w końcu umówili się w jakimś Davos na wspólną zadymę.


III. Narodowo-lewacki uścisk dłoni


Niejeden „ober-narodowiec” zachłyśnie się oburzeniem: to podobieństwa pozorne, my wywodzimy nasze przekonania z całkiem innych źródeł! Po pierwsze - w praktyce jest to bez znaczenia; po drugie zaś – ta różnica w źródłach przekonań jak się przyjrzeć, okazuje się mocno problematyczna, co opisałem onegdaj w notce „Na czerwonym rowerku”, proszę sprawdzić.


Podsumowując, jak się dobrze przyjrzeć, to jedyną różnicą między naszymi ober-narodowcami a lewactwem jest podejście do zagadnień obyczajowo-religijnych. Tu nasi „narodowcy” są tradycjonalistami w przeciwieństwie do postępackich lewaków. Ale to jest jedyna różnica. We wszystkich pozostałych kwestiach przedstawiciele na pozór tak odległych obozów mogliby śmiało podać sobie ręce.


Gadający Grzyb

wtorek, 29 czerwca 2010

Rejterada z Afganistanu?


Rozbrojenie – demagogia – ucieczka.

I. Droga do rozbrojenia.

PO odnotowuje kolejne sukcesy na drodze ku rozbrojeniu państwa. Dla doraźnych korzyści wyborczych w potencjalnie zbrodniczy sposób pogrywa sobie kwestią bezpieczeństwa narodowego. Tak było w przypadku przewlekania sprawy tarczy antyrakietowej w wyczekiwaniu na wygraną Obamy, tak jest teraz, gdy podniesiona została kwestia wycofania się z Afganistanu, kiedy to okazało się, że kandydat Platformy przegrał wybory w polskiej bazie. Pewnie, gdyby przegrał wybory w więzieniach, to obiecałby amnestię, ale spokojna głowa – w zakładach karnych Platforma i Komorowski osobiście, cieszą się niesłabnącym poparciem.

Zastanawiam się, dlaczego Komorowski uznał, że wyjście z Afganistanu jest akurat tym, o czym marzą żołnierze naszego kontyngentu. Tak się składa, że każda zmiana obsadzana jest ochotnikami, dla których niemałą motywacją są kwestie finansowe. Wielu z nich jest w Afganistanie drugi – trzeci raz. Zaryzykuję tezę, że ci żołnierze potrzebują sprzętu, dozbrojenia i kompetentnego dowództwa a nie rejterady.

Ale Komorowski wie, że akurat tego nasza rozbrojona armia nie może im zapewnić. Ba – nie stać nas nawet na zapewnienie obsady szpitala wojskowego, bo lekarze wojskowi uciekają w poszukiwaniu lepszych zarobków do cywila i dlatego ostatnio musieliśmy „wypożyczyć” lekarzy od Ukrainy. Jedyne co mógł zaproponować, to ucieczkę, narażając w ten sposób życie żołnierzy.

II. Państwo bez armii.


Osobnym skandalem jest analiza szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gen. Stanisława Kozieja, który (streszczając ogólne przesłanie dokumentu), stwierdził ni mniej ni więcej, tylko że należy się z Afganistanu czym prędzej zwijać, bowiem NATO jest „strategicznie zmęczone”, zaś Polski nie tylko „nie stać” pod żadnym względem na zwiększanie swego zaangażowania, ale nawet, cyt. „zadania, jakie już na siebie wzięliśmy, przerastają możliwości naszego kontyngentu". Czyli, podał talibom cele na srebrnej tacy, tak się bowiem składa, że ich wodzowie, to nie jest banda niepiśmiennych dzikusów – korzystają z nowoczesnych środków przekazu i pilnie śledzą, co mówi się o afgańskiej wojnie na świecie. A wypowiedzi Komorowskiego i Kozieja odbiły się pewnym echem wśród naszych sojuszników.

Zrozumiał to nawet Bogdan Klich, bodaj najgorszy szef MON-u jakiego do tej pory mieliśmy, który do spółki z szefem Sztabu Generalnego, gen. Mieczysławem Cieniuchem rzucił się prostować stanowisko swego byłego doradcy, ale przekaz poszedł w świat, nadwyrężając nie tylko naszą wiarygodność w ramach NATO, ale również, powtórzę, dostarczając talibom niezwykle cennych wskazówek co do wyboru celów następnych ataków. A wszystko to w chwili, gdy koalicja i bez tego przeżywa kłopoty związane z odwołaniem przez Obamę (wbrew prośbom afgańskiego rządu i wielu innym głosom) cenionego na miejscu głównodowodzącego, generała Stanleya A. McChrystala.

Swoją drogą, jeżeli Koziej trafnie diagnozuje stan naszych „sił zbrojnych” (cudzysłów nieprzypadkowy) i faktycznie nie jesteśmy w stanie prowadzić ograniczonych działań bojowych przy użyciu 2600 żołnierzy, to oznacza, iż zwyczajnie nie mamy armii. Potwierdza to miażdżący raport NIK-u wskazujący m.in. na łamanie prawa (w zeszłym roku do budżetu MON wpłynęło o 2 mld zł. mniej, niż wynikałoby to z ustawowego 1,95 proc. PKB), co skutkowało wstrzymaniem naboru i ograniczeniem szkolenia żołnierzy (głównie oszczędzano na ćwiczeniach poligonowych). Od siebie dodam jeszcze chorą strukturę zobrazowaną w powiedzonku o „wodzach bez indian” (na jednego dowódcę od podoficera do generała przypada 1,8 szeregowca!). Aż nie chce się w tym kontekście przypominać bombastycznej „Wizji sił zbrojnych RP 2030nad którą onegdaj zdarzyło mi się pastwić.

III. W butach Hiszpanów.

Talibowie, podobnie jak inni terroryści mają tyleż prostą, co skuteczną strategię. Szukają słabych punktów i gdy na taki słaby punkt natrafią, „dociskają”. W ten sposób Al Kaida potraktowała Hiszpanów. Urządziła zamach w Madrycie, zaś zastraszeni Hiszpanie posłusznie zagłosowali na socjalistów, którzy równie posłusznie wycofali wojska z Iraku. Z Brytyjczykami podobny numer (zamach w Londynie) już nie przeszedł. Anglicy miast się wystraszyć, przypomnieli sobie dumne dni walki z hitlerowskimi nalotami i odpowiedzieli społeczną konsolidacją w obliczu zagrożenia.

Niestety, pod obecnymi rządami, najwyraźniej postanowiliśmy wejść w buty Hiszpanów. Można przypuszczać, że po wypowiedziach Komorowskiego i Kozieja talibowie uznali, że w tej chwili najsłabszym ogniwem afgańskiej koalicji jest Polska. Wzmożenie ataków na nasz kontyngent jest prostą konsekwencją tej diagnozy. Patrząc pod tym kątem, Komorowski i Tusk, który nie odciął się od słów swego faworyta mają na rękach krew naszych żołnierzy.

IV. Nie odpuszczać!

Pozwolę sobie jeszcze hasłowo wymienić garść powodów, dla których powinniśmy (zarówno Polska, jak i NATO) pozostać w Afganistanie.

1) Wiarygodność sojusznicza. Nie oczekujmy wsparcia ze strony NATO, czy Stanów Zjednoczonych, jeżeli teraz jednostronnie się wycofamy. Tym bardziej, że gros działań militarnych biorą na siebie Amerykanie i Brytyjczycy i to oni ponoszą największe straty.

2) Gdzie nasi żołnierze mają zdobywać doświadczenie bojowe, jak nie na takich misjach właśnie? Podnoszenie argumentu, że „giną nasi”, to moim zdaniem, czysta demagogia. Śmierć jest wliczona w zawód żołnierza.

3) Argument „ad Koziejum” - mówiący, że nas „nie stać” to najgorsza odpowiedź na degrengoladę naszej armii. Podobna konstatacja powinna być impulsem do działań naprawczych i zwiększenia militarnych inwestycji, a nie do utwierdzania postawy „nasza chata z kraja”.

4) Afganistan jest jednym z frontów starcia cywilizacji. Okazanie słabości tylko sprowokuje synów Allacha do eskalacji przemocy – jihad nie uznaje półśrodków. Pozostawienie Afganistanu samemu sobie sprawi, że stanie się światowym, niekontrolowanym rozsadnikiem terroryzmu.

5) Prestiż NATO. Nasze wycofanie się będzie kolejnym ciosem w Sojusz, który już teraz przeżywa kryzys. Wycofanie się NATO będzie zaś gwoździem do trumny Paktu, obnażając jego militarną i polityczną niemoc. A to będzie oznaczało, że zostaniemy sam na sam z neoimperialną polityką Rosji.

***

Afganistan, to nie „awantura”, jak twierdzą niektórzy, podobnie jak „awanturą” nie była Odsiecz Wiedeńska – jedna z najważniejszych bitew w historii Europy. To wielowymiarowa batalia – test na militarną, polityczną i moralną kondycję Zachodu.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl