Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraj. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 października 2012

Czy detektor nie jest w stanie odróżnić trotylu od dezodorantu?

Oto niektóre dostępne na rynku detektory materiałów wybuchowych.

Wystarczy chwila "guglania" i oto, co widzimy:

 

Przenośny wykrywacz materiałów wybuchowych - E3500

Przenośny wykrywacz materiałów wybuchowych E3500 - detektor materiałów wybuchowych Scintrex Trace

Szybka i wiarygodna detekcja śladowych ilości materiałów wybuchowych. Dwa tryby pracy: analiza oparów, analiza mikrocząstek. Gotowość do pracy po 1 minucie od momentu włączenia. Wykrywanie materiałów wybuchowych: EGDN, EGMN, DMNB, O-MNT, P-MNT, NG, DNT, RDX, PETN, AN, PN, Semtex, C-4, Detasheet, Primacort, TNT, Black Powder, TATP, HMX, Dynamite


 

Przenośny wykrywacz i identyfikator materiałów wybuchowych - E5000

Przenośny wykrywacz materiałów wybuchowych E5000 Scintrex Trace

Szybkie i wiarygodne wykrywanie śladowych ilości materiałów wybuchowych i narkotyków. Czas analizy: 6-20 sek.Podwójna technologia wykrywania: chromatografia gazowa (GC), spektrometria lotnych ionów (IMS) gwarantuje znikomy poziom błędnych wskazań i doskonałą czułość wykrywania rzędu piko/nanogramów. Wykrywane materiały wybuchowe: PETN, RDX, TNT, NG, Dynamit, Semtex, C4. Wykrywane narotyki: kokaina, opiaty (heroina, morfina), canabis (marihuana, haszysz), stymulanty - pochodne amfetaminy (amfetamina, ecstasy, metamfetamina).


 

EXPLONIX Przenośny detektor i identyfikator materiałów wybuchowych

EXPLONIX Przenośny detektor/analizator/identyfikator materiałów wybuchowych

Trzy tryby pracy:
  • ciągłe monitorowanie powietrza (wynik co 2 sekundy, sygnalizacja wykrycia materiału bez jego identyfikacji)

  • jednorazowa analiza powietrza (wynik po 30 sekundach, identyfikacja materiału i oznaczenie jego ilości w próbce)

  • analiza mikrocząstek (wynik po 30 sekundach, możliwa praca podczas deszczu, identyfikacja materiału i oznaczenie jego ilości w próbce, granice detekcji: pikogramy materiału)

Czas rozruchu 30 sekund, prosta obsługa, wysoka odporność na kontaminację, funkcja samooczyszczania, pełne zdalne sterowanie - różne warianty, zasilanie - akumulator 12 V na 2-3 godziny pracy, stacja dokująca umożliwia pracę ciągłą.

http://www.transactor.pl/security_wybuchowe.html


Przenośny wykrywacz materiałów wybuchowych i gazów toksycznych SABRE 5000

d_2024770515392.jpg

Przenośny wykrywacz narkotyków, materiałów wybuchowych, bojowych środków trujących oraz przemysłowych środków chemicznych Smiths Detection SABRE 5000

Wykrywane narkotyki: Kokaina, Heroina, THC (Cannabis), Metamfetamina, Ekstazy i inne.

Wykrywane materiały wybuchowe:Heksogen, Pentryt, Trotyl, Semtex, Azotan amonu, Nitrogliceryna i inne

Czas analizy 10-15 sek.

Czas rozruchu poniżej 10 minut

Dwa tryby pracy: analiza cząsteczek, analiza oparów.
Pełne polskie oprogramowanie.

 

Stacjonarny wykrywacz materiałów wybuchowych IONSCAN 500DT

d_307711229722433.jpg

IONSCAN 500DT jest odpowiedzią na wzrastające zagrożenie terroryzmem bombowym i wciąż aktualny problem przemytu substancji narkotycznych. Poprzez integrację dwóch wykrywaczy IMS
w jednym urządzeniu, IONSCAN 500 DT jest w stanie wykrywać
i identyfikować narkotyki oraz materiały wybuchowe podczas jednej analizy. Umożliwiając dzięki temu takie same zdolności wykrywacze przy jednoczesnym znacznym skróceniu czasu kontroli.

IONSCAN 500 DT jako system dwudetektorowy jest idealnym rozwiązaniem dla wszelkiego rodzaju formacji mundurowych.
W codziennej służbie, w której wymagane jest wykrywanie zarówno narkotyków jak i materiałów wybuchowych IONSCAN 500 DT oferuje niezwykłą precyzję
oraz rzetelność pomiarów dając jednocześnie komfort pracy
z jednym zintegrowanym urządzeniem o przyjaznym interfejsie użytkownika.

Smiths Detection wprowadził na rynek wykrywacz, który posiada ergonomiczną obudowę, duży kolorowy ekran dotykowy, wbudowaną drukarkę i 40 GB dysk twardy. Ponadto urządzenie oferuje pełną funkcjonalność w środowisku PC oraz w aplikacjach sieciowych. Zastosowane w  urządzeniu wykrywacze IMS oparte są na tej samej konstrukcji co wykrywacze zastosowane w IONSCAN 400 B, urządzeniu, które w ilości ponad 6 000 sztuk wykorzystują służby mundurowe na całym świecie.

Zalety

  • Jednoczesne wykrywanie narkotyków i materiałów wybuchowych
  • Ponad 40 substancji może zostać wykrytych i zidentyfikowanych w ciągu zaledwie 8 sekund
  • Duży kolorowy ekran dotykowy
  • Wbudowana drukarka
  • Możliwość przechowywania dużej ilości danych
  • Uproszczona obsługa i konserwacja
  • Niskie koszty użytkowania

Specyfikacja

  • Technologia podwójnego IMS (spektrometria przepływu jonów)
  • Tryby pracy:
    - narkotyki i materiały wybuchowe równocześnie,
    - tylko narkotyki,
    - tylko materiały wybuchowe
  • Wykrywane materiały wybuchowe: RDX, PETN, NG, TNT, HMX, TATP  i wiele innych
  • Wykrywane narkotyki: kokaina, heroina, amfetamina, metaamfetamina, MDA, kanabinole i wiele innych
  • Czułość:
    - materiały wybuchowe: pojedyncze pikogramy
    - narkotyki: setki pikogramów
  • Czas analizy: 8 sekund
  • Czas rozgrzewania: 30 minut
  • Napięcie wejściowe: 95-265VAC, 50-60 Hz, 600 W urządzenie zimne, 300W urządzenie rozgrzane
  • 110/220V
  • Ekran: 10.4", kolorowy, dotykowy, TFT
  • Waga: 18kg
  • Wymiary: długość x wysokość x głębokość
    - (40 x 31 x 40 cm) z ekranem złożonym
    - (40 x 57 x 40 cm) z ekranem rozłożonym
  • Wbudowana drukarka 4”
  • Wyposażenie opcjonalne: jednogodzinna bateria wspierająca

http://www.pimco.pl/


Przenośny detektor materiałów wybuchowych PED-8800 Pro

 
 
Zamawiana ilość:  
Przenośny detektor materiałów wybuchowych PED-8800 Pro
Numer katalogowy 69050312
Stan magazynowy
Średnia ocena
Brak recenzji
 
Dołącz do nas:   Facebook Twitter Nasza Klasa Blip Youtube
Powyżej 100zł kupisz na raty!
 
Opis
 
Linki
 
Opinie

Przenośny detektor materiałów wybuchowych PED-8800 Pro

PED-8800 Pro to urządzenie najnowszej generacji, które służy do wykrywania materiałów wybuchowych różnego rodzaju. Działanie detektora opiera się o technologię IMS (Ion Mobility Technology), która polega na badaniu prędkości jonów w jednorodnym polu elektrycznym. Metoda wykrywania została udoskonalona o analizę sygnałów w oparciu o transformację Hadamarda, co spowodowało znaczne polepszenie stosunku sygnału do szumu bez utraty rozdzielczości. Dzięki temu udało się zredukować poziom fałszywych alarmów do zaledwie 1%.
W trosce o bezpieczeństwo operatora i jego kontaktu z potencjalnie niebezpiecznymi substancjami. próbka testowa jest pobierana za pomocą specjalnego długopisu.
Detektor PED-8800 Pro wyposażony został w kolorowy wyświetlacz, wskazujący nazwę rozpoznanego materiału wybuchowego. W pamięci urządzenia znajduje się pojemna baza danych na 5000 wpisów, która może być uaktualniana o nowe substancje, co zwiększa możliwości detekcji. Detektor współpracuje z komputerem po podłączeniu go przez interfejs USB lub Ethernet.
Wykrywacz zasilany jest z w akumulatorów o dużej pojemności, w zestawie znajduje się poręczna ładowarka.
Jest to idealne rozwiązanie dla służb zajmujących się bezpieczeństwem i nadaje się do zastosowania na lotniskach, przejściach granicznych oraz w innych miejscach, gdzie istnieje ryzyko niebezpieczeństw związanych z zamachami terrorystycznymi

Specyfikacja techniczna

  • Technologia: IMS, transformacja Hardamarda
  • Wykrywalność: czarny proch, azotan amonu (AN), TNT, AN-TNT, RDX,PETN, HMX, Tetryl, C4, TATP, SEMTEX itp. (baza środków wybuchowych może być aktualizowana o nowe środki).
  • Czułość: 10-9 g
  • Poziom fałszywych alarmów: 1%
  • Tryb próbkowania: zbieranie cząsteczek z powietrza i z powierzchni przedmiotów
  • Czas przygotowania do pracy: 10 minut
  • Czas analizy: 4-10 s
  • Czas kalibracji: 30 s
  • Rodzaj alarmu: dźwiękowy oraz wyświetlenie nazwy substancji po angielsku
  • Wymiary: 430×113×205
  • Waga: 4.0kg (łącznie z akumulatorem)
  • Zasilanie: AC 220V 50/60 Hz lub DC
  • Temperatura pracy: -200C – 550C
  • Wilgotność pracy: 95%
  • Wyświetlacz: 3.5’’ LCD kolorowy, Menu po angielsku
  • Gniazda połączeniowe: internetowe oraz USB

W skład zestawu wchodzą:

  • główna jednostka
  • sito molekularne
  • kalibrator
  • długopis do zbierania próbek
  • papierki do testów
  • ładowarka

http://www.spy-shop.pl


 

To tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Pytanie: jaki sprzęt zabrali nasi "śledczy" do Smoleńska, skoro nie był w stanie odróżnić trotylu od namiotu z PCV?

I czemu prokurator Szeląg łże jak pies?

Gadający Grzyb

P.S. Podziękowania dla MarkaD, który w mailu zwrócił moją uwagę na powyższy aspekt sprawy.

 

wtorek, 21 czerwca 2011

Radośnie wkraczamy w erę kultu Kom-Or-Sena


Moi mili, z prawdziwą radością donoszę o jakże słusznej inicjatywie podjętej przez społeczność Żywca ku czci naszego Umiłowanego Przywódcy Kom-Or-Sena. Oto, jak donosi strona www.prezydent.pl, jednemu z żywieckich przedszkoli nadano imię Rodziny Komorowskich. Uczyniono to podczas zlotu rodziny Komorowskich,który właśnie odbywa się w tym zacnym, beskidzkim grodzie, z którego wywodzi się wymarła w XVII stuleciu gałąź rodu naszego Umiłowanego Przywódcy Kom-Or-Sena, oby żył wiecznie.


Żywiecczanom gratuluję bezkompromisowości i odwagi, której niewątpliwie potrzebowali, by wbrew narzekaniom różnych malkontentów i elementów reakcyjnych docenić i uhonorować naszego Wielkiego Przywódcę Kom-Or-Sena. Jak wieść niesie, dzieci złożyły spontaniczną przysięgę, że w ciągu tygodnia nauczą się pisać co najmniej tak poprawnie jak nasz Prezydent.

Niech żyje Ukochany Przyjaciel Wszystkich Dzieci Prezydent Kom-Or-Sen!

Przepraszam, ale wzruszenie odbiera mi głos...

Gadający Grzyb

niedziela, 17 kwietnia 2011

Anatomia propagandy strachu


Absolutyzacja III RP w omawianej tu propagandzie ma jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.



I. Trauma „bogów demokracji”.


Uprzejmie donoszę Czytelnikom, że Waldemar Kuczyński przez wiele dni nie mógł otrząsnąć się z traumy, jaką była dla niego demonstracja na Krakowskim Przedmieściu w I Rocznicę Katastrofy Smoleńskiej. Jeszcze w piątek 15.04 wciąż pogrążony był w głębokim szoku, czemu dał wyraz na łamach „Wyborczej”, tym razem w tekście „Ruch groźnej nadziei”. W zasadzie napisał to samo co zwykle, tylko jakby z nieco większym obłędem pióra, zupełnie jakby relacjonował na żywo narodziny hitleryzmu i ostatnie dni Republiki Weimarskiej. Bełkoce więc o „wodzu” otoczonym „kultem”, „partii bliskiej totalizmowi” i nade wszystko – o „ruchu groźnej nadziei, który wierzy, że jutro należy do niego”. Odnoszę wrażenie, że pan W.K. po kilka razy dziennie ogląda musical „Kabaret” Boba Fosse’a ze szczególnym uwzględnieniem słynnej sceny z piwiarni pod chmurką, co w sposób znaczący zaburza jego percepcję i ogląd rzeczywistości.


A może wcale nie. Może doskonale wie, że plecie duby smalone i pisze to co pisze z pełną premedytacją. Jego głos bowiem doskonale wplata się w zmasowaną propagandę strachu, którą wiodące ośrodki opinii usiłują (ze sporym powodzeniem) obezwładnić społeczeństwo. No cóż... Nasi „bogowie demokracji” na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat opracowali ten dyskurs do perfekcji. Kuczyński to tylko jeden z głosów, wcale nie najważniejszy, choć bez wątpienia najbardziej histeryczny.


Diagnoza? Nie będę odkrywczy: „beneficjentom III RP” zaczyna palić się pod tyłkami, czują już swąd i pierwsze liźnięcia płomieni, stąd te desperackie ruchy i potępieńczy jazgot, jaki podnoszą od rana do wieczora we wszystkich „zaprzyjaźnionych” mediodajniach.


II. Absolutyzacja III RP.


Póki co jednak, zanim różne indywidua ustąpią ze swych Parnasów by użyźnić śmietnik historii, pozwolę sobie na analizę, będącą demontażem uprawianej do znudzenia propagandy strachu. Konkretnie - jej fundamentalnego składnika - swoistego paradygmatu i kłamstwa założycielskiego, które pozwala różnym Kuczyńskim snuć swe paranoidalne słowotoki przy zachowaniu pozorów logiki wywodu.


Owym kłamstwem jest utożsamienie postokrągłostołowego porządku III RP z demokracją, jako taką. Spośród wielu mieszczących się w demokratycznych ramach form polityczno – ustrojowych, postanowiono podnieść do rangi absolutu kartoflany, patologiczny twór zwany Trzecią RP. Ta absolutyzacja III RP ma w omawianej tu propagandzie jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.


Przy okazji – osobiście uważam, że tzw. liderzy opinii promują to beszczelne intelektualne nadużycie (w oczywisty sposób fałszywe) najzupełniej świadomie, bowiem umożliwia im to budowanie pożądanej narracji.


Wedle tejże „narracji”, skoro III RP jest (mimo pewnych, drugorzędnych niedoskonałości) jedyną możliwą demokratyczną formą ustrojową przeznaczoną dla współczesnej Polski, to IV RP, siłą rzeczy, musi być tworem neo-totalitarnym, antydemokratycznym i potencjalnie – zbrodniczym. Idąc tym tropem, wszelkie ukazywanie fasadowości państwa (i jego formalnych procedur) staje się herezją, automatycznie wykluczającą jej głosicieli z grona praworządnych obywateli i stawiającą „heretyków” w gronie niebezpiecznych ekstremistów i wywrotowców.


III. Wyzwanie Czwartej RP.


Tymczasem, IV RP (w moim, prywatnym, rozumieniu tego pojęcia) jest niczym innym, jak pakietem dogłębnych reform, mającym na celu wykorzenienie systemowych patologii wmontowanych programowo w niby-państwowy twór uzgodniony w magdalenkopodobnych okolicach.


Ale, oczywiście, IV RP nie jest li tylko projektem „technicznym”. Bywam nieco sceptyczny wobec narodowego mistycyzmu, wynoszącego na piedestał „ducha” przy jednoczesnej skłonności do ignorowania realiów, nie da się jednak nie zauważyć, iż kondycja państwa ma bezpośrednie przełożenie na to, czy Polakom „chce się chcieć”.


Czy warto się starać, czy raczej olewać; czy angażować się, czy też kultywować postawę „moja chata z kraja”; czy zostać w ojczyźnie, czy wyjechać za chlebem; czy mamy poczucie, że państwo działa w naszym imieniu i dla nas, czy też jest opresyjnym aparatem służącym diabeł jeden wie komu – słowem - czy Polacy czują się we własnym kraju u siebie. Wreszcie, czy mamy poczucie bycia wolnym i dumnym narodem o wielkim historycznym dorobku, czy też dajemy się zgnębić sączącej się zewsząd „pedagogice wstydu”.


Takim wyzwaniem, hasłowo rzecz ujmując, jest Czwarta Rzeczpospolita. I „beneficjenci III RP” doskonale o tym wiedzą. Tyle, że równocześnie zdają sobie sprawę, iż realizacja tego projektu nieuchronnie zniszczy rozliczne nisze ekologiczne w których znaleźli swe żerowiska.


Bo IV RP to podmiotowość Polski i Polaków. Tak w sferze wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej. Tak w gospodarce, jak w sferze kultury. Na wszystkich polach. Wyczekiwana „Czwarta” to również stan ducha każdego z obywateli.


IV. No i co mają zrobić?


No i co mają z tym zrobić postesbeckie układy władzowo-biznesowe? (Wspomnijmy fetę, jaką urządził Leszkowi Millerowi „polski” Business Center Club). Co ma z tym zrobić rozdęty do granic absurdu aparat urzędniczy, tudzież sprzęgnięta z nim polityczna „klasa próżniacza” (a właściwie - kasta próżniacza), obwarowana rozlicznymi gwarancjami zabezpieczającymi ekskluzywny status? Co mają z projektem IVRP zrobić przeróżne branżowe sitwy dbające, by każdy „nie swój” rozbił sobie łeb o szklany sufit? Co mają czynić funkcjonariusze służb tak byłych jak obecnych, jawnych tajnych i dwupłciowych, ich współpracownicy, dziwki i alfonsi? (Przypomnę tu osławionego Zbigniewa S. ps. „Niemiec” z czasów zajść pod Krzyżem). Co wreszcie ma zrobić agentura różnych poważnych krajów, w interesie których leży, by zachować „w Polsce czyli nigdzie” status quo? Koniec końców – co z IVRP ma począć tzw. „Salon” funkcjonujący – patrząc z punktu widzenia państwa – jako swoista „nadbudowa” wymienionych powyżej grup, której zadaniem jest utrzymywanie tubylczego „bydła” w stanie permanentnego, mentalnego bezwładu?


Wiedzą, co mają zrobić.


Po pierwsze: utożsamić w społecznym odbiorze tę poplątaną „szarą sieć” z demokracją.


Po drugie: ośmieszyć pogardliwym rechotem „heretyków” występujących przeciw ustrojowi III RP. (Słynne „podrywanie godnościowych podstaw prezydentury Lecha Kaczyńskiego” przełożyło się bowiem również na „moherów”, przy czym „moherem”, tudzież „pisuarem” jest każdy, kto podważa „demokratyczne” imponderabilia).


Po trzecie: wytworzyć wrażenie, jakoby ta ciemna tłuszcza miała być śmiertelnym zagrożeniem dla swobód obywatelskich, zaś politycy którzy wyrażają jej emocje – pogrobowcami Hitlera (wildsteinowskie „reductio ad Hitlerum” - tu w nieco innym kontekście).


Tak ma być – raz żałośni, innym razem groźni – w zależności od aktualnych potrzeb samozwańczych dysponentów publicznego dyskursu.


V. W okopach legalizmu.


No i wreszcie zostaje ostatnia linia obrony – tyleż tępy, co obłudny legalizm. Tu są, prawda, wicie-rozumicie, legalnie wybrane władze, zatem każdy kto występuje przeciw nim, jest elementem antypaństwowym. A z takim elementem nie ma co się cackać, gdyż ręka podniesiona na władzę winna zostać odcięta. Poza tym, raz zdobytej władzy... znacie?


Pewnie, tyle że ludzie lubią melodie, które już znają. I poddają się w swej masie sączonej im do ucha truciznie. Nie należę do hurraoptymistów. Nie oszukuję się i wiem, że społeczna większość wciąż jest nafaszerowana „legalistyczną” propagandą strachu aż po gardło.


VI. Lęki Mordoru.


Ale z drugiej strony – widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i Placu Zamkowym (niezależnie od żałosnych kłamstw w sprawie liczebności) musiał wywołać wśród „beneficjentów III RP” psychiczne wrzenie, czemu dał upust przywołany na początku tekstu Waldemar Kuczyński. Co więcej – ci, którzy przybyli, nie działali pod wpływem rzewnego impulsu, jak przed rokiem. Przybycie tego dnia pod Pałac, mimo hektolitrów pomyj i trwającej rok dezinformacyjnej operacji, było świadomym wyborem. Również politycznym.


Mordor to wie. Jego uwadze nie uszedł także zwielokrotniony na przestrzeni roku nakład „Gazety Polskiej”, sukces wydawniczy „Uważam Rze”, wzrost słuchalności Radia Maryja, triumf drugiego obiegu „okołosmoleńskich” filmów i - last but not least – rosnąca rola internetu i prawicowej blogosfery.


Wystarczy, by się bać. Wystarczy, by uświadomić sobie odwracającą się kartę historii. Stąd ta nieprzytomna miotanina sfrustrowanych szympansów we własnoręcznie zbudowanych złotych klatkach. Stąd te odchody ciskane na oślep w stopniowo rosnące, przepływające obok rzesze - „idioci”, „bydło”, „swołocz”, „wyjce”, „ludzie z ogrodu zoologicznego”...


***


Wiedzą, co mogą stracić. Dlatego obecny, skorumpowany do cna porządek, będą zwali demokracją. Będą straszyli „wichrzycielami”. Będą przerzucać swoje lęki na Naród, które to słowo, zwłaszcza pisane z wielkiej litery, tak przeraża pana Kuczyńskiego. Będą zatrudniali „smocze języki” na kolejnych odcinkach propagandy strachu.


Aż do końca.


Ich albo naszego.


Gadający Grzyb


Ilustracja autorstwa AdamaDee

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Strach rocznicowy


Czego się boją? A, to już oni sami wiedzą najlepiej. My też wiemy, my też...



I. Lęk przed Wolnymi Polakami.


Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że obchody pierwszej rocznicy Katastrofy Smoleńskiej przebiegły dla mainstreamu IIIRP w atmosferze strachu, jaki zazwyczaj ogarnia to towarzystwo w obliczu oznak jednoczenia się grup społecznych, które w założeniu miały być skazane na marginalizację i powolne wymarcie gdzieś w cieniu kruchty.


Strach ten może nie był aż tak dojmujący i tak gęsty jak przed rokiem, gdy nieprzebrane tłumy na Krakowskim Przedmieściu i podczas wawelskiego pochówku Pary Prezydenckiej przyprawiły naszych „bogów demokracji” o stan przedzawałowy, ale też na przestrzeni minionych miesięcy zrobiono chyba wszystko, by obezwładnić „demony polskiego patriotyzmu”. Na kilka dni przed Rocznicą pisałem o triumfie dezinformacyjno-dezintegracyjnej operacji, której efektem jest społeczny podział, sprawiający że część Polaków, jak mi to wykrzyczała pewna osoba, „rzyga Smoleńskiem”. Nie wycofuję się z tych słów, dziś jednak skupię się na establishmentowym lęku przed tymi, dla których patriotyzm jest równie naturalny jak powietrze (i jak powietrze na co dzień niezauważany, bo wszak nie myślimy bez przerwy by oddychać), a których Katastrofa wybudziła z letargu i którzy przed chwilą mieli okazję aby powtórnie się policzyć.


Rymkiewiczowscy „Wolni Polacy” nie są jeszcze społeczną większością, ale okazali się na tyle liczni, by w obawie przed nimi „elity” poczuły na karkach znajomy, zimny powiew.


II. „Test tablicy”.


Strach, jak wiadomo, powoduje przypływ adrenaliny i albo zmusza do działania, albo przeciwnie – paraliżuje i wprawia w katatoniczny bezwład. Mistrzami w sprawdzaniu takich reakcji są Rosjanie, czego dali dowód przeprowadzając akcję, która od tej pory będzie nosiła miano „testu tablicy”. Oczywiście, kremlowscy czekiści zdawali sobie sprawę z oddźwięku społecznego, jaki wywoła podmienienie tablicy pamiątkowej na Siewiernym i po raz kolejny powiedzieli „sprawdzam” polskim władzom – jak zniosą tę prowokację w konfrontacji tyleż z Kremlem, co z własnymi, oburzonymi obywatelami.


Test ów pokazał raz jeszcze, po raporcie Anodiny, że strach i adrenalina działa na obecne polskie władze paraliżująco. Premier Donald Rusk (przepraszam, miało być „Tusk”) programowo, jak zwykle w momencie kryzysowym, skulił się w sobie i schował w mysiej dziurze. Najbardziej spektakularna okazała się jednak rejterada prezydenta Komorowskiego, który pod byle pretekstem wycofał się ze złożenia kwiatów przy wawelskim sarkofagu Lecha i Marii Kaczyńskich.


I jeszcze zagadka: co robił w tym czasie permanentnie niewidoczny wicepremier Waldemar Pawlak z koalicyjnego PSL-u?


III. Przemoc symboliczna.


Natomiast przykładem wywołanej strachem „adrenaliny pozytywnej”, tej zmuszającej do działania, była rocznicowa reakcja Hanny Gronkiewicz-Waltz. Postawienie szpaleru barierek przed Pałacem Prezydenckim, tak by uniemożliwić bezpośrednio zapalanie zniczy i składanie kwiatów na przylegającym do Pałacu trotuarze, jest twardą kontynuacją przemocy symbolicznej, którą pani prezydent Warszawy konsekwentnie stosuje od miesięcy w publicznej przestrzeni Krakowskiego Przedmieścia.


Słynne „zadeptywanie pamięci” w wydaniu HG-W zaczęło się bowiem zaraz po oficjalnym zakończeniu Żałoby Narodowej, kiedy to służby miejskie błyskawicznie, z niespotykaną sprawnością, uprzątnęły wszelkie ślady – nawet zakrzepłą stearynę. Kto pamięta zablokowaną śniegiem Warszawę podczas ostatniej zimy i skonfrontuje to z hiperaktywnością „porządkową” w sprawie zniczy, ten wie, gdzie leżą priorytety obecnych rządców naszej Stolicy.


W „rocznicowym” przypadku wspomniana symboliczna przemoc - te barierki i policja - miały mówić: tu gromadzą się nieobliczalni ekstremiści, wrogowie, siły antyustrojowe, przed którymi trzeba chronić państwowe gmachy.


Zawsze ktoś ten komunikat kupi. Bywalcy od gaszenia petów na karkach modlących się kobiet, odlewania się na znicze, lżenia i kopania, niewątpliwie poczuli się usatysfakcjonowani.


IV. Delegitymizacja pamięci.


Ta swoista delegitymizacja pamięci, uprawiana z iście małpią złośliwością, na podobieństwo szympansa ciskającego odchodami, zyskała wsparcie w niezawodnych, zawsze wiernych, mediodajniach. „Gazeta Wyborcza” wykazała refleks, komunikując na swym portalu piórami publicystów, jaki powinien być właściwy odbiór społeczny Rocznicy.


Oto nagłówki:


1. „To niedoróbka, a nie rosyjski policzek” - Waldemar Kuczyński w sprawie „testu tablicowego” doradza komentatorom „kilka kropel waleriany”, które przydałyby się jemu samemu;


2. „Tablica smoleńska. Kto kogo upokorzył?” - tu rosyjskiej kradzieży tablicy winni są polscy prowokatorzy od Zuzanny Kurtyki i stowarzyszenia „Katyń 2010”, zaś Rosja... okazała się zbyt taktowna! (autor - Wacław Radziwinowicz, korespondent „GW” w Moskwie).


3. „Kaczyński przyprawia mnie o ciarki” (Aleksandra Szyłło) – tytuł mówi sam za siebie;


4. „Antyżałoba” (Katarzyna Wiśniewska) - przegląd prasy pod właściwym kątem;


5. „Polskie wrzaski pod ‘ruską ambasadą’” (Grzegorz Sroczyński) – no bo, jak tak można, prawda?;


6. „Cyrk patriotyczny dał kolejny spektakl” - ironiczne zrównanie „patriotycznego wzmożenia” w Polsce z... Żyrinowskim. (Grzegorz Sroczyński).


Było tego więcej.


Każdy z tych tekstów wart jest osobnej notki analitycznej, przedstawiającej podszyte lękiem intelektualne idiosynkrazje, fobie, wreszcie – płynącą z podświadomego poczucia wyobcowania z narodowej wspólnoty - złą wolę, skorelowaną z całkiem przyziemnym lękiem przed utratą pozycji Środowiska, z którym to Środowiskiem powyżsi wyrobnicy pióra bezpowrotnie się związali.


Podobny ton przewijał się w „bieżących” komentarzach mediów elektronicznych. Bo Jarosław Kaczyński powiedział. A tłum mu odpowiadał. Zaś „elita” zapraszanych przed kamery i mikrofony dziennikarzy, psychologów społecznych, polityków i reszty tej mętowni, którą znamy od lat, się smuci. Pochylają miedziane czoła nad Polską i boleją nad politycznym rozdarciem. Dziennikarki (zwróćmy uwagę – do komentowania obchodów oddelegowano głównie kobiety, które na poziomie biologicznym i kulturowym kojarzą się z empatią) również boleją nad eliciarskim zboleniem. A do „Loży Prasowej” w TVN24 zaproszono, khe khe, „dziennikarza” Władimira Kirjanowa – dyżurnego rzecznika prasowego reżimu Putina na polskim odcinku.


V. Czego się boją?


Podsumowując, operacja dezintegracyjno-dezinformacyjna prokurowana na żywym organizmie polskiego narodu nie zakończyła się. Będzie trwać non-stop, taka jest bowiem racja bytu „beneficjentów IIIRP”. Pierwsza Rocznica Katastrofy Smoleńskiej była jedynie mocniejszym znakiem przestankowym, który uwypuklił na moment prawdziwy motyw – strach, strach, po trzykroć strach.


Strach, zmuszający do podległości wobec silniejszego i deptania tych, którzy temu silniejszemu mówią NIE.


Strach, każący przyjąć cywilizacyjne reguły zmongolizowanego bizantynizmu.


Na koniec, trzeba w odniesieniu do opisanych powyżej osób i bytów medialnych zadać pytanie: czego się boją?


A, to już oni sami wiedzą najlepiej.


My też wiemy, my też...


Gadający Grzyb

wtorek, 5 kwietnia 2011

Triumf dezinformacji


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu wręczyłbym sobie 10 kwietnia 2011 roku bukiet goździków i butelkę samogonu.



I. Operacja - dezinformacja.


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu, który od pierwszych godzin po katastrofie smoleńskiej ruszył do odkręcania jej możliwych skutków społecznych, wręczyłbym sobie 10 kwietnia bukiet goździków i butelkę samogonu. Nieformalna „Operacja – dezinformacja” zakończyła się bowiem pełnym powodzeniem.


Nie trzeba było nawet działań stricte agenturalnych (choć i takie z pewnością miały miejsce). Wystarczył widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu, by nadwiślańskie łże-elity w poczuciu zagrożenia same, z własnej i nieprzymuszonej woli, rzuciły się do roboty w charakterze moskiewskiej „agentury opinii”.


Temu miało służyć bezustanne wspieranie rosyjskiej wersji wydarzeń, z której chyba nic nie okazało się prawdą i rzucanie się z opętańczym wrzaskiem na każdego, kto śmiał kwestionować sens polsko-rosyjskiego „pojednania” przed wyjaśnieniem przyczyn katastrofy. Temu służyć miały idące w dziesiątki medialne „wrzutki”, wszystkie bez wyjątku fałszywe, ale z których nikt się nie wycofał i za które nikt nie przeprosił.


Temu wreszcie miało służyć relacjonowanie sporu wokół „wyjaśniania” przyczyn katastrofy a la MAK w taki sposób, by przeciętny odbiorca nic z tego nie rozumiał, tylko odnosił mętne wrażenia, że „oni” - politycy - „znów się kłócą”, zaś „pisiory” z Jarosławem Kaczyńskim na czele pragną ukręcić na tragedii swoje brudne, polityczne lody.


Ta samorzutna operacja, w której większość uczestników zastraszona widmem nawrotu „kaczyzmu” pozwoliła się tyleż aktywnie, co bezinteresownie wykorzystać w charakterze agentów wpływu i opinii, zakończyła się, jak napisałem, pełnym powodzeniem. Wbito, mówiąc Maciejem Szczepańskim, miliony gwoździ w milion desek. Jakie są efekty teraz, na kilka dni przed rocznicą 10. kwietnia?


II. Operacja – dezintegracja.


Zanim spróbuję odpowiedzieć na powyższe, wtrącę uwagę bardziej ogólną. Od zarania III RP jej beneficjenci z powodów o których oni wiedzą a my rozumiemy, lub przynajmniej się domyślamy, doznają niepohamowanego drżenia łydek na widok jakichkolwiek oddolnych społecznych ruchów czy inicjatyw, które nie są przez naszych „bogów demokracji” kontrolowane. Ruchy takie mają być nieodmiennie i z definicji populistyczne, ksenofobiczne, obarczone piętnem katoendeckich demonów i oświetlone poblaskiem stosów, tudzież „nazistowskich” pochodni. Oczywiście wiemy dobrze, że nie o to chodzi, że tak tylko gadają by zamaskować strach całkiem innego rodzaju – lęk przed strąceniem ze „sprywatyzowanego” Parnasu w otchłań potępienia.


Właśnie dlatego wszelkie oznaki jednoczenia się poważnej części społeczeństwa muszą być duszone w zarodku i dlatego też kwietniowe widoki z Krakowskiego Przedmieścia sprawiły, że prócz opisanej wyżej dezinformacji, mającej przykryć współodpowiedzialność ekip Tuska i Putina, prowadzono powiązaną operację dezintegracyjną, tak by Polacy po staremu skoczyli sobie do oczu i gardeł, zaś atmosfera Żałoby Narodowej stała się odległym wspomnieniem.


I tę operację również wykonano na medal. Obrazki zajść spod Krzyża przed Pałacem Prezydenckim i tendencyjne relacjonowanie ich przez wiodące mediodajnie, to tylko jej najbardziej spektakularny przejaw. Prawdziwa katastrofa wniknęła jednak w społeczną tkankę znacznie głębiej.


III. Rzyganie Smoleńskiem.


To co w moim odczuciu jest prawdziwym triumfem dezinformacyjno-dezintegracyjnej operacji, to obrzydzenie smoleńskiego tematu tzw. szerokim rzeszom społecznym. „Szerokie rzesze społeczne”, że tak przypomnę, składają się bowiem z ludzi, którzy nie interesują się na co dzień polityką, nie chodzą na wybory, starają się jakoś tam urządzić w nieprzyjaznym świecie i są na tyle zaprzątnięci codzienną orką socjalno-bytową, że nie mają ani czasu, ani chęci, ani – zazwyczaj - kwalifikacji intelektualnych, by rozgryzać czemu otaczająca rzeczywistość jest im aż tak wroga.


Aha, jeszcze jedno - ludzie ci również nie śledzą blogosfery i nawet najgenialniejsze wpisy nigdy do nich nie dotrą. Oglądają za to telewizję w pełnym przekonaniu, że są w ten sposób należycie poinformowani. Wspominam o tym dlatego, że zdajemy się – my, blogerzy i generalnie, aktywna część prawicowej opcji – ulegać ułudzie, iż „docieramy”. No, bo klikalność rośnie, mnożą się inicjatywy, frekwencja na kolejnych miesięcznicach przyzwoita, filmy „okołosmoleńskie” sprzedają się, na pokazach tłumy, nakład „Gazety Polskiej” skoczył o jakiś miliard procent... i tak dalej. Bardzo to przyjemne samopoczucie, że zacytuję młodszego lejtnanta Miszkę Zubowa.


A potem spotykasz przechodnia, albo pogadasz z wujkiem Władkiem u cioci na imieninach i okazuje się, że ludzie „rzygają Smoleńskiem”. Sam usłyszałem to ostatnio z ust cenionej przeze mnie osoby i to - w zasadzie - inteligentnej i kumatej. Owo „rzyganie Smoleńskiem”, co charakterystyczne, wypowiadane lub wręcz wykrzykiwane jest na wysokim emocjonalnym diapazonie. „Rzygam Smoleńskiem” mówią często ludzie co do których istniała nadzieja wyrwania ich z „prywatnościowego” marazmu; którzy przeżywali, którzy przez moment, pod wpływem kwietniowej traumy coś poczuli... a teraz reagują na hasło „Smoleńsk” ledwie kontrolowaną agresją. Jasne, parę osób rok temu ocknęło się na dobre – widujemy ich m.in. na blogach i w komentarzach, jednak są to wyjątki potwierdzające ponurą regułę.


Uśmiercenie społecznej aktywizacji zanim tak naprawdę miała szansę się narodzić to kolejny goździk do bukietu i kolejny łyk dobrze zapracowanego samogonu dla tych, którzy będą świętować (tak właśnie, świętować!) 10 kwietnia.


IV. Pasy transmisyjne.


Zwrócę jeszcze raz uwagę na emocjonalność demonstrowanej odrazy do wszystkiego co wiąże się z tematem katastrofy. Zupełnie tak, jakby jakiś czarnoksiężnik podmienił te pozytywne, pełne zadumy, patriotyczne uczucia sprzed roku na żrący jad zatruwający dusze. Ale to żadne czarnoksięstwo – zwykła, dość ordynarna socjotechnika, jednak skuteczna w warunkach starannie kontrolowanego oligopolu opinii, gdy zagoniony człowiek nie ma czasu na zastanawianie się, co tak naprawdę jest mu wkładane do głowy.


Cóż bowiem widzi? Ano widzi, że jest mu coraz ciężej, że po spłacie raty kredytu za mieszkanie coraz mniej zostaje na życie, a tymczasem politycy kłócą się o Smoleńsk / Krzyż / Pomnik – wstaw dowolne. Zupełnie jakby to miało kogokolwiek nakarmić, prawda? Przy czym burdy nieodmiennie wszczyna „pisowska opozycja”, na co rząd i sojusznicze mediodajnie reagują pełnym niesmaku grymasem: „no sami widzicie, jacy oni są...” I to działa. Telewidz patrzy na spreparowany pod niego obrazek i czuje jak rośnie w nim niekontrolowana furia. Zabieg ten, powtarzany dzień w dzień na przestrzeni roku, implantuje tę furiacką wściekłość i frustrację w duszę, mózg, krwiobieg... I obiekt manipulacji nawet nie pomyśli, że odbiera tylko taki przekaz, jaki chcą mu zapodać dyżurni didżeje od oglądu rzeczywistości. A „pasy transmisyjne” w przeciwieństwie do ludzkiej psychiki się nie męczą. „Pasy transmisyjne” funkcjonują bez wytchnienia.


W ten sposób nawet kryzys i nieudolność rządu przejawiającą się w tysięcznych, mniejszych lub większych sprawach, można emocjonalnie, „pozamózgowo” przypisać... opozycji i katastrofie smoleńskiej, której przecież „wszyscy mają dosyć”. Przy czym, warto to dopowiedzieć, naturalny ludzki przesyt jakąkolwiek tematyką udało się przekuć już chyba na stałe w zapiekłą złość na „pisuarów”. Majstersztyk. Goździk – kielich - rąsia, towarzysze.


V. Wolni Polacy czy „polactwo”?


Kończąc pomału tę niewesołą diagnozę, wspomnę o jeszcze jednym aspekcie, który uświadomiła mi osoba od „rzygania Smoleńskiem”. Otóż, między „rzyganiem Smoleńskiem” a obrazowaniem swej heroicznej (bez żadnej ironii) walki o utrzymanie się na powierzchni w miarę normalnego życia, powiedziała coś w tym guście: „po to wybieramy polityków, by byli za nas odpowiedzialni”. Trudno w tym kontekście nie wspomnieć refleksji Ziemkiewicza, że „polactwo” cechuje mentalność pańszczyźnianego chłopa, który w warunkach demokracji głosuje po prostu na dziedzica folwarku, który to dziedzic ma następnie obowiązek zatroszczyć się o swych „folwarcznych”.


Po 10.04.2010 była szansa, by jakąś część ludzi myślących (?) w ten sposób wyrwać z mentalnych czworaków, tak by doszli choćby do punktu opisywanego przez Chłodnego Żółwia: że ta odpowiedzialność działa w obie strony i my, wyborcy, powinniśmy nieustannie pilnować naszych wybrańców niczym krówek na pastwisku, aby nie właziły w szkodę. Tak powinni postępować Wolni Polacy, by nie stoczyć się do poziomu „polactwa”. I do tego właśnie ci, którzy w najbliższą rocznicę będą odbierali swoje samogony i goździki, starają się za wszelką cenę nie dopuścić.


***


Kiedy Dziesiątego Kwietnia spotkamy się na różnych uroczystościach, pamiętajmy więc o tym, że choćby optycznie było nas wielu, to nie odzwierciedlamy społecznej normy. Normą są natomiast ci, którzy – użyję jeszcze raz tej upodlającej frazy – „rzygają Smoleńskiem”.


Gadający Grzyb


Podobna tematyka: http://niepoprawni.pl/blog/287/socjologia-obojga-narodow

wtorek, 29 marca 2011

Dziennikarstwo kontr-faktyczne po raz kolejny


Gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.



I. O blogerskich pożytkach z mediodajni.


Do pewnego momentu powielałem dość popularny w blogosferze błąd polegający na śledzeniu z zapartym tchem wrażych mediodajni i punktowaniu na pełnym oburzenia przydechu jaką tam nową podłość wymyślili, jaką manipulacją uraczyli poddawane praniu mózgów tubylcze bydełko, jakież to nowe diapazony skurwienia osiągnięto i tak dalej. Od czasu do czasu śpieszyłem podzielić się swymi spostrzeżeniami na blogu. Po pewnym czasie jednak oświeciło mnie, że jest to czynność, delikatnie mówiąc, mało twórcza i konstruktywna. Manipulacje są bowiem tak toporne, tak przejrzyste dla każdego średnio kumatego odbiorcy i ograniczają się do na tyle wąskiego repertuaru zagrywek, że jedynie funkcjonujący na naszym rynku ściśle reglamentowany oligopol opinii sprawia, że wiadome mediodajnie mogą w swej propagandowej działalności pochwalić się jako taką skutecznością.


No, chyba że już zupełnie nie ma się o czym pisać – wtedy pobieżny nawet przegląd mediów, zarówno tych pisanych i utwierdzających ćwierćinteligentów w przekonaniu że są elitą, jak i tych obrazkowych, nie skrywających, że swą ofertę adresują do gawiedzi, może dostarczyć blogerskiego samograja ku ukontentowaniu autora i czytelników.


Nie ukrywam, że ostatnio jakoś mi „wychłódło”, ale cóż – trzeba coś tam skrobnąć od czasu do czasu, by klawiatura nie zarosła kurzem a człowiek na starość nie skonstatował z przerażeniem, że nie wie jak wyrazić swój „bul” i „nadziejię”, sięgnąłem zatem po ostatnią blogerską deskę ratunku i odpaliłem WSI24. Nie minął kwadrans i już znalazłem swój temat, którym zaprzątnę uwagę tych straceńców, którzy zerkają na moje wypociny.


II. Dziennikarz kontr-faktyczny pochyla się nad człowieczym losem.


Niegdyś pozwoliłem sobie zdiagnozować obowiązujący model nadwiślańskiej żurnalistyki, jako „dziennikarstwo kontr-faktyczne”, czyli jako formę propagandy uprawianej obok faktów, a gdy trzeba – wbrew faktom. Spektrum technik obejmuje chwyty od ordynarnego kłamstwa począwszy a na dyskretnych przemilczeniach skończywszy. I na takie przemilczenia właśnie natknąłem się w materiale, który zaatakował moje zmysły. Oto mamy doniesienie „z terenu”, mające u telewidza wytworzyć wrażenie, że dana stacja, walterownia znaczy się, to nie tylko jak zarzucają moherowi nienawistnicy „warszawka” z przyległościami. Nie! Dana stacja, moi mili, nie waha się pochylić z troską nad losem zwykłego człowieka, wysłać dzielną ekipę na eksplorację interioru i przedstawić w efekcie problemy z którymi borykają się szarzy obywatele – z troską, zrozumieniem i empatią.


Materiał dotyczył blokady trasy K-11. Otóż zdesperowani mieszkańcy Ujścia wyszli na drogę, by domagać się budowy obiecywanej im od lat obwodnicy. Rozumiem ich ból, jako że jestem szczęśliwym mieszkańcem miejscowości od kilku lat cieszącej się obwodnicą zbudowaną na bazie gierkowskich (!!!) jeszcze planów i mogę porównać sytuację „sprzed” i „po”. Z sączącej się z offu narracji wynikało podobne uwrażliwienie walterowców, tym bardziej, że protestujący przynieśli transparenty z nazwiskami posłów z regionu, którzy obiecywali obwodnicę i nie dotrzymali słowa. Jedynym posłem, który pojawił się na miejscu i rozmawiał z ludźmi był ktoś z PSL-u. Zapewnił, że „zrobi wszystko”, by obwodnica wróciła do planów po 2013 roku...


III. Dyskretne przemilczenia.


Wrróć! I tu właśnie dotykamy sedna sprawy, owych dziadowskich „dyskretnych przemilczeń”, które odróżniają dziennikarstwo dworskie, kontr-faktyczne, od dziennikarstwa bezprzymiotnikowego. Czego bowiem nie dowiedzieliśmy się z „informacji”, a co widz wiedzieć powinien, by poznać pełen kontekst wydarzeń? Ano, nie dowiedzieliśmy się, że pod koniec ubiegłego roku resort infrastruktury nadzorowany przez szefa platformerskiej „spółdzielni”, Cezarego „Kolejarza” Grabarczyka, wykreślił z planów budowy ileś tam drogowych projektów, bo raz że nie ma kasy, a dwa – bo ich realizacja napotyka na jakieś „nieprzezwyciężone trudności”. W efekcie pozostawiono inwestycje mniej skomplikowane by premier Donald mógł wykazać się mimo wszystko odpowiednim „kilometrażem”, a te trudniejsze odłożono ad calendas graecas. Ofiarą owej picownej „polityki infrastrukturalnej” padły m.in. liczne obwodnice.


Jak napisałem, tego z materiału się nie dowiedzieliśmy, było za to o mieście zajeżdżonym przez kawalkady samochodów i bliżej niesprecyzowanych „politykach”, którzy oszukali „człowieka prostego”. Proszę jak pięknie. Jaśnie państwo z TVN-u pochyliło się nad ludzką krzywdą? Pochyliło. Politycy to świnie? Świnie, panie kochany, każdy to powie. Widz został poinformowany? A gówno, nie został i o to w tej zabawie chodzi. O stworzenie wrażenia informacji.


W całym kilkuminutowym doniesieniu ani razu nie pada nazwa Platformy Obywatelskiej, ani słowem nie zatrącono o Cezarego „Czarusia” Grabarczyka i jego planie budowy dróg przez kasowanie, o Umiłowanym Przywódcy Donaldzie Tusku nie wspominając. Jest za to bliżej niesprecyzowana, łajdacka „klasa polityczna”, która okłamuje wyborców. No to ja może doprecyzuję i powiem czyje nazwiska wypisano na transparencie: Adam Szejnfeld – PO, Jakub Rutnicki – PO, Stanisław Chmielewski – PO, Piotr Waśko – PO, Tomasz Górski – PiS, Maks Kraczkowski – PiS, Romuald Ajchler – SLD, Stanisław Stec – LiD (klub – SLD), Stanisław Kalemba – PSL (on jako jedyny przybył na protest), Mieczysław Augustyn (senator) – PO i Piotr Głowski (senator) – PO. Na 11 nazwisk 6 to politycy rządzącej Platformy (w tym taka szycha jak Szejnfeld) plus 1 z PSL-u. Ale, jak widać, o tym „nie trzeba głośno mówić”, a jak wiadomo gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.


IV. Standardy manipulacji.


Przepraszam, że truję o marginalnym w sumie zdarzeniu, ale obrazuje ono w modelowy sposób to, czego możemy ze strony wiodących mediodajni doświadczyć w kwestiach poważniejszych. Tak jak łódzkie zabójstwo ś.p. Marka Rosiaka dokonane przez byłego członka PO i byłego milicyjnego kapusia stało się nagle „zamachem na całą klasę polityczną” (bo ofiara była z PiS-u), tak za protest-blokadę trasy K-11 w Ujściu też nie wiedzieć czemu odpowiada cała „klasa polityczna” (bo winni tego stanu rzeczy są z rządzącej PO). Jednego nie można funkcjonariuszom walterowni odmówić – skrupulatnie czuwają nad standardami manipulacji tak w dużych sprawach jak i w małych.


Zapewne pamiętacie, jak świeżo po ogłoszeniu grabarczykowskich cięć niektóre media donosiły zdawkowo, że do Warszawy ruszają pielgrzymki samorządowców, by błagać aby „ich” inwestycji jednak nie blokowano. Jak łatwo się domyślić, jakieś tam szanse mieli ci, którzy dobrze żyli z partyjną „górą”. Warto, by jakiś dziennikarz prześledził efekty owych peregrynacji... no tak, jasne, już to widzę, rozmarzyłem się, przepraszam.


Nie wiem, czy jest to efekt niedawnej gospodarskiej wizyty premiera Donalda Tuska, kiedy to na antenie WSI24 pogawędził sobie łaskawie, jak człowiek, z kilkoma muzykami, czym każdy każdy władca od niepamiętnych czasów lubi pokokietować publikę, ale jeśli legendarna „wajcha” była kiedykolwiek wychylona nie w tę stronę co trzeba, to po emisji omówionego wyżej materiału nie mam wątpliwości, że powróciła do prawidłowego położenia.


No, widzę, że objętość tekstu podchodzi pod siedem tysięcy znaków, zatem będę kończył, bo jeszcze się zmęczę i dopadnie mnie „syndrom wypalenia”, a dla takich jak ja premier Tusk nie przewiduje dwuletnich wakacji.


Gadający Grzyb


ilustracja: http://www.zycie.pila.pl/duze-zdjecia/20110328-blokada-k11-w-ujsciu/protest-blokada-k11-ujscie-10.php

sobota, 5 marca 2011

Dubieniecki - parszywa owca


Parszywej owcy nie ma sensu bronić, szkoda prądu. Parszywą owcę separuje się od stada.



I. Szkoda prądu.


Pojawiło się ostatnio trochę blogerskich tekstów, których autorzy biorą w obronę Marcina Dubienieckiego. Rozumiem, postać ta znalazła się ostatnio „na rozdzielniku” wiodących reżimowych mediodajni, więc naturalnym odruchem każdego porządnego człowieka jest stanąć w obronie tego, komu rzucają się do gardła cyngle z „Wyborczej” czy hałastra z Tusk Vision Network / WSI24. Tyle, że akurat jeśli chodzi o pana Dubienieckiego, szkoda prądu, naprawdę.


Nieco modyfikując i rozszerzając swój krytyczny komentarz, który zamieściłem kilka dni temu pod tekstem Rosemanna „Marcin Dubieniecki, osoba prywatna”, powiem tak:


To „oczywista oczywistość”, że uderzenie wyprowadzone w Dubienieckiego jest tak naprawdę ciosem w Jarosława Kaczyńskiego. Nawet nie ma co się nad tym rozwodzić, każdy widzi. Równie „oczywistą oczywistością” jest, że przeróżni medialni Katoni, tudzież tuzy nadwiślańskiej palestry, którzy na użytek pana Dubienieckiego przypominają sobie o etyce i standardach, to śmiech na sali.


Tyle, że Dubieniecki dawał i daje wymarzone wręcz powody do ataków. Weźmy jego gardłowanie w kwestii odszkodowań dla ofiar katastrofy smoleńskiej, czego efektem było danie miejscowej „ludożerce” asumptu do roztrząsania pazerności Marty Kaczyńskiej, ponieważ gardłował jako jej pełnomocnik. Szkody wizerunkowe uderzyły oczywiście rykoszetem w Jarosława Kaczyńskiego i w PiS, podobnie jak publiczne, hucpiarskie dopominanie się o miejsca na listach wyborczych dla siebie i małżonki, co na opinii publicznej mogło wywrzeć wrażenie, że PiS to coś w rodzaju firmy rodzinnej, do której wystarczy się wżenić, aby mieć widoki na ciepłą posadkę. Trudno oszacować straty spowodowane tylko tymi dwoma wybrykami, a było przecież tego więcej.


Na szczęście Jarosław Kaczyński ma na Dubienieckiego alergię i wcale się mu nie dziwię. Obiektywnie rzecz biorąc, Dubieniecki szkodzi PiSowi - to gość o potencjale obciachu porównywalnym z obecną działalnością Migalskiego, jeśli nie gorzej. Zwyczajnie, nie wie kiedy się zamknąć. A media polują...


Osobiście uważam, że Dubieniecki to nadambitny cwaniaczek, z niepohamowanym parciem na szkło, który krzykliwie usiłuje podskoczyć wyżej własnych czterech liter. Sądzę, że temu bezideowemu karierowiczowi wszystko jedno czy wypłynie przy Ordynackiej, czy przy PiSie. I, niestety, nie jest osobą prywatną co czasem podnoszą jego obrońcy. W momencie, gdy z własnej woli opuścił sferę prywatności, dopominając się wrzaskliwie o możliwość robienia kariery politycznej, stał się postacią publiczną i od tej pory jego działalność podlega ocenie bez taryfy ulgowej.


Dodatkową obrzydliwością jest, że swoje ambicyjki usiłował realizować poprzez żonę, próbując uruchomić do tego celu w PiSie jakieś nepotyczne mechanizmy rodem z eseldowskich sitw z których wyszedł, ale które nie wyszły z niego. Niejednokrotnie stawiał przez to panią Martę Kaczyńską w bardzo niezręcznej sytuacji. O Marcie Kaczyńskiej dobrze świadczy, że stara się trzymać raczej na politycznym uboczu i pozbawiła M.D. pełnomocnictwa, zaś o Jarosławie Kaczyńskim to, że spuścił Dubienieckiego wraz z jego, przepraszam, gówniarskim tupeciarstwem po drucie. Przynajmniej tym razem nie zawiódł go instynkt w ocenie ludzi, co czasami zdarzało mu się w przeszłości (przykład „śpiocha” Janusza Kaczmarka).


II. Dlaczego teraz?


Interesujący jest jeszcze jeden aspekt sprawy: dlaczego postanowiono uderzyć w Jarosława Kaczyńskiego akurat teraz, na długo przed wyborami? Logiczne wydawałoby się wytoczenie tego typu armat w apogeum kampanii wyborczej, kiedy uwikłania męża bratanicy prezesa PiS miałyby maksymalną moc rażenia. Przecież teraz Kaczyński ma wystarczająco dużo czasu, by ostatecznie odciąć się od pętaka, który na nieszczęście stał się jego powinowatym, zaś „gorące” dziś oskarżenia za kilka miesięcy będą już tylko nieświeżym kotletem.


Istnieją według mnie następujące możliwości:


1) Postanowiono w ten sposób „zneutralizować” zbliżającą się rocznicę tragedii smoleńskiej i uniemożliwić odrodzenie się atmosfery Żałoby Narodowej, której wspomnienie wciąż powoduje ciarki na plecach szeroko rozumianego „Obozu III RP”.


2) Kolejny cel, to wytworzenie złej atmosfery wokół Marty Kaczyńskiej, jako silnego głosu wspierającego stryja. Rozwódka, która rzuciła męża dla szemranego kolesia o mentalności pasującej do prowincjonalnej mętowni charakterystycznej dla lokalnych struktur SLD z których zresztą się wywodzi – to nie wygląda dobrze. Dodajmy do tego rzucenie cienia na pamięć o Lechu Kaczyńskim ze względu na ułaskawienie przestępcy, którego łączyły z Dubienieckim biznesowe powiązania.


3) I wreszcie – być może sprawa Dubienieckiego jest na tyle „rozwojowa”, że tego paliwa starczy aż do wyborów i to co obserwujemy teraz jest zaledwie przygrywką, a właściwa bomba zostanie zdetonowana dopiero w kulminacyjnym momencie kampanii. Byłaby to najgorsza ewentualność.


***


Podsumowując, sądzę że Dubieniecki to szkodnik, który jeśli nikt nie wytłumaczy mu dobitnie, żeby wreszcie przestał marnować okazje aby siedzieć cicho, może swymi wyskokami odegrać bardzo negatywną rolę w kampanii wyborczej. Parszywej owcy nie ma sensu bronić – powtórzę jeszcze raz: szkoda prądu. Parszywą owcę separuje się od stada.


Dlatego piszę ten tekst teraz. Po to, bym nie musiał go pisać przed wyborami.


Gadający Grzyb

środa, 23 lutego 2011

Gruppenfűhrer KAT bezkarny?


Prokurator Generalny Andrzej Seremet wyłącza wątek przygotowania wizyty w Smoleńsku ze śledztwa Prokuratury Wojskowej.



I. Parasol nad KAT-em?


Nie śledziłem ostatnio zbyt uważnie mediów i blogosfery, zatem nawet nie wiem, czy ta informacja uzyskała oddźwięk na jaki zasługuje. Otóż, jak kilka dni temu doniosła „Rzeczpospolita”, ze śledztwa smoleńskiego prowadzonego przez prokuraturę wojskową zostanie wyłączony wątek dotyczący przygotowania prezydenckiego lotu rządowym Tupolewem 10.IV.2010 r. Decyzja wprawdzie jest na razie „nieformalna”, ale ponieważ dotyczy co najmniej zbrodniczych zaniedbań czołowych osób w państwie, można mieć pewność, że zostanie „klepnięta” przez super-hiper niezależnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta.


Każdy, kto czytał tekst „Gruppenfűhrer KAT” Łażącego Łazarza wie, że w ten sposób mogą uniknąć odpowiedzialności ci, którzy idąc ręka w rękę z reżimem Putina doprowadzili do rozbicia obchodów katyńskich na dwie części, zdeprecjonowania rangi wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego skutkującej chociażby demontażem „vipowskich” zabezpieczeń lotniska Siewiernyj i w konsekwencji – do katastrofy. Wymieńmy nazwiska tych przyjemniaczków zawarte w tytułowym akronimie: Komorowski, Arabski, Tusk. Ja dodałbym jeszcze Sikorskiego, który delegował do Rosji PRL-owskiego „nielegała” Tomasza Turowskiego na stanowisko kierownika wydziału politycznego Ambasady RP z zadaniem przygotowania wizyt Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego.


II. Sabotaż?


Wracając do sprawy wykluczenia jednego z podstawowych wątków, jakim jest kwestia organizacji wizyty Głowy Państwa. Prokurator Seremet twierdzi, że zgodnie z Kodeksem Postępowania Karnego prokuratura wojskowa może badać jedynie w wyjątkowych przypadkach przestępstwa popełnione przez osoby cywilne. Hm, nie kłócę się, pozwolę sobie jednak zadać kilka pytań:


1) Czy bezprecedensowa katastrofa lotu wojskowego nie jest „wyjątkowym przypadkiem”?


2) Jeżeli nawet szczegółowe przepisy KPK wykluczają możliwość prowadzenia śledztwa przez Prokuraturę Wojskową, to czy Prokurator Generalny dowiedział się o tym dopiero po 10 miesiącach od katastrofy? Czy pan Seremet nie zna podstawowego narzędzia swej pracy, jakim jest Kodeks Postępowania Karnego?


3) Czy i kiedy wątek przygotowania wizyty zostanie przekazany do rozpoznania prokuraturze cywilnej?


Krótko mówiąc, cała sprawa pachnie sabotowaniem śledztwa – wyodrębnienie wątku dopiero po dziesięciu miesiącach, na dodatek wyizolowanie z 60 tomów akt materiałów dotyczących przygotowania lotu musi potrwać (założę się, że potrwa), a zanim prokuratura cywilna rozezna się i wdroży... będzie po wyborach. Później natomiast możliwe są dwie opcje: albo sprawa będzie się ślimaczyła w nieskończoność (nasze organy ścigania mają w przewlekaniu tak „śliskich” postępowań dwudziestoletnią wprawę), albo przeciwnie – prokuratura uzna szybciutko, że wszystko było OK, nie stwierdzono żadnych uchybień, a jeżeli jakieś nawet były, to nieistotne w porównaniu z nieodpowiedzialnym zachowaniem Lecha Kaczyńskiego, który zdezorganizował plan lotu spóźniając się na samolot...


III. Reakcja na sprawę Turowskiego?


Proszę darować mi powyższą gorzką ironię, ale spodziewam się wszystkiego. Przede wszystkim jednak, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten nagły ruch Seremeta spowodowany został gęstniejącą atmosferą wokół sprawy Tomasza Turowskiego. Pytania o tego pana bowiem muszą paść nieuchronnie zarówno w kontekście przygotowania wizyty, jak i jego działalności już po katastrofie, kiedy to, jak można było usłyszeć w ostatnim programie „Warto Rozmawiać”, Turowski przez dwie godziny opóźniał wylot ze Smoleńska Jaka-40 z ówczesnym zastępcą szefa Kancelarii Prezydenta Jackiem Sasinem, akurat wtedy, gdy dobry znajomek pana Turowskiego, Bronisław Komorowski bezprawnie (tj. bez potwierdzonego oficjalnie zgonu Prezydenta) przejmował obowiązki głowy państwa.


Turowski, elitarny PRL-owski szpieg jako dobry znajomy Komorowskiego, Sikorskiego, na dodatek chwalący się, że za każdym razem gdy widzi się z Putinem, ten podchodzi do niego i serdecznie się wita – to nie wygląda dobrze, sugeruje bowiem, że agent „Orsom” pozostając de facto człowiekiem Moskwy, cieszył się również zaufaniem czołowych polityków obozu rządowego. W tym kontekście „znakomite kontakty” „nielegała” na Kremlu zaczynają nabierać nowego, upiornego znaczenia.


Można zatem przypuszczać, że Seremet rozpaczliwie próbuje odwlec w czasie serię przesłuchań platformerskich urzędników, bowiem interes kliki Donalda Tuska i Rosji jest tu wyjątkowo zgodny: odwrócić uwagę od sprawy przygotowania wizyty przez polski rząd rękami Turowskiego i odpowiednie służby rosyjskie i zrzucić winę na „naciski” oraz niewyszkolonych i brawurowych pilotów (z tą różnicą, że Tusk jeszcze by chciał, aby Rosja choć półgębkiem przyznała się do jakichś zaniedbań na „wieży” kontrolnej, Moskwa zaś tego nie uczyni, bo niby po co?).


Na zakończenie: w programie Pospieszalskiego Rafał Ziemkiewicz w charakterystyczny sposób przejęzyczył się mówiąc, iż Tomasz Turowski „przygotowywał katastrofę Smoleńską”. Hm, twardych dowodów wciąż nie ma, ale całokształt ujawnionych do tej pory poszlak sprawia, że muszę zrewidować swój początkowy sceptycyzm co do tezy o umyślnym zamachu, albowiem obraz rysuje się coraz bardziej ponuro.


Gadający Grzyb


P.S. Zwracam uwagę na wywiad „Naszego Dziennika” z Eugene’em Poteatem, byłym analitykiem CIA – jest tam mowa o ewentualnych motywach zamachu i technice zmylania samolotów przez celowe przesunięcia radiolatarni.



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 19 lutego 2011

„Odwilż” w mediodajniach


...czyli anatomia wajchy.



I. „Odwilż” jak przed laty.


Jak słusznie zauważył premier Donald Tusk, ktoś ostatnio wiodącym mediodajniom „przekręcił wajchę”, co w praktyce oznacza, że głównonurtowe dziennikarstwo z hardcore’owo kontr-faktycznego, stało się kontr-faktyczne w wersji soft.


Najpełniejszy przegląd tej korekty kursu daje tytuł pozostający w samym centrum reżimowej żurnalistyki, czyli niezawodna „Gazeta Wyborcza”, przez łamy której przetaczają się od jakiegoś czasu solenne rozważania czy Partię i Rząd można krytykować, jeżeli tak to za co, w jakiej skali, natężeniu i z jakich pozycji, by przypadkiem konstruktywna krytyka wypaczeń nie zamieniła się niepostrzeżenie w jałowe krytykanctwo mogące prowadzić do zanegowania generalnie słusznej linii, a wszak wiadomo, komu i czemu taka negacja mogłaby służyć.


Istne jaja. Czytam te intelektualne łamańce – a to listy do redakcji „młodych wykształconych” wypłakujących „Gazecie” w mankiet swoje miłosne zawody; a to Obłąkanego Waldemara Kuczyńskiego pryncypialnie wzywającego do autocenzury; to znów Witolda Gadomskiego, który nagle zorientował się, że z tym gospodarczym liberalizmem to u Platformy jednak nie bardzo; wreszcie - Wojciecha Mazowieckiego wzywającego Partię i Rząd do boju o zniechęconych wyborców... Tak na marginesie, Mazowiecki-junior już ponad rok temu przestrzegał przed nawrotem „wzmożenia moralnego” i dyscyplinował przy okazji afery hazardowej, co to jej nie było, wzburzonych kolegów po fachu, zaś Obłąkany Waldemar przy tej samej okazji wzywał do „detoksykacji CBA”, co też uczyniono. Słowem – zasłużeni utrwalacze i obrońcy III RP na odcinku zaklinania mediorzeczywistości, tacy zawsze słusznie prawią - dać im wódki! No, krótko mówiąc, czytam to wszystko, zagryzam chipsami i zapijam colą, niczym w jakimś multipleksie, a na ekranie psychodrama połączona z thrillerem politycznym i to w 3D.


***


Poważniejąc – to, że na łamach czołowej, opiniotwórczej gazety pragnącej uchodzić za wzorzec z Sevres rzetelności i tak przez większość środowiska odbieranej, w ogóle toczy się tego typu dyskurs - czy rządzącą partię można krytykować i jak ewentualnie to robić, by broń Boże nie pomóc w ten sposób niechcący „antysystemowej” opozycji - jest najlepszą miarą degrengolady naszego dziennikarstwa. „Wiodący Tytuł Prasowy” (© Brixen) przyznaje w ten sposób niemal wprost, że jest propagandową gadzinówką dla naiwnych, jednostronnie zaangażowaną politycznie, zaś wszelkie dyrdymały o bezstronności i obiektywizmie czytelnik może sobie wsadzić, bo nie czas na takie tam, gdy za węgłem wciąż czai się niedorżnięty wróg klasowy.


Zresztą, nihil novi sub sole – tego typu rozterki aktywu dziennikarskiego towarzyszyły bowiem również gomułkowskiej „odwilży” roku 1956, co miałem okazję niedawno sobie odświeżyć przy okazji lektury „Kapuściński non-fiction”, gdzie opisane zostało jak to w „Sztandarze Młodych” niedawny „pryszczaty” stalinista Rysio mógł wytykać poszczególne niedociągnięcia ale tak, by nie zanegować pryncypiów i nie ugodzić w podstawy, bo wprawdzie „odwilż” i „odnowa” to jedno, ale socjalizm jest kierunkiem bezalternatywnym, gdyż inaczej polityczni bankruci z Londynu powrócą ciemiężyć lud pracujący.


Najbardziej zaawansowani stażem przedstawiciele „Salonu” mogą jeszcze całkiem nieźle kojarzyć tamten klimat i swe bezcenne doświadczenia przekazywać kolejnym pokoleniom adeptów trudnej sztuki dziennikarstwa kontr-faktycznego, jak nie przymierzając Mazowiecki-senior swej jakże pojętnej latorośli.


II. Anatomia wajchy.


No dobrze, ale skąd wzięła się opisana wyżej „odwilż” powodująca, że co bardziej uważny konsument mediodajni jest w stanie od czasu do czasu wyłowić z serwowanej mu „zielonej pożywki” jakieś fragmenty prawdy? Za Gomułki było jasne: to Partia, tymczasowo i dla picu w ramach „odnowy” poluzowała śrubę, teraz jednak medialna krytyka, choć niemal równie cząstkowa jak wówczas, następuje wbrew woli Partii i Rządu. Co zburzyło tę słodką symbiozę, która jeszcze tak niedawno wydawała się niewzruszona niczym sojusz robotniczo-chłopski?


Oto kilka hipotez:


Po pierwsze. Do mediodajni zaczęła pomału docierać społeczna frustracja nieudolnymi rządami PO, szerząca się również wśród „betonowego” targetu / elektoratu „młodych wykształconych”. Trzeba było zatem nieco zmodyfikować śpiewkę, żeby nie rozjechać się zupełnie z odczuciami lemingów i nie stracić wpływu na masy. Może robiono jakieś badania, może do redakcji napływało coraz więcej sygnałów (telefonów, maili), może coraz trudniej było wyselekcjonować odpowiednie esemesy i osoby do wpuszczenia na antenę w „Szkle kontaktowym” i medialni bonzowie doszli do wniosku, że prócz walenia w PiS nie zaszkodzi się uwiarygodnić stonowaną krytyką rządu.


Po drugie. Donald Tusk, co zauważył Rafał Ziemkiewicz, jako grabarz Mumii Wolności nigdy nie cieszył się sympatią Salonu, który popierał go przede wszystkim ze sklerotycznego strachu przed Kaczorem. Teraz zaś otworzyła się przed Salonem alternatywa w postaci ośrodka prezydenckiego, reanimującego udeckie trupy (gra pod „Wyborczą”) i „liberałów” z PZPR (gra pod „Walterownię”), czyli LiD i kolejny „historyczny kompromis”. Można zatem Tuskowi pogrozić paluszkiem, dając do zrozumienia, że poparcie nie zostało mu dane bezwarunkowo i na zawsze – ale póki co ostrożnie, bo ten Kaczor ciągle mocny, choroba, trzeba z wyczuciem, żeby nie przesadzić jak z Millerem przy okazji Rywina...


Po trzecie. Tusk nieopatrznie pozbawił swe medialne zaplecze dwóch źródełek dochodów. Pierwsze, to reklamy polityczne, których zakaz przeforsował w roku wyborczym (!) - mediodajnie z pewnością liczyły na tę kasiorkę. Drugie źródełko natomiast znacząco podeschło na skutek obcięcia pieniędzy płynących do OFE, to zaś oznacza mniejsze budżety reklamowe. I to wszystko w czasie kryzysu. Doprawdy, Tusk musiał czuć się bardzo pewnie, albo stracił kontakt z rzeczywistością, albo chęć dorżnięcia watach zaćmiła mu umysł, albo finanse państwa bez przesunięcia pieniędzy z II filaru nie wytrzymałyby do wyborów, albo... W każdym razie niewykluczone, że stojące za OFE instytucje finansowe (i zblatowana z nimi rodzima oligarchia), które są jednymi z najpoważniejszych reklamodawców zawarły z mediami układ, by przypomnieć Donkowi skąd mu nogi wyrastają. Na dodatek jeden z funduszy wchodzi w skład biznesowego imperium Zygmunta „Polsat” Solorza.


***


No, chyba że przyjmiemy jeszcze jedną możliwość. Taką mianowicie, że przywołany na wstępie premier Tusk, wypowiadając słynną kwestię „- Kuhhwa, ktoś tam przekręcił wajchę”, nie palnął tego co palnął, ot tak sobie, tylko rzeczywiście wiedział co mówi. Czyli, że faktycznie istnieje jakiś ośrodek niezależny od rządu, jakaś grupa interesu (aż chciałby się napisać - „grupa trzymająca władzę”) na tyle potężna i wpływowa, że mogąca z dnia na dzień zmienić kierunek i cel „wbijania milionów gwoździ w miliony desek”, jak onegdaj ujął spiżową frazą zadania Radiokomitetu tow. Maciej Szczepański. I ta grupa postanowiła dać zadufanemu premierzynie pstryczka w nos, lub zgoła postawić na kogoś innego.


Ale to byłoby bredzenie sfrustrowanego oszołoma, rodem z pisowskiej jaskini, opętanego demonami kaczyzmu-macierewizmu.


Nieprawdaż?


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 8 lutego 2011

Hodowla agentury wpływu II


Naukowy przyczółek partii Gazpromu w Polsce inauguruje działalność.



I. Werbunek rozpoczęty!


Jak donosi piórem Artura Bazaka portal wPolityce.pl, na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczęła się pierwsza tura naboru na przyszłych rosyjskich agentów wpływu, mających docelowo funkcjonować w charakterze ekspertów w polskiej branży surowcowo - energetycznej.


Chodzi, rzecz jasna, o umowę stypendialną dla doktorantów zawartą w maju 2010 roku między UW a przedsiębiorstwami Gazprom Export i Europol Gaz. Z tej okazji uczelnię odwiedził wówczas nie byle kto, bo sam wice-szef Gazpromu i zarazem przewodniczący Rady Nadzorczej Europol Gazu, Aleksander Miedwiediew. Program stypendialny przewiduje „finansowanie badań naukowych dotyczących zagadnień stosunków międzynarodowych, w szczególności współpracy polsko-rosyjskiej w dziedzinie biznesu, zarządzania, ochrony środowiska i gospodarki energetycznej itp.” (§ 1 p.3 Regulaminu) Łączna kwota wyłożona na projekt wynosi 432 tys. złotych. W każdej edycji wyłanianych będzie dwóch stypendystów (w ostatniej – trzech), którzy przez okres dwóch lat będą otrzymywali miesięcznie 2.000 zł (zwolnionych od podatku dochodowego). Jak łatwo wyliczyć, na stypendium załapie się łącznie 9 doktorantów w czterech edycjach.


Umowa została podpisana mimo studenckich protestów 19.05.2010, czyli w apogeum manii „ocieplenia” i „pojednania” po smoleńskiej tragedii, kiedy to rozanielone autorytety wzywały do palenia świeczek krasnoarmijcom. Najwyraźniej, wyczuwszy wiatr historii tudzież „mądrość etapu”, władze UW przypomniały sobie skąd wyrastają im nogi i postanowiły spłacić dług wdzięczności wobec ojczyzny fundatora – cara Aleksandra I.


II. Czekistowskie neo-RWPG.


W swej notce „Hodowla agentury wpływu” opublikowanej po podpisaniu majowej umowy, opisywałem zagrożenia związane ze stypendialnym kontraktem. Teraz, przy okazji rozpoczęcia procedury werbunkowej, wypada je choćby skrótowo powtórzyć.


Po pierwsze. Gazprom jest podstawowym narzędziem neoimperialnej polityki Kremla, zmierzającej do odzyskania politycznych wpływów w obszarze postsowieckim m.in. poprzez uzależnienie krajów regionu od dostaw rosyjskich surowców.


Po drugie. W rosyjskiej strategii surowce są wprost określone jako narzędzie polityki zagranicznej Kremla. Co więcej, Władimir Putin w 1997 roku obronił doktorat (najprawdopodobniej zresztą splagiatowany), w którym opisywał koncepcję wzmocnienia strategicznej roli Rosji dzięki zasobom ropy i gazu.


Po trzecie. Na całym świecie normą jest współpraca między placówkami naukowymi a biznesem – z korzyścią dla obu stron, tyle że Gazprom to nie jest normalna firma. To przedsiębiorstwo pozostające pod całkowitą kontrolą ludzi z sowieckich i post-sowieckich specsłużb. Część analityków twierdzi wręcz, że to nie Rosja ma Gazprom i służby, tylko służby i Gazprom mają Rosję. Czy władze UW tego nie wiedzą?


Po czwarte. Mając na uwadze powyższe, zasadne jest domniemanie, że w ten sposób, niewielkim w sumie kosztem (48 tys. zł na jednego stypendystę) Rosja hoduje sobie grono przyjaznych ekspertów z młodej, nie obciążonej PRL-owskimi uwikłaniami generacji. Kreml, jeśli ma w tym interes, potrafi odpłacić wdzięcznością za wdzięczność. Jak napisał Artur Bazak, pozostaje nam uważne śledzenie dalszych karier beneficjentów gazpromowskiej inwestycji w polsko-rosyjską współpracę naukową. Naiwnością bowiem byłoby sądzić, że towarzysze czekiści nie podejmą wszelkich możliwych starań, by zasilić świeżą krwią i mózgami partię Gazpromu w Polsce.


Po piąte. Kiedy za jakiś czas młody dynamiczny specjalista będzie udowadniał ze swadą nieopłacalność gazoportu, kiedy któryś z polityków powoła się na naukowe analizy dowodzące ekonomicznej niezasadności, bądź ekologicznych zagrożeń związanych z wydobyciem gazu łupkowego, wówczas pierwszym pytaniem powinno być, czy jajogłowy stojący za taką analizą nie był aby szczęśliwym stypendystą, działającym obecnie na odcinku surowcowo-energetycznego neo-RWPG.


***


Jeszcze ciekawy szczegół: otóż całą tę imprezę finansuje w połowie Europol Gaz - przedsiębiorstwo zawiadujące polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego, którego 50% udziałów należy do polskiej, państwowej firmy PGNiG. Czyli, wychodzi na to, że przynajmniej częściowo szkolimy rosyjskich agentów za własne pieniądze. Słów brakuje.


III. Pecunia non olet.


Warto nadmienić, że Uniwersytet Jagielloński też otrzymał od Gazpromu podobną propozycję, którą jednak odrzucił. Odmówił przyłożenia ręki do budowy neo-RWPG. Uniwersytet Warszawski takich obiekcji nie miał. Pecunia non olet. Pytanie, czy za przyjęciem stypendialnej oferty Gazpromu stały tylko pieniądze i chęć wpisania się w lansowany przez reżimowo-opiniotwórcze elity klimat polsko-rosyjskiego „pojednania”, czy coś więcej. Pamiętajmy, że środowisko akademickie nie przeszło nawet szczątkowej lustracji, a na każdą wzmiankę o takiej możliwości reaguje histerią dalece wykraczającą poza względy ochrony autonomii uczelni, czy polityczne antypatie.


Zakończę tak, jak zakończyłem notkę z maja ubiegłego roku. „Tuszę, iż listę przyszłych stypendystów z Gazpromowej łaski Uniwersytet Warszawski zamieści na swojej stronie internetowej.


W końcu – czegóż tu się wstydzić?


Nieprawdaż?”


Gadający Grzyb


P.S. Odcinek „Trzeciego punktu widzenia”, gdzie m.in. poruszony został problem gazpromowskich stypendiów: http://www.tvp.pl/kultura/magazyny-kulturalne/trzeci-punkt-widzenia/wideo/06062010/1807214



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl