Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tvn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tvn. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2018

Mosbacher – go home!

Dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego.

I. Dziewucha z Indiany

Ha, kiedy kilka miesięcy temu media podały, że Donald Trump przysyła nam tu swoją protegowaną Georgette Mosbacher w roli ambasadora, napisałem w „Pod-Grzybkach”, że to krok dyscyplinujący (wówczas w kontekście awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN), a sama Mosbacherowa wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” i jeśli zacznie intrygować tutaj niczym Alexis, to marny nasz los. Mówiąc Michalkiewiczem - „proroctwa mnie wspierały”, co zresztą nie jest szczególnym osiągnięciem, bo wystarczyło się choćby pobieżnie zapoznać z jej biografią, a zwłaszcza zobaczyć kilka zdjęć, by zorientować się co to za ziółko. Urodziła się w 1947 r. jako Georgette Paulsin w Highland w stanie Indiana – klasycznej, amerykańskiej dziurze pośrodku niczego. Dzisiaj Highland liczy sobie nieco ponad 23 tys. mieszkańców, więc można sobie wyobrazić, jakim, z przeproszeniem, zadupiem musiało być w latach dzieciństwa naszej Żorżetki. Jak podaje Wiki, ojciec małej Paulsin zginął w wypadku samochodowym, matka musiała więc pójść do pracy, a przyszła ambasador w wieku 7 lat opiekowała się młodszym rodzeństwem. O ile nie jest to legenda o „trudnym dzieciństwie” spreparowana na potrzeby wizerunkowe w stylu „od pucybuta do milionera”, to można założyć, że w domu się nie przelewało. Nic więc dziwnego, że młoda, ambitna pannica poprzysięgła sobie, że za wszelką cenę wyrwie się z tej pipidówy i nigdy więcej tam nie wróci. Świadczy o tym cała jej kariera, wraz z kolejnymi, starannie dobieranymi mężami: biznesmenami Robertem Muirem, George’em Barriem i wreszcie Robertem Mosbacherem (prezesem Mosbacher Energy i sekretarzem handlu u George'a Busha seniora), po którym (rozwód w 1998) zostawiła sobie obecne nazwisko.

Przy tym wszystkim jednak, mimo zdobycia wykształcenia na stanowym uniwersytecie i przebojowego przedarcia się do amerykańskiego establishmentu biznesowo-politycznego, pozostała tym, kim była: prostą dziewuchą z Indiany z gustem rozkojarzonej sroki, rozmiłowaną w blichtrze rodem z rozgrywających się w „wyższych sferach” telenowel, nade wszystko zaś – nadrabiającą rozmaite deficyty tupetem, bezczelnością i życiowym cwaniactwem. Owocem tego jest dzisiejsze oblicze naszej słodkiej Żorżetki – wybotoksowanej dzidzi-piernik, od której na kilometr jedzie nowobogacką, parweniuszowską tandetą.


II. Nasza słodka Żorżetka

Z takim to dobrodziejstwem inwentarza objawiła się nam nowa pani ambasador, skierowana tutaj za zasługi (czyli za sprawne zbieranie kasy na kampanię Trumpa). Trzeba bowiem wiedzieć, że tego typu stanowiska w USA dzielą się na dwie kategorie: jedne (zwłaszcza w trudnych, zapalnych punktach świata) obsadzane są przez profesjonalnych dyplomatów, a prócz tego jest pula placówek na które wysyła się „zaprzyjaźnionych biznesmenów”, którzy chcą mieć w CV nobilitującą pozycję „dyplomata”. Z reguły dotyczy to najhojniejszych darczyńców danej partii – czyli, mówiąc wprost, fotel ambasadora można sobie kupić. Nietrudno się domyślić, z jakiego rozdzielnika przysłano do Polski naszą słodką Żorżetkę.

A Żorżetka, jak to Żorżetka – zero doświadczenia w dyplomacji i, co równie ważne, zero wiedzy o Polsce. Po kilku miesiącach widać wyraźnie, że przed objęciem funkcji w najbardziej przyjaznym wobec USA kraju Europy nie tylko nie odrobiła pracy domowej, ale też nie ma zamiaru czegokolwiek się uczyć już tu, na miejscu. Najprawdopodobniej uznała, że przysłano ją do klasycznego bantustanu i braki kompetencyjne (oraz, co tu ukrywać, intelektualne), zamaskuje tym, co wywindowało ją na szczyty w Ameryce – arogancją i wyszczekaniem, okraszonymi zdawkowymi komplementami. Jej chyba naprawdę się wydaje, że szczytem polskich aspiracji jest zniesienie wiz (czym nie omieszkała zaszantażować posłów z polsko-amerykańskiej grupy parlamentarnej podczas słynnego spotkania w Sejmie), a Lech „Waleza” pozostaje niekwestionowaną ikoną „walki o niepodległość”. Oferta jaką nam przedstawia jest prosta: jak będziecie posłuszni, to może zniesiemy wizy dla tych waszych wschodnioeuropejskich Hotentotów. Innymi słowy, weszła w rolę nie tyle ambasadora, co namiestnika – albo wysłannika centrali mającego podnieść efektywność zamorskiej filii globalnego koncernu. I tak też sobie poczyna – sztorcując i dyscyplinując na wszelkie możliwe sposoby polskich „podwładnych”. Jej poprzednicy wprawdzie również sobie na to pozwalali – chociażby Paul W. Jones, który zagroził pogorszeniem stosunków, jeśli dopuścimy Chińczyków do budowy kanału Odra-Wisła – lecz stały za tym przynajmniej jakieś względy geopolityczne, natomiast Mosbacherowa poczuła się nie tyle wysłanniczką amerykańskiego państwa, ile reprezentantką partykularnych interesów tamtejszego biznesu.

Jak wiemy, zaczęła od tego, że w swoim niepowtarzalnym stylu jęła wzywać na dywanik urzędników pracujących nad zmianami podatku CIT, żądając by wprowadzili zapisy uprzywilejowujące amerykańskie firmy, co już stanowiło skandal sam w sobie. Jednak jej oczkiem w głowie stała się stacja TVN należąca do koncernu Discovery Communications, z którego szefem, Davidem Zaslavem, jest od lat zaprzyjaźniona. Podczas sejmowego spotkania, przypominającego instruktaż dla podkomendnych, twardo oznajmiła, że Kongres „nie będzie tolerował” zamachu na „wolność słowa”, ponadto zażyczyła sobie stałego wglądu w interesujące ją projekty legislacyjne, by „wiedzieć nad czym pracujemy”. Przywołała przy tej okazji sprawę art. 55a Ustawy o IPN, który określiła mianem „holocaust law”. Kontekst był ewidentny – mamy „konsultować” nasze projekty z panią ambasador i przedstawiać je do wstępnego zatwierdzenia, inaczej będzie niedobrze.

Jeszcze nie przebrzmiały echa tego skandalu, kiedy wybuchł następny – oto nasza Żorżetka ze swym charakterystycznym wdziękiem wysłała utrzymany w ultymatywnym tonie list do premiera Morawieckiego, w którym obcesowo pouczyła polski rząd co wolno, a czego nie wolno mówić o stacji TVN i jej dziennikarzach, grożąc, iż Stany Zjednoczone „nie będą tolerowały” krytycznych uwag oraz podważania rzetelności TVN-u. W przeciwnym wypadku pani Żorżetka się pogniewa, tupnie nóżką i nie załatwi nam zniesienia wiz.


III. Śmierć frajerom!

Postępowanie Georgette Mosbacher jest oczywiście niedopuszczalne i nie mieści się w żadnych standardach – nie tylko dyplomatycznych, lecz nawet elementarnego dobrego wychowania. Daje się tu wyczuć ten typowy rys bezwzględnego chama, który wyszarpał od życia swoją obecną pozycję – a że się sprawdziło, więc będzie postępował tak nadal, przynajmniej dopóki nie trafi na kogoś silniejszego, wobec kogo opłaca się być miłym. Problem w tym, że sami, niestety, daliśmy powody, by nas tak traktować. Opuszczając Waszyngton Mosbacher musiała usłyszeć, że Polacy, jeśli ich tylko przycisnąć, godzą się na wszystko. Może trochę pokrzyczą, ale gdy przychodzi co do czego (np. gdy postraszy się ich „pogorszeniem relacji” i „narażeniem na szwank strategicznego sojuszu”), to pokornieją i robią czego się od nich zażąda. O sprawie chińskiej inwestycji w kanał Odra-Wisła już wspominałem. Ale przecież w tym roku, jeszcze przed przybyciem Żorżetki, pod naciskiem amerykańskiej ambasady cofnęliśmy karę dla TVN-u nałożoną za skandaliczne relacjonowanie „ciamajdanu”, a przede wszystkim – w podskokach wycofaliśmy się z nowelizacji ustawy o IPN. Takie rzeczy nie pozostają bez konsekwencji, a Mosbacherowa wyciągnęła z tego oczywiste wnioski – że będzie miała do czynienia z mięczakami i trzeba nas tylko nieco przydusić. Idealnie wpasowuje się to zresztą w jej charakter i życiową dewizę, którą można streścić jako „śmierć frajerom!”.

Pisałem to już tyle razy, że aż głupio powtarzać, ale cóż... Brak dywersyfikacji naszej polityki, stawianie wszystko na jedną kartę, zwyczajnie musiało skończyć się tym, że „strategiczny sojusz” stał się synonimem wasalizacji i uczynienia nas protektoratem – a to, pod czyją kuratelą w danej chwili się znajdujemy, zależy wyłącznie od bieżącego układu sił, w najmniejszym zaś stopniu od nas samych. Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych – a tym bardziej dla głupców. Co więcej, za ten podległy status przychodzi nam płacić coraz wyższą cenę – w przypadku relacji z USA jest to opłata „za ochronę”, co jako żywo coraz bardziej przypomina stary, poczciwy rekiet. Obcesowość Mosbacher jedynie tę zależność uwidoczniła z całą wyrazistością, odarła z pozorów „partnerstwa”.

Ale i Amerykanie mogą się na takim traktowaniu przejechać – dotąd byli bowiem silni nad Wisłą mocą społecznych sympatii, będących ewenementem na europejską skalę. To może wkrótce się skończyć. Dlatego dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego. Warto również przesłać Trumpowi kolaż z przetłumaczonymi na angielski co lepszymi „kawałkami” TVN-u na jego temat – może amerykański prezydent, który słynie z braku cierpliwości do „fake-mediów” uświadomi sobie, kogo broni jego faworyta. Krótko mówiąc – Mosbacher go home!

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

Pod-Grzybki 143

Polska potęgą kosmiczną! Na poligonie w Drawsku przeprowadzono właśnie z powodzeniem testy polskiej rakiety suborbitalnej o nazwie – to nie żart – BIGOS-4. Duma naszej technologii wzbiła się na wysokość 15 km, osiągając maksymalną prędkość 2 machów – czyli doganiamy osiągnięcia Wernhera von Brauna i jego V1 oraz V2. Teraz czekamy na kolejne konstrukcje: ŻUREK, FLAKI, no i ma się rozumieć – PIEROGI. A wizytę panu Twardowskiemu na Księżycu złożymy przylatując statkiem kosmicznym SCHABOWY-10,99.


*

Doniesienia z show businessu. Konkurs Eurowizji Junior wygrała 13-letnia polska faszystka Roksana Węgiel z Jasła. Dlaczego faszystka? Sama się zdemaskowała - po zwycięstwie podziękowała „Polsce, rodzinie i Bogu” (co skrzętnie ominął w swej relacji portal „Wyborczej”). Aż dziwne, że postępowy świat nie dochował rewolucyjnej czujności i nie zrobił jej „no pasaran”. No i jeszcze to nieekologiczne nazwisko... O dziwo, żaden lewak nie zaprotestował - a mogli przecież ją pozwać o wywoływanie smogu i efektu cieplarnianego.


*

Wiadomości handlowe. Media doniosły, że do sklepów „znanej sieci handlowej” w pudłach z bananami trafił bonus w postaci paczek kokainy – łącznie ponad 170 kilogramów. I to jest dopiero, proszę Państwa, „black friday”!


*

Dziennikarze „Superwizjera” TVN, którzy wsławili się „wykryciem” neonazistów w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim dostali nagrodę im. Woyciechowskiego - w wysokości 50 tys. zł. No to trzeba przyznać, że 20 tys. wyłożone na ten żenujący remake „Allo Allo” zwróciło się z ponad dwukrotnym przebiciem. A swoją drogą – za taką kasę sam bym się przebrał za herr Flicka z Gestapo i hailował do białego rana.


*

Z gospodarki. Niemcy otwierają się na pracowników z Ukrainy. Dziwne, przecież niedawno ściągnęli sobie jakieś 2 mln. „inżynierów i lekarzy”. Cóż, „inżynierowie” mają swoje wymagania, więc teraz z kolei trzeba sprowadzić drugie tyle Ukraińców, żeby było komu tyrać na socjal dla nich – oto niemiecka zaradność!


*

Znany z bezkompromisowości dziennikarz Witold Gadowski, któremu Ringier Axel Springer wytoczył proces, wygłosił przed budynkiem sądu ostrzeżenie pod adresem rządu PiS, w kontekście m.in. braku repolonizacji mediów: „Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica”. Taka myślozbrodnia nie mogła ujść płazem, toteż reżimowa TVP Kurskiego na swoim portalu potraktowała Gadowskiego w iście goebbelsowskim stylu, nazywając go „byłym dziennikarzem TVN” i pisząc o „groźbach Gadowskiego” - generalnie, wydźwięk materiału miał zrobić z niego podejrzanego awanturnika. Powiem tak: Gadowskiego szanuję - w odróżnieniu od niegdysiejszych „hipsterów prawicy”, „partyzantów wolnego słowa”, tudzież innych „niepokornych” dziennikarzy, którym, gdy tylko poczuli kasę z rządowych reklam oraz synekur w państwowej telewizji, nagle zmiękły kręgosłupy i zamienili się w topornych, partyjnych propagandzistów.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

niedziela, 2 grudnia 2018

Repolonizacji mediów nie będzie

Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica” - Witold Gadowski.

I. Mosbacher locuta, causa finita

Chyba można już ogłosić to oficjalnie: repolonizacji mediów nie będzie. Ani w tej, ani w następnej kadencji. Zabroniła tego ambasador USA Georgette Mosbacher podczas spotkania z posłami w polskim Sejmie. Ujawniona przez Agencję Informacyjną Polska Press wypowiedź pani ambasador była jednoznaczna i dobitna: „Powinniście mieć świadomość, że jedna rzecz, co do której Kongres amerykański się zgadza zarówno demokraci, jak i republikanie, to jest wolność prasy. I nie mogę tego mocniej wyrazić (...)”. Nieco później kontynuowała: „Jesteśmy przyzwyczajeni w USA, że prasa jest brutalna, (...) ale nie ingerujemy. (…) Dlatego jeśli chodzi o wolność prasy, to z niczym Państwu nie pomogę. Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”. Tak więc, Roma locuta, causa finita.

Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż Mosbacher zażądała ni mniej, ni więcej, tylko stałego wglądu do projektów legislacyjnych, powołując się na niedawny casus nowelizacji ustawy o IPN penalizującej przypisywanie Polakom niemieckich, nazistowskich zbrodni. Nowelizację tę określiła zresztą wdzięcznym mianem „holocaust law”: „Gdybyśmy współpracowali ściślej, bardziej na bieżąco, to w przypadku takich ustaw, jak »Holocaust law« i skonsultowali to odpowiednio wcześniej, to moglibyśmy wyrazić nasze stanowisko odpowiednio wcześniej”. I wreszcie clou: „Byłabym wdzięczna, gdybym mogła być na bieżąco informowana, gdybym wiedziała zawczasu, gdybyśmy wiedzieli, nad czym pracujemy. By mieć pewność, ze zmiany legislacyjne są korzystne dla obu naszych krajów”.


II. Sojusznik, czy wasal?

No i wszystko jasne. Pani ambasador „zaprzyjaźnionego mocarstwa” wyraźnie określiła, jak ma wyglądać nasz „sojusz”: Waszyngton mówi, my słuchamy. Natomiast rola dyplomatów USA ma sprowadzać się do trzymania nas w ryzach, byśmy przypadkiem jakimiś niewczesnymi wyskokami nie narazili na szwank „dobrych stosunków”. W przytoczonych cytatach mamy całą paletę dyscyplinujących chwytów: wyższościowy, paternalistyczny ton („polskich Irokezów” trzeba nauczyć szacunku dla wolnej prasy); szantażowanie pogorszeniem relacji („Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”) i postawienie warunków jaskrawo ingerujących w naszą suwerenność – czyli stanowienie prawa. Jednym słowem – dyktat. Wyobrażam sobie, że w XVIII wieku takim tonem mógł do polskich posłów przemawiać Nikołaj Repnin, albo za komuny kolejni nadzorcy przysyłani tu przez moskiewskich genseków. W nowszych czasach, być może PO pozwalała sobie na podobne połajanki ze strony wysłanników Angeli Merkel. Teraz widać, że zamiana Moskwy i Berlina na Waszyngton nie przyniosła jakościowej odmiany w naszych sojuszach i ogólnym położeniu – kto inny jedynie trzyma bat i lejce.

Ach, zapomniałbym. Na osłodę pani ambasador pokazała nam tradycyjny cukierek, czyli zniesienie wiz, zapewniając o swym zaangażowaniu. Oczywiście, żadnego zniesienia wiz dla Polaków nie będzie. To zbyt wygodne narzędzie nacisku – błyskotka, którą można nas wabić i szantażować na przemian. Po co USA miałyby się jej pozbywać?

Wystąpienie Georgette Mosbacher jako żywo przypomina niesławną tyradę izraelskiej ambasador Anny Azari po uchwaleniu art.55a ustawy o IPN. Wtedy, przypomnę, ta bezczelna litwaczka nie została wydalona w Polski w ciągu 24 godzin jako persona non grata – zamiast tego wdaliśmy się w upokarzający spektakl konsultacyjno-negocjacyjny, zakończony naszą sromotną rejteradą. Czy zatem może dziwić, że skoro na tak obcesowe zachowania pozwala sobie „sojusznik naszego sojusznika”, to jeszcze mniej skrupułów mają przedstawiciele samego „Wielkiego Brata”? Dobrze jednak, że przynajmniej pozbyliśmy się złudzeń: nie jesteśmy z perspektywy USA żadnym „sojusznikiem” (choć grzecznościowo tak się nas nazywa). Sojusz zakłada bowiem jakieś minimum partnerskich relacji. Jesteśmy protektoratem, wasalem, satelickim państewkiem, któremu amerykański hegemon przekazuje polecenia „do wykonu”. Tak kończy się uprawianie „bezalternatywnej”, jednowektorowej polityki zagranicznej. Ileż to razy słyszeliśmy, również z ust samego nieformalnego Naczelnika państwa, że dla członkostwa w Unii, sojuszu z USA czy obecnej polityki wschodniej „nie ma alternatywy”? Takim postępowaniem sami wpędzamy się w ślepą uliczkę, sytuację bez wyjścia, podajemy się do skonsumowania na srebrnej tacy – i właśnie zbieramy tego efekty. Powtórzę to, co pisałem już wielokrotnie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych. Dla frajerów tym bardziej.

Swoją drogą, czy wyobrażają sobie Państwo, że polski ambasador w Waszyngtonie próbuje strofować członków Kongresu, grożąc, że nasze wzajemne stosunki ucierpią, jeśli zostanie przyjęta np. „ustawa 447”? Jeżeli nawet pozwoliłby sobie na podobny krok, to w ciągu kilku dni pożegnałby się ze stanowiskiem. I na dobrą sprawę, protegowana Trumpa, która dostała dyplomatyczną posadę w nagrodę za sprawne zbieranie kasy na kampanię, również powinna w ekspresowym tempie wylecieć z Warszawy.


III. Efekt Mosbacherowej

Wracając do repolonizacji – Georgette Mosbacher otwartym tekstem przyznała, że do dyplomacji trafiła z biznesu i jednym z jej priorytetów jest ochrona interesów amerykańskich firm. A tak się składa, że TVN należy do amerykańskiego potentata Discovery. Mamy zatem przykład „dyplomacji gospodarczej” w działaniu. Dziwnym trafem, wkrótce po ujawnieniu treści spotkania pani ambasador z polskimi podwładnymi (bo tak to wyglądało), Prokuratura Krajowa poinformowała o odstąpieniu od przesłuchania operatora TVN Piotra Wacowskiego, hailującego na pamiętnych „urodzinach Hitlera” w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim. Jeszcze chwilę wcześniej temu samemu operatorowi stosowne wezwanie wręczali funkcjonariusze ABW – a tu taka zmiana. Efekt Mosbacherowej? W każdym razie, wiadomo już, że TVN-owi nie stanie się krzywda i może pozwolić sobie na wszystko – parasol pani ambasador został rozpostarty. Podobnie, siłą rzeczy, będzie z polskojęzycznymi mediami niemieckimi, toteż należy się spodziewać z ich strony jeszcze większego tupetu, buty i arogancji. Dziś Ringier Axel Springer nęka za mówienie prawdy procesami „Warszawską Gazetę” i dziennikarza Witolda Gadowskiego (inne tytuły, które swojego czasu pisały to samo, pokornie przeprosiły i zamilkły). Jutro niemieccy specjaliści od sądowego kneblowania mogą wziąć na celownik następne ofiary – przy kompletnej bierności polskiego rządu.

W tym kontekście rozbrajająco naiwnie brzmią nieśmiałe protesty posłanek PiS Małgorzaty Wypych i Joanny Lichockiej, które na spotkaniu próbowały przekonać amerykańską ambasador, że problem polega na dominacji obcego kapitału, a wolność mediów jest obecnie o wiele szersza, niż za PO. Nic z tego – Mosbacher przyszła z wyrobioną i ugruntowaną opinią (ciekawe, z kim się konsultowała?). Trzeba było naświetlać sprawę wcześniej, tłumacząc chociażby, że niemieckie media realizują politykę Berlina sprzeczną również z interesami USA, a nade wszystko – nie ociągać się z repolonizacją. Tymczasem PiS po gromkich zapowiedziach, zaczął traktować „dekoncentrację” mediów niczym gorący kartofel – bo nagle okazało się, że może to stanowić kolejne pole konfliktu z Brukselą, a ponadto obce koncerny zaczęły grozić pozwami przed międzynarodowym arbitrażem na podstawie podpisanych przez Polskę umów o ochronie inwestycji (BIT). Efekt tradycyjny – po retorycznych szarżach, wstydliwa ucieczka i odkładanie sprawy na „święty nigdy”. Przykładowo, słyszeliśmy, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego pracuje nad różnymi wariantami ustawy dekoncentracyjnej. Co się okazało? W odpowiedzi na poselską interpelację resort kultury oznajmił, że żadnych projektów ustaw nie ma – przygotowano jedynie dwie analizy i na tym zakończono sprawę.

Cóż, PiS-owi na koniec dedykuję jako memento słowa Witolda Gadowskiego po niedoszłej rozprawie z Ringier Axel Springer: „Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Ech, ta repolonizacja...

Dekoncentracja – kolejne podejście?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (30.11-06.12.2018)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Pod-Grzybki 123

Uwaga! Achtung! „Allo, allo”! W Polsce pleni się nazizm! Konkretnie, rozplenił się na ok. sześć sztuk psycho-fanów serialu „Allo, allo”, którzy dali się nagrać podczas świętowania urodzin Hitlera w jakimś lesie. Między nich wmieszał się reporter przebrany za francuskiego żandarma. Przedstawił się grzecznie: „dziń dybry, tu TVN”, a ci poczęstowali go torcikiem przyozdobionym hakenkrojcem z wunderwaffelków. Było sympatycznie i swojsko, pojawił się nawet herr Flick z Gestapo i porucznik Gruber w swoim małym czołgu, Helga tańczyła na stole kankana... i wszystko byłoby super, gdyby nie ten wredny, francuski ruch oporu.


*

Tymczasem ja zaproponowałbym inny powód do imprezowania. Otóż, jak wieść niesie, nasze nowe wcielenie Pana Samochodzika, czyli Magdalena Ogórek, odzyskała kolejne dzieło sztuki. Oto jej relacja: „leczyłam smętnie kaca w »Café René«, gdy między kawą a rogalikami mój wzrok przykuł nietypowy wzór obrusu. Zamarłam, a po chwili wydałam z siebie ciche westchnienie. Jadłam śniadanie na oryginalnym płótnie »Upadłej Madonny z Wielkim Cycem« pędzla van Klompa! Czym prędzej zrolowałam obraz i wybiegłam z kawiarni, unosząc do Polski to legendarne dzieło sztuki”...


*

No, ale co tu ukrywać, ten nazizm to jednak w Polsce naprawdę szaleje. Oto odbyła się kolejna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę, którą postanowili strollować tzw. „UBywatele RP”, za co doznali męczeństwa w postaci otarć naskórka i spalenia transparentu. Domyślam się, że „UBywatele” nie zwykli byli doświadczać uprzednio jasnogórskich splendorów, bowiem bliskość sanktuarium najwyraźniej obudziła w nich jakieś demony, pod wpływem których zaczęli się miotać, wyć i prowokować kibicowskich wiernych. Tak więc prowokowali, prowokowali - aż sprowokowali.


*

Zresztą, kibice zachowali się wyjątkowo wstrzemięźliwie, bo jak wiadomo, kibic potrafi nie tylko spalić jakiś tam transparent, ale po prostu przylutować w facjatę - i to tak solidnie - a wtedy z pewnością na powierzchownych otarciach naskórka by się nie skończyło. Tak więc o ile „UBywatele RP” zareagowali na bliskość świętego miejsca wzmożoną agresją, być może o demonicznej proweniencji, o tyle, na kibiców owa bliskość podziałała tonująco - co również warto odnotować.


*

Ale! Świat w obliczu szalejącego „nazizmu” nie milczy. Świat, a konkretnie amerykańskie organizacje żydowskie, postanowił rękoma władz USA ukarać nas „roszczeniami rewindykacyjnymi” sformułowanymi w „ustawie 447”, a opiewającymi na jakieś 65 mld. USD. To mi nasuwa pewną refleksję. Jeżeli majątek przedwojennych Żydów był faktycznie wart w przeliczeniu na dzisiejsze dolary całe 65 miliardów, to warto się zastanowić nad skalą ekonomicznej przewagi mniejszości żydowskiej nad resztą ludności w II RP. A to z kolei stawia w zupełnie nowym świetle kwestię słynnego, przedwojennego „antysemityzmu”. Wychodzi bowiem na to, że nie był to żaden „zwierzęcy antysemityzm”, tylko po prostu walka o ekonomiczne przetrwanie.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (31.01-13.02.2018)

niedziela, 28 stycznia 2018

Medialny „wunderwaffel”

Czy reporter TVN „przeniknął” do struktur „DiN” na chybił-trafił, w nadziei że coś znajdzie, czy przeciwnie – otrzymał od kogoś precyzyjne instrukcje, gdzie szukać?

I. Psycho-fani „Allo, allo”

A więc mamy kolejny medialny „shitstorm” wokół „polskiego nazizmu”. Powodem stała się groteskowa imprezka kilku kretynów z kuriozalnym torcikiem przyozdobionym „wunderwaffelkami” ułożonymi w kształt swastyki – plus urodzinowy toast „za Hitlera i naszą ojczyznę, ukochaną Polskę”. Wszystko wyglądało jak kolejny odcinek „Allo, allo” z udziałem czeredki domorosłych herr Flicków z Gestapo, brakowało tylko „Upadłej Madonny” z... wiadomo czym, pędzla van Klompa. Jak słusznie zauważył poseł Robert Winnicki, całość tej żenady nadaje się tyleż do prokuratury, co do psychiatry – skoro w pensjonatach bez klamek przechowuje się zastępy Napoleonów, to nic nie stoi na przeszkodzie, by ubogacić polską psychiatrię herr Flickami i generałami von Klinkerhoffenami. Tutaj warto nadmienić, że ów fan-klub miłośników brytyjskiego sitcomu zgrupowany wokół prezesa organizacji „Duma i Nowoczesność” stanowił swoistą konspirację o której wiedziała jedynie wąska grupa wtajemniczonych członków – w tym, jak wynika z materiału TVN, jakieś dziewczyny grające najwyraźniej na zmianę rolę Helgi – co dodatkowo pogłębia absurd sytuacji.

No, ale to wszystko nie przeszkodziło w rozpętaniu histerii na tle „neofaszyzmu”, który tradycyjnie podczepiono pod Ruch Narodowy – tym razem pod pretekstem, że członkiem „Dumy i Nowoczesności” jest asystent Roberta Winnickiego, Jacek Lanuszny. Lanuszny wprawdzie urodzin Hitlera nie świętował, nie przebierał się w mundurki i podobnie jak większość członków stowarzyszenia nie wiedział o „serialowych” fascynacjach prezesa „DiN” i grupki jego akolitów – ale skoro padł rozkaz, by tropić „nazistów”, to wytropiono – tym bardziej, że wyczerpało się medialne paliwo z „kukłą Żyda” i transparentami z Marszu Niepodległości.


II. Dlaczego teraz?

W tym miejscu pokuszę się o małe proroctwo – przypuszczalnie tego rodzaju medialnych „wunderwaffelków” drugiej świeżości jest więcej i będą systematycznie odpalane, bo najwyraźniej takie jest zapotrzebowanie – nie tylko krajowe. Mamy tu bowiem wspólnotę interesów – na rynku krajowym, po dobrze przyjętej (przynajmniej sondażowo) rekonstrukcji rządu i złagodzeniu wizerunku, „totalnej opozycji” zaczął się na serio palić grunt pod nogami i może jedynie liczyć, że PiS-owi uda się przykleić łatkę partii „tolerującej” i „wspierającej po cichu” faszystowską ekstremę, oraz kreującej „atmosferę” przyzwolenia i bezkarności dla „nacjonalizmu”. Zapewne w miarę zbliżania się wyborów samorządowych coraz częściej będziemy bombardowani newsami, że ktoś gdzieś kogoś pobił, opluł, wysmarował coś na murze, albo chociaż „nienawistnie patrzył”. Na podobnej zasadzie szarganie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej jest na rękę różnym ośrodkom zagranicznym – począwszy od Berlina i Brukseli, a skończywszy na amerykańskich środowiskach żydowskich przepychających właśnie słynną już „ustawę 447” dotyczącą wielomiliardowych roszczeń majątkowych. Prezentowanie naszego kraju jako miejsca w którym wzbiera „brunatna fala” ma na celu rozmiękczenie nas, byśmy za bardzo nie przeciwstawiali się różnym uroszczeniom – czy to w sprawie przyjmowania nachodźców, czy „restytucji mienia”, czy czegokolwiek, co tam akurat będą chcieli od nas wydębić.

Pokazani w materiale TVN psycho-fani „Allo, allo” swoją imprezkę urządzili w maju ub.r., z kolei festiwal „Orle Gniazdo”, którego fragmenty również znalazły się w „Sperwizjerze”, odbył się w lipcu – a zatem film przeleżał sobie na półce pół roku, zanim ktoś zadecydował o jego emisji. Dlaczego właśnie teraz? Prócz wspomnianego już wyczerpania się paliwa z poprzednich „skandali”, odcięciu tlenu opozycji po rekonstrukcji rządu czy „ustawy 447”, warto zwrócić uwagę na wizytę amerykańskiego sekretarza stanu Rexa Tillersona, a także niedawne rozmowy ministra Jacka Czaputowicza w Berlinie.


III. „Totalni” złożeni na ołtarzu odprężenia

Zwłaszcza nad tym ostatnim warto się na chwilę zatrzymać. Otóż, jeśli wierzyć tamtejszej prasie, nowy, pojednawczy ton obecnego szefa MSZ został przywitany w Niemczech ze zbiorowym westchnieniem ulgi. Pozostawiając na boku kwestię, czy złagodzenie retoryki (np. w sprawie reparacji) jest jedynie zabiegiem taktycznym, czy przygotowaniem do głębszych ustępstw, to komentarze wokół wizyty były nad podziw przychylne. Widać wyraźnie, że dotychczasowe napięte relacje z Polską uwierały Berlin mocniej, niż był skłonny oficjalnie przyznać. A to z kolei oznacza, że odprężenie we wzajemnych stosunkach może być dla „totalnej opozycji” ciosem w plecy – bo skoro Niemcy zaczną się dogadywać z polskim rządem i potraktują go z właściwym sobie realizmem nie jako chwilową anomalię, lecz jako stały element politycznej układanki w Europie – to odstawią, przynajmniej na razie, swoich skompromitowanych i żałośnie nieskutecznych wasali z PO do kąta. Taka wizja mogła nielicho wystraszyć obóz beneficjentów III RP, dlatego też jego medialni funkcjonariusze postanowili przypomnieć swoim zagranicznym patronom o szalejącym rzekomo w Polsce „nazizmie”. Ten trop potwierdzałby rozpaczliwy wywiad „Wirtualnej Polski” z niemiecką studentką (!) w którym dziennikarz dopytuje się, czy obrazki z TVN już pojawiły się w niemieckich mediach.

A tymczasem – zonk! Przynajmniej w momencie, gdy piszę te słowa, w Niemczech panuje głucha cisza. Ktoś najwyraźniej zaciągnął hamulec, stwierdzając, że w momencie gdy na horyzoncie rysuje się ocieplenie relacji, to nie ma sensu niepotrzebnie antagonizować się z Warszawą. Jest to tym bardziej znamienne, gdy przypomnimy sobie reakcje po Marszu Niepodległości – i zapewne „totalne media” liczyły na podobny odzew również i teraz. Póki co, na szczęście się przeliczyły, czemu pomogła zapewne zdecydowana reakcja polskich władz. Tym razem więc medialny „wunderwaffel” spalił na panewce.


IV. Czym jest „Duma i Nowoczesność”?

Osobną kwestią nad którą warto się pochylić jest sama „Duma i Nowoczesność”. Jak już wiadomo, status „organizacji pożytku publicznego” otrzymała w 2014 r. - za rządów PO, kiedy szefem MSWiA był Bartłomiej „idziemy po was” Sienkiewicz. Swojego czasu ABW wszczęła przeciw działaczom „DiN” śledztwo, podejrzewając ich o przygotowania do zamachu bombowego, funkcjonariusze przeszukali nawet mieszkania podejrzanych – bez efektu. Cóż, gdyby to było w Niemczech, to podejrzewałbym, że stowarzyszenie zostało wręcz założone bądź zainspirowane przez oficerów służb lub ich konfidentów, żeby trzymać wariatów pod kontrolą. Warto przypomnieć o skandalu wokół otwarcie nazistowskiej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), będącej w prostej linii spadkobierczynią działającej do 1964 r. Niemieckiej Partii Rzeszy (DRP), która z kolei była bezpośrednią następczynią hitlerowskiej NSDAP. W 2003 r. podczas rozprawy delegalizacyjnej przed Federalnym Trybunałem Konstytucyjnym, wyszło na jaw, że władze NPD były zinfiltrowane do tego stopnia przez funkcjonariuszy BND oraz ich agenturę, że, jak to ujął sąd – nie sposób było odróżnić, co było działalnością partii, a co wywiadu. W związku z tym... NPD pozostała legalna i spokojnie działa do tej pory, podobnie jak inne neonazistowskie ugrupowania, korzystające z gwarantowanej niemieckim prawem „wolności słowa”. U nas z podobnym mechanizmem mieliśmy do czynienia w przypadku słynnego „brunobombera”, inspirowanego przez funkcjonariuszy ABW.

Sądzę więc, że zasadnym będzie tu powtórzenie pytania, które poseł Robert Winnicki skierował do wicepremiera Glińskiego po tym, jak wiceminister kultury Magdalena Gawin nawoływała do delegalizacji ONR podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce”: czy polskie służby wciąż stosują działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym? Od siebie dodam – co tak naprawdę zobaczyliśmy w TVN? Groźnych „nazistów”, czy „ustawkę” w rodzaju spalenia „ruskiej budki”? I czy reporter stacji „przeniknął” do struktur „DiN” na chybił-trafił, w nadziei że coś znajdzie, czy przeciwnie – otrzymał od kogoś precyzyjne instrukcje, gdzie szukać?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (26.01-01.02.2018)


niedziela, 14 lutego 2016

Ręce precz od Gintrowskiego

Celebryckie, medialne, wymuskane twarzyczki” usiłują podeprzeć się legendą artysty i każą nam wierzyć, że dziś poszedłby z nimi w jednym szeregu pod medialnym patronatem TVN-u i „Wyborczej”.

Rodzina Przemysława Gintrowskiego zaprotestowała przeciw wykorzystywaniu jego utworu „Modlitwa o wschodzie słońca” podczas demonstracji KOD. Na to Krzysztof Łoziński – współzałożyciel KOD – odpowiedział bezczelnym listem w którym niedwuznacznie sugerował, że skoro w czasach „Solidarności” „staliśmy po tej samej stronie”, to i dziś śp. Gintrowski poszedłby na demonstracje „w obronie wolności i demokracji” razem z sierotami po III RP, a przynajmniej by ich wspierał – obok Wałęsy, Borowczaka, Borusewicza, Frasyniuka, Onyszkiewicza, Bujaka, Bogdana Lisa i Henryki Krzywonos. A poza tym, ponieważ śpiewali pieśni Gintrowskiego w stanie wojennym, „pod celą”, więc mogą i teraz. Powtarzam – arogancja, tupet i bezczelność wyjątkowej miary, Łoziński bowiem przechodzi do porządku dziennego nad całym okresem po 1989 roku, kiedy to Gintrowski jednoznacznie określił swój negatywny stosunek do realiów III RP – choćby w udzielanych wywiadach.

Zresztą spójrzmy (cytaty za www.gintrowski.art.pl, wytłuszczenia i skróty moje).

O patriotyzmie - „obecnie obserwujemy w Polsce tendencję do zanikania uczuć patriotycznych. Dziś, kiedy zaczynasz mówić o patriotyzmie, to większość patrzy na ciebie jak na głupka. Wszystkich nas powinno to niepokoić, bo to narusza podstawy naszej tożsamości” („Rzeczpospolita”, nr 97 z 24.04.2008 r ).

O przywódcach „Solidarności” - „Ci, których nazywa się przywódcami "S" - a ja twierdzę, że oni przywłaszczyli sobie te funkcje - po prostu podpisali z komunistami pewien układ polityczno-ekonomiczny. Dlatego uważam, że Okrągły Stół był de facto zdradą narodową. („Nasz Dziennik” nr 249 z 23-24.10.2010 r.).

O PiS - „Ale przekonałem się do PiS w okresie jego rządów, ponieważ to właśnie wtedy doszło do ukrócenia korupcji w Polsce. Może nie był to rząd idealny, ale przynajmniej próbował coś robić.” („NDz”).

O mediach - „(...) to pełne wyższości przekonanie mediów właśnie irytuje najbardziej. Obok manipulacji i omijania niewygodnych dla obecnie rządzących wiadomości to najbardziej irytujące w polskich mediach zjawisko. Są stacje, jak TVN 24, które w ogóle wyrzuciłem z pamięci telewizora i do nich nie zaglądam. Głównie poruszam się po niezależnych mediach i portalach internetowych (...)” (Rzeczpospolita”, nr 20 z 24.01.2009 r.).

O „hamulcowych” zmian w Polsce - „najmocniejszym hamulcem są ludzie którzy dobrze się mieli w czasach komunizmu a i dzisiaj niczego im nie brak - tym na zmianach nie zależy a wręcz odwrotnie - boją się ich (polskaxxi.pl, 4.07.2008 r.).

O dawnych kolegach - „mój były kolega z czasów studenckich - Jacek Żakowski. Jego droga również w pewnym momencie rozeszła się z moją. (…) Zastanawiam się często nad ludźmi, których znałem, a których dziś nie lubię, i zadaję sobie pytanie: co się z nimi stało? W którym momencie skręcili w tę uliczkę, w którą nie powinni wchodzić? („NDz”).

Można by tak cytować jeszcze długo. Jedno jest jasne: to rodzina Przemysława Gintrowskiego dochowała wierności jego dorobkowi, również życiowemu i wyznawanym przezeń ideałom, zaś KOD-owska hucpa pozostaje niczym innym, jak hucpą właśnie. Gintrowski zresztą zapłacił za swą postawę marginalizacją i zamilczaniem – podobnie jak inny „twórca niezłomny”, Zbigniew Herbert, którego wiersze Gintrowski tak poruszająco interpretował. Wtręt osobisty – pan Przemysław udzielił zgody na nieodpłatne wykorzystywanie swoich utworów w Niepoprawnym Radiu PL, które mam przyjemność współtworzyć. To był królewski, bezinteresowny dar dla niezależnej, internetowej inicjatywy, jasno przy tym pokazujący z kim twórcy było po drodze.

Dla kontrastu - przypomina mi się „wspomnieniowy” materiał z „Wiadomości” TVP wyemitowany po śmierci artysty. Ponieważ wypadało coś pokazać, a redakcja nie chciała wpuścić na wizję żadnego „oszołoma”, więc postawiono przed kamerą... Tomasza Jastruna, który o Gintrowskim miał do powiedzenia mniej więcej tyle, że „lubił wypić”. I to jest kwintesencja mentalności tego towarzycha, które dziś ma jedno przesłanie zwerbalizowane przez Agnieszkę Holland: „żeby było tak, jak było”. „Celebryckie, medialne, wymuskane twarzyczki” usiłują podeprzeć się legendą artysty i każą nam wierzyć, że dziś poszedłby z nimi w jednym szeregu pod medialnym patronatem TVN-u i „Wyborczej”. Obrzydliwe.

W komentarzach pod listem Łozińskiego ktoś wrzucił fragment z przywołanego wyżej wywiadu dla „Naszego Dziennika”, na co tamtejszy webmaster zareagował słowami: „W towarzystwie nie cytuje się (ani nie czytuje) prawicowych szczujni i śmieci. Oni cuchną”. A Gintrowski, który owym „szczujniom” udzielał wywiadów, wam nie cuchnie? Jakim wszarzem trzeba być, by zawłaszczać dorobek człowieka, dla którego, gdy jeszcze oddychał, mieliście tylko wzgardę i zapomnienie? Precz.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 5 (05-11.02.2016)

poniedziałek, 23 lutego 2015

Michnik w basenie, Durczok w tefałenie

Co siedziało w głowie redaktora Latkowskiego i jego podwładnych „obrabiających temat”, że zdecydowali się wyskoczyć z czymś takim?

Dziś nieco lżejszy tekst - taki, z przeproszeniem, trochę o d... Maryni. No, ale uznałem, że wywnętrzę się z kilkoma refleksjami, jako że standardy dziennikarskie ostatnimi czasy nie tyle dotarły do poziomu brukowego, co wręcz ów bruk przebiły wraz z rynsztokiem i z entuzjazmem rozpoczęły próbne odwierty w dołach kloacznych. Obserwuję ten proces z pewną domieszką niezdrowej fascynacji, bo jednak co innego wiedzieć, że media prowadzą nas za rękę wprost do kąpieli w szambie, a co innego obserwować taką kąpiel na własne oczy, jak dzieje się to w przypadku tzw. „durczokgate”. Do niedawna sądziłem, że nic nie przebije okładek lisowego „Newsweeka”, takich jak ta z całującymi się księżmi, niemniej trzeba przyznać, że „Wprost” rzucił konkurencji poważne wyzwanie ze swymi ostatnimi materiałami, że panie, gwiazdor medialny (ale nie powiemy który) molestuje swoje koleżanki (ale nie napiszemy które), gdy tylko zauważy, że te nie założyły majtek.

Zastanawiam się, co siedziało w głowie redaktora Latkowskiego i jego podwładnych „obrabiających temat”, że zdecydowali się wyskoczyć z czymś takim. Spadająca sprzedaż aż tak wymagała odpalenia skandalu, by utrzymać się na powierzchni? Czy też zwyczajnie ktoś im zapłacił? Pojawiły się spekulacje, że chodziło o obniżenie wartości idącego pod młotek TVN-u, przed sfinalizowaniem sprzedaży. W tym drugim przypadku zobaczymy, kto w końcu kupi stację i za ile, oraz jak ostateczna cena ma się do wcześniejszych prognoz – i wtedy będziemy w domu. Bo w to, że redaktor Latkowski nagle doznał wzmożenia moralnego nie uwierzę za żadne skarby. „Opinio communis” o medialnym półświatku jest bowiem taka, że tam wszyscy ze wszystkimi i w różnych konfiguracjach, więc umówmy się, granica pomiędzy romansowaniem a robieniem kariery przez łóżko czy nawet molestowaniem jest nader płynna, a już z pewnością temat nie nadaje się do eksploatowania w konwencji „świętego oburzenia”. Tymczasem ni z tego ni z owego postanowiono wyciągnąć tego nieszczęśnika, zwanego przez internautów „Dupczokiem” i wywlec ludziom przed oczy jego gminne maniery godne, przyznajmy, jakiegoś remizowego maczo, a wszystko wedle opisanej przez Słonimskiego recepty: Jak długo jeszcze władze tolerować będą istnienie całą noc otwartego domu schadzek przy ulicy Kruczej czterdzieści dwa, mieszkania pięć, parter w oficynie na lewo?”.

W całej aferze rozbroiło mnie tłumaczenie Latkowskiego, który oznajmił, że zajął się grillowaniem Durczoka, bo jest to człowiek, który codziennie mówi ludziom jak żyć. No proszę, to ci się moralista znalazł. Czy nie jest to aby ten sam Latkowski, który za pośrednictwem swej gazety również jak najbardziej „mówi jak żyć”, a który ma za uszami sprawę kierowania grupą przestępczą rekietierów i do dziś niewyjaśnione podwójne morderstwo po którym uciekł za granicę, a do Polski wrócił dopiero po umorzeniu śledztwa i nowelizacji kodeksu karnego znoszącą karę śmierci?

Osobną kwestią w tym festiwalu hipokryzji jest reakcja pozostałych mediodajni. Oto Dominika Wielowieyska po tygodniu „grzania” w przestrzeni publicznej tematu przeprowadza z „Dupczokiem” łzawy wywiad, środowiska feministyczne nabrały nagle wody w usta, nadwiślańskie ikony wojującego genderyzmu jakby dostały bielma na oczach, a prof. Środa czy równie zaangażowana prof. Płatek uznały najwyraźniej, że w tej sprawie jednak milczenie jest złotem. A co z konwencją antyprzemocową za przyjęciem której obóz nieubłaganego postępu tak zawzięcie gardłuje? Czy aby nie mamy tu przypadku wykorzystania „stereotypów płciowych” z którymi przy innych okazjach wyżej wspomniane panie tak zawzięcie walczą? No ale wiadomo, że konwencja służyć ma innym celom niż deklarowane i dobro kobiet jest w hierarchii rzeczywistych priorytetów gdzieś na szarym końcu. Założę się, że gdyby rzecz dotyczyła jakiegoś księdza z parafii w Pcimiu Dolnym dobierającego się do gosposi, mielibyśmy do czynienia z medialnym festiwalem co najmniej na miarę „seksafery” w Samoobronie, kiedy to udrapowano na niewinną ofiarę panią, która, mówiąc oględnie, nie grzeszyła zahamowaniami do tego stopnia, że wreszcie po serii nieudanych testów na ojcostwo jej dziecka zmuszona była przyznać, że zwyczajnie nie wie, kto jest szczęśliwym tatusiem. Lecz cóż, w tym przypadku, gdy pojawia się kwestia wiarygodności medialno-politycznego sojusznika u startu gorącego okresu wyborczego...

Zresztą, nie dziwię się dalece posuniętej wstrzemięźliwości personelu „Gazety Wyborczej”, jeśli przypomnimy sobie, że czas jakiś temu tajemnicą poliszynela były ekscesy Adama Michnika mającego ponoć w zwyczaju „testować” stażystki w basenie swego serdecznego kumpla, Jerzego Urbana. Teraz być może już nie to zdrowie, ale przyznajmy, że podobne obyczaje nie są w tym środowisku niczym nadzwyczajnym – ot, Michnik w basenie, Durczok w tefałenie... więc jakże tu pisać w domu wisielca o sznurze?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Już po napisaniu tego tekstu natknąłem się na taką oto hipotezę: Durczok pociął się na tle zawodowym z Jolantą Pieńkowską, wskutek czego ta odeszła z głównego TVN do niszowej, filialnej stacji. Tyle, że Durczok nie przekalkulował wszystkich okoliczności, bowiem mężem Pieńkowskiej jest miliarder Leszek Czarnecki dla którego – przy jego kontaktach i pieniądzach – zrobienie mokrej plamy z telewizyjnego celebryty to pikuś. Czarnecki wynajął więc do mokrej roboty Latkowskiego, który po zebraniu haków odpalił aferę. Tak więc spektakl jakiego jesteśmy świadkami to po prostu pozdrowienia dla pana Kamila od pana Leszka, za złe potraktowanie małżonki...

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 8 (20-26.02.2015)

piątek, 17 stycznia 2014

Terlikowski, ty pipo...

Strach połączony z parciem na szkło sprawia, że Terlikowski może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.
 



I. Płaczek poświęcony

Wszedłem sobie w czwartek, proszę ja Was, na portal „Frondy” - a tam sam redaktor naczelny portalu poświęconego Tomasz Terlikowski kaja się i przeprasza. Za co? Za przedruk felietonu Stanisława Michalkiewicza z serwisu „prawy.pl”. Oświadczenie jest tak kuriozalne, że zamieszczę je tu w całości, by nie zniknęło, kiedy już redaktor Terlikowski ochłonie z drżączki i zda sobie sprawę z rozmiarów swej kompromitacji.

„Tekst Stanisława Michalkiewicza, przedrukowany z portalu Prawy.pl, nie powinien znaleźć się na naszych stronach. Jego opublikowanie i przytoczenie skandalicznych słów o czasowo zamkniętych obozach koncentracyjnych było poważnym błędem, za który przepraszam. Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście natychmiast podjąłem decyzję o jego usunięciu.

Zapewniam, że tego typu poglądy nigdy nie były bliskie portalowi poświęconemu, i że w przyszłości nie będą na nim prezentowane. Nie będziemy już także przedrukowywać tekstów redaktora.

Wszystkich oburzonych i zaskoczonych jeszcze raz przepraszam.

Tomasz P. Terlikowski”

O co poszło? Otóż, w swym felietonie „Zdrada panowie, ale stójcie cicho!”, Stanisław Michalkiewicz postawił tezę, że pompowanie WOŚP i Owsiaka ma na celu medialne „przykrycie” sesji Knesetu „w chwilowo nieczynnym obozie zagłady w Oświęcimiu” do której ma dojść w 69 rocznicę wyzwolenia obozu. Rzecz w tym, że nie wiadomo, czy izraelski parlament został przez władze Polski oficjalnie zaproszony, czy też po prostu oznajmił wolę odbycia takiego posiedzenia na terytorium innego, nominalnie suwerennego kraju. No i parlamentarzystów z Izraela ochraniać będą izraelskie służby specjalne. Przyznajmy, że jeżeli w warunkach pokoju parlament jakiegoś państwa obraduje na obcym terenie i to w asyście własnych formacji zbrojnych, to mamy do czynienia z wydarzeniem zgoła bez precedensu.

Michalkiewicz skomentował ów fakt we właściwym sobie stylu – ani mniej, ani bardziej aluzyjno-ironicznym niż czyni to zazwyczaj - ale Terlikowskiego ni stąd ni zowąd szlag trafił. Ewentualnie, dostał skądś telefon zwracający mu uwagę na harce redakcji wyczyniane za jego plecami (fragment: „Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście (...)”). Efektem było usunięcie tekstu Michalkiewicza i „zapis na nazwisko”.

Na marginesie - jeśli chodzi o sformułowanie „chwilowo nieczynny obóz zagłady”, to każdy kto choćby pobieżnie śledzi publicystykę Michalkiewicza wie, że stałym jej motywem jest „scenariusz rozbiorowy” realizowany wobec Polski przez siły zewnętrzne oraz krajowych kolaborantów i w tym kontekście – przestrogi, co może się wydarzyć, gdy „scenariusz rozbiorowy” wejdzie w fazę ostatecznej realizacji - należy te słowa rozpatrywać.

II. Ewangelizator bata

Ale nie będę się bawił w adwokata Michalkiewicza, bo on sam świetnie daje sobie radę i nie sądzę, by zaordynowany przez Terlikowskiego „ban” szczególnie go przejął.

Ja tu zwrócę uwagę na co innego – otóż Terlikowski po raz kolejny spektakularnie daje ciała, co zresztą zostało odnotowane w komentarzach czytelników pod jego oświadczeniem (komentarz: „wstyd, że Pan zamieścił takie przeprosiny” należy do najłagodniejszych). On po prostu panicznie się boi, że ktoś mógłby go posądzić choćby o cień antysemityzmu i ten strach połączony z parciem na szkło sprawia, że może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.

Zrekonstruujmy sobie – Terlikowski „zostaje poinformowany” (przez kogo?), że na Frondzie ktoś zamieścił tekst TEGO MICHALKIEWICZA (nie pierwszy raz zresztą, tylko poprzednio może nie było nic o Żydach); następnie, tego samego dnia (środa, 15.I.2014), na gwałtu-rety usuwa felieton z portalu, zaś nazajutrz (czwartek, 16.I.2014, godz. 17:01) dodatkowo smaruje samokrytykę („było poważnym błędem”) i składa deklarację prawomyślności oraz odcina się od inkryminowanego „redaktora”. Najwyraźniej uznał, że jest to konieczne, by nadal zapraszano go do Lisa i TVN-u, a jego żonę do „Wyborczej”. Tej samej „Wyborczej”, która i tak nie odmówiła sobie przyjemności opisania całej sprawy. W tekście na stronach „GW” podana jest taka oto wypowiedź Terlikowskiego:

- Jak tylko doszła do mnie informacja o tym tekście, podjąłem decyzję, by natychmiast go usunąć. Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni tym skandalicznym sformułowaniem o obozie w Oświęcimiu - mówi naczelny Fronda.pl Tomasz Terlikowski. I zaznacza, że kierowany przez niego portal nigdy nie współpracował ze Stanisławem Michalkiewiczem, a jego nieliczne teksty ukazywały się na Frondzie dzięki umowie o współpracy i wymianie treści z portalem prawy.pl.” (wytłuszczenia moje – GG)

Z powyższego wynika, że Terlikowski został przez „Wyborczą” wezwany na przesłuchanie, tj. „poproszony o wypowiedź” i uznał za stosowne się tłumaczyć. I w ten prosty sposób, drodzy Państwo, głównonurtowe mediodajnie mogą pięknie rozprowadzać naszych gierojów i dyktować im agendę. Terlikowski musi odbyć spowiedź wedle gazetowyborczego obrządku, gdyż inaczej zostałby pozbawiony możliwości „ewangelizacji” masowej publiki u Lisa w konwencji „trzech na jednego”, robiąc z siebie każdorazowo idiotę. Ja już nie mam siły o tym pisać, robiłem to wielokrotnie, ale powtórzę: chodzenie do wrażych mediodajni jest przeciwskuteczne, bo tam są macherzy, którzy zadbają, by Terlikowski przypadkiem nikogo nie „zewangelizował”, tylko swoją obecnością uwiarygodnił Lisa czy inną „walterownię”, pomagając za sprawą swej obecności tworzyć pozory „pluralizmu prezentowanych opinii” na antenie.

Tekst „Gazety” spuentowany jest wypowiedzią prof. Nałęcza, który wyzywa Michalkiewicza od wariatów („Interpretacją tej wypowiedzi powinien zająć się psychiatra, to byłby najlepszy specjalista w tej sprawie.”). Proszę, jak ładnie Terlikowskiego załatwili – najpierw pozwolili mu się wyspowiadać w gazetowyborczym obrządku, a na koniec za nieprawomyślny przedruk Michalkiewicza i tak – jak na urągowisko - dosrali mu Nałęczem. W umysłach gawiedzi pozostanie właśnie ta nałęczowska końcówka. I po co było gadać z mediodajniami?

Cała ta sytuacja przypomina tę z TVN-u, kiedy w olejnikowej „Kropce nad i” Ireneusz Krzemiński nie chciał gadać z Terlikowskim w jednym studio, a Terlikowski zamiast wyjść rzucając grubym słowem, „polemizował” z Krzemińskim pozwoliwszy uprzednio usadzić się na korytarzu. Tak bowiem nakazywała mu chrześcijańska pokora, jak sądzę. Trudno o lepszą ilustrację powiedzonka o dialogu d...y z batem. Tyłek bata nie „zewangelizuje”, Panie Redaktorze.

III. „Cojones” naczelnego

Ta zawstydzająca uległość udrapowana w szaty chrześcijańskiej pokory (wszak Terlikowski cierpi dla Sprawy, nie inaczej), objawiła się po raz kolejny w przypadku okoliczności „frondowego” zapisu na Michalkiewicza. I nie chodzi tu o poglądy – niech sobie Terlikowski będzie najszczerszym filosemitą, który podczas debaty w Klubie Ronina pokrzykuje, by „bić się we własne piersi”. Niech się bije aż do krwiaków i połamania żeber, co mi tam, choć uważam, że takie podejście, to nie „dialog”, tylko sadomasochizm, bo jakoś nie zaobserwowałem w tym „biciu się w piersi” analogicznej postawy z drugiej strony.

Ale niech nie będzie przy tym tchórzem i hipokrytą. Przedruki z Michalkiewicza, bądź klipy z jego wystąpień, pojawiały się na „Frondzie” wielokrotnie – czy wtedy Terlikowski nie wiedział kim jest Stanisław Michalkiewicz i jakie ma poglądy? Teraz go oświeciło? Nie przeszkadzało mu, gdy materiały popularnego wśród internautów Michalkiewicza robiły jego portalowi „popularkę”, a zaczęły przeszkadzać, gdy jakiś „starszy i mądrzejszy brat” zagrzmiał mu nad uchem?

Poza wszystkim – jak rany, przecież każdy redaktor naczelny dysponujący odrobiną „cojones” - gdyby ktoś usiłował mu narzucać prezentowane treści, to choćby dla higieny i pokazania kto tu rządzi wysłałby natręta na drzewo.

Terlikowski, ty pipo...

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/09/zydzi-izrael-polska-polemika.html

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

sobota, 15 grudnia 2012

Prawicowi celebryci a sprawa Grzegorza Brauna

Za Braunem nie ujęli się ci, którzy powinni to zrobić w pierwszym rzędzie – musi więc uczynić to blogosfera.

I. Katofaszysta Grzegorz B.

Niezależna od rozumu, za to nadrabiająca dyspozycyjnością warszawska prokuratura postanowiła symbolicznie, w samą rocznicę stanu wojennego, wszcząć śledztwo w sprawie Grzegorza Brauna. Podstawą postępowania jest artykuł 255 paragraf 2 Kodeksu Karnego, który stanowi: „Kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3". Do tego dochodzą zarzuty z czasu wrześniowej ekshumacji na Powązkach - „uderzenia ręką w przedramię policjanta w celu zmuszenia go do zaniechania czynności służbowej oraz wdarcia się na obszar cmentarza i nieopuszczenia "ogrodzonego terenu" na żądanie osób uprawnionych. Grozi za to do trzech lat więzienia.” (cyt. za rp.pl)

Dodajmy, że do prokuratury są z całą zwierzęcą powagą majestatu prawa wzywani świadkowie, czyli uczestnicy spotkania w Klubie Ronina – w tym blogerzy: Coryllus, Toyah, Kamiuszek. Cała ta heca jest oczywiście typowym uderzeniem punktowym i ma na celu wywołanie efektu zastraszenia w ramach pełzającej represjonizacji życia publicznego. Podpompowana jest medialną histerią rozpętaną przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, skorelowaną z wyraźnymi sygnałami politycznymi płynącymi ze strony Dyktatury Matołów, która postanowiła nagle walczyć z „mową nienawiści”. Chyba nikt nie ma złudzeń, że bez tej medialno-politycznej podkładki „niezależna prokuratura” siedziałaby cicho, tak jak siedziała przez niemal trzy miesiące, jakie minęły od czasu tyrady Grzegorza Brauna na temat przesądów inteligencji.

Tak się to robi. Jest zapotrzebowanie na dokręcenie śruby, więc wynajduje się pretekst mający owo „dokręcenie” uzasadnić – mimo że zapis ze spotkania wisiał sobie w necie przez czas dłuższy i nikt jakoś dziennikarzy z Czerskiej i Wiertniczej nie pozabijał.

II. Podłość „naszych”

Jednak nie opisywana tu hucpa jest wbrew pozorom kwestią najbardziej bulwersującą w całej tej sprawie. Najbardziej ponurą groteską jest tu bowiem zachowanie tzw. „naszych” dziennikarzy i „naszych” polityków, którzy się gremialnie na Grzegorza Brauna wypięli. Ba, postanowili się wręcz od niego demonstracyjnie odciąć, płodząc na wyprzódki jakieś kuriozalne oświadczenia, których wymowa sprowadza się do tzw. „świergolenia”, jak to z całą mocą od ekstremistycznych poglądów Brauna się dystansują i generalnie, wicie-rozumiecie, proszę nas do tego nie mieszać.

Zwróćmy uwagę: nikt im nie kazał tego robić. Nikt ich nie straszył, że jeśli nie złożą publicznie odpowiednich wyrazów, to zostaną oskarżeni z tego samego artykułu i paragrafu z sankcją do trzech lat pozbawienia wolności. Oni sami z siebie uznali za stosowne i konieczne zachować się w taki właśnie sposób. Podłość i głupota walczą tu o lepsze.

Pisałem już o tym pod koniec tekstu „Katofaszysta Grzegorz B”, ale muszę tu rozwinąć. Otóż Grzegorz Braun był ich kolegą. Zapraszali go na spotkania, dyskutowali z nim, przeprowadzali wywiady, fetowali jego filmy. Ba – kibicowali jego szarpaninom z policją, czy słowom o arcybiskupie Życińskim. Podczas publicznych spotkań wypowiedzi Grzegorza Brauna i spektrum prezentowanych przezeń poglądów na różne tematy nie odbiegały od tego, co mówił we wrześniu w „Klubie Ronina”. Zarówno przedtem, jak i po spotkaniu w „Hybrydach” nikt z prawicowych gwiazdorów nie uważał za konieczne się odcinać, przyjmując co bardziej radykalne „teksty” Brauna w najgorszym razie za rodzaj ekscentryzmu, bądź publicystycznego przejaskrawiania. Nie widzieli również powodów, by publicznie deklarować swój negatywny stosunek do kwestii rozstrzeliwania za zdradę – w tym sprzedajnych pracowników mediodajni. Aż do momentu, gdy „sprawę” postanowiły z tego zrobić TVN i „Wyborcza”.

Czy biorąc pod uwagę powyższe, Braun mógł liczyć co najmniej na przyjazną neutralność gwiazd prawicowej publicystyki, co to są gotowi nawet się procesować o prawo do miana „autorów niepokornych”? Tymczasem, spośród tego tłumu „niezależnych” i „antysystemowych” celebrytów, w obronę wzięła go bodaj jedna, jedyna Ewa Stankiewicz. Żaden z braci Karnowskich, żaden Ziemkiewicz, Warzecha, Terlikowski, Sakiewicz... I chyba nawet nie jest im z tego powodu głupio. Dla mnie jest to świństwo i podłość stawiające pod potężnym znakiem zapytania wiarygodność ich publicznej działalności.

III. Głupota i koniunkturalizm

Poza wszystkim innym, takie zachowanie jest porażającą wprost głupotą. Reżimowe mediodajnie przeprowadziły bowiem klasyczne „rozpoznanie bojem”, mające na celu sprawdzenie podatności tzw. „naszych” na prymitywny szantaż sklecony na zasadzie: wygrzebujemy czyjąś wypowiedź i co wy na to - odcinacie się? Tak, jak bloga Nicponia użyto do sterroryzowania PiS-u i korygowania mu polityki kadrowej, tak też wypowiedź Brauna wykorzystano do przetestowania gwiazd prawicowej publicystyki. I wyszło na to, że „nasi” podali się „Wyborczej” i drugiej Gwieździe Śmierci z ulicy Wiertniczej na srebrnej tacy. Że wystarczy trochę ich przycisnąć i chowają dudy w miech.

Od tej pory będzie można z nimi zrobić wszystko. „Wyborcza” ilekroć uzna to za pożądane, wywlecze czyjąś wypowiedź – niechby i sprzed roku – i każe się odcinać, składać samokrytykę, udowadniać że nie jest się wielbłądem i przynależy do tzw. „cywilizowanej prawicy”. W ten sposób będzie sobie parcelowała środowisko „autorów niepokornych” po kawałku, metodą salami, bo jak się poszuka, to na każdego można coś znaleźć. A „nasi” będą „świergolić” i robić w gacie, żeby tym razem nie trafiło na nich.

Przy okazji wylazły z „naszych” gierojów koniunkturalizm i gra „na siebie”. Oni naprawdę boją się, by medialny mainstream nie skojarzył ich z jakąś „ekstremą” i ponad wszystko szczerze pragną, by widziano w nich „cywilizowaną prawicę”, jak określił to łaskawie w „Loży prasowej” redaktor Andrzej Stankiewicz ubolewając nad sytuacją w „Uważam Rze”. „Cywilizowaną”, czyli taką, którą oprócz rutynowych połajanek można od czasu do czasu zaprosić do telewizji (nie za często), gdzie przez kwadrans będą w stanie rozrzucić kilka pereł swych wielce nonkonformistycznych mądrości.

Poza tym, jak się domyślam, niekontrolowany „ekstremizm” w typie Brauna nie sprzyja różnym patriotyczno-opozycyjnym biznesom i zagospodarowywaniu rynku „niepodległościowego”, gdzie każdy z nich widzi siebie w roli guru wiodącego ku świetlanej przyszłości wpatrzony weń czytelniczy „target” – bo przecież ktoś te książki i gazety musi kupować. Trudno tu nie zgodzić się z Coryllusem, gdy szydzi z pajacowania Karnowskich na tle więziennej dekoracji. Niedługo w ten sposób sfotografują Brauna – i to nie w celach reklamowych, ale po to, by go naprawdę posadzić w więzieniu. Jak w tym kontekście będą wyglądały te kabotyńskie fotki ekipy „wSieci”? Czy Ziemkiewicz znowu poleci do Wielowieyskiej z „Gazowni”, by nadawać na blogerów?

IV. Blogosfero - ujmij się za Braunem!

Ja naprawdę chciałbym poczuć się zwolniony z wypowiadania się w sprawie Grzegorza Brauna, którego nawet nie znam osobiście i nie ze wszystkimi jego poglądami jest mi po drodze – choćby z mistycyzującym monarchizmem. Ale skoro nie ujmują się za nim ci, którzy w pierwszym rzędzie powinni to zrobić – nasi prawicowi rycerze ze Strefy Wolnego Słowa, tudzież z grona „autorów niepokornych”, którym naprawdę, ale to „naprawdę nie jest wszystko jedno” - więc musi uczynić to traktowana przez nich z protekcjonalną wyższością blogosfera. No bo któż inny? Przecież nie ta zgraja nadętych dupków żołędnych zajętych pielęgnowaniem swego nonkonformizmu od ósmej do szesnastej i starannie skalkulowanej pod określoną publikę „antysystemowości”.

Generalnie, od dłuższego czasu nie mam większych złudzeń co do motywacji powodującej działalnością prawicowych żurnalistów wyrzuconych z mainstreamu - wbrew sobie - do „drugiego obiegu”. Kto ciekaw, niech sprawdzi, co pisałem w notce „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”. Jeśli jakoś przez zaciśnięte zęby kibicuję ich różnym medialnym przedsięwzięciom, to głównie z braku laku – bo póki co nie mamy nic lepszego. Ale czasami, w chwilach prawdy – a sprawa Brauna jest taką chwilą prawdy, papierkiem lakmusowym – wyłazi z nich takie k...stwo, że dech zapiera.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/katofaszysta-grzegorz-b

http://niepoprawni.pl/blog/287/spor-o-drugi-obieg-z-blogerskiego-punktu-widzenia