Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mediodajnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mediodajnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2014

Dokąd zmierza ten cały zamordyzm?

Nie ma wolności bez ryzyka. Gdy się pragnie wolności bez ryzyka, otrzymuje się właśnie to, co mamy teraz.


Histeryczna reakcja mainstreamu III RP na marsz w obronie demokracji i wolności mediów pokazuje nam kilka rzeczy, po części oczywistych. Po pierwsze, oni autentycznie boją się wszelkich przejawów protestu społeczno-politycznego. Po drugie, opozycja jest stałym obiektem ataków niezależnie od tego, co zrobi, lub nie zrobi. Po trzecie, oni wiedzą, że nie mogą oddać władzy, że te wybory były skręcone, a skoro były skręcone, to władzy nie mogą oddać tym bardziej. I po czwarte – w związku z powyższym, samoograniczanie się opozycji pozbawione jest sensu.

Proszę tylko spojrzeć. PiS zapowiada legalną demonstrację, rzecz w demokracji najzupełniej normalną, szczególnie w kontekście licznych nieprawidłowości wyborczych, a w tych jakby piorun strzelił. „Wyborcza” na swoim portalu wylicza potępiająco ilu dziennikarzy i biskupów poparło marsz, „Polityka” smaruje wyjątkowo, nawet jak na standardy medialne obecnego rządowego agit-propu, świńską okładkę z Kaczyńskim ucharakteryzowanym na Jaruzela i ogłaszającym „stan wojenki”, zaś wszyscy razem wprost nie posiadają się z oburzenia, że PiS „zawłaszcza” rocznicę stanu wojennego i w związku z tym teraz to już na pewno „podpali Polskę”. I jakoś nikomu się nie kłóci, że tenże Jaruzelski do którego przyrównują lidera partii opozycyjnej został niedawno pochowany z pełnymi honorami na Powązkach, że za rządów PiS Platforma zrobiła swój „błękitny marsz” pod hasłem „dość Kaczorów, chcemy wyborów”, a sami dziennikarze reżimowi licznie defilowali u boku Komorowskiego w marszu z czekoladowym „możełem”.

Z drugiej strony mamy zapewnienia o pokojowym przebiegu manifestacji, że ma to być „marsz róż”, żaden tam polski Majdan... Na nic zdało się gorączkowe odcinanie od „awanturników” z PKW i trwające nieprzerwanie od 20 listopada imputowanie im agenturalności, oszołomstwa, szkodnictwa politycznego, podatności na prowokacje... Wszystko po to, by zaprezentować się na ich tle jako siła umiarkowana, obliczalna i rozsądna. Potwierdza się wspomniana wyżej zasada, że PiS będzie atakowany za samo istnienie, niezależnie od tego jak bardzo będzie się starał ułagodzić swój wizerunek w pogoni za mitycznym centrowym wyborcą, który ma zapewnić mu upragnione zwycięstwo.

Czy tylko ja mam poczucie rozmijania się z rzeczywistością na wielu poziomach? Do czego zdolna jest ta władza wiemy co najmniej od 2010 roku i zamachu w Smoleńsku. Jeżeli najwyższe władze były w stanie spiskować przeciw głowie własnego państwa z wrogim nam mocarstwem, a następnie oddały temuż mocarstwu śledztwo; jeżeli na widok społecznego przebudzenia po tragedii rozpętały socjotechniczną operację podzielenia Polaków na dwa wrogie obozy – począwszy od sprzeciwu wobec wawelskiego pochówku, a skończywszy na „akcji Krzyż”; skoro z wyborów na wybory rośnie liczba przesłanek, że są coraz bezczelniej fałszowane, to oznacza, iż demokracja w naszym kraju nie jest „zagrożona”, tylko jej po prostu nie ma. A skoro ustrój, konstytucja i formalnie obowiązujące procedury są jedynie fasadą, to kwestią czasu pozostaje, kiedy rozzuchwalona władza sięgnie po środki bardziej radykalne niż medialne ataki i punktowe uderzenia „seryjnego samobójcy”. Temu służyć mają ustawy o stanach wyjątkowych oraz „bratniej pomocy”. Póki co, reżim po drastyczne metody nie sięga jedynie dlatego, że nie jest to konieczne.

Tego stanu rzeczy działaniami demokratyczno-parlamentarnymi się nie zmieni. I tu właśnie mam pretensję zarówno do głównej partii opozycyjnej, jak i do sprzyjających jej ośrodków medialnych. Z jednej strony słyszymy krzyk o sfałszowanych wyborach, z drugiej natomiast proponuje się nam kompletnie nieadekwatne reakcje bez żadnej czytelnej strategii. Inicjatywy ustawodawcze, nawet tak niewinne jak przeźroczyste urny, zostały odrzucone, zatem aktywność sejmowa siłą rzeczy staje się pasmem pustych gestów. Na interwencję organów europejskich nie ma co liczyć, co pokazało fiasko niedawnej akcji PiS-u i jego frakcji w PE – ten rząd jest dla kierujących Unią Niemiec zbyt wygodny, by w jakikolwiek sposób wspomagać opozycję. Na drodze wyborczej również niczego się nie osiągnie, o czym przekonujemy się konsekwentnie od lat. Grzeczny protest uliczny przejdzie sobie Warszawą w akompaniamencie prewencyjnego jazgotu reżimowych mediodajni, ludzie posłuchają tysięcznego już zapewnienia o rychłym zwycięstwie, byleby jeszcze ten jeden raz się zmobilizować i dopilnować wyborów, po czym się rozejdą do domów.

Kiedyś mawiało się, że robotnicy gdy protestują, grzmią twardo: „żądamy chleba”, zaś inteligencja skomli przymilnie: „prosimy o pieczywko”. Jeśli wciąż będziemy o to „pieczywko” się dopraszać, zatroskani by nie dać przeciwnikom pretekstu do ataku, to któregoś dnia okaże się, że stoimy na baczność trzymając „ruki po szwam” - bo do tego wszak ten cały aksamitny zamordyzm zmierza. Nie ma wolności bez ryzyka. Gdy się pragnie wolności bez ryzyka, otrzymuje się właśnie to, co mamy teraz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (12-18.12.2014)

niedziela, 24 sierpnia 2014

O księdzu Hartmańskim

Świecka mutacja Lemańskiego i Hartmana, jakiś niby-ksiądz „Hartmański” to zdecydowanie nie to samo, nie ta siła rażenia po prostu.

I. Lemański jak Natanek

A obiecywałem sobie, że nie napiszę ani słowa o księdzu Wojciechu Lemańskim...

Jednak, skoro opera mydlana o mamie Madzi w sutannie zbliża się do nieuchronnego końca za sprawą suspensy nałożonej przez abp. Henryka Hosera na niesubordynowanego kapłana, to może w sumie warto skrobnąć kilka uwag.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to lustrzane podobieństwo do sprawy ks. Piotra Natanka. Lustrzane, bo o ile ks. Natanek głosił poglądy skrajnie tradycjonalistyczne, o tyle ks. Lemański zaliczył odchylenie postępowo-liberalne. Obaj, każdy na swój sposób, przekroczyli granice doktrynalne i obaj nie chcieli podporządkować się swym biskupom, którym ślubowali posłuszeństwo. Obu kapłanów łączy również grzech pychy spowodowany uwielbieniem jakim obdarzyli ich wierni, zaś niewątpliwa charyzma stopniowo przeszła w stan zwyrodnieniowy, czyli sekciarstwo i przeświadczenie o własnej nieomylności. Co tam episkopat, kościelna doktryna i kapłańskie śluby – liczę się ja i moja nauka.

Dla jednego Kościół był przerośnięty mackami masonerii i nie dość ortodoksyjny, dla drugiego – zbyt konserwatywny, za mało otwarty na współczesność, zwłaszcza w kwestiach bioetycznych i dialogu z innowiercami, ze szczególnym uwzględnieniem Żydów. Wreszcie, zarówno ks. Lemański, jak i ks. Natanek dostali zwyczajnej małpy na tle syndromu zwanego „parciem na szkło”, z tym że pierwszemu basowały najbardziej wpływowe mediodajnie rozgrywające własną partię obliczoną na rozbicie Kościoła, a drugi zachłysnął się klikalnością w internecie. Obaj, koniec końców wypowiedzieli posłuszeństwo swym biskupom – abp. Dziwiszowi i abp. Hoserowi. Obaj nie podporządkowali się karze suspensy. Przypadek ks. Natanka świetnie opisała w swoim czasie Mama Katarzyna w notce „Kościół Chrystusa, czy ks. Natanka?” - polecam.

W zasadzie różni się jedynie medialna otoczka towarzysząca ich poczynaniom. Ks. Natanek służył mainstreamowym mediodajniom za dostarczyciela tzw. „lol-kontentu”, czyli mówiąc po ludzku – darto z niego i jego kazań na potęgę łacha, a warto pamiętać, że był to szczytowy okres promowania „młodych z fejsbuka”, akcji „Krzyż”, Dominika Tarasa, słowem – całej tej socjotechnicznej operacji mającej uderzyć w Kościół Katolicki i sponiewierać w masowej świadomości „moherów”. Księdza Lemańskiego natomiast traktuje się z pełną atencją, zaś Jan Turnau z Adamem Szostkiewiczem płaczą: „Kościół wycofał z pola walki ważnego wojownika”; tudzież „jedną z twarzy Kościoła okazuje się nie ks. Lemański, tylko jego prześladowca abp Hoser”. Jakoś nie przypominam sobie, by jeden z drugim wylewał łzy nad prześladowaniem ks. Natanka przez kardynała Dziwisza. A już zupełnie nie sposób wyobrazić sobie, by ci dwaj ujęli się za księżmi Isakowiczem-Zaleskim bądź Małkowskim, którzy też nie mają ze swymi zwierzchnikami lekko, ale mimo to zachowują dyscyplinę i wierność Kościołowi.

II. Ksiądz Hartmański

Warto zwrócić uwagę, skąd ks. Lemański otrzymał ofertę. Otóż, złożył mu ją prof. Jan Hartman, co do którego żywię silne podejrzenie, iż jest osobistym pełnomocnikiem Lucyfera na Polskę, co snadnie poznać można po chorobliwej nienawiści jaką żywi wobec religii w ogóle, a katolicyzmu w szczególności, oraz po demonicznej treści głoszonych przezeń nauk bioetycznych. Ówże Hartman na swym blogu wzywa „pana” Lemańskiego, by ten dał sobie spokój z tym odrażającym Kościołem, zrzucił duchowną sukienkę i „wyszedł z kruchty” „czynić dobro” „pośród wolnych i światłych ludzi” - tak jak uczynili to już byli duchowni Obirek, Bartoś i Węcławski. Przypomnę jeszcze, że imię Lucyfer oznacza „Niosący Światło” i właśnie do tego zadania – promowania specyficznie pojmowanego „oświecenia” - nawołuje Lemańskiego swemi syrenimi śpiewy mąż uczony Hartman. Całość kończy apelem: „Niech Pan do nas wraca! Wraca, mówię, bo tak naprawdę należy Pan do nas. Czekamy na Pana!”

Powtórzmy. Hartman wzywa Lemańskiego, by wrócił „do nas”. „Do nas”, czyli do kogo? Do loży Synów Przymierza, czyli B'nai B'rith Polin? Wtedy rzekome pytanie abp. Hosera odnośnie obrzezania Lemańskiego, o które podniosła się taka wrzawa, nagle stałoby się uzasadnione... A może, porzucając złośliwości, mamy do czynienia, na co zwrócił uwagę Toyah, z wezwaniem demonicznym – szatan manifestujący się u opętanych nader często posługuje się bowiem liczbą mnogą (np. „on/ona jest NASZ/NASZA”). W tym drugim przypadku ks. Lemański zasiliłby szeregi oświeconych satanistów trudzących się nad zgotowaniem nam piekła na Ziemi, czyli Nowego Wspaniałego Świata.

Jest tylko jedno „ale”, którego prof. Hartman w swej lucyferiańskiej gorliwości nie wziął pod uwagę. Otóż Lemański najskuteczniejszy jest w sianiu zamętu jako ksiądz, a nie osoba świecka. Siłom Postępu niezbędny jest właśnie dywersant w łonie Kościoła, podpierający swe herezje autorytetem kapłańskim. Lemański bez sutanny nie jest im do niczego potrzebny. Mają takich na pęczki. Oni go potrzebują właśnie działającego wewnątrz Kościoła i skuteczniej dzięki temu ogłupiającego wiernych i rozbijającego wspólnotę od środka. Potrzebny jest, by mogli wskazywać go palcem i mówić – „oto właściwe, nadążające za duchem czasu oblicze nowoczesnego i otwartego Kościoła”. Świecka mutacja Lemańskiego i Hartmana, jakiś niby-ksiądz „Hartmański” to zdecydowanie nie to samo, nie ta siła rażenia po prostu.

III. Ostatnia misja Lemańskiego

Cóż, z Lemańskim-dywersantem sprawa wydaje się skończona, bo trudno mi uwierzyć, że Watykan uwzględni jego rekurs i zezwoli, by ksiądz podskakiwał swemu biskupowi kiedy mu się spodoba. I sam ksiądz Lemański zdaje sobie chyba z tego sprawę, stąd uporczywe przeciąganie spektaklu – skoro już przyjdzie mu zrzucić sutannę, to z maksymalnym hukiem, tak by odejść ze stanu duchownego w glorii męczennika zgnojonego przez bezduszną hierarchię i z tej pozycji, już jako były kapłan, krytykować Kościół. Pozycjonuje się w ten sposób na przyszłość jako ofiara - to jego ostatnia misja w obecnej roli duchownego – myślę jednak, że wiele mu to nie pomoże.

Wracając do przywołanej na początku analogii sprawy księży Lemańskiego i Natanka – sądzę, że obaj skończą podobnie. Ks. Natanek jak się zdaje wciąż odprawia świętokradcze Msze Święte w Grzechyni, lecz w jego Pustelni Niepokalanów wieje, nomen omen, pustką. Zostali przy nim jedynie najbardziej zaczadzeni akolici. Ks. Lemański najprawdopodobniej skończy jako „pan od religii” plączący się w okolicach „Gazety Wyborczej” i wyciągany z szafy gdy trzeba będzie wydać te kilka rutynowych odgłosów potępiających polski Kościół za rozmaite błędy i wypaczenia. Dokładnie tak, jak dzieje się obecnie z innymi byłymi duchownymi przywołanymi przez prof. Hartmana – Bartosiem, Obirkiem i Węcławskim. Siedzą gdzieś na tych swoich uczelniach i pies z kulawą nogą się nimi nie interesuje – za wyjątkiem tych krótkich momentów, gdy otrzepani z naftaliny zjawiają się na łamach „Wyborczej”, bądź w okienku TVN24, by pomstować na zakamieniały Kościół, który nie wyświęca kobiet i wymaga od księży celibatu, przez co ci popadają w pedofilię.

I tak to, proszę Państwa, będzie jechać - do momentu, aż mediodajnie wynajdą nowego niepokornego księdza, by napompować go pychą i na kilka miesięcy zrobić z niego duchownego celebrytę i reformatora. Albowiem show must go on.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/pe%C5%82nomocnik-lucyfera-na-polsk%C4%99#.U_jUP6PqWSo

Polecam:

http://mamakatarzyna.blogspot.com/2011/07/koscio-chrystusa-czy-ks-natanka.html

 

piątek, 17 stycznia 2014

Terlikowski, ty pipo...

Strach połączony z parciem na szkło sprawia, że Terlikowski może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.
 



I. Płaczek poświęcony

Wszedłem sobie w czwartek, proszę ja Was, na portal „Frondy” - a tam sam redaktor naczelny portalu poświęconego Tomasz Terlikowski kaja się i przeprasza. Za co? Za przedruk felietonu Stanisława Michalkiewicza z serwisu „prawy.pl”. Oświadczenie jest tak kuriozalne, że zamieszczę je tu w całości, by nie zniknęło, kiedy już redaktor Terlikowski ochłonie z drżączki i zda sobie sprawę z rozmiarów swej kompromitacji.

„Tekst Stanisława Michalkiewicza, przedrukowany z portalu Prawy.pl, nie powinien znaleźć się na naszych stronach. Jego opublikowanie i przytoczenie skandalicznych słów o czasowo zamkniętych obozach koncentracyjnych było poważnym błędem, za który przepraszam. Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście natychmiast podjąłem decyzję o jego usunięciu.

Zapewniam, że tego typu poglądy nigdy nie były bliskie portalowi poświęconemu, i że w przyszłości nie będą na nim prezentowane. Nie będziemy już także przedrukowywać tekstów redaktora.

Wszystkich oburzonych i zaskoczonych jeszcze raz przepraszam.

Tomasz P. Terlikowski”

O co poszło? Otóż, w swym felietonie „Zdrada panowie, ale stójcie cicho!”, Stanisław Michalkiewicz postawił tezę, że pompowanie WOŚP i Owsiaka ma na celu medialne „przykrycie” sesji Knesetu „w chwilowo nieczynnym obozie zagłady w Oświęcimiu” do której ma dojść w 69 rocznicę wyzwolenia obozu. Rzecz w tym, że nie wiadomo, czy izraelski parlament został przez władze Polski oficjalnie zaproszony, czy też po prostu oznajmił wolę odbycia takiego posiedzenia na terytorium innego, nominalnie suwerennego kraju. No i parlamentarzystów z Izraela ochraniać będą izraelskie służby specjalne. Przyznajmy, że jeżeli w warunkach pokoju parlament jakiegoś państwa obraduje na obcym terenie i to w asyście własnych formacji zbrojnych, to mamy do czynienia z wydarzeniem zgoła bez precedensu.

Michalkiewicz skomentował ów fakt we właściwym sobie stylu – ani mniej, ani bardziej aluzyjno-ironicznym niż czyni to zazwyczaj - ale Terlikowskiego ni stąd ni zowąd szlag trafił. Ewentualnie, dostał skądś telefon zwracający mu uwagę na harce redakcji wyczyniane za jego plecami (fragment: „Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście (...)”). Efektem było usunięcie tekstu Michalkiewicza i „zapis na nazwisko”.

Na marginesie - jeśli chodzi o sformułowanie „chwilowo nieczynny obóz zagłady”, to każdy kto choćby pobieżnie śledzi publicystykę Michalkiewicza wie, że stałym jej motywem jest „scenariusz rozbiorowy” realizowany wobec Polski przez siły zewnętrzne oraz krajowych kolaborantów i w tym kontekście – przestrogi, co może się wydarzyć, gdy „scenariusz rozbiorowy” wejdzie w fazę ostatecznej realizacji - należy te słowa rozpatrywać.

II. Ewangelizator bata

Ale nie będę się bawił w adwokata Michalkiewicza, bo on sam świetnie daje sobie radę i nie sądzę, by zaordynowany przez Terlikowskiego „ban” szczególnie go przejął.

Ja tu zwrócę uwagę na co innego – otóż Terlikowski po raz kolejny spektakularnie daje ciała, co zresztą zostało odnotowane w komentarzach czytelników pod jego oświadczeniem (komentarz: „wstyd, że Pan zamieścił takie przeprosiny” należy do najłagodniejszych). On po prostu panicznie się boi, że ktoś mógłby go posądzić choćby o cień antysemityzmu i ten strach połączony z parciem na szkło sprawia, że może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.

Zrekonstruujmy sobie – Terlikowski „zostaje poinformowany” (przez kogo?), że na Frondzie ktoś zamieścił tekst TEGO MICHALKIEWICZA (nie pierwszy raz zresztą, tylko poprzednio może nie było nic o Żydach); następnie, tego samego dnia (środa, 15.I.2014), na gwałtu-rety usuwa felieton z portalu, zaś nazajutrz (czwartek, 16.I.2014, godz. 17:01) dodatkowo smaruje samokrytykę („było poważnym błędem”) i składa deklarację prawomyślności oraz odcina się od inkryminowanego „redaktora”. Najwyraźniej uznał, że jest to konieczne, by nadal zapraszano go do Lisa i TVN-u, a jego żonę do „Wyborczej”. Tej samej „Wyborczej”, która i tak nie odmówiła sobie przyjemności opisania całej sprawy. W tekście na stronach „GW” podana jest taka oto wypowiedź Terlikowskiego:

- Jak tylko doszła do mnie informacja o tym tekście, podjąłem decyzję, by natychmiast go usunąć. Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni tym skandalicznym sformułowaniem o obozie w Oświęcimiu - mówi naczelny Fronda.pl Tomasz Terlikowski. I zaznacza, że kierowany przez niego portal nigdy nie współpracował ze Stanisławem Michalkiewiczem, a jego nieliczne teksty ukazywały się na Frondzie dzięki umowie o współpracy i wymianie treści z portalem prawy.pl.” (wytłuszczenia moje – GG)

Z powyższego wynika, że Terlikowski został przez „Wyborczą” wezwany na przesłuchanie, tj. „poproszony o wypowiedź” i uznał za stosowne się tłumaczyć. I w ten prosty sposób, drodzy Państwo, głównonurtowe mediodajnie mogą pięknie rozprowadzać naszych gierojów i dyktować im agendę. Terlikowski musi odbyć spowiedź wedle gazetowyborczego obrządku, gdyż inaczej zostałby pozbawiony możliwości „ewangelizacji” masowej publiki u Lisa w konwencji „trzech na jednego”, robiąc z siebie każdorazowo idiotę. Ja już nie mam siły o tym pisać, robiłem to wielokrotnie, ale powtórzę: chodzenie do wrażych mediodajni jest przeciwskuteczne, bo tam są macherzy, którzy zadbają, by Terlikowski przypadkiem nikogo nie „zewangelizował”, tylko swoją obecnością uwiarygodnił Lisa czy inną „walterownię”, pomagając za sprawą swej obecności tworzyć pozory „pluralizmu prezentowanych opinii” na antenie.

Tekst „Gazety” spuentowany jest wypowiedzią prof. Nałęcza, który wyzywa Michalkiewicza od wariatów („Interpretacją tej wypowiedzi powinien zająć się psychiatra, to byłby najlepszy specjalista w tej sprawie.”). Proszę, jak ładnie Terlikowskiego załatwili – najpierw pozwolili mu się wyspowiadać w gazetowyborczym obrządku, a na koniec za nieprawomyślny przedruk Michalkiewicza i tak – jak na urągowisko - dosrali mu Nałęczem. W umysłach gawiedzi pozostanie właśnie ta nałęczowska końcówka. I po co było gadać z mediodajniami?

Cała ta sytuacja przypomina tę z TVN-u, kiedy w olejnikowej „Kropce nad i” Ireneusz Krzemiński nie chciał gadać z Terlikowskim w jednym studio, a Terlikowski zamiast wyjść rzucając grubym słowem, „polemizował” z Krzemińskim pozwoliwszy uprzednio usadzić się na korytarzu. Tak bowiem nakazywała mu chrześcijańska pokora, jak sądzę. Trudno o lepszą ilustrację powiedzonka o dialogu d...y z batem. Tyłek bata nie „zewangelizuje”, Panie Redaktorze.

III. „Cojones” naczelnego

Ta zawstydzająca uległość udrapowana w szaty chrześcijańskiej pokory (wszak Terlikowski cierpi dla Sprawy, nie inaczej), objawiła się po raz kolejny w przypadku okoliczności „frondowego” zapisu na Michalkiewicza. I nie chodzi tu o poglądy – niech sobie Terlikowski będzie najszczerszym filosemitą, który podczas debaty w Klubie Ronina pokrzykuje, by „bić się we własne piersi”. Niech się bije aż do krwiaków i połamania żeber, co mi tam, choć uważam, że takie podejście, to nie „dialog”, tylko sadomasochizm, bo jakoś nie zaobserwowałem w tym „biciu się w piersi” analogicznej postawy z drugiej strony.

Ale niech nie będzie przy tym tchórzem i hipokrytą. Przedruki z Michalkiewicza, bądź klipy z jego wystąpień, pojawiały się na „Frondzie” wielokrotnie – czy wtedy Terlikowski nie wiedział kim jest Stanisław Michalkiewicz i jakie ma poglądy? Teraz go oświeciło? Nie przeszkadzało mu, gdy materiały popularnego wśród internautów Michalkiewicza robiły jego portalowi „popularkę”, a zaczęły przeszkadzać, gdy jakiś „starszy i mądrzejszy brat” zagrzmiał mu nad uchem?

Poza wszystkim – jak rany, przecież każdy redaktor naczelny dysponujący odrobiną „cojones” - gdyby ktoś usiłował mu narzucać prezentowane treści, to choćby dla higieny i pokazania kto tu rządzi wysłałby natręta na drzewo.

Terlikowski, ty pipo...

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/09/zydzi-izrael-polska-polemika.html

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

wtorek, 14 stycznia 2014

Leksykon III RP – tom pierwszy

Kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły w publicznej debacie istotę przekazu „Resortowych dzieci”.


I. Beneficjenci neo-PRLu

„Resortowe dzieci. Media” (wyd. „Fronda”) Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza wywołały burzę – i to nie tylko w Obozie Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, jak można by się było spodziewać. Nożyce, co ciekawe, odezwały się również po drugiej stronie barykady, bowiem w książce zahaczono kilku znajomych królika, którzy aktualnie są wielce „niepokorni” i „nasi”. Publikują w niepokornych gazetach, zadają się z niepokornym środowiskiem... cóż taki mają akurat etap, będący w dużej mierze efektem zawirowań na prasowym rynku po pacyfikacji „Presspubliki”. Te kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły generalną wymowę książki, która bynajmniej nie sprowadza się do wyszukiwania przodków w KPP i późniejszych mutacjach kompartii, tylko polega na pokazaniu - poprzez pryzmat życiorysów i pochodzenia opisywanych postaci - genezy medialnego mainstreamu IIIRP, który na długie lata zdominował publiczną debatę (a w zasadzie publiczny monolog) współczesnej Polski.

Sam tytuł „Resortowe dzieci”, jeśli odczytywać go dosłownie, jest mylący. Bo faktycznie, niektórym osobom – ich symbolem stał się Jacek Żakowski - „resortowego” pochodzenia w sensie ścisłym przypisać nie sposób. Autorzy przy doborze „bohaterów dramatu” zastosowali inny klucz: jest nim stosunek do postmagdalenkowego systemu, czyli przynależność do formacji określanej przeze mnie mianem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Stąd też w książce obecność ludzi z zacnymi opozycyjnymi biografiami, a którzy po 1989 doszlusowali do wspomnianego Obozu. Może gdyby książka nosiła tytuł „Beneficjenci neo-PRLu” czy jakoś podobnie, to dałoby się uniknąć wielu nieporozumień i nie trzeba by zaklejać Jacka Żakowskiego na okładce, bo do takiego tytułu pasowałby jak ulał.

` Dlatego też nietrafione są zarzuty, że Autorzy nie zaprezentowali biografii i rodzinnych powiązań ludzi kontestujących porządek III RP, a z partyjnymi korzeniami – jak Antoni Zambrowski czy sam współautor Jerzy Targalski. Oni bowiem nie uczestniczyli w budowie obecnego systemu PRL-bis i nie firmują go swoimi twarzami w przeciwieństwie do wspomnianego Żakowskiego, czy np. Tomasza Lisa. Zresztą, nie ma zakazu, by taką książkę prześwietlającą partyjne zaszłości Targalskiego czy, dajmy na to, Marcina Wolskiego napisać – i nie musi tego koniecznie robić ktoś ze stajni Lisa czy Michnika. Mogą to równie dobrze być Mazurek z Zarembą i Michałem Karnowskim na dokładkę.

II. Geneza przemysłu pogardy

Jeśli natomiast ktoś nie poprzestałby na oburzonym zachłyśnięciu się tytułem i przypasowywaniem do niego kolejnych nazwisk, tylko zadał sobie trud dotarcia choćby do spisu treści zamieszczonego na początku książki, to może doznałby iluminacji odnośnie istoty zawartego w niej przekazu. Kolejne rozdziały traktują bowiem o: pochodzeniu luminarzy III RP („Aleja Przyjaciół”); drodze Michnika i jego środowiska do roli ober-autorytetów i treserów ludności autochtonicznej („Nadzorca społeczeństwa”); demaskacji mitu „Polityki” jako „wewnątrzpartyjnej opozycji” w PRL i przyczynach jej bałwochwalczego stosunku do „republiki Okrągłego Stołu” („Marsz intelektualistów ku III RP”); genezie postmagdalenkowego medialnego rozdania na gruzach RSW Prasa-Książka-Ruch („Dzielenie prasowego tortu”); początkach prywatnego rynku telewizyjnego („Wojna służb. Koncesja dla Polsatu”); rzeczywistej roli radiowej Trójki – kuźni odpowiednich „młodych kadr” dla mediów III RP („Trójka – wentyl bezpieczeństwa”); historii i teraźniejszości komuszej skamieliny – TVP („Propaganda w natarciu – TVP”); wreszcie, naczelnej szczekaczce obecnego systemu w segmencie mediów elektronicznych – TVN („Telewizja służbowa”).

Powtórzę – nawet rzut oka na spis treści pokazuje, że mamy do czynienia z próbą kompleksowego opisu świata głównonurtowych mediów, których podstawowym wyróżnikiem jest bezwzględna lojalność wobec postpeerelowskiej rzeczywistości i urabianie w tymże duchu społeczeństwa. Media te są integralną częścią wygenerowanych i petryfikowanych przez tę rzeczywistość układów, stanowiąc propagandowe ramię Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. „Resortowe dzieci” prześwietlając biografie, tudzież powiązania rodzinno-towarzyskie co bardziej prominentnych postaci tego półświatka dają odpowiedź, dlaczego oficjalny przekaz medialny składa się z kłamstw, półprawd, przemilczeń i zbiorowych nagonek na każdego kto mógłby choćby potencjalnie im zagrozić. Przemysł pogardy nie wziął się znikąd – on funkcjonował w permanencji od początku III RP w odniesieniu do całych grup społecznych oraz ich reprezentantów i był w prostej linii kontynuacją roli mediów peerelowskich, tak w warstwie przekazu, jak i personalnej.

III. Czerwone dynastie

No i te personalia – jednak wróćmy do nich na chwilę. Jak nie TW to KO, jak nie SB to WSW, jak nie partyjny to z komuszej, bądź wręcz resortowej rodziny... I wszyscy oni w zwartej grupie przeszli suchą nogą do nowego systemu tworząc medialną elitę determinującą wiodący przekaz w sferze komunikacji publicznej. Po drodze odpadło zaledwie kilka najbardziej skompromitowanych jednostek - może paru mundurowych spikerów DTV, może kilku z przyczyn wieku... Reszta ma się dobrze, robi za „nowe pokolenie, nie skażone komunizmem” i hoduje następców. To pokazuje, jak naiwny był rozpowszechniony swego czasu pogląd, iż komuna sama odejdzie ze względów biologicznych, a nowe pokolenie nie skażone PRL-em urządzi lepszą Polskę. Tak się nie stanie, bo ten układ jest jak mafia – uzupełnia się przez kooptację (jak to ujął kiedyś Andrzej Gwiazda) i reprodukuje w ramach „czerwonych dynastii”.

A propos „Czerwonych dynastii” - warto przypomnieć tę prekursorską w stosunku do „Resortowych dzieci” pracę prof. Jerzego Roberta Nowaka. Był pierwszy i kto wie, czy nie stanowił dla autorów „Dzieci” inspiracji. Przewagą „Resortowych dzieci” jest jednak masowy zasięg – łączna sprzedaż pewnie z czasem przekroczy 100 tys egzemplarzy i ta moc rażenia

jest przyczyną furii demaskowanego w książce mainstreamu. Niepodważalną siłą książki jest również kondensacja faktów – wiele z opisywanych postaci i wydarzeń było już omawianych na różnych łamach, ale były to publikacje rozproszone, rozłożone w czasie, często w niszowych gazetach, co obniżało ich pole oddziaływania tak, że wiodące mediodajnie mogły je spokojnie ignorować. Z „Resortowymi dziećmi” tak już się nie da – nie sposób „zamilczeć ich na śmierć”. Tutaj otrzymujemy skondensowaną pigułę skutecznie wybudzającą z polityczno-medialnego Matrixu. Dopiero zebrane w jednym miejscu kompleksowe informacje o mediach i ludziach je tworzących pozwalają ogarnąć skalę postkomunistycznej degrengolady w jakiej od samego początku pogrążona jest współczesna Polska.

IV. Leksykon III RP – propaganda faktu

Część z „resortowych” bohaterów powróci z pewnością w kolejnych częściach cyklu (o polityce, służbach specjalnych, biznesie, świecie nauki), bowiem sieć układów organizujących wielowymiarowo życie III RP stanowi zespół naczyń połączonych. Stąd właśnie tytuł notki - „Leksykon III RP – tom pierwszy”, nadany bynajmniej nie na wyrost, bowiem książka Kani, Targalskiego i Marosza z powodzeniem może pełnić taką funkcję. Czytelnikom proponuję prosty zabieg – jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o którejś z wiodących postaci zaludniających reżimowe mediodajnie, wystarczy otworzyć książkę na kończącym ją „Indeksie osób” i przejść do wskazanych stron. Otrzymamy dossier pokazujące kto zacz i skąd jego ród. W połączeniu zaś z kolejnymi tomami będziemy mieli wkrótce do dyspozycji swoistą encyklopedię neo-peerelu.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Czy „Resortowe dzieci” są książką z tezą? Inaczej mówiąc – czy mamy do czynienia z propagandą? Ależ tak, naturalnie i nie ma potrzeby udawać, że jest inaczej. Tezą książki jest założenie, że III RP jest tworem założonym i kontrolowanym w swych zasadniczych obszarach przez te same czerwono-esbeckie kliki, które trzęsły peerelem i na jej poparcie otrzymujemy ponad czterysta stron faktów. Propaganda bowiem, wbrew utartemu mniemaniu, nie musi oznaczać operowania kłamstwem. Równie dobrze - a nawet jest to pożądane, gdyż zwiększa siłę oddziaływania – może operować prawdą. Zwróćmy uwagę, że krytycy książki, nawet ci najbardziej jazgotliwi, nie podważyli żadnej z podanych w niej informacji, wekslując nagonkę na kwestie drugorzędne – czy iksińskiego można nazwać „resortowym dzieckiem”, czy igrekowskiego wrzucono do książki słusznie czy niesłusznie, albo czy wolno było wyciągnąć kwity na koleżankę pani redaktor Jankowskiej. Niegdyś, pisząc notkę na temat „Wojny o pieniądz” Song Hongbinga, ukułem w odniesieniu do niej termin „propaganda faktu” - i „Resortowe dzieci” są znakomitym przykładem takiej propagandowo-demaskatorskiej roboty na najwyższym poziomie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 1 listopada 2013

O niższości Halloween

Implementacja Halloween na polskim gruncie w ramach „modernizacji przez kserokopiarkę” chyba zakończyła się fiaskiem.

I. Klapa

Proszę o wybaczenie, że poruszam temat już po fakcie, tzn. po wigilii Wszystkich Świętych, zwanej w ramach nowej świeckiej tradycji Halloween. Miałem napisać ten tekst kilka dni temu, no ale histeria anty-smoleńska wywołana zdjęciem Tuska i Putina miała pierwszeństwo. W każdym razie, chodzi mi o to, że implementacja Halloween na polskim gruncie w ramach „modernizacji przez kserokopiarkę” chyba zakończyła się fiaskiem.

Nie mam wprawdzie pewności, jak to wygląda w tzw. „dużych ośrodkach”, gdyż sam mieszkam w „ośrodku” dość niewielkim, ale w tym roku nie zaobserwowałem jakoś dzieci włóczących się po domach i nastręczających się ludziom grepsami podpatrzonymi w amerykańskich filmach – jeszcze dwa-trzy lata temu się zdarzało, ale wzięło i zdechło. Można odnieść wrażenie, że „święto duchów” funkcjonuje głównie w wiodących mediodajniach, no ale one programowo zaprzedane są służbie złu, zatem promocja satanizujących zabaw jest akurat w ich przypadku jak najbardziej na miejscu. Co jeszcze? Może w klubach odbyło się kilka okolicznościowych imprez na których biedne lemingi poprzebierane w bógwico nie bardzo wiedziały co ze sobą zrobić – i to w zasadzie wszystko.

II. Satanistyczna „gwiazdka”

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że intensywna promocja Halloween ma cel podwójny: kulturowy i komercyjny. Wszystkich Świętych nie jest dla sieci handlowych dobrym świętem, no bo w końcu ile można w supermarkecie sprzedać tych zniczy i chryzantem, tym bardziej, że wielu ludzi woli w ten dzień dać zarobić swoim – i kupić znicze oraz kwiaty na stoiskach pod cmentarzami. Co innego Halloween – tutaj pole sprzedażowe związane z różnego rodzaju gadżetami otwiera wielkie perspektywy, szczególnie jeśli chodzi o dzieci, które jak wiadomo są najwdzięczniejszym targetem sprzedażowym. Potencjalnie, można tu wykreować rynek wręcz na miarę jakiejś satanistycznej „gwiazdki”.

W wymiarze kulturowym natomiast mamy do czynienia z kolejną odsłoną prób dechrystianizacji Polski, która koniecznie ma być „kolorowa”, nawet jeśli przy okazji Halloween miałby to być kolor czarny, ew. przeplatany krwistymi zaciekami. Bo to jest czerń postępowa, słuszna i wesoła, w przeciwieństwie do czerni zacofanej, niesłusznej i smutnej, rozświetlonej ponurym blaskiem religianckich zniczy. No cóż, przyznam się, że sam kupiłem akurat w Halloween dwie dynie, ale - zapewne ku zmartwieniu społecznych reedukatorów - muszę ze wstydem przyznać, iż nie były to radosne, postępowe dynie do palenia w nich świeczek, tylko obskuranckie dynie przeznaczone na przetwory – a konkretnie na marynaty mające urozmaicić zimowe obiady.

III. Z dwojga złego – Walentynki...

Pisząc o Halloween nie sposób nie odnieść się do drugiego święta z importu, Walentynek mianowicie. Te z kolei wzięły Polskę szturmem, choć przypuszczam, że gdyby o sprawie mieli decydować faceci, to na te całe Walentynki machnęliby ręką. Tak się jednak składa, że niemal każdy facet, przynajmniej na pewnym etapie, ma tę jedną-jedyną, która ma się rozumieć nie przepuści żadnej okazji, by ten jeden-jedyny miał szansę okazać jak bardzo mu na swej jednej-jedynej zależy. W związku z powyższym, ci biedni faceci w zasadzie nie mają wyjścia, więc posłusznie kupują te szklarniowe tulipany i idą do kina na jakąś badziewną komedię romantyczną, licząc w skrytości ducha na alkowianą nagrodę ze strony swych jednych-jedynych. Tutaj już nic się nie da zrobić.

Rzecz jasna, jestem świadom iż 14 lutego jest katolickim dniem Świętego Walentego i Kościół stara się o tym fakcie swym owieczkom przypominać. Nie oszukujmy się jednak – jest to święto komerchy, niemniej, dzięki sympatycznemu przesłaniu jest w odróżnieniu od Halloween do przełknięcia. Choć z drugiej strony, te nieszczęsne, obowiązkowe komedie romantyczne mogą nieść ze sobą poziom makabry w wymiarze estetyczno-intelektualnym nie gorszy niż halloweenowe horrory. Ale, z dwojga złego, niech lepiej już będą te Walentynki... a tym, którzy pozwalają swoim dzieciom w wigilię Wszystkich Świętych plątać się po obcych mieszkaniach, dedykuję kawałek Spirit of 84 „Cukierek lub numerek”.

 

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

PS. Tekst „Cukierek lub numerek”

utwór rekomendowany osobom powyżej 16 roku życia ;)

 

Choć Polska lubi czuć się przedmurzem chrześcijaństwa

Co roku trwa tu festyn komercji i pogaństwa

Zamiast odwiedzać groby, atakują mieszkania

Banda paskudnych gnoi, bez śladu wychowania

 

Przylazła również do mnie dziewczynka, co ma pecha

Cukierek lub numerek, w moich drzwiach się uśmiecha

Oceniam sytuację, przyglądam się dziewczynie

Ktoś musi ją wychować, podejmę ten wysiłek

 

Żeby ten wieczór, dziewczę, dla ciebie był nauką

Dziś wybieram numerek, pod ścianę, pod ścianę!

Starczy pogańskich bredni, odechce ci się głupot

Dziś wybieram numerek, pod ścianę, pod ścianę!

 

Szlajanie się po nocy może być niebezpieczne

Metody wychowawcze brutalne lecz skuteczne

Gdy lekcję zapamięta, to może się nauczy

Odechce się dziewczynie po obcych domach włóczyć

 

Gdy trafi w dobre ręce, dziewczynka co ma pecha

Cukierek lub numerek, wie, po co się uśmiecha

Nie ma się po co szlajać, gdy noc październikowa

Gdy cukier zęby psuje, grunt, żeby panna zdrowa

 

Żeby ten wieczór, dziewczę, dla ciebie był nauką

Dziś wybieram numerek, pod ścianę, pod ścianę!

Starczy pogańskich bredni, odechce ci się głupot

Dziś wybieram numerek, pod ścianę, pod ścianę!

 

środa, 30 października 2013

Histeria anty-smoleńska

Kluczem do anty-smoleńskiej histerii jest strach.

I. Globus Wielowieyskiej

Miałem pisać o czymś innym, ale wciąż nie milkną echa II Konferencji Smoleńskiej, przy okazji której ujawniła się z całą swą nędzą strategia rozpaczy reżimowych mediodajni. Z jednej strony mamy mniej lub bardziej udane próby dojścia do prawdy w wydaniu Zespołu Parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza, z drugiej zaś szyderstwo przeplatane momentami atakami histerii. Katalizatorem owej zmiany drwin w galopującą panikę była okładka tygodnika „wSieci” prezentująca dobre humory premierów Tuska i Putina świeżo pojednanych na gruncie smoleńskiego błota. Nic dziwnego – wytrawni propagandyści wiedzą, że jeden obraz może być silniejszy niż tysiąc słów. Swoją drogą ciekawe, czy fotka została pstryknięta przed czy po kabotyńskim padaniu sobie w ramiona w nieutulonym „bulu i nadzieji”? No i ile jeszcze tego typu fotek nie ujawniono?

W każdym razie, redaktor Wielowieyska z „Wyborczej” dostała na widok ujawnienia owej radosnej fraternizacji czegoś w rodzaju „globusa” i wysmażyła dramatyczny artykuł-list do braci Karnowskich, w którym zostało napisane, o ile dobrze pamiętam, coś w tym guście, że teraz ludzie zaczną się zabijać, a w domyśle zwolennicy Macierewicza będą mordowali członków Sekty Pancernej Brzozy, niczym jakiś Cyba. Uff, skoro takie objawy dotykają nawet Dominikę Wielowieyską, której w odróżnieniu od większości redakcyjnych koleżanek i kolegów zdarza się od czasu do czasu napisać coś sensownego, to co dopiero mówić o innych?

II. Sparaliżowani strachem

Swoistą przygrywką do anty-smoleńskiej histerii, jeszcze przed ujawnieniem zdjęcia, był apel Pawła Deresza, dyżurnego wdowca mediodajni, którego wyciąga się ilekroć zachodzi potrzeba udowodnienia, że są również „rozumni” bliscy ofiar Smoleńska. Ten, przy okazji II Konferencji Smoleńskiej wystosował adres do metrowgłębnej marszalicy Sejmu, Kopacz Ewy, by zlikwidowała Zespół Parlamentarny badający Tragedię – z uzasadnieniem sprowadzającym się do „no bo to, pani kochana, starczy już tego dobrego”. „Wyborcza” przez czas jakiś żyła nadzieją, że da się coś z tym całym Zespołem zrobić, ale niestety została brutalnie wyprowadzona z błędu przez konstytucjonalistów, w tym również tych, których trudno podejrzewać o jakikolwiek sentyment do PiS-u, Macierewicza, czy Jarosława Kaczyńskiego. Słowem, żałość i zgroza.

Jednak, żeby nie było, iż Sekta składa broń, mieliśmy niedawno sposobność obejrzenia duszeszczipatielnego posłuchania, jakiego Tomasz Lis udzielił antymacierewiczowskim członkom rodzin ofiar. Tu poza powtarzaniem tego, czym nagrały zaproszonych gości mediodajnie, padła kwestia nad którą warto się zatrzymać. Oto pan Maciej Komorowski, syn Stanisława Komorowskiego, byłego wiceministra MSZ i MON, tak oto wspomina publikację „Rzeczpospolitej” o trotylu na wraku Tupolewa: „- Każdy z nas traktuje "Rzeczpospolitą" jako poważną gazetę i każdy z nas przez moment struchlał. Wszyscy po tej publikacji żeśmy się przestraszyli”.

Powtórzmy: „Wszyscy po tej publikacji żeśmy się przestraszyli”. Tutaj właśnie tkwi klucz. Strach. Strach przed tym, że jednak mogła to nie być „zwykła katastrofa”. Że może się okazać, iż mamy do czynienia z przeprowadzonym na zimno zamachem, na domiar wszystkiego zaś jego sprawcy zachowują się właśnie tak, jak Tusk z Putinem na słynnym zdjęciu, które tak pobudziło redaktor Wielowieyską. A wtedy co? „Przecież nie wypowiemy Ruskim wojny”. Oni tym strachem są zwyczajnie sparaliżowani. To uczucie każe im wypierać wątpliwości budzone przez ustalenia ekspertów współpracujących z Zespołem Parlamentarnym i żądać wobec nich „odsunięcia od stanowisk naukowych”. Owo dojmujące, paraliżujące przerażenie powoduje, iż są gotowi uwierzyć we wszystko, w każdą „narrację” suflowaną przez Laska i wspierające go siły rządowo-medialne, choćby jeden tylko prof. Binienda czy Cieszewski miał większy dorobek naukowy, niż wszyscy ludzie rzeczonego Laska razem wzięci. Lęk przed straszną prawdą sprawia, że są w stanie dać wiarę każdemu uspokajającemu kłamstwu – nawet za cenę rezygnacji z poznania faktycznych okoliczności śmierci najbliższych.

III. Zdjęcie warte tysiąc słów

Wracając jeszcze do zdjęcia opublikowanego przez „wSieci”. Pani Małgorzata Wassermann w wywiadzie dla Stefczyk.info powiedziała, że jest tym zdjęciem „zdruzgotana”. I tu warto zwrócić uwagę, że te oczywiste emocje i ta trauma, jaka towarzyszy jej i pozostałym rodzinom od 10 Kwietnia 2010, nie podziałały paraliżująco, jak stało się to w przypadku opisanego wyżej pana Macieja Komorowskiego, którego „przestraszył” tekst o trotylu. Przeciwnie – wyzwoliły pokłady energii by nie odpuszczać sprawy Smoleńska do końca, do całkowitego wyjaśnienia. Nie tylko ze względów osobistych, ale również z poczucia odpowiedzialności za państwo, którego wszystkie słabości i patologie zostały przy okazji tragedii na Siewiernym i później obnażone całemu światu.

W innym miejscu pani Małgorzata mówi: „Trudno mi sobie wyobrazić, co mógł powiedzieć Władimir Putin, żeby wywołać taki uśmiech premiera Tuska.” No cóż, może powiedział coś o dorżnięciu watah, a może niczego nie musiał mówić, tylko porozumiewawczo puścił oko? Jeśli kogoś powyższe oburzyło lub przyprawiło o niesmak, czy atak niestrawności, to przypomnę tylko przemysł pogardy towarzyszący prezydenturze śp. Lecha Kaczyńskiego, kontynuowany następnie bez cienia skrępowania już po Tragedii – co od razu pozwoli ujrzeć sprawy we właściwych proporcjach. Przy tamtym natężeniu zdziczenia, publikacja zdjęcia uchachanego Tuska niemal nad trupem znienawidzonego przezeń „Kaczora” oraz domysły jakie rodzi taka postawa, to naprawdę mały pikuś. A histeryczne wycie reżimowego mainstreamu rodzi jedynie refleksję, że coś jest bardzo na rzeczy i „onym” bardzo dotkliwie zaskwierczało pod tyłkami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/strategia-rozpaczy

http://niepoprawni.pl/blog/287/strach-rocznicowy

http://niepoprawni.pl/blog/287/antysmolenskie-opetanie

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolensk-jako-narzedzie-zmiany

sobota, 8 czerwca 2013

Zrobieni w abonament

…a właściwie w iluzję jego niepłacenia: 2,5 miliona osób zostało objętych procedurą windykacyjną za zaległości w uiszczaniu abonamentu RTV.

I. Dwa i pół miliona dłużników

Jakiś czas temu za sprawą senatorów PiS Henryka Ciocha i Grzegorza Biereckiego dowiedzieliśmy się, że w Polsce ok. 2,5 miliona osób zostało objętych procedurą windykacyjną za niepłacenie abonamentu RTV. Abstrahując od zasadności tego para-podatku „od telewizora” i kwestii modelu finansowania mediów państwowych (bo nie publicznych przecież), należy zwrócić uwagę, że obciążeni zaległościami są w dużej mierze (ok. 30%) ludzie starsi, często już w wieku emerytalnym, którzy obowiązek uiszczania abonamentu odziedziczyli w spadku po poprzedniej komunie, obecnie bowiem mało kto kłopocze się zgłaszaniem posiadanych odbiorników. I właśnie m.in. w stosunku do nich podejmowane są teraz czynności egzekucyjne za zaległości.

Wyobraźmy sobie tych emerytów i rencistów, do których nagle przychodzi urzędowa powiastka z groźnymi pieczęciami, która informuje ich, że wiszą ukochanej telewizorni jakieś 1400 – 1800 złotych. I mają to zwrócić wraz z karnymi odsetkami oraz kosztami postępowania. Przypominam, są to ludzie dysponujący np. tysiącem złotych miesięcznie, czyli balansujący na granicy biologicznego przetrwania. To samo tyczy się chociażby bezrobotnych. Zawału można dostać – może zresztą właśnie o to chodzi i mamy do czynienia z kolejnym elementem Programu Pełzającej Eutanazji uskutecznianej wobec bezproduktywnych „darmozjadów”? Big Cyc śpiewał kiedyś: „Państwo żywi i ubiera, nie obciążaj go – umieraj”. Tak, to by się nawet zgadzało.

II. Oślizgłe obiecanki

Skąd się wzięły owe zaległości? Ludzie sami z siebie powzięli nagle na masową skalę decyzję o bojkocie zobowiązań wobec reżimowych szczekaczek? No przecież, że nie. A już na pewno nie emeryci, którzy – wnioskując z obserwacji – na ogół starają się być z opłatami w porządku, nawet jeśli oznacza to przetrwanie do kolejnej emerytury o cienkiej herbatce i suchym chlebie. Swój początek obecna fala zadłużenia bierze w jednej, jedynej ale wszechstronnie nagłośnionej przez reżimowe mediodajnie wypowiedzi premiera Donalda Tuska sprzed pięciu lat (2008 r.). Premier rządu RP wypowiedział wówczas następujące słowa:

„Abonament jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi. Dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia.”

Zwróćmy uwagę na perfidię cytowanych zdań. Czy premier tam powiedział, że abonamentu nie trzeba płacić? Ależ skąd. Formalnie rzecz biorąc, Tusk podzielił się jedynie swą opinią, że abonament jest „archaiczny”, oraz że jest „haraczem”. A do tego zapowiedział, że „rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia”. Czyli, mieliśmy do czynienia z typową dla Ober-Matoła oślizgłą formułką, skonstruowaną tak, by nabić sobie sondażowe słupki popularności do niczego się nie zobowiązując. Cóż to bowiem oznacza, że „rząd będzie zabiegał o poparcie”? Literalnie nic.

Ludzie jednak zrozumieli to zupełnie inaczej, o czym świadczy nagłe załamanie się wpływów z abonamentu. Tak się bowiem składa, że większość obywateli nie jest szkolona w socjotechnice i pijarowskich sztuczkach, co sprawia, że wobec takich zagrywek, jak ta opisana powyżej, są rozpaczliwie bezbronni. Nie mają również pojęcia o trybie podejmowania decyzji i procedurze legislacyjnej. Do nich dotarł komunikat, że oto dobry premier zniósł abonament, by ulżyć ich doli - a nie, że jeden z najwyższych dostojników państwowych ot tak sobie tylko zażartował, by zrobić sobie popularkę.

III. Do żywego mięsa

Jakiś czas temu miałem okazję naocznie przekonać się o konsekwencjach niby-obiecanki premiera i konkretnym ludzkim wymiarze tego windykacyjnego nieszczęścia, które dotknęło dwa i pół miliona Polaków. Oto podczas wizyty na poczcie byłem świadkiem, jak do sąsiedniego okienka podeszła roztrzęsiona młoda kobieta z jakimiś świstkami w garści i dosłownie ze łzami w oczach, łamiącym się głosem zaczęła klarować urzędniczce, co następuje:

Do jej ojca przyszło zawiadomienie z rodzaju tych o których mówili senatorowie Cioch i Bierecki. (Nie pamiętam dokładnej kwoty, ale było to grubo ponad tysiąc złotych.) Ojciec od dawna nie wstaje z łóżka, jest po trzech wylewach, ma orzeczoną stuprocentową niezdolność do pracy i utrzymuje się z jakiejś skromnej renciny. Przecież wszyscy słyszeli, że abonamentu nie trzeba już płacić. Sam pan premier mówił tak kilka lat temu w telewizji! Dlaczego więc teraz przyszło do niego wezwanie do zapłaty? Skąd mamy wziąć nagle takie pieniądze?

Teraz, drodzy państwo, pomnóżmy sobie tę sytuację razy 750 tysięcy, tyle bowiem wynosi ów 30-procentowy odsetek emerytów i rencistów z ogólnej liczby dwóch i pół miliona osób z zaległościami w płaceniu abonamentu RTV. Przyznam się ze wstydem, że w pierwszej chwili poczułem coś w rodzaju złośliwej satysfakcji – „uwierzyliście ryżemu miglancowi, to teraz macie, głupole”. Po jakimś czasie jednak naszła mnie refleksja, której przed momentem dałem wyraz – o tej dziecięcej wręcz bezbronności ludzi wobec pijarowskiej ściemy uprawianej na zmasowaną skalę, z użyciem wszelkich środków rażenia pozostających na wyposażeniu zaprzedanych Dyktaturze Matołów mediodajni.

Tak sobie myślę, że gdyby jakimś trafem Tuskowi i jego kamaryli udało się uniknąć odpowiedzialności za wszystkie przekręty, zdrady, zaprzaństwa i zbrodnie jakich się dopuścili, ze Smoleńskiem na czele; gdyby, powiadam, jakimś cudem się z tego wywinęli, to już za samo cyniczne robienie sobie jaj z ludzkiej naiwności dla chwilowego poklasku i sondażowych notowań, za wpędzenie siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy starszych i schorowanych ludzi w niezawinione długi – tłukłbym tę zgraję bykowcem do siódmej krwi, do żywego mięsa, aż zdechliby po kolei z czerwoną pianą na ustach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 23 stycznia 2013

Blogosfera - „światło odbite”?

Czy blogosfera świeci „światłem odbitym”? Czy jest zbiorowiskiem internetowych „kanap”?

I. „Światło odbite”?

Nawiązując do poprzedniej notki „Wrocławski coming-out niezależnej blogosfery” chciałbym dziś zająć uwagę Czytelników pewnym aspektem blogerskiej działalności, na którego podjęcie podczas samej wrocławskiej konferencji z braku czasu nie było miejsca, a który został poruszony w „kuluarach”. Mianowicie, muszę odnieść się do wygłoszonej „poza kadrem” lekko sceptycznej uwagi jednego z organizatorów dotyczącej rzekomej ułomności blogosfery: jakoby świeciła ona „światłem odbitym” od mediów tradycyjnych – szczególnie jeśli chodzi o dostarczanie newsów. Inna uwaga dotyczyła rozdrobnienia i „kanapowości” blogerskich inicjatyw.

Otóż, to nie do końca tak i sądzę, że tego typu podejście wynika z niezrozumienia specyfiki blogosfery i jej relacji ze światem medialnego mainstreamu oraz światem polityki. Blogosfera nie jest bowiem od tego by w 100% zastępować tradycyjne media, lecz od tego, by te media kontrolować i uzupełniać. To na dzień dzisiejszy, bo przyszłość zapewne przyniesie poszerzenie oddziaływania blogosfery również w roli dostarczyciela informacji. Proszę zwrócić uwagę, że dynamiczny rozwój niezależnego przekazu w internecie to historia zaledwie kilku ostatnich lat – a i tak polska blogosfera jest ewenementem na co najmniej europejską skalę, co zresztą pośrednio dowodzi opłakanego stanu wolności słowa i pluralizmu debaty w przekazie głównonurtowym.

Zresztą, jeśli spojrzymy na dominujące mediodajnie – szczególnie te, będące emanacją Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP - to zobaczymy, że konsekwentnie wycofują się z roli przekaźnika rzetelnej informacji w kluczowych społeczno-politycznych kwestiach, preferując miast tego tzw. „szum informacyjny”, czyli trzeciorzędne bzdury, do zapomnienia po pięciu minutach, bądź też uciekając w tzw. „infotainment” - czyli produkcje „newsów” o charakterze na poły rozrywkowym, lub skandalizującym („mama Madzi”). W warstwie publicystycznej natomiast króluje nachalna, toporna i łopatologiczna propaganda. O dziennikarstwie śledczym z prawdziwego zdarzenia można w ogóle zapomnieć.

Lepiej przedstawia się sytuacja w mediach kojarzonych z prawicą, ale i tu można zaobserwować wahania poziomu (ostatnio, infantylne przyrównanie Polaków do hobbitów przez tygodnik „wSieci”), braki w zniuansowaniu przekazu, czy niekiedy nawet dziwną spolegliwość wobec narracji reżimowych mediodajni (sprawa Grzegorza Brauna).

II. Blogosfera jako uczestnik debaty publicznej

W jaki sposób odnosi się do powyższej sytuacji blogosfera? Otóż coraz częściej pełni ona rolę „filtra” odsączając istotne informacje, ginące w medialnym zgiełku i nie podejmowane szerzej w mediach tradycyjnych. W dobie zmasowanego ataku medialnej papki na percepcję odbiorców jest to rola równie ważna, co sama „produkcja” newsów – bo co nam po informacji, która przemknie gdzieś bokiem bez echa?

Podam przykład z własnej blogerskiej praktyki – o negocjowanym przez ekipę Pawlaka kontrakcie gazowym pisałem na długo przed tym, zanim sprawa ta stała się tematem pierwszoplanowym w mediach (również tych prawicowych), czy obiektem zainteresowania opozycji. Nie korzystałem z żadnej tajemnej wiedzy – wystarczyło poklikać po notkach zakopanych w działach ekonomicznych gazet i portali. Innym przykładem może być mój tekst o Pawle Grasiu („Berliński łącznik?”), w którym również zebrałem rozproszone po internecie informacje, by stworzyć z nich w miarę kompletny portret tej postaci, na który zresztą powołał się z kolei pan Marek Pyza w swym tekście „Nieodwoływalny” opublikowanym w „Uważam Rze”. Czyli – czasem to media tradycyjne „odbijają światło” od blogosfery i sądzę, że z czasem te proporcje będą się wyrównywać.

Poza tym, jeśli chodzi o newsy i podejmowaną tematykę, również i tu blogi stają się coraz częściej źródłem inspiracji dla mediów tradycyjnych. To blogerzy jako pierwsi alarmowali o nocnych atakach pijanej dziczy na obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, to na blogach pojawiło się po raz pierwszy słowo „zamach” po smoleńskiej tragedii. To portale blogerskie, dzięki swym materiałom i relacjom świadków odegrały kluczową rolę w odkłamywaniu rzeczywistego oblicza zajść podczas dwóch ostatnich Marszów Niepodległości.

Warto również zwrócić uwagę na opiniotwórcze dojrzewanie blogosfery. Prócz prostych komentarzy konstruowanych na zasadzie „dziennikarz iksiński coś napisał a ja się z tym zgadzam/nie zgadzam”, coraz więcej pojawia się pogłębionych analiz czy sążnistej publicystyki – i to często podejmującej dany temat z perspektywy zupełnie innej niż czynią to media głównego nurtu, zarówno reżimowego, jak i opozycyjnego. Jeśli chodzi o dziennikarstwo śledcze, nie sposób nie wspomnieć o dochodzeniowo-analitycznych tekstach Aleksandra Ściosa, czy wielowątkowym śledztwie smoleńskim, nie ograniczającym się bynajmniej do „maskirowki”. Poważną funkcją blogów jest również patrzenie mediom tradycyjnym na ręce i wychwytywanie rozlicznych manipulacji.

Biorąc pod uwagę wszystko co powyżej wyłuszczyłem, należy stwierdzić, iż protekcjonalne traktowanie blogosfery, jako „światła odbitego” jest nieuprawnionym uproszczeniem, wynikającym, jak sądzę, z nieznajomości tematu. Blogosfera staje się pełnoprawnym uczestnikiem publicznej debaty, można powiedzieć, że „wybija się na niepodległość” w stosunku do mediów mainstreamowych i jej rola oraz zasięg oddziaływania będzie się nieuchronnie zwiększać wraz z rozwojem nowoczesnych technologii. Zresztą, polecam ciekawy i pouczający tekst Budynia78 opublikowany na „Rebelyi” - „Blogerzy przejmują misję porzuconą przez media”, którym się tu częściowo inspirowałem. Naprawdę warto.

III. Niech kwitnie tysiąc... kanap!

Na koniec pragnąłbym się jeszcze odnieść do zarzutu rozdrobnienia i „kanapowości” blogerskich inicjatyw. Myślę, że takie podejście wynika z politycznego skrzywienia perspektywy z jakiej przywoływany na wstępie Rozmówca spogląda na społeczną rzeczywistość. Rzecz w tym, iż w przypadku oddolnej działalności składającej się na Drugi Obieg 2.0, którego niezwykle ważną częścią jest blogosfera, reguły rządzące naszym „zabetonowanym” systemem politycznym niekoniecznie muszą znajdować zastosowanie. Coś, co w realiach stricte politycznych może być szkodliwe (np. rozdrobnienie prawicy w latach '90), w przypadku blogosfery wcale takowe być nie musi. O ile w świecie polityki można zrozumieć postulat, że „jednoczenie prawicy powinno się odbywać nie poprzez integrowanie kanap, tylko przez ich eliminację”, co z powodzeniem czyni Jarosław Kaczyński, a co może mieć swe źródło w smutnej lekcji AWS-u, który był właśnie takim skazanym na porażkę „integratorem”, o tyle w niezależnej blogosferze znajduje raczej zastosowanie hasło Krzysztofa Czabańskiego „niech kwitnie tysiąc kwiatów”, które rzucił inicjując Kongres Mediów Niezależnych.

W wystąpieniu podczas panelu mediów niezależnych zwróciłem uwagę, iż z moich obserwacji wynika, że rozmaite blogerskie inicjatywy poprzez wzajemne linkowanie, ale również poprzez zdrową konkurencję nie tyle odbierają sobie czytelników i sympatyków, ile wręcz ich sobie wzajemnie napędzają, tworząc wartość dodaną. Dzieje się tak dlatego, że czytelnik – w przeciwieństwie do wyborów, gdzie ma do dyspozycji tylko jeden głos o który rywalizują partie – może „głosować” wielokrotnie: z Niepoprawnych przejdzie sobie na Blogpress, z Blogpressu na Blogmedia24, w międzyczasie włączy Niepoprawne Radio PL...

Warto zwrócić uwagę, iż samorzutnie ukształtowała się specjalizacja poszczególnych portali: Niepoprawni to przede wszystkim publicystyka, Blogmedia24 to działalność społeczna zastępująca – jak trafnie zauważyła pani Teresa Tokarska – rzecznika praw obywatelskich, z kolei bardzo mocną stroną Blogpressu są relacje wideo z różnych wydarzeń po prawej stronie, zaś Niepoprawne Radio PL wypełniło lukę jaką był brak niezależnej prawicowej rozgłośni w internecie. A przecież są jeszcze inni. Na dodatek, współistnienie różnych inicjatyw zwiększa, paradoksalnie, bezpieczeństwo niezależnego przekazu. Jedno, duże medium, łatwiej spacyfikować, może spotkać go bankructwo, może stać się obiektem manipulacji, lub wrogich działań służb. Natomiast rozdrobnione inicjatywy są jak rój: można zabić jedną czy drugą pszczołę, ale z rojem zwyciężyć nie sposób.

Słowem, analogia między niezależną blogosferą a światem polityki jest fałszywa, zaś hołdowanie podejściu, wedle którego należy „grać tylko z dużymi”, szczególnie gdy połączyć je z lekceważeniem rozproszonych części składowych Drugiego Obiegu 2.0, może kiedyś skończyć się niemiłą niespodzianką.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii

sobota, 29 grudnia 2012

Czy Agnieszka Kublik zrzyna z Seawolfa?

Oj, Wilku Morski, teraz będziesz musiał się postarać, bo Agnieszka Kublik zaczyna wchodzić w Twoje buty...

Miałem o tym napisać już ładnych kilkanaście dni temu, ale jakoś wyleciało mi z głowy, potem były Święta i tak dalej - teraz jednak nadrabiam, bo trudno zostawić sprawę bez jakiegokolwiek komentarza. Otóż, drodzy Państwo, stopień wyjałowienia intelektualnego cyngli z „Wyborczej” sięgnął takiego dna, że nie słychać już nawet pukania od spodu. Agnieszka Kublik mianowicie zaczyna zrzynać z popularnego i lubianego „jaskiniowego antykomucha” Seawolfa, z tą różnicą, że to co Seawolf podaje w tonie szyderczo-prześmiewczym, pani Kublik wciska swoim czytelnikom najzupełniej poważnie, osiągając dzięki temu efekt podwójnego komizmu. Nie od dziś wszak wiadomo, że żart podany w stylu Bustera Keatona bawi najbardziej. Tyle, że metoda zastosowana przez panią Kublik - podać to pisze Seawolf w konwencji serio, na dodatek z tym tyleż charakterystycznym, co nieznośnym, gazetowyborczym moralnym zadęciem - to typowy numer jednorazowy. Za drugim razem chichoty na widowni będą już słabsze, za trzecim rozlegną się gwizdy i zaczną fruwać pomidory.

Ale do rzeczy – oto pani Kublik, niczym Miś Fazi salonowej publicystyki, postanowiła wyjęzyczyć się na temat zwrotu wraku Tu-154M przez Rosjan. Obawia się rzecz jasna tego, co my z tym całym żelastwem poczniemy – i ze zwierzęcą powagą proponuje „ogólnopolską debatę”. Ale najlepsze zostawia na koniec. Oddajmy jej głos: „Bo jak szybko tego władza, po konsultacjach społecznych rzecz jasna, nie zdecyduje, to grozi nam powtórka z Krakowskiego Przedmieścia: krzyże, znicze, kwiaty, pieśni, modlitwy. Będą powstawały komitety obrony wraku, komitety budowy pomnika. Komitety dzielące i wykluczające. Słowem: polsko-polska wojna o wrak.” (wytłuszczenie moje – GG, cyt. za „A gdy już nam zwrócą wrak...”)

No powiedzcie sami, czyż nie pachnie to blogerską publicystyką Seawolfa? Ach, te „dzielące i wykluczające” komitety! Któż, jak nie Seawolf pisuje w swych tekstach o „jątrzycielach i dzielicielach” i snuje apokaliptyczne wizje dotyczące moherów i prawaków, parodiując propagandowy styl reżimowych mediodajni? Zwróćmy również uwagę na ten absurdalny poziom lęku przed „krzyżami, zniczami, kwiatami, pieśniami i modlitwami” - coś takiego równie dobrze mogłoby się znaleźć w którym z jego felietonów ku uciesze „jaskiniowych” czytelników. Oj, Wilku Morski, teraz będziesz musiał się postarać, bo Agnieszka Kublik zaczyna wchodzić w Twoje buty...

Cóż, jeśli „śpiewać każdy może”, to nikt również nie zabroni pani Kublik spróbować swych sił w sztuce satyryczno-kabaretowej, jednakże przy okazji swego debiutu poszła drogą najgorszą z możliwych – plagiatu, zrzyny i wtórności, niczym początkujący gitarzysta, co to próbuje grać „pod” Hendrixa, czy Claptona. Po takich artystach z reguły słuch szybko ginie i o ile z czasem nie wykształcą własnego, unikalnego stylu, to prędzej czy później zarabiają na chleb z masłem grając po weselach, lub w najlepszym razie kończą jako sesyjni muzycy do wynajęcia.

A tak na zakończenie, nieco bardziej serio – przypomnę, że owa „polsko-polska” wojna, której nawrotu tak bardzo obawia się pani Kublik została zapoczątkowana wywiadem Komorowskiego dla „Wyborczej”, następnie zaś była z pełną premedytacją podkręcana zachwytami nad nachlaną dziczą szczającą na znicze i wysyłającą na stos „mohery” oraz pompowaniem niezrównoważonego wioskowego przygłupka, Dominika Tarasa, co to boi się kleru, Kościoła i Opus Dei, bo czytał „Kod Leonarda da Vinci”. A wszystko to z panicznego strachu na widok tłumów pod Pałacem Prezydenckim i morza płonących zniczy. Tę rodzącą się jedność w obliczu narodowej Tragedii należało czym prędzej rozbić, zniszczyć, unieważnić. I „Wyborcza” wraz z Dyktaturą Matołów zrobiły wszystko, co w ich mocy, by tak się właśnie stało.

Podobny mechanizm zadziała, gdy wrak trafi w końcu do Polski: awantura wybuchnie, jeśli będzie to na rękę władzy i jej zapleczu. Jeżeli sondaże będą wykazywały wzrost niechętnych reżimowi nastrojów połączonych z narastającym sceptycyzmem wobec oficjalnych ustaleń w sprawie Smoleńska, to „wojna polsko-polska” z pewnością powróci, niczym złośliwy nowotwór. Ale to nie my będziemy za to odpowiedzialni, podobnie jak nie byliśmy odpowiedzialni za jej rozpętanie.

Gadający Grzyb

P.S. „Wyborcza” na swoich stronach informuje o katastrofie Tu-204 na moskiewskim lotnisku Wnukowo. Samolot rozbił się podczas lądowania, rozpadł na trzy części, wybuchł pożar. Kabina pilotów uległa całkowitemu zniszczeniu. Na tę chwilę jest informacja o czterech ofiarach śmiertelnych na 12 osób będących na pokładzie (leciała tylko załoga). Czyli 2/3 przeżyło. „Gazeta” wyłączyła możliwość dodawania komentarzy.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 23 grudnia 2012

Duchowe gadżeciarstwo

Przemysł pogardy przemysłem pogardy, a numer świąteczny trzeba jakoś sprzedać.

I. Jak przed rokiem...

Rok temu, przed Bożym Narodzeniem, Budyń78 opublikował posta „Raz do roku ludzkim głosem...?”, w którym zrobił świetne zestawienie najbardziej ohydnych okładek „Wprost” i „Newsweeka” - z tupolewem na krzyżu, promocją satanisty Nergala itp. - konfrontując je z „odświętnymi” numerami tychże tygodników. W wersji „bożonarodzeniowej” królowały rzecz jasna Święta Rodzina i cieplutki, „choinkowy” przekaz. W niniejszej notce pozwolę sobie na mały plagiat tamtego kapitalnego pomysłu (mam nadzieję, że Budyń się nie obrazi), bowiem jak się okazuje, przez ostatni rok nic się w tej kwestii nie zmieniło. Przez dwanaście miesięcy atakowani jesteśmy a to Macierewiczem-talibem, a to „tatą w sutannie”, to znów księżowskim homo-seksem „po bożemu”, by nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, przy okazji Bożego Narodzenia usłyszeć dochodzący z newsweekowych łamów „ludzki głos” w postaci wizerunku Bogurodzicy z Dzieciątkiem Jezus.

 

II. Business is business

Okazuje się, że przemysł pogardy przemysłem pogardy, a numer świąteczny trzeba jakoś sprzedać. Wojnę z Kościołem i „moherami” należy zawiesić na te dwa tygodnie, bo w okresie Bożego Narodzenia nawet najbardziej zacietrzewiony leming potrzebuje tej choinki, szopki, opłatka i całej reszty świątecznego rekwizytorium. Okładka z, dajmy na to, dwoma biskupami pedalącymi się pod choinką mogłaby przyprawić go o dysonans poznawczy, spowodować uczucie psychicznego dyskomfortu i zaburzyć stan błogiego samozadowolenia. Jeszcze nie ten etap, aczkolwiek niewykluczone, że za parę lat zobaczymy w kioskach również coś w tym guście. Po coś przecież ta propagandowa maszyneria pracuje przez okrągły rok.

Tomasz Lis, obecny naczelny „Newsweeka”, swojego czasu zresztą napisał otwartym tekstem, że prędzej czy później będzie u nas jak na Zachodzie, ze wszystkimi kulturowymi konsekwencjami tego procesu, więc on ma zamiar ten trend wspierać (przytaczam sens tamtego artykułu). Zatem Lis, czując wiatr historii, pozycjonuje się w awangardzie nieubłaganego Postępu, zohydzając ile sił Kościół i katolicką tradycję, wychodząc przy okazji naprzeciw tzw. ludowemu antyklerykalizmowi zasadzającemu się na zawiści wobec fury księdza proboszcza i złośliwej satysfakcji z upadków i słabości różnych przedstawicieli stanu duchownego. Nic nowego, na podobnej zasadzie funkcjonował w latach '90 Jerzy Urban ze swoim „NIE”, zaspokajając lumpenproletariacką potrzebę zajrzenia „klechom” pod sutanny.

III. Duchowe gadżeciarstwo

Póki co jednak, czytelniczy „target” nie jest jeszcze dostatecznie urobiony, by w okresie świątecznym łyknąć ze smakiem kolejną porcję plugastwa. Rechoczący na co dzień z taliba-Macierewicza czy z fotomontażu przedstawiającego księży-pederastów „fajnopolak” potrzebuje bożonarodzeniowego dopieszczenia, jakiejś namiastki sacrum. Podkreślmy to – namiastki, bo prawdziwe sacrum jest zbyt ciężkostrawne, stawia wymagania, żąda uczciwego wejrzenia w siebie i zmusza do autentycznej konfrontacji z naukami Tego, który właśnie przychodzi na świat. No i wysłuchania od czasu do czasu tego całego „kleru”, który ciągle by ludziom czegoś zakazywał i głosi te wszystkie zawstydzająco nieeuropejskie, zaściankowe nauki, których przecież „nikt na poziomie” nie może traktować poważnie.

Jasna sprawa zatem, że „fajnopolak” by utwierdzić się w przekonaniu o swej fajności wybiera to co zawsze: gadżet. Gadżetem jest choinka, opłatek, wigilijny stół, no i rzecz jasna okolicznościowy, podwójny numer tygodnika z Maryją, Dzieciątkiem i aniołkami na okładce. Taki właśnie gadżet, tchnący ciepełkiem i serwujący przekaz przykrojony do okolicznościowego zapotrzebowania, sprzedaje Lis i jemu podobni. Można to-to przekartkować podczas sjesty po świątecznym obżarstwie i strawa duchowa odfajkowana. Błogostan płynący z przeświadczenia, że jednak tradycji stało się zadość, ale jednak tak jakoś fajniej i bardziej na luzie, ugruntowany. Uwiarygodnienie się przed samym sobą, że jednak nie jest się wykorzenionym klonem bez tożsamości – zwieńczone sukcesem. Paleta emocjonalnych potrzeb składających się na „fajnopolackie” rozumienie „odświętnej atmosfery” - spełniona. „Magia świąt” - uratowana.

A od stycznia redaktor Lis ze swą gazetą znów zadbają, by hodowany przez nich czytelniczy „target” miał bardziej stosowne powody do ekscytacji, niż jakieś tam religianckie zabobony. Pierekowka dusz musi postępować konsekwentnie, systematycznie i zgodnie z planem.

Gadający Grzyb

Wszystkim Niepoprawnym - Współblogerom, Komentatorom i Czytelnikom, życzę zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia – przeżywanych pełniej i bardziej autentycznie niż opisano w powyższej notce. Wesołych Świąt!

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 30 listopada 2012

„Słupy” Układu

„Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”.

I. Prawica potrafi!

Bądźmy szczerzy – te półtora roku ukazywania się „Uważam Rze”, szczególnie w medialnej stajni Hajdarowicza, to i tak był czas wykradziony losowi. Ten czas redakcja wykorzystała najlepiej jak mogła, tworząc topowy, opiniotwórczy tygodnik, którego Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, zgrzytając zębami, nie mógł ignorować i „unieważnić” jako marginalnego, oszołomskiego pisemko frustratów i nieudaczników, która to metoda jest dla mainstreamu bodaj ulubionym sposobem na deprecjonowanie niewygodnych inicjatyw.

Lisicki z ekipą dowiedli bowiem, że prawica potrafi stworzyć wartościowe, atrakcyjne, poczytne i pokupne medium, mogące podbić przebojem trudny, prasowy rynek, jeśli tylko nie stwarza się przed nim sztucznych barier. Co więcej, jest w stanie to zrobić bez uciekania się do kloacznej estetyki w stylu Tomasza Lisa i jego „Newsweeka”. Kto wie, czy nie jest to najbardziej wartościowa część spuścizny „URz”, która nie raz jeszcze zaprocentuje w przyszłości – jak każde przełamanie fałszywego stereotypu. To „odczarowanie” mitu prawicowego nieudacznictwa może otworzyć perspektywy przed kolejnymi przedsięwzięciami medialnymi.

II. „Słup” Hajdarowicz

No, ale wszystko co dobre ma swój kres, albowiem gdy w grę wchodzi trotyl, tam kończą się żarty. Grzegorz Hajdarowicz, który z łaski Dyktatury Matołów przejął „Presspublicę” za pożyczki otrzymane od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, od byłego esbeckiego „TeWusia” - milionera - Leszka Czarneckiego oraz od PW „Rzeczpospolita”, został uruchomiony, by zrobić to, do czego został zatrudniony w charakterze biznesowego „słupa” służb i obozu rządzącego. I „słupek” Hajdarowicz zadanie wykonał bez wahania. Zresztą, niechby tylko spróbował się zawahać – zlecone przez „czynniki” zadania lepiej wykonywać jeszcze przed weekendem. Wiadomo wszak, że właśnie podczas weekendów lawinowo przyrasta u nas liczba samobójstw „bez udziału osób trzecich”, więc lepiej nie kusić licha, które jak wiadomo nigdy nie śpi, podobnie jak Seryjny Samobójca.

Zatem, pan biznesmen ze służbowej łaski chwacko uwinął się z pacyfikacją powierzonych mu tytułów – najpierw „Rzepy”, następnie zaś „Uważam Rze”, przywracając tak pożądaną przez jego patronów jedność moralno-polityczną medialnego mainstreamu. W powszechnym przekonaniu jest to krok samobójczy z biznesowego punktu widzenia, ale przecież nie dlatego podarowano „zaprzyjaźnionemu przedsiębiorcy” „Presspublicę”, wykurzywszy z niej uprzednio krnąbrnego większościowego udziałowca, by pan Hajdarowicz miał się przejmować względami finansowymi, gdy Dyktatura Matołów walczy o przetrwanie, zwiera szeregi i przystępuje do batalii z „faszyzmem”, tudzież „mową nienawiści”. Pan Hajdarowicz zostanie wynagrodzony w odpowiednim czasie w stosowny sposób, albowiem wart jest robotnik zapłaty swojej – choćby nawet „Uważam Rze” padło pod nowym kierownictwem po kilku numerach. „Biznesmeni przyjaźni lewicy” - jak onegdaj ujął to Leszek Miller, są cennymi aktywami każdej „waadzy”.

III. Kres dwuznaczności

Trochę szkoda, że zespół „URz” nie podziękował za współpracę zaraz po tym, jak wywalono z „Rzepy” Cezarego Gmyza. Rozumiem, że żal porzucać własne dzieło, ale sytuacja była, przyznajmy, dość dwuznaczna. Nie rozumiem też, po co Lisicki plótł androny o niezależnym statusie tygodnika w strukturze „Presspubliki”, że nic mu nie grozi itp. Jak się rzeczy mają, właśnie się przekonaliśmy. W sumie, Hajdarowicz wywalając Lisickiego, wyratował poniekąd załogę „URz” z nielichego dylematu. Jednak trzeba oddać, że postawa zespołu redakcyjnego zasługuje na najwyższe uznanie. Mało którą redakcję stać by było na taką solidarność. Wyobrażacie sobie coś takiego w „Newsweeku”? Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.

A wieść niesie, że nowy naczelny – Jan Piński – wydzwania po dziennikarzach „kojarzonych z prawicą” i kusi ich tłustymi „pecuniami”, które jak wiadomo „nie oletują”, byle tylko zechcieli przyjść do wyludnionego tytułu, albowiem na pierwsze spotkanie z nowym szefem... nie przyszedł nikt ze składu „URz” i „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, jeśli jakimś cudem Pińskiemu uda się sformować zespół, to warto będzie odnotować nazwiska tych dziennikarzy. I zapamiętać. Dobrze zapamiętać.

IV. Jan Piński – „słup” drugiej kategorii

Skoro jesteśmy już przy Pińskim – doprawdy, nie wiem kim trzeba być, by w ogólnie znanej sytuacji „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” przyjąć propozycję „słupa” Hajdarowicza, uwiarygadniając i firmując własną twarzą prasowe porządki pod egidą Dyktatury Matołów. No chyba, że tę twarz straciło się już dawno temu wraz innymi przymiotami konstytuującymi tzw. „osobę ludzką” i pozostało już tylko nieśmiertelne „kasa, misiu, kasa”. Wtedy można schować wszystko do kieszeni i z uśmiechem pełnić rolę „słupa” drugiej kategorii, podliczając luby grosz.

Kim jest Piński pokazuje jego wywiad, w którym z miedzianym czołem, za przeproszeniem, pieprzy głodne kawałki o tym jaką to opozycyjną gazetę chce robić i umacniać jej niezależność. Wystarczy przeczytać tylko to, znając kontekst ogólnosytuacyjny, by wyrobić sobie opinię. Nic więcej nie trzeba. Nawet tego, że z „Nowym Ekranem” pożegnał się z zaskoczenia, z dnia na dzień. „Lojalny jak Piński”, tak się powinno mówić, co by tam Łazarz w jego obronie nie wypisywał.

Nie wiem, czy nowe „Uważam Rze” stanie się tubą jakiejś koncesjonowanej, zblatowanej endecji od Giertycha, jakiegoś „neo-PAX-u Trzeciej RP”, ale analogia do okoliczności, w jakich Bolesław Piasecki przejął „Tygodnik Powszechny” narzuca się sama. Nic to – mas nie porwą, to pewne. Najprawdopodobniej „URz” padnie po kilku numerach, lub w najlepszym razie podzieli los „Przekroju”. Cóż, jakiś czas temu prorokowałem, że „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój” - i choć detale tej drogi do upadku nieco się różnią od moich przewidywań sprzed ponad roku, to zasadniczo wychodzi na moje.

A tak już na zakończenie, pozostaje tylko zadać pytanie: jaką rolę w zamachu smoleńskim odegrali ludzie z WSI i Dyktatura Matołów, skoro jeden tekst o trotylu na wraku tupolewa tak zaktywizował ich „słupa”, że postanowił zarżnąć dwie gazety?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Inne notki o „Presspublice” itp.

http://niepoprawni.pl/blog/287/gaudenizacja-rzepy

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony