Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ks. Lemański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ks. Lemański. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2014

O księdzu Hartmańskim

Świecka mutacja Lemańskiego i Hartmana, jakiś niby-ksiądz „Hartmański” to zdecydowanie nie to samo, nie ta siła rażenia po prostu.

I. Lemański jak Natanek

A obiecywałem sobie, że nie napiszę ani słowa o księdzu Wojciechu Lemańskim...

Jednak, skoro opera mydlana o mamie Madzi w sutannie zbliża się do nieuchronnego końca za sprawą suspensy nałożonej przez abp. Henryka Hosera na niesubordynowanego kapłana, to może w sumie warto skrobnąć kilka uwag.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to lustrzane podobieństwo do sprawy ks. Piotra Natanka. Lustrzane, bo o ile ks. Natanek głosił poglądy skrajnie tradycjonalistyczne, o tyle ks. Lemański zaliczył odchylenie postępowo-liberalne. Obaj, każdy na swój sposób, przekroczyli granice doktrynalne i obaj nie chcieli podporządkować się swym biskupom, którym ślubowali posłuszeństwo. Obu kapłanów łączy również grzech pychy spowodowany uwielbieniem jakim obdarzyli ich wierni, zaś niewątpliwa charyzma stopniowo przeszła w stan zwyrodnieniowy, czyli sekciarstwo i przeświadczenie o własnej nieomylności. Co tam episkopat, kościelna doktryna i kapłańskie śluby – liczę się ja i moja nauka.

Dla jednego Kościół był przerośnięty mackami masonerii i nie dość ortodoksyjny, dla drugiego – zbyt konserwatywny, za mało otwarty na współczesność, zwłaszcza w kwestiach bioetycznych i dialogu z innowiercami, ze szczególnym uwzględnieniem Żydów. Wreszcie, zarówno ks. Lemański, jak i ks. Natanek dostali zwyczajnej małpy na tle syndromu zwanego „parciem na szkło”, z tym że pierwszemu basowały najbardziej wpływowe mediodajnie rozgrywające własną partię obliczoną na rozbicie Kościoła, a drugi zachłysnął się klikalnością w internecie. Obaj, koniec końców wypowiedzieli posłuszeństwo swym biskupom – abp. Dziwiszowi i abp. Hoserowi. Obaj nie podporządkowali się karze suspensy. Przypadek ks. Natanka świetnie opisała w swoim czasie Mama Katarzyna w notce „Kościół Chrystusa, czy ks. Natanka?” - polecam.

W zasadzie różni się jedynie medialna otoczka towarzysząca ich poczynaniom. Ks. Natanek służył mainstreamowym mediodajniom za dostarczyciela tzw. „lol-kontentu”, czyli mówiąc po ludzku – darto z niego i jego kazań na potęgę łacha, a warto pamiętać, że był to szczytowy okres promowania „młodych z fejsbuka”, akcji „Krzyż”, Dominika Tarasa, słowem – całej tej socjotechnicznej operacji mającej uderzyć w Kościół Katolicki i sponiewierać w masowej świadomości „moherów”. Księdza Lemańskiego natomiast traktuje się z pełną atencją, zaś Jan Turnau z Adamem Szostkiewiczem płaczą: „Kościół wycofał z pola walki ważnego wojownika”; tudzież „jedną z twarzy Kościoła okazuje się nie ks. Lemański, tylko jego prześladowca abp Hoser”. Jakoś nie przypominam sobie, by jeden z drugim wylewał łzy nad prześladowaniem ks. Natanka przez kardynała Dziwisza. A już zupełnie nie sposób wyobrazić sobie, by ci dwaj ujęli się za księżmi Isakowiczem-Zaleskim bądź Małkowskim, którzy też nie mają ze swymi zwierzchnikami lekko, ale mimo to zachowują dyscyplinę i wierność Kościołowi.

II. Ksiądz Hartmański

Warto zwrócić uwagę, skąd ks. Lemański otrzymał ofertę. Otóż, złożył mu ją prof. Jan Hartman, co do którego żywię silne podejrzenie, iż jest osobistym pełnomocnikiem Lucyfera na Polskę, co snadnie poznać można po chorobliwej nienawiści jaką żywi wobec religii w ogóle, a katolicyzmu w szczególności, oraz po demonicznej treści głoszonych przezeń nauk bioetycznych. Ówże Hartman na swym blogu wzywa „pana” Lemańskiego, by ten dał sobie spokój z tym odrażającym Kościołem, zrzucił duchowną sukienkę i „wyszedł z kruchty” „czynić dobro” „pośród wolnych i światłych ludzi” - tak jak uczynili to już byli duchowni Obirek, Bartoś i Węcławski. Przypomnę jeszcze, że imię Lucyfer oznacza „Niosący Światło” i właśnie do tego zadania – promowania specyficznie pojmowanego „oświecenia” - nawołuje Lemańskiego swemi syrenimi śpiewy mąż uczony Hartman. Całość kończy apelem: „Niech Pan do nas wraca! Wraca, mówię, bo tak naprawdę należy Pan do nas. Czekamy na Pana!”

Powtórzmy. Hartman wzywa Lemańskiego, by wrócił „do nas”. „Do nas”, czyli do kogo? Do loży Synów Przymierza, czyli B'nai B'rith Polin? Wtedy rzekome pytanie abp. Hosera odnośnie obrzezania Lemańskiego, o które podniosła się taka wrzawa, nagle stałoby się uzasadnione... A może, porzucając złośliwości, mamy do czynienia, na co zwrócił uwagę Toyah, z wezwaniem demonicznym – szatan manifestujący się u opętanych nader często posługuje się bowiem liczbą mnogą (np. „on/ona jest NASZ/NASZA”). W tym drugim przypadku ks. Lemański zasiliłby szeregi oświeconych satanistów trudzących się nad zgotowaniem nam piekła na Ziemi, czyli Nowego Wspaniałego Świata.

Jest tylko jedno „ale”, którego prof. Hartman w swej lucyferiańskiej gorliwości nie wziął pod uwagę. Otóż Lemański najskuteczniejszy jest w sianiu zamętu jako ksiądz, a nie osoba świecka. Siłom Postępu niezbędny jest właśnie dywersant w łonie Kościoła, podpierający swe herezje autorytetem kapłańskim. Lemański bez sutanny nie jest im do niczego potrzebny. Mają takich na pęczki. Oni go potrzebują właśnie działającego wewnątrz Kościoła i skuteczniej dzięki temu ogłupiającego wiernych i rozbijającego wspólnotę od środka. Potrzebny jest, by mogli wskazywać go palcem i mówić – „oto właściwe, nadążające za duchem czasu oblicze nowoczesnego i otwartego Kościoła”. Świecka mutacja Lemańskiego i Hartmana, jakiś niby-ksiądz „Hartmański” to zdecydowanie nie to samo, nie ta siła rażenia po prostu.

III. Ostatnia misja Lemańskiego

Cóż, z Lemańskim-dywersantem sprawa wydaje się skończona, bo trudno mi uwierzyć, że Watykan uwzględni jego rekurs i zezwoli, by ksiądz podskakiwał swemu biskupowi kiedy mu się spodoba. I sam ksiądz Lemański zdaje sobie chyba z tego sprawę, stąd uporczywe przeciąganie spektaklu – skoro już przyjdzie mu zrzucić sutannę, to z maksymalnym hukiem, tak by odejść ze stanu duchownego w glorii męczennika zgnojonego przez bezduszną hierarchię i z tej pozycji, już jako były kapłan, krytykować Kościół. Pozycjonuje się w ten sposób na przyszłość jako ofiara - to jego ostatnia misja w obecnej roli duchownego – myślę jednak, że wiele mu to nie pomoże.

Wracając do przywołanej na początku analogii sprawy księży Lemańskiego i Natanka – sądzę, że obaj skończą podobnie. Ks. Natanek jak się zdaje wciąż odprawia świętokradcze Msze Święte w Grzechyni, lecz w jego Pustelni Niepokalanów wieje, nomen omen, pustką. Zostali przy nim jedynie najbardziej zaczadzeni akolici. Ks. Lemański najprawdopodobniej skończy jako „pan od religii” plączący się w okolicach „Gazety Wyborczej” i wyciągany z szafy gdy trzeba będzie wydać te kilka rutynowych odgłosów potępiających polski Kościół za rozmaite błędy i wypaczenia. Dokładnie tak, jak dzieje się obecnie z innymi byłymi duchownymi przywołanymi przez prof. Hartmana – Bartosiem, Obirkiem i Węcławskim. Siedzą gdzieś na tych swoich uczelniach i pies z kulawą nogą się nimi nie interesuje – za wyjątkiem tych krótkich momentów, gdy otrzepani z naftaliny zjawiają się na łamach „Wyborczej”, bądź w okienku TVN24, by pomstować na zakamieniały Kościół, który nie wyświęca kobiet i wymaga od księży celibatu, przez co ci popadają w pedofilię.

I tak to, proszę Państwa, będzie jechać - do momentu, aż mediodajnie wynajdą nowego niepokornego księdza, by napompować go pychą i na kilka miesięcy zrobić z niego duchownego celebrytę i reformatora. Albowiem show must go on.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/pe%C5%82nomocnik-lucyfera-na-polsk%C4%99#.U_jUP6PqWSo

Polecam:

http://mamakatarzyna.blogspot.com/2011/07/koscio-chrystusa-czy-ks-natanka.html

 

niedziela, 27 kwietnia 2014

Orban, Franciszek i Jan Paweł II jako byty wirtualne

Obserwujemy proces kreacji swoistych fantomów medialnych, które tylko udają realnie istniejące postaci z krwi i kości.

I. Fantomatyka stosowana

Postępująca wirtualizacja rzeczywistości przejawia się nie tylko pozorowaniem działalności publicznej, co znamy pod nazwą „postpolityki”, która miast realnych czynów opierać się ma na „narracjach”, czyli ładnie opakowanych bajeczkach obliczonych na uwodzenie wyborczej gawiedzi. Sprawy posunęły się niestety znacznie dalej. Obserwujemy mianowicie proces kreacji swoistych fantomów medialnych, które tylko udają faktycznie istniejące postaci z krwi i kości. Co ciekawe, w procederze tym uczestniczą media kojarzone z obiema stronami polityczno-światopoglądowego sporu – domyślam się, że w ten sposób zaspokajają jakieś emocjonalne deficyty zarówno swoje, jak i kibicującej im publiczności.

Dwa najbardziej jaskrawe przykłady owej „fantomizacji” z ostatniego czasu, to moim zdaniem obróbka jakiej dopuszczono się z jednej strony wobec Viktora Orbana (media, nazwijmy umownie „prawicowe”), z drugiej natomiast – wobec papieża Franciszka (media lewicowo-liberalne). Przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.

II. Orbanowski „mesjanizm”

W narracji serwowanej nam przez prasę i dziennikarzy z obozu patriotyczno-niepodległościowego Viktor Orban przez długi czas przedstawiany był jako polityczny mesjasz Europy Środkowo-Wschodniej. Człowiek, który miał oswobodzić neokolonialną, kondominijną przestrzeń powstałą po rozpadzie bloku sowieckiego, a będącą obecnie polem rozgrywki i podziału wpływów między Rosją a Zachodem. Chyba najbardziej dobitnym przykładem owego pomieszania zmysłów i porządków były nawoływania do „Budapesztu nad Wisłą” rozumianego nie tylko jako stricte polityczne przejęcie władzy w wymiarze umożliwiającym zreformowanie kraju, ale wręcz jako prometejski zaczątek jakiegoś nowego ładu w naszej części kontynentu. Pokłosiem takiego podejścia były wyprawy Klubów Gazety Polskiej na Węgry z pozowaniem Tomasza Sakiewicza na współczesnego Józefa Bema i z ledwie tylko skrywanym podtekstem, że Orban, prawda, powinien się jakoś zrewanżować za przeszłe zasługi naszego generała, działając w kierunku budowy jakiegoś strategicznego sojuszu Międzymorza o antyrosyjskim obliczu.

Powrót do rzeczywistości okazał się, jak zwykle w takich przypadkach, dość przykry. Orbanowi ani w głowie umierać, czy choćby tylko narażać siebie i swój kraj w jakikolwiek sposób za Polskę czy region, w imię jakichś mglistych geopolitycznych miraży. Mówiąc poetą, nie od tego go naród płaci. Okazał się politykiem do bólu pragmatycznym i polityczno-gospodarczym realistą. Działając między unijnym młotem a rosyjskim kowadłem postawił na grę między obiema potęgami i bez skrupułów podpisał z Rosją porozumienie o budowie elektrowni jądrowej, ponadto ani myśli odżegnywać się od partycypowania w South Streamie. Uznał najzwyczajniej, że Węgry mogą sobie na taki flirt pozwolić, nawet biorąc pod uwagę ryzyko związane z traktowaniem przez Rosję kwestii surowcowo-energetycznych jako strategicznego narzędzia polityki zagranicznej. Nie mówię, że Polska powinna w tej kwestii Orbana kopiować – każdy kraj ma swoje specyficzne interesy, położenie i związane z tym zagrożenia. Twierdzę natomiast, że warto się uczyć od Węgier pragmatycznego zorientowania na własne interesy.

Igor Janke, który napisał o Orbanie książkę ale najwyraźniej nie zrozumiał przedmiotu swych dziennikarskich zapałów, dał wyraz swemu gorzkiemu rozczarowaniu pisząc, iż węgierski premier „popełnił strategiczny błąd”. Otóż nie, błąd popełnili jego nadwiślańscy wielbiciele, kreując Orbana na kogoś kim nigdy nie był. Więcej napisałem o tym w tekście „Orban na linie”, zatem nie będę się już tu powtarzał. W środowisku „Gazety Polskiej” zachwyty również jakby nieco przycichły - szczególnie po, delikatnie mówiąc, wstrzemięźliwym stanowisku Węgier wobec wydarzeń na Ukrainie.

III. Franciszek jako kościelny rewolucjonista

Bliźniaczo podobną kreację zastosował lewicowo-liberalny mainstream w odniesieniu do papieża Franciszka. Po nieudanych łowach na kard. Bergoglio, kiedy to usiłowano mu przyszyć kolaborację z argentyńską juntą i co najmniej bierność wobec krwawych represji, postanowiono Franciszka „sformatować" w duchu lewacko-postępowym. I – podobnie jak prawica w przypadku Orbana – również rodzina „czerskich” uwierzyła we własny przekaz. Obserwując wyrażane głośno nadzieje na temat nowego pontyfikatu można było odnieść wrażenie, że mamy oto na Stolicy Piotrowej księdza-rewolucjonistę rodem z popkulturowej wizji teologii wyzwolenia. Normalnie, taki „Che” Guevara w sutannie. Jeszcze chwila, powiadano, a zniesie celibat, wprowadzi kapłaństwo kobiet, zezwoli na kondomy i skrobanki, śluby pederastów, komunię dla rozwodników, eutanazję, zapłodnienie in wiadro i całą resztę intelektualnych obsesji postępowych salonów.

Krótko mówiąc, oczekiwano, że papież Franciszek z dnia na dzień zaneguje całe moralne nauczanie Kościoła, najbardziej zresztą uwierające tych, którzy z katolicyzmem mieli kontakt co najwyżej przelotny i powierzchowny, ale też z jakichś względów chcieliby poczuć się hurtowo rozgrzeszeni i to bez konieczności dopełniania warunków dobrej spowiedzi. Kiedy okazało się, że Papież ani myśli odstępować od katolickiej ortodoksji, a za skromnością w obejściu i rygorystycznym podejściem do kwestii zwalczania pedofilii wśród duchowieństwa nie kryją się teologiczne fantazmaty rodem z pism Hansa Künga, salony zawyły ze zgrozy. A już prawdziwym kamieniem obrazy stała się sprawa księdza Lemańskiego. Jak to, tutaj za Lemańskim wstawiają się wszystkie wiodące mediodajnie wraz z dyżurnymi autorytetami od wszystkiego, a papież nic? Co w ogóle ten cały Franciszek sobie wyobraża, by tak kpić w żywe oczy z pani Katarzyny Wiśniewskiej z „Wyborczej” i pani profesorki Środy? Nie dał popalić temu Hoserowi? Nie podważył dyscypliny i hierarchiczności Kościoła? Czysta bezczelność. Nic zatem dziwnego, że rychło, po oddaleniu przez Watykan rekursu księdza z Jasienicy, dały się słyszeć odgłosy, iż sprawa ks. Lemańskiego jest największym rozczarowaniem tego pontyfikatu. Miał być taki fajny, postępowy papież, który pogoni kota polskim spasionym purpuratom, a tu się wszystko wzięło i skichało. Jak teraz żyć i mieszać gawiedzi w mózgach warząchwią „katolicyzmu otwartego”?

IV. Instrumentalizacja Jana Pawła II

Owa „wirtualizacja" Franciszka i Orbana poza wszystkim innym świadczy o dojmującej potrzebie mitu, jakiegoś współczesnego herosa - i to zarówno po postępowo-kosmopolitycznej jak i konserwatywno-patriotycznej stronie konfliktu cywilizacyjnego. W obu przypadkach kończy się to rozczarowaniem, kiedy rozgrzane oczekiwania boleśnie zderzają się z rzeczywistością.

Nie bez przyczyny powyższe przemyślenia naszły mnie w okolicach kanonizacji Jana Pawła II. Obawiam się, że z postacią Papieża-Polaka może pójść im lepiej, bo ten już nie żyje, co otwiera pole do dowolnej i wybiórczej interpretacji jego spuścizny w przekazie publicznym, jako że pamięć ludzka bywa zawodna, a na dodatek za kilka lat wejdzie w dorosłość pokolenie, któremu nie dane było przeżyć znacznej części życia w blasku jego pontyfikatu. Już teraz obserwujemy żenujący festiwal „przeciągania” JP II na różne strony – jedni twierdzą, że Papież byłby „wściekły” na III RP, drudzy, że wręcz przeciwnie – byłby zachwycony „skokiem cywilizacyjnym” i unijnymi dobrodziejstwami. A co tak naprawdę mówił Papież? A kogo to obchodzi? Liczy się instrumentalna narracja jako narzędzie osiągania bieżących celów. Tak, tak, moi drodzy – wiele wskazuje na to, że spektakl sprzed kilkunastu lat „upupiający” Jana Pawła II jako dobrotliwego staruszka od wadowickich kremówek, to był zaledwie niewinny początek.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-na-linie#.U1vs-aJdxOg