niedziela, 21 lipca 2019

Program PO-KO – analiza kitu

Jeżeli PiS wprowadza „500+”, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem”. Jeżeli natomiast PO zapowiada, że dołoży od siebie drugie tyle – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program.

I. Forum POgrobowe

Mamy kanikułę, w polityce zastój... a nie, wróć – wszak odbyła się konwencja programowa Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna, plus jakiś lewacki plankton), zatem chyba wypada się nią zająć na zasadzie „z braku laku, dobry i kit”. I właśnie analizą owego kitu wyborczego pozwolę sobie zaprzątnąć Państwa uwagę – bo też jest to ciemnota w typowym platformerskim stylu rodem z czasów Donalda Tuska i słynnego „3x15” mającego uczynić z Polski „drugą Irlandię”. Pamiętamy to jeszcze, prawda? Traf chciał, że zaraz potem za sprawą kryzysu finansowego Irlandia popadła w gigantyczne tarapaty i narracja jakby wystygła – tym bardziej, że i Polska była bliska podzielenia jej losu, bo ośmioletnie rządy PO-PSL zadłużyły nasz kraj na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie ekipy po 1989 r. razem wzięte, na co nałożyła się gigantyczna dziura podatkowa w ściągalności VAT i CIT, której nie zasypał ani skok na środki z OFE, ani podwyżka VAT. Skończyło się na objęciu Polski unijną procedurą nadmiernego deficytu, a londyński sztukmistrz Rostowski rozpaczliwie wpisywał do budżetu 1,5 mld. zł. przychodów z fotoradarów, żeby chociaż na papierze wszystko się „spinało”. Mimo to, Polacy dwukrotnie dali się uwieść gładkiej gadce Tuska, który czarował elektorat z wdziękiem i wprawą Kalibabki – a potem, niczym wytrawny oszust matrymonialny zwiał do Brukseli, zostawiając całe gruzowisko nieszczęsnej Ewie Kopacz, która mogła w zasadzie już tylko usiąść na kamieni kupie i zapłakać. Dziś Tusk jakby stracił na atrakcyjności i wywołuje dreszcze ekscytacji jedynie wśród owładniętych syndromem sztokholmskim najbardziej zaślepionych akolitów obozu III RP.

To pokrótce zarysowane tło historyczne jest niezbędne dla właściwego odczytania nowego programu wyborczego Platformy z przystawkami. Mamy bowiem powrót do tego samego – tyle, że zamiast teflonowego Tuska z jego najlepszych lat, obietnice wygłasza toporny Grzegorz Schetyna, co już na samym starcie jest zabójcze dla ich wiarygodności i przydaje propozycjom walor niezamierzonej autoparodii. Na dodatek, Schetyna z kamienną twarzą Bustera Keatona postanowił wejść w prosocjalne buty Jarosława Kaczyńskiego i przebić jego „piątkę” własną „szóstką”, co znów ociera się o satyrę i kabaret. Nie dziwi zatem, że nawet członkowie jego własnej partii nie mogli na Twitterze dojść do ładu, czy uczestniczą w „Forum Programowym”, czy też „Forum POgromowym” lub zgoła „POgrobowym”.


II. „Odpowiedzialność” kontra „populizm”

No dobrze, co zatem tam mamy? Na pierwszy ogień poszły „związki partnerskie”, czyli stary, poczciwy konkubinat – do pewnego momentu praktykowany zupełnie jawnie w kręgach arystokratycznych, by następnie, po odbiciu historycznego wahadła, stać się domeną marginesu społecznego i wszelkiej patologii, czego dowodzą kroniki kryminalne utrzymane w stylu „konkubent Zdzisław Z. podczas alkoholowej libacji ugodził ośmiokrotnie nożem swą konkubentkę Barbarę W.” itd. Dziś, jak widzimy, owa forma współżycia wraca do łask za sprawą nowej, lewicowo-liberalnej lumpen-arystokracji z pretensjami do urządzania świata i przeorania norm społecznych – m.in. za sprawą sodomitów robiących w tym dziejowym rozdaniu za taran i lemiesz postępu. Jednak na miejscu ciotek (a wręcz „ciot”) rewolucji tak bardzo bym się do obietnic pana Grzegorza nie przywiązywał, bowiem jeszcze w piątek twierdził stanowczo, że o żadnych „związkach partnerskich” nie ma mowy, by w sobotę ogłosić, że jak najbardziej będą - i nikt nie może zagwarantować, co w tej materii stwierdzi za tydzień, o jesieni nie wspominając.

To jest zresztą zadziwiające, jak oni uporczywie odmawiają uczenia się na błędach w imię forsowania swojego „ideolo”. Po wyborach do europarlamentu odmiennym stanem świadomości spektakularnie błysnął Sławomir Neumann, mówiąc, iż KE wygrałaby w każdym kraju poza Polską i Węgrami. To jest wyższa forma surrealizmu – startować w Polsce i profilować kampanię, jakby była to Holandia. Teraz, jak widzimy, brną w powtórkę, w czym wyczuwam wkład intelektualny pani Barbary Nowackiej.

Ale legalizacja konkubinatu to dopiero aperitif. Prawdziwa jazda zaczyna się przy kwestiach socjalnych. Oto każdy, kto zarabia mniej niż 4,5 tys. zł. brutto (dwukrotność płacy minimalnej) ma otrzymać od państwa specjalne dopłaty do pensji (dla zarabiających najniższą krajową byłoby to 500 zł.), a do tego minimalne wynagrodzenie ma ustawowo wynosić połowę średniej krajowej, co miałoby podnieść najniższe płace nawet o 600 zł. Ponadto narzuty na płace (PIT, ZUS, NFZ) mają zostać zredukowane do 35 proc. wynagrodzenia, a osoby do 25 roku życia rozpoczynające działalność gospodarczą zostaną w ogóle zwolnione od składek na ZUS i NFZ. Aha, no i jeszcze 13 emerytura ma być na stałe.

Teraz zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że coś takiego proponuje PiS. Jakie byłyby reakcje? „Rozdawnictwo!”, „populizm!”, „przekupstwo!”, „korupcja polityczna!”, „grecki scenariusz!”, „bankructwo!”, „druga Wenezuela!”. Ja, szczerze mówiąc, nie podejmuję się nawet z grubsza wyliczyć, ile to będzie kosztowało, ale czuję się o tyle usprawiedliwiony, że „eksperci” Platformy na czele z prof. Rzońcą (związanym z Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza) również nie podają kosztów ani źródeł finansowania. Nota bene, owe dopłaty do pensji obejmą jedynie osoby na etacie, więc cała rzesza zatrudnianych na śmieciówkach obejdzie się smakiem. Po drugie – dopłaty do niskich wynagrodzeń są jawną zachętą dla pracodawców by zamrozić pensje (bo „państwo” i tak dopłaci), co jest przerzuceniem na ogół podatników części kosztów zatrudnienia. Na takiej samej zasadzie w USA Wal-Mart zamiast podwyższać wynagrodzenia instruuje pracowników, jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej. Natomiast zwolnienie z ZUS i NFZ uruchomi falę wypychania młodych ludzi na fikcyjne samozatrudnienie, co już jest zmorą naszego rynku pracy. W efekcie otrzymamy pogłębienie obecnych patologii.

Ale od czego jest Czerska? Na portalu Gazeta.pl z miejsca „wytłumaczono” czytelnikom, że „opozycja postawiła na odpowiedzialność, a nie populizm” i zamierza „pokonać PiS bez rozdawnictwa”. Czym różni się „odpowiedzialność” od „populizmu”? Proszę się skupić. Jeżeli PiS wprowadza programy społeczne, finansując je w większości z uszczelnienia systemu podatkowego, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem” dla „patologii” i „nierobów”, co niechybnie doprowadzi do bankructwa w grecko-wenezuelskim stylu. Jeżeli natomiast PO ustami Schetyny zapowiada, że nie tylko niczego z pisowskiego „rozdawnictwa” nie uszczknie, ale jeszcze dołoży od siebie drugie tyle (w tym 13-tą emeryturę na stałe) – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program. W tym momencie nawet nie ma sensu pytać, w jaki sposób PO ma zamiar naprawić służbę zdrowia i skrócić oczekiwanie do specjalisty do 21 dni, a czas przyjęcia na SOR-ach do 60 minut. Zresztą, pytanie takie zadał posłowi Brejzie dziennikarz „Wirtualnej Polski” i został w dość obcesowym tonie odesłany... do obecnego ministra zdrowia z PiS-u, który jako żywo takich farmazonów nie obiecywał. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jeszcze plan całkowitej „dekarbonizacji” Polski do 2040 r. - niemieckie koncerny „wiatrakowe” już ostrzą sobie zęby.


III. Prawdziwy program – po wyborach!

No dobrze, dajmy już spokój tym gruszkom na wierzbie, jak bowiem w przeddzień „Forum POgrobowego” przyznał Grzegorz Schetyna, „czas na pokazanie programu przyjdzie po wyborach”. I słuszna jego racja, gdyż prawdziwy, taki „najmojszy” program ugrupowania poznajemy wtedy, gdy to ugrupowanie zaczyna rządzić - to jest kluczowy „stress test”, bo wcześniej jest to, umówmy się, konkurs piękności połączony z ruletką. Na szczęście, mamy już skalę porównawczą: widzieliśmy i doświadczyliśmy na własnej skórze rządów Platformy z „Peezelem” - i wiemy też, jak od blisko czterech lat rządzi PiS. Co ja tu się będę dłużej wymądrzał - wybór jest chyba oczywisty, prawda?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

Pod-Grzybki 169

Kampania wyborcza pomału zamienia się w film grozy – przynajmniej dla PO-KO. Oto SLD rozzuchwalone sukcesem, jakim dla tego schodzącego reliktu poprzedniej epoki było wprowadzenie swoich ludzi do PE w ramach Koalicji Europejskiej, zaproponowało Platformie kandydatów na wspólne listy do Sejmu. Trzymajcie się Państwo foteli: Jerzy Jaskiernia, Marek Dyduch, Tadeusz Iwiński, Lech Nikolski, Longin Pastusiak. Był kiedyś taki horror pt. „Reanimator”, w którym szalony medyk ożywiał trupy. I właśnie w takiej roli przejdzie do historii Grzegorz Schetyna – jako reanimator zdechłej postkomuny.


*

Chociaż, z drugiej strony, może to być element przemyślanej strategii, bazującej na modnej od jakiegoś czasu nostalgii za latami '90 (tzw. najntisami). Wyobraźmy sobie ten gabinet zombies: Jaskiernia – minister sprawiedliwości, Dyduch – szef KPRM, Iwiński – minister spraw zagranicznych, Nikolski na czele MSWiA, Pastusiak – minister edukacji narodowej (a co, w końcu profesor!). Wystarczy dołożyć do tego w pakiecie Marka Belkę, jako ministra finansów plus dwucyfrowe bezrobocie – i powrót do lat młodości obecnego pokolenia 40-latków (czyli najtwardszego segmentu elektoratu obozu III RP) zapewniony!


*

Tymczasem platformersi udowadniają, że „umią w internety” i lansują kolejne hitowe hasztagi na Twitterze. Był już #TwójSzwab, potem #POrozwalajmy, następnie #ForumPogromowe i wreszcie - #ForumPogrobowe. Zwróćcie Państwo uwagę, że to się układa w pewien ciąg logiczny – wiadomo wszak, że nikt tak nie POrozwala, jak TwójSzwab robiąc POgromy, po których wszyscy wylądują w grobie (zbiorowym, jak wynika z kontekstu). Nie ma to, jak szczerość i spójność programowa. Tylko po co Schetyna chrzanił, że czas na pokazanie programu wyborczego przyjdzie po wyborach? Przecież już teraz widać go jak na dłoni.


*

Eko-wiadomości: mała Inga skutecznie zaszantażowała klimat i wciąż mamy jesień. Drogie dziecko, osiągnęłaś co chciałaś, udowodniłaś, że posiadasz supermoce – więc teraz, proszę cię, wyluzuj! Ja chcę, żeby w lipcu było lato!


*

Na zakończenie coś wyjątkowo bulwersującego. Jak poinformował na antenie Radia Maryja min. Piotr Gliński, dyrektor muzeum POLIN prof. Dariusz Stola odmówił Marcie Kaczyńskiej i Ruchowi Społecznemu im. Lecha Kaczyńskiego zorganizowania międzynarodowej konferencji poświęconej wkładowi Lecha Kaczyńskiego w relacje polsko-żydowskie. Przypomnijmy, że śp. prezydent Lech Kaczyński był jednym z inicjatorów powołania muzeum POLIN i politykiem, który dla stosunków polsko-żydowskich zrobił doprawdy o wiele więcej, niż było to konieczne, z odstąpieniem od ekshumacji w Jedwabnem włącznie. Odmowa zorganizowania poświęconej mu konferencji z ewidentnie małostkowych, politycznych przyczyn jest gorzkim podsumowaniem naiwnej wiary w budowanie wzajemnych relacji na bazie wspaniałomyślnych gestów z polskiej strony. Czy będzie również lekcją na przyszłość? Przekonamy się jesienią, gdy powróci temat „ustawy 447”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

środa, 17 lipca 2019

TSUE – bat na bankierów

Niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.

Trudno nie odczuwać pewnej schadenfreude na widok paniki w szeregach bankierów, po tym, jak rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapowiedział, iż można spodziewać się orzeczenia rozwiązującego problem tzw. kredytów frankowych po myśli kredytobiorców – i wszystko wskazuje na to, że ogłoszenie wyroku zbliża się wielkimi krokami, najprawdopodobniej dojdzie do niego jeszcze w lipcu. Przypomnijmy, że chodzi o pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów dotyczące klauzul niedozwolonych (abuzywnych), w szczególności klauzuli indeksacyjnej, określającej sposób przeliczania kursu walutowego franków na złotówki i co za tym idzie – kwoty kredytu i wysokości rat. Po latach sądowych batalii wiadomo, że umowy w znacznej mierze były formułowane w sposób skrajnie niekorzystny dla klientów. Zapisy indeksacyjne były niejasne, często odwoływały się do bankowych tabel kursowych ustalanych w nieprzejrzysty sposób, w oderwaniu od kursów rynkowych czy średniego kursu NBP. Dochodziło do sytuacji, gdy bank sporządzał dwie odrębne tabele – jedną na użytek „normalnego” obrotu walutami, drugą zaś specjalnie pod „frankowiczów”, przy czym ta druga cechowała się zawyżonym spreadem, tzn. różnicą między ceną kupna i ceną sprzedaży franka. Rodziło to dwojaki skutek – po pierwsze, klient do końca żył w niepewności ile przyjdzie mu zapłacić w danym miesiącu; po drugie – bank w ten sposób naliczał „ukryte oprocentowanie”, rekompensując sobie niskie odsetki i ujemny LIBOR. W połączeniu z ogólnie rosnącym kursem franka oznaczało to dla wielu konsumentów wplątanie się w istną pętlę niemożliwego do spłacenia długu. W sumie doprowadzało to do sytuacji, gdy po latach spłacania rat kwota kredytu była wyższa od pierwotnej i niejednokrotnie znacznie przekraczała rynkową wartość nieruchomości – a to z kolei np. wykluczało możliwość sprzedaży mieszkania czy domu i uwolnienia się w ten sposób od zobowiązania. W skrajnych przypadkach prowadziło to do ludzkich tragedii – bankructw, czasem nawet samobójstw niewypłacalnych dłużników. Słowem, klasyczna lichwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Problem w pewnym momencie nabrzmiał do tego stopnia, że do polityków dotarła świadomość konieczności wdrożenia jakiegoś systemowego rozwiązania. I tu do akcji wkroczyło lobby bankowe, konsekwentnie sabotując kolejne projekty ustaw – zarówno te poselskie, jak i te wychodzące (w coraz łagodniejszych wersjach) z Kancelarii Prezydenta. W ruch poszła medialna machina strasząca zapaścią sektora bankowego, wstrzymaniem akcji kredytowej i paraliżem całej gospodarki. Podawano coraz to nowe wyliczenia bankowych „strat” mających wg autorów iść w dziesiątki miliardów złotych. Uruchomiono również internetową „szeptankę” z zakresu „czarnego PR-u” przedstawiającą „frankowiczów” jako pazernych cwaniaków, którzy teraz chcą się niesłusznie wzbogacić kosztem podatników i kredytobiorców złotówkowych. To ostatnie jest zresztą podręcznikowym przykładem skutecznej socjotechniki polegającej na napuszczaniu na siebie i konfliktowaniu dwóch grup - „złotówkowiczów” i „frankowiczów”. Wystarczy zajrzeć na internetowe fora pod artykułami o kredytach frankowych, by uświadomić sobie jaką falę bazującej na najniższych instynktach i emocjach nienawiści udało się w ten sposób wykreować - zupełnie, jakby dotąd było mało społecznych podziałów.

Jednocześnie miejscowe filie banków należących do obcego kapitału zupełnie jawnie zaczęły szantażować polskie władze groźbami pozwów przed międzynarodowy arbitraż na bazie umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji (BIT's – Bilateral Investment Treaties), w czym uzyskały wsparcie swoich ambasad, wysyłających pod adresem rządu listy z pogróżkami. Co grosza, polskie państwo uległo tym bandyckim metodom, czego dowodem jest uchwalona właśnie w „kadłubkowej” formie ustawa z której na ostatniej prostej wykreślono kluczowe przepisy o powołaniu tzw. Funduszu Konwersji na który miały składać się banki i korzystać z niego przy przewalutowywaniu kredytów na złotówki. Czy trzeba dodawać, że i temu banki były przeciwne?

A tu nagle – zgroza. Wszystko wskazuje bowiem, że TSUE w orzeczeniu ogłosi, iż nieważność abuzywnych klauzul indeksacyjnych nie uchyla reszty umowy – a to w praktyce oznacza przewalutowanie całego kredytu na złotówki i to przy zachowaniu „frankowego” oprocentowania oraz przeliczenie wszystkich zapłaconych dotąd rat z mocą wsteczną. Podobnie zresztą orzekł niedawno Sąd Najwyższy. Nic więc dziwnego, że na bankierów padł blady strach i zaczęli jęczeć o 60 mld. zł. „strat” oraz domagać się od rządu interwencji – dodajmy, tego samego rządu, któremu wcześniej buńczucznie wygrażali. Powiedzmy więc sobie jasno: nie ma mowy o żadnych „stratach”, tylko o pozbawieniu banków nienależnych, bezprawnie osiągniętych zysków, kosztem dojonych bezkarnie przez lata klientów. No i wreszcie – niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-29 (12-25.07.2019)

Brukselska wiktoria

To jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów.

I. „Koniec początku”

To nie jest koniec. To nie jest nawet początek końca. Ale jest to, być może, koniec początku” - ta sentencja z radiowego przemówienia Winstona Churchilla po zwycięstwie pod El-Alamein jako żywo pasuje do stoczonej właśnie brukselskiej bitwy, w której udało się zablokować nominację Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej. W 1942 r. siły dowodzone przez marszałka Bernarda Montgomery'ego pokonały pancerne zagony Afrika Korps Erwina Rommla, zmuszając je do odwrotu – i była to pierwsza znacząca porażka III Rzeszy w otwartym polu. Teraz natomiast koalicja państw Europy Środkowej wraz z Włochami i zbuntowanymi przeciw Angeli Merkel niemieckimi chadekami utrąciła kandydaturę fanatycznego lewaka i polakożercy na czołowe stanowisko w Europie. Po raz pierwszy kraje „nowej Europy” skutecznie przeciwstawiły się dyktatowi starych potęg, dotąd niepodzielnie trzęsących kontynentem i narzucających mu swą wolę. To wydarzenie bez precedensu – wcześniej bowiem niemiecko-francuski tandem rozgrywał i dzielił nasz region jak chciał, pacyfikując jakikolwiek opór. Zwróćmy uwagę, że jeszcze nie tak dawno ofensywa dyplomatyczna Macrona zakończyła się przeforsowaniem szkodliwej dla nas dyrektywy o pracownikach delegowanych, doprowadzając do podziału na tym tle wśród państw Trójmorza i jego twardego jądra, czyli Grupy Wyszehradzkiej. Wszystko wskazuje, że „gang z Osaki” liczył do końca na powtórkę tego scenariusza – na szczęście, przeliczył się w swych rachubach.


II. Brukselska batalia

Ta zwycięska bitwa ma jeszcze jeden walor – zmusiła dominujące w Unii siły do odrzucenia masek i zaniechania gry pozorów. Do tej pory w unijnych przepychankach panowała zasada fikcyjnego „konsensusu”, w praktyce oznaczająca, że słabsze kraje akceptowały bez szemrania stanowisko silniejszych, co najwyżej zadowalając się jakimiś symbolicznymi koncesjami. Tym razem było inaczej. Spór o Timmermansa obnażył przed szeroką opinią publiczną fasadowość unijnych „demokratycznych” procedur, co jeszcze nie raz będzie odbijało się echem w bliższej i dalszej przyszłości. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. Podczas szczytu G-20 w Osace Niemcy, Francja, Hiszpania i Holandia porozumiały się co do obsady kluczowych stanowisk, co nazwano „pakietem z Osaki”. Ów „pakiet” został następnie zakomunikowany Donaldowi Tuskowi, który miał przekazać jego ustalenia frakcjom europarlamentu „do wykonu” i przygotować pod jego kątem szczyt Rady Europejskiej, tak by cała operacja przebiegła gładko. Tusk, jak zobaczyliśmy, nie wywiązał się z zadania (a wręcz koncertowo je schrzanił), co wywołało dodatkową wściekłość unijnych możnych – i jest to kolejna dobra informacja dla Polski. Wiodący przywódcy ostatecznie przekonali się, że to bezwolne popychadło Angeli Merkel do niczego się nie nadaje, co oznacza automatycznie, że w Brukseli nikt nie będzie po nim płakał i po zakończeniu kadencji raczej nie będzie mógł liczyć na żadne prestiżowe stanowisko – a co za tym idzie, nie będzie w stanie już realnie zaszkodzić Polsce. Ale to tak na marginesie.

Wracając do meritum - „banda czworga” z Osaki, ta samozwańcza, uzurpatorska Yakuza, chciała sterroryzować resztę państw członkowskich, w starym stylu „koncertu mocarstw”. Tyle, że pragnęła przy tym zachować pozory – że niby toczą się jakieś „negocjacje”, a fotel szefa Komisji Europejskiej dla Timmermansa jest efektem „konstruktywnego kompromisu”. Szczególnie zależało na tym Angeli Merkel, która do końca wspierała swego protegowanego. Pomysł był sprytny – Niemcy rękami Timmermansa miały trzymać sprawiający coraz większe problemy region Europy Środkowej (ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Węgier) pod nieustannym ostrzałem, same stojąc dyskretnie z boku i strojąc zatroskane miny. Pomyślmy tylko – skoro Timmermans był w stanie przysporzyć nam tylu kłopotów jako wiceprzewodniczący, to można sobie wyobrazić jakie armaty wytoczyłby jako szef KE. Mógłby chociażby przeforsować powiązanie funduszy strukturalnych z „przestrzeganiem praworządności”, której stan byłby arbitralnie oceniany przez Komisję – czyli przez niego samego. Do tego nie wolno było dopuścić za żadne skarby – i tu premier Morawiecki spisał się na medal. Zmontował skuteczną koalicję, wykorzystując okazję, jaką było rozgoryczenie największej frakcji Parlamentu Europejskiego (EPL) nominacją ich politycznego konkurenta. Opór był tak silny, że Angeli Merkel nie udało się go złamać, mimo ponawianych nacisków na poszczególnych przedstawicieli „koalicji sprzeciwu”. Mniejsze kraje (ale też i skonfliktowane z Brukselą Włochy) wiedziały doskonale o co toczy się gra – ugruntowanie pozycji mocarstwowego duetu francusko-niemieckiego oraz zwycięstwo aroganckiego Timmermansa było groźne również i dla nich, bo nikt nie mógł im zagwarantować, że za chwilę i one nie znajdą się pod byle pretekstem na celowniku. Poza wszystkim, pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie budować sojusze, obalając mit o rzekomej „izolacji” Polski w Europie. To spory krok naprzód, zważywszy, że jeszcze dwa lata temu nikt nie chciał umierać za nasz sprzeciw wobec drugiej kadencji Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.


III. Krajobraz po bitwie

W kontekście powyższego, małostkowa zemsta, jaką było utrącenie kandydatów z naszego regionu do innych unijnych stanowisk, czy odrzucenie kandydatury prof. Krasnodębskiego na jednego z 14 wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego, mają znaczenie drugorzędne. Cel podstawowy został osiągnięty i sądzę, że z upływem czasu będziemy to coraz bardziej doceniać. Brukselska wiktoria wpisuje się również w szerszy kontekst zmierzchu Angeli Merkel – nieformalnej „cesarzowej Europy”. Nominowanie Ursuli von der Leyen było już tylko ruchem osłaniającym niemiecki odwrót. Von der Leyen jest politykiem słabym – w Niemczech nie zanotowała sukcesów jako minister zajmująca się sprawami społecznymi, a jako minister obrony doprowadziła Bundeswehrę na skraj katastrofy. Nie ma podstaw by sądzić, że jako szefowa Komisji Europejskiej będzie sobie radzić lepiej, co może dla nas oznaczać poluzowanie dążącego do „pogłębienia integracji” i federalizacji unijnego gorsetu. Natomiast jej porażki w zawiadywaniu niemiecką armią oznaczają, że również potencjalnie śmiertelnie dla nas niebezpieczny projekt europejskiej armii odchodzi w siną dal. Także pozycja Angeli Merkel, spektakularnie upokorzonej na unijnym szczycie, daleka będzie od dawnej potęgi, gdy jej wola wytyczała kierunki europejskiej polityki.

Zostaje jeszcze Timmermans, który ponownie będzie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Sfrustrowany porażką, wściekły i pałający żądzą odwetu. Oczywiście, będzie starał się nam szkodzić ze zdwojoną energią – tyle, że najbardziej pomyślne dla niego wiatry właśnie przestały wiać. Po pierwsze, raczej się nie zdarza, by brukselscy politycy przez dwie kadencje z rzędu zajmowali się tym samym – zatem Timmermans jako „wice” może tym razem otrzymać inną działkę, niż praworządność. Po drugie, jego karta przygnieciona ciężarem klęski będzie słabnąć. Na nękaniu Polski i Węgier zbudował całą swoją kampanię i pozycję polityczną – i w kluczowym momencie przegrał. Po trzecie, kraje „nowej Europy” zobaczyły, że z unijnym establishmentem można wygrać i od tej pory nie będą już tak potulnie wysłuchiwały połajanek i pouczeń z Brukseli. To ma szansę scementować sojusz państw Trójmorza i Grupy Wyszehradzkiej. Wreszcie – przegrana Timmermansa odebrała tlen krajowej „totalnej opozycji” spod znaku „ulica i zagranica”. Odtąd pomoc dla Schetyny i spółki będzie z pewnością mniej wydajna.

Podsumowując, to jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów. W porównaniu z tym co było, jest to znaczący postęp. Realnie patrząc, osiągnęliśmy maksimum z tego, co było możliwe - a w polityce jest to wielka sztuka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

Pod-Grzybki 168

Mamy wyjątkowo obrzydliwy początek lipca. Po pięknym, upalnym czerwcu nadeszła jesień – zimno, leje i wieje. Ma to jednak tę zaletę, że nagle jakby pochowali się gdzieś „bojownicy klimatyczni”, którzy wrzeszczeli nam nad uchem przez cały ubiegły miesiąc. I to jest dobry moment na mały wykład metodologii „klimatycznego dwójmyślenia”. Otóż, powiadają, należy odróżniać „klimat” od „pogody”. Jednak w praktyce oznacza to, że kiedy w czerwcu nad Europę nadciągnęło gorące powietrze znad Afryki, było to dowodem szalejącego klimatu i globalnego ocieplenia. Natomiast teraz, gdy nadszedł zimny front znad Arktyki – to już jest tylko „pogoda”. Wiedzą już Państwo, czego się trzymać? Ot i cała „logika klimatyczna” w pigułce.


*

Ale ekologiści nie dają za wygraną. Oto w Lublinie zieleni miejskiej nie będzie się już barbarzyńsko katować spalinowymi kosiarkami – zamiast tego, w ruch pójdą kosiarki naturalne i ekologiczne, zwane też owcami. Mają one tę zaletę, że równocześnie strzygą zieleń i ją hm, nawożą. Lublinianom już leci ślinka na jesienny wysyp pieczarek.


*

Buu.... rozpadła się Federacja panów Jakubiaka i Liroya. Poszło o współpracę z ludowcami z PSL-u – Jakubiak był „za”, natomiast Liroy wręcz przeciwnie. A szykowała się taka wesoła formacja – rzekłbym, Polska Partia Przyjaciół Piwa na sterydach. Bo któż inny mógłby zjednoczyć pod swymi sztandarami miłośników piwa i marihuany?


*

Aj! Z polityki odchodzi żywa legenda polskiego parlamentaryzmu – Stefan Niesiołowski. Jako przyczynę podał podeszły wiek, co jest o tyle dziwne, że całkiem niedawne wyczyny „jurnego Stefana” dowodzą, iż wciąż jest nad podziw dziarski i pełen wigoru. Chyba, że poszło o coś innego – nagrania z wiadomej afery dowodzą, że „jurny Stefan” z taką częstotliwością molestował biznesmenów, by organizowali mu kolejne schadzki, iż zachodzi obawa, że Stefan zwyczajnie nie pamiętał, że przed chwilą właśnie sobie poużywał. Woli się zatem z obawy o zdrowie odseparować od pokus cielesnych, bo inaczej, jak w znanym dowcipie, przez tego Alzheimera by się na śmierć za...ł.


*

Tylko co poczną te wszystkie panie nienajcięższej konduity na wieść, że tracą takiego klienta? Ech, przypomina się knajacka piosenka o tym, jak sczezł pewien koneser tego typu wrażeń – a rzeczone panienki „jak stały, tak wszystkie płakały”. Chlip, chlip.


*

Nie ma to jak autodemaskacja. Polityk PO Bogdan Klich opatrzył swój wpis na Twitterze hasztagiem #TwójSzwab – co podano dalej na oficjalnym koncie PO. Klich jest psychiatrą, więc zapewne mógłby wiele powiedzieć o tzw. freudowskich przejęzyczeniach – ale to podsuwa mi pewien pomysł. Jak wiadomo, platformersi ruszyli w polski interior, by straszyć autochtonów i przy okazji ponabijać się ze schwytanych znienacka za rękę pisowców. Proponuję więc, by ta rejza krajoznawcza odbywała się pod hasłem: „Poznaj swojego Szwaba!”. Przynajmniej uliczne łapanki organizowane na przypadkowych przechodniów nabiorą wiarygodności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

niedziela, 14 lipca 2019

Sojusz z USA – plusy dodatnie i plusy ujemne

W swej polityce Stany Zjednoczone kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku.

I. Polska w „klubie F-35”

Czerwcową wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych, a w szczególności jej fragment waszyngtoński i spotkanie z Donaldem Trumpem (12.06.2019) należy ocenić pozytywnie – przynajmniej biorąc pod uwagę obecny etap wzajemnych relacji (o czym szerzej za chwilę). Ukoronowaniem podróży było oczywiście podpisanie wspólnej deklaracji o zacieśnianiu współpracy obronnej, na mocy której zostanie zwiększona stała, rotacyjna obecność sił amerykańskich w Polsce o kolejne 1000 żołnierzy oraz kontrakt na zakup gazu skroplonego LNG (2 mld m3 o wartości 8 mld. USD). Wspomnieć należy również o podpisaniu memorandum o współpracy ws. wykorzystania energii jądrowej do celów cywilnych (czyli znów powraca nieśmiertelny temat polskiej elektrowni atomowej), a także o porozumieniu ws. zapobiegania i zwalczania poważnej przestępczości, co z kolei jest jednym z warunków zniesienia wiz dla Polaków. No i wisienka na torcie – polska deklaracja o gotowości zakupu 32 sztuk samolotów piątej generacji F-35, oficjalnie przyjęta przez stronę amerykańską, co wcale nie było tak oczywiste, jak mogłoby się to na pozór wydawać.

I może zaczniemy właśnie od tej ostatniej sprawy, wywołała ona bowiem szereg kontrowersji i chyba najbardziej rozgrzała emocje komentatorów. O właściwościach technicznych i bojowych F-35 nie będę się rozpisywał, znakomicie bowiem zrobił to w poprzednim numerze „Polski Niepodległej” red. Michał Fiszer. Generalnie można powiedzieć jedno – poza Amerykanami nikt obecnie nie dysponuje maszyną o takim stopniu zaawansowania (próbują ich gonić Chińczycy ze swoim Chengdu J-20, lecz zakup sprzętu bojowego z tego kraju skutkowałby automatycznym zamrożeniem relacji wojskowych z Waszyngtonem). Więcej – USA bynajmniej nie kwapią się do sprzedaży swego najnowocześniejszego produktu na prawo i lewo. By zostać włączonym do grona kupujących trzeba być w oczach Amerykanów lojalnym sojusznikiem na którym można polegać, o czym zupełnie niedawno boleśnie przekonała się Turcja. Związane jest to m.in. z sięgającą lat '90 historią budowy F-35 w ramach międzynarodowego projektu „Joint Strike Fighter”. Prócz Stanów Zjednoczonych, pokrywających 90 proc. kosztów projektu, od początku lat dwutysięcznych uczestniczy w nim jeszcze kilka państw podzielonych w zależności od stopnia zaangażowania finansowego i technicznego na trzy poziomy: poziom I to USA i Wlk. Brytania; poziom II to Włochy i Holandia; poziom III to Turcja, Australia, Norwegia, Dania, Kanada. Prócz tego, do programu i możliwości zakupu samolotów dopuszczono Izrael, Singapur, Japonię i Koreę Płd. Słowem, państwa postrzegane jako amerykańscy sojusznicy, położone w tych punktach świata, gdzie Stany Zjednoczone lokują swoje interesy.

Wejście Polski jako swoistego reprezentanta krajów Europy Środkowej do grona kupujących trzeba w tym kontekście uznać za sukces. Stało się tak, ponieważ udało nam się wykorzystać nadarzającą się okazję, jaką było faktyczne odsunięcie przez USA od projektu Turcji. Ta bowiem zakupiła od Rosji rakiety przeciwlotnicze S-400 Triumf, planując zintegrowanie ich z F-35, co automatycznie dałoby Rosjanom pełen wgląd w konstrukcję amerykańskich samolotów. Kontrakt ten w połączeniu z wcześniejszymi konszachtami Turcji z Rosją wyczerpał cierpliwość USA. wskutek czego na początku czerwca Amerykanie odsunęli od szkoleń na F-35 tureckich pilotów i zamrozili możliwość sprzedaży samolotów reżimowi Erdogana. I właśnie w tę „turecką” pulę obejmującą 100 maszyn „wstrzeliła” się Polska. Nasz MON błyskawicznie wystosował do Waszyngtonu „letter of request”, otwierający formalnie procedurę zakupu, potwierdzony podczas wizyty prezydenta Dudy – słynny „air show” z udziałem F-35 przed Białym Domem naprawdę nie był gestem czczej kurtuazji, tym bardziej, że równolegle trwała czterodniowa wizyta min. Mariusza Błaszczaka w bazie lotniczej Eglin, stanowiącej główne centrum szkoleniowe dla pilotów F-35. Warto dodać, że prócz Polski rozmowy toczą, bądź finalizują również Belgia i Finlandia.


II. Wymowne reakcje

Do myślenia daje reakcja rodzimych tub propagandowych – jest ona nader charakterystyczna i dziwnym trafem zgodna ze stanowiskiem Kremla i rosyjskiego pasa transmisyjnego na Polskę, czyli portalu „Sputnik”. Zasypani zostaliśmy „analizami” mającymi wykazać, że F-35 nie są nam potrzebne, że to niefunkcjonalne, zawodne „nieloty”, że za drogo, że kosztowne w utrzymaniu, że Polski nie stać, że lepiej kupić więcej F-16... Prym wiódł tu wspomniany „Sputnik” wyrażający wzruszającą troskę o stan polskich sił zbrojnych i finansów publicznych. „Zaniepokojenia” rozwojem polsko-amerykańskiej współpracy nie omieszkała wyrazić Moskwa ustami rzecznika Pieskowa. Cóż, jak już tu kiedyś pisałem, Rosja zawsze czuje się „zaniepokojona”, a wręcz „zagrożona”, kiedy nie może kogoś bezkarnie napaść. Życzyłbym sobie utrzymania owego jaskółczego niepokoju kremlowskich satrapów w kolejnych dziesięcioleciach. Natomiast co do zasadności zakupu F-35 – przypominam sobie analogiczną debatę z czasów, gdy ważyły się losy kupna F-16. Wówczas myśliwiec również miał być kosztowny, zawodny i „przestarzały”. Krótko mówiąc – nielot. Dziś okazuje się, że lepiej, gdybyśmy kupili więcej owych „nielotów”, byle tylko Polska nie miała F-35. Swoisty rekord pobił były już na szczęście dyplomata Ryszard Schnepf, który w programie Moniki Olejnik reklamował nam na podstawie wzmiankowanego „Sputnika” rosyjskie Su-57 (one zapewne się nie psują – choćby dlatego, że pozostają w fazie prototypów). Tenże Schnepf raczył się także wyjęzyczyć, że zwiększenie obecności US Army w Polsce powinniśmy wpierw „konsultować” z Niemcami, co w przełożeniu na ludzki język oznacza, że winniśmy pytać Berlin o pozwolenie. I pomyśleć, że ten człowiek był do niedawna naszym ambasadorem w USA, a inni mu podobni osobnicy o kolonialnej mentalności kreowali naszą dyplomację i politykę zagraniczną... Ale cóż tam Schnepf – gorzej, że w podobnym duchu wypowiadało się szereg prominentnych wojskowych, choć dziś już na szczęście odsuniętych od bezpośredniego wpływu na polską armię.

Wymowny był również odzew niemieckich mediów, które tradycyjnie służą do przekazywania tego, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” skwitował efekty wizyty Andrzeja Duda słowami, iż jest to „nagroda dla Polski i kara dla Niemiec” (za niewypełnianie zobowiązań NATO w sferze wydatków na obronność), nadmieniając przy okazji o interesach gazowych USA konkurencyjnych wobec Nord Stream. Tutaj warto przytoczyć opinię Donalda Trumpa, który stwierdził, że z jednej strony Niemcy uchylają się od finansowania swoich sił zbrojnych, a z drugiej – ładują miliardy w rosyjski gaz, sponsorując zbrojenia Putina, przed którym to z kolei mają ich bronić Stany Zjednoczone... Inna gazeta („Die Zeit”) wyraziła schadenfreude, że mimo polskiej „czołobitności” nie powstanie u nas „Fort Trump” i skończyło się na powiększeniu amerykańskiego kontyngentu wojskowego. Tu jednak trzeba dodać, że owe 1000 żołnierzy (nota bene – przesuniętych z Niemiec) to dalece nie wszystko – zgodnie z waszyngtońską deklaracją powstać ma bowiem również Wysunięte Dowództwo Dywizyjne USA, polsko-amerykańskie Centrum Szkolenia Bojowego, baza dronów oraz szereg inwestycji infrastrukturalnych i logistycznych.

Oczywiście, to wszystko wiąże się z kosztami. Myśliwce F-35 nie są tanie (ok. 100 mln. USD za sztukę), swoje kosztuje również ich eksploatacja, uzbrojenie, wyszkolenie pilotów i dostosowanie infrastruktury. Mówi się o łącznej wartości kontraktu rzędu 17 mld. dolarów. Tyle, że w najbliższych latach, zgodnie z umową Pentagonu z koncernem Lockheed Martin cena ma spadać poniżej 80 mln. USD, podobnie z kosztem godziny lotu – a wszak samoloty trafią do Polski nie jutro czy pojutrze, lecz właśnie dopiero za kilka lat (podawane są wstępne, orientacyjne daty 2024 i 2026). Teraz natomiast ładujemy pieniądze w eksploatowanie i serwisowanie sowieckich MiG-29 i Su-22. Jeśli chodzi o inwestycje w infrastrukturę – tego typu koszty ponosi każde państwo kupujące najnowocześniejszy sprzęt. Również my tak czy inaczej musimy to zrobić (i robimy), jeśli chcemy, by polskie lotniska i bazy wojskowe były kompatybilne z NATO-wskimi standardami i mogły przyjmować najnowsze maszyny. Innymi słowy, mówimy o kosztach, które i tak ponosimy, bądź będziemy musieli ponieść w najbliższej przyszłości. W zamian mamy wciąż rosnącą obecność wojskową sił NATO, w tym głównie wojsk USA – dziś jest to 13,5 tys. żołnierzy, w tym blisko 6,8 tys. wojsk amerykańskich, do czego wkrótce dojdzie kolejny tysiąc, a w przyszłości – wraz z napływaniem F-35 – zapewne jeszcze więcej. Płacona cena zatem ma swój ekwiwalent w postaci wzmocnienia „wschodniej flanki NATO”, co dla państwa w naszym położeniu (i dla całego regionu) ma pierwszorzędne znaczenie.

Po opisanych tu reakcjach widać wyraźnie, że zacieśnianie polsko-amerykańskiej współpracy jest wyjątkowo nie na rękę zarówno Rosji, jak i Niemcom – oraz, ma się rozumieć, ich lokalnym wyrobnikom, którzy na wysługiwaniu się ościennym potęgom budowali dotąd swoje kariery. Dlatego właśnie obecność Amerykanów jest dziś i w najbliższej przyszłości konieczna – chroni nas bowiem przynajmniej w jakimś zakresie przed powtórnym osunięciem się do roli niemiecko-rosyjskiego kondominium.


III. Cena sojuszu

Zresztą, spójrzmy na to wszystko bez złudzeń – i tu, mówiąc klasykiem, przechodzimy do „plusów ujemnych” naszego układu z Wielkim Bratem. W polityce międzynarodowej nie obowiązują takie kategorie jak „honor”, „przyjaźń”, „lojalność” czy inne sentymenty. Decydującymi kryteriami są siła i interes – i tyczy się to również relacji z naszym obecnym hegemonem zza oceanu. W swej polityce Stany Zjednoczone (a zwłaszcza za prezydentury Trumpa) kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku (przypominam o opisanym wyżej przypadku Turcji). Jest to taka bardziej cywilizowana forma rekietu – swoistego haraczu za ochronę, z tą różnicą, że jednak otrzymujemy coś w zamian (sprzęt wojskowy, obecność amerykańskich żołnierzy, gaz łupkowy pozwalający zdywersyfikować dostawy z Rosji). Ponadto, jak widzimy, ta specyfika kontaktów nie dotyczy jedynie naszego kraju. Rzecz jasna, nie ma tu mowy o sojuszu w rozumieniu równoprawnych stosunków – bardziej przypomina to zależność od Imperium Rzymskiego różnych barbarzyńskich państewek (formalnie zwanych „przyjaciółmi” lub „sojusznikami”), ewentualnie relacje wasalne.

Z tego typu układem wiążą się określone niebezpieczeństwa, o których już pisywałem, ale dla porządku pokrótce powtórzę. Podstawowe zagrożenie jest takie, że nasz opiekun w pewnym momencie może zwinąć bez ostrzeżenia swój parasol ochronny, zostawiając nas na lodzie – tak stało się w 2009 r., kiedy to Obama (a właściwie Hillary Clinton, która była wówczas główną animatorką polityki zagranicznej Białego Domu) zrobił „reset” z Rosją, wycofując się z aktywnej polityki w naszym regionie. Mam zresztą swoją teorię spiskową, że smoleńska tragedia była właśnie pokłosiem owego „resetu”. Moim zdaniem, Putin widząc amerykańską obojętność uznał, że może sobie pozwolić na likwidację polskich niepodległościowych elit, na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu po udaremnieniu rosyjskiej agresji na Gruzję zapisał „śmierć w duszy” - i skorzystał z okazji. Musimy brać pod uwagę, że Stany Zjednoczone przestały być państwem w pełni obliczalnym i mogą wykonywać najróżniejsze wolty. Tym bardziej, że mimo ciągłej dominacji nie są już tak wszechpotężnym światowym hegemonem jak niegdyś i zaczynają odczuwać „syndrom krótkiej kołdry” - zwyczajnie nie są w stanie w pełni kontrolować przestrzeni od Atlantyku po Pacyfik i zawsze trzeba liczyć się z możliwością, że „odpuszczą” jeden z teatrów na rzecz mocniejszego zaangażowania się w innym zakątku świata. Właśnie dlatego wątpię w powstanie u nas „Fortu Trump” w rozumieniu klasycznej, stałej bazy w rodzaju tych wciąż utrzymywanych w Europie Zachodniej. Znacznie wygodniej i elastyczniej jest dla USA oddelegować do Europy Środkowej mobilne siły z elementami infrastruktury, które w razie nagłej potrzeby będzie można przerzucić gdzie indziej.

Takie są realia, dobrze więc byłoby, gdyby nasi rządzący pilnowali, by koszta w pewnym momencie nie przeważyły korzyści, pamiętając o naczelnej zasadzie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych! Jest to o tyle istotne, że elity okołopisowskie zdają się momentami zatracać w entuzjastycznym pro-amerykanizmie wszelkie proporcje, sprawiając wrażenie, że dla podtrzymania „transatlantyckiego partnerstwa” gotowe są poświęcić wszystko inne. Tyczy się to chociażby roszczeń żydowskich i polityki historycznej (sprawa rejterady z nowelizacji ustawy o IPN) – widać było wyraźnie, że PiS za dogmat uznał, iż droga do Waszyngtonu wiedzie przez Tel-Aviv i w imię tej z gruntu błędnej doktryny gotów był inwestować bez końca w fikcję „sojuszu” i „przyjaźni” z Izraelem, nie przyjmując do wiadomości, że środowiska żydowskie i państwo izraelskie są co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i nic ponadto. Na szczęście okazało się, że Amerykanie potrafią liczyć i gotowi są sprzedawać nam gaz i broń niezależnie od naszych napiętych stosunków z Żydami, o czym dobitnie świadczy wizyta Andrzeja Dudy – wbrew apelom niektórych politycznych środowisk w USA, by zaangażowanie amerykańskie w Polsce uzależnić od spełnienia przez nas ustawy 447. Jak ujęła to trafnie dr Ewa Kurek w kontekście ekshumacji w Jedwabnem – Ameryka nie poświęci swych interesów dla kilku żydowskich kości. Zwróćmy uwagę, że nawet ambasador Mosbacher od niedawna jakby przystopowała swą aktywność. Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenia ostatnich miesięcy, w tym postawa państwa żydowskiego, otrzeźwiły kilka głów i od tej pory zaczniemy się wykazywać większą asertywnością – tym bardziej, że temat roszczeń niechybnie powróci jesienią.

Kolejna rzecz – Stany Zjednoczone zainteresowane są obecnością w Trójmorzu, widząc w nim „swoją” przestrzeń równoważącą niemiecką dominację na kontynencie i główny rynek zbytu dla swojego gazu łupkowego. To wielka szansa dla nas – możemy stać się bowiem „hubem” dla amerykańskiego surowca, tak jak Niemcy dla rosyjskiego. I właśnie to może USA związać z nami silniej, niż jakikolwiek „Fort Trump” (który, nawiasem, jeżeli powstanie, to właśnie dla ochrony amerykańskich szlaków handlowych i infrastruktury przesyłowej na linii północ-południe). Jeżeli uda się to osiągnąć za cenę kupna F-35, to z góry można powiedzieć, że było warto. Przy okazji – prezydentowi Dudzie towarzyszyła w Waszyngtonie prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, współtworzącego od niedawna Fundusz Trójmorza, mający realizować inwestycje infrastrukturalne.


IV. Niełatwy bilans

Jak zatem ocenić bilans naszego sojuszu? Nie ma tu łatwej odpowiedzi – daleki jestem zarówno od bezkrytycznego entuzjazmu, jak i katastrofizmu wieszczącego zagładę Polski, w których lubują się miłośnicy stawiania uproszczonych, radykalnych tez. Wbrew pozorom, wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy w stanie prowadzić racjonalną politykę, wyciągając z naszego położenia maksimum korzyści i nie oddając więcej, niż jest to absolutne konieczne – chociażby nie pozwalając wplątać Polski w wiszącą na włosku wojnę z Iranem, co będzie dla nas testem podmiotowości równie ważnym, jak kwestia żydowskich roszczeń. Zagrożenia niezmiennie pozostają dwa: Rosja i Niemcy dążące do sfederalizowania Europy oraz powołania współczesnego Waffen-SS pod pozorem „europejskiej armii”. Dopóki USA tutaj są – jesteśmy chronieni. Rzecz w tym, że ochrona ta nie jest dana na zawsze i nie możemy na niej poprzestawać. Naszym zadaniem na najbliższe lata jest wykorzystanie sprzyjającej koniunktury do wzmocnienia własnego potencjału, tak byśmy byli zdolni ochronić się sami, gdy Ameryka zechce się z jakichś powodów wycofać – a to, jak uczy historia, również ta najnowsza, prędzej czy później nastąpi.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy lokaj?

Sojusznik czy wasal?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 08 (Lipiec 2019)

niedziela, 7 lipca 2019

Ofensywa homozamordyzmu

Chciałbym zaapelować do czytelników o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


I. Homo-koncerny w natarciu

Wygląda na to, że na froncie toczącej się w Polsce wojny kulturowej nastąpiła zmiana warty – główny ciężar batalii, po tym jak Koalicja Europejska przejechała się w euro-wyborach na wymachiwaniu tęczowym sztandarem, wzięły na siebie globalne koncerny, powtarzając tym samym drogę, jaką rewolucja LGBT pokonała na Zachodzie. Tam również na pewnym etapie w promocję ideologii „środowisk nieheteronormatywnych” włączyły się światowe korporacje – kiedy tylko zorientowały się, że „społeczność LGBT+” to doskonali klienci: lojalni, często dobrze zarabiający, wydający relatywnie więcej od „heteryków” na przyjemności, nie obarczeni utrzymywaniem rodzin, ponadto pracujący nierzadko w istotnych z punktu widzenia promocji branżach, takich jak reklama i marketing, media, nowe technologie. Efektem była swoista symbioza: wielkie firmy zaczęły reklamować się jako „gay friendly” i jęły wspierać „tęczowe” postulaty w przestrzeni publicznej, równocześnie lobbując w świecie polityki za wcieleniem w życie żądań homoaktywistów – czasem zakulisowo, a czasem jawnie. Np. we wrześniu 2018 r. szereg koncernów (m.in. Coca-Cola, IBM, Bank of Ireland, Santander, Deloitte) wspólnie z lewacką organizacją Amnesty International wystosowały list do autonomicznego rządu Irlandii Północnej oraz brytyjskiej premier Theresy May z żądaniem ustanowienia małżeństw jednopłciowych. Swoją drogą, Wlk. Brytania dopiero w 1982 r. zniosła karalność kontaktów homoseksualnych, podczas gdy Polska dokonała tego już w 1935 r. wraz z wprowadzeniem nowego kodeksu karnego (tzw. lex Makarewicz), co Antoni Słonimski uczcił fraszką: „cieszy się podex / że nowy kodeks”.

Obecnie ta ofensywa dotarła do Polski, czego widomym przykładem była tegoroczna warszawska gej-parada, do której swój akces zgłosiły światowe potęgi biznesowe, takie jak Google, Universal, Microsoft, IBM, Nielsen, Ben&Jerry's (Unilever), Levi's, Discovery, Netflix, JP Morgan, MTV, Procter&Gamble, Goldman Sachs, City Bank. Coca-Cola z kolei wypuściła specjalną serię puszek Sprite'a z tęczowym logo, okraszając inicjatywę reklamowym bełkotem o „DNA marki”. Zaczynamy zatem na własnej skórze przerabiać marketingowe rozmiękczanie postaw społecznych, wg którego tzw. „płynna tożsamość” jest synonimem nowoczesności, europejskości, luzu i „bycia sobą”. Oczywiście, w tej manipulatorskiej obróbce chodzi o wyhodowanie idealnego konsumenta, łykającego bezkrytycznie każde wciskane mu badziewie - z pełnym przekonaniem, że w ten właśnie sposób realizuje swoje aspiracje. Ot, taki zasuflowany odgórnie „bunt” i „nonkonformizm” wg recepty PR-owskich specjalistów od robienia wody z mózgu.


II. IKEA – kulturowy imperializm

Żeby jednak ta operacja na żywym społecznym organizmie odniosła sukces, wymagana jest pełna lojalność i dyscyplina we własnych, korporacyjnych szeregach – począwszy do managementu, aż po szeregowych pracowników z pierwszej linii frontu. Tu już nie ma miejsca na „luz i spontan” - obowiązuje żelazny zamordyzm i zasada zera tolerancji dla odstępców. Przekonał się o tym pracownik sieci IKEA, pan Tomasz K., który został zwolniony po tym, jak wyraził sprzeciw wobec firmowej „akcji afirmacyjnej” lansującej ideologię LGBT+. Przypomnijmy, że poszło o zaordynowane przez kierownictwo firmy obowiązkowe „świętowanie” IDAHOT (Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii), co przekładać się miało na walkę o „prawa” mniejszości seksualnych. Z tej okazji przypomniano tolerancjonistyczne zasady obowiązujące w firmie, z podkreśleniem, iż „włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Tu warto nadmienić, że w odróżnieniu od zwykłej tolerancji, w tolerancjonizmie chodzi o aktywną afirmację odmienności w połączeniu z tzw. „tolerancją represywną” wobec osób nie podporządkowujących się wymaganej postawie. W praktyce oznacza to dyskryminację opornych i opresywną kontrolę sumień rodem z Orwella.

Pan Tomasz K. o tym nie wiedział i w swej prostoduszności opublikował w wewnętrznej firmowej sieci komentarz, w którym przypomniał, co o homoseksualizmie mówi Pismo Św. Oto wpis: Akceptacja i promowanie homoseksualizmu i innych dewiacji to sianie zgorszenia. Pismo Święte mówi: »biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich«. A także: »ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich«”. IKEA zareagowała natychmiastowym zwolnieniem niepokornego pracownika, w specjalnym oświadczeniu zarzucając mu „agresję słowną”, „naruszenie dóbr i godności” innych pracowników oraz wykorzystanie cytatów ze Starego Testamentu mówiących „o śmierci, krwi w kontekście tego jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”, dodając iż „wielu pracowników poruszonych tym wpisem kontaktowało się z naszym działem kadr”. Jak widać, firmowe donosicielstwo ma się w IKEI dobrze, zgodnie ze starymi, bolszewickimi praktykami, do czego zresztą firma sama zachęca, pouczając w jednym z okólników: „reaguj, gdy ktoś słyszy homofobiczne, dyskryminujące uwagi, żarty lub plotki”.

Sprawą pana Tomasza zajął się instytut „Ordo Iuris”, który w jego imieniu złożył przeciw sieci IKEA pozew – zwolnienie jest bowiem oczywistą formą dyskryminacji ze względu na poglądy religijne. Od siebie dodam, że jeżeli firma chce być „transparentna” światopoglądowo, to nie powinno być w niej miejsca na promowanie żadnej religii czy ideologii. Tymczasem IKEA ostentacyjnie promuje dewiacje, zamykając jednocześnie usta katolikom – jest to jawna forma imperializmu kulturowego, poprzez narzucanie pracownikom określonego światopoglądu w duchu opisanego wyżej „agresywnego tolerancjonizmu” przy jednoczesnym lekceważeniu (a wręcz zwalczaniu) norm społecznych kraju w którym funkcjonuje. Zarazem, ów aktywizm jest wybiórczy i nie dotyczy krajów muzułmańskich, gdzie homoseksualizm nierzadko karany jest śmiercią. Wrogiem jest jedynie system wartości ufundowany na korzeniach chrześcijańskich i dekalogu. Poza wszystkim, firmy uprawiające homopropagandę wysyłają czytelny sygnał do pracowników – chcesz liczyć u nas na karierę, musisz „ćwierkać” z lewackiego klucza. W ten oto sposób zaadaptowano wzorce znane z systemów totalitarnych, przekuwając je w „kulturę korporacyjną”.

Co ciekawe, w przypadek pana Tomasza zaangażował się Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, co na kilometr zalatuje faryzejską obłudą – dotąd bowiem obecny RPO dał się poznać ze skrajnej, lewackiej ideologizacji pełnionego urzędu. Cóż, po kompromitacji z obroną mordercy 10-letniej Kristiny, najwyraźniej uznał, że musi się jakoś „wypucować” przed opinią publiczną...

Trzeba dodać, że IKEA nie jest jedyna. Niedawno wrocławska fabryka Volvo uznała za stosowne powołać „społeczność LGBT”, emitując w firmie reklamy i faworyzując tym samym jedną, ściśle określoną opcję światopoglądową. Kierownictwo wycofało się z pomysłu dopiero po protestach pracowników i związków zawodowych - jednak nie łudźmy się, to dopiero początek.


III. Bojkot konsumencki IKEI!

Mam to szczęście, że nigdy nie kupiłem niczego w IKEI - tak się złożyło, że nigdy w życiu nie byłem nawet w żadnym sklepie tej firmy. Teraz wiem, że tak już zostanie. Na zakończenie chciałbym zaapelować do czytelników „Warszawskiej Gazety” o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Pokażmy swój sprzeciw wobec dyskryminacji religijnej, braku poszanowania polskiej tradycji, tożsamości i zwyczajów oraz narzucania nam kulturowego imperializmu. Co więcej, jak wykazała afera „LuxLeaks”, koncern ten zarejestrowany jest w Luksemburgu – raju podatkowym, do którego wyprowadza zyski wypracowane m.in. w Polsce, unikając w ten sposób płacenia podatków. Z naszego punktu widzenia jest zatem firmą pasożytniczą. Zachęcajmy do bojkotu nasze rodziny i znajomych. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Homo-sponsoring


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (05-11.07.2019)

Pod-Grzybki 167

No i po Konfederacji. Marek Jakubiak i Piotr „Liroy” Marzec odchodzą i zakładają własną formację o oryginalnej nazwie... Federacja. Tylko dlaczego, skoro jest ich tylko dwóch, „podprowadzili” na odchodnym staremu ugrupowaniu większą część nazwy? Ładnie to tak zostawiać byłym kolegom marne „Kon”? Moim zdaniem, powinno być jak przy rozwodzie – proces o sprawiedliwy podział politycznego szyldu. Wygranymi będą ci, przy których zostanie człon „racja”.


*

Co ja czytam? Do Federatów dołącza sam Artur Zawisza – weteran wszystkich prawicowych kanap i kanapek oraz tysiąca rozłamów. No, to teraz Federaci są skazani na sukces – skoro Zawisza z nimi, to któż przeciw nim? Tylko patrzeć, jak panowie pojawią się w IKEI – wystarczy wybrać model, skręcić kanapę i gotowe!


*

Chociaż nie, chyba jednak wybiorą inny salon meblowy. Po tym, jak IKEA popisała się słynną „tolerancją represywną” wywalając pracownika, który nie chciał obchodzić gejowskiego święta, pojawienie się akurat tam trójki facetów wybierających kanapę, mogłoby nasunąć dość frywolne skojarzenia. Swoją drogą, do lansowanej przez szwedzki koncern homopropagandy jako żywo pasuje cytat z „Seksmisji”: „no nie róbcie z nas pederastów!”.


*

W ślady IKEI poszło Volvo, które zapragnęło zorganizować w swej wrocławskiej fabryce „społeczność LGBT” i zaczęło pracowników gwałcić przez oczy, emitując podczas przerw obiadowych odpowiednio „tematyczne” reklamy. Słowem, obłęd. Do tej pory sądziłem naiwnie, że przy linii produkcyjnej preferencje seksualne nie mają znaczenia, bo do pracy przychodzi się pracować, a nie uprawiać seks. Co będzie następne? Darkroomy pracownicze, żeby geje mogli się podczas przerwy bezstresowo „bzyknąć”? W każdym razie, od tej pory śmiało można głosić, że Volvo jeździ na pedałach.


*

Tak się zastanawiam – w Polsce panuje obyczaj, że różne inwestycje na starcie święci ksiądz, a nierzadko nawet biskup. Nie wiem, czy było tak również w przypadku fabryki Volvo, ale jeśli tak, to trzeba stwierdzić, że „pokropek” się nie przyjął. Może kolej na egzorcyzmy? Ze szczególnym uwzględnieniem porąbanego managementu tej firmy. A może by tak katoliccy pracownicy wystąpili z petycją o urządzenie zakładowej kaplicy? To byłby dopiero dla postępackiego zwierzchnictwa prawdziwy test na tolerancję!


*

Jak wiadomo, synalek Adama Bodnara zaczął się trudnić crowdfundingiem i wspólnie z koleżkami zbierał datki pod szkołą. Problem w tym, że opornym podczas kwesty świecono „kosą” w oczy. Widzę tu rodzicielskie zaniedbania – tata powinien wszak wytłumaczyć latorośli, że do takich celów to najpierw zakłada się fundację...


*

Aj! Nowoczesny Swetru odchodzi z polityki i wraca do biznesu! Przypomnę, że Swetru to taki biznesmen, który przepisał na żonę majątek w tym samym czasie, gdy ucinał sobie romansik na boku – i co gorsza, dał się na tym przyłapać, co skończyło się rozwodem. Wniosek – tego człowieka-porażkę należy trzymać jak najdalej od wszelkich pieniędzy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (05-11.07.2019)

niedziela, 30 czerwca 2019

Dług publiczny vs. dług prywatny

Warto przypomnieć słownikowe znaczenia pojęcia „austerity” - oznacza ono „prostotę” i „surowość”, ale w drugim znaczeniu również „niedostatek” i „biedę”.

Porozmawiajmy sobie dziś o arcyciekawym procesie przebiegającym na naszych oczach: konwersji długu publicznego na dług prywatny. Jak się to odbywa? Otóż po kryzysie finansowym 2008 r. międzynarodowe gremia i instytucje w rodzaju Banku Światowego czy MFW uznały, że przyczyniła się do niego m.in. rozrzutność państw. Zarządzono zatem politykę austerity, oznaczającą „ekonomię zaciskania pasa” i mającą na celu redukcję deficytów budżetowych oraz trzymanie w ryzach długu publicznego. Jej namiastkę przerobiliśmy w pewnym momencie na własnej skórze, gdy Polska została objęta procedurą nadmiernego deficytu, co przełożyło się na np. zamrożenie płac w sferze budżetowej i oszczędności w sektorze publicznym. Lapidarnie ujął to ówczesny minister finansów Jacek Rostowski w słynnym zdaniu: „piniędzy nie ma i nie będzie”. Pokłosiem tego „programu naprawczego” są niedawne strajki policjantów, lekarzy, nauczycieli, a za rogiem do protestów szykują się kolejne grupy zawodowe „budżetówki”. Rzecz jasna, Polska nie była jedyna – podobne obostrzenia zaordynowały również rządy innych europejskich państw. Wszędzie cięto wydatki sektora publicznego i redukowano programy społeczne, co najboleśniej odczuły kraje południa Europy ze szczególnym uwzględnieniem Grecji, której „trojka” (Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy) przystawiła pistolet do głowy, wymuszając drakońskie cięcia i prywatyzację wszystkiego co się rusza.

Jednocześnie w tym samym czasie amerykański FED i EBC na potęgę wdrażały politykę „luzowania ilościowego” wpompowując w sektor finansowy nieprzytomne miliardy dolarów i euro. Założenie było takie, że pieniądze te trafią do realnej gospodarki, chociażby w postaci kredytów na inwestycje, pobudzając wzrost. Jak wiemy, nic takiego nie nastąpiło – zamiast tego rynek finansowy spuchł od nadmiaru wolnego pieniądza, nadymając kolejną, gigantyczną bańkę, która, jak wieszczy wielu ekonomistów, wkrótce pęknie z takim hukiem, że krach z końca 2008 r. będziemy traktować jak niewinne preludium do prawdziwej, globalnej katastrofy. Zresztą, na zdrowy rozum – jeżeli koncernom przemysłowym (np. samochodowym) bardziej od inwestowania we własnej branży opłaca się zakładać banki i rzucić się w wir spekulacji finansowych, to gołym okiem widać, że coś jest głęboko nie w porządku. Oznaką powyższego jest chociażby anemiczny wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej, świadczący o tym, że kryzys przeszedł w fazę permanentną, a góry pieniędzy futrujące finansistów okazały się „w realu” zaledwie plasterkiem, doraźnie tylko łagodzącym dolegliwości. Na gorzką ironię zakrawa przy tym fakt, że na „luzowaniu” zyskali przede wszystkim ci, którzy doprowadzili do kryzysu i beztrosko szykują nam kolejną zapaść.

Ale jeden z celów został w znacznej mierze osiągnięty – faktycznie, „zaciskanie pasa” zdyscyplinowało budżety, a wszelkie próby poluzowania takiego podejścia spotykają się z gniewnymi reakcjami, co właśnie obserwujemy na przykładzie konfliktu Włochy – Komisja Europejska. Jednak ten kij ma dwa końce – ograniczenie państwowych wydatków odbiło się na wzroście gospodarczym, a koszta cięć ponieśli zwykli obywatele. Niedawno organizacja Human Right Watch zaalarmowała, że w Wlk. Brytanii rośnie liczba... niedożywionych dzieci. Ponadto, w zasadzie na całym kontynencie dramatycznie kurczy się sektor usług publicznych – służba zdrowia, edukacja, transport, bezpieczeństwo publiczne (niedofinansowana policja), pomoc społeczna itp.

I tu dochodzimy do sedna. Bowiem państwa, redukując wydatki, bynajmniej nie zmniejszyły podatków, których gros po staremu obciąża relatywnie mniej zamożne warstwy społeczne w ramach „regresywnego systemu podatkowego” z najbardziej dolegliwymi podatkami pośrednimi (VAT, akcyza) na czele. To zaś wymusza na gospodarstwach domowych zadłużanie się – i to bynajmniej nie na „rozrzutną” konsumpcję, lecz na podstawowe potrzeby. Jeżeli nie ma porządnej opieki zdrowotnej, szkoły czy transportu zbiorowego, to nie ma siły – trzeba brać kredyt na leczenie, edukację czy własny samochód. W ten oto sposób rządy walcząc z deficytami, skrycie „sprywatyzowały” zadłużenie, przerzucając je na ludzi. Brak wydatków państwa oznacza po prostu większe wydatki obywatela, bo leczyć się, uczyć i dojechać z punktu „A” do punktu „B” zwyczajnie trzeba. Tak oto odbywa się wspomniana na wstępie konwersja długu publicznego na dług prywatny. Tyle, że budżet domowy nie ma porównywalnego z państwem pola manewru – nie może chociażby kreować pieniądza, wskutek czego jest bardziej narażony na wszelkie zawirowania, co bardzo szybko odbija się na jego kondycji, w skrajnych przypadkach prowadząc do bankructwa. A potem świat dziwi się skąd się biorą na ulicach „żółte kamizelki” - przecież wskaźniki „makro” są w porządku... Cóż, na zakończenie warto przypomnieć słownikowe znaczenia pojęcia „austerity” - oznacza ono „prostotę” i „surowość”, ale w drugim znaczeniu również „niedostatek” i „biedę”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ludzka polityka monetarna

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26-27 (28.06-11.07.2019)