Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Gowin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Gowin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 206

Z góry przepraszam, ale te „Pod-Grzybki” będą mniej krotochwilne, za to mocno podszyte irytacją. Jak Państwu podobają się nowe, „primaaprilisowe” obostrzenia wprowadzone w związku z „pandemonią” koronaświrusa? Bo według mnie, właśnie nastąpiło tzw. przegięcie pały. Małżonkowie śpiący ze sobą w jednym łóżku mają na ulicy zachowywać dwumetrową odległość? Czy kogoś tu, przepraszam, pogrzało? Nie wolno przespacerować się po parku lub po lesie? Bo co, koronaświrus spadnie z gałęzi? Ludzie w okresie przedświątecznym mają stać przed sklepami w kolejkach i mierzyć „dystans społeczny” suwmiarką? Widzę to tak: o ile poprzednie zakazy zostały przyjęte przez obywateli ze zrozumieniem, o tyle ostatnie absurdy wywołają jedynie złość i frustrację. Takie testowanie społecznej cierpliwości bardzo szybko odbije się rządowi czkawką – żeby nie było, że nie ostrzegałem.


*

Z osobistych doświadczeń. W sobotę odstałem przed „Biedrą” jakieś pół godziny, po czym wparowałem do sklepu z listą zakupów w ręku... i kupiłem może połowę tego, co zaplanowałem. W normalnych okolicznościach wszedłbym, zobaczył, że nie opłaca się stać w kolejce do kasy i poszedł gdzie indziej. Ciekawe, ilu jeszcze było takich jak ja, którzy musieli grzać do kolejnego sklepu, znów odstać swoje – i też bez gwarancji, że kupią co trzeba. Ostrzegam po raz drugi – wnerw w narodzie narasta...


*

Skąd się wziął absurdalny zakaz wchodzenia do lasu? Przypuszczam, że z taniego populizmu. Tak się złożyło, że niedawno jakiś „oburzony obywatel” wrzucił do internetu zdjęcia samochodów z parkingu w okolicach Puszczy Kampinoskiej, z komentarzem, że oto nieodpowiedzialni warszawiacy zamiast siedzieć w domach urządzają sobie wycieczki. I nikomu nie przyszło do łba, że przecież ci wszyscy ludzie nie przemieszczali się po lesie jednolitą zwartą masą, tylko w rodzinnych grupkach. Ale nie – rząd musiał pokazać, że „interweniuje” i wprowadził idiotyczny zakaz. Przy okazji – nikt nie jest w stanie wiążąco wyjaśnić, czy można udać się na ogródek działkowy, a mamy szczyt sezonu wiosennych prac. Tysiące działkowiczów mogłoby kopać grządki, siać, sadzić i generalnie ogarniać temat po zimie, oddając się zdrowej aktywności na świeżym powietrzu. Lecz znów – pewnie ktoś doszedł do wniosku, że mogą się zarazić od sąsiada zza siatki. Ciekawe, jak na dłuższą metę przymusowe siedzenie w czterech ścianach odbije się na zdrowiu i odporności obywateli.


*

Taka refleksja. Gdy wprowadzano ograniczenia poruszania się, niektórzy dowcipkowali, że za dziewięć miesięcy czeka nas wzrost liczby urodzeń. Raz już się to sprawdziło – w stanie wojennym, za Jaruzela, gdy była godzina milicyjna, ogólna beznadzieja, ludzie siedzieli w domach i z nudów robili dzieci. Problem w tym, że od tego czasu mentalność chyba dość mocno się zmieniła. Ja osobiście za jakiś czas sprawdzę statystyki rozwodów – i coś przeczuwam, że powiedzą one nam co nieco o kondycji poddanego eksperymentowi społeczeństwa.


*

Jarosław Kaczyński zafiksował się na wyborach – w najnowszej koncepcji korespondencyjnych. I tym wnerwił ludzi jeszcze bardziej. Z prostego powodu. Nie można bezkarnie wpędzać narodu w psychozę strachu, a potem jak gdyby nigdy nic ogłosić – idźcie do urn, albo biegnijcie na pocztę z kopertami, nic się wam nie stanie. Trzeba było albo nie siać paniki, albo od razu wprowadzić stan wyjątkowy i wybory 90 dni po. Obawiam się, że Naczelnika poważnie zawiódł tu słuch społeczny – bo nawet jeśli rząd ogłosi, że epidemia ustępuje, to „pandemonia” zakorzeniła się w głowach na tyle, że ludzie po prostu nie uwierzą. Coś czuję, że jako społeczeństwo będziemy się po tym wszystkim bardzo długo zbierać do kupy...


*

Chaos dotyka również szkolnictwo, zwłaszcza maturzystów, którzy nie mogą doczekać się decyzji, czy w tym roku będą matury, a jeżeli tak, to kiedy. Mam rozwiązanie – należy skorzystać z koncepcji Jarosława Kaczyńskiego i zarządzić matury korespondencyjne! Jak już stawiać wszystko na głowie i sprowadzać do absurdu, to na całego – a co!


*

Pierwszą polityczną ofiarą koronaświrusa okazał się Jarosław Gowin, który dostał nerwowego dygotu i najwyraźniej tylko szuka pretekstu jak się wymiksować z rządu, zanim spadną słupki poparcia. Tym samym po raz kolejny pokazał, że nie można na niego liczyć. W chwilach kryzysu, gdy w grę wchodzi presja, błyskawicznie wymięka. Istny człowiek-galareta.


*

No dobrze, z weselszych wieści. W Brazylii tamtejsze gangi wzięły się za zaprowadzanie kwarantanny w fawelach Rio de Janeiro. Jedne na kontrolowanym przez siebie obszarze ogłosiły godzinę policyjną, inne nakazały poruszanie się jedynie dwójkami, a jeszcze inne... zaczęły rozdawać ludziom mydło. Skąd ten przypływ przezorności? Z troski o klientów. Otóż gangi te zajmują się m.in. handlem narkotykami, a narkomani wiadomo – osłabiona odporność, podatność na infekcje... taki koronawirus mógłby ich wykosić jak muchy. Brazylijskie gangusy doszły więc do wniosku, że trzeba trochę zadbać o swoich ćpunów, bo nie będzie komu sprzedawać „towaru”. Martwy ćpun niczego nie kupi, więc lepiej jeśli jeszcze trochę pożyją. To się nazywa obywatelska postawa!


*

A tymczasem Chiny stwierdziły, że wystarczy tej pokazuchy na użytek świata i ogłosiły „zwycięstwo” w walce z koronawirusem – a świat udaje, że wierzy. Bo trzeba znów produkować i sprzedawać, tym bardziej, że Zachód był tak głupi i krótkowzroczny, że zlikwidował własny przemysł i teraz żebrze w Pekinie u Xi Jinpinga o każdy transport leków, maseczek i respiratorów. W związku z tym prorokuję, że niedługo w Europie narodzi się „kult cargo”, jak na wyspach Pacyfiku. Będziemy układać z gałązek atrapy doków i lądowisk, wyczekując statków bądź samolotów przysłanych przez Wielkie Żółte Mzimu. A najbardziej w tym wszystkim przygnębiające jest to, że nikt nie zamierza z tej sytuacji wyciągnąć żadnych wniosków na przyszłość.


*

OK, upuściłem nieco żółci, ale jednak zbliża się Wielkanoc, zatem Szanowni Państwo – wbrew wszystkiemu, Wesołego Alleluja!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (09-16.04.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Pod-Grzybki 196

Kojarzą może Państwo takie określenie, jak „bambizm”? Na wszelki wypadek wyjaśniam: otóż pochodzi ono od urokliwej bajki Disneya „Jelonek Bambi”, w której to tytułowy bohater wystylizowany na chwytającego za serce „słodziaka” z wielkimi, wzruszającymi oczami, „poznaje świat” zaprzyjaźniając się z innymi zwierzątkami. Żeby paleta szantażu emocjonalnego była pełna, Bambi jest pół-sierotą, bo jego mama została zastrzelona przez złych myśliwych. Film został nakręcony w 1942 roku, kiedy to ludzkość miała na głowie o wiele większe problemy niż los jelonków, ale z jakiegoś powodu owa animowana psychomanipulacja ukształtowała mentalnie kolejne pokolenia. Tak więc „bambizm” oznacza niedojrzałe, infantylne i wyidealizowane podejście do świata przyrody, wedle którego zwierzątka są „dobre”, odczuwają rzeczywistość z wrażliwością małych dziewczynek na etapie „różowości” i wiary w jednorożce – a całą sielankę psują jedynie „niedobrzy” ludzie. To właśnie tacy wiecznie niedojrzali „bambiści” protestują w obronie korników, dzików i karpi, katują się wegetariańską dietą, postulują nadanie zwierzętom praw obywatelskich i niczym rozkapryszone dzieci usiłują narzucić swój obłędny światopogląd reszcie świata. A świat zidiociał do tego stopnia, że kiwa ze zrozumieniem głową i pozwala się szantażować, zamiast tych mentalnych gówniarzy przewinąć przez kolano i wlepić kilka „klapów” na d..., albo wysłać gołych na tydzień do lasu, by odczuli działanie przyrody na własnej skórze.


*

Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale musiałem wyjaśnić przyczyny mojej irytacji, ilekroć spotykam się z przypadkami „bambizmu”. Najnowsza odsłona tej psychicznej aberracji, to moralna panika, jaką zasiali „bambiści” na wieść, że Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zezwoliła na odstrzał 1,5 tys. bobrów na Mazowszu. Takie okresowe zezwolenia na redukcję pogłowia wydawane są od lat w różnych regionach Polski – ale akurat teraz z jakiegoś powodu „bambistów” trafił szlag i wzięli się za protestowanie. A ja jestem za odstrzałem. Przypomnę, że bobrze ogony były niegdyś przysmakiem, ponadto mięso z bobra, jako zwierzęcia wodnego, uchodziło za danie postne (czyli posługując się dzisiejszą, lewacką nowomową - wegetariańskie) - zatem odstrzał bobrów w kontekście zbliżającego się Wielkiego Postu ma szczególne uzasadnienie, bo wyrzeczenia wyrzeczeniami, ale proteiny są potrzebne. A więc, myśliwi – do dzieła. Darz bóbr!


*

Inny przykład z podobnej beczki – lewactwo się burzy, bo w USA branża mięsna protestuje przeciw nazywaniu wegetariańskich substytutów mięsa „burgerami”, „stekami”, „parówkami” czy wręcz „roślinną wołowiną”. Zatem doczekaliśmy tego poziomu szaleństwa, gdy trzeba tłumaczyć, że nie ma czegoś takiego, jak „roślinne mięso”, bo mięso jest z definicji produktem odzwierzęcym. Chociaż, z drugiej strony... skoro rośliny można nazywać „mięsem”, to w zasadzie czemu by mięsa nie nazywać roślinami? Ja na przykład preferuję wieprzowe brokuły i wołowe marchewki. A indycze kalafiory z posypką... mmm, to dopiero rarytas. In your face, wegetariańczycy!


*

Czy Jarosław Gowin połozy się Rejtanem w obronie wolności słowa na uczelniach, tak jak obiecywał w odniesieniu do gender? Ma świetną okazję, bo akurat Uniwersytet Śląski wszczął „dyscyplinarkę” przeciw prof. Ewie Budzyńskiej, za to, że podczas zajęć z socjologii rodziny szerzyła „homofobiczne” i „dyskryminujące” treści – takie mianowicie, że dla dziecka najkorzystniejsze warunki rozwoju są w pełnej rodzinie z mamą i tatą, a aborcja wcale nie jest fajna. Co więcej, doniesienie zgłosiła grupa studentów „oburzonych” treścią wykładu. Przypomina to coś Państwu? Otóż mamy tutaj kalkę 1:1 z lat 50-tych i epoki stalinizmu, kiedy to ówcześni „pryszczaci” hunwejbini tępili „reakcyjnych” profesorów – i to z błogosławieństwem władz uczelni. Taki los spotkał m.in. prof. Tatarkiewicza, zatem prof. Budzyńska jest przynajmniej w dobrym towarzystwie.


*

W zupełnie innym towarzystwie znalazł się za to prof. Wojciech Popiołek – bo to właśnie on pełni na Uniwersytecie Śląskim funkcję Rzecznika Dyscyplinarnego i z wielką przychylnością odniósł się do donosu „pryszczatych”. Przypomnijmy – to ten sam Wojciech Popiołek, który podczas jednego z prawniczych sabatów zasłynął antykonstytucyjną wykładnią fundamentów ustrojowych Rzeczypospolitej, stwierdzając, iż suwerenem nie są „wyborcy”, lecz... „wartości zapisane w prawie, na straży których stoją niezawisłe sądy i niezależni sędziowie”. To doskonale pokazuje, jaką rzeczywistość urządzi nam „nadzwyczajna kasta”, jeśli ktoś tego motłochu w togach i biretach nie pogoni ostro batem. To są po prostu mentalne staliniątka reprodukujące się w kolejnych pokoleniach.


*

Po pierwszych polakożerczych elukubracjach Fiutina czekałem tylko, aż ogłosi, że AK w Powstaniu Warszawskim mordowała Żydów – i bingo! Rosyjskie władze opublikowały „dokument” w którym jakiś sowiecki szpion przerzucony przez Wisłę donosił, że powstańcy wymordowali Żydów i Ukraińców. Jedno Fiutinowi trzeba oddać – to chyba najwierniejszy czytelnik „Gazety Wyborczej”, który najwyraźniej każdy dzień zaczyna od lektury organu Michnika przy porannej kawie, bo operuje antypolską „pedagogiką wstydu”, jakby zakuwał artykuły na pamięć. Widać, że tłuste rosoły spijane ongiś przez Michnika w Klubie Wałdajskim nie poszły na marne. Pozostaje tylko pogratulować Ober-redaktorowi takiego wychowanka!


*

Morawiecki w wywiadzie dla „Do Rzeczy” przyznał, że rząd aktualnie nie ma w planach repolonizacji mediów. Ręce opadają. A tymczasem tak się składa, że niemiecki Bauer ogłosił, iż zamierza sprzedać należącą do niego „Interię” – trzeci co do wielkości portal internetowy w Polsce. Kto jest wymieniany wśród potencjalnych nabywców? Tak, zgadliście Państwo - „Agora”. A zatem michnikoidy dołożą do swej kolekcji kolejne medialne trofeum – przypomnę, że całkiem niedawno „Agora” przejęła też Radio Zet. Wygląda więc na to, że w „repolonizacji” rządzących wyręczy... George Soros.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (31.01-06.02.2020)

niedziela, 8 grudnia 2019

Homoterror na uczelniach

Czołowi przedstawiciele polskich szkół wyższych jednoznacznie opowiedzieli się po jednej ze stron toczącego się dziś w Polsce fundamentalnego sporu światopoglądowego.

I. Uczelnie w oparach lewackiej ideologii

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dwoma bulwersującymi wydarzeniami, pokazującymi w jakim kierunku skręca polskie szkolnictwo wyższe. Pod koniec listopada Śląski Uniwersytet Medyczny wskutek interwencji środowisk LGBT zwolnił z pracy wykładowczynię, która ośmieliła się wygłosić nieprawomyślny wykład na temat homoseksualizmu. Niemal równocześnie Uniwersytet Jagielloński nie zgodził się na przeprowadzenie organizowanej przez eurodeputowanych PiS Beatę Kempę i Patryka Jakiego konferencji „Ideologia LGBT i gender. Doświadczenia państw UE i polityka UE” z udziałem ks. prof. Dariusza Oko, prof. Aleksandra Nalaskowskiego, ks. prof. Pawła Bortkiewicza oraz redaktorów Jacka Karnowskiego i Marcina Makowskiego. Władzom uczelni miała się nie spodobać tematyka spotkania.

Zbieg okoliczności? Nie sądzę. Otóż jestem gotów postawić tezę, iż w obu przypadkach mamy do czynienia z namacalnym pokłosiem wrześniowej deklaracji Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) dotyczącej m.in. odpowiedzialności za krytykę środowisk LGBT. Jak pamiętamy, stanowisko KRASP było lekko tylko zakamuflowaną reakcją na sprawę prof. Aleksandra Nalaskowskiego, który został na pewien czas zawieszony w obowiązkach wykładowcy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu po tym, jak w jednym z felietonów wyraził swój skrajnie negatywny stosunek do odbywających się w kolejnych miastach homo-parad. Warto dodać, iż wiceprzewodniczącym KRASP jest rektor UMK, prof. Andrzej Tretyn, bezpośrednio odpowiedzialny za zawieszenie prof. Nalaskowskiego. W dokumencie KRASP można przeczytać, iż krytyka LGBT (rzekomo mająca nawiązywać do „najciemniejszych kart historii Polski i świata”) powinna „bezwarunkowo podlegać odpowiedzialności dyscyplinarnej w naszych uczelniach.

Jednocześnie zaledwie miesiąc wcześniej, w sierpniu 2019 r., ta sama KRASP zdecydowanie wsparła oświadczenie rektora poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza, prof. Andrzeja Lesickiego, w którym skrytykował „hierarchów Kościoła Katolickiego” „używających mowy nienawiści” i „biorących udział w sporach ideologicznych wokół zjawiska określanego skrótem LGBT” - co z kolei było odpowiedzią na pamiętną homilię abp. Marka Jędraszewskiego ze słowami o „tęczowej zarazie”. Ton przywoływanych oświadczeń przepojony był zarazem jak najgłębszą rewerencją wobec środowisk homoseksualnych. Tym samym, czołowi przedstawiciele polskich szkół wyższych jednoznacznie opowiedzieli się po jednej ze stron toczącego się dziś w Polsce fundamentalnego sporu światopoglądowego – rzecz jasna, obudowując swe stanowisko zaklęciami o „szacunku” i „tolerancji”, tudzież całą resztą politycznie poprawnego pacierza. W praktyce jednak pozycjonują się w roli swoistych „ormowców” marksizmu kulturowego, który coraz mocniej rozpycha się łokciami, zajmując na uniwersytetach miejsce niegdysiejszego „diamatu” („materializmu dialektycznego”) i urastając z wolna do roli obowiązującej doktryny. A wszelkie odstępstwo od jedynie słusznej ideologii musi zostać surowo ukarane.


II. Homoterror i cenzura

Zarysowany tu ciąg zdarzeń pozwala umiejscowić we właściwym kontekście wspomniane na wstępie wydarzenia na Śląskim Uniwersytecie Medycznym oraz Uniwersytecie Jagiellońskim. To nie są incydentalne przejawy nadgorliwości władz jednej czy drugiej uczelni, wynikające bądź to z oportunizmu czy tchórzostwa, bądź z ideologicznego zaczadzenia. To element szerszej, świadomej polityki przekuwającej na język faktów przywołaną wyżej deklarację KRASP i mającej na celu wyrugowanie ze szkół wyższych niepoprawnych politycznie poglądów pod pretekstem walki z „mową nienawiści”.

Przyjrzyjmy się bliżej najpierw sprawie Śląskiego Uniwersytetu Medycznego (ŚUM). Wykład zatytułowany „Homoseksualizm a zdrowie” został oprotestowany przez środowiska LGBT i gejowski portal queer.pl, który złożył do rektora uczelni prof. Przemysława Jałowieckiego oraz biura prasowego donos na „homofobiczne treści”. W swym piśmie homoaktywiści wprost odnieśli się do stanowiska KRASP „w którym wyrażono poparcie dla idei walki z przejawami dyskryminacji ze względu na m.in. płeć, orientację seksualną i tożsamość płciową wśród społeczności uniwersyteckich”, pytając czy władze mają zamiar „wyciągnąć ewentualne konsekwencje wobec autora lub autorki wykładu. W trakcie wykładu padły tak „obrazoburcze” stwierdzenia, jak to, że jedynie związek kobiety i mężczyzny zdolny jest do przekazania życia i przedłużenia rodzaju ludzkiego, zaś dla dziecka najkorzystniejsze jest, gdy wychowują je biologiczni rodzice. Ponadto wykładowczyni przytoczyła dane berlińskiego Instytutu im. Roberta Kocha, mówiące iż w różnych krajach geje stanowią od 60 do 86 proc. chorych na AIDS, kilkukrotnie częściej popadają w depresję i nałogi, 6 razy częściej podejmują próby samobójcze i przeciętnie (w zależności od intensywności aktywności homoseksualnej) żyją od 8 do 20 lat krócej niż osoby heteroseksualne. W odpowiedzi władze ŚUM rozwiązały umowę z pracownicą uczelni z uzasadnieniem, iż „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”. Zwróćmy uwagę – wykładowczyni nie zwolniono za obraźliwą czy choćby „kontrowersyjną” opinię, lecz za cytowanie twardych naukowych danych, które po prostu nie spodobały się przedstawicielom homolobby. Sądzę, że zwolniona pracownica powinna pozwać teraz ŚUM do sądu za zniesławienie, jakim było imputowanie jej rzekomej „homofobii”.

Z kolei władze Uniwersytetu Jagiellońskiego pozbyły się niewygodnej konferencji oficjalnie zasłaniając się „apolitycznością” uczelni, choć tematyka miała dotyczyć doświadczeń krajów UE z ideologią LGBT i gender. Ostatecznie gościny udzieli Uniwersytet Papieski Jana Pawła II (9 grudnia), lecz to nie koniec - lokalna mutacja „Wyborczej” już zdążyła okrzyknąć wydarzenie mianem „homofobicznego”, zaś aktywiści LGBT zapowiadają swoją obecność na sali, można się więc spodziewać prób zakłócenia spotkania. Tak czy inaczej, mamy do czynienia z ewidentną, nieudolnie maskowaną, cenzurą ideologiczną.


III. W szponach „tolerancji represywnej”

Biorąc pod uwagę powyższe, niczym ponury żart brzmią słowa Jarosława Gowina (podkreślmy – ministra nauki), iż gotów jest „kłaść się Rejtanem”, jeśli ktoś na uczelniach będzie próbował „ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender”. Jest to kompletne postawienie spraw na głowie, bo akurat genderystom nikt wolności słowa nawet nie próbuje ograniczać. Odwrotnie – to lewaccy hunwejbini kolonizują uczelnie, usiłując rugować z nich niewygodne, konserwatywne poglądy i stosując narastający terror ideologiczny. Czynią to z całą bezwzględnością, w myśl neomarksistowskiej doktryny „tolerancji represywnej” pod orwellowsko zakłamanym sztandarem „walki z dyskryminacją”, coraz jawniej ukazując przy tym swe totalniackie oblicze. W ich świecie zwyczajnie nie ma miejsca na jakikolwiek pluralizm opinii – obowiązuje twardy dogmatyzm nie tolerujący żadnych odstępstw. Do czego to prowadzi, możemy zobaczyć na zachodnich kampusach uniwersyteckich, gdzie jakikolwiek sprzeciw wobec dyktatu politycznej poprawności skutkuje pasmem szykan aż do relegowania z uczelni i zwolnienia z pracy z nieformalnym „wilczym biletem” włącznie. Doszło do tego, że Donald Trump musiał kilka miesięcy temu wydać dekret prezydencki grożący uczelniom utratą państwowych funduszy w przypadku ograniczania wolności słowa.

Dziś Gowin w reakcji na zwolnienie pracownicy ŚUM obiecuje, iż będzie „wspierał” działania min. zdrowia Łukasza Szumowskiego, któremu podlegają uczelnie medyczne i faryzejsko rozdziera szaty nad „złamaniem wolności słowa”. O tym, by skończyć na wzór węgierski z inwazją genderyzmu na uczelniach, oczywiście próżno marzyć. Idę o zakład, że gdy tylko ośmieli się na jakąkolwiek próbę ingerencji, rozlegnie się taki wrzask o „zamachu na autonomię uczelni”, że czym prędzej schowa się do mysiej dziury.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (06-12.12.2019)

środa, 27 listopada 2019

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?

Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.

I. Aborcja wciąż nie zatrzymana

Czy obóz „dobrej zmiany” po cichu dezerteruje z frontu wojny kulturowej? Takie pytanie musi nieuchronnie się pojawić w kontekście kolejnych wypowiedzi, czynów i zaniechań w wydaniu Zjednoczonej Prawicy.

W minionej kadencji mieliśmy absolutnie celową obstrukcję obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, mającego m.in. powstrzymać aborcję eugeniczną, czyli np. zabijanie dzieci u których w fazie prenatalnej stwierdzono podejrzenie zespołu Downa. Projekt pod którym podpisało się ponad 830 tys. osób został najpierw skierowany do sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, by następnie decyzją jej ówczesnej przewodniczącej Bożeny Borys-Szopy trafić do specjalnej podkomisji. Od tamtego momentu (2 lipca 2018 r.) politycy nie zajęli się nim ani razu i inicjatywa na dobre ugrzęzła w sejmowej zamrażarce. Jak podają na swojej stronie organizatorzy akcji „Zatrzymaj aborcję” od 30 listopada 2017 r., kiedy to formalnie złożono projekt w Sejmie, w polskich szpitalach zginęło 2158 nienarodzonych dzieci. Za to w międzyczasie Bożena Borys-Szopa zdążyła awansować na ministra rodziny, pracy i polityki społecznej – czyżby w nagrodę za sprawne utrącenie niewygodnej ustawy? Dodajmy, iż do „odzyskanego” Trybunału Konstytucyjnego pod rządami Julii Przyłębskiej złożono w październiku 2017 r. pytanie o stwierdzenie zgodności (lub nie-) z Konstytucją tzw. przesłanki eugenicznej. Również i ten organ nie znalazł czasu, by rozpatrzyć wniosek podpisany przez 107 parlamentarzystów. Teraz, wraz ze startem nowej kadencji, sprawa się przeterminowała.

Na szczęście, zasada dyskontynuacji (czyli niekontynuowania przez Sejm nowej kadencji projektów procedowanych przez poprzedni parlament) nie dotyczy inicjatyw obywatelskich, zatem projekt „Zatrzymaj aborcję” formalnie pozostaje w mocy. Tylko co z tego, skoro na skutek sejmowych układanek szefostwo Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Zjednoczona Prawica oddała skrajnie lewicowej aktywistce Magdalenie Biejat, utrącając Grzegorza Brauna? Wychodzi na to, że dla PiS tradycyjnie głównym wrogiem pozostaje prawicowa konkurencja, a nie antycywilizacyjne lewactwo... Można więc się spodziewać, iż antyaborcyjna inicjatywa w bieżącej kadencji zostanie taktycznie „uwalona” rękami lewicy – i to pomimo tego, że nominalnie w komisji większość ma prawica.


II. Czy powstrzymamy pochód dewiacji?

W kontekście powyższego, trudno być optymistą jeśli chodzi o dalsze losy obywatelskiego projektu „Stop pedofilii”. Wprawdzie został gładko przyjęty przez Sejm i trafił do komisji zajmującej się zmianami w kodyfikacjach, lecz tu pojawia się płynące z doświadczenia poprzedniej kadencji pytanie, czy nie czeka nas powtórka z nader wątpliwej rozrywki? A sprawa jest naprawdę wielkiej wagi, dotyczy bowiem treści przemycanych zgodnie z wytycznymi WHO podczas tzw. edukacji seksualnej.

Przypomnijmy, iż projekt będący nowelizacją Kodeksu Karnego wprowadza penalizację publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim oraz propagowania lub pochwalania podejmowania przez osoby małoletnie obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej. Powyższe w szczególności odnosi się do działalności związanej z edukacją, leczeniem bądź opieką nad dziećmi. Jest to absolutnie kluczowe w sytuacji, gdy różne samorządy usiłują wprowadzać tylnymi drzwiami deprawacyjną seksedukację do podległych im placówek oświatowych – a osławione „standardy WHO” zalecają m.in. oswajanie z masturbacją dzieci już od piątego roku życia, zaś w kolejnych grupach wiekowych następować ma nauka „świadomego wyrażania zgody na seks”, różnych technik stymulacyjnych i zaznajamianie dzieci z dewiacjami przedstawianymi jako „norma” i nieszkodliwe „odmienności”. Nic dziwnego, że tak pojmowana „edukacja” jest oczkiem w głowie aktywistów LGBT. Należy się śpieszyć, bowiem Rafał Trzaskowski zapowiada, że podpisana przez niego „Karta LGBT+” będzie konsekwentnie wdrażana wraz ze wszystkimi jej postulatami – w tym, dotyczącymi szkolnej seks-indoktrynacji. Pytanie – czy rządząca prawica zdecyduje się na konfrontację, szczególnie w obliczu nacisków płynących z Brukseli, czy w imię świętego spokoju schowa obywatelski projekt na dnie szuflady?


III. Lewacka edukacja

A skoro jesteśmy przy edukacji. Koniecznie należy odnotować bulwersujący głos „konserwatysty bezobjawowego”, czyli Jarosława Gowina – ministra nauki i szkolnictwa wyższego. W głośnym wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Sieci” zapowiedział: „Położę się Rejtanem, jeżeli ktoś będzie próbował ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender. Charakterystyczne - ze słów wicepremiera wynika, iż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gender z 56 „płciami” i 238 „orientacjami” nie jest żadną „nauką”, lecz ideologią. A mimo to jest gotów bronić obecności owej ideologii na uniwersytetach – w imię, jakby inaczej, wolności słowa, przekonań i „badań naukowych”. Co więcej, z dalszej części wywiadu dowiadujemy się, iż Jarosław Gowin jest w pełni świadom lewicowo-liberalnego przechyłu na wyższych uczelniach, lecz traktuje to jako swoistą normę, bo tak jest „niemal na całym Zachodzie”. To już jest jawna abdykacja z jakichkolwiek funkcji władczych państwa i przyzwolenie, by szkolnictwo wyższe było kuźnią bojowników w antycywilizacyjnej wojnie. Natomiast zagnieżdżone na uniwersytetach lewactwo nie bierze jeńców – konserwatywni naukowcy są sekowani na każdym kroku, spycha się ich w cień, odmawia naukowych awansów, na porządku dziennym jest uniemożliwianie na terenie uczelni spotkań z osobami wyrażającymi odmienne od dominującego, lewackiego mainstreamu poglądy na kwestie takie jak ochrona życia, ideologia LGBT, czy w jakikolwiek inny sposób odstające od jedynie słusznej linii.

Trzeba sobie powiedzieć jasno – w miejsce opuszczone przez klasyczny „diamat” („materializm dialektyczny”) szerokim frontem wkroczył jego następca – marksizm kulturowy i to jego wyznawcy w poczuciu wszechwładzy i bezkarności meblują dziś umysły przyszłych polskich elit. Odpuszczenie sobie tego pola skazuje nas w niedalekiej przyszłości na zdominowanie życia publicznego przez wojujące lewactwo, stosujące na masową skalę tzw. „tolerancję represywną” - czyli, mówiąc po ludzku, dyskryminację wszelkich poglądów nie mieszczących się w kanonie politycznej poprawności. Przedsmak mieliśmy już przy okazji sprawy zawieszenia prof. Nalaskowskiego za to, że dał wyraz swej odrazie wobec manifestowanej podczas gej-parad ideologii LGBT, czy w produkowanych przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) totalniackich z ducha manifestach ustalających obowiązującą doktrynę w kwestiach LGBT oraz „ekologizmu-klimatyzmu”.

Otóż, panie Gowin, na genderyzm nie musimy się godzić. Wystarczy sięgnąć po przykład Victora Orbana, który jednym dekretem usunął „gender studies” z listy kierunków mających oficjalną akredytację rządu i tym samym pozbawiając je uprawnień do publicznego finansowania, co poskutkowało likwidacją tych kierunków na uczelniach. Trzeba tylko mieć cojones...


IV. Dyktat „ekologizmu”

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o wojującym ekologizmie. Nowo powołany minister ds. klimatu (już samo utworzenie tego resortu pokazuje, że i na tym odcinku kapitulujemy), Michał Kurtyka, szczyci się, że to on osobiście zaprosił młodocianą eko-fanatyczkę Gretę Thunberg na szczyt COP24 w Katowicach. Takie podejście oznacza, że za chwilę Polska będzie pokornie wdrażać kolejne, motywowane ideologicznie eko-szajby – jak rozumiem, żeby nie czepiała się nas Bruksela. Tego, że rzekoma „troska o planetę” jest jedynie narzędziem mającym służyć społecznej inżynierii, przebudowie ludzkiej świadomości i urzeczywistnieniu lewackiej utopii – wolimy nie zauważać. Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Przyszła koalicja: PO-SLD



Ostatnie poczynania Platformy Obywatelskiej to przygotowywanie gruntu pod przyszłą koalicję z SLD.



I. Oczyszczanie przedpola.


Pamiętają może Państwo ile to było niedawno wrzasku w reżimowych mediodajniach, że PiS planuje po jesiennych wyborach koalicję z SLD? Mówiąc pół żartem pół serio, trudno o lepszy przykład psychologicznego mechanizmu przeniesienia, czyli przypisania własnych intencji przeciwnikowi. Mówiąc zaś zupełnie poważnie, była to operacja mająca na celu wymuszenie na PiS deklaracji, że takowa koalicja nie jest brana pod uwagę, po to by oczyścić sobie przedpole. Na podobnej zasadzie Michnik i jego środowisko pryncypialnie gromiło wszelkie inicjatywy podjęcia rozmów z PZPR wychodzące z konkurencyjnych podziemnych środowisk, by następnie samemu dogadać się z komunistami i stać się jedynymi po stronie „opozycyjnej” beneficjentami owoców „okrągłego stołu”.


Cóż – Platforma to typowa bezideowa partia władzy (w języku propagandy IIIRP mówi się o takich - „pragmatycy”), więc różne wolty i zakręty nie szkodzą jej tak, jak ugrupowaniom podkreślającym tradycjonalną ideowość (tacy w języku propagandy IIIRP zwani są dla odmiany „populistami”). W tym kontekście przestaje więc dziwić platformiany zwrot w lewo, zaś zmiana retoryki ma tu służyć wyłącznie przygotowaniu gruntu pod powyborczą koalicję z SLD. Ma oswoić elektoraty obu partii z myślą o przyszłym sojuszu, tak by ten mariaż był do przełknięcia dla opinii publicznej i jawił się jako naturalna konsekwencja przebytej politycznej drogi.


II. Zapateryzm light.


Opisywany ideowy fikołek PO przejawia się przede wszystkim ukłonami pod adresem tzw. lewicy kulturowej. Nagle okazało się, że „związki partnerskie” są OK, nie wyklucza się możliwości adopcji dzieci przez homoseksualistów, zaczęło się podszczypywanie Kościoła (słynne „nasz rząd nie będzie klękał przed księdzem”). Ten zapateryzm w wersji light, lub bardziej swojsko - złagodzony palikotyzm, wprawiał początkowo fanów PO w pewne zakłopotanie, bowiem Platforma chciała uchodzić do tej pory za ugrupowanie umiarkowane, unikające ostrych konfrontacji cywilizacyjno-światopoglądowych, czego wyrazem był bezwład decyzyjny w kwestii zapłodnień in vitro i kokietowanie Kościoła rekolekcjami w Łagiewnikach.


Lewicowy zwrot uzyskał oficjalne potwierdzenie na sobotniej konwencji Platformy, tym bardziej, że został wsparty konkretnymi transferami takich ludzi jak Arłukowicz czy Rosati oraz liberalnej obyczajowo Kluzik-Rostkowskiej. Dodajmy do tego decyzje o wstawianiu na dobre miejsca działaczy SdPl na listach wyborczych, co budzi zresztą niezadowolenie terenowych struktur PO, które czują się wykorzystane (na zasadzie - my tu orzemy w terenie, a miejsca na listach dostają „obcy”). Jeżeli rysowany tu scenariusz się sprawdzi, to po wyborach może się okazać, że różni lewicowi „dysydenci” wcale nie odeszli od swych macierzystych ugrupowań tak daleko...


III. A co z Gowinem?


Charakterystyczna jest w tym kontekście postępująca marginalizacja platformerskich konserwatystów. Na konwencji Platformy zabrakło Gowina (formalnym powodem absencji była hospitalizacja jego wnuka), co trudno interpretować inaczej niż jako sprzeciw wobec obranego przez partię kursu. Zresztą, jak się zdaje nikt z działaczy nie płakał z powodu jego nieobecności, bowiem w tworzącej się konfiguracji Gowin i jego zwolennicy nie są już nawet listkiem figowym, tylko wręcz zawalidrogami.


Gowinowi nie zazdroszczę – będzie musiał bowiem niedługo dokonać trudnego wyboru: albo tkwić w oficjalnie zblatowanej z postkomunistami Platformie i tracić resztki twarzy, albo zrobić rozłam i wzbogacić pejzaż politycznego planktonu, tworząc co najwyżej koalicję z Prawicą RP Marka Jurka czy resztkami po PJN. Teoretycznie możliwe byłoby przejście do Prawa i Sprawiedliwości, lub jakaś forma współpracy, ale tylko pod warunkiem przełamania pewnych barier psychologicznych po obu stronach.


IV. Domknięcie systemu.


W tej układance nie można oczywiście pominąć Pałacu Prezydenckiego wokół którego odtwarza się środowisko polityczne dawnej Unii Demokratycznej, której idee fixe od zawsze był „historyczny kompromis” między „światłą” częścią dawnej solidarnościowej opozycji a „liberałami” wywodzącymi się z PZPR. Przy błogosławieństwie Pałacu, tudzież wsparciu służb „tajnych widnych i dwupłciowych” oraz mediów ten scenariusz jest bliższy realizacji niż kiedykolwiek.


W ten oto sposób system polityczny IIIRP zostanie ostatecznie domknięty i nawet powstanie PJN plus dalsza ewolucja w stronę przystawki PO (mimowolnie lub nie) wpisuje się w ten obrazek. Tak się bowiem składa, że w czasach, kiedy powstawały PiS i Platforma, licytujące się do pewnego momentu w radykalnej krytyce Trzeciej i postulatach budowy Czwartej RP, wielu ludzi znalazło się w każdym z tych ugrupowań „przypadkowo”. Taki Poncyliusz czy Kluzik-Rostkowska zdecydowanie bardziej pasują do Platformy, zaś pewnie w PO znalazłoby się trochę osób bardziej nadających się do Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli PJN zostanie do reszty zwasalizowane, lub się rozpadnie na tych którzy pójdą w ślady Kluzik-Rostkowskiej i tych, którzy wdzieją wór pokutny i powrócą do PiS-u, zaś platformerscy „konserwatyści” zdecydują się na secesję, to porządkowanie sceny politycznej znajdzie swój logiczny finał. Będzie „centrolew” z PO i SLD kontra „centroprawica” reprezentowana przez PiS i plankton, zaś między nimi obrotowy koalicjant, czyli PSL reprezentujące lobby „agrarne”.


V. Orkiestra czeka. Czy może czekać Polska?


Na zakończenie zwrócę uwagę, że to co w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości miało być szczytem politycznego cynizmu i wyrachowania (owa mityczna koalicja z SLD), w wykonaniu Platformy przedstawiane jest jako odpowiedzialne działanie respektujące demokratyczną wolę obywateli. Tak się bowiem składa, że TVP, jakby reagując na nową, prolewicową linię Partii i Rządu, przeprowadziła sondaż zaprezentowany w niedzielnych (dzień po konwencji PO) „Wiadomościach” i skwapliwie przedrukowany na stronach internetowych „Wyborczej”, z którego wynika, że większość obywateli życzy sobie koalicji PO-SLD. Jest to wyraźny sygnał, że propagandowa orkiestra czeka tylko na znak, by przystąpić do szturmu na świadomość wyborców.


Co z tym wszystkim ma zrobić PiS? Dobre pytanie. Póki co nie zanosi się bowiem na miażdżącą wygraną w stylu Orbana. Owszem, PiS może czekać na ostateczny krach wszystkiego, jeszcze przed końcem następnej kadencji i zgarnięcie całej puli, pamiętając doświadczenia z poprzednimi koalicjantami będące wynikiem błędnej decyzji o nierozpisywaniu przedterminowych wyborów przy okazji „kryzysu budżetowego”. Osobiście obstawiam, że spodziewane załamanie nastąpi – z różnych przyczyn - po Euro 2012, a więc niedługo. Tak więc PiS może ten rok-dwa poczekać. Pytanie, czy może czekać Polska.


Gadający Grzyb

piątek, 30 stycznia 2009

Dobrzy faszyści...

Dobrzy faszyści z cycem + uchachany Michnik

czyli o saloniarskich konserwatystach słów kilka.

I. Publicystyczne soft – porno w roli sprzączki figowej.

Którejś leniwej niedzieli, gdy w standartowym stanie średnio znudzonego Polaka, polegiwałem sobie na kanapie cykając od niechcenia pilotem po rodzimo - cudzoziemskich mediodajniach, natrafiłem na wykwit telepublicystycznej działalności redaktora Tomasza Wołka, pod nazwą „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Mniejsza z tym, co mówili zaproszeni goście – bo mówili to, czego można się spodziewać. Spójrzmy zresztą na przekrój dyskutantów: Wiesław Dębski – „Trybuna”, Jerzy Baczyński – „Polityka”, Maciej Łętowski – niezależny. Jak odgaduję zamysł gospodarza tych cyklicznych nasiadówek, zapewne Dębski robić ma za lewicę, Sroka - Baczyński za centrum (już jest fajnie), Maciej Łętowski zaś za tzw. „cywilizowaną prawicę”.

Fajnie jest tak leżeć sobie i nabijać się wewnętrznie z bandy konformistycznych bubków, którzy masturbują się nawzajem intelektualnie, „pięknie się różniąc”. Dokładnie tak, jak w filmikach soft – porno nadawanych nocną porą na antenie tej samej stacji - „bohaterowie” niby robią, co trzeba, ale bez efektu. Skąd to znam, zapytacie, (ach, ten retoryczny młot na prawicowców). Czy godzi się oglądać takie filmy – ależ godzi się, godzi – tylko należy z tej pseudopornograficznej „sztuki” wysnuć praktyczne wnioski – przywołując Mleczkę – „Obywatelu! Nie pieprz bez sensu !”.

Wspomnijmy dla porządku, że „plusoujemny” wałęsowski szlagwort po raz pierwszy wykorzystał Rafał Ziemkiewicz, używając go jako tytułu swej audycji w „Radiu Plus” ( nota bene w zupełnie innym kontekście – była to świetna próba przeszczepienia na polski grunt amerykańskiej konwencji talk radio; odkłamania absurdów zarówno nadwiślańskiej, jak i ogólnoświatowej political correctness ).

Tak, po prawdzie, gdy Wołkowe „Plusy…” wystartowały, śledziłem je przez jakiś czas w miarę regularnie. Czyniłem tak z czystej ciekawości, na zasadzie – a może jednak? Może będzie to kawałek w miarę rzetelnej publicystyki w zakłamanej mediorzeczywistości? Zresztą, w pierwszych odsłonach RAZ był honorowym gościem, dając tym samym placet gospodarzowi na dalsze dysponowanie cytatem. Wołkowi nie stało dowcipu by doszperać się w odmętach historii równie zgrabnego bonmociku, więc to, co wpadło mu w ręce skrzętnie zawłaszczył dla swoich potrzeb.

Sam Ziemkiewicz, po okresie karencji, przestał w wołkowym saloniku bywać, ku nieskrywanej uldze prowadzącego., który, wraz z kolejnymi odcinkami programu, nawet nie próbował ukryć fizjonomicznej irytacji, ilekroć Ziemkiewicz otwierał twarz i tworzył zbędny dysonans perorując wbrew saloniarskim dogmatom. Jak sądzę, rozstali się bez żalu.

Zaś stacja, której imienia nie powiem, by wypełnić obowiązki polityczno – oligarchiczno – ustawowe, trzyma wciąż na antenie program Wołka w charakterze sprzączki figowej, wypełniającej niezbędne minimum „misji” między durnymi serialami a pokazami gołych cycków.

II. Dobrzy faszyści.

Zdziwko.

„Ale, ale…” – jak bełkotał przy okazji swych ukraińskich wojaży nasz, szczęśliwie były, eksprezydent ze stakanem w ręku – po co w ogóle się nad tym całym Wołkiem rozwodzę?
Ano, po to, gdyż się dziwię. I, jak powiedziałby poeta, sam własnemu zdziwieniu nie mogę się nadziwić. Przykład Tomasza Wołka i opisywanego wyżej programu stanowi bowiem exemplum szerszego zjawiska, które określam mianem „saloniarskiego konserwatyzmu”. Każdorazowo, gdy widzę facjaty tego typu person naszego życia publicznego, bądź gdy czytam ich teksty, międlą mi się w głowie wciąż te same, upierdliwe pytania:

Co jest, do diaska, z ludźmi, którzy mienią się konserwatystami, a w praktyce robią to, co robią?

Co sprawia, że gotowi są zaprzedać siebie dla towarzystwa osób, w oczach których mogą liczyć, co najwyżej, na status „dobrego faszysty”?

Pieniądze? Eliciarskie pragnienie poczucia przynależności do „wyższych sfer”?

Widzę tu różne postaci – Tomasz Wołek, Piotr Wierzbicki (pierwszy redaktor naczelny „Gazety Polskiej”(sic!), toczący swego czasu ostre boje z salonowymi parnasiarzami), Aleksander Hall, Cezary Michalski (tu uwaga - ten ma własne ambicje…), Jarosław Gowin (choć ten ostatnio podpadł)…

Co nimi wszystkimi powoduje?

Demiurgiczne rojenia.

Z Michalskim sprawa jest stosunkowo prosta - zadziałał tu syndrom niezaspokojenia intelektualno - demiurgicznych ciągot a’la Michnik. Redaktor Cezary widzi „prawicę” idącą z duchem czasu (czyli odpowiednio „europejską” co do poglądów i praktyki), lecz z ambicjonalnych względów z Salonem mu nie po drodze – pragnąłby bowiem stworzyć własny ośrodek myśli i czynu, gdzie sam piastowałby funkcję „Michnika – oberparnasiarza”, czytaj, intelektualno-politycznej wyroczni. Po lewej stronie podobne ciągoty zdaje się zdradzać Sierakowski. Łączy ich jedno – nie po to tyle się nastudiowali i naczytali różnych mądrości, by teraz łykać, jak karmna gęś kluski, wskazówki podtykane im pod gęby przez autorytety i tkwić w szeregu, czekając na łaskawy awans towarzyski, podczas gdy miejsca w lożach parnasiarzy są zajęte od dawien dawna, role zaś rozdzielone. Salonowi parnasiarze cierpią bowiem na przypadłość analogiczną do znanego powiedzenia o sędziach Sądu Najwyższego USA – nigdy nie rezygnują, zaś umierają stanowczo zbyt rzadko. Michalski tworzy zatem własną alternatywę (co samo w sobie mogło by być intrygującym urozmaiceniem), nie dostrzegając jednak, iż jego propozycje prowadzą de facto do modelu prawicy w stylu współczesnej „Starej Europy”, gdzie nominalni chadecy są do tego stopnia sterroryzowani, iż gotowi są przegłosować cokolwiek – od gejowskich pseudomałżeństw po eutanazję.

Niemniej, Michalski, orząc na progresywistycznym poletku, czyni to, jakby tu rzec, ciut z osobna.

Co z innymi?

Błędne kalkulacje.

Gryzę się i toczę wojnę z myślami – a może to jest tak, że niektórzy po prostu błędnie kalkulowali? Jak np. Wołek, wypuszczając niegdyś Jacka Łęskiego i Rafała Kasprówa na Kwacha. „Wakacje z agentem” walnie przyczyniły się do upadku „Życia”, w myśl oligarchicznej zasady: masz na pieńku z władzą – nie masz reklam, bo jak damy ci reklamy, to wtedy sami będziemy mieć z władzą na pieńku, a tego nie chcemy, bo szkodzi to naszym interesom. Wołek – notoryczny wałęsiarz - wtedy przedobrzył. Z czasem skruszał, zwłaszcza po nietrafionej próbie reanimacji swej gazety. A że w słowach jest gładki, jak nie przymierzając, Helenka Kurcewiczówna przed orgią dziewiczych tortur, zafundowanych jej przez Sienkiewicza, to rychło na fali antykaczystowskiej histerii przystosował się do odpowiednich nurtów. Teraz Salon na nowo „odkrył” Wałęsę… i Wołek na tym odcinku znakomicie się znalazł, tym bardziej, że na każdym kroku demonstruje właściwą odrazę w stosunku do lustracji. Dodajmy do tego kasę za figuranckie stanowisko w stacji… której imienia konsekwentnie nie powiem…

Czy tylko mnie chce się od tego rzygać?

Wypalenie, syndrom niedopieszczenia i głód akceptacji.

No, dobrze, ale kasa to tylko kasa – nie zaspokaja ona wszystkich potrzeb duchowych konserwatysty pretendującego do Salonu.

Jest jeszcze zwyczajne, ludzkie wypalenie i pragnienie spokojnej emerytury, stabilizacji po latach bezowocnego użerania się z komuną i post – komuną. Jak długo można znosić rolę wiecznego opozycjonisty, który w wolnej Polsce otoczony jest pogardą i zbiera cięgi nie tylko od postkomunistów (to naturalne), lecz również od swoich, całkiem niedawnych, towarzyszy broni? Jak długo można znosić chorobę chronicznego ostracyzmu zafundowanego przez tych, z którymi, całkiem niedawno przecież, „ramię w ramię”…itd.…itp.…

Czy to syndrom niedopieszczenia, czy wyrachowanie, czy też pomieszanie powyższych składników skłoniło starszych „walczaków” do zejścia na pozycje maskotek kontentujących się np. fuchą recenzenta muzyki poważnej? Może też było coś na rzeczy w kolejnych nie spełnionych miłościach – taki Piotr Wierzbicki (autor m. in. niezapomnianej satyry „Podręcznik Europejczyka”, czy „Traktatu o gnidach”), zakochiwał się kolejno w Wałęsie, ROP-ie i Olszewskim… potem były jeszcze jakieś kolejne przelotne miłostki (obserwowałem to z perspektywy czytelnika „Gazety Polskiej”)… zaś na koniec „dał se siana” stwierdzając, że zawsze czuł się „warszawskim inteligentem” – i – zapewne zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż obecna „warszawka” ma się do przedwojennej inteligencji jak pięść do nosa, zgodził się na „wybiórczy” ersatz, byle by poczuć się choć na chwilę „między swemi”. Zyskać poczucie środowiskowej akceptacji.

Tyczy się to również innych saloniarskich konserwatystów.

Jakoś mi szkoda pastwić się tu szczególnie nad Aleksandrem Hallem, którego kolejne inicjatywy polityczne, kończyły się sromotnymi klapami (Partia Konserwatywna, Stronnictwo Konserwatywno – Ludowe) przyprawiając na poziomie lokalnym, uczciwych samorządowych pozytywistów o permanentny ból głowy (nie wiem, jak było gdzie indziej, ale w mojej miejscowości w latach 90-tych sympatykami Halla byli naprawdę wartościowi ludzie – przeważnie nauczyciele z powołania – wyzbyci rutyniarskiego belferstwa społecznicy, którym „chciało się chcieć”). A potem, Hall, który (chyba?) miał nadzieję na stworzenie prawicy „pięknie różniącej się” od udecji, sam został przez nią pożarty, znikając z politycznego horyzontu zaraz po przegranych wyborach w 2001 r., w których startował z ramienia PO. Wszechmocna wówczas „Agora” (przypomnę, były to czasy sprzed afery Rywina), w tak zwanym międzyczasie, użyczała mu swych łamów jako felietoniście. No i cóż, komplementowano go jako „Don Kichota polskiej prawicy”, wydano mu książkę ze zbiorem felietonów „Widziane z prawej strony”…zaś potem, jakoś tak, po cichu, wypadł z obiegu.

Do obecnego obiegu wróciła jego żona w charakterze „ministerki” od edukacji. Tu już nie ma nawet pozorów konserwatyzmu.

Dom, cichy kąt… i psy.

Śmiem twierdzić, ze w przypadku większości z saloniarskich konserwatystów mamy do czynienia, w różnych proporcjach, z wypadkową opisanych wyżej przyczyn, które kumulując się latami sprawiły, że bohaterowie niniejszego tekstu postanowili znaleźć jak śpiewał „Dżem” „…dom, cichy kąt i psa”.

I, faktycznie, znaleźli Dom – tyle, że w Domu tym jest Salon. A w Salonie reguły życia i hierarchię ustalają parnasiarze. „Dobrzy faszyści” dostali – jak z łaski – cichy kąt. Lecz psa nie dostali. Sami stali się psami.

I Salon odpowiednio ich traktuje – to skarci, to pogłaszcze…

Mózg mi wylatuje spod czupryny, gdy o tym myślę.

III. Łaska pańska… pstry koń… i PAX na salonach.

I po co to wszystko? Jeszcze raz pytam: po kiego ch…a im to było?

Status „dobrego faszysty” można wszak stracić z łatwością odwrotnie proporcjonalną do trudu włożonego w jego osiągnięcie.

Przekonał się o tym ostatnio choćby Jarosław Gowin, który był tolerowany ze względu na przynależność do partii, z którą „GW” aktualnie sympatyzuje. Gdy tylko przedstawił odmienne zdanie w kwestii „in vitro”, ten skądinąd umiarkowany, łagodny konserwatysta z miejsca zaczął robić w „Wyborczej” za fundamentalistycznego, religijnego radykała, pryncypialnie obsobaczanego zarówno z pozycji fachowo – profesorskich, jak i ideologiczno – kulturowych.

Inni są ostrożniejsi. Mądrzejsi. Tak się bowiem dziwnie składa, iż deklarując przywiązanie do konserwatywnych wartości, interpretują je w taki sposób, by nie naruszyć przepisów etykiety, czytaj – tak, by efekt końcowy tej dwójmyśleniowej dedukcji był zgodny z aktualną linią wiodącego organu. Wymaga to wprawdzie nielichej ekwilibrystyki umysłowej, jednak ich cyrkowe intelekty z wprawą wyćwiczonego akrobaty są w stanie tej sztuce sprostać.

Ciekaw jestem, czy zdają sobie sprawę z tego, że w oczach salonowych parnasiarzy pełnią rolę prawicowych „użytecznych idiotów”, że stanowią jedynie dopełnienie obrazka środowiska „ludzi rozumnych”, alibi dla prób intelektualnego zawłaszczenia przestrzeni publicznej. Innymi słowy, są dla Salonu tym samym, czym był PAX, tudzież „księża – patrioci” dla PZPR-u. Dzięki nim bowiem parnasiarze mogą głosić z właściwym sobie bezwstydem, iż „rozsądna prawica” podziela ich wyważone przekonania, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, zaś „środowisko” obejmuje całe spektrum akceptowalnych poglądów. Wszystko, co poza nimi „od diabła pochodzi” - ma na wieki wieków pozostać fanatyczną, oszalałą ekstremą z pochodniami w faszystowskich dłoniach.

IV. Zakończenie, czyli księża i rabini.

Kończąc te przydługie refleksje chciałbym przypomnieć stary szmonces o tym, jak ksiądz starał się nawrócić rabina. Po dłuższym czasie z pomieszczenia w którym toczyła się dysputa, wychodzi spocony, czerwony na twarzy rabin i zgromadzonej w korytarzu publiczności rzuca: „uff… trochę to trwało, ale w końcu udało mi się go przekonać”. Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że analizowani powyżej „dobrzy faszyści” znaleźli się w sytuacji owego księdza nawróconego na judaizm. Z jednym zastrzeżeniem – oni nawet nie próbowali „rabinów” nawracać.

I chyba nie jest im nawet specjalnie głupio.

Gadający Grzyb

P.S. Sprawozdanie z Wołkowych „Plusów” zapodane w cz. I nie dotyczy ostatniej niedzieli. Nie wiem, nie oglądałem – i jakoś dziwnie nie jestem ciekaw…



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl 26.01.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/dobrzy-faszysci