Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 maja 2011

O naprawie Rzeczypospolitej


Blogerskie refleksje wokół Kongresu „Polska Wielki Projekt”.



I. Medialne otumanienie.


Tyle łez wylewano w mediodajniach nad mizerią intelektualnego zaplecza naszych bytów politycznych. Że to, panie kochany, nic się nie dzieje, brak systemowych koncepcji, partie wydają pieniądze podatnika na durne spoty i billboardy... A tu proszę, Instytut Sobieskiego zorganizował w zeszłym tygodniu wielki pięciodniowy kongres „Polska Wielki Projekt” (04 – 08.05.2011) podczas którego naszkicowano kompleksową diagnozę obecnego stanu państwa i podano rozwiązania mające służyć, że tak zaszyję Fryczem-Modrzewskim, „naprawie Rzeczypospolitej”. I co? Ano – nic. Ogarnięcie tematu najwyraźniej przerosło możliwości naszych luminarzy pióra, tudzież mikrofonu. A to jakaś na poły prześmiewcza notka w „Wyborczej”, a to wzmianka w jednej czy drugiej telewizji, gdzie zauważano co najwyżej briefing Jarosława Kaczyńskiego z obowiązkowym wtrętem, że miał miejsce podczas konferencji „prawicowych” czy wręcz „pisowskich” intelektualistów (trzeba było słyszeć jakim tonem wymawiano słowo „intelektualista” mające odnosić się do „pisiorów”)...


Doprawdy, obawiam się, że dziennikarska brać o mało nie skręciła sobie karków od starannego patrzenia przez te kilka dni w inną stronę. Wszyscy bowiem, jak jeden, żyli kolejną wrzutką rządu Tuska – Ostachowicza, czyli wojną z kibolami, która – takie odnoszę wrażenie – miała m.in. właśnie „przykryć” odbywający się Kongres. Co ciekawe, również „Rzeczpospolita” (jeden z medialnych patronów przedsięwzięcia) jakoś nie pokusiła się o szersze relacje z kolejnych paneli. Przeglądam dział „Opinie” i widzę tam tylko jeden programowy tekst prof. Krasnodębskiego (tekst piszę 10.05). Wszystkich już otumaniło?


II. Stać nas na IV RP.


Ale ja w zasadzie nie o tym chciałem. Otóż, gdy przeglądam na stronach Instytutu Sobieskiego materiały, gdy słucham nagrań wystąpień kolejnych prelegentów (choćby w Niepoprawnym RadiuPL), to widzę po stronie, nazwijmy to hasłowo, „propaństwowo-niepodległościowej” olbrzymi intelektualny potencjał, który do niedawna żył niejako w uśpieniu, lub co najwyżej w „drugim obiegu”, a który obecnie dobija się z coraz większą mocą o prawo głosu i traktowanie jako równorzędnego uczestnika debaty publicznej. Tego siły IIIRP nie będą w stanie na dłuższą metę ignorować.


Kongres pokazał bowiem jedną, podstawową rzecz: obóz IV Rzeczypospolitej stać na kompleksowy program przebudowy państwa, na spójną wizję dotyczącą zarówno najrozmaitszych aspektów polityki wewnętrznej, jak i spraw międzynarodowych, zaś jego podstawowym wyznacznikiem jest upodmiotowienie Polski i Polaków. Spójrzmy zresztą na poszczególne bloki tematyczne Kongresu:


1. Polska – wyzwania strategiczne


2. Infrastruktura. Na czym rozpędzić rozwój Polski?


3. Rządy i sądy w Polsce


4. Polska racja stanu


5. Jakie młodych Polaków chowanie?


6. Nauka i innowacje, czyli jak budować przewagę


7. Media publiczne, prywatne i społeczne


8. Nowoczesność – projekt tradycyjny (o postępie i roli inteligencji w polskiej tradycji intelektualnej)


9. Jak konserwatyści mogą kształtować polskie miasta?


Każdy z tych punktów oczywiście rozbity został na kilka wystąpień, prowadzonych przez liczne grono specjalistów z najróżniejszych dziedzin. Od siebie dodam, iż całościowy obraz wyłaniający się z poszczególnych wykładów, prelekcji i debat pokazuje daleko posuniętą degrengoladę budowanej i „modernizowanej” od 20 lat Polski. Innymi słowy – fiasko rzekomo bezalternatywnego projektu III RP. Państwo nie działa, albo działa wadliwie we właściwie wszystkich swych obszarach. Owo „państwo na niby” nie realizuje żadnego ze swych zadań – od zapaści samodzielnej polityki zagranicznej, poprzez sypiącą się infrastrukturę po sferę edukacji i sprawy społeczne. Co więcej, Polska ma poważny problem ze swą tożsamością i co za tym idzie – określeniem racji stanu.


Nie jesteśmy jednak w sytuacji bez wyjścia. Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość, jedyna na dzień dzisiejszy realna siła opozycyjna, zechce sięgnąć w praktyce rządzenia po specjalistów (często bez jednoznacznych partyjnych afiliacji, wbrew temu co plotły media o „pisowskiej” rzekomo imprezie), którzy właśnie zbiorowym wysiłkiem zarysowali „wielki projekt”, to będą wszelkie dane po temu by wyjść z obecnego stanu degenerującego marazmu. A wszak, zasoby intelektualne IV RP nie ograniczają się jedynie do uczestników Kongresu.


III. Intelektualny bezwład „łże-elit”.


Kolejną refleksją, która się nasuwa, jest miałkość, by nie powiedzieć dosadniej, propozycji dla Polski coraz bardziej zgeronciałych „elit” IIIRP - owego „salonu” starającego się trzymać w słabnącej garści życie intelektualne współczesnej Polski. Zadam tu retoryczne pytanie: czy temu środowisku, mówiąc skrótowo – warszawce i krakówkowi - przyszło do głowy, by zorganizować podobną konferencję, mierzącą się bez złudzeń z kondycją naszego państwa i wyzwaniami, które przed nim stoją?


Nie, nie przyszło, gdyż dla tych państwa historia skończyła się na wejściu do Unii Europejskiej, zaś dalszy rozwój i modernizacja mają nastąpić niejako same z siebie wraz z wdrażaniem kolejnych urodzonych w Brukseli dyrektyw i zaleceń. Tyle, skrótowo rzecz ujmując, mają do zaproponowania społeczeństwu. Wszelkie antagonizmy, sprzeczne interesy, nierówności i braki roztopią się w europejskiej magmie, jeżeli zaś owa euro-modernizacja napotyka na jakieś przeszkody, to tylko z powodu kulturowego „zacofania” Polaków. Z oczywistych względów nie są w stanie dokonać krytycznej analizy dorobku III RP, gdyż sami ów dorobek w znacznej mierze współtworzyli.


Ach, zapomniałbym - na wszelkie udokumentowane diagnozy, pokazujące że zbudowany przez nich twór jest sypiącą się ruiną trzymającą się kupy chyba tylko z przyzwyczajenia, potrafią jedynie zatkać uszy i wrzeszczeć o „faszyzmie”.


Dlatego Kongres należało za wszelką cenę zamilczeć, bądź wyśmiać – każda próba merytorycznej polemiki skazana byłaby na porażkę i „saloniarze” doskonale o tym wiedzą. Bo – uchowaj Brukselo – miejscowa gawiedź mogłaby się przekonać, że po „tamtej stronie” nie stoi banda oszalałych „moherów” i „faszystów”, tylko kompetentni, propaństwowo nastawieni naukowcy i intelektualiści formułujący koherentną i realistyczną wizję sanacji Polski, zupełnie odmienną od urządzonego nam przez luminarzy IIIRP priwislańskiego grajdołka.


***


Na zakończenie dwie dobre wiadomości. Pierwsza – obecne „łże-elity” ustąpią pola, zmusi ich do tego „coraz bardziej otaczająca rzeczywistość”, to tylko kwestia czasu. Oni sami to zresztą przeczuwają i stąd te potępieńcze wrzaski. Druga – kongresy Instytutu Sobieskiego będą odbywać się co roku – z pożytkiem dla Rzeczypospolitej i nas wszystkich, jak sądzę.


Gadający Grzyb

czwartek, 17 lutego 2011

Anty-polityka historyczna


... czyli wiwisekcja intelektualnego zaplecza obozu III RP



W ostatniej notce „Policzek z prawa, policzek z lewa” napisałem, że polityki historycznej ma u nas nie być, mimo że uprawiają ją z powodzeniem nasi sąsiedzi. No i bach – zagalopowałem się, gdyż sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.


I. Krótka charakterystyka.


To, że „obóz III RP” zwalcza hasło „polityki historycznej” bynajmniej nie znaczy, że takowej polityki nie praktykuje. Ona jest, tylko uprawiana z właściwą Salonowi hipokryzją, bez używania źle kojarzącej się nazwy. Prowadzi ją konsekwentnie od zarania III RP środowisko Bogów Demokracji. Ta polityka charakteryzuje się z jednej strony gloryfikacją środowisk postokrągłostołowych, które w ramach szlachetnego kompromisu „ponad podziałami” podarowały nadwiślańskim Murzynom wolność, z drugiej zaś – wpędzaniem tychże Murzynów w postkolonialne kompleksy za pomocą procederu, który bodaj Bronisław Wildstein określił mianem „pedagogiki wstydu”. W ramach tejże pedagogiki trzyma się polskich czarnuchów w permanentnym poczuciu niższości, wypominając, że jeszcze nie tak dawno chodzili bez ubrań, nie wiedzieli co to krzesło i z upodobaniem praktykowali kanibalizm. Co więcej, w mentalności tubylczej „ludożery” wciąż są obecne owe kanibalistyczne miazmaty, które mogą w każdej chwili dojść do głosu. Dlatego też ciemnych autochtonów należy prewencyjnie obezwładnić moralnie, bo jak nie, to ani chybi rozpalą ogień pod kotłami i skonsumują natchnionych misjonarzy z Czerskiej i okolic.


II. Dwaj panowie G.


Dobrą ilustracją opisanej powyżej metody jest zachowanie wydawnictwa „Znak” wobec książek dwóch panów G.- Romana Graczyka („Cena przetrwania. SB a Tygodnik Powszechny") i Jana Tomasz Grossa („Złote Żniwa”).


Jak wiadomo, „Znak” odmówił wydania wyważonej i opartej na solidnych badaniach archiwalnych książki Romana Graczyka o środowisku „Tygodnika Powszechnego” i uwikłaniu niektórych jego prominentnych przedstawicieli w kolaborację z SB, za to publikuje książkę-paszkwil J.T. Grossa o rzekomych polskich hienach cmentarnych polujących na Żydów i ich majątki.


Książki Graczyka „Znak” nie wydał, gdyż ponoć zniesławia „środowisko”, za to książkę Grossa szkalującą cały naród – proszę bardzo. Bliższa ciału koszula. Bliższe dobre imię swojego towarzystwa, niż dobre imię Polski i Polaków. „Moim zdaniem, książka nie odpowiada rzeczywistości historycznej PRL, w jakiej pracowali ludzie „Tygodnika” i w jakimś sensie jest wobec tego środowiska niesprawiedliwa” - stwierdza prezes „Znaku”, Henryk Woźniakowski. Za to książka „Złote żniwa”, jak można się domyślać, odpowiada jak najbardziej historycznej rzeczywistości i jest wobec Polaków kryształowo wręcz obiektywna i uczciwa.


Oczywiście, przyczyny takiego postępowania tkwią właśnie w logice tytułowej anty-polityki historycznej. „Złote Żniwa” wpisują się bowiem doskonale w proceder „pedagogiki wstydu”, mającej trzymać w ryzach polskich Murzynów, natomiast praca Graczyka, jako rzucająca cień na środowisko samozwańczych „elit”, odbiera im moralną legitymację do sprawowania z wysokości parnasów rządu dusz i umysłów postkolonialnego „bydła”.


Puentę dopisała sojusznicza „Gazeta Wyborcza” we właściwym sobie, unikalnym stylu, jedną ręką broniąc tak przydatnego Grossa, drugą zaś masakrując Graczyka w tekście pod znamiennym tytułem „Esbeckim okiem na Tygodnik Powszechny, odwołującym się do dwudziestoletniej linii redakcyjnej tępiącej „dzikich” lustratorów, której nie zmodyfikowała nawet sprawa „Ketmana”-Maleszki. Dodam, że demaskacja Lesława Maleszki i reakcja Michnika była przyczyną zrewidowania przez Romana Graczyka swego stanowiska w kwestii lustracji.


III. Współczucie dla Salonu.


Teraz zabawię się w empatię... Nie, tak naprawdę, to nie tyle „zabawię”, ile postaram się wczuć na chwilę w psychologiczną sytuację naszych „blaskomiotnych” i ich akolitów.


Zadajmy sobie pytanie: jakie są przyczyny tak konsekwentnej postawy salonowszczyzny, każącej trwać w polonofobicznym zacietrzewieniu wbrew wszystkiemu i wytaczać najcięższe działa na każdą oznakę mogącą świadczyć, że Polacy odzyskują wiarę w tradycyjne, patriotyczne wartości, choćby miała to być grupa osób modlących się pod krzyżem, bądź pokojowy przemarsz ulicami Stolicy w dniu 11 Listopada?


Wysunę tu hipotezę może mało odkrywczą, ale chyba do tej pory nie dość mocno zwerbalizowaną: źródłem polonofobii intelektualnego zaplecza III RP jest irracjonalny strach, mający swe źródło w jakiejś traumie z przeszłości. Odwołam się tu do słynnego wywiadu Michała Cichego dla „Dziennika”, w którym stwierdził m.in., że Helena Łuczywo za swą życiową misję przyjęła chronienie Żydów w Polsce przed jakimkolwiek złym losem. Taka postawa musi wypływać z konkretnych zaszłości – dzisiejsi intelektualni dyrygenci z Parnasu III RP nasłuchali się od swych antenatów z KPP o zwierzęcym antysemityzmie mającym jakoby cechować rzeczywistość społeczno-polityczną Polski międzywojennej, następnie zaś oni sami i ich partyjni bliscy doświadczyli na własnej skórze Marca roku 1968 i „antysyjonistycznej” czystki z rąk moczarowszczyzny, angażującej instrumentalnie „narodową” retorykę do wewnątrzpartyjnych rozgrywek.


Stąd ich spaczone spojrzenie na Polskę. Każdą oznakę patriotyzmu traktują jako potencjalny zalążek szowinizmu. W sumie, to biedni ludzie. „Biedni” oczywiście nie w sensie materialnym, tylko – jakby to ująć? - „psychospołecznym”. Tyle, że zarazem cholernie szkodliwi, bo ich antypolskie fobie zatruwają życie publiczne, stając się obowiązującymi, opiniotwórczymi dogmatami – od wpływowego socjologa po najgłupszą panienkę z tele-okienka i „aspirującego” leminga karmiącego mózgownicę przekazem wiodących mediodajni.


W ten sposób hodowana jest lumpeninteligencja z awansu, którą następnie nakleja się niczym PRL-owskie etykiety zastępcze na słoiku z zawartością: „Naród".


Ale też, tak po ludzku, trochę nad „saloniarzami” ubolewam. Ludzie o często niepospolitej inteligencji uwięzieni w matni irracjonalnego strachu przed polskością - to smutny widok.


IV. Ksenofobia a la Czerska.


Efektem wspomnianych lęków jest syndrom oblężonej twierdzy i ksenofobia. Tak właśnie: ksenofobia - strach przed „polskimi Murzynami” - owymi stereotypowymi „moherami”, starszymi, gorzej wykształconymi, z mniejszych ośrodków, kultywującymi „płytki”, „ludowy”, „maryjny” katolicyzm... Swą ksenofobię i związane z nią kolejne przywary „twierdza oświeconych” ze środowiska „GW” nader ochoczo przenosi na swych ideowych przeciwników. Traktując redakcję na Czerskiej jako pewien symbol można powiedzieć, że „parnasiarze” czują się w swym złotym zamku osaczeni przez polskość, którą utożsamiają z nacjonalizmem. Właśnie dlatego używają swej potęgi materialno-medialnej do uprawiania permanentnej „pedagogiki wstydu" - ich antypatriotyczne fobie każą im dokładać wszelkich starań, by wytłumić „demony polskiego nacjonalizmu" u miejscowych dzikusów, przy czym za „nacjonalizm" uznają patriotyzm... i tak w koło Macieju.


Przerażające jest, że ich post-Marcowe, pokoleniowe traumy i fobie wsparte komunistycznymi uwikłaniami dyktują „klimat intelektualny". Zamiast uzdrawiać społeczeństwo (co, zdaje się, jest ich celem), zatruwają. Zakładając cenzorski knebel i podrywając godnościowe podstawy patriotyzmu  rewitalizują w ten sposób, wbrew swym intencjom, najróżniejsze radykalizmy, w tym również antysemickie resentymenty. Prosta zasada: akcja – reakcja. Można rzec, iż są odwrotnością faustowskiego Mefistofelesa - on był „częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc czyniła dobro”, oni - wiecznie dobra pragnąc, wyrządzają zło.


V. Postępowi Kononowicze.


Konsekwencją anty-polityki historycznej jest również entuzjastyczny euro-internacjonalizm. W uproszczeniu, gerontokratyczny „beton” z nadwiślańskiego „pokolenia ‘68” rozumuje tak: skoro Niemcy zrobili Holocaust, a polscy komuniści od Moczara - Marzec, posiłkując się „narodową" retoryką, to już lepiej, żeby nie było żadnych narodów. Tacy postępowi Kononowicze: „żeby nie było niczego". Stąd utopijne dążenie do bez-narodowej, europejskiej magmy, w której mają roztopić się wszelkie „nacjonalizmy". Swoją drogą – poziom intelektualny Johna Lennona z „Imagine”...


Temu służą. I fiasko tej hołubionej do granic zacietrzewienia utopii prędzej czy później się na nich zemści.


Może się zdarzyć, że doprowadzony do ostateczności tłum ruszy na Czerską, Wiertniczą... Mogą się wtedy dziać rzeczy straszne. Każda, nawet najbardziej szczelna propaganda ma swoje granice, zwłaszcza gdy ludziom zrobi się pusto w garnkach. I wtedy przypomną sobie, kto faszerował ich narracją upodlenia. Senny koszmar z postępowymi misjonarzami gotowanymi w kotłach przez „dzikich” może się ziścić.


Nie wyczekuję tego. Ostrzegam.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 22 grudnia 2010


...czyli co-jakiś-tam-czasowy, wybiórczy i subiektywny przegląd wydarzeń dla ubogich.



I. Wieści różnej treści:


Niepomny na los byłego administratora Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, ks. płk. Żarskiego, ksiądz Leon Pietroń wygłosił równie „upolitycznione” kazanie i został, jak to ujął Seawolf, „zbanowany” (półroczny zakaz wygłaszania kazań) przez arc. Życińskiego, który niczym rasowa primadonna nie cierpi na swojej scenie konkurencji. Używałem już co prawda tej analogii, ale tu powtórzę: cosik mi się widzi, że taki ks. Skarga nie miałby dziś łatwego życia. Te upolitycznione "Kazania Sejmowe"... Jego zbanowaliby chyba dożywotnio.


***


Ludwik Dorn wyznał, że „wykorzystuje PiS do swoich celów”. To ci Machiavelli, no, no...


***


Dorn wyznał co wyznał, po czym pobiegł na kilka głębszych. Ledwie wychylił, a już rzuciła się na niego sfora tresowanej na takie właśnie okazje dziennikarskiej psiarni. W ten oto nagły a bolesny sposób skończyły się medialne przymilanki. Dorn się tym nawet jakby z lekka zbulwersował. Co on, nie wiedział, że gdyby nadal darł z Kaczyńskim koty, mógłby sobie nawet leżeć w sejmie pod ścianą i obrzygiwać dziennikarzom buty a ci uprzejmie by tego nie zauważali? I taki to z tego Dorna Machiavelli. Niby przebiegły a naiwny jak dziecko.


***


Kluziki spojrzały na casus Dorna i poskrobały się po łepetynach. Jak tu odgrywać wiarygodną opozycję i nie narazić się mediodajniom? Myślcie szybko, dziewczyny i chłopaki, bo ile można wytrzymać siedząc okrakiem na drucie kolczastym?


II. Wieści z Salonu:


Norman Davies nawygadywał w Lisowym „Wproście” różnych obrzydliwości o opozycyjnej wywrotowej ekstremie z pochodniami i zdaje się, że nawet nie czuje obciachu. Cóż, potwierdza to onegdajszą tezę Wajdy, że „lata codziennej lektury ‘Wyborczej’ nie mogły pozostać bez wpływu na moją biedną głowę”. Refleksja nr 2 – jak to jest, że nawet w miarę sympatyczni i – zdawałoby się – pozbawieni agresji przedstawiciele tzw. Salonu prędzej czy później zamieniają się w ociekających jadem, zacietrzewionych staruchów? Fatum jakieś, czy co?


***


Tomasz Wołek zabrał głos na łamach „Rzeczpospolitej”, ale ja nie o Wołkowym tekście, gdyż pisał jak zwykle po linii i na bazie. Nurtuje mnie inna kwestia: jak to jest robić za koncesjonowanego konserwatystę w środowisku „salonowszczyzny”, gdzie można liczyć co najwyżej na status dobrego faszysty? Moje blogerskie śledztwo wykazało, że Dobry Faszysta Wołek codziennie musi kupować nowe lustro do łazienki, gdyż żadne nie wytrzymuje codziennej próby golenia. Pęka. Teraz przynajmniej wiadomo po co Wołkowi etat w stacji z pornosami. Jakoś chłopina musi na te lustra zarobić. Moja rada – wypoleruj se pan kawał blachy – może wytrzyma.


***


Nad red. Lisickim wyjątkowo pastwić się nie będę. Generalnie, odsyłam do tego, co pisałem w pierwszych „Pod-Grzybkach” a propos drukowania tekstów Obłąkanego Waldemara.


***


Tymczasem, wspomniany D.F. Wołek przyobiecał dziennikarzowi Wiktorowi Świetlikowi, że wyeliminuje go z mediów. Khe, khe... czyżby znaczyło to, że Świetlik nie zagra w żadnym z emitowanych przez wołkową stację „Tele5” bieda-pornosów? A już sobie chłopina ostrzył... no, mniejsza z tym, co sobie ostrzył, w każdym razie Faszysta (ale dobry) Wołek postanowił w iście michnikowym stylu (słynne: „ja cię zniszczę”) zniweczyć tę pięknie zapowiadającą się karierę.


***


Adam Michnik rozwinął orle skrzydła, wzbił się w przestworza i dostrzegł zagrożenie dla wolności mediów... na Węgrzech, gdzie Fidesz Wiktora Orbana wziął się za dekomunizację tamtejszych mediodajni. Cóż, w Polsce, jak wiadomo, pluralizm medialny kwitnie, zresztą nad Wisłą Michnika już mało kto (poza „niezawisłymi” sądami, rzecz jasna) tak naprawdę słucha. Nie był w stanie nawet wywalić z własnej gazety jakiegoś tam Artura Domosławskiego (za książkę o Kapuścińskim), co więcej, jak na urągowisko, tenże Domosławski otrzymał tytuł „Dziennikarza Roku” i to pomimo michnikowej tyrady wygłoszonej przy okazji wręczania nagrody „Dziennikarza Dwudziestolecia”. Tak oto, przy rytualnych wyrazach szacunku itd, pokazuje się niedawnemu Oberredaktorowi, że pora na ciepłe kapcie i przypiecek. A potem będzie jak u Mrożka: „babcia (tj. w tym wypadku: „dziadek”) - na katafalk!”


***


Ks. Boniecki z końcem marca 2011 przestanie być naczelnym „Tygodnika Powszechnego”. No, to miejsce w jaskini (dobrych i umiarkowanych, ale jednak) kato-faszystów dla Dobrego Faszysty Wołka będzie jak znalazł.


III. Wieści z dworu Jego Wspaniałości Bronisława „Panie Kochanku” Komorowskiego, pana na Obornikach, Ruskiej Budzie, et caetera, et caetera, et caetera...


Na początek uwaga nietypowa, bo serio: kariera Gajowego, niegdysiejszego kontestatora „Okrągłego Stołu", który chwilę potem dołączył do obozu „beneficjentów przemian" pokazuje jak nisko trzeba upaść, by potem wysoko zajść w III RP. Paru innych kolesi też to dotyczy.


***


Jak wiadomo, Jego Wspaniałość Prezydent Komorowski podczas pobytu w Stanach doznał drobnych zawirowań czasoprzestrzennych, przez co wydawało mu się, że zamiast w wykładowej auli znajduje się przy myśliwskim ognisku, które to miejsce, jak również wiadomo, znosi nawet najbardziej bełkotliwe bajędy ze słynnym bigosem na czele. W każdym razie, moderator podziękował Komorowskiemu słowami: „To było wspaniałe przemówienie, nikt nie miał szansy zasnąć.” Racja, wszyscy notowali najnowsze polish jokes...


***


Tak mi przyszło do głowy: a może, po prostu, wątkiem „bigosowym” pan Prezydent dawał gospodarzom dyskretnie do zrozumienia, że jest głodny? Patrząc na iście sarmacką sylwetkę Jego Wspaniałości można się domyślać sporych możliwości w absorbowaniu kulinariów... Cóż, w Ameryce żarcie mają paskudne, więc tęsknota by zjeść „cóś kunkretnego” jak najbardziej zrozumiała. Zresztą, wystarczy spojrzeć na Obamę – jakieś to-to wiotkie, chuderlawe... niedożywiony, biedaczek. Dawać go do Polski! Na polowanie, na bigos i dziczyznę! Byle tylko Komorowski, który jest rozgarnięty mniej więcej tak jak Karol Radziwiłł „Panie kochanku” (herbu, nomen omen, Trąby), nie pomylił się i nie zagnał biednego Murzyna do nagonki. Gotów jeszcze nadziać się na jakiegoś Szopena-militarystę chowającego armaty po krzakach.


***


Nieuchronnie nadchodzi Wigilia. Informacja dla Jego Wspaniałości Prezydenta Bronisława Komorowskiego i Małżonki: nie ma obowiązku, by biegać na Pasterkę i narażać się na wysłuchiwanie nieprawomyślnych kazań. Niech w tę jedną noc antypaństwowe klechy plotą sobie do plebsu swoje antyustrojowe bzdury. Wy zostańcie w domu i podzielcie się jajkiem. A potem bigosik, oczywiście, bardzo proszę...


Wesołych Świąt!


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 7 marca 2010

Bunt w salonie…


…czyli o próbie sił między michnikoidalną gerontokracją a sierakowszczyzną słów kilka.

Indeks autorów i ksiąg nieczytanych.

W ostatnich latach dało się zaobserwować rosnącą listę książek i pisarzy, co do których salonowi luminarze deklarują, że ich „nie czytają”, „nie biorą do ręki”, „brzydzą się” itd. Za owymi „parnasiarzami” postępuje liczna grupa akolitów, znajdujących w ten sposób podkładkę i usprawiedliwienie dla własnego intelektualnego lenistwa.

Spójrzmy: Zdzisław Krasnodębski? Ależ, „ludzie na poziomie go nie czytają”. Cenckiewicz z Gontarczykiem? Toż to „oszalali lustratorzy”. Paweł Zyzak? Jakiś chłystek - ci, którzy dali mu magisterkę, powinni do śmierci jeździć wraz z nim na wózkach widłowych w hipermarkecie. Ks. Isakowicz – Zaleski? Nie dość, że „lustrator”, to jeszcze zdrajca swej kapłańskiej korporacji i antyukraiński „jątrzyciel”. Marek Migalski? Akademicki renegat, kolejny „lustrator”, a nade wszystko - pisowiec. Do wymienionych przykładów należy doliczyć hurtem wszystkie publikacje „pisowskiego” IPN-u (w skali kraju, licząc zarówno centralę, jak i terenowe oddziały, są to już tysiące pozycji książkowych i setki autorów – a jeszcze periodyki…).

Tymczasem, taki Krasnodębski czy inny Migalski, to analiza politologiczno – socjologiczna stanu współczesnej Polski (i naszego regionu) w europejskim kontekście. „Młodzi gnoje” z IPN-u zaś, to wiedza o najnowszej historii, będąca efektem benedyktyńskiej orki pracowników Instytutu.

Paranoidalne wyobcowanie.

Ale - Salon ma to gdzieś. Salon nie potrzebuje faktów. Salon olewa, pogrążając się w paranoidalnym odlocie własnych fantasmagorii – „katoendeckich” demonów, „fundamentalistów” od Rydzyka, „kaczystowskich” zagrożeń dla demokracji, „policjantów pamięci” z IPN…Lata płyną, tymczasem opisywane środowisko wciąż tkwi mentalnie w latach 90-tych, kiedy to sprawowało z wysokości swych parnasów niepodzielny rząd dusz. Rząd dusz nad społeczeństwem z którego salonowe elity na własne życzenie kompletnie się wyobcowały.

Od pewnego czasu do wyobcowania społecznego dołącza wyobcowanie intelektualne. Wciąż poszerzająca się lista pozycji wciąganych na „indeks ksiąg nieczytanych” grozi w nieodległej perspektywie, jakby tu rzec… powstaniem znaczących luk w oczytaniu i tzw. „wiedzy ogólnej” środowiska „ludzi rozumnych”. Zostanie kurcząca się i tetryczejąca sekta za murami redakcji przy ulicy Czerskiej.

Osobiście, jestem ciekaw, czy członkowie sekty otrzymują aktualizowany na bieżąco wykaz autorów i dzieł, których czytać nie należy – bo spamiętać trudno.

Bunt na pokładzie.

Już się wydawało, że sekta z ulicy Czerskiej ostatecznie zwarła szeregi, by trwać pod przewodem Jaśnie Oświeconych w swych okopach… Aż tu nagle – kij w plecy i nóż w szprychy, tudzież woda na młyn mrowiska! Słowem – zdrada! Zdrada jest tym bardziej wstrząsająca, że zalęgła się w sercu salonowego matecznika. Popełnił ją Artur Domosławski książką „Kapuściński non-fiction” - napisaną zresztą, z generalnie słusznych, antykapitalistyczno – alterglobalistycznych pozycji, wg których taka, dajmy na to, współpraca z wywiadem komunistycznego państwa przeciw „imperialistom”, to żaden wstyd.

Ale, żeby tak bez uzgodnienia? Bez środowiskowej kolaudacji? Jak on mógł?

Panie i Panowie, mógłby ogłosić Michnik – mamy bunt na pokładzie.

Próba sił.

Dlaczego tak się stało? Ano, zasygnalizowany powyżej indeks „autorów i ksiąg nieczytanych”, jest zaledwie jednym z wielu przejawów wszechogarniającej listy zakazów i nakazów obowiązujących „wiecznych czeladników”, tyrających pod okiem Autorytetów w manufakturze „michnikowszczyzny”. Młodzi lewicowcy poczuli się stłamszeni „czapą” Autorytetów na tyle, by spróbować emancypacji. Są świadomi śmieszności rozlicznych, niewytrzymujących racjonalnej krytyki, biograficzno – historycznych „tabu”. Widzą prace powstające w IPN-ie, czy innych „Arcanach”… i chcą wydawać podobne, tylko napisane z przeciwstawnych pozycji. Tę możliwość jest w stanie udostępnić środowisko „Krytyki Politycznej” zgrupowane wokół Sławomira Sierakowskiego. Książka Domosławskiego w tym kontekście jawi się jako balon próbny, wypuszczony w celu porachowania własnych szeregów, tudzież sprawdzenia siły dotychczasowych patronów.

I, dodajmy, jako bunt przeciw intelektualnemu wyobcowaniu.

Sierakowszczyzna kontra michnikowszczyzna.

Wygląda na to, że – patrząc z perspektywy Salonu - do „młodych gnoi” z IPN-u, doszlusowali równie „młodzi gnoje” zgrupowani wokół „Krytyki Politycznej”. Do tych drugich dołączają ludzie z ekipy „Wyborczej”, mający powyżej uszu uciążliwej dominacji i zrzędliwych pouczeń starzejących się „mistrzów”.

Fakt, że właśnie ich wychowanek - „alterglobalista” Domosławski, postanowił chrzanić odwieczne zakazy i napisać książkę w której z jednej strony otwarcie sięga do „ipeenowskiego szamba” (choć interpretuje owo „szambo” zgodnie z duchem „Nowej Lewicy”), z drugiej zaś wkracza w zastrzeżoną sferę osobistą „upomnikowionej” postaci, jest wielce symptomatyczny. Świadczy o tym, że „sierakowszczyzna” rośnie w siłę i w najbliższych latach będzie usiłowała (z wszelkimi rytualnymi honorami) odesłać „michnikowszyznę” na emeryturę.

Na miejscu prominentnych saloniarzy zacząłbym się poważnie obawiać: z prawej strony są podgryzani przez rozbeszczelnionych „gnojków” z IPN–u, z lewej zaś – przez podobnie rozbeszczelnionych „gnojków” od Sierakowskiego.

Lewica – prawica: następne starcie.

Jeżeli moje proroctwo o uwiądzie michnikoidalnej gerontokracji się spełni (a względy metrykalne za tym przemawiają), oznacza to, że anachroniczni już dzisiaj „gazeciarze” z Czerskiej nie będą w najbliższej przyszłości podstawowym przeciwnikiem ideologiczno – polityczno – światopoglądowym prawicy. Będzie nim nabierająca sił i wigoru „sierakowszczyzna”, próbująca skupić wokół siebie rozliczne nurty współczesnej lewicy, jak chociażby kilkukrotnie opisywani przeze mnie „racjonaliści”.

Przykład Hiszpanii pod rządami Zapatero pokazuje jak bardzo realna jest to perspektywa.

Gadający Grzyb

P.S. „Młodzi gnoje” to określenie powstałe podczas pamiętnej pogwarki Michnika z Urbanem. Wówczas odnosiło się do dziennikarzy, ale z powodzeniem można zastosować je każdych, pokoleniowo młodszych „elementów”, podnoszących rękę na parnasiarską gerontokrację.

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">

czwartek, 25 lutego 2010

PiS dał ciała w TVP.


PiS może sobie mieć „Jedynkę” - ale na warunkach SLD!

Historia kompromitacji.


Gdy Prawo i Sprawiedliwość wchodziło w medialny sojusz z SLD, siedziałem cicho i tylko kląłem pod nosem. Gdy oba ugrupowania podzieliły się wpływami, na zasadzie: „Jedynka” dla PiS-u, „Dwójka” dla SLD, TVP Info jako wspólne „kondominium”, zaświtała nawet we mnie iskierka nadziei na przełamanie salonowego monopolu medialnego spod znaku Tusk Vision Network…

O, słodka naiwności…

Oczywiście, cały układ rychło poszedł w diabły, albowiem eseldowscy wyjadacze, pamiętający czasy Roberta Kwiatkowskiego (np. Jacek Snopkiewicz, szef TVP Info), nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali sięgnąć po więcej, szantażując PiS możliwością dogadania się z PO. Gdy dołożymy animozje personalne w łonie „prawicowej” ponoć redakcji „Jedynki”, (Wojciech Hoflik kontra Anita Gargas) można powiedzieć, że PiS podał SLD telewizję na srebrnej tacy. Prawicowi nowicjusze dali się rozegrać jak dzieci.

Trzeba sobie jasno powiedzieć – w walce o wpływy na Woronicza, Prawo i Sprawiedliwość dało haniebnie ciała. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było żałośnie tragiczne.

Jeżeli przy pierwszej poważnej awanturze (o prapremierę „Towarzysza Generała”), rzekoma „prawica” podkula ogon pod siebie i „odpuszcza” Anitę Gargas oraz blokuje powtórkę dokumentu o rekordowej oglądalności w swej kategorii, a także rezygnuje z innych podobnych projektów, oznacza to tylko jedno - PiS może sobie mieć „Jedynkę” ale na warunkach SLD!

Ptaszki ćwierkają, że niepewna jest pozycja innych niezależnych dziennikarzy o konserwatywnych poglądach – Sakiewicza i Wildsteina. W zamian za to SLD ma przymknąć oko na przedwyborczą propagandę na rzecz Lecha Kaczyńskiego.

Już to widzę… Zresztą, nawet gdyby postkomuniści rzeczywiście „nie zauważyli” przedwyborczego, hm – powiedzmy, „pijaru”, to taka, zapewne dość toporna stronniczość, może być wręcz przeciwskuteczna.

Moim skromnym zdaniem, więcej filmów w rodzaju „Towarzysza Generała” (plus powtórki), czy kilka puszczonych w dobrym czasie programów Ziemkiewicza lub Wildsteina (o „Misji Specjalnej” nie wspominając), zrobiłoby więcej dobrego dla tzw. „ogólnego klimatu”, niż jawnie tendencyjnie poprowadzony „Dziennik Telewizyjny”… to jest, chciałem powiedzieć, „Wiadomości”.

Czy tak trudno to zrozumieć?

SLD i Salon zrozumiały doskonale – stąd ich wściekłość i bezprzykładna nagonka. Wiedzieli gdzie uderzyć. Ostatnią rzeczą jakiej sobie życzą, jest nawrót klimatu „moralnego wzmożenia” w usypianym do tej pory elektoracie.

Niestety, najwyraźniej Jarosław Kaczyński po raz kolejny woli postawić na model „BMW” (bierny, mierny ale wierny – czytaj, dyspozycyjny). Ten błąd się zemści. O „dyplomatycznym urlopie” prezesa Ożoga nawet nie chce się pisać.

Teoria spiskowa.

Na marginesie, podzielę się spiskową teorią: jako rzekłem, SLD zaszantażowało PiS możliwością dogadania się z Platformą. Otóż, sądzę że postkomuna już dogaduje się po cichu z PO i dlatego, konsekwentnie, „metodą salami”, będzie rugować z telewizji nie tyle PiS, ile tzw. „pisowskich dziennikarzy”, którym to terminem zwykło się określać tych publicystów, którzy nie płyną z dominującym, salonowo - mainstreamowym prądem. PiS teoretycznie zachowa wpływ na TVP 1, używając starych, sprawdzonych telewizyjnych wycirusów w charakterze czynowników od propagandy (na zasadzie – służyli tamtym, posłużą i nam), którzy to „czynownicy” bez skrupułów zdradzą przy pierwszej okazji.

Jak krótkowzroczne jest takie myślenie, wszyscy niedługo się przekonamy.

Osobiście.

Pozwolę sobie zakończyć tę notkę elementem emocjonalnym: Panie prezesie Jarosławie Kaczyński! Pańska partia, partia na którą głosowałem, zawiązała szemrany politycznie układ z postkomuną, poważnie nadwyrężając tym samym swą wiarygodność. W zamian nie uzyskaliście niczego, poza solidną porcją wstydu.

Warto było?

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 30 stycznia 2009

Dobrzy faszyści...

Dobrzy faszyści z cycem + uchachany Michnik

czyli o saloniarskich konserwatystach słów kilka.

I. Publicystyczne soft – porno w roli sprzączki figowej.

Którejś leniwej niedzieli, gdy w standartowym stanie średnio znudzonego Polaka, polegiwałem sobie na kanapie cykając od niechcenia pilotem po rodzimo - cudzoziemskich mediodajniach, natrafiłem na wykwit telepublicystycznej działalności redaktora Tomasza Wołka, pod nazwą „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Mniejsza z tym, co mówili zaproszeni goście – bo mówili to, czego można się spodziewać. Spójrzmy zresztą na przekrój dyskutantów: Wiesław Dębski – „Trybuna”, Jerzy Baczyński – „Polityka”, Maciej Łętowski – niezależny. Jak odgaduję zamysł gospodarza tych cyklicznych nasiadówek, zapewne Dębski robić ma za lewicę, Sroka - Baczyński za centrum (już jest fajnie), Maciej Łętowski zaś za tzw. „cywilizowaną prawicę”.

Fajnie jest tak leżeć sobie i nabijać się wewnętrznie z bandy konformistycznych bubków, którzy masturbują się nawzajem intelektualnie, „pięknie się różniąc”. Dokładnie tak, jak w filmikach soft – porno nadawanych nocną porą na antenie tej samej stacji - „bohaterowie” niby robią, co trzeba, ale bez efektu. Skąd to znam, zapytacie, (ach, ten retoryczny młot na prawicowców). Czy godzi się oglądać takie filmy – ależ godzi się, godzi – tylko należy z tej pseudopornograficznej „sztuki” wysnuć praktyczne wnioski – przywołując Mleczkę – „Obywatelu! Nie pieprz bez sensu !”.

Wspomnijmy dla porządku, że „plusoujemny” wałęsowski szlagwort po raz pierwszy wykorzystał Rafał Ziemkiewicz, używając go jako tytułu swej audycji w „Radiu Plus” ( nota bene w zupełnie innym kontekście – była to świetna próba przeszczepienia na polski grunt amerykańskiej konwencji talk radio; odkłamania absurdów zarówno nadwiślańskiej, jak i ogólnoświatowej political correctness ).

Tak, po prawdzie, gdy Wołkowe „Plusy…” wystartowały, śledziłem je przez jakiś czas w miarę regularnie. Czyniłem tak z czystej ciekawości, na zasadzie – a może jednak? Może będzie to kawałek w miarę rzetelnej publicystyki w zakłamanej mediorzeczywistości? Zresztą, w pierwszych odsłonach RAZ był honorowym gościem, dając tym samym placet gospodarzowi na dalsze dysponowanie cytatem. Wołkowi nie stało dowcipu by doszperać się w odmętach historii równie zgrabnego bonmociku, więc to, co wpadło mu w ręce skrzętnie zawłaszczył dla swoich potrzeb.

Sam Ziemkiewicz, po okresie karencji, przestał w wołkowym saloniku bywać, ku nieskrywanej uldze prowadzącego., który, wraz z kolejnymi odcinkami programu, nawet nie próbował ukryć fizjonomicznej irytacji, ilekroć Ziemkiewicz otwierał twarz i tworzył zbędny dysonans perorując wbrew saloniarskim dogmatom. Jak sądzę, rozstali się bez żalu.

Zaś stacja, której imienia nie powiem, by wypełnić obowiązki polityczno – oligarchiczno – ustawowe, trzyma wciąż na antenie program Wołka w charakterze sprzączki figowej, wypełniającej niezbędne minimum „misji” między durnymi serialami a pokazami gołych cycków.

II. Dobrzy faszyści.

Zdziwko.

„Ale, ale…” – jak bełkotał przy okazji swych ukraińskich wojaży nasz, szczęśliwie były, eksprezydent ze stakanem w ręku – po co w ogóle się nad tym całym Wołkiem rozwodzę?
Ano, po to, gdyż się dziwię. I, jak powiedziałby poeta, sam własnemu zdziwieniu nie mogę się nadziwić. Przykład Tomasza Wołka i opisywanego wyżej programu stanowi bowiem exemplum szerszego zjawiska, które określam mianem „saloniarskiego konserwatyzmu”. Każdorazowo, gdy widzę facjaty tego typu person naszego życia publicznego, bądź gdy czytam ich teksty, międlą mi się w głowie wciąż te same, upierdliwe pytania:

Co jest, do diaska, z ludźmi, którzy mienią się konserwatystami, a w praktyce robią to, co robią?

Co sprawia, że gotowi są zaprzedać siebie dla towarzystwa osób, w oczach których mogą liczyć, co najwyżej, na status „dobrego faszysty”?

Pieniądze? Eliciarskie pragnienie poczucia przynależności do „wyższych sfer”?

Widzę tu różne postaci – Tomasz Wołek, Piotr Wierzbicki (pierwszy redaktor naczelny „Gazety Polskiej”(sic!), toczący swego czasu ostre boje z salonowymi parnasiarzami), Aleksander Hall, Cezary Michalski (tu uwaga - ten ma własne ambicje…), Jarosław Gowin (choć ten ostatnio podpadł)…

Co nimi wszystkimi powoduje?

Demiurgiczne rojenia.

Z Michalskim sprawa jest stosunkowo prosta - zadziałał tu syndrom niezaspokojenia intelektualno - demiurgicznych ciągot a’la Michnik. Redaktor Cezary widzi „prawicę” idącą z duchem czasu (czyli odpowiednio „europejską” co do poglądów i praktyki), lecz z ambicjonalnych względów z Salonem mu nie po drodze – pragnąłby bowiem stworzyć własny ośrodek myśli i czynu, gdzie sam piastowałby funkcję „Michnika – oberparnasiarza”, czytaj, intelektualno-politycznej wyroczni. Po lewej stronie podobne ciągoty zdaje się zdradzać Sierakowski. Łączy ich jedno – nie po to tyle się nastudiowali i naczytali różnych mądrości, by teraz łykać, jak karmna gęś kluski, wskazówki podtykane im pod gęby przez autorytety i tkwić w szeregu, czekając na łaskawy awans towarzyski, podczas gdy miejsca w lożach parnasiarzy są zajęte od dawien dawna, role zaś rozdzielone. Salonowi parnasiarze cierpią bowiem na przypadłość analogiczną do znanego powiedzenia o sędziach Sądu Najwyższego USA – nigdy nie rezygnują, zaś umierają stanowczo zbyt rzadko. Michalski tworzy zatem własną alternatywę (co samo w sobie mogło by być intrygującym urozmaiceniem), nie dostrzegając jednak, iż jego propozycje prowadzą de facto do modelu prawicy w stylu współczesnej „Starej Europy”, gdzie nominalni chadecy są do tego stopnia sterroryzowani, iż gotowi są przegłosować cokolwiek – od gejowskich pseudomałżeństw po eutanazję.

Niemniej, Michalski, orząc na progresywistycznym poletku, czyni to, jakby tu rzec, ciut z osobna.

Co z innymi?

Błędne kalkulacje.

Gryzę się i toczę wojnę z myślami – a może to jest tak, że niektórzy po prostu błędnie kalkulowali? Jak np. Wołek, wypuszczając niegdyś Jacka Łęskiego i Rafała Kasprówa na Kwacha. „Wakacje z agentem” walnie przyczyniły się do upadku „Życia”, w myśl oligarchicznej zasady: masz na pieńku z władzą – nie masz reklam, bo jak damy ci reklamy, to wtedy sami będziemy mieć z władzą na pieńku, a tego nie chcemy, bo szkodzi to naszym interesom. Wołek – notoryczny wałęsiarz - wtedy przedobrzył. Z czasem skruszał, zwłaszcza po nietrafionej próbie reanimacji swej gazety. A że w słowach jest gładki, jak nie przymierzając, Helenka Kurcewiczówna przed orgią dziewiczych tortur, zafundowanych jej przez Sienkiewicza, to rychło na fali antykaczystowskiej histerii przystosował się do odpowiednich nurtów. Teraz Salon na nowo „odkrył” Wałęsę… i Wołek na tym odcinku znakomicie się znalazł, tym bardziej, że na każdym kroku demonstruje właściwą odrazę w stosunku do lustracji. Dodajmy do tego kasę za figuranckie stanowisko w stacji… której imienia konsekwentnie nie powiem…

Czy tylko mnie chce się od tego rzygać?

Wypalenie, syndrom niedopieszczenia i głód akceptacji.

No, dobrze, ale kasa to tylko kasa – nie zaspokaja ona wszystkich potrzeb duchowych konserwatysty pretendującego do Salonu.

Jest jeszcze zwyczajne, ludzkie wypalenie i pragnienie spokojnej emerytury, stabilizacji po latach bezowocnego użerania się z komuną i post – komuną. Jak długo można znosić rolę wiecznego opozycjonisty, który w wolnej Polsce otoczony jest pogardą i zbiera cięgi nie tylko od postkomunistów (to naturalne), lecz również od swoich, całkiem niedawnych, towarzyszy broni? Jak długo można znosić chorobę chronicznego ostracyzmu zafundowanego przez tych, z którymi, całkiem niedawno przecież, „ramię w ramię”…itd.…itp.…

Czy to syndrom niedopieszczenia, czy wyrachowanie, czy też pomieszanie powyższych składników skłoniło starszych „walczaków” do zejścia na pozycje maskotek kontentujących się np. fuchą recenzenta muzyki poważnej? Może też było coś na rzeczy w kolejnych nie spełnionych miłościach – taki Piotr Wierzbicki (autor m. in. niezapomnianej satyry „Podręcznik Europejczyka”, czy „Traktatu o gnidach”), zakochiwał się kolejno w Wałęsie, ROP-ie i Olszewskim… potem były jeszcze jakieś kolejne przelotne miłostki (obserwowałem to z perspektywy czytelnika „Gazety Polskiej”)… zaś na koniec „dał se siana” stwierdzając, że zawsze czuł się „warszawskim inteligentem” – i – zapewne zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż obecna „warszawka” ma się do przedwojennej inteligencji jak pięść do nosa, zgodził się na „wybiórczy” ersatz, byle by poczuć się choć na chwilę „między swemi”. Zyskać poczucie środowiskowej akceptacji.

Tyczy się to również innych saloniarskich konserwatystów.

Jakoś mi szkoda pastwić się tu szczególnie nad Aleksandrem Hallem, którego kolejne inicjatywy polityczne, kończyły się sromotnymi klapami (Partia Konserwatywna, Stronnictwo Konserwatywno – Ludowe) przyprawiając na poziomie lokalnym, uczciwych samorządowych pozytywistów o permanentny ból głowy (nie wiem, jak było gdzie indziej, ale w mojej miejscowości w latach 90-tych sympatykami Halla byli naprawdę wartościowi ludzie – przeważnie nauczyciele z powołania – wyzbyci rutyniarskiego belferstwa społecznicy, którym „chciało się chcieć”). A potem, Hall, który (chyba?) miał nadzieję na stworzenie prawicy „pięknie różniącej się” od udecji, sam został przez nią pożarty, znikając z politycznego horyzontu zaraz po przegranych wyborach w 2001 r., w których startował z ramienia PO. Wszechmocna wówczas „Agora” (przypomnę, były to czasy sprzed afery Rywina), w tak zwanym międzyczasie, użyczała mu swych łamów jako felietoniście. No i cóż, komplementowano go jako „Don Kichota polskiej prawicy”, wydano mu książkę ze zbiorem felietonów „Widziane z prawej strony”…zaś potem, jakoś tak, po cichu, wypadł z obiegu.

Do obecnego obiegu wróciła jego żona w charakterze „ministerki” od edukacji. Tu już nie ma nawet pozorów konserwatyzmu.

Dom, cichy kąt… i psy.

Śmiem twierdzić, ze w przypadku większości z saloniarskich konserwatystów mamy do czynienia, w różnych proporcjach, z wypadkową opisanych wyżej przyczyn, które kumulując się latami sprawiły, że bohaterowie niniejszego tekstu postanowili znaleźć jak śpiewał „Dżem” „…dom, cichy kąt i psa”.

I, faktycznie, znaleźli Dom – tyle, że w Domu tym jest Salon. A w Salonie reguły życia i hierarchię ustalają parnasiarze. „Dobrzy faszyści” dostali – jak z łaski – cichy kąt. Lecz psa nie dostali. Sami stali się psami.

I Salon odpowiednio ich traktuje – to skarci, to pogłaszcze…

Mózg mi wylatuje spod czupryny, gdy o tym myślę.

III. Łaska pańska… pstry koń… i PAX na salonach.

I po co to wszystko? Jeszcze raz pytam: po kiego ch…a im to było?

Status „dobrego faszysty” można wszak stracić z łatwością odwrotnie proporcjonalną do trudu włożonego w jego osiągnięcie.

Przekonał się o tym ostatnio choćby Jarosław Gowin, który był tolerowany ze względu na przynależność do partii, z którą „GW” aktualnie sympatyzuje. Gdy tylko przedstawił odmienne zdanie w kwestii „in vitro”, ten skądinąd umiarkowany, łagodny konserwatysta z miejsca zaczął robić w „Wyborczej” za fundamentalistycznego, religijnego radykała, pryncypialnie obsobaczanego zarówno z pozycji fachowo – profesorskich, jak i ideologiczno – kulturowych.

Inni są ostrożniejsi. Mądrzejsi. Tak się bowiem dziwnie składa, iż deklarując przywiązanie do konserwatywnych wartości, interpretują je w taki sposób, by nie naruszyć przepisów etykiety, czytaj – tak, by efekt końcowy tej dwójmyśleniowej dedukcji był zgodny z aktualną linią wiodącego organu. Wymaga to wprawdzie nielichej ekwilibrystyki umysłowej, jednak ich cyrkowe intelekty z wprawą wyćwiczonego akrobaty są w stanie tej sztuce sprostać.

Ciekaw jestem, czy zdają sobie sprawę z tego, że w oczach salonowych parnasiarzy pełnią rolę prawicowych „użytecznych idiotów”, że stanowią jedynie dopełnienie obrazka środowiska „ludzi rozumnych”, alibi dla prób intelektualnego zawłaszczenia przestrzeni publicznej. Innymi słowy, są dla Salonu tym samym, czym był PAX, tudzież „księża – patrioci” dla PZPR-u. Dzięki nim bowiem parnasiarze mogą głosić z właściwym sobie bezwstydem, iż „rozsądna prawica” podziela ich wyważone przekonania, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, zaś „środowisko” obejmuje całe spektrum akceptowalnych poglądów. Wszystko, co poza nimi „od diabła pochodzi” - ma na wieki wieków pozostać fanatyczną, oszalałą ekstremą z pochodniami w faszystowskich dłoniach.

IV. Zakończenie, czyli księża i rabini.

Kończąc te przydługie refleksje chciałbym przypomnieć stary szmonces o tym, jak ksiądz starał się nawrócić rabina. Po dłuższym czasie z pomieszczenia w którym toczyła się dysputa, wychodzi spocony, czerwony na twarzy rabin i zgromadzonej w korytarzu publiczności rzuca: „uff… trochę to trwało, ale w końcu udało mi się go przekonać”. Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że analizowani powyżej „dobrzy faszyści” znaleźli się w sytuacji owego księdza nawróconego na judaizm. Z jednym zastrzeżeniem – oni nawet nie próbowali „rabinów” nawracać.

I chyba nie jest im nawet specjalnie głupio.

Gadający Grzyb

P.S. Sprawozdanie z Wołkowych „Plusów” zapodane w cz. I nie dotyczy ostatniej niedzieli. Nie wiem, nie oglądałem – i jakoś dziwnie nie jestem ciekaw…



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl 26.01.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/dobrzy-faszysci