Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedagogika wstydu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedagogika wstydu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

Hucpa - reaktywacja

Motto: „Z ogromną większością Żydów trudno o stosunkach między naszymi narodami dyskutować, bo najwyraźniej są przekonani, że Wielka Zagłada wyłączyła ich raz na zawsze spod wszelkiej krytyki” - prof. Bogusław Wolniewicz


I. Awantura o kwiaty

Już się wydawało, że „shitstorm” rozpętany na tle nowelizacji ustawy o IPN przygasa i będzie się można zająć spokojniejszą tematyką – a tu nic z tego. Wszystko za sprawą wizyty Mateusza Morawieckiego w Niemczech. Premier wziął wprawdzie udział w Konferencji Bezpieczeństwa z udziałem prominentnych przedstawicieli krajów UE i NATO, ale któż by się przejmował tak drugorzędnymi sprawami. Z pewnością nie portal „Agory” dla którego głównym newsem było złożenie kwiatów w Monachium na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Z miejsca przypomniano rzekomą kolaborację Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami i zwalczanie komunistycznej partyzantki.

Przypomnijmy więc dla porządku, że owa „komunistyczna partyzantka” to byli w przytłaczającej większości kolaboranci Moskwy, którzy nie walczyli bynajmniej o wolną Polskę, lecz o narzucenie jej komunizmu w jego najbardziej zbrodniczej, stalinowskiej postaci. Rekrutowała się w znacznej mierze z przestępczego marginesu – były to po prostu zbrojne bandy rabunkowe, które zwerbowała pod swe czerwone sztandary sowiecka agentura w zamian za obietnicę bezkarności. Prócz gwałtów na cywilnej ludności (np. mord w Drzewicy popełniony przez bandę Izraela Ajzenmana), komunistyczna partyzantka zajmowała się zwalczaniem niepodległościowego podziemia, nie cofając się przed donosami do Gestapo. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej i nieuchronnej sowietyzacji kraju, Brygada Świętokrzyska miała jedyne rozsądne wyjście – dogadać się z Niemcami, zawrzeć taktyczny rozejm i przedostać się na Zachód, co też z powodzeniem uczyniła, wyzwalając po drodze obóz koncentracyjny w Holiszowie i kilkaset żydowskich kobiet. Niemcy wprawdzie wiązali z BŚ swoje nadzieje – chcieli wykorzystać tę formację w charakterze dywersantów na froncie wschodnim, lecz z planów tych nic nie wyszło, bo dowódcy NSZ doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie przebiega granica zdrady i nigdy jej nie przekroczyli. Ale cóż, zawsze powtarzałem, że dzisiejsi duchowi (a czasem i „genetyczni”) spadkobiercy KPP zwyczajnie nie mogą darować Brygadzie, że udało jej się umknąć z rąk różnych Stefanów Michników - i dziś tę opinię podtrzymuję.


II. Antypolska hucpa

Lecz ujadanie wokół kwiatów na grobach żołnierzy NSZ było tylko przystawką przed daniem głównym – mianowicie, premier Morawiecki w odpowiedzi na pytanie żydowskiego dziennikarza „New York Timesa” o nowelizację ustawy o IPN odpowiedział, że oczywiście nie będzie karane mówienie prawdy o polskich sprawcach, którzy wydawali bądź mordowali Żydów – podobnie jak o sprawcach żydowskich, rosyjskich i ukraińskich. No i rozpętała się kolejna odsłona aż za dobrze nam znanej hucpy. Premier „Bibi” Netanjahu zapowiedział, że sobie z Morawieckim „porozmawia”, media po raz kolejny dostały histerii na tle rzekomego „negowania holokaustu”, Światowy Kongres Żydów zażądał przeprosin, a izraelscy politycy na wyścigi zaczęli się domagać obniżenia rangi relacji dyplomatycznych z Polską, bądź wręcz zerwania stosunków. Przekornie powiem, że to ostatnie zresztą nie byłoby takie złe – przynajmniej Izrael i środowiska żydowskie straciłyby istotny instytucjonalny kanał do wywierania na Polskę presji co do kształtu naszego ustawodawstwa.

Stronie żydowskiej poszło oczywiście o wymienionych przez Morawieckiego „żydowskich sprawców”, których istnienie wszak nie jest tajemnicą co najmniej od czasów „Eichmanna w Jerozolimie” Hannah Arendt (ot, weźmy taki fragment: „Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują uzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli - przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty”). Czyżby gardłujący dziś Żydzi nie słyszeli o Chaimie Rumkowskim, „dyktatorze” łódzkiego getta i jego zbrodniczych rządach? A może należy ocenzurować książkę Arendt, bo ośmieliła się napisać zbyt wiele? Najwyraźniej, jak to ujął w TVP Info rabin Szalom Ben Stambler dociskany o żydowskich kolaborantów, „to nie przechodzi do żadnej rubryki”.

Do powyższej sytuacji jak rzadko pasuje opis święta Purim przytaczany przez dr Ewę Kurek – otóż podczas tego święta obchodzonego na pamiątkę zgładzenia perskiego dostojnika Hamana, rabin wpierw odczytuje głośno wszystkie wyrządzone Żydom przez Hamana krzywdy, by następnie szeptem opowiedzieć o żydowskim odwecie w wyniku którego wg przekazu biblijnego śmierć poniosło 75 tys. Persów. Przekaz jest jasny: o żydowskich krzywdach należy krzyczeć aż pod niebo, lecz o żydowskich zbrodniach – cicho sza. A już w ogóle nie do pomyślenia jest, by mówili o tym jacyś goje - natomiast Żydzi mogą wprawdzie poruszać „trudne” tematy, lecz jedynie we własnym gronie i najlepiej szeptem. Jak widać, ta zasada wciąż obowiązuje, szczególnie w kontekście holokaustu i roli jaką odegrali w nim żydowscy kolaboranci. Nie bez przyczyny tacy autorzy jak wspomniana Hannah Arendt, nie mówiąc już o Normanie Finkelsteinie, są w społeczności żydowskiej poczytywani za odszczepieńców.


III. Jak wojna, to wojna

Zupełnie inaczej jest u nas – tutaj do niedawna im ktoś głośniej krzyczał o polskiej „współodpowiedzialności” za holokaust, tym większego rozgłosu i splendorów mógł się spodziewać, czego ponurym świadectwem stała się kariera Jana Tomasza Grossa. Również i dziś na wieść o słowach premiera Morawieckiego wiodące media obozu III RP ukształtowane w duchu „pedagogiki wstydu” dostały galopującej biegunki. Biadoleniom o utracie przez Polskę międzynarodowej reputacji nie ma końca. Wychodzi na to, że polskiej reputacji wielce szkodzi odkłamywanie historii i mówienie prawdy, a z drugiej strony - nic tak nie umacnia naszego prestiżu, jak przyznawanie się do niepopełnionych zbrodni. I pomyśleć, że kolejne ekipy rządzące kierowały się tą chorą logiką przez niemal trzydzieści lat... Warto tu przypomnieć o takich „sukcesach” naszej dyplomacji, jak organizowanie w ambasadach pokazów „Idy” i „Pokłosia”. Przy jednej z tego typu okazji – prezentacji „Pokłosia” podczas waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich w 2014 r. – ówczesny ambasador w USA Ryszard Schnepf raczył się wyjęzyczyć: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. To dopiero było podniesienie naszej międzynarodowej renomy! Nic dziwnego, że świat przyzwyczajony do polskiego samobiczowania uznał, że można z nami zrobić wszystko – a teraz przeżywa szok poznawczy.

No, ale skoro ten szok już nastąpił, to można go pogłębić wyprowadzając kolejne ciosy obezwładniające przeciwnika na arenie propagandowej. Nie łudźmy się, nie pomoże nam żadne konsultowanie ustaw ze stroną żydowską i uwzględnianie jej postulatów – co ów pokaz naszej wrażliwości przyniósł, właśnie widzimy. Podobnie rzecz się ma z powołaniem operetkowego zespołu ds. „dialogu prawno-historycznego” - sami stwarzamy w ten sposób okazję do wywierania na nas nacisków. Trzeba pójść drogą bezwzględnego punktowania strony przeciwnej. O konieczności wznowienia ekshumacji w Jedwabnem i przyszpileniu urojeń Grossa, już tu niedawno pisałem. Kolejnym krokiem powinno być upublicznienie na forum międzynarodowym udziału Żydów (często kierowniczego) w komunistycznym aparacie represji wraz z informacją o bestialstwach, jakich dopuszczali się na polskich patriotach i ochronie, jaką część z nich znalazła w Izraelu. Jeśli Żydzi chcą z nami wojny, to powinni ją dostać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (23.02-01-03.2018)


niedziela, 18 lutego 2018

Lekcja ojkofobii

Obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.

I. Przebudzenie narodu

Jednym z niezaprzeczalnych plusów jeśli chodzi o wydarzenia ostatnich tygodni, jest ostateczne już chyba samozaoranie „obozu III RP” w oczach przytłaczającej większości opinii publicznej. Te wszystkie wrzaski o antysemityzmie i „nowym Marcu '68”, mają bowiem jeden wspólny mianownik: podszyte są klasyczną ojkofobią, czyli wyobcowaniem i nienawiścią do własnej wspólnoty, tradycji i kultury. Ostatni raz w przypadku relacji polsko-żydowskich coś podobnego przeżywaliśmy przy okazji „Sąsiadów” Grossa i festiwalu samobiczowania zorkiestrowanego na tle histerii wokół Jedwabnego, zaś w nieco innym kontekście – zaraz po tragedii smoleńskiej, kiedy to rodzime łże-elity ostrzegały przed „demonami polskiego patriotyzmu” i „mrocznymi oparami mesjanizmu”, co w praktyce przełożyło się na zezwierzęcenie pijanej palikociarni oddającej mocz na znicze pod Pałacem Prezydenckim. Tyle, że wtedy jeszcze salonowszczyzna i jej akolici mogli występować z pozycji siły: wydawało się, że przeczołgani pedagogiką wstydu Polacy ulegają postępującemu wynarodowieniu (zwanemu elegancko „europeizacją”), a niedobitki zgodnie ze słowami Donalda Tuska wkrótce „wymrą jak dinozaury”.

Dzisiaj, z szeregu przyczyn, mamy sytuację odmienną – Polacy gremialnie odwrócili się od dotychczasowych, samozwańczych „przewodników stada”, podnieśli się z kolan i odrzucają próby wmanipulowania w poczucie winy za niepopełnione zbrodnie. Nie jesteśmy narodem morderców, „sprawców” - jak ujął to w haniebnym liście Bronisław Komorowski – i nie godzimy się na przypisywanie nam takiej roli. Widoczne na każdym kroku poparcie dla nowelizacji ustawy o IPN penalizującej obarczanie państwa i narodu polskiego zbrodniami popełnionymi przez niemiecką III Rzeszę jest tego widomym dowodem.


II. Bunt przeciw pedagogice wstydu

Taka społeczna postawa musiała spotkać się ze strony wspomnianych „elit” z gniewną reakcją. Śmiem twierdzić, że w potępieńczych elaboratach o jakoby odradzającym się „antysemityzmie” i „atmosferze Marca '68” chodzi nie tyle o samą ustawę, ile właśnie o to powszechne poparcie widoczne chociażby w szerokich przestrzeniach internetu – tego współczesnego zwierciadła nastrojów. Mówiąc wprost - „tamta strona” potraktowała jednoznaczne wsparcie dla zakazu mówienia o „polskich obozach” jako bunt (czy też może ciąg dalszy rebelii) przeciw swojemu symbolicznemu przywództwu. Spójrzmy przez chwilę z ich punktu widzenia na ciąg wydarzeń z ostatnich lat: najpierw zwrot młodzieży w stronę patriotyzmu (tym bardziej bolesny, że jeszcze przed chwilą ta sama młodzież paradowała z krzyżem zrobionym z puszek po piwie), potem wypowiedzenie politycznego posłuszeństwa w wyborach z 2015 r., następnie kompromitacja KOD-u i utrzymujące się poparcie dla obecnej władzy w połączeniu z dołującymi sondażami „totalnej opozycji”, a teraz jawne opowiedzenie się przeciw ostatniemu bastionowi pedagogiki wstydu – czyli narzucanej nam od ponad ćwierćwiecza anty-polityce historycznej mającej zaszczepić tutejszym autochtonom nieusuwalne kompleksy wynikające z rzekomego współudziału w holokauście. Nic dziwnego, że się wściekli – oto wymyka im się z rąk ostatnie narzędzie przemocy symbolicznej pozwalające nie tylko panować nad zbiorowymi emocjami, lecz również pielęgnować poczucie własnej wyższości nad tubylczym „motłochem”.

Zarazem reakcja, której klasycznym przykładem może być opublikowany w „Wyborczej” list „Do przyjaciół Żydów”, gdzie mowa jest – a jakże – o „fali nienawiści” i „budzeniu demonów”, stanowi znakomitą, poglądową lekcję tytułowej ojkofobii. Nie pierwszą zresztą. Przerabialiśmy już „hołotę kupioną za 500+”; najazd „Hunów” na bałtyckie plaże; „nieoświecony plebs”, któremu Kaczyński dał „poczucie dostępu do władzy”; „chamów” wdzierających się na salony; Polaków pokazujących „mordę Edka”; podnoszono konieczność „zdjęcia aureoli z mordy chama”... Znamy wszyscy te sfrustrowane bluzgi Sadurskich, Hartmanów, Łozińskich, Mikołejków i reszty. Teraz doszła jeszcze wściekłość na to, że Polacy przestali się przejmować imputowanym im „antysemityzmem”. Zresztą, gdyby michnikowszczyzna zamiast nieprzytomnej zajadłości poszła po rozum do głowy, to mogłaby przewidzieć, że zacietrzewione walenie tą pałką pod byle pretekstem sprawi finalnie, iż zarzut „antysemityzmu” przestanie cokolwiek znaczyć. Tak kończy się dewaluacja pojęć wskutek ich nadużywania.


III. Bicie się w cudze piersi

Co łączy przytoczone powyżej wykwity białej gorączki? Ano to, że autorzy podkreślają w ten sposób własną odmienność i wyższość cywilizacyjno-kulturową nad resztą społeczeństwa. Mówią wszem i wobec: to nie my, to oni – to ten ciemny, żydożerczy motłoch, proszę nas z nimi nie łączyć. Zwróćmy uwagę, że gdy zabierają się za chłostanie „narodowych grzechów”, każdorazowo używają osoby trzeciej, co przekłada się na typowe „bicie w cudze piersi”. Jeśli już jesteśmy przy kwestii żydowskiej, wedle tej narracji Żydów zawsze mieli mordować jacyś „inni” - jednolita, wieśniacka, katolicka tłuszcza bez twarzy, dysząca najniższymi instynktami. Innymi słowy – jakieś ówczesne „mohery” i „pisiory”. Nie dziwi więc, że są tak skorzy do stosowania odpowiedzialności zbiorowej i rozciągania szmalcownictwa na ogół ówczesnych Polaków. A contrario, sami siebie stawiają tym samym po stronie „dobrych” - mówiąc hasłowo, chcieli by siebie widzieć jako współczesnych „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Logika prosta jak konstrukcja cepa – skoro wyznajemy należyte, postępowe poglądy, to wtedy również zdalibyśmy egzamin z moralności i zachowali się jak trzeba. Na marginesie, to zapewne dlatego w historycznym przekazie wyeksponowano postać radykalnej socjalistki Ireny Sendlerowej i przypisano jej zasługi „złego endeka” - Jana Dobraczyńskiego, który podczas okupacji zapisał najpiękniejszą kartę swej biografii, lecz na którego wciąż obowiązuje nieformalny „zapis”.

Ów ton przebija również ze wspomnianego listu „Do przyjaciół Żydów” - jego przesłanie można streścić krótko: my, dzisiejsi „sprawiedliwi” jesteśmy z wami solidarni przeciw pisowskim „szmalcownikom”, następcom morderców z Jedwabnego i „neo-moczarowcom”. Nie mieszajcie nas z nimi. Co ciekawe, tego typu postawę rozpracował jakiś czas temu lewicowy socjolog, prof. Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, mówiąc w październiku 2015 r. w wywiadzie dla „Wyborczej” o wynikach badań przeprowadzonych wśród wielkomiejskiej elity: „Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. (...) A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u. Trudno o lepsze podsumowanie wyobcowania – tyle, że najwyraźniej po stronie „oświeconych” nikt nie ośmielił się wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


IV. Instynktowny antypolonizm

Konsekwencją powyższego jest stan ducha, w którym ojkofobiczny antypolonizm schodzi do poziomu najgłębszych instynktów, skutkujących tym, że w przypadku jakiegokolwiek konfliktu na linii Polska (Polacy) – zagranica (nie-Polacy), „oświecony” ojkofob odruchowo staje przeciw własnemu państwu i narodowi, dowartościowując się tym samym we własnych oczach. To mogą być Niemcy, Bruksela, Żydzi, liberalne elity z USA – każdy, kto naszemu ojkofobowi imponuje. Co więcej, do pewnego momentu publiczne epatowanie takim wyobcowaniem z rodzimego „ciemnogrodu” było całkiem niezłym narzędziem utrzymywania „rządu dusz” wśród aspirujących do „Europy” Polaków. Ale to już przeszłość – wyzbyliśmy się kompleksów, tak wobec zagranicy, jak i jej tutejszych, kolonialnych namiestników. I dlatego właśnie obecne gromy ciskane na głowy narodu w stylu rodem z lat '90 są najlepszą gwarancją trwałej marginalizacji „łże-elit” oraz ich politycznych ekspozytur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Portret KOD-owca


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (16-22.02.2018)

sobota, 17 lutego 2018

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Musimy zdać sobie sobie sprawę z toczącej się bezwzględnej wojny o pamięć, mającej przełożenie nawet na bilion złotych.

I. Polacy wstali z kolan

Gdybym miał podsumować hasłowo awanturę na linii Polska-Izrael (i szerzej Polska-środowiska żydowskie ze wsparciem USA) rozpętaną wokół nowelizacji ustawy o IPN, penalizującej przypisywanie polskiemu państwu i Polakom niemieckich zbrodni z czasów II wojny światowej, to powiedziałbym, że oto jesteśmy świadkami ostatecznego końca trwającej od ponad ćwierć wieku epoki „pedagogiki wstydu”. Co więcej, ten niechlubny okres definitywnie przechodzi do historii niezależnie od tego, co ostatecznie zrobił z projektem prezydent Duda. Formuła „podpiszę, ale odeślę do Trybunału Konstytucyjnego”, to niestety tanie lawiranctwo podszyte tchórzostwem, a prezydent po raz kolejny pokazał, że nie radzi sobie z presją i nadaje się wyłącznie do wygłaszania ładnych, patriotycznych przemówień. Na szkolnych apelach pewnie też zadawał tym szyku, ku wzruszeniu pań nauczycielek. Słowem, zamiast stanowczej kropki nad „i” mamy rozwodniony kisiel, a podjęcie ze stroną żydowską „negocjacji” rodzi obawę o finalne wykastrowanie ustawy.

Niemniej, niezależnie od powyższych uwarunkowań, już teraz można powiedzieć, że Polacy wstali z kolan. Okazało się, że uporczywa działalność środowiska „Wyborczej” i okolic, mająca trwale wpędzić nas w kompleks niższości, ugruntować poczucie winy za cudze grzechy i sprawić, byśmy czuli się narodem sprawców, którzy mogą jedynie wciąż od nowa kajać się i przepraszać, nie zapuściła korzeni tak głęboko, jak można się było obawiać. Coś, co miało być narzędziem permanentnego trzymania polskiego społeczeństwa w ryzach, a docelowo wymusić na nas wypłatę rujnujących „odszkodowań” hienom cmentarnym spod znaku „holocaust industry” - właśnie posypało się na naszych oczach. Reakcje zwykłych Polaków (chociażby na Twitterze pod skandalicznymi wpisami Yair Lapida, często zamieszczane po angielsku, by dotrzeć do zagranicznych internautów) nie pozostawiają cienia wątpliwości. Nie pozwolimy wmanipulować się w odpowiedzialność za niemieckie ludobójstwo, przebrała się miarka.

Milczącym potwierdzeniem narracyjnej klęski michnikowszczyzny było zablokowanie przez portal „Agory” możliwości komentowania pod artykułami opisującymi polsko-izraelski konflikt. Ostatnio taki zabieg „gazeta.pl” przeprowadziła w 2015 r., w szczycie kryzysu migracyjnego, przerażona natężeniem kompletnie politycznie niepoprawnych „antyuchodźczych” komentarzy. Rozminięcie się z poglądami nawet własnych czytelników było dla ekipy z Czerskiej prawdziwym szokiem, do czego zresztą otwarcie przyznała się w odredakcyjnym wpisie. Tym razem nie było nawet tłumaczeń – bez słowa uruchomiono prewencyjną blokadę. Trudno o bardziej wymowne przyznanie się do porażki – a jej skalę można oszacować po tym co dzieje się w innych miejscach internetu. Stronę izraelsko-żydowską trzyma jedynie nieodwracalnie zaczadzona garstka lemingów – to jednak absolutny margines.


II. Żydzi przegięli

Co takiego się stało? Mówiąc najprościej, strona żydowska przegięła. Izraelskie władze, dufne w dotychczasowy przebieg „dialogu” polsko-żydowskiego, polegającego na jednostronnych ustępstwach w zamian za zdawkowe pochwały, uznały, że wystarczy na Polaków huknąć z pozycji siły, a ci po staremu schowają się we własne buty. Zresztą, na pierwszy rzut oka, taka kalkulacja miała racjonalne podstawy. Wersję Grossa o Jedwabnem strona polska zaakceptowała w zasadzie bez zastrzeżeń – począwszy od kunktatorskiego wstrzymania ekshumacji, poprzez tchórzliwe przeprosiny Kwaśniewskiego, a skończywszy na haniebnym liście Bronisława Komorowskiego ze zdaniem, iż Polacy muszą przyzwyczaić się do myśli, że byli również narodem sprawców. Podobnie rzecz się miała z pogromem ubecko-kieleckim, Marcem '68 i innymi dyżurnymi pałkami do okładania nas po głowach „polskim antysemityzmem”. Co więcej, nawet obecna władza wolała na wszelki wypadek nie poruszać drażliwych tematów, podżyrowując milcząco dotychczasową anty-politykę historyczną. O tym, że taka postawa się zemści, pisałem niejednokrotnie na tych łamach (choćby w tekście „Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem” w lipcu 2016 r.) – i teraz widzimy efekty długoletniego budowania wzajemnych relacji na unikach i przemilczeniach, ostatnio zaś – słodkich słówkach Jonny Danielsa.

Ale, jako się rzekło, tym razem Żydzi przedobrzyli. Erupcja buty i arogancji wywołała w polskim społeczeństwie szok. Chyba nigdy dotąd z taką wyrazistością nie dotarło do nas, że kiedy my przechodziliśmy intensywną obróbkę (niejednokrotnie wręcz do granicy samoupodlenia) mającą wytłumić antysemickie stereotypy i uprzedzenia, to w Izraelu w tym samym czasie zachodziły procesy wręcz przeciwne - antypolskie pranie mózgów i dyfamacyjna indoktrynacja przebiegały w najlepsze. Dobitnym dowodem jest fakt, że tamtejsi politycy uznali za korzystne, by w ramach kampanii wyborczej schylić się po antypolskie społeczne emocje – uprzednio skrzętnie przez dziesięciolecia zaszczepiane kolejnym pokoleniom izraelskiej młodzieży. U nas budowanie kampanii wyborczej na antysemityzmie przez jakiegokolwiek poważnego polityka byłoby nie do pomyślenia.

Kolejnym elementem było zdemaskowanie w całej okazałości fałszu i obłudy naszych „partnerów”. Okazało się, że strona izraelska nie dość, że była na bieżąco informowana w sprawie nowelizowanej ustawy, to jeszcze uwzględniliśmy w toku prac jej sugestie. Na to wszystko zaś nałożyło się upublicznienie żydowskich i amerykańskich nacisków w kwestii przygotowywanej ustawy reprywatyzacyjnej. Potwierdziło się, że dorabianie nam opinii morderców i kłamstwo o „polskich obozach” jest Żydom po prostu potrzebne, by wydębić z nas miliardy dolarów. Przy okazji, widzimy tu daleko posuniętą harmonizację działań – równolegle z przepychanym w USA „aktem 447”, próbowano wymusić na Polsce zapisy reprywatyzacyjne umożliwiające wyegzekwowanie amerykańskiej ustawy na gruncie polskiego prawa. Na szczęście, przyparte do muru polskie władze w odruchu samoobrony ujawniły opinii publicznej to, co dotąd skrzętnie skrywano w imię źle pojmowanego „niezadrażniania stosunków”. Efektem było masowe społeczne oburzenie i wsparcie dla twardego stanowiska rządu w kwestii zapisów antydyfamacyjnych. Na marginesie, mamy tu potwierdzenie, jaką wartością jest jawność życia publicznego.


III. Ani kroku wstecz!

No dobrze, skoro maski opadły i prawda o wzajemnych relacjach wyszła na jaw – to co dalej? Przede wszystkim, nie wolno się bać. Ani kroku wstecz. Musimy sobie uświadomić, że strona żydowska w swym zacietrzewieniu zrobiła nam tak naprawdę prezent. Nie trzeba już niczego udawać, ani skrywać przed opinią publiczną. Mleko się wylało i doszło do trwałego przewartościowania – zostaliśmy bezwzględnie odarci ze złudzeń, a stosunki z Izraelem nigdy już nie wrócą do dawnej, fikcyjnej „idylli”. Zresztą, proszę spojrzeć – jeszcze przed chwilą polski rząd biegał jak kot z pęcherzem na wyprzódki odcinając się od popłuczyn po „Werwolfie” z lasów spod Wodzisławia Śląskiego, a wiceminister kultury Magdalena Gawin gardłowała na konferencji poświęconej „polskiemu antysemityzmowi” o konieczności delegalizacji ONR. Ba, ta sama Magdalena Gawin już po odpaleniu izraelskiej bomby gorliwie oklaskiwała z pierwszego rzędu skandaliczne wystąpienie ambasador Anny Azari w Auschwitz! I co z tego nam przyszło?

Musimy zdać sobie sprawę z toczącej się bezwzględnej wojny o pamięć, mającej przełożenie na – jak oznajmiło „Super Expressowi” rządowe źródło - nawet bilion złotych. Tutaj każde ustępstwo może mieć skutek samobójczy. Trzeba sobie uświadomić zarazem nieprzekraczalną barierę cywilizacyjną jeśli chodzi o stosunek do prawdy: o ile w naszej, łacińskiej cywilizacji obowiązuje prawda arystotelesowska, będąca odzwierciedleniem obiektywnego stanu rzeczy, o tyle w cywilizacji żydowskiej nie ma czegoś takiego, jak prawda obiektywna – ta jest zawsze do negocjacji. U nich obowiązuje kultura „hagady” - przypowieści w której dla „wyższych celów” prawdę można dowolnie modyfikować i naginać. I właśnie jesteśmy świadkami takiego starcia – między prawdą, a hagadą. Wedle tej hagady, Żydzi mają pozostać jedynymi ofiarami „nazistów”, a każde przypomnienie o polskiej martyrologii traktowane jest jako osobista zniewaga, umniejszanie żydowskiego cierpienia i relatywizacja holokaustu. No i, koniec końców, zamach na ich interesy „rewindykacyjne”. Tu kompromis po prostu nie jest możliwy.

A zatem, po pierwsze – żadnego więcej kajania się. Po drugie – nasze placówki dyplomatyczne w Izraelu powinny natychmiast wstrzymać taśmowe wydawanie polskich paszportów tamtejszym obywatelom. Po trzecie – zauważyć wreszcie inicjatywę dr Ewy Kurek i wznowić ekshumację w Jedwabnem (w miarę możności z udziałem zagranicznych ekspertów). Po czwarte wreszcie – ruszyć z ofensywą propagandową, czyli zmobilizować Polonię, nade wszystko zaś zagonić do roboty Polską Fundację Narodową, która do tej pory zajmowała się chyba tylko przewalaniem kasy otrzymanej od spółek skarbu państwa. To na początek niezbędne minimum.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (14-27.02.2018)

piątek, 21 sierpnia 2015

Pod-Grzybki 16

Fala upałów nad Polską, media w alarmującym tonie donoszą o 20 stopniu zasilania i przerwach w dostawie prądu, doktor Ewa apeluje o oszczędzanie energii, firmy cierpiące na blackoucie grożą pozwami... a ja sobie przypominam, że jeszcze w 2012 roku Donald Tusk zablokował budowę nowej elektrowni w Ostrołęce (utopiwszy wcześniej w inwestycji 200 mln zł) - z niewiadomych przyczyn. To znaczy, oczywiście, wiadomych, bo przygotowywaliśmy się wtedy do budowy mostu energetycznego z Kaliningradem i importowania energii elektrycznej z Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej - więc po co nam jakieś nowe, własne elektrownie, skoro możemy kupować ruski prąd? Coś mi się wydaje, że skutki rządów tego pana jeszcze nie raz będą się nam odbijały czkawką w najmniej spodziewanych momentach.

*

Nie do wiary! Ewa Kopacz wykryła w Polsce ruską agenturę! Otóż rosyjskimi agentami wpływu mają być ci, którzy mówią o głodnych dzieciach. Zatem, do pudła za zdradę stanu kwalifikują się m.in. Janina Ochojska (za Pajacyka), PCK, Caritas oraz wszelkie inne podmioty i osoby organizujące zbiórki na dożywianie. A do tego en masse nasłane przez Putina bachory jęczące, że są głodne. Aha - i szefostwo GUS-u publikujące dane o rozmiarach biedy w Polsce. Chwila, moment – a gdzie „Frondelek” tropiący ruską agenturę w każdej szafie? Grzesik, pobudka!

*

Mamy rocznicę Bitwy Warszawskiej i na tę okoliczność Zychowicz wypuścił nową książkę - „Pakt Piłsudski - Lenin”, traktującą o tym, jak to „uratowaliśmy bolszewizm”. Jedno trzeba zychowszczyźnie oddać: za jej sprawą doczekaliśmy się prawicowej wersji pedagogiki wstydu.

*

Niemieckie lobby bierze Muzeum AK w Krakowie. Jednym z faworytów jest Leszek Jodliński – były dyrektor Muzeum Śląskiego, wsławiony projektem ekspozycji (popartej przez RAŚ), opisującej historię Śląska ze skrajnie teutońskiego punktu widzenia. Cóż, nawet jeśli się nie uda, to pan Jodliński nie ma zamkniętej kariery – nadaje się w sam raz na kustosza jakiegoś ziomkowskiego muzeum w Bawarii. Może go wezmą za gorliwość i dobre chęci.

*

Rosja wypowiedziała nam wojnę szprotkową, wprowadzając embargo na polskie konserwy z tymiż właśnie sympatycznymi i smacznymi rybkami. Przeczytałem tę informację w necie, poskrobałem się po łepetynie i podreptałem do kuchni, gdzie otworzyłem konserwę ze szprotami w pomidorach (mam też w oleju). Następnie zjadłem ją - na złość Putinowi - i poszedłem spać w poczuciu dobrze spełnionego patriotycznego obowiązku.

*

A swoją drogą - prócz szprotek, jabłek itd. powinniśmy też jeść oczywiście czarne porzeczki, bo w tym roku były dramatycznie tanie na skupie – po 40 groszy za kilo. I zapijać to wszystko mlekiem (też embargo), aż do ciężkiej biegunki, która to przypadłość od tej pory nazywać się będzie, na wzór „francuskiej choroby” - „ruską sraczką”. Panie Putin, weź się pan zlituj, ileż można tego żarcia wpi...ć?! Zróbmy tak - my to panu wszystko wyślemy, pan to porozjeżdżaż walcem i po kłopocie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32 (19-25.08.2015)

czwartek, 30 kwietnia 2015

Eksport pedagogiki wstydu

Oprócz gnojenia polskiej dumy narodowej na użytek wewnętrzny, stało się coś po stokroć gorszego - zaczęliśmy „pedagogikę wstydu” eksportować.

I. Przykrawanie historii

Przepraszam tych z Państwa, którzy oczekiwali na zapowiadany tydzień temu drugi tekst o Międzymorzu, ale chwilowo (tj. do następnego numeru „PN”) musi on ustąpić miejsca sprawom bieżącym. Wszystko przez tego aroganckiego bałwana z FBI, który postanowił pójść tropem „polskich obozów zagłady” i przemawiając na otwarciu wystawy w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu umieścił Polskę wśród „współwinnych” - obok Niemiec i Węgier – co jak raz zbiegło się z rocznicą wybuchu powstania w warszawskim getcie. Jak powszechnie wiadomo, żydowskie powstanie było jedynym (prócz ruchawki w Paryżu) powstaniem w okupowanej Europie, a zagładzie getta przyglądała się biernie ludność Warszawy wraz z Armią Krajową, zacierając po cichu ręce, że Hitler wreszcie robi z Żydami porządek. Do tego dołóżmy sięgający międzywojnia zwierzęcy antysemityzm wysysany z mlekiem matek powodujący, iż właśnie w Polsce „naziści” postanowili zrealizować swój plan eksterminacji licząc na masową pomoc miejscowej ludności - i otrzymamy pigułkę wiedzy połykaną od dziesięcioleci przez amerykańską i izraelską młodzież (tej ostatniej robi się dodatkowo intensywne pranie mózgów przy okazji obowiązkowych wycieczek do Auschwitz).

Czy można się zatem dziwić, że podczas wizyty w Muzeum Holocaustu prominentny przedstawiciel prezydenckiej administracji skorzystał z okazji, by wyjść naprzeciw żydowskiej polityce historycznej? Nie można, tym bardziej, że kierunek wskazał jego pryncypał, Barack Obama, niemal równo trzy lata temu mówiąc o „polskich obozach śmierci” - i to, jak na urągowisko, w laudacji na ceremonii przyznania pośmiertnie Janowi Karskiemu Prezydenckiego Medalu Wolności. Temu samemu Karskiemu, którego raport został skrzętnie zignorowany przez zachodnich „sojuszników”. W takim kontekście wychodzi na to, że Karski był donosicielem alarmującym o zbrodniach Polaków. Teraz już wiemy, dlaczego z tym medalem dla Karskiego się nie śpieszono – jeszcze powiedziałby coś niestosownego, a tak, kilkanaście lat po śmierci „kuriera z Warszawy”, można odpowiednio przykroić również i jego historię.

II. Polska z plasteliny

W USA obie główne siły polityczne starają się żyć dobrze z żydowskim lobby, a najłatwiejszym sposobem na ukontentowanie wpływowej diaspory jest oczernianie Polaków, z których żydowskie organizacje, takie jak grupa HEART, chcą wydusić 60-65 mld USD. Ponieważ głównym eksponentem żydowskich interesów są Republikanie, więc Demokraci – zwłaszcza w obliczu chwiejnej postawy Obamy wobec Izraela – skorzystali z okazji, by tanim kosztem zarobić kilka punktów i właśnie do tej robótki oddelegowano Jamesa B. Comeya. Koszt prawdziwy poniesiemy my. Żydzi robią z wmanewrowania nas w odpowiedzialność za holocaust moralną podkładkę dla swych roszczeń finansowych, a kolejne rządy amerykańskie „naciskają” na swego „strategicznego partnera” w Europie, by ten w końcu owe wymuszenia zaspokoił. Zresztą, jesteśmy tu niczym plastelina, jeśli wspomnimy na ujawnione przez Wiki Leaks dywagacje Komorowskiego snute przed amerykańskim ambasadorem o spłaceniu haraczu z ewentualnej prywatyzacji lasów państwowych. Dlatego teraz te wszystkie pokrzykiwania, żądania przeprosin i wzywanie ambasadora Stephena Mulla na dywanik możemy sobie, jako państwo, wsadzić w buty, bo sami przez ostatnie 25 lat walnie się do takiego postrzegania nas przyczyniliśmy.

Nie wikłając się w prehistorię zjawiska, całą tę celowo indukowaną falę antypolskiej propagandy na Zachodzie skrzętnie podżyrowaliśmy w ostatnim 25-leciu III RP, idealnie orkiestrując się z przekazem ośrodków zagranicznych. Otóż główną dominantą publicznego dyskursu w kwestiach historycznych po 1989 roku stała się organizowana przez michnikowszczyznę i wspierana przez władze państwowe tzw. „pedagogika wstydu”, jak ją określił Bronisław Wildstein. Historię Polski, zwłaszcza tę najnowszą, przedstawiano jako pasmo zbrodni, szowinizmu, klerykalnej ciemnoty, antysemityzmu, bądź bezrozumnych szaleństw i „wymachiwania szabelką”. Słowem, przeciętny Polak miał się wstydzić swej spuścizny, odczuwać zażenowanie na myśl o własnej historii i żyć w permanentnym poczuciu niższości względem innych, nowocześniejszych narodów oraz w nieustającym kompleksie winy wobec Żydów. Operacja ta miała na celu przekształcenie Polaków w bezwolną, łatwo sterowalną masę, co prócz doraźnych korzyści politycznych służyć miało dalekosiężnej inżynierii społecznej, polegającej na tresurze ideologicznej mającej przepoczwarzyć nas docelowo w prawdziwie „multikulturowe” i „otwarte” nowoczesne społeczeństwo na wzór Zachodu. Owa „modernizacja przez kserokopiarkę” (R. Legutko) nie zakończyła się wprawdzie pełnym powodzeniem, coś tam jednak z niej zostało. Mimo obserwowanego od jakiegoś czasu odrodzenia świadomości patriotycznej, Polacy wciąż w dużej mierze pozostają, najogólniej mówiąc, niepewni swego, czego wyrazem jest choćby podszyta kompleksami troska o to „co świat o nas powie”, na czym przez długie lata jechała propaganda reżimowych mediów i PO.

III. Eksport pedagogiki wstydu

Socjotechnika samoupodlenia była i jest konsekwentnie wspierana przez rozliczne instytucje publiczne, w szczególności te odpowiedzialne za sferę kultury i edukacji – czyli, mamy do czynienia z nadzorowaną przez aparat państwa społeczną indoktrynacją. Jednakże – i tu dochodzimy do sedna – oprócz gnojenia polskiej dumy narodowej na użytek wewnętrzny, stało się coś po stokroć gorszego. My zaczęliśmy „pedagogikę wstydu” eksportować, wręcz epatować nią na zewnątrz. Można powiedzieć, że tak jak sferze popkultury naszym hitem eksportowym są gry komputerowe, tak w sferze ideologicznej, kulturalnej i co za tym idzie, politycznej, naszym „hitem” stał się eksport samobiczowania, zwłaszcza w kontekście holocaustu – i to akurat wtedy, gdy zarówno Niemcy, jak i Żydzi postawili na konsekwentną rewizję historii. Można rzec, że nasza anty-polityka historyczna została ściśle skorelowana z polityką historyczną wyżej wspomnianych.

Nie sposób tu przecenić roli Jedwabnego, jako symbolu „polskiego uwikłania w holocaust”. Mieliśmy skwapliwe podpisywanie się pod ponurymi bredniami J.T. Grossa, przeprosiny Kwaśniewskiego, wstrzymanie prac ekshumacyjnych przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego pod naciskiem środowisk żydowskich (ech, te filosemickie umizgi prawicowej inteligencji...), wreszcie list Komorowskiego ze słowami, iż „naród ofiar musiał uznać niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą” - a wszystko to w strachu, by zadrażnienie stosunków z Izraelem nie osłabiło naszych „transatlantyckich więzi” ze Stanami Zjednoczonymi. W ten sposób sami otworzyliśmy się na szantaż moralny, więc nie dziwmy się, iż jest to skwapliwie wykorzystywane.

Tymczasem, eksport „demonów polskiego antysemityzmu” trwa w najlepsze. Produkcja inspirowanego Grossem „Pokłosia” połączona z projekcjami w ambasadach; zaimportowanie niemieckiego paszkwilu „Nasze matki, nasi ojcowie”, co było wyraźnym sygnałem naszej zgody na kreowanie żydożerczego oblicza Armii Krajowej; wreszcie, ostatnie fetowanie „Idy”, której nie bez przyczyny przyznano Oskara – to tylko najgłośniejsze przypadki. Swoje zrobił też obłęd „dialogu” polsko-żydowskiego i katolicko-żydowskiego, który szybko stał się jednostronnym dyktatem, pasmem wymuszeń, byśmy przyznawali się do coraz to nowych win. A wszystko to połączone z kompletnym brakiem międzynarodowych działań na rzecz promocji polskiej historii i dokonań. Dopiero w ostatnich latach placówki dyplomatyczne pod ewidentnym naciskiem krajowej opinii publicznej zaczęły niemrawo reagować na sformułowania o „polskich obozach koncentracyjnych”, przy czym jest to piarowskie działanie na rynek wewnętrzny, by pokazać, ze jakoś odfajkowano sprawę. Nieliczne procesy wytaczają osoby prywatne, nie państwo polskie.

Dziś ambasador w USA, Ryszard Schnepf, wysyła do dyrektora FBI pismo z protestem. Ta sama ambasada w Waszyngtonie z dumą informowała 4 marca 2014 r. na swych stronach, że „w ramach specjalnego bloku polskiej kinematografii »Spotlight on Polish Cinema« prezentowanego podczas tegorocznego waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich, w stolicy USA odbył się pokaz wielokrotnie nagrodzonego obrazu »Pokłosie«”, zaś ambasador Schnepf w specjalnym wystąpieniu stwierdził: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. Oto eksport pedagogiki wstydu w pełnej okazałości. Zatem nie oburzajmy się, że w „Washington Post” Laurence Weinbaum, historyk specjalizujący się się w sprawach polsko-żydowskich i dyrektor Rady Spraw Zagranicznych Izraela, działającej pod auspicjami Światowego Kongresu Żydów, pisze o polskiej niechęci do zmierzenia się z ciemną stroną swojej historii, a pan James Comey krótko oznajmia, iż nas nie przeprosi. I słuszna jego racja, bo niby po co? Wszak przyzwyczailiśmy wszystkich wokół, że od przepraszania to my jesteśmy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/haracz-na-raty#.VTuxZfBvAmw

http://niepoprawni.pl/blog/346/finansowe-heart-izraela

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (27.04-12.05.2015)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji

Oni zdają sobie sprawę z narastającego społecznego odrzucenia. Mają świadomość, że już trwa kolejne, pełzające powstanie – przeciwko nim.

I. Powstanie vs. antypedagogika upodlenia

Że podniesienie rangi kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego datujące się od czasów warszawskiej prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego jest solą w oku naszych samozwańczych Bogów Demokracji, wywindowanych na opiniotwórcze parnasy mocą okrągłostołowego dealu, to nie nowina. Dzieje się tak dlatego, iż godnościowa polityka historyczna w wydaniu szeroko rozumianego „obozu niepodległościowego” stoi na drodze inżynierii społecznej konsekwentnie wdrażanej przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Obóz, którego ekspozyturą polityczną jest obecna Dyktatura Matołów, emanacją propagandową zaś – formacja medialno-intelektualna określana zbiorczym mianem „michnikowszczyzny” (Ziemkiewicz). Podstawową funkcją owej formacji pozostaje krzewienie podszytej ojkofobią „pedagogiki wstydu” (Wildstein), mającej wpędzić Polaków w stan permanentnego kompleksu niższości i troskliwie ów kompleks pielęgnować.

Zakompleksionym stadem wykorzenionych klonów bez tożsamości łatwiej rządzić, łatwiej podsuwać mu model „modernizacji przez kserokopiarkę” (R. Legutko), polegający na rozbiciu elementarnych więzi społecznych i atomizacji. Człowiek utrzymywany w ciągłym poczuciu, że jest gorszy, zacofany, zaściankowy, nieeuropejski, że zostaje w tyle za nowoczesnym światem, gładko przełknie podsuwane mu rozwiązania, które sprowadzają się do jednego: by, mówiąc Palikotem, „Polacy wyrzekli się swej polskości”. Po co to wszystko? Bo społeczeństwo nieświadomych swego dziedzictwa autochtonów jest najlepszym gwarantem zachowania uprzywilejowanej pozycji uzurpatorskich pseudo-elit. Elit, dodajmy, które nafaszerowane różnymi historycznymi urazami, środowiskowymi fobiami i uwikłaniami - z komunizmem na czele – widzieć chcą w Polakach jedynie ciemną, sfanatyzowaną, nacjonalistyczną i antysemicką tłuszczę, gdyż jedynie taka skrajnie negatywna recepcja polskości ratuje ich własne biografie.

„Wszystko lepsze od tego endeckiego ciemnogrodu!” - pisała w swych „Dziennikach” Maria Dąbrowska i ta diagnoza mająca tłumaczyć poparcie dla stalinizmu jest dla naszych parnasiarzy wciąż obowiązująca. Dlatego należy narzucić tę optykę samym Polakom, poniżyć ich we własnych oczach, tak by już bez szemrania dali sobą powodować gronu uzupełniających się przez kooptację Autorytetów w nadziei, że kiedyś zasłużą sobie na pochwałę i symboliczne przyjęcie do grona „europejczyków”. Innymi słowy, prywislańscy Aborygeni mają patrzeć na siebie oczyma nienawidzących ich elit, które tak długo eksploatowały wszelkie możliwe antypolskie stereotypy, aż w końcu uwierzyły we własną propagandę.

II. Anty-polityka historyczna

Celowo obszernie zarysowałem powyżej tło światopoglądowe, bo dzięki temu możemy lepiej zrozumieć, dlaczego wszelkie przejawy polityki historycznej mającej zwrócić Polakom choć odrobinę godności i dumy narodowej wzbudzają wśród naszych Bogów Demokracji taką nieopisaną furię. Podobne zabiegi, jak utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego, umożliwiające przebicie się do masowego odbiorcy z innym komunikatem, niż ten o powstańcach mordujących Żydów, czy „bezsensownej awanturze”, mają potencjał niweczący narrację przedstawiającą Polaków jako zbrodniczych nieudaczników.

Nie jest bowiem tak, że tamta strona, gardłując przeciw „polityce historycznej” czy „martyrologii”, sama tejże „polityki historycznej” i „martyrologii” nie praktykuje. Przeciwnie – czyni to wszelkimi siłami dostępnego aparatu propagandy, tyle że jest to anty-polityka historyczna i anty-martyrologia, których celem jest zaszczepienie powszechnego przekonania o nieusuwalnych, historycznych winach Polaków względem innych nacji – z Żydami na czele. Zaś wszelkie narodowe aspiracje, widziane przez pryzmat tego narzuconego nam odgórnie „historycznego obciążenia”, mają jawić się jako coś z definicji podejrzanego, budzącego demony nacjonalizmu, szowinizmu i grożącego nawrotem „faszyzmu” (zupełnie tak, jakby w Polsce kiedykolwiek panował ustrój faszystowski). Na marginesie – patrząc z tej perspektywy łatwiej sobie uświadomić, skąd wzięła się obecna „antyfaszystowska” krucjata zapoczątkowana pamiętnym sabatem w siedzibie „Wyborczej”.

Tyle, że już teraz widać, iż ten społeczny eksperyment z antypedagogiką upodlenia się nie powiódł. Albo powiódł się jedynie częściowo i jest możliwy do odwojowania. Stało się tak dlatego, że warunkiem jego powodzenia jest absolutna szczelność systemu środków społecznej komunikacji. Ta monopolizacja przekazu była możliwa jedynie do pewnego momentu. Dziś, na skutek załamania się prestiżu i rynkowej potęgi „Gazety Wyborczej” oraz rozwoju niezależnego przekazu z internetem na czele, cały system dystrybucji opisywanego tu społecznego kompleksu niższości się sypie. Widzimy to nie tylko przy okazji Powstania Warszawskiego, ale również innych rocznic, czy np. odzyskiwania dla narodowej pamięci bohaterów antykomunistycznej partyzantki.

III. Delegitymizacja „elit zastępczych”

To wywołuje wściekłość pomieszaną ze strachem, bowiem naród z rozbudzoną samoświadomością staje się dla hochsztaplerów nieosiągalny, pozostaje poza ich władzą i oddziaływaniem. A stąd już prosta droga do zanegowania przywódczej roli tych, których nam obsadzono w charakterze duchowych, intelektualnych i politycznych przewodników stada u zarania IIIRP. Takie fałszywe „elity zastępcze” prędzej czy później zostaną zdelegitymizowane - unieważnione i strącone z piedestału.

Dlatego też nie dziwmy się, że Michnik wygaduje w „Spieglu” wszystkie te dyrdymały. Nie dziwmy się, że tamci organizują nagonki przeciw „faszystom” i otrzepują z naftaliny majora Baumana. Nie dziwmy się „profesorowi” Bartoszewskiemu, gdy w starczym amoku wrzeszczy o „bydle” i „motłochu” na Powązkach, czy gdy „odkrywa” po latach, że za okupacji bardziej niż Niemców bał się polskich donosicieli z sąsiedztwa. Przejdźmy do porządku dziennego nad deklaracjami o zbojkotowaniu Godziny „W” pod pomnikiem „Gloria Victis”. Oni bronią w ten sposób stanu posiadania i rządu dusz, bez którego są niczym. A gwizdy i buczenie na oficjeli cieszących się wsparciem salonowszczyzny – niezależnie od aspektu estetycznego – są właśnie wyrazem owej postępującej delegitymizacji zastępczych „elit”.

Ludzie wiedzą, że obecna władza wraz z tabunem „autorytetów” odbębnia te kolejne rocznice Powstania Warszawskiego (podobnie jak inne narodowe uroczystości) jedynie z musu, z urzędu i bez śladu głębszej patriotycznej emocji. Że to tylko puste, wymuszone gesty w przerwie między kolejnymi geszeftami, lub odbieraniem niemieckich odznaczeń, na które to gesty nabierają się jedynie nieliczni, większość ze względu na powagę chwili zmilczy, a zdeterminowana mniejszość – wygwiżdże. A jak niby inaczej ma okazać co sądzi o kabotynach maszerujących z wieńcami dla których „polskość to nienormalność”? Jak ma dać do zrozumienia, co myśli o pajacach od „morzeła” dla których patriotyzm jest szczytem obciachu i którzy chcieli by rozpuścić Polaków wraz z ich ojczyzną w ponadnarodowej, nieokreślonej magmie? Co ma zaprezentować, prócz pogardy, tym, którzy po największej narodowej tragedii po II wojnie światowej rzucili się do „pojednania” w smoleńskim błocie ze zbrodniarzem i którzy w tysięcznych przypadkach nie są w stanie, albo wręcz nie chcą zabezpieczyć elementarnych interesów własnego kraju?

Tamci to widzą, słyszą i czują. Zdają sobie sprawę z narastającego społecznego odrzucenia. Dlatego tak się zapluwają w nienawistnych paroksyzmach i rozpaczliwie zwierają szeregi. Bo mają świadomość, że już trwa kolejne, pełzające powstanie – przeciwko nim.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 15 czerwca 2013

Postkolonialny kulturkampf II

W anty-pedagogikę upodlenia, w cały ten postkolonialny kulturkampf, serial „Nasze matki, nasi ojcowie” wpisuje się idealnie. Prawie tak dobrze, jak „Pokłosie” i konfabulacje Grossa.

I. Kulturkampf w TVP

Gdy w kwietniu pisałem notkę „Postkolonialny kulturkampf”, nie wystarczyło mi wyobraźni, by przewidzieć, iż polska państwowa telewizja wyemituje kłamliwy niemiecki chłam - „Nasze matki, nasi ojcowie”. Zaiste, aż tak dalekowzroczny nie byłem - mimo wszystkich opisanych w przywołanym tekście przykładów kulturowej kolaboracji z berlińską „metropolią” przedstawicieli naszych aspirujących do „europejskości” elit. Elit pozostających nader często na berlińskim jurgielcie. Tak więc przez trzy kolejne wieczory w prime timie będziemy mieli za sprawą prezesa Juliusza Brauna do czynienia z tym groteskowym sabatem ukazującym poczciwych Niemców „uwikłanych” w „trudne czasy” i wojnę, „uwiedzionych” przez złego czarnoksiężnika Hitlera, no i dla kontrastu – zezwierzęconych antysemitów z AK, którzy gdyby tylko mogli dorwać się do tych wszystkich Żydów za drutami koncłagrów, to dopiero pokazaliby jak wygląda „ostatecznie rozwiązanie” w polskim stylu.

W charakterze zbiorowego listka figowego wystąpią następnie odpowiednio dobrani eksperci, którzy starannie rozważając wszelkie możliwe i niemożliwe racje orzekną, że serial jest słaby, kiczowaty, niezbyt wiernie oddaje wojenną rzeczywistość oraz istotę mechanizmów służących do infekowania mas zbrodniczymi ideologiami – i że generalnie jest to sentymentalna szmira. A ponieważ jest to chała, kicz i nędza, to w zasadzie o co tyle krzyku, skąd ta cała histeria i o co w ogóle tym protestującym oszołomom chodzi? No i koniec końców dobrze, że TVP odważnie ów film nadała, bo dzięki temu Polacy mogli się przekonać, że to w gruncie rzeczy nic strasznego, ot taka trochę okrutna bajka, a z tymi żydożerczymi akowcami też nie ma co przesadzać, bo przecież wszyscy wiemy, że ci cali partyzanci również mieli swoje za uszami i wcale tacy święci nie byli – po prawdzie to określenie „polnische banditen” dość często po prostu oddawało rzeczywistość...

Że co? Że aż tak nie będzie? Może i nie, ale nauczony doświadczeniem wolę raczej przerysować niż niedoszacować możliwy przebieg wydarzeń.

II. Polityka historyczna szkodzi na integrację

Etapem drugim masowego przerabiania mózgów gawiedzi na pulpę będą tzw. „echa medialne” - czyli omówienie „kontrowersyjnego telewizyjnego wydarzenia” w wiodących mediodajniach mainstreamu. Tu, wyznam, szczególnie liczę na „Gazetę Wyborczą” i niezawodnego Bartosza T. Wielińskiego, który to arcyciekawy dziennikarz charakteryzuje się dwoma zasadniczymi przymiotami: po pierwsze - w żadnej spornej sytuacji na linii Polska-Niemcy nie bierze strony polskiej; po drugie – uporczywie i z konsekwentnym samozaparciem robi za pożytecznego idiotę wmawiając nam histerię, niezrozumienie i wyolbrzymianie błahych incydentów. Tak było w przypadku germanizacji dzieci z mieszanych małżeństw przez Jugendamty (w ujęciu Wielińskiego – marginalna sprawa), „polskich obozów koncentracyjnych” (edytorskie wpadki, skrót myślowy oznaczający „geograficzne położenie”), czy ostatnio, gdy zabierał głos w sprawie niemieckich produkcji historycznych, w tym serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Tu wspiął się na wyżyny bezkompromisowego pożytecznoidiotyzmu twierdząc, iż nie ma pojęcia po co Niemcy w ogóle produkują takie słabe filmy... ale ponieważ są słabe, to nie ma co dramatyzować.

Tak się jednak składa, że te słabe, ahistoryczne szmiry są w Niemczech oglądane przez miliony i urabiają masową wyobraźnię, zagospodarowując przestrzeń historyczną w społecznej świadomości. No i jeszcze Niemcy potrafią na nich zarobić, sprzedając swe produkcje za granicę i modelując wyobrażenia na temat wojny oraz „zwykłych Niemców” w kilku innych narodach, które na II Wojnie wyszły lepiej niż Polska, więc co im tam. Tak się robi politykę historyczną, której ponoć „nie ma”, która rzekomo jest anachronizmem w zglobalizowanym świecie i zjednoczonej Europie. No i fakt – u nas tej polityki historycznej rzeczywiście ze świecą szukać, bo Niemcy nam powiedzieli, żebyśmy jej nie robili, gdyż to szkodzi na „pogłębianie integracji”.

III. Anty-pedagogika upodlenia

Ale, że przyroda nie znosi próżni, to w miejsce polityki historycznej (dwuletni epizod rządów PiS można tu pominąć, bo takie rzeczy oblicza się na dziesięciolecia konsekwentnej społecznej inżynierii) mamy swoistą anty-politykę historyczną, zwaną również „pedagogiką wstydu”. Żeby sobie postkolonialni Aborygeni nie wyobrażali za wiele i by przypadkiem nie strzeliło im do głów, że są równie dobrzy jak biali ludzie z Berlina i Monachium, bo wtedy mogliby zacząć fikać, zamiast w poczuciu permanentnej niższości i cywilizacyjnego zacofania karnie wypełniać światłe dyrektywy płynące z metropolii.

I w tę anty-pedagogikę kulturowego upodlenia, w ten cały postkolonialny kulturkampf, serial „Nasze matki...” wpisuje się idealnie. Prawie tak dobrze, jak „Pokłosie” i konfabulacje Grossa. Zresztą, nie dam głowy, czy właśnie twórczość Grossa i film Pasikowskiego (plus związane z nimi medialne kampanie nienawiści do własnego narodu) nie zainspirowały naszych Wielkich Braci zza Odry. Może uznali, że skoro proceder wdeptywania Polaków w mentalne błoto rozwija się tak pomyślnie, to nic się nie stanie jeśli pójdą na totalnego bezczela i zrobią film w którym już bez żadnej żenady w rolach najgorszych szwarccharakterów obsadzą Polaków? I pomyśleć, że kiedyś oburzaliśmy się na antypolskie akcenty w „Liście Schindlera” - przy tym, co obecnie się wyrabia, film Spielberga wydaje się wręcz niewinnym żartem... Tyle, że to wcale nie były żarty. To był pierwszy krok, dający światu sygnał, że można.

Wracając na zakończenie do wątku pofilmowej debaty „ekspertów”, którą zaserwują nam na dobicie. W niemieckiej ZDF też była „debata”. I co z tego? Kto to oglądał, kto pamięta? Debata była i się zmyła, film pozostał. Zasłona dymna „obiektywizmu” spełniła swe zadanie. Ba, przed ostatecznym montażem próbowano się nawet konsultować z prof. Bogdanem Musiałem (jak to wyglądało, profesor Musiał opisuje w wywiadzie dla „Sieci”). Niemcy byli bardzo zdziwieni, bo naukowiec z Polski miał dać placet że z serialem wszystko jest gites tenteges i Polacy wcale się nie gniewają, tymczasem prof. Musiał wyskoczył jak jakiś nieprzytomny z licznymi i fundamentalnymi zastrzeżeniami. No co za człowiek, jak rany. Nie wiedział po co go wzięli na konsultanta, czy jak? No to wkrótce się dowiedział. Ani jednej z jego uwag nie uwzględniono w montażu. Ciekawe, czy zaproszą go do TVP. Pewnie raczej nie, bo jeszcze mógłby coś powiedzieć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf

czwartek, 17 lutego 2011

Anty-polityka historyczna


... czyli wiwisekcja intelektualnego zaplecza obozu III RP



W ostatniej notce „Policzek z prawa, policzek z lewa” napisałem, że polityki historycznej ma u nas nie być, mimo że uprawiają ją z powodzeniem nasi sąsiedzi. No i bach – zagalopowałem się, gdyż sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.


I. Krótka charakterystyka.


To, że „obóz III RP” zwalcza hasło „polityki historycznej” bynajmniej nie znaczy, że takowej polityki nie praktykuje. Ona jest, tylko uprawiana z właściwą Salonowi hipokryzją, bez używania źle kojarzącej się nazwy. Prowadzi ją konsekwentnie od zarania III RP środowisko Bogów Demokracji. Ta polityka charakteryzuje się z jednej strony gloryfikacją środowisk postokrągłostołowych, które w ramach szlachetnego kompromisu „ponad podziałami” podarowały nadwiślańskim Murzynom wolność, z drugiej zaś – wpędzaniem tychże Murzynów w postkolonialne kompleksy za pomocą procederu, który bodaj Bronisław Wildstein określił mianem „pedagogiki wstydu”. W ramach tejże pedagogiki trzyma się polskich czarnuchów w permanentnym poczuciu niższości, wypominając, że jeszcze nie tak dawno chodzili bez ubrań, nie wiedzieli co to krzesło i z upodobaniem praktykowali kanibalizm. Co więcej, w mentalności tubylczej „ludożery” wciąż są obecne owe kanibalistyczne miazmaty, które mogą w każdej chwili dojść do głosu. Dlatego też ciemnych autochtonów należy prewencyjnie obezwładnić moralnie, bo jak nie, to ani chybi rozpalą ogień pod kotłami i skonsumują natchnionych misjonarzy z Czerskiej i okolic.


II. Dwaj panowie G.


Dobrą ilustracją opisanej powyżej metody jest zachowanie wydawnictwa „Znak” wobec książek dwóch panów G.- Romana Graczyka („Cena przetrwania. SB a Tygodnik Powszechny") i Jana Tomasz Grossa („Złote Żniwa”).


Jak wiadomo, „Znak” odmówił wydania wyważonej i opartej na solidnych badaniach archiwalnych książki Romana Graczyka o środowisku „Tygodnika Powszechnego” i uwikłaniu niektórych jego prominentnych przedstawicieli w kolaborację z SB, za to publikuje książkę-paszkwil J.T. Grossa o rzekomych polskich hienach cmentarnych polujących na Żydów i ich majątki.


Książki Graczyka „Znak” nie wydał, gdyż ponoć zniesławia „środowisko”, za to książkę Grossa szkalującą cały naród – proszę bardzo. Bliższa ciału koszula. Bliższe dobre imię swojego towarzystwa, niż dobre imię Polski i Polaków. „Moim zdaniem, książka nie odpowiada rzeczywistości historycznej PRL, w jakiej pracowali ludzie „Tygodnika” i w jakimś sensie jest wobec tego środowiska niesprawiedliwa” - stwierdza prezes „Znaku”, Henryk Woźniakowski. Za to książka „Złote żniwa”, jak można się domyślać, odpowiada jak najbardziej historycznej rzeczywistości i jest wobec Polaków kryształowo wręcz obiektywna i uczciwa.


Oczywiście, przyczyny takiego postępowania tkwią właśnie w logice tytułowej anty-polityki historycznej. „Złote Żniwa” wpisują się bowiem doskonale w proceder „pedagogiki wstydu”, mającej trzymać w ryzach polskich Murzynów, natomiast praca Graczyka, jako rzucająca cień na środowisko samozwańczych „elit”, odbiera im moralną legitymację do sprawowania z wysokości parnasów rządu dusz i umysłów postkolonialnego „bydła”.


Puentę dopisała sojusznicza „Gazeta Wyborcza” we właściwym sobie, unikalnym stylu, jedną ręką broniąc tak przydatnego Grossa, drugą zaś masakrując Graczyka w tekście pod znamiennym tytułem „Esbeckim okiem na Tygodnik Powszechny, odwołującym się do dwudziestoletniej linii redakcyjnej tępiącej „dzikich” lustratorów, której nie zmodyfikowała nawet sprawa „Ketmana”-Maleszki. Dodam, że demaskacja Lesława Maleszki i reakcja Michnika była przyczyną zrewidowania przez Romana Graczyka swego stanowiska w kwestii lustracji.


III. Współczucie dla Salonu.


Teraz zabawię się w empatię... Nie, tak naprawdę, to nie tyle „zabawię”, ile postaram się wczuć na chwilę w psychologiczną sytuację naszych „blaskomiotnych” i ich akolitów.


Zadajmy sobie pytanie: jakie są przyczyny tak konsekwentnej postawy salonowszczyzny, każącej trwać w polonofobicznym zacietrzewieniu wbrew wszystkiemu i wytaczać najcięższe działa na każdą oznakę mogącą świadczyć, że Polacy odzyskują wiarę w tradycyjne, patriotyczne wartości, choćby miała to być grupa osób modlących się pod krzyżem, bądź pokojowy przemarsz ulicami Stolicy w dniu 11 Listopada?


Wysunę tu hipotezę może mało odkrywczą, ale chyba do tej pory nie dość mocno zwerbalizowaną: źródłem polonofobii intelektualnego zaplecza III RP jest irracjonalny strach, mający swe źródło w jakiejś traumie z przeszłości. Odwołam się tu do słynnego wywiadu Michała Cichego dla „Dziennika”, w którym stwierdził m.in., że Helena Łuczywo za swą życiową misję przyjęła chronienie Żydów w Polsce przed jakimkolwiek złym losem. Taka postawa musi wypływać z konkretnych zaszłości – dzisiejsi intelektualni dyrygenci z Parnasu III RP nasłuchali się od swych antenatów z KPP o zwierzęcym antysemityzmie mającym jakoby cechować rzeczywistość społeczno-polityczną Polski międzywojennej, następnie zaś oni sami i ich partyjni bliscy doświadczyli na własnej skórze Marca roku 1968 i „antysyjonistycznej” czystki z rąk moczarowszczyzny, angażującej instrumentalnie „narodową” retorykę do wewnątrzpartyjnych rozgrywek.


Stąd ich spaczone spojrzenie na Polskę. Każdą oznakę patriotyzmu traktują jako potencjalny zalążek szowinizmu. W sumie, to biedni ludzie. „Biedni” oczywiście nie w sensie materialnym, tylko – jakby to ująć? - „psychospołecznym”. Tyle, że zarazem cholernie szkodliwi, bo ich antypolskie fobie zatruwają życie publiczne, stając się obowiązującymi, opiniotwórczymi dogmatami – od wpływowego socjologa po najgłupszą panienkę z tele-okienka i „aspirującego” leminga karmiącego mózgownicę przekazem wiodących mediodajni.


W ten sposób hodowana jest lumpeninteligencja z awansu, którą następnie nakleja się niczym PRL-owskie etykiety zastępcze na słoiku z zawartością: „Naród".


Ale też, tak po ludzku, trochę nad „saloniarzami” ubolewam. Ludzie o często niepospolitej inteligencji uwięzieni w matni irracjonalnego strachu przed polskością - to smutny widok.


IV. Ksenofobia a la Czerska.


Efektem wspomnianych lęków jest syndrom oblężonej twierdzy i ksenofobia. Tak właśnie: ksenofobia - strach przed „polskimi Murzynami” - owymi stereotypowymi „moherami”, starszymi, gorzej wykształconymi, z mniejszych ośrodków, kultywującymi „płytki”, „ludowy”, „maryjny” katolicyzm... Swą ksenofobię i związane z nią kolejne przywary „twierdza oświeconych” ze środowiska „GW” nader ochoczo przenosi na swych ideowych przeciwników. Traktując redakcję na Czerskiej jako pewien symbol można powiedzieć, że „parnasiarze” czują się w swym złotym zamku osaczeni przez polskość, którą utożsamiają z nacjonalizmem. Właśnie dlatego używają swej potęgi materialno-medialnej do uprawiania permanentnej „pedagogiki wstydu" - ich antypatriotyczne fobie każą im dokładać wszelkich starań, by wytłumić „demony polskiego nacjonalizmu" u miejscowych dzikusów, przy czym za „nacjonalizm" uznają patriotyzm... i tak w koło Macieju.


Przerażające jest, że ich post-Marcowe, pokoleniowe traumy i fobie wsparte komunistycznymi uwikłaniami dyktują „klimat intelektualny". Zamiast uzdrawiać społeczeństwo (co, zdaje się, jest ich celem), zatruwają. Zakładając cenzorski knebel i podrywając godnościowe podstawy patriotyzmu  rewitalizują w ten sposób, wbrew swym intencjom, najróżniejsze radykalizmy, w tym również antysemickie resentymenty. Prosta zasada: akcja – reakcja. Można rzec, iż są odwrotnością faustowskiego Mefistofelesa - on był „częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc czyniła dobro”, oni - wiecznie dobra pragnąc, wyrządzają zło.


V. Postępowi Kononowicze.


Konsekwencją anty-polityki historycznej jest również entuzjastyczny euro-internacjonalizm. W uproszczeniu, gerontokratyczny „beton” z nadwiślańskiego „pokolenia ‘68” rozumuje tak: skoro Niemcy zrobili Holocaust, a polscy komuniści od Moczara - Marzec, posiłkując się „narodową" retoryką, to już lepiej, żeby nie było żadnych narodów. Tacy postępowi Kononowicze: „żeby nie było niczego". Stąd utopijne dążenie do bez-narodowej, europejskiej magmy, w której mają roztopić się wszelkie „nacjonalizmy". Swoją drogą – poziom intelektualny Johna Lennona z „Imagine”...


Temu służą. I fiasko tej hołubionej do granic zacietrzewienia utopii prędzej czy później się na nich zemści.


Może się zdarzyć, że doprowadzony do ostateczności tłum ruszy na Czerską, Wiertniczą... Mogą się wtedy dziać rzeczy straszne. Każda, nawet najbardziej szczelna propaganda ma swoje granice, zwłaszcza gdy ludziom zrobi się pusto w garnkach. I wtedy przypomną sobie, kto faszerował ich narracją upodlenia. Senny koszmar z postępowymi misjonarzami gotowanymi w kotłach przez „dzikich” może się ziścić.


Nie wyczekuję tego. Ostrzegam.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 6 stycznia 2011

Domknięty system (cz. I – Rok pogardy)


Przed nami długa noc orwellowszczyzny.



I. Polskie pory roku.


Polacy to taki naród, który lata letargu przedziela okresami zrywów. Letarg przypada z reguły na kolejne „małe stabilizacje”, tudzież „noce” - tym czarniejsze, im silniejszy zryw je poprzedzał. Ta przypadłość może być irytująca – czy to za „króla Sasa”, czy to za Gomułki, czy za Gierka – trąb, bij na alarm, wołaj aż do zdarcia płuc – i nic. Polacy zdają się mieć wszystko w głębokim zwisie, państwo może sobie gnić, dogorywać, a tych „polaczków” - choćby tłuc po łbach – nie wyrwiesz z odrętwienia. Pij i popuszczaj pasa, odwalaj zmianę i na wódkę, załatwiaj talon na pralkę a jak się uda to i na małego fiata...


Aż wreszcie, niespodziewanie, przychodzi taki moment, w którym ten sam oczadziały naród nagle czuje, że coś zaczyna dusić, uwierać, wiercić niczym kolec – i wtedy trach! – robi awanturę: jakieś powstanie, strajk, wychodzi na ulice... I wszystko to pozornie bez głębszej przyczyny: ot - jeden cios w mordę z ręki namiestnika więcej, ot - droższe pęto kiełbasy. Nagle to, z czym żyło się przez lata, staje się nie do zniesienia i – często ku zaskoczeniu samych buntowników – okazuje się, ni z tego ni z owego, że tu chodzi o coś więcej niż brak zagrychy, że nagle Polska, że orzeł, że biało-czerwona...


Zaczyna się patriotyczny karnawał – często krwawy, wśród świstu kul lub głuchego łomotu zomowskich pałek – i tak to trwa czas jakiś, aż wreszcie czyjaś pięść łapie nas za gardło i odbiera dech, czyjś but wdeptuje w ziemię i następuje noc – czy to paskiewiczowska, czy to trwające niemal dekadę mroki jaruzelszczyzny... Cykl się zamyka, ludzie chowają się po domach, uciekają w życie prywatne, popadają w marazm, zniechęcenie. Ponarzekają, owszem, w gronie znajomych przy wódce, zeklną władzę i czasy... ale żeby ruszyć dupę, zrobić coś – o nie, nie ma frajerów – znów można potrząsać, chwytać za klapy, apelować, pokazywać czarno na białym, że wokół syf i stęchlizna... Wzruszenie ramionami, czego pan się czepiasz, oszołom, aktywista się znalazł. I tak do następnego zrywu, niespodziewanego zarówno dla władzy jak i dla samych jego uczestników.


II. Rok pogardy.


W którym miejscu cyklu znajdujemy się obecnie? W letargu. Miniony rok był okresem „domykania systemu”, który to system nazywam „oświeconym (neo)totalitaryzmem”, przed nami zaś czas w którym tenże system będzie trwał – wbrew wszystkiemu.


1) Smoleńska mgła upodlenia.


Ktoś już chyba nazwał rok 2010 „rokiem pogardy” - trudno o trafniejsze określenie. „Podrywanie godnościowych podstaw” prezydentury Lecha Kaczyńskiego trwało przed Smoleńskiem w najlepsze. Przed tymże Smoleńskiem premier polskiego rządu wszedł w zaproponowaną przez Kreml rozgrywkę mającą na celu zdeprecjonowanie Głowy Państwa. Dla doraźnej wizerunkowej korzyści, spotkania z Putinem, Donald Tusk przyjął moskiewską ofertę podziału obchodów katyńskich na dwie osobne uroczystości, zaś podległe mu służby (Kancelaria Premiera z Tomaszem Arabskim i MSZ Radosława Sikorskiego) do ostatniej chwili piętrzyły przed Lechem Kaczyńskim trudności, czego efektem było fatalne przygotowanie prezydenckiej wizyty 10 Kwietnia i w konsekwencji - ułatwienie zamachu.


Dopełnieniem tego kursu stało się przekazanie śledztwa Rosjanom i błyskawiczne przechwycenie BBN-u oraz wejście w „pełnienie obowiązków” prezydenta przez Bronisława Komorowskiego na podstawie „paska” na telewizyjnym ekranie. Motywowana polityczną bieżączką pogarda dla powagi państwa, międzynarodowego prestiżu, instytucji... Skryte za smoleńską mgłą upodlenie Polski.


2) Żałobna wojna domowa.


Podczas pierwszych dni Żałoby Narodowej mieliśmy chwilę względnej ciszy przerywanej tylko z rzadka łajdackimi wypowiedziami Andrzeja Wajdy, Waldemara Kuczyńskiego, czy dopieszczonej medialnie grupki platformerskich krzykaczy, zorganizowanych przez Mateusza Sławińskiego, asystenta w biurze poselskim Róży Marii Gräfin von Thun und Hohenstein, protestujących przeciw wawelskiemu pochówkowi pary prezydenckiej. Cisza ta motywowana była z jednej strony koniecznością zachowania pozorów, z drugiej zaś – przerażeniem na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu udokumentowanych przez „nieodpolitycznioną” wtedy jeszcze państwową telewizję. Śmiem twierdzić, że to m.in. film „Solidarni 2010” spowodował przyśpieszenie rządowego skoku na media „publiczne”. Te tłumy trzeba było jakoś spacyfikować mentalnie, przyszpilić „pedagogiką wstydu” - że mohery, że krzyż, że Europa się śmieje... że „kult Tanatosa”, że „demony polskiego patriotyzmu”... Słowem - wszystkie ręce na pokład! - aby zadeptać w zarodku odżarzające się węgiełki narodowej podmiotowości.


Dlatego też, po pogrzebach ofiar, postkolonialny przemysł pogardy ruszył ze zdwojoną siłą do walki o rząd dusz - wszystko z pozycji poczucia bezgranicznej wyższości nad tubylczym motłochem.


Definitywny kres żałoby oznajmiła Hanna Gronkiewicz-Waltz za pomocą warszawskich służb miejskich, które z niespotykaną pod jej rządami sprawnością natychmiast usunęły z trotuarów Krakowskiego Przedmieścia znicze, pamiątki i zmyły stearynę. W międzyczasie (16.V.2010, Łazienki) było proklamowanie ustami Andrzeja Wajdy „wojny domowej”. Owa „wojna domowa” toczona przez sojusz rządowego „tronu” z medialnym „ołtarzem” (słynni „przyjaciele z TVN-u i drugiej stacji komercyjnej”) przybrała, prócz walki politycznej, postać szeregu większych i mniejszych podłości.


3) Skrócony katalog nieprawości.


Rzućmy okiem: nagonka na Ewę Stankiewicz po emisji „Solidarnych 2010” (co poskutkowało wycofaniem się Romana Gutka z promocji jej fabularnego debiutu „Nie opuszczaj mnie”), połączona z odmową zamieszczania reklam wydania „Rzeczpospolitej” z dołączonym „trefnym” filmem o nocach na Krakowskim Przedmieściu. Rozpętana świeżo po elekcji przez Bronisława Komorowskiego i „Wyborczą” wojna o Krzyż Smoleński przed Pałacem Prezydenckim z antycywilizacyjną demonstracją Dominika Tarasa i conocnymi orgiami barbarzyństwa (z walnym udziałem warszawskich alfonsów ze Zbigniewem S. ps. „Niemiec” na czele) wymierzonymi w modlących się ludzi przy celowej bierności policji i straży miejskiej. „Wyborcza” reklamowała to-to jako „radosny Hyde Park”.


Jedziemy dalej z tym opętańczym szajsem. Pomnik wystawiony bolszewickim najeźdźcom w Ossowie. Groteskowy teatr „pojednania” polsko-rosyjskiego nad demolowanym wrakiem Tupolewa. Wystosowanie do przyjaciół Moskali prośby o zgodę na przeniesienie praskiego pomnika Polsko - Radzieckiego Braterstwa Broni („Czterech Śpiących Trzech Walczących”) by mogła ruszyć budowa drugiej linii metra. Rugowanie z publicznych mediów nie dość entuzjastycznych wobec władzy dziennikarzy i skorelowana z tym analogiczna działalność „niezależnych”, prywatnych mediodajni. Przyrównywanie uczestników comiesięcznych Marszy Pamięci na Krakowskim Przedmieściu do faszystów. Dzielenie Polaków przez premiera rządu Rzeczypospolitej na tych z RFN i NRD. Dzielenie rodzin smoleńskich na słuszne i niesłuszne. Publiczna rehabilitacja Jaruzelskiego przez zaproszenie na polityczny salon Rady Bezpieczeństwa Narodowego...


I te de, i te pe. Do tego cała medialna agentura opinii zjednoczonych sił III RP, uprawiająca „dziennikarstwo kontr-faktyczne”, skoncentrowana na jednym, jedynym celu: nie dopuścić do nawrotu „wzmożenia moralnego” i zdusić godnościowe podstawy patriotyzmu. Ta antygodnościowa socjotechnika uprawiana przez dziennikarskich „morderców zza biurek” znalazła swą kulminację w mordzie politycznym na działaczu łódzkiego biura Prawa i Sprawiedliwości i, nieco później, w próbie zablokowania patriotycznego marszu w dzień Święta Niepodległości. O ideologiczną oprawę zadbał pawianogrzywy profesor Radosław Markowski wychodząc z postulatem wewnątrzpolskiego apartheidu: „trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie, instytucjonalnie podzielić”. Mamy zatem społeczną eugenikę - wykluczenie poza nawias całych grup nieprzydatnych z punktu widzenia establishmentu, określanych wspólnym mianem „moherów”, tudzież „pisowców”. Ot, czas wielkiego podzielenia – warto by pokusić się o opisanie socjologii obojga narodów.


Pogarda, pogarda, pogarda... Nad którą unosi się cyniczny slogan: „Państwo Polskie zdało egzamin”.


4) Czas orwellowszczyzny.


Rok pogardy został symbolicznie zwieńczony decyzją o likwidacji audycji „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego (zemsta za „Solidarnych 2010”), wyautowaniem „Antysalonu Ziemkiewicza” (zemsta za całokształt) i zapowiedzią przekształcenia apartamentów Lecha i Marii Kaczyńskich na biura dla urzędników Kancelarii Prezydenta. W Pałacu Prezydenckim nie powstanie nawet Izba Pamięci. Nikogo nie było, nic się nie stało. Oto orwellowszczyzna w działaniu. System został domknięty. Nastał czas Oświeconego (Neo)totalitaryzmu.


Ta noc, niestety, jeszcze trochę potrwa. Dlaczego? O tym niebawem.


CDN


Gadający Grzyb