Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kompleks niższości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kompleks niższości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

Zdekolonizować naród!

Po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym.

I. Filary kolonializmu

Pozwolę sobie dziś kontynuować wątek z ubiegłego tygodnia, czyli wyzwanie, jakim jest wszechstronna dekolonizacja Polski. W poprzednim numerze „PN” pisałem o kolonizacji gospodarczej, lecz obraz sytuacji będzie niepełny, jeśli nie wspomnimy o związanych z kolonizacją Polski problemach społecznych, kulturowych i politycznych. Co jest podstawą władzy kolonizatora nad zajętym terytorium? Otóż, wbrew pozorom, chodzi nie tylko o przewagę militarną i gospodarczą. Wyzysk ekonomiczny pod osłoną bagnetów może funkcjonować jedynie do czasu. Podstawą długofalowej kolonialnej eksploatacji jest zdobycie „rządu dusz” - a konkretnie, zaszczepienie w ludności autochtonicznej przekonania o jej cywilizacyjnej niższości i zacofaniu, dezawuowanie dorobku pokoleń jako bezwartościowego śmiecia, od którego trzeba się uwolnić, by wspiąć się na wyższy szczebel rozwoju. Tym wyższym szczeblem mają być natomiast wzorce kulturowe podtykane kolonii przez metropolię, w charakterze celu do którego należy dążyć.

Owo zarządzanie przez rozbudzanie kompleksów, to jeden filar kolonialnej władzy. Filarem drugim jest społeczna atomizacja, mająca wyplenić wśród kolonizowanej ludności odruchy solidarnościowe – im więcej społecznych podziałów i wewnątrzplemiennych animozji, tym z punktu widzenia kolonizatora lepiej. Trzecim wreszcie filarem kolonialnej dominacji są sprzedajne miejscowe elity ukształtowane wedle potrzeb zdobywcy, tak, by możliwie największą część ciężarów związanych z dyscyplinowaniem aborygenów przerzucić na nich samych. To właśnie owe wykreowane przez obce ośrodki jurgieltnicze warstwy wyższe, zapatrzone w metropolię i nagradzane przez nią za swą służbę, mają utrzymywać tubylców w ryzach i poczuciu niższości – słowem, w swoistych mentalnych pętach sprawiających, że jakikolwiek bunt jawić się będzie jako nieodpowiedzialna, zbrodnicza wręcz awantura. Tego typu rozwiązania przetrenowała z dobrym skutkiem Wielka Brytania budując swe imperium (jak inaczej byłaby w stanie podporządkować sobie chociażby ogromne Indie?), i mechanizmy kolonialne w zasadniczym zrębie pozostały niezmienione po dziś dzień. To dlatego Gandhi koncentrował się m.in. na odczarowaniu figury „białego sahiba” i przełamywaniu podziałów kastowych.

II. Odbudowa narodu

Patrząc z tego punktu widzenia, podstawowym problemem najbliższych lat będzie odbudowa narodu – m.in. przezwyciężenie rozlicznych społecznych podziałów i ojkofobicznych kompleksów zaszczepianych nam, śmiem twierdzić, z pełną premedytacją na przestrzeni ostatnich 25 lat. To nie tylko „pedagogika wstydu” uprawiana przez michnikowszczyznę jako narzędzie społecznej tresury, lecz również piętrzenie rozlicznych „klasowych” zawiści. Zwróćmy uwagę, jak to funkcjonuje: „sekta pancernej brzozy” kontra „lud smoleński”, „złotówkowicze” oburzający się na próby pomocy „frankowiczom”, „zusowcy” patrzący z zazdrością na „krusowców”, „ciemnogród” kontra „obóz postępu”, „Kościół otwarty” i „Kościół zamknięty”, pracujący na „śmieciówkach” oraz „etatowcy” a wszyscy razem sarkający na przywileje związkowców z różnych branż - długo by wymieniać. Te rozłamy nakładają się na siebie w rozlicznych konfiguracjach, innymi słowy – mamy wiele funkcjonujących równolegle małych „apartheidów” skutecznie konfliktujących ze sobą Polaków na różnych płaszczyznach.

Od samego początku III RP mieliśmy do czynienia z systemowym zohydzaniem dziedzictwa „Solidarności” - o czym warto wspomnieć przy okazji 35 rocznicy „Porozumień Sierpniowych”. Związki zawodowe przedstawiano jako anachroniczną jaskinię warcholstwa i relikt po komunizmie, skutecznie podjudzając przeciw nim spauperyzowane społeczeństwo na zasadzie - „jest wam źle, bo związkowcy wymusili swe przywileje waszym kosztem”. W ten sposób osłabiono bezpowrotnie jedyną strukturę zdolną przeciwstawić się wyzyskowi, czego gorzkie owoce zbieramy dzisiaj. Sam mit „Solidarności” został przykrojony do rozmiarów historycznej maskotki do której przytuliły się pospołu „lewica laicka” i komunistyczni „reformatorzy”; sprowadzono go do roli rekwizytu legitymizującego władzę. Na powyższe nałożyła się liberalna propaganda indywidualizmu, co z jednej strony było na rękę rządzącym (rozproszone jednostki się nie postawią skutecznie władzy), z drugiej współgrało z interesami kolonizatorów. W efekcie indywidualizm, który sam w sobie nie jest jeszcze niczym złym, wynaturzył się w społeczną atomizację, zabijając solidarność na elementarnym, międzyludzkim poziomie. W pewnym momencie został przekroczony ważny punkt krytyczny i dlatego właśnie obecnie tak wielkim zadaniem jest ponowna odbudowa poczucia wspólnoty Polaków, zaś różni salonowi mędrcy biadolący dziś nad brakiem „kapitału społecznego” powinni uderzyć się przede wszystkim we własne piersi.

Na szczęście, ostatnie wybory pokazały, że coś chyba zmienia się na lepsze. Tzw. „lemingi” dojrzały - dziś zbliżają się do trzydziestki, bądź ją przekroczyły i widzą, że za wszystko trzeba płacić - w tym również za swoje wybory polityczne, za to na kogo się zagłosowało (lub nie zagłosowało). Jeśli pracują, to na śmieciówkach bez widoku na etat i własne mieszkanie, szczęśliwcy mający umowę o pracę czują zaciskającą się na szyjach pętlę kredytową, a ci, którzy otworzyli własny biznes borykają się z niezliczonymi barierami, widząc jednocześnie przywileje „klientów władzy” oraz międzynarodowych koncernów. Część wyjechała, bo rachunek za tutejszą „ciepłą wodę w kranie” okazał się zbyt wygórowany. Wolą tę samą ciepłą wodę w Wielkiej Brytanii, lecz za zdecydowanie niższą cenę. Im przestało imponować poczucie przynależności do warstwy „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, bo przekonali się, że za tym symbolicznym statusem nie podąża sukces materialny – ten zarezerwowany jest dla nielicznej mniejszości. W tym między innymi upatruję jedną z przyczyn zwycięstwa Andrzeja Dudy i zmianę notowań PiS – pod naciskiem twardej rzeczywistości zostało przełamane istotne kulturowe tabu. Oby był to zwiastun szerszego społecznego przesilenia.

III. Wojna kolonialna

Jednakże to, co dla nas stanowi nadzieję, jest zarazem sennym koszmarem dla kolonizatorów i wysługujących się im kompradorskich elit – stąd próby odgrzania podziałów cywilizacyjnych. Ofensywa genderyzmu, spór wokół in vitro, promocja „związków partnerskich”, homopropaganda wkraczająca do szkół i przedszkoli – to wszystko są próby zaimplantowania nam wzorców kulturowych narzucanych przez kolonialną „metropolię”. Kolonizatorzy zdają sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli postawy masowe zdominuje nurt patriotyczno-niepodległościowy, to prędzej czy później Polacy upomną się o swe prawa również w innych dziedzinach życia publicznego – z gospodarką włącznie, a wtedy dla zagranicznych koncernów skończy się eldorado korzystania z taniej siły roboczej, wyprowadzania zysków do central, czy eksploatacja kieszeni klientów banków.

Obie główne siły polityczne, PiS i PO, mniej lub bardziej świadomie wpisują się w powyższą logikę wojny kolonialnej, przy czym – co ciekawe – ugrupowania te pełnymi garściami czerpią z postulatów tradycyjnie przypisywanych lewicy. Mamy tu odpowiedź na pytanie, dlaczego po upadku znaczenia postkomunistów nie może w ich miejsce pojawić się żadna istotna siła lewicowa. Po prostu PiS i PO podzieliły ten polityczny „rynek” między siebie. PO z lewicowej retoryki zaadaptowała na swój użytek sprawy obyczajowe, z kolei PiS – kwestie socjalne. Zresztą, lewicowa proweniencja programowa nie ma dla mnie większego znaczenia - po prostu ją odnotowuję. Coś może być sobie lewicowe, byle byłoby propolskie. Tu bowiem biegnie zasadnicza linia podziału - na propolskość i antypolskość, a nie na ideologiczne etykietki. W tym sensie PO jest antypolska bo realizując szaleństwa obyczajowe godzi wprost w społeczną tkankę narodu, zaś PiS absorbując agendę socjalną lewicy jest propolskie, bo ukrócenie banksterstwa, ucywilizowanie umów śmieciowych, czy wsparcie dla rodzin, służy budowie i rozwojowi tejże tkanki oraz poprawie warunków bytowych rzesz spychanych do tej pory na coraz głębszy margines Polaków. W efekcie - buduje to podmiotowość polskiego państwa i narodu.

PO lewactwo obyczajowe połączyła z wysługiwaniem się międzynarodowemu biznesowi oraz krajom, gdzie koncerny mają swe siedziby - jest więc antypolska dubeltowo. PiS natomiast połączył światopoglądowy konserwatyzm z prosocjalnym, solidarystycznym podejściem, usiłując przy tym przynajmniej w jakiejś mierze wyzwolić Polskę spod dyktatu obcego kapitału. Na razie, rzecz jasna, deklaratywnie, zobaczymy jakie będą w tym zakresie inicjatywy prezydenta Dudy i posunięcia ewentualnego rządu PiS po jesiennych wyborach. W każdym razie, po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym – i właśnie przede wszystkim pod tym kątem będzie należało patrzeć przyszłej władzy na ręce. Obyśmy tej szansy nie zmarnowali.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Dekolonizacja Polski

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26_08-01_09_2015)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji

Oni zdają sobie sprawę z narastającego społecznego odrzucenia. Mają świadomość, że już trwa kolejne, pełzające powstanie – przeciwko nim.

I. Powstanie vs. antypedagogika upodlenia

Że podniesienie rangi kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego datujące się od czasów warszawskiej prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego jest solą w oku naszych samozwańczych Bogów Demokracji, wywindowanych na opiniotwórcze parnasy mocą okrągłostołowego dealu, to nie nowina. Dzieje się tak dlatego, iż godnościowa polityka historyczna w wydaniu szeroko rozumianego „obozu niepodległościowego” stoi na drodze inżynierii społecznej konsekwentnie wdrażanej przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Obóz, którego ekspozyturą polityczną jest obecna Dyktatura Matołów, emanacją propagandową zaś – formacja medialno-intelektualna określana zbiorczym mianem „michnikowszczyzny” (Ziemkiewicz). Podstawową funkcją owej formacji pozostaje krzewienie podszytej ojkofobią „pedagogiki wstydu” (Wildstein), mającej wpędzić Polaków w stan permanentnego kompleksu niższości i troskliwie ów kompleks pielęgnować.

Zakompleksionym stadem wykorzenionych klonów bez tożsamości łatwiej rządzić, łatwiej podsuwać mu model „modernizacji przez kserokopiarkę” (R. Legutko), polegający na rozbiciu elementarnych więzi społecznych i atomizacji. Człowiek utrzymywany w ciągłym poczuciu, że jest gorszy, zacofany, zaściankowy, nieeuropejski, że zostaje w tyle za nowoczesnym światem, gładko przełknie podsuwane mu rozwiązania, które sprowadzają się do jednego: by, mówiąc Palikotem, „Polacy wyrzekli się swej polskości”. Po co to wszystko? Bo społeczeństwo nieświadomych swego dziedzictwa autochtonów jest najlepszym gwarantem zachowania uprzywilejowanej pozycji uzurpatorskich pseudo-elit. Elit, dodajmy, które nafaszerowane różnymi historycznymi urazami, środowiskowymi fobiami i uwikłaniami - z komunizmem na czele – widzieć chcą w Polakach jedynie ciemną, sfanatyzowaną, nacjonalistyczną i antysemicką tłuszczę, gdyż jedynie taka skrajnie negatywna recepcja polskości ratuje ich własne biografie.

„Wszystko lepsze od tego endeckiego ciemnogrodu!” - pisała w swych „Dziennikach” Maria Dąbrowska i ta diagnoza mająca tłumaczyć poparcie dla stalinizmu jest dla naszych parnasiarzy wciąż obowiązująca. Dlatego należy narzucić tę optykę samym Polakom, poniżyć ich we własnych oczach, tak by już bez szemrania dali sobą powodować gronu uzupełniających się przez kooptację Autorytetów w nadziei, że kiedyś zasłużą sobie na pochwałę i symboliczne przyjęcie do grona „europejczyków”. Innymi słowy, prywislańscy Aborygeni mają patrzeć na siebie oczyma nienawidzących ich elit, które tak długo eksploatowały wszelkie możliwe antypolskie stereotypy, aż w końcu uwierzyły we własną propagandę.

II. Anty-polityka historyczna

Celowo obszernie zarysowałem powyżej tło światopoglądowe, bo dzięki temu możemy lepiej zrozumieć, dlaczego wszelkie przejawy polityki historycznej mającej zwrócić Polakom choć odrobinę godności i dumy narodowej wzbudzają wśród naszych Bogów Demokracji taką nieopisaną furię. Podobne zabiegi, jak utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego, umożliwiające przebicie się do masowego odbiorcy z innym komunikatem, niż ten o powstańcach mordujących Żydów, czy „bezsensownej awanturze”, mają potencjał niweczący narrację przedstawiającą Polaków jako zbrodniczych nieudaczników.

Nie jest bowiem tak, że tamta strona, gardłując przeciw „polityce historycznej” czy „martyrologii”, sama tejże „polityki historycznej” i „martyrologii” nie praktykuje. Przeciwnie – czyni to wszelkimi siłami dostępnego aparatu propagandy, tyle że jest to anty-polityka historyczna i anty-martyrologia, których celem jest zaszczepienie powszechnego przekonania o nieusuwalnych, historycznych winach Polaków względem innych nacji – z Żydami na czele. Zaś wszelkie narodowe aspiracje, widziane przez pryzmat tego narzuconego nam odgórnie „historycznego obciążenia”, mają jawić się jako coś z definicji podejrzanego, budzącego demony nacjonalizmu, szowinizmu i grożącego nawrotem „faszyzmu” (zupełnie tak, jakby w Polsce kiedykolwiek panował ustrój faszystowski). Na marginesie – patrząc z tej perspektywy łatwiej sobie uświadomić, skąd wzięła się obecna „antyfaszystowska” krucjata zapoczątkowana pamiętnym sabatem w siedzibie „Wyborczej”.

Tyle, że już teraz widać, iż ten społeczny eksperyment z antypedagogiką upodlenia się nie powiódł. Albo powiódł się jedynie częściowo i jest możliwy do odwojowania. Stało się tak dlatego, że warunkiem jego powodzenia jest absolutna szczelność systemu środków społecznej komunikacji. Ta monopolizacja przekazu była możliwa jedynie do pewnego momentu. Dziś, na skutek załamania się prestiżu i rynkowej potęgi „Gazety Wyborczej” oraz rozwoju niezależnego przekazu z internetem na czele, cały system dystrybucji opisywanego tu społecznego kompleksu niższości się sypie. Widzimy to nie tylko przy okazji Powstania Warszawskiego, ale również innych rocznic, czy np. odzyskiwania dla narodowej pamięci bohaterów antykomunistycznej partyzantki.

III. Delegitymizacja „elit zastępczych”

To wywołuje wściekłość pomieszaną ze strachem, bowiem naród z rozbudzoną samoświadomością staje się dla hochsztaplerów nieosiągalny, pozostaje poza ich władzą i oddziaływaniem. A stąd już prosta droga do zanegowania przywódczej roli tych, których nam obsadzono w charakterze duchowych, intelektualnych i politycznych przewodników stada u zarania IIIRP. Takie fałszywe „elity zastępcze” prędzej czy później zostaną zdelegitymizowane - unieważnione i strącone z piedestału.

Dlatego też nie dziwmy się, że Michnik wygaduje w „Spieglu” wszystkie te dyrdymały. Nie dziwmy się, że tamci organizują nagonki przeciw „faszystom” i otrzepują z naftaliny majora Baumana. Nie dziwmy się „profesorowi” Bartoszewskiemu, gdy w starczym amoku wrzeszczy o „bydle” i „motłochu” na Powązkach, czy gdy „odkrywa” po latach, że za okupacji bardziej niż Niemców bał się polskich donosicieli z sąsiedztwa. Przejdźmy do porządku dziennego nad deklaracjami o zbojkotowaniu Godziny „W” pod pomnikiem „Gloria Victis”. Oni bronią w ten sposób stanu posiadania i rządu dusz, bez którego są niczym. A gwizdy i buczenie na oficjeli cieszących się wsparciem salonowszczyzny – niezależnie od aspektu estetycznego – są właśnie wyrazem owej postępującej delegitymizacji zastępczych „elit”.

Ludzie wiedzą, że obecna władza wraz z tabunem „autorytetów” odbębnia te kolejne rocznice Powstania Warszawskiego (podobnie jak inne narodowe uroczystości) jedynie z musu, z urzędu i bez śladu głębszej patriotycznej emocji. Że to tylko puste, wymuszone gesty w przerwie między kolejnymi geszeftami, lub odbieraniem niemieckich odznaczeń, na które to gesty nabierają się jedynie nieliczni, większość ze względu na powagę chwili zmilczy, a zdeterminowana mniejszość – wygwiżdże. A jak niby inaczej ma okazać co sądzi o kabotynach maszerujących z wieńcami dla których „polskość to nienormalność”? Jak ma dać do zrozumienia, co myśli o pajacach od „morzeła” dla których patriotyzm jest szczytem obciachu i którzy chcieli by rozpuścić Polaków wraz z ich ojczyzną w ponadnarodowej, nieokreślonej magmie? Co ma zaprezentować, prócz pogardy, tym, którzy po największej narodowej tragedii po II wojnie światowej rzucili się do „pojednania” w smoleńskim błocie ze zbrodniarzem i którzy w tysięcznych przypadkach nie są w stanie, albo wręcz nie chcą zabezpieczyć elementarnych interesów własnego kraju?

Tamci to widzą, słyszą i czują. Zdają sobie sprawę z narastającego społecznego odrzucenia. Dlatego tak się zapluwają w nienawistnych paroksyzmach i rozpaczliwie zwierają szeregi. Bo mają świadomość, że już trwa kolejne, pełzające powstanie – przeciwko nim.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/