Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naród. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2015

Demony patriotyzmu

Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne.

I. Media chcą zadym!

A więc stało się – 11 listopada znów wyległy na ulice polskich miast demony patriotyzmu, przy czym, tradycyjnie, najliczniej stawiły się w Warszawie demonstrując swój bestialski nacjonalizm. Tak to przynajmniej wyglądało w przekazie medialnego mainstreamu, którego relacje sprowadzały się do gorączkowego wyczekiwania, kiedy wreszcie rozpoczną się zadymy. To oczekiwanie było wręcz namacalne – idą i nic... „marsz wciąż przebiega bez zakłóceń” - no, co jest? Race? Kilka petard i okrzyków? Jakieś transparenty? To nie jest news! My tutaj, w studio, chcemy pełnokrwistej burdy, demolki, kilkuset aresztowanych i kostki brukowej fruwającej w powietrzu! A tymczasem – czoło pochodu wchodzi już na błonia przy Stadionie Narodowym – i nadal nic. No nie, tak nie może być. Nikt niczego nie spalił, nikogo nie pobito, nawet nie rozwalono żadnej wiaty przystanku? Jak rany - od czego w końcu jest ta policja?

Trzeba jednak przyznać, że telewizyjne redaktorstwo wraz zaproszonymi „ekspertami” i „komentatorami” (tymi samymi co zwykle) wychodziło ze skóry, by udramatyzować wydarzenie. Przede wszystkim, unikano jak ognia nazwy „Marsz Niepodległości” - np. w TVN24 na żółtym pasku obowiązywała forma „marsz narodowców”. Kolejnym zabiegiem było omawianie w histerycznym tonie haseł z transparentów i wznoszonych okrzyków, tudzież przewodniego motywu Marszu: „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski” (na ogół pomijając drugi człon). Dowiedzieliśmy się zatem o erupcji nacjonalizmu, ksenofobii, islamofobii, szowinizmu – wszystko w tonie, którego nie powstydziłby się narrator „Zapisków oficera Armii Czerwonej”, młodszy lejtnant Miszka Zubow, perorujący o „zezwierzęconych faszystach”.

I w tym momencie winien jestem telewizorniom wyrazy wdzięczności. Nie ma to bowiem jak werbalna panika skonfrontowana z żywym obrazem przedstawiającym płynącą ulicami biało-czerwoną ludzką rzekę. Jeśli dodać do tego informację policji, że tegoroczny Marsz Niepodległości był najliczniejszy w całej swej dotychczasowej historii i śmiało można mówić o stu tysiącach uczestników, a przedstawicielka warszawskiego Ratusza dociskana na okoliczność domniemanych „incydentów” była w stanie wydusić z siebie jedynie, że rzucono z Mostu Poniatowskiego kilka rac na Wisłostradę - to trudno o lepszą reklamę. Na dodatek, uporczywe mówienie o „marszu narodowców” (choć wiadomo, że w wydarzeniu biorą udział uczestnicy poczuwający się do najróżniejszych patriotycznych opcji) może skutkować jedynie tym, że telewidz dojdzie do wniosku – może ci narodowcy nie są jednak tacy straszni?

Generalnie, medialny mainstream „przegrzał” temat dokładnie na takiej samej zasadzie, jak przegrzał podczas kampanii wyborczej motyw straszenia PiS-em, Kaczyńskim i IVRP – z wiadomym efektem. Dobrze to wróży na przyszłość.

II. Idzie nowe?

Spokojny przebieg tegorocznego Marszu Niepodległości jest najlepszym dowodem, czyją „zasługą” były zadymy z poprzednich lat. Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne. Oto jak w ciągu kilkunastu dni od wyborów może się zmienić klimat i mądrość etapu. Swoją drogą – nie wątpię, że gdyby termin wyborów przypadał na okres po Święcie Niepodległości, to mielibyśmy na Marszu największe zamieszki z dotychczasowych.

Jeśli chodzi o polityczny kontekst Marszu – dobrym ruchem było wystosowanie zaproszenia do prezydenta Andrzeja Dudy, choć oczywiście wiadomo było z góry, że prezydent go nie przyjmie. Trudno, by zapomniał o dotychczasowych nieprzytomnych wrzaskach wsadzających PiS do jednego worka z „bandą czworga”, czy okrzykach typu „PiS-PO, jedno zło”. O ubiegłorocznym wygwizdaniu kombatanta AK po tym, jak zapowiedział, że będzie głosował na PiS aż żal wspominać, bo takie stężenie zacietrzewionego buractwa zwyczajnie zapiera dech. Z drugiej strony – różne „niezależne” i „niepokorne” media w tym roku dały sobie spokój z zapisywaniem narodowców do „ruskiej agentury” i „V kolumny Putina”. List prezydenta Dudy wystosowany do uczestników Marszu to również swoisty symbol nowych czasów. Zawsze jest to jakaś odmiana rokująca nadzieję chociażby na przyjazną neutralność obu odłamów polskiej prawicy.

Nigdy nie ukrywałem, że moim marzeniem jest sojusz „dwóch płuc polskiego patriotyzmu” - wywodzących się zarówno z tradycji endeckiej jak i piłsudczykowskiej - czemu dawałem wyraz w szeregu tekstów publikowanych zarówno w blogosferze, jak i na łamach „Polski Niepodległej”. Dlatego też potępieńcze swary ostatnich lat wywoływały u mnie nieodmiennie skrajną irytację. Współpraca szeroko rozumianego obozu patriotyczno-niepodległościowego jest warunkiem niezbędnym do prawdziwej odbudowy Polski. Kilka lat temu, zanim jeszcze nastąpił rozbrat, a w Marszu Niepodległości uczestniczyli również politycy PiS, czy Kluby „Gazety Polskiej”, ktoś stwierdził, że dziś Dmowski i Piłsudski staliby po tej samej stronie barykady. Proszę Państwa – ta diagnoza wciąż jest aktualna, nic się nie zmieniło. Może obie strony przyjdą w końcu do opamiętania, a gesty poczynione przy okazji Marszu A.D.2015 zostaną zapamiętane jako początek zakopywania toporków? Może... W każdym razie, warto tę linię kontynuować – czy będzie nadmiernym „chciejstwem” z mojej strony nadzieja, że prezydent Andrzej Duda mógłby być tu pośrednikiem przy wypracowywaniu jakiegoś porozumienia?

III. Przebudzenie „demonów”

Biorąc pod uwagę ostatnie kilka miesięcy, wyniki wyborów, przebieg Marszu Niepodległości, warto zadać pytanie – czy mamy do czynienia z narodowym przebudzeniem, co wieszczą już niektórzy komentatorzy? Albo z drugiej strony – czy „demony polskiego patriotyzmu” rozszalały się na dobre, przyprawiając o drgawki redaktora Miecugowa i jemu podobnych? Hmm, aż tak optymistyczny bym nie był. Sądzę, że mamy raczej do czynienia z pewnym procesem, czymś w rodzaju stopniowego wybudzania ze śpiączki. Proces postępuje dość konsekwentnie, dobrze prognozuje na przyszłość, ale droga jeszcze daleka. Póki co, można zaobserwować uodpornianie się organizmu na propagandową truciznę. Polacy w coraz większej liczbie odrzucają zarówno „pedagogikę wstydu”, jak i „pedagogikę strachu”, czego dowodem było fiasko wyborczej nagonki uprawianej przez reżimowe mediodajnie i zepchnięcie do defensywy Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Kolejnym krokiem powinno być wyzbycie się kompleksu niższości – do niedawna bowiem bardzo skutecznie zarządzano zbiorowymi emocjami społeczeństwa, podtykając mu pod oczy co złego lub dobrego napisano o nas w zagranicznej, zwłaszcza niemieckiej, prasie. Za co nas poklepano po pleckach, a za co pryncypialnie obsztorcowano. Mam nadzieję, że stopniowo do masowej świadomości przedziera się fakt, iż traktuje się nas niczym tubylców z kolonii, dyscyplinowanych na dodatek często przez wynajętych do tej roboty tutejszych, dziennikarskich folksdojczów.

Ciekawym lusterkiem jest polskojęzyczny serwis „Deutsche Welle” zamieszczający m.in. przedruki i streszczenia z niemieckich mediów, kolportowane następnie w nadwiślańskich gadzinówkach. Oto próbka dotycząca Marszu Niepodległości: „Polska w szale nacjonalizmu” („Der Tagesspiegel”), „Święto niepodległości: Radykalizm staje się w Polsce głównym nurtem” (zeit.de), „Polska Polakom” („Frankfurter Rundschau”), „Dziesiątki tysięcy żądają »Polski dla Polaków«” („Die Welt”), „Polscy nacjonaliści demonstrują przeciwko cudzoziemcom” („Deutsche Welle”), „Polska prawica maszeruje przeciwko UE i islamowi” („Berliner Zeitung”), „Wrogie wobec cudzoziemców protesty w Warszawie” (tagesschau.de).

Wiecie co? Czytam to jazgotanie i zacieram ręce, ba – wręcz pragnę, by cytowano je możliwie najszerzej i w najbardziej napastliwej formie. Sądzę bowiem, że efekt będzie identyczny jak w przypadku straszenia „IV RP”: przegrzanie tematu i koniec końców – odrzucenie przez Polaków w geście zniecierpliwienia tego, co o nas sądzą różni „wielcy bracia”. Tak, tak – jeszcze może się okazać, że niemieccy treserzy mimowolnie wykonali dla przebudzenia „demonów patriotyzmu” kawał dobrej roboty.

*

Na zakończenie – w niedawnym tekście dla siostrzanej „Warszawskiej Gazety” zgłosiłem trzy postulaty dotyczące mediów, gospodarki i służb specjalnych, których spełnienie będzie dla mnie symbolicznym dowodem na determinację nowej ekipy w rozprawieniu się z III RP. Są to: zaprzestanie „dokarmiania” prywatnych mediów publicznymi pieniędzmi, uchwalenie ustawy o „frankowiczach” i odtajnienie aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI. Zapowiedziałem też, że odtąd (wzorem katońskiego „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam” ) każdy swój tekst będę kończył przypomnieniem o tych sprawach – dopóki nie zostaną załatwione. Taki mój permanentny, obywatelski monit. Zaczynam od dziś.

Tak więc:

- kiedy wprowadzony zostanie zakaz zamieszczania przez podmioty publiczne reklam i ogłoszeń w prywatnych mediach?

- kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

- kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/narodowy-dzie%C5%84-prowokatora

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 45 (18-24.11.2015)

wtorek, 1 września 2015

Zdekolonizować naród!

Po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym.

I. Filary kolonializmu

Pozwolę sobie dziś kontynuować wątek z ubiegłego tygodnia, czyli wyzwanie, jakim jest wszechstronna dekolonizacja Polski. W poprzednim numerze „PN” pisałem o kolonizacji gospodarczej, lecz obraz sytuacji będzie niepełny, jeśli nie wspomnimy o związanych z kolonizacją Polski problemach społecznych, kulturowych i politycznych. Co jest podstawą władzy kolonizatora nad zajętym terytorium? Otóż, wbrew pozorom, chodzi nie tylko o przewagę militarną i gospodarczą. Wyzysk ekonomiczny pod osłoną bagnetów może funkcjonować jedynie do czasu. Podstawą długofalowej kolonialnej eksploatacji jest zdobycie „rządu dusz” - a konkretnie, zaszczepienie w ludności autochtonicznej przekonania o jej cywilizacyjnej niższości i zacofaniu, dezawuowanie dorobku pokoleń jako bezwartościowego śmiecia, od którego trzeba się uwolnić, by wspiąć się na wyższy szczebel rozwoju. Tym wyższym szczeblem mają być natomiast wzorce kulturowe podtykane kolonii przez metropolię, w charakterze celu do którego należy dążyć.

Owo zarządzanie przez rozbudzanie kompleksów, to jeden filar kolonialnej władzy. Filarem drugim jest społeczna atomizacja, mająca wyplenić wśród kolonizowanej ludności odruchy solidarnościowe – im więcej społecznych podziałów i wewnątrzplemiennych animozji, tym z punktu widzenia kolonizatora lepiej. Trzecim wreszcie filarem kolonialnej dominacji są sprzedajne miejscowe elity ukształtowane wedle potrzeb zdobywcy, tak, by możliwie największą część ciężarów związanych z dyscyplinowaniem aborygenów przerzucić na nich samych. To właśnie owe wykreowane przez obce ośrodki jurgieltnicze warstwy wyższe, zapatrzone w metropolię i nagradzane przez nią za swą służbę, mają utrzymywać tubylców w ryzach i poczuciu niższości – słowem, w swoistych mentalnych pętach sprawiających, że jakikolwiek bunt jawić się będzie jako nieodpowiedzialna, zbrodnicza wręcz awantura. Tego typu rozwiązania przetrenowała z dobrym skutkiem Wielka Brytania budując swe imperium (jak inaczej byłaby w stanie podporządkować sobie chociażby ogromne Indie?), i mechanizmy kolonialne w zasadniczym zrębie pozostały niezmienione po dziś dzień. To dlatego Gandhi koncentrował się m.in. na odczarowaniu figury „białego sahiba” i przełamywaniu podziałów kastowych.

II. Odbudowa narodu

Patrząc z tego punktu widzenia, podstawowym problemem najbliższych lat będzie odbudowa narodu – m.in. przezwyciężenie rozlicznych społecznych podziałów i ojkofobicznych kompleksów zaszczepianych nam, śmiem twierdzić, z pełną premedytacją na przestrzeni ostatnich 25 lat. To nie tylko „pedagogika wstydu” uprawiana przez michnikowszczyznę jako narzędzie społecznej tresury, lecz również piętrzenie rozlicznych „klasowych” zawiści. Zwróćmy uwagę, jak to funkcjonuje: „sekta pancernej brzozy” kontra „lud smoleński”, „złotówkowicze” oburzający się na próby pomocy „frankowiczom”, „zusowcy” patrzący z zazdrością na „krusowców”, „ciemnogród” kontra „obóz postępu”, „Kościół otwarty” i „Kościół zamknięty”, pracujący na „śmieciówkach” oraz „etatowcy” a wszyscy razem sarkający na przywileje związkowców z różnych branż - długo by wymieniać. Te rozłamy nakładają się na siebie w rozlicznych konfiguracjach, innymi słowy – mamy wiele funkcjonujących równolegle małych „apartheidów” skutecznie konfliktujących ze sobą Polaków na różnych płaszczyznach.

Od samego początku III RP mieliśmy do czynienia z systemowym zohydzaniem dziedzictwa „Solidarności” - o czym warto wspomnieć przy okazji 35 rocznicy „Porozumień Sierpniowych”. Związki zawodowe przedstawiano jako anachroniczną jaskinię warcholstwa i relikt po komunizmie, skutecznie podjudzając przeciw nim spauperyzowane społeczeństwo na zasadzie - „jest wam źle, bo związkowcy wymusili swe przywileje waszym kosztem”. W ten sposób osłabiono bezpowrotnie jedyną strukturę zdolną przeciwstawić się wyzyskowi, czego gorzkie owoce zbieramy dzisiaj. Sam mit „Solidarności” został przykrojony do rozmiarów historycznej maskotki do której przytuliły się pospołu „lewica laicka” i komunistyczni „reformatorzy”; sprowadzono go do roli rekwizytu legitymizującego władzę. Na powyższe nałożyła się liberalna propaganda indywidualizmu, co z jednej strony było na rękę rządzącym (rozproszone jednostki się nie postawią skutecznie władzy), z drugiej współgrało z interesami kolonizatorów. W efekcie indywidualizm, który sam w sobie nie jest jeszcze niczym złym, wynaturzył się w społeczną atomizację, zabijając solidarność na elementarnym, międzyludzkim poziomie. W pewnym momencie został przekroczony ważny punkt krytyczny i dlatego właśnie obecnie tak wielkim zadaniem jest ponowna odbudowa poczucia wspólnoty Polaków, zaś różni salonowi mędrcy biadolący dziś nad brakiem „kapitału społecznego” powinni uderzyć się przede wszystkim we własne piersi.

Na szczęście, ostatnie wybory pokazały, że coś chyba zmienia się na lepsze. Tzw. „lemingi” dojrzały - dziś zbliżają się do trzydziestki, bądź ją przekroczyły i widzą, że za wszystko trzeba płacić - w tym również za swoje wybory polityczne, za to na kogo się zagłosowało (lub nie zagłosowało). Jeśli pracują, to na śmieciówkach bez widoku na etat i własne mieszkanie, szczęśliwcy mający umowę o pracę czują zaciskającą się na szyjach pętlę kredytową, a ci, którzy otworzyli własny biznes borykają się z niezliczonymi barierami, widząc jednocześnie przywileje „klientów władzy” oraz międzynarodowych koncernów. Część wyjechała, bo rachunek za tutejszą „ciepłą wodę w kranie” okazał się zbyt wygórowany. Wolą tę samą ciepłą wodę w Wielkiej Brytanii, lecz za zdecydowanie niższą cenę. Im przestało imponować poczucie przynależności do warstwy „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, bo przekonali się, że za tym symbolicznym statusem nie podąża sukces materialny – ten zarezerwowany jest dla nielicznej mniejszości. W tym między innymi upatruję jedną z przyczyn zwycięstwa Andrzeja Dudy i zmianę notowań PiS – pod naciskiem twardej rzeczywistości zostało przełamane istotne kulturowe tabu. Oby był to zwiastun szerszego społecznego przesilenia.

III. Wojna kolonialna

Jednakże to, co dla nas stanowi nadzieję, jest zarazem sennym koszmarem dla kolonizatorów i wysługujących się im kompradorskich elit – stąd próby odgrzania podziałów cywilizacyjnych. Ofensywa genderyzmu, spór wokół in vitro, promocja „związków partnerskich”, homopropaganda wkraczająca do szkół i przedszkoli – to wszystko są próby zaimplantowania nam wzorców kulturowych narzucanych przez kolonialną „metropolię”. Kolonizatorzy zdają sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli postawy masowe zdominuje nurt patriotyczno-niepodległościowy, to prędzej czy później Polacy upomną się o swe prawa również w innych dziedzinach życia publicznego – z gospodarką włącznie, a wtedy dla zagranicznych koncernów skończy się eldorado korzystania z taniej siły roboczej, wyprowadzania zysków do central, czy eksploatacja kieszeni klientów banków.

Obie główne siły polityczne, PiS i PO, mniej lub bardziej świadomie wpisują się w powyższą logikę wojny kolonialnej, przy czym – co ciekawe – ugrupowania te pełnymi garściami czerpią z postulatów tradycyjnie przypisywanych lewicy. Mamy tu odpowiedź na pytanie, dlaczego po upadku znaczenia postkomunistów nie może w ich miejsce pojawić się żadna istotna siła lewicowa. Po prostu PiS i PO podzieliły ten polityczny „rynek” między siebie. PO z lewicowej retoryki zaadaptowała na swój użytek sprawy obyczajowe, z kolei PiS – kwestie socjalne. Zresztą, lewicowa proweniencja programowa nie ma dla mnie większego znaczenia - po prostu ją odnotowuję. Coś może być sobie lewicowe, byle byłoby propolskie. Tu bowiem biegnie zasadnicza linia podziału - na propolskość i antypolskość, a nie na ideologiczne etykietki. W tym sensie PO jest antypolska bo realizując szaleństwa obyczajowe godzi wprost w społeczną tkankę narodu, zaś PiS absorbując agendę socjalną lewicy jest propolskie, bo ukrócenie banksterstwa, ucywilizowanie umów śmieciowych, czy wsparcie dla rodzin, służy budowie i rozwojowi tejże tkanki oraz poprawie warunków bytowych rzesz spychanych do tej pory na coraz głębszy margines Polaków. W efekcie - buduje to podmiotowość polskiego państwa i narodu.

PO lewactwo obyczajowe połączyła z wysługiwaniem się międzynarodowemu biznesowi oraz krajom, gdzie koncerny mają swe siedziby - jest więc antypolska dubeltowo. PiS natomiast połączył światopoglądowy konserwatyzm z prosocjalnym, solidarystycznym podejściem, usiłując przy tym przynajmniej w jakiejś mierze wyzwolić Polskę spod dyktatu obcego kapitału. Na razie, rzecz jasna, deklaratywnie, zobaczymy jakie będą w tym zakresie inicjatywy prezydenta Dudy i posunięcia ewentualnego rządu PiS po jesiennych wyborach. W każdym razie, po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym – i właśnie przede wszystkim pod tym kątem będzie należało patrzeć przyszłej władzy na ręce. Obyśmy tej szansy nie zmarnowali.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Dekolonizacja Polski

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26_08-01_09_2015)

czwartek, 12 stycznia 2012

IV RP o muerte! (część 2, ostatnia)


Dziś zajmiemy się zagadnieniem, dlaczego przyszła Polska MUSI przyjąć formułę IV RP i państwowotwórczą rolą Drugiego Obiegu 2.0.


Wprowadzenie

W poprzedniej części (http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1) opowiedzieliśmy sobie o suwerenności i podmiotowości w życiu państwa oraz narodu, a także o zależnościach między nimi w kontekście racji stanu. Scharakteryzowaliśmy również postawę narodowo-państwowej abnegacji cechującą znaczną część współczesnych Polaków, następnie zaś przeszliśmy do wyjaśnienia kwestii po co nam silna, praworządna, podmiotowa i suwerenna Polska oraz naród rozumiejący „obowiązki polskie”.

Dziś natomiast zajmiemy się zagadnieniem, dlaczego przyszła Polska MUSI przyjąć formułę IV RP i państwowotwórczą rolą Drugiego Obiegu 2.0.

IV. IV RP o muerte!

Tytułowy okrzyk „IV RP lub śmierć!” parafrazujący słynne zawołanie kubańskich rewolucjonistów („socialismo o muerte!”), nie jest przejawem taniego efekciarstwa, czy tępego doktrynerstwa. Jest wyrazem pewnej konieczności, mówiącym, że albo nastąpi sanacja Polski wedle założeń z gruntu odmiennych od tych, które przyświecały tworzeniu III RP, albo niedługo Polski nie będzie w ogóle. III RP bowiem, jak wspomniałem w części poprzedniej, została zaprojektowana jako twór słaby, stanowiący dogodne żerowisko dla różnych sitw i grup interesów. Wyczerpującą diagnozę przyniósł w zeszłym roku zorganizowany przez Instytut Sobieskiego kongres „Polska Wielki Projekt”, gdzie paneliści z różnych specjalizacji dokonali miażdżącej krytyki stanu państwa i wskazali środki zaradcze. Nie wikłając się w szczegóły, należy powiedzieć, że obecna Polska jest państwem „zwijającym się” i to na wszelkich płaszczyznach – od abdykacji z podmiotowej polityki zagranicznej, czy rezygnacji z walki o utrzymanie sektorów przemysłu, które inne państwa europejskie jakoś są w stanie obronić, po tak pozornie błahe sprawy, jak likwidacja małych posterunków policji, czy placówek pocztowych.

Współczesna III RP przeżywa stadium potencjalnie śmiertelnego „zmęczenia suwerennością” - elity polityczne, przy poklasku ośrodków opiniotwórczych i bierności społeczeństwa coraz chętniej cedują prerogatywy państwa na zagraniczne i międzynarodowe ośrodki decyzyjne, zostawiając sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność. Takie państwo nie może na dłuższą metę funkcjonować.

Dlatego właśnie IV RP - rozumiana jako państwo będące najwyższym wyrazicielem podmiotowości narodu, kierujące się w swej polityce wewnętrznej i zagranicznej racją stanu, działające na wszystkich obszarach w interesie swych obywateli i pozostające liczącym się graczem na arenie międzynarodowej – tak rozumiana IV RP jest koniecznością, podobnie jak koniecznością dla Francuzów jest silna Francja, a dla Niemców – silne Niemcy. Bo projekt „IV RP” tak naprawdę nie jest niczym nadzwyczajnym – to jak najbardziej zrozumiałe dla każdego obywatela dysponującego minimum dobrej woli i instynktu samozachowawczego, wołanie o normalne, sprawne państwo.

Tyle, że w kontekście założeń i praktyki funkcjonowania III RP, takie wołanie siłą rzeczy musi jawić się jako „antysystemowe”, zaś grupy podnoszące tego typu postulaty obwoływane są – jak czyni to np. Waldemar Kuczyński - „opozycją antysystemową”. Tymczasem, owa „antysystemowość” w rzeczywistości sprowadza się do odzyskania państwa, „systemowo”rozdrapywanego przez „swoje” i obce sitwy, dla obywateli.

V. Drugi Obieg 2.0

Na dzień dzisiejszy, siłą społeczną która najpełniej wyraża te państwowotwórcze postulaty jest „obóz IV RP”, działający w ramach tzw. „drugiego obiegu”, który ja nazywam „Drugim Obiegiem 2.0” - w odróżnieniu od „drugich obiegów”, które funkcjonowały podczas rozbiorów, okupacji, czy w PRL. O ile w przeszłości musiano prowadzić działalność w warunkach konspiracji, przy braku państwa, lub w państwie niesuwerennym (PRL) i ta konspiracja była wynikiem społecznej samoorganizacji przeciw zaborcy, okupantowi, bądź władzy pozostającej na usługach „Wielkiego Brata”, o tyle obecnie ów „Drugi Obieg 2.0” działając jawnie, jest zarazem efektem celowej marginalizacji całych grup społecznych i „delegalizacji” określonego spektrum poglądów w nominalnie suwerennym i demokratycznym państwie.

Ten swoisty wewnątrzpolski apartheid, zwerbalizowany choćby przez prof. Radosława Markowskiego (cyt. „Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie, instytucjonalnie podzielić”) doprowadził do powstania dwóch obozów: dzierżącego rządy i dominującego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP – czyli tych, którzy czerpią korzyści z obecnego stanu państwa oraz zmanipulowanych przez nich lemingów, oraz zepchniętego do Drugiego Obiegu 2.0 „Obozu IV RP” - czyli dwudziesto-, trzydziesto- procentowej mniejszości, ochrzczonej przez Rymkiewicza mianem „wolnych Polaków”. Ten drugi obóz, jest obozem niezgody na degrengoladę Polski i formułuje postulaty sanacyjne, zaś bezpośrednim katalizatorem zaostrzającym polaryzację była oczywiście katastrofa smoleńska i „katastrofa po-smoleńska”, czyli obnażenie wszechstronnej słabości państwa, a także ciąg posunięć oraz zaniechań rządu i szeroko rozumianych elit III RP w sprawie śledztwa.

Trzeba zauważyć, iż powstanie Drugiego Obiegu 2.0 nie było samoistnym wyborem, lecz skutkiem pogardliwego wypchnięcia przez „mainstream” części społeczeństwa z „oficjalnej” przestrzeni. Krótko mówiąc: Drugi Obieg 2.0 jest odpowiedzią na niedostatek pluralizmu debaty publicznej w III RP. W efekcie, poza oficjalnym obiegiem, zaczął tworzyć się zybertowiczowski „archipelag polskości” - stowarzyszenia, portale internetowe, inicjatywy społeczne, gazety itd. Samorzutnie zaczęły się tworzyć alternatywne kanały wymiany poglądów i informacji integrujące drugoobiegową społeczność (blogosfera!). Przy okazji warto nadmienić, iż to, co może się wydawać słabością – rozproszenie inicjatyw - jest zarazem siłą: brak jednego centrum decyzyjnego uniemożliwia rządowi rozprawienie się ze współczesnym „drugim obiegiem” za pomocą jednego, skoncentrowanego uderzenia. Wielką rolę odgrywa tutaj internet, którego, mimo różnych zakusów, nie udało się władzy obezwładnić.

Drugiemu Obiegowi 2.0 i kontrowersjom wokół niego przyjdzie pewnie niedługo poświęcić osobną notkę, jednak na potrzeby niniejszego tekstu zauważę jeszcze jedno: drugi obieg jest wyrazem podmiotowości znacznej części polskiego narodu. Obiektywnie patrząc, zarówno poprzez kultywowany w nim system wartości, jak i podejmowane działania „organiczne”, służy budowie IV RP, rozumianej jako państwo będące najwyższym wyrazicielem narodowych aspiracji i realizujące polską rację stanu. Budowie nie odgórnej, gdyż takowa może nastąpić tylko w wyniku wygranych wyborów, ale oddolnej, polegającej na codziennym, mozolnym budzeniu świadomości Polaków. To budzenie siłą rzeczy nie może przynieść efektów natychmiastowych, jest procesem rozłożonym w czasie, zatem różnym mędrkom, nie dostrzegającym świata poza wiodącymi mediodajniami, jawi się często jako bezproduktywne „gadanie do przekonanych”. Otóż nie. To „gadanie do przekonanych” promieniuje na zewnątrz. Świadczą o tym różne sygnały – od widowni filmów produkowanych przez „Gazetę Polską” po poczytność portali, również blogerskich, których „klikalność” dalece wykracza poza „oszołomski” margines. Warto również zastanowić się, czy w ostatnim Marszu Niepodległości poszłoby tyle osób, gdyby nie „drugi obieg” właśnie.

Innymi słowy, społeczności zgrupowane wokół różnych pozamainstreamowych inicjatyw są jedyną realną siłą państwowotwórczą, jaką obecnie ma do dyspozycji Polska. Warto, by świat zawodowej polityki, na czele z największą partią opozycyjną, był łaskaw o tym pamiętać. Jeśli ktoś jednak taką państwowotwórczą siłę widzi gdzie indziej, proszę mi ją pokazać. Chętnie się przypatrzę.

Gadający Grzyb

P.S. Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/nowa-podmiotowosc-lewiatana

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

niedziela, 8 stycznia 2012

IV RP o muerte! (część 1)


Państwo polskie będzie takie, jakim je sobie urządzimy. To od nas ma zależeć, czy stanie się dźwignią dla naszych aspiracji. Dlatego warto o nie walczyć.


I. Suwerenność a podmiotowość

W niedawnych tekstach „Nowa podmiotowość Lewiatana”, „Obrotowa bliska zagranica” oraz „Ani dla jednych, ani dla drugich” podejmowałem m.in. problem suwerenności i podmiotowości państwa, które to przymioty coraz silniej i, co gorsza, czynnie, poddawane są obecnie w wątpliwość. Ta postawa zmęczenia suwerennością - rozpowszechniona zarówno wśród elit obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, jak i wśród społeczeństwa - skutkuje niejednokrotnie zakwestionowaniem potrzeby istnienia państwa polskiego w ogóle. Jest to efekt niezgody na podjęcie obowiązków, które niesie ze sobą suwerenne, podmiotowe państwo. Obowiązki te zarówno obywatelom, jak i klasie rządzącej jawią się jako nieznośny ciężar, który z ulgą można odrzucić, czy scedować na międzynarodowe gremia – nawet jeśli oznacza to de facto lekko tylko zawoalowany protektorat ościennych potencji.

Na początek uściślijmy kwestię relacji między podmiotowością a suwerennością. Otóż, państwo może być nominalnie suwerenne – cieszyć się wszelkimi formalnymi prerogatywami, pozostawać uznanym przez innych graczy podmiotem prawa międzynarodowego itp. - i przy tym wszystkim nie być podmiotowe. Dzieje się tak wtedy, gdy suweren, czyli naród lub monarcha (w zależności od ustroju) rezygnuje z prowadzenia samodzielnej polityki, której osią jest racja stanu. Ta abdykacja z racji stanu, opisana sloganem „nierządem Polska stoi”, była charakterystyczna dla epoki saskiej i wiele jej cech obserwujemy obecnie.

Naród jednak może być podmiotowy bez suwerennego państwa – z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia w czasach rozbiorów. Wyrazem tej podmiotowości były dążenia niepodległościowe realizowane na różnych polach – czy to militarnym (powstania), czy społecznym (praca organiczna). Była to służba polskiej racji stanu realizowana w warunkach utraty suwerenności.

Oczywiście, stanem najbardziej pożądanym jest sytuacja, gdy niepodległe, suwerenne państwo jest zarazem najwyższym wyrazicielem podmiotowości narodu, działającym w jego interesie i do takiego ideału powinniśmy dążyć. Zauważmy jeszcze, że utrata suwerenności często poprzedzona jest abdykacją z podmiotowości. Tak było przed rozbiorami i tak jest dzisiaj.

II. Narodowo-państwowa abnegacja

Chciałbym tu polecić wątek na Facebooku będący niezłym materiałem poglądowym dotyczącym postawy, którą zdefiniowałbym jako narodowo-państwową abnegację. Mój interlokutor nie był w stanie zrozumieć po co nam niepodległe państwo i stanowczo odmawiał przyjęcia do wiadomości istnienia „obowiązków polskich” o których w „Myślach nowoczesnego Polaka” pisał Roman Dmowski, nie mówiąc już o ich podjęciu. Skrótowo rzecz ujmując, prezentował on wobec państwa polskiego stosunek utylitarno-hedonistyczny:

„państwo i inne formy organizacji społecznej (…) są po to, żeby było nam miło i przyjemnie, żeby mieszkało się lepiej niż gdzie indziej, żeby pracować jak najmniej i mieć z tego jak najwięcej profitów. Jeździć lepszymi samochodami niż sąsiedzi, mieć lepszą opiekę medyczną itp. Jeśli państwo nam to daje - świetnie, wtedy spełnia swoje funkcje i jego istnienie jest uzasadnione. Jeśli nie - w cholerę z nim. (skrót i wytłuszczenie moje - GG)

W innym miejscu nadmienił, że przecież rozbiory umocniły patriotyzm, a rusyfikacja i germanizacja przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego.

Na czym polegał błąd w rozumowaniu mojego rozmówcy? Generalnie, na traktowaniu państwa niczym sprzętu AGD, mającego ułatwić życie i który można wyrzucić na śmietnik, gdy się zepsuje. Następnie zaś kupić sobie nowy gadżet – czyli gdzieś się wyprowadzić i tam urządzić, ewentualnie pozwolić, by tu na miejscu zrobili porządek za nas inni. Coś takiego, jak podjęcie wysiłku w celu naprawy, sanacji dysfunkcjonalnego państwa, by zaczęło działać w naszym interesie, przekraczało jego horyzonty. Państwo rozumiane jako wspólnotowe zobowiązanie wywoływało u niego odruch gniewu (cytuję: „Misiu - jak TY poczuwasz się do 'obowiązków polskich', to je podejmuj. Ale ode MNIE to się uprzejmie odpierdol, OK?”).

Wróćmy jeszcze na chwilę do rozbiorów, które „umocniły patriotyzm”. Dlaczego tak się stało? Dlaczego germanizacja i rusyfikacja zakończyły się fiaskiem? Ano dlatego właśnie, że próby wynaradawiania przekonały ówczesnych Polaków, iż państwo jest im potrzebne - po to, by nikt ich nie wynaradawiał, nie konfiskował majątków, by byli u siebie. Własne państwo stało się koniecznością.

III. Po co nam Polska?

I tu dochodzimy do odpowiedzi na pytanie: po co nam Polska?

Niepodległość jest zarówno celem, jak i środkiem do celu - silna i praworządna Polska jest nam potrzebna dokładnie do tego samego, co Niemcom - silne Niemcy. Ma stworzyć środowisko do gospodarowania w interesie własnym i przyszłych pokoleń, zakładania rodziny, rozwoju wspólnoty - słowem, do życia. Owszem, można się łudzić, że będziemy się rozwijać gdzieś za granicą, można też uprawiać naiwny kosmopolityzm i olać własną tożsamość - ale tu już kończy się pole do sensownej dyskusji. Można jedynie wspomnieć, że inne państwa i inne narody, na czele z tamtejszymi elitami, jednak dbają, by to u nich było jak najlepiej i nie śpieszno im do wyrzekania się suwerenności.

Jak rzekłem, państwo ma stworzyć warunki do życia i rozwoju. Błąd współczesnych Polaków – i to od od góry do dołu - polega na tym, że wysyłają państwo „w cholerę" gdy przestaje te funkcje spełniać, zakładając naiwnie, że podobne warunki można znaleźć pod cudzym panowaniem - czy to na terytorium obecnej Polski, czy gdzieś w świecie. Owszem, można, pod warunkiem, że gospodarze na to zezwolą obcym przybyszom, lub podbitym autochtonom. Podchodząc tak do sprawy, zdajemy się na cudzą łaskę. Pod rozbiorami w pewnym momencie zaborcy przestali pozwalać i własne państwo stało się dla nas niezbędne - przy wszystkich swych wadach. Dlatego też państwo nie jest tylko maszynką do dojenia, którą można porzucić gdy się popsuje.

Państwo to również obowiązek - gdy jest z nim coś nie tak, należy je naprawić, uzdrawiać - inaczej nikt nigdy nie przeprowadzałby żadnych reform, a ludzkość byłaby konglomeratem nomadów - i ci nomadzi nie żyliby ze sobą w zgodzie jak to można sobie idealistycznie roić, lecz wyżynaliby się, jak to już w historii nie raz bywało.

Mój „fejsbukowy” polemista podawał jako dobre miejsca do życia „któryś tam stan USA albo niemiecki land", gdzie można „prosperować”. Nie wziął jednakże pod uwagę, że te „stany” i „landy” nie wzięły się znikąd. Są efektem ciężkiej pracy pokoleń Amerykanów i Niemców, które - mówiąc Dmowskim - „znały obowiązki amerykańskie" i „obowiązki niemieckie". Dlaczego teraz mieliby się dzielić? Jasne, mogą, lecz nie muszą. I coraz bardziej nie chcą. Dlatego, długofalowo, bardziej opłaca się zmieniać Polskę, niż lekkomyślnie skazywać ją na zagładę, jak zużyty sprzęt.

Podobne jak dziś nastawienie do państwa dominowało w Polsce przed rozbiorami, dlatego tak istotne jest by wykazywać dobrze znane i zweryfikowane przez historię mielizny w tego typu wygodnickim rozumowaniu. Takie Niemcy uprawiają ekspansję gospodarczą, budując w ten sposób własny dobrobyt - i do tego potrzebne im silne państwo. Jeśli będą tu rządzić, to będziemy montowali ople w Gliwicach, ale choćbyśmy się skichali, to żaden z Polaków nie zostanie prezesem Opla, bo te stanowiska zarezerwowane są dla Niemców.

Weźmy jeszcze PRL - po coś Polacy buntowali się przeciw komunie i uzależnieniu od Sowietów. Nie po to przecież, by Polski nie było, tylko po to, aby była lepsza. Niestety, obecna Polska po '89 roku została zaprojektowana jako twór słaby, stanowiący dogodne żerowisko dla różnych sitw i grup interesów. Właśnie to należy zmienić i to są współczesne „obowiązki polskie" - odzyskać państwo dla obywateli, by nie musieli z niego uciekać za chlebem.

Państwo polskie będzie takie, jakim je sobie urządzimy. To od nas ma zależeć, czy stanie się dźwignią dla naszych aspiracji. Dlatego warto o nie walczyć.

Zakończę tę część przypomnieniem innego „obowiązku polskiego” z tekstu „Ani dla jednych, ani dla drugich”:

„Naród pojmowany jako wspólnota polityczna, świadoma swych zasadniczych celów, rozumiejąca konieczność posiadania własnej ojczyzny będącej zarówno wspólnym dobrem, jak i niezbędnym narzędziem realizacji tak wspólnotowych jak i indywidualnych aspiracji – ten naród należy dopiero wytworzyć.”

C.D.N.

Gadający Grzyb

wtorek, 3 stycznia 2012

„Ani dla jednych, ani dla drugich”


„Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.”


I. Narodowa abnegacja

„Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.” Zacytowane tu pierwsze słowa „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego dźwięczą mi natrętnie pod czaszką, gdy przychodzi mi analizować stan dzisiejszego społeczeństwa polskiego. Celowo nie piszę „narodu”, a „społeczeństwa” właśnie, bo do narodu, rozumianego jako coś więcej niż wspólnota czysto etniczna, jeszcze nam dużo brakuje. Naród pojmowany jako wspólnota polityczna, świadoma swych zasadniczych celów, rozumiejąca konieczność posiadania własnej ojczyzny będącej zarówno wspólnym dobrem, jak i niezbędnym narzędziem realizacji tak wspólnotowych jak i indywidualnych aspiracji – ten naród należy dopiero wytworzyć.

Póki co bowiem, cofnęliśmy się cywilizacyjnie i mentalnie do stanu z przełomu XIX i XX stulecia, kiedy to znękane rozbiorami i traumami przegranych powstań społeczeństwo polskie w swej znacznej części przyjęło postawę „wsobną”: urządzić się możliwie najlepiej jak się da w danych warunkach – a czy w Polsce, czy poza Polską, to już kwestia czysto opcjonalna. Jest jednak pewna podstawowa różnica: obecnie społeczne zniechęcenie jest efektem zmęczenia suwerennością oraz zadaniami i obowiązkami, które z tą suwerennością są związane.

II. Jestem Polakiem, ale jakby co...

Wracając do cytatu z Dmowskiego. Ci, dla których „Polska ustępuje miejsca ludzkości” są od dawna zdiagnozowani i mieszczą się w tzw. „Salonie” i jego różnych politycznych emanacjach, które - w pewnym uproszczeniu - gładko przeszły od internacjonalizmu sowieckiego do internacjonalizmu europejskiego. Ten obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP dążący, prócz osobistych, kompradorskich korzyści, do przekształcenia Polaków w jakichś mitycznych, utopijnych „Europejczyków” gładko absorbujących kolejne dogmaty lewicowo-liberalnej ideologii został, jak wspomniałem, dobrze rozpoznany i opisany w wielu miejscach i przy wielu okazjach, więc w tym tekście nie będę się nim zajmował. Warto natomiast przyjrzeć się tym, którzy „powiadają, że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce”, bowiem to oni właśnie stanowią dziś przygniatającą większość społeczeństwa i oni poprzez swe wybory decydują o kształcie i przyszłości obecnej Polski.

Niedawno, przy sylwestrowym kieliszku, kiedy impreza weszła w fazę „nocnych Polaków rozmów” miałem okazję pospierać się z młodym biznesmenem. Człowiek sukcesu, ojciec rodziny, właściciel dobrze prosperującej firmy. I przy tym wszystkim kompletnie odseparowany mentalnie od - ujmę to górnolotnie - „sprawy polskiej”. Definiując swoje podejście do kwestii narodowych stwierdził, że oczywiście czuje się Polakiem i tak dalej, ale gdyby „coś się zaczęło dziać” to on zabiera rodzinę i się wynosi. Stanowisko to potwierdziła małżonka, wyrażając przy okazji zadowolenie, że trafiła na takiego właśnie faceta, który sam z siebie prezentuje takie właśnie podejście i nie musi go „urabiać”. Cóż, jest to postawa sformułowana już przez Marię Peszek w słynnej wypowiedzi, że gdybyśmy mieli tu jakieś powstanie, to panna Maria-Awaria nie będzie żadną sanitariuszką, tylko „spierdala stąd jak najdalej”. Rzecz w tym, że mój rozmówca o wypowiedzi Marii Peszek dowiedział się dopiero ode mnie, stanowisko swe zaś sformułował wcześniej, zupełnie samodzielnie.

III. Ucieczka w prywatność

Takich to obywateli ukształtowało ponad 20 lat III RP. To nie są nawet postępowi „europejczycy”, których pragnął wyhodować „Salon”, bo generalnie ludzie ci są obyczajowo dość zachowawczy, czy może raczej – konformistyczni. Cenią sobie materialną stabilizację, życie rodzinne i – ponad wszystko - święty spokój. Dzieje się tak m.in. dlatego, iż czują, że zafundowane im przy okrągłym stole państwo jest strukturą wrogą, zaprojektowaną po to, by zapewnić żerowiska i chronić interesy różnych grup, na co dzień widocznych najlepiej pod postacią pasożytniczej „klasy politycznej”. Widzą, że państwo to nie jest wyrazicielem ich potrzeb, że – najogólniej rzecz biorąc – nie funkcjonuje w ich interesie, tylko w interesie tych, którzy w taki czy inny sposób są w stanie dorwać się do żłobu. Jeśli odniosą osobisty czy zawodowy sukces, nie mają poczucia, że państwo polskie w jakikolwiek sposób do tego sukcesu się przyczyniło, stwarzając chociażby warunki do społecznego awansu, czy ułatwiając działalność w rozmaitych dziedzinach. Ich powodzenie osiągnięte jest mimo państwa, a często wręcz wbrew urzędniczej machinie rzucającej pod nogi najrozmaitsze, absurdalne kłody, utrudniające działalność gospodarczą, czy blokujące dostęp do rozmaitych zawodów. Jeżeli zaś poniosą życiową porażkę, również winią za to „ten porąbany kraj” (na ogół zresztą słusznie) i np. uciekają za chlebem za granicę – najczęściej po to, by już nie powrócić, bo nie ma do czego.

Polska olewa mnie, więc ja olewam Polskę – tak w jednym zdaniu można dziś podsumować relację państwo – obywatel i mechanizm „ucieczki w prywatność”. To i tak istny cud, że w takich warunkach zdołała uchować się 20-30 procentowa grupa tych, których Rymkiewicz określił mianem „wolnych Polaków” - często świeżej daty, obudzonych na skutek smoleńskiego wstrząsu. Ci „wolni Polacy” są zresztą obiektem żywiołowej niechęci, a czasem wręcz nienawiści ze strony biernej większości – nie tylko na skutek medialnej tresury. Również dlatego, że wyłażąc bezczelnie w przestrzeń publiczną ze swymi postulatami i odmienną oceną rzeczywistości, stanowią dla tejże większości nie do końca uświadamiany, ale jątrzący wyrzut sumienia.

Dzieje się tak wskutek tego, że przeciętny Polak dość trafnie diagnozując kondycję polskiego państwa, nie decyduje się by kiwnąć choć palcem w kierunku zmiany obecnego stanu rzeczy. On po prostu, konstatując, że Polska dzieli się na dymających i dymanych, dokłada starań, by dymać samemu i nie pozwolić wydymać się innym. Uczenie nazywa się to „atomizacją” i „rozkładem więzi społecznych”, tudzież „poczucia wspólnoty” i „tożsamości narodowej”.

IV. Zmęczeni suwerennością

Powyższy opis stanowi zarazem odpowiedź na pytanie, dlaczego Polacy reagują obojętnością na postępujące zbywanie naszych prerogatyw państwowych na rzecz ponadnarodowych, unijnych instytucji w ramach „pogłębiania integracji”, czy wręcz na lekko tylko zawoalowany protektorat Niemiec. Dlaczego tak potulnie przyjęli do wiadomości oficjalną wersję katastrofy smoleńskiej i to co Ruscy wyprawiali ze śledztwem. Dlaczego wreszcie reagują alergicznie na „pisowskich awanturników”, co to „potrząsają szabelką”. Wiadomo - gdybyśmy postawili się Ruskim, to wynikłyby z tego kłopoty, Niemcy zaś fundują nam unijną „michę”, więc nie ma co się sadzić. Krótko mówiąc, zarówno wśród naszych „elit” jak i szerokich mas społeczeństwa po dwóch dekadach ciągłej szarpaniny nastąpiło coś, co określam mianem „zmęczenia suwerennością”.

Ujmę to tak: przywoływany na wstępie Dmowski stwierdził „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”. Dzisiejsi Polacy – od góry do dołu – gremialnie odmawiają przyjęcia na siebie tych „obowiązków polskich”. Ba, mają nawet problemy z ich zdefiniowaniem. Poczuwanie się do obowiązków skutkuje bowiem szeregiem niedogodności. Można się narazić. Na poziomie państwowym – wejść w paradę ościennym potęgom; na poziomie zwykłego człowieka – zadrzeć z gminnym kacykiem, zblatowanym urzędnikiem, czy wpływowym biznesmenem. Elity społeczno-polityczne jawnie dążą do scedowania „jak najwięcej kompetencji, zwłaszcza strategicznych, na ponadnarodowe gremia i niech one się martwią, nawet jeśli za tymi gremiami stać będą Niemcy dogadujący kluczowe sprawy z Rosjanami. Zostawmy sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność przed wyborcami.” (więcej w notce - „Obrotowa bliska zagranica”) Cóż więc wymagać od szarych obywateli, dodatkowo przyuczanych do bierności przez dziesięciolecia komunizmu i dostających konsekwentnie po tyłkach za wszelkie „wychylanie się”.

V. Obowiązki polskie

Jeszcze jeden cytat z Dmowskiego, ostatni: „Jestem nim (Polakiem – GG) nie dlatego tylko, że mówię po polsku, że inni mówiący tym samym językiem są mi duchowo bliżsi i bardziej dla mnie zrozumiali, że pewne moje osobiste sprawy łączą mnie bliżej z nimi, niż z obcymi, ale także dlatego, że obok sfery życia osobistego, indywidualnego znam zbiorowe życie narodu, którego jestem cząstką, że obok swoich spraw i interesów osobistych znam sprawy narodowe, interesy Polski, jako całość, interesy najwyższe, dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno.” (wytłuszczenia moje - GG)

Skonfrontujmy te słowa z obecnym stanem ducha Polaków. Otóż w większości nasi rodacy pozostali na poziomie wspólnoty „etnicznej”, niczym ów przywoływany wyżej biznesmen, który „czuje się Polakiem”, ale „jakby co”, to on się stąd wynosi, bo gdzie indziej też można się urządzić. Mamy rozpaczliwy deficyt świadomości istnienia dobra wspólnego: Polacy nie znają „spraw narodowych”, tych „interesów Polski”, „dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”. Więcej nawet: kategorycznie odmawiają przyjęcia do wiadomości samego ich istnienia.

I tu tkwi źródło pęknięcia, które według Rymkiewicza się „już nie sklei”. Podziału na tych przyjmujących i próbujących realizować (może czasem w niedoskonały sposób) „obowiązki polskie” i tych, którzy owych obowiązków nie chcą widzieć, znać, ani tym bardziej zrezygnować dla nich z czegokolwiek. Co te dwie grupy mogą sobie powiedzieć, co mają sobie nawzajem do zaoferowania? Odwojowanie społecznej większości, tkwiącej na własne życzenie w narodowej abnegacji to zadanie na pokolenie. Udało się to Narodowej Demokracji pod rozbiorami, więc może uda się i tym razem.

Dlatego tak ważne jest budowanie oddolnych, alternatywnych wobec mainstreamu struktur, tego „drugiego obiegu 2.0”, który tak ostatnio rozdrażnił pana Warzechę a propos „Przebudzenia” Joanny Lichockiej. Ów „drugi obieg 2.0” potrzebny jest nam m.in. po to, by z tych quasi-podziemnych pozycji wychodzić w przestrzeń publiczną i „polityzować masy”. Bez flirtów i koncesji na rzecz głównego nurtu, bo on jest w niepodzielnym władaniu obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, który to obóz najżywotniej jest zainteresowany utrzymaniem obecnego stanu rzeczy i dlatego każdego naiwniaka pragnącego wchodzić z nim w konszachty przeżuje i wypluje. To są dzisiejsze obowiązki polskie - „dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”.

Inaczej Polska niedługo zwyczajnie zniknie. A gdy już zniknie, to nie będzie jej nie tylko dla lemingów. Nie będzie jej również dla nas. Nie będzie jej ani dla jednych, ani dla drugich. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

Gadający Grzyb

P.S. 2 stycznia minęła 73 rocznica śmierci Romana Dmowskiego.


PPS. Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

http://niepoprawni.pl/blog/287/domkniety-system-cz-i-%E2%80%93-rok-pogardy

http://niepoprawni.pl/blog/287/domkniety-system-cz-ii-%E2%80%93-czas-rozkladu

niedziela, 17 kwietnia 2011

Anatomia propagandy strachu


Absolutyzacja III RP w omawianej tu propagandzie ma jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.



I. Trauma „bogów demokracji”.


Uprzejmie donoszę Czytelnikom, że Waldemar Kuczyński przez wiele dni nie mógł otrząsnąć się z traumy, jaką była dla niego demonstracja na Krakowskim Przedmieściu w I Rocznicę Katastrofy Smoleńskiej. Jeszcze w piątek 15.04 wciąż pogrążony był w głębokim szoku, czemu dał wyraz na łamach „Wyborczej”, tym razem w tekście „Ruch groźnej nadziei”. W zasadzie napisał to samo co zwykle, tylko jakby z nieco większym obłędem pióra, zupełnie jakby relacjonował na żywo narodziny hitleryzmu i ostatnie dni Republiki Weimarskiej. Bełkoce więc o „wodzu” otoczonym „kultem”, „partii bliskiej totalizmowi” i nade wszystko – o „ruchu groźnej nadziei, który wierzy, że jutro należy do niego”. Odnoszę wrażenie, że pan W.K. po kilka razy dziennie ogląda musical „Kabaret” Boba Fosse’a ze szczególnym uwzględnieniem słynnej sceny z piwiarni pod chmurką, co w sposób znaczący zaburza jego percepcję i ogląd rzeczywistości.


A może wcale nie. Może doskonale wie, że plecie duby smalone i pisze to co pisze z pełną premedytacją. Jego głos bowiem doskonale wplata się w zmasowaną propagandę strachu, którą wiodące ośrodki opinii usiłują (ze sporym powodzeniem) obezwładnić społeczeństwo. No cóż... Nasi „bogowie demokracji” na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat opracowali ten dyskurs do perfekcji. Kuczyński to tylko jeden z głosów, wcale nie najważniejszy, choć bez wątpienia najbardziej histeryczny.


Diagnoza? Nie będę odkrywczy: „beneficjentom III RP” zaczyna palić się pod tyłkami, czują już swąd i pierwsze liźnięcia płomieni, stąd te desperackie ruchy i potępieńczy jazgot, jaki podnoszą od rana do wieczora we wszystkich „zaprzyjaźnionych” mediodajniach.


II. Absolutyzacja III RP.


Póki co jednak, zanim różne indywidua ustąpią ze swych Parnasów by użyźnić śmietnik historii, pozwolę sobie na analizę, będącą demontażem uprawianej do znudzenia propagandy strachu. Konkretnie - jej fundamentalnego składnika - swoistego paradygmatu i kłamstwa założycielskiego, które pozwala różnym Kuczyńskim snuć swe paranoidalne słowotoki przy zachowaniu pozorów logiki wywodu.


Owym kłamstwem jest utożsamienie postokrągłostołowego porządku III RP z demokracją, jako taką. Spośród wielu mieszczących się w demokratycznych ramach form polityczno – ustrojowych, postanowiono podnieść do rangi absolutu kartoflany, patologiczny twór zwany Trzecią RP. Ta absolutyzacja III RP ma w omawianej tu propagandzie jedno, podstawowe zadanie: sprawić, by każda kontestacja obecnego porządku jawiła się jako zamach na demokrację.


Przy okazji – osobiście uważam, że tzw. liderzy opinii promują to beszczelne intelektualne nadużycie (w oczywisty sposób fałszywe) najzupełniej świadomie, bowiem umożliwia im to budowanie pożądanej narracji.


Wedle tejże „narracji”, skoro III RP jest (mimo pewnych, drugorzędnych niedoskonałości) jedyną możliwą demokratyczną formą ustrojową przeznaczoną dla współczesnej Polski, to IV RP, siłą rzeczy, musi być tworem neo-totalitarnym, antydemokratycznym i potencjalnie – zbrodniczym. Idąc tym tropem, wszelkie ukazywanie fasadowości państwa (i jego formalnych procedur) staje się herezją, automatycznie wykluczającą jej głosicieli z grona praworządnych obywateli i stawiającą „heretyków” w gronie niebezpiecznych ekstremistów i wywrotowców.


III. Wyzwanie Czwartej RP.


Tymczasem, IV RP (w moim, prywatnym, rozumieniu tego pojęcia) jest niczym innym, jak pakietem dogłębnych reform, mającym na celu wykorzenienie systemowych patologii wmontowanych programowo w niby-państwowy twór uzgodniony w magdalenkopodobnych okolicach.


Ale, oczywiście, IV RP nie jest li tylko projektem „technicznym”. Bywam nieco sceptyczny wobec narodowego mistycyzmu, wynoszącego na piedestał „ducha” przy jednoczesnej skłonności do ignorowania realiów, nie da się jednak nie zauważyć, iż kondycja państwa ma bezpośrednie przełożenie na to, czy Polakom „chce się chcieć”.


Czy warto się starać, czy raczej olewać; czy angażować się, czy też kultywować postawę „moja chata z kraja”; czy zostać w ojczyźnie, czy wyjechać za chlebem; czy mamy poczucie, że państwo działa w naszym imieniu i dla nas, czy też jest opresyjnym aparatem służącym diabeł jeden wie komu – słowem - czy Polacy czują się we własnym kraju u siebie. Wreszcie, czy mamy poczucie bycia wolnym i dumnym narodem o wielkim historycznym dorobku, czy też dajemy się zgnębić sączącej się zewsząd „pedagogice wstydu”.


Takim wyzwaniem, hasłowo rzecz ujmując, jest Czwarta Rzeczpospolita. I „beneficjenci III RP” doskonale o tym wiedzą. Tyle, że równocześnie zdają sobie sprawę, iż realizacja tego projektu nieuchronnie zniszczy rozliczne nisze ekologiczne w których znaleźli swe żerowiska.


Bo IV RP to podmiotowość Polski i Polaków. Tak w sferze wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej. Tak w gospodarce, jak w sferze kultury. Na wszystkich polach. Wyczekiwana „Czwarta” to również stan ducha każdego z obywateli.


IV. No i co mają zrobić?


No i co mają z tym zrobić postesbeckie układy władzowo-biznesowe? (Wspomnijmy fetę, jaką urządził Leszkowi Millerowi „polski” Business Center Club). Co ma z tym zrobić rozdęty do granic absurdu aparat urzędniczy, tudzież sprzęgnięta z nim polityczna „klasa próżniacza” (a właściwie - kasta próżniacza), obwarowana rozlicznymi gwarancjami zabezpieczającymi ekskluzywny status? Co mają z projektem IVRP zrobić przeróżne branżowe sitwy dbające, by każdy „nie swój” rozbił sobie łeb o szklany sufit? Co mają czynić funkcjonariusze służb tak byłych jak obecnych, jawnych tajnych i dwupłciowych, ich współpracownicy, dziwki i alfonsi? (Przypomnę tu osławionego Zbigniewa S. ps. „Niemiec” z czasów zajść pod Krzyżem). Co wreszcie ma zrobić agentura różnych poważnych krajów, w interesie których leży, by zachować „w Polsce czyli nigdzie” status quo? Koniec końców – co z IVRP ma począć tzw. „Salon” funkcjonujący – patrząc z punktu widzenia państwa – jako swoista „nadbudowa” wymienionych powyżej grup, której zadaniem jest utrzymywanie tubylczego „bydła” w stanie permanentnego, mentalnego bezwładu?


Wiedzą, co mają zrobić.


Po pierwsze: utożsamić w społecznym odbiorze tę poplątaną „szarą sieć” z demokracją.


Po drugie: ośmieszyć pogardliwym rechotem „heretyków” występujących przeciw ustrojowi III RP. (Słynne „podrywanie godnościowych podstaw prezydentury Lecha Kaczyńskiego” przełożyło się bowiem również na „moherów”, przy czym „moherem”, tudzież „pisuarem” jest każdy, kto podważa „demokratyczne” imponderabilia).


Po trzecie: wytworzyć wrażenie, jakoby ta ciemna tłuszcza miała być śmiertelnym zagrożeniem dla swobód obywatelskich, zaś politycy którzy wyrażają jej emocje – pogrobowcami Hitlera (wildsteinowskie „reductio ad Hitlerum” - tu w nieco innym kontekście).


Tak ma być – raz żałośni, innym razem groźni – w zależności od aktualnych potrzeb samozwańczych dysponentów publicznego dyskursu.


V. W okopach legalizmu.


No i wreszcie zostaje ostatnia linia obrony – tyleż tępy, co obłudny legalizm. Tu są, prawda, wicie-rozumicie, legalnie wybrane władze, zatem każdy kto występuje przeciw nim, jest elementem antypaństwowym. A z takim elementem nie ma co się cackać, gdyż ręka podniesiona na władzę winna zostać odcięta. Poza tym, raz zdobytej władzy... znacie?


Pewnie, tyle że ludzie lubią melodie, które już znają. I poddają się w swej masie sączonej im do ucha truciznie. Nie należę do hurraoptymistów. Nie oszukuję się i wiem, że społeczna większość wciąż jest nafaszerowana „legalistyczną” propagandą strachu aż po gardło.


VI. Lęki Mordoru.


Ale z drugiej strony – widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i Placu Zamkowym (niezależnie od żałosnych kłamstw w sprawie liczebności) musiał wywołać wśród „beneficjentów III RP” psychiczne wrzenie, czemu dał upust przywołany na początku tekstu Waldemar Kuczyński. Co więcej – ci, którzy przybyli, nie działali pod wpływem rzewnego impulsu, jak przed rokiem. Przybycie tego dnia pod Pałac, mimo hektolitrów pomyj i trwającej rok dezinformacyjnej operacji, było świadomym wyborem. Również politycznym.


Mordor to wie. Jego uwadze nie uszedł także zwielokrotniony na przestrzeni roku nakład „Gazety Polskiej”, sukces wydawniczy „Uważam Rze”, wzrost słuchalności Radia Maryja, triumf drugiego obiegu „okołosmoleńskich” filmów i - last but not least – rosnąca rola internetu i prawicowej blogosfery.


Wystarczy, by się bać. Wystarczy, by uświadomić sobie odwracającą się kartę historii. Stąd ta nieprzytomna miotanina sfrustrowanych szympansów we własnoręcznie zbudowanych złotych klatkach. Stąd te odchody ciskane na oślep w stopniowo rosnące, przepływające obok rzesze - „idioci”, „bydło”, „swołocz”, „wyjce”, „ludzie z ogrodu zoologicznego”...


***


Wiedzą, co mogą stracić. Dlatego obecny, skorumpowany do cna porządek, będą zwali demokracją. Będą straszyli „wichrzycielami”. Będą przerzucać swoje lęki na Naród, które to słowo, zwłaszcza pisane z wielkiej litery, tak przeraża pana Kuczyńskiego. Będą zatrudniali „smocze języki” na kolejnych odcinkach propagandy strachu.


Aż do końca.


Ich albo naszego.


Gadający Grzyb


Ilustracja autorstwa AdamaDee

środa, 8 września 2010

Tęsknota za Republiką.


Obrazek z hradczańskiego zamku pokazuje jak pod lupą, gdzie mamy autentyczny republikanizm, a gdzie panuje demokracja fasadowa.

I. Dwa obrazki.

1) Obrazek z Hradczan.

Niedawno byłem na wycieczce w Pradze i podczas zwiedzania Hradczan natrafiłem na taki obrazek:

Wewnętrzny dziedziniec zamku, będącego zarazem siedzibą Prezydenta Republiki Czeskiej (jedno skrzydło). Czas – wkrótce po codziennej, uroczystej zmianie warty, odbywającej się o godzinie 12:00. Tłum turystów, przez plac przewijają się pędzące za swymi przewodnikami różnojęzyczne wycieczki... I nagle ktoś woła: „-Patrzcie, prezydent!”. Faktycznie, środkiem dziedzińca, jak gdyby nigdy nic, przechodzi dziarsko w towarzystwie kilku osób Vaclav Klaus, dyskutując, jak można przypuszczać, z którymś ze swych współpracowników. Zero dającej się zauważyć ochrony, zresztą to nieistotne, bowiem do Klausa podchodzi, dosłownie na wyciągnięcie ręki, jakaś turystka i prosi o zdjęcie. Prezydent zatrzymuje się na kilka sekund, turystka pstryka fotkę, Vaclav Klaus na pożegnanie kiwa jej uprzejmie głową i odchodzi. Jego kilkuosobowa świta najwyraźniej nie widzi w całym zdarzeniu nic nadzwyczajnego, trzymając się dyskretnie z boku, po czym podąża za swym pryncypałem.

2) Obrazek z Krakowskiego Przedmieścia.

A teraz inny obrazek: Warszawa, Krakowskie Przedmieście. Czas – tuż po uroczystej zmianie warty pod pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej. Przez dziedziniec Pałacu Prezydenckiego przelewają się tłumy różnojęzycznych wycieczek. Pałac jest ogólnie dostępny dla zwiedzających za wyjątkiem jednego skrzydła, zajmowanego przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Nagle, wśród zwiedzających pojawia się wraz z kilkuosobową asystą prezydent Bronisław Komorowski. Podchodzi do niego jakiś turysta z aparatem fotograficznym, dając do zrozumienia, że chciałby zrobić zdjęcie...

II. Republikanizm a demokracja fasadowa.

No dobrze. Nie będę dłużej katował wyobraźni Czytelników tą przebitką z jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Każdy z poddanych naszej (nie)miłościwie panującej klasy politycznej zna jej fiksację na punkcie bizantyjskiej celebry mającej podkreślać nadzwyczajny, dygnitarski status i zabraniającej fraternizowania się z tubylczym motłochem. Oczywiście, za wyjątkiem krótkich chwil kampanii wyborczej, kiedy to głosy owego pogardzanego motłochu (zarówno jego części z dyplomami, jak i tej bez) są niezbędne by dalej cieszyć się wschodnimi ceremoniałami, kawalkadami limuzyn dla byle ministra, tłumem goryli i resztą entourage’u mającego pokazać kto tu jest „waadza” i że trzeba się nieźle zasłużyć, by dostąpić zaszczytu dopuszczenia przed dostojne oblicze.

Trudno nie oprzeć się banalnej skądinąd refleksji, że im mniej wewnętrznej klasy w człowieku, tym większa potrzeba sztucznego wywyższenia ponad pospólstwo. Że im większa niepewność co do własnej wartości, tym bardziej niezbędne stają się krzykliwe błyskotki. Znamy ten schemat – skromnie noszący się dyktator otoczony wyorderowanymi, z przeproszeniem, przydupasami. Tyle, że w naszym przypadku, owi „dyktatorzy” wolą rolę szarych eminencji, wystawiając do rządzenia kolejne zmiany wyfiokowanych piarowsko marionetek.

Przedstawiony na wstępie obrazek z hradczańskiego zamku pokazuje jak pod lupą, gdzie mamy autentyczny republikanizm, gdy prezydent mimo że z parlamentarnego wyboru i mający opinię „kontrowersyjnego”, nie musi obawiać się ludzi, a gdzie panuje demokracja fasadowa w której prezydent wybrany w wyborach powszechnych chroni się w murach pałacu z których przesiada się do limuzyny w asyście tłumu „borowików”. Na zdrowy rozum powinno być przecież odwrotnie.

Jeśli wolno mi pójść w rozważaniach nieco dalej, ośmielę się przypuścić, że nasza, tfu, „klasa polityczna” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w ogromnej większości pozycję swą zawdzięcza podżyrowaniu porządku zadekretowanego dwadzieścia lat temu i nie tykaniu z góry wyznaczonych beneficjentów „przemian”, którzy usadawiając swych protegowanych na krzesełkach politycznej karuzeli pozwalają im się do woli puszyć i nadymać na scenie medialnego teatrzyku dla gawiedzi, gdyż dzięki temu mniej widać, co dzieje się za kulisami... Krótko mówiąc – że całe to nasze okadzane „demokratyczne państwo prawne” (Art.2 Konstytucji R.P.) to pic i fotomontaż, co wychodzi wyraźnie na jaw w rzadkich chwilach „wypadków przy pracy”, gdy jakimś cudem do władzy dochodzą nie ci co trzeba, jak Jan Olszewski czy niedawno PiS i bracia Kaczyńscy.

Oni to wiedzą, a spora część Narodu instynktownie wyczuwa. I dlatego wolą raczej nie narażać się na przypadkowe interakcje ze swym konstytucyjnym suwerenem (Art. 4 Konstytucji RP). Nawet im się nie dziwię.

***

A nieszczęsny turysta - fotoamator z naszkicowanego powyżej obrazka numer dwa? Nawet gdyby udało mu się dostać na wyciągnięcie ręki do wybrańca Narodu, nie zdążyłby kwiknąć przygnieciony ciałami pretorianów.

Aparat też by mu zabrali.

Gadający Grzyb

Konstytucja R.P.: www.sejm.gov.pl/prawo/konst/polski/kon1.htm

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 21 sierpnia 2010

Kosmopolita.


Naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy.

I. „Ja nie wiem, co ja jestem”.

Miałem niedawno okazję rozmawiać z pewnym człowiekiem... no właśnie, jak go określić? Formalnie jest to Polak pochodzący ze Śląska, mieszkający obecnie w Niemczech i podwójny, polsko – niemiecki obywatel, przemieszczający się w interesach miedzy oboma krajami. Zapytany o samoidentyfikację, odparł z rozbrajającą szczerością (i wyraźnym śląskim akcentem): „Ja nie wiem, co ja jestem”. Kosmopolityczny człowiek sukcesu, spełniony biznesmen, słowem – chodzący ideał „Wyborczej”, gdyby nie to, że wykształcenie zakończył pewnie gdzieś w okolicach zawodówki (świadczył o tym ubogi zasób słów i niezdolność do formułowania własnych wypowiedzi, zastępowana wykrzykiwaniem gazetowych sloganów), zaś wiekowo oscylował około sześćdziesiątki.

Jak to bywa przy wódce, rozmowa zeszła na politykę. Okazało się, że rozmówca prezentuje zestaw poglądów charakterystyczny dla mediodajnianego mainstreamu w tak krystalicznej formie, że było to wręcz... fascynujące. Do tego dochodziło uwielbienie dla Niemiec i sformułowania (z pozycji wyższości) typu: „wy, Polacy...”

W punktach dałoby się to przedstawić następująco:

- po co grzebać się w przeszłości (rozpamiętywać krzywdy, wywlekać jakieś papiery jak te popaprańce z IPN-u);

- Kaczory to zacięte, złośliwe kurduple, gnębiący niewinnych ludzi (przykład – doktor Mirosław G.);

- obrońcy Krzyża to banda zdewociałych fanatyków;

- Polska za Kaczorów jazgotała na Rosję niczym ratlerek na buldoga, zamiast siedzieć cicho;

- uznanie własnej niższości powinno cechować Polskę również w stosunku do Niemiec;

- Lech Kaczyński z „tymi, no wiesz, innymi” nie powinien był pchać się do Gruzji, bo tylko wnerwił Rosję;

- jak będziemy wobec mocarstw grzeczni, to może pozwolą nam sobie z nimi pohandlować (a jak pozwolą, mamy się cieszyć i nie podskakiwać);

- na podobnej zasadzie lepiej dać sobie spokój z naciskaniem na wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej...

... i te de, i te pe.

Jako, że jestem przyzwyczajony, iż w niemal każdym towarzystwie (prócz Niepoprawnych;)) jestem odosobniony ze swymi poglądami, podjąłem z facetem polemikę, która sama w sobie była wielce frapująca – on był dla mnie obiektem badawczym jako modelowy okaz wykorzenienia podpartego intelektualnym gulaszem serwowanym przez mediodajnie, ja dla niego – przykładem patrioty o poglądach jakie do tej pory znał jedynie z medialnych przekazów i które mają rzekomo ograniczać się do garstki moherowych staruszek.

Jednym z większych komplementów, jakimi obdarzył mnie rozmówca, było stwierdzenie, że nadawałbym się do tych „popaprańców” od Wałęsy – Cenckiewicza i tego drugiego, jak mu tam... Facet nie mógł uwierzyć, że to co dla niego jest formą anatemy, dla niektórych może być powodem do dumy.

II. Pokolenie Marii Peszek.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wg mnie takich jak on będzie przybywać. O ile w pokoleniu mojego rozmówcy – pięćdziesięcio, - sześćdziesięcio latków, takie totalne wykorzenienie jest zjawiskiem jeszcze stosunkowo rzadkim (nawet komuniści, by chronić swe biografie deklarują jakąś formę patriotyzmu), o tyle „pokolenie Marii Peszek” faktycznie w przypadku „sytuacji militarnej” może masowo „spieprzać jak najdalej”, gdyż jak naucza Marek Kondrat „Polska nie jest najważniejsza”. Postawa charakteryzująca się zacytowanym na początku tekstu stwierdzeniem „ja nie wiem, co ja jestem”, choć może wyrażona lepszą polszczyzną będzie się upowszechniać. Patrzenie na czubek własnego nosa i brak wspólnotowych więzi od dwudziestu lat umiejętnie hodowane i nobilitowane przez intelektualny parnas, wsparte tendencjami demograficzno – społecznymi powoduje, że za chwilę decydujący wpływ na sprawy Polski będzie miało pokolenie rozpieszczonych, ukierunkowanych na hedonizm („róbta co chceta”) jedynaków. Degrengolada szkolnictwa z okrojonymi do absurdu lekcjami historii i jechaną na brykach literaturą dopełnia obrazu spustoszenia.

Można powiedzieć, że opisywany tu polsko – niemiecki Ślązak jest swoistym prekursorem tych, którzy wnet nadejdą. Odnoszę wrażenie, że doskonale dogadałby się z zebraną niedawno na Krakowskim Przedmieściu za sprawą Dominika Tarasa młodocianą barbarią. Łączy ich bowiem jeszcze jedno: tłumione poczucie prowincjonalizmu każące pogardliwie traktować wszelkie przejawy polskości i z cielęcym zachwytem wpatrywać się we wszystko, co pochodzi z „Reichu”, czy szerzej – Zachodu.

Po dwudziestu latach można śmiało powiedzieć, że naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy. A że produkty owego eksperymentu „nie wiedzą, co oni są”? Tym lepiej. Taka wiedza tylko zamyka nas w zaścianku i budzi „demony polskiego patriotyzmu”, jednym słowem – same z nią problemy...

III. Epilog.

Następnego dnia dotarła do mnie wieść, że ów człowiek wspominając naszą dyskusję powiedział wspólnym znajomym: „no, z takim patriotą to ja jeszcze nie gadałem”. Nie wiem, czy powinienem uznać to za komplement. Czy odezwała się w nim nutka niechętnego podziwu, czy przeciwnie – takich jak ja traktuje jako skazaną na wymarcie zoologiczną ciekawostkę...

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 7 lutego 2010

Kres pomarańczowej Ukrainy.


Pomarańczowa rewolucja a legenda „Solidarności".

Co się dzieje z Ukrainą? To pytanie zadawali sobie od 2005r. liczni komentatorzy, w miarę pogłębiających się rozdźwięków w ekipie „pomarańczowych”, które w końcu przerodziły się w otwartą polityczną wojnę na śmierć i życie między obozami Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko, na czym, siłą rzeczy, skorzystał ten trzeci – Wiktor Janukowycz. Ten sam, którego zrewoltowany tłum zgromadzony na Kijowskim Majdanie Niepodległości ledwie kilka lat wcześniej zmusił do powtórzenia drugiej tury wyborów i odejścia – jak się wtedy zdawało – na śmietnik historii.

Dziś, tenże Janukowycz, powraca triumfalnie i wedle wszelkich znaków, pewnie zmierza do objęcia prezydentury. I to bez uciekania się do wyborczych fałszerstw. Jego Partia Regionów – oligarchiczna, promoskiewska jaczejka, zdobyła znaczącą reprezentację parlamentarną już wcześniej.

Co się stało z Pomarańczową Rewolucją? – jeszcze kilka lat temu załamywali ręce analitycy, podając miliony uczonych politologiczno – socjologicznych wyjaśnień, za wyjątkiem tego jednego, najbardziej oczywistego, rzucającego się w oczy. Odpowiedź zaś jest prosta, jak w pysk dał. Staranne unikanie jej wiele mówi o stanie dusz i umysłów nadwiślańskich elit, które jak ognia, mimo upływu lat, unikają uczciwego spojrzenia w lustro.

Dziś nikt nie załamuje rąk. Ustały biadolenia. Każdy patrzy chłodno, kto tu kogo na Ukrainie, z przeproszeniem, wydyma, i jakie będą tego skutki.

Garść analogii.

A zatem zapytam ja: co się stało z Pomarańczową Rewolucją? I odpowiem: ano, stało się z nią dokładnie to samo, co z legendą „Solidarności”.

I Pomarańczowa Rewolucja i „Solidarność” zakończyły się „historycznymi kompromisami” (tam – zakulisowe rozmowy w Kijowie z mediatorami pokroju Kwaśniewskiego i Wałęsy, u nas – Okrągły Stół).

W obu przypadkach „zwycięstwa”, których akuszerami były społeczeństwa, dając temu wyraz, czy to w polskich czerwcowych wyborach z 1989r., czy to w powtórzonych wyborach prezydenckich na Ukrainie z roku 2005, zostały z miejsca zawłaszczone przez wyniesione do władzy elity.

Te same elity doprowadziły w krótkim czasie do totalnego zohydzenia w ludzkich oczach legendy, którą ci ludzie w znacznej mierze współtworzyli.

W efekcie nastąpił zwrot nastrojów społecznych o 180 stopni, co poskutkowało powrotem do władzy postkomunistów (Polska, rok 1993 – trochę ponad 3 lata od „przełomu” i „historycznego kompromisu”) i Partii Regionów (w 2006 – zaledwie rok po „pomarańczowym Majdanie Niepodległości” premierem został Wiktor Janukowycz.) Owszem, był to efekt doraźnych koalicyjek, zaś potem Juszczenko rozpisał przedterminowe wybory, po których w wyniku wcześniejszego zawiązania się innych koalicyjek (Blok Julii Tymoszenko) premierem została Julia Tymoszenko i zgodnie z polityczną logiką z miejsca stała się śmiertelną wroginią Juszczenki – ale ja nie o tym. Ja o tym, w jaki sposób zmarnotrawiono społeczny entuzjazm i utopiono go w politycznym sosie.

Jedźmy dalej. W Polsce, w 1995r., niecałe 6 lat po Okrągłym Stole na fali społecznego zniechęcenia do wszystkiego, co wiąże się z „solidaruchami”, prezydentem zostaje były partyjny aparatczyk, a prywatnie, drobny moczymorda – Aleksander Kwaśniewski. Prezydentura trwa przez 2 kadencje i gdyby nie konstytucyjne ograniczenia, potrwałaby pewnie znacznie dłużej.

Na Ukrainie, 5 lat po „pomarańczowej”, prezydentem najpewniej zostanie Wiktor Janukowycz. Ten sam, przeciw któremu (i uzależnieniu od Rosji, którego był symbolem) wywołano rewolucję na kijowskim Majdanie, której współtowarzyszyły demonstracje we Lwowie i innych miastach - nawet w Doniecku, „zagłębiu” Janukowycza. Ukraińska prasa wieściła wtedy „narodziny Narodu”. Dziś ten sam Naród nie może patrzeć na „pomarańczowych”, podobnie jak Polacy w pewnym momencie mieli powyżej uszu „solidaruchów”.

Zresztą, nawet gdyby wygrała Julia Tymoszenko, to przez te kilka lat tak intensywnie się „odpomarańczowiła” (dlatego ma dobre wyniki w sondażach), że nie zrobi to większej różnicy. Juszczenko natomiast powtórzył spektakularnie drogę Wałęsy – od bohatera do zera.

Syndrom „zdrady elit”.


Kluczowym elementem łączącym zjawiska odwrotu od „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie i zerwanie społecznej więzi z legendą „Solidarności” w Polsce, jest zjawisko, które hasłowo określa się niekiedy mianem „zdrady elit”.

Owo społeczne poczucie zdrady nie sprowadza się, bynajmniej, tylko do kwestii ekonomicznych, jak chętnie trywializują okołosalonowi publicyści – że niby to „bydłu”, tudzież „motłochowi” zabrakło pełnej michy, że wydawało się im, iż od jutra będzie dobrobyt „jak na Zachodzie”, a przecież wiadomo – dobrobytu z dnia na dzień być nie może.

O wiele istotniejszym czynnikiem jest poczucie, często nie do końca uświadamiane, instynktowne raczej, że elity przed chwilą ustawiające się w roli trybunów ludowych, na plecach tegoż ludu dorwały się do władzy i przywilejów zastrzeżonych do niedawna dla „onych” i jęły ochoczo z nich korzystać, kłócąc się przy tym, niczym stado świń przy korycie, jednocześnie coraz wyraźniej dając do zrozumienia, że „prosty” vel „ciemny” „lud” mają w głębokiej pogardzie.

Oto, niedawni herosi („solidarnościowi”, „pomarańczowi”), poczuwszy splendory i konfitury, dają nagle w nieskrępowany sposób upust swym najgorszym cechom. „Czerń wyborcza” staje się świadkiem erupcji najgorszych plag życia publicznego, które miały wszak zniknąć, gdy zwyciężą „nasi”: chciwości, arogancji, zadufania, ambicjonerstwa, zacietrzewienia, pazerności na mamonę zaszczyty i władzę, korupcji, chwiejności, małostkowości, zawiści, usitwowienia, wyrządzanych sobie nawzajem łotrostw… długo by można ciągnąć tę wyliczankę.

Hołdowanie tym wszystkim plagom, którym gawiedź początkowo przypatrywała się z niedowierzaniem, rozdziawiając gęby („To wy tacy jesteście? Nasi bohaterowie?”), a potem zwolna zwierając pięści („O, wy sukinsyny… za naszą krwawicę?) – to w odbiorze społecznym nic innego, tylko bezczelne naigrawanie się z tych, którzy nie załapali się na „przemianę” i pozostali w robociarskich kombinezonach w zdewastowanych zakładach pracy – czy to na Śląsku, czy w Donbasie.

W Polsce dołożył się do tego kolejny czynnik – notoryczne połajanki i pouczania płynące z intelektualnych Parnasów, które „ludowi” nie miały do zaoferowania niczego poza pogardą. Jesteś ciemny, niewykształcony, zacofany, religiancki, pochodzisz „z małego ośrodka”, słowem – zasługujesz na swój los, sam jesteś sobie winien, nieudaczniku.

A „nieudacznik”, widząc z jednej strony limuzyny wożące dygnitarzy, których sam wyniósł do władzy i konfrontując je z małością wybrańców ludu, obnażaną coraz wyraźniej niczym tyłek przysłowiowej małpy wspinającej się na drzewo, z drugiej strony zaś faszerowany urągliwymi połajankami, w naturalnym odruchu zgina rękę w łokciu i całując pięść powiada sobie w duchu „o – takiego wała, zło–dzie-je!”. Po czym, albo zostaje w czasie wyborów w domu, albo idzie do urny i głosuje na złość tym, którzy jego i miliony takich jak on – zdradzili.

Ta fundamentalna zdrada elit, zdrada w najgłębszym sensie tego pojęcia, jest - powtórzę raz jeszcze – podstawową analogią, gdy porównywać uwiąd „pomarańczowej rewolucji” i mitu „Solidarności”.

Poczucie zdrady, gorzkiego rozczarowania i osamotnienia będzie od tej pory tkwiło między Ukraińcami a każdą kolejną władzą – tak, jak tkwi między Polakami a kolejnymi, tasującymi się niczym karty, ekipami rządzącymi.

„Nasi” stali się „onymi”.

***

Jeszcze jedno. Nieufność i frustracja tworzą wdzięczne pole bitew rozgrywanych przez szemrane figury, wylansowane przez służby zarówno własnego, jak i cudzoziemskiego autoramentu – oto przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zarówno Polski, jak i Ukrainy.

Rozdroże.

Pewnie można się przyczepić do wysnutej tu analogii. Że uproszczona, że może niepełna, że miejscowa specyfika, że inne uwarunkowania konstytucyjne, że nieco inne czasy… Że duet Juszczenko – Tymoszenko z czasów „Majdanu Niepodległości” pochodził wprost z postkomunistycznych układów, zaś dramatis personae „Okrągłego Stołu” nie wszyscy i nie do końca…

Będę się jednak upierał, że zasadnicze mechanizmy są takie same: wybuch społecznego entuzjazmu, roztrwonienie tegoż entuzjazmu przez krótkowzroczne, zadufane w sobie, sprzedajne i niekompetentne „elity” – i, koniec końców, odwrócenie społecznych nastrojów, skutkujące powrotem do władzy tych, których kilka lat wcześniej najchętniej powywieszanoby na ulicznych latarniach.

Ukraina jest dzisiaj w punkcie, w którym Polska była gdzieś w połowie lat 90-tych minionego stulecia.

Dokąd pójdzie?

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o prezydenturze Wiktora Juszczenki (‘Razom nas bahato / nas ne podołaty’ – kto teraz to zaśpiewa?). Odchodząc, wydał świadectwo - zarówno sobie, jak i jego bezkrytycznym poplecznikom w Polsce. Ale jedno nadmienić muszę: założę się o medal z kartofla, iż prezydenturę Janukowycza będzie chwaliła moskiewska partia w Priwislańskim Kraju - że obliczalny, stabilny, itd.…

Polska zrobiła dwa błędy – pierwszy, to bezkrytyczne postawienie na Juszczenkę. Poczuł się zbyt pewnie. Drugi błąd, to - paradoksalnie, odpuszczenie sobie Ukrainy, ku czemu skłania się obecna ekipa rządząca.

Zamiast aktywnej polityki, wspierającej siły które mogłyby się przysłużyć obu państwom, ograniczamy się albo do wspierania raz przyhołubionych polityków, albo do bierności.

Na dzień dzisiejszy wygląda na to, że Ukrainy nie odwojujemy. Nie będziemy mieli niepodległego przedmurza chroniącego nas przed Rosją.I w znacznej mierze sami jesteśmy sobie winni.

środa, 8 lipca 2009

Uprowadzenie pytajnika - (?).


Wypisy z Epoki Miłości.

Wielkie dobrodziejstwo się wydarzyło. Dobrodziejstwo niesłychane. Otóż, ktoś, niechybnie jakiś samotny, szlachetny bojownik, kierowany altruistycznym porywem, uprowadził pytajnik.

Nie ma pytajnika w książkach i wszelakich innych publikacjach. Pytajnika nie ma ludzkich duszach. Pozbawiony pytajnika w duszy osobnik, nawet gdy zobaczy znak zapytania (?), dajmy na to w, tfu, Internecie, przechodzi nad nim do porządku dziennego, albowiem nie ma go do czego odnieść. Gdy chce zadać pytanie, język mu kołowacieje, serce zaś okrywa się lodem. W efekcie, z pytań wychodzą zdania twierdzące i to też nie każde, albowiem brak pytajnika w duszach nie dopuszcza żadnych wątpliwości, jeno bezrefleksyjną akceptację.

Wygląda to mniej więcej tak:

– Ukradł mi Pan dwadzieścia złotych.

– Tak, ukradłem.

– Nie jest to zabronione.

– Nie, nie jest.

I obaj obywatele rozchodzą się w spokoju. Bez karczemnych burd, wyzwisk i zamieszek.
O ileż prostsze stało się dzięki temu życie w naszych szczęśliwych czasach!

***

Z pacyfikującego efektu braku pytajnika rychło zdały sobie sprawę władze, tudzież Mediodajnie (gdyż od momentu uprowadzenia nikt już nie wątpił w ich przekaz.) i, wychodząc na przeciw społecznemu oczekiwaniu, opodatkowały wszystkie pozostałe znaki przestankowe, następnie zaś powołały komisję złożoną z Niekwestionowanych Autorytetów (bo też nikt nie mógł ich zakwestionować, skoro z dusz, świadomości i języka zarówno potocznego, jak i literackiego wyparował pytajnik – siewca wątpliwości.). Tedy, obywatele, pozbawieni, ku swemu szczęściu, wątpliwości, ochoczo zatwierdzili werdykt Autorytetów, który po konsultacji z Władzami (Ministrem Propagandy Finansowej w szczególności), brzmiał:

- Brak jakichkolwiek poważnych, naukowych ustaleń, by domniemany znak przestankowy kiedykolwiek istniał;

- Kwestia przydatności domniemanego znaku przestankowego, znanego pod umowną nazwą „pytajnik”, w kontekście wydajności gospodarczej jest nieistotna;

- Generalnie, interpunkcja jest zbędnym luksusem w warunkach ogólnoświatowego kryzysu finansowego, z którym to kryzysem nasz Umiłowany Rząd radzi sobie nieustannie coraz lepiej.

- A zatem, My, Bezstronne Autorytety, pozostające w Porozumieniu z Władzą Miłości oraz wiodącymi, niezmiennie obiektywnymi Mediodajniami; wychodząc na przeciw społecznym oczekiwaniom co do używania znaków przestankowych, postanawiamy wprowadzić nowy znak przestankowy – jednostajnik ___, który, w przeciwieństwie do innych znaków, opodatkowanych od tej chwili na 22%, będzie opodatkowany jedynie na 7%.

***

Nazajutrz zrobiono Konferencję Prasową, jakiej tubylcze bydło jeszcze nie widziało.

- Gołym okiem widać, iż obywatele odniosą z tej ustawy same korzyści – prawił Minister Finansowej Propagandy, wspierany przez intelektualne zaplecze złożone z Bezstronnych Autorytetów, podzielonych na odpowiednie Chóry.

Chór Pierwszy składał się z Autorytetów Pierwszoplanowych (występujących solo), Chór Drugi zaś z Autorytetów Wtórujących (dających głos gromadnie).

- Dzięki temu rozwiązaniu pozbędziemy się plagi dysfunkcjonalności interpunkcyjnej w naszych szkołach! – entuzjazmowała się Minister Edukacyjnej Propagandy.

- Do tego – dodał moderujący konferencję rzecznik – dla nieprzystosowanych wprowadzimy roczny okres przejściowy i odpowiednie kursokonferencje jak zastępować wszelakie znaki przestankowe jednostajnikiem. Przypominam wygląd znaku (tu rzecznik, niemiłosiernie skrzypiąc kredą, z namaszczeniem nagryzmolił na tablicy grubą krechę).

Krecha wyglądała tak: ___

Gdy przeciągnął wzrokiem po sali i upewnił się, iż wszyscy są pod należytym wrażeniem, dodał:

- Co więcej, planujemy rozszerzenie opodatkowania na deklinację, konkretnie - na wołacz.

- Ach, jak cudownie! – rozmarzyła się Minister Edukacyjnej Propagandy.

Jak na zawołanie, uaktywnił się Solowy Chór Autorytetów Pierwszoplanowych.

- Na co komu wołacz. Ten beznadziejny siódmy przypadek. Tylko wprowadza zbędne bogoojczyźniane, inwokacyjne zaśpiewy do naszej laickiej mowy –wyjaśniał Bezstronny Autorytet Pierwszoplanowy nr 1. – Te wszystkie, uczciwszy uszy – „Mój Boże!”, czy (tu Autorytet aż się zaczerwienił od tłumionej pasji) – „Jezus, Maria!”.

- Używanie wołacza zdradza nacechowanie emocjonalne, które w kulturalnym towarzystwie nie uchodzi – wyburczał zza brody Autorytet Pierwszoplanowy nr 2.

- Neutralny światopoglądowo jednostajnik ___ jest przyszłością języka tubylczego – uznał za stosowne stwierdzić Autorytet Pierwszoplanowy nr 3.

W tym miejscu Chór Autorytetów Wtórujących chciał już wydać uwielbieńczy okrzyk, lecz napotkał zmarszczenie brwi Autorytetu Pierwszoplanowego nr 1 i wszystkie Autorytety Wtórujące, tak jakoś jednocześnie, zorientowały się, iż wykrzykniki, zdradzające mentalne powiązania z wołaczem w tzw. międzyczasie stały się passe. Ochłonęli zatem i przemówili jak należy, miarowo i jednostajnie:

- Panie i Panowie – rzeźbimy przyszłość. Od tej pory staramy się głosić nasze blaskomiotne mądrości używając możliwie bezosobowego tembru głosu.

- Oooo taak, tak mi dobrze, róbcie mi tak dalej... Odcinamy interpunkcję grubą linią... – publiczny odlot Ministerki od Edukacyjnej Propagandy wprawił w zażenowanie nawet najbardziej postępowych dziennikarzy płci obojga.

***

Ale, zażenowanie mija. Rasowy dziennikarz zmywa z siebie dyskomfort przez ocieranie się o podobnych sobie, którzy mówią mu – jesteś świetny. Zwłaszcza, gdy ich dusze zostały pozbawione pytajnika.

Konferencję zakończono.

Dziennikarze zmyli się do swych mediodajni smarować tyleż sążniste, co bezosobowe komentarze.

Przepisy weszły w życie.

***

Wszystkie Wiodące Mediodajnie podchwyciły i rozpropagowały w odpowiednim naświetleniu plan rządowy. Szczególnie ukontentowani byli Mediodajniani Bonzowie, w których duszach zbędnych pytajników i tak nie było, gdyż już w młodości zauważyli, że pytajnik szkodzi karierze. Wyskrobali go zatem skrupulatnie ze swych sumień, zastępując zawczasu jednostajnikiem ___. Można rzec, że ich pieczołowicie, latami hodowany konformizm osiągnął perfekcję, gdyż był w stanie antycypować mające dopiero nadejść, nieprzewidywalne wydarzenia.

Zresztą, wołacz też nigdy nie był trendy . Kto zbyt często używał tego przypadku, na ogół wylatywał z pracy.

Rządowa inicjatywa, przy wsparciu Niekwestionowanych Autorytetów wychodziła, jak raz, na przeciw ich, bonzo-medialnym, społecznym oczekiwaniom. Wskaźniki bezrefleksyjnej oglądalności sięgały sufitu. Biznes się kręcił jak ta lala, bowiem wszystkie reklamowane produkty schodziły na pniu.

Zagraniczni przywódcy chwalili postęp i rozwój, rozdając przyjacielskie klepnięcia po ramieniu (chadecy), tudzież po zadkach (postępowi socjaliści, nieustannie sprawdzający, czy aby negatywna reakcja na klepnięcie w tylną część ciała nie da im pretekstu do oskarżenia klepanego osobnika o homofobię).

Społeczeństwo wygrzewało się w blasku odbitym od pośladków władzy, niczym w solarium…

***

Powstała również nowa ___wyzbyta emocjonalnego nacechowania literatura___ obłożona zaledwie siedmioprocentowym podatkiem od jednostajnika ___

Wyglądała tak:

Nogi szeroko___ oznajmił On___

___ O tak___ głęboko ___ mocno___ kocham cię___ oznajmiła Ona___



Nikt tego nie czytał, ale każdy bezwątpliwościowo kupował, ponieważ Mediodajnie mówiły mu, iż jest to dobre. Wskutek tego, pozbawieni samokrytycznego pytajnika Artyści płodzili co im wpadło do głowy i wychwalali modernizacyjne prądy, gdyż dzięki bezpytajnikowemu odbiorowi publiki, żyli jak pączki w maśle.

Klasyków przystosowano. A jeżeli z którymś się nie dało, cóż – tym gorzej dla niereformowalnego klasyka.

Litwa___ ojczyzna moja___ ty jesteś jak zdrowie___



***


Szczęście zapanowało wszechogarniające. Obywatele spożywali szczęście na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Oddychali szczęściem, szczęście trawili i szczęściem srali. Niekiedy nawet pod siebie. Szczęście wylewało się z ich oczodołów. Łykając szczęście ściekające po policzkach, czuli się jeszcze bardziej uszczęśliwieni – sami w sobie. Brak pytajnika, wołacza i serce skuwane lodem przy każdej próbie wyartykułowania wątpliwości, gwarantowały powszechny spokój.

Władza rządziła, a lud szczęśliwiał.

Dzień po dniu. Nieustannie.

Zapanował Raj na Ziemi.



Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">