Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III RP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III RP. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2019

Pod-Grzybki 163

Zaczniemy rocznicowo. 4 czerwca 1989 r. Polacy pokazali komunie wała. A zaraz potem zblatowane, magdalenkowe „elity” pokazały wała Polakom i przeprowadziły drugą turę wyborów – bo układ miał wyglądać tak, jak został wcześniej dogadany. Tak więc, obóz magdalenkowo-okrągłostołowy powinien urządzić uroczyste obchody nie 4-go, a 18-go czerwca – bo to jest ich święto i prawdziwy akt założycielski III RP. A od czwartego czerwca – wara.


*

Portal gazeta.pl lekko się odął, bo ks. Stanisław Małkowski otrzymał Krzyż Wolności i Solidarności. W związku z tym, w swym materiale nazwał ironicznie ks. Małkowskiego „księdzem od egzorcyzmów”, przypominając, że wyróżniony kapłan odprawiał egzorcyzmy podczas miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. Czerscy nie wspomnieli jednak skromnie, że ks. Małkowski odprawił również w 2015 r. egzorcyzmy pod siedzibą Agory i „Gazety Wyborczej”. Jak widać, najwyraźniej tamte egzorcyzmy się „Wyborczej” nie przyjęły i nadal pluje demonami. Może więc powtórka? I tak aż do skutku?


*

A propos plucia demonami – w rocznicę 4 czerwca gazeta.pl uznała za stosowne poprosić o głos szansonistę Macieja Maleńczuka, który wdzięcznie przyrównał wyborców PiS do przekupionych za „parę groszy” szczurów wracających do klatki, bo tam jest „ziarno”, czyli 500+ i inne socjale. A tyle po wyborach było gadania, by nie obrażać pisowskiego elektoratu, bo to przeciwskuteczne... Cóż, akurat „Wyborcza” jest między młotem a kowadłem. Z jednej strony wie, że taka ostentacyjna pogarda tylko odstręcza normalnych ludzi, ale z drugiej znajduje się pod presją własnych czytelników domagających się codziennej porcji antypisowskiego jadu wylewanego na hołotę i motłoch przekupiony za „pińćset”. Musi więc im go dostarczać, niczym diler kolejną szprycę ćpunowi. Bez tej codziennej dawki hejtu, zaspokajającego emocjonalną potrzebę poczucia wyższości nad „pisiorami” zniknąłby ostatni powód dla którego ta gazeta jest jeszcze w ogóle kupowana.


*

Michnikowi wóda już chyba ze szczętem wyżarła mózg. Ów stary dement ogłosił w wywiadzie dla „Foreign Policy”, że pisowski reżim może mu podrzucić narkotyki i przysłać „milicję” do siedziby „Wyborczej”. Kurna, za Tuska nasyłano - i to nie żadną „milicję”, tylko służby specjalne, ABW – na siedzibę „Wprost”, robiono rewizję w domu Wojciecha Sumlińskiego, wpadano o 6-tej rano do mieszkania blogera Antykomora, skazywano kibiców za przyśpiewkę „Donald matole...”, a prof. Marcin Król domagał się rozprawy z PiS „nawet jeżeli nie będzie ona zgodna z prawem”. Czy Michnik latał wtedy z japą do zagranicznych przekaziorów? Aha, pan pozdrowi brata. On z pewnością się zna na milicyjno-ubeckich najściach i soleniu „pięknych wyroków”.


*

Uwaga rodzice z Warszawy! Trzaskowski wręczy „dyplomy równości” 42. warszawskim szkołom, wyróżnionym w specjalnym rankingu jako „przyjazne dla LGBTQ”. Koniecznie sprawdźcie, czy przypadkiem nie uczęszczają do którejś z nich Wasze dzieci. https://kph.org.pl/wp-content/uploads/2019/05/Dyplom_Rownosci_ranking_2019.pdf

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (07-13.06.2019)

niedziela, 17 lutego 2019

Jan Olszewski i dwie daty

18 czerwca 1989 i 4 czerwca 1992 – to dwie symboliczne daty konserwujące na długie lata III RP jako postkomunistyczny bantustan.

I. 18 czerwca 1989 r. - akt założycielski III RP

Tak się złożyło, że śmierć premiera Jana Olszewskiego zbiegła się z kolejną medialną próbą rehabilitacji Okrągłego Stołu i czerwcowych wyborów z 1989 r. Wicenaczelny „Wyborczej” Jarosław Kurski w komentarzu zaapelował, by przywrócić „świętu 4 czerwca 1989 r. należne miejsce w zbiorowej pamięci” (czyli ustanowić ten dzień świętem państwowym) i nie pozwolić go „zbrukać i umniejszyć”. Pojawia się również passus o „okradaniu z życiorysów” oraz wątek nadziei, iż Polacy mimo wszystko „potrafią się porozumieć”, dzięki czemu „taki mord, jak ten w Gdańsku, nigdy się nie powtórzy”. Mamy zatem klasyczne pudrowanie nieświeżej legendy o porozumieniu Polaków z dwóch stron historycznego podziału, dzięki któremu mogła się narodzić wolna i demokratyczna III RP – tę narrację michnikowszczyzny znamy zresztą od blisko 30 lat. Jedyny nowy akcent to wtłoczenie w ten propagandowy przekaz zabójstwa Pawła Adamowicza – z kontekstu wynika, że strona kontestująca mit Okrągłego Stołu dzieli Polaków i tym samym ponosi co najmniej moralną odpowiedzialność za śmierć prezydenta Gdańska. Można? Można. Na powyższe nakłada się zapowiedź powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki pod szyldem „ruchu 4 czerwca”, który ma zostać zainaugurowany w 30 rocznicę kontraktowych wyborów. Najwyraźniej Angela Merkel zniecierpliwiona nieudolnością „totalnej opozycji” zdecydowała się wysłać swojego protegowanego, by zaprowadził porządek w Warszawie, a natchniony tym obóz beneficjentów III RP szykuje się do rozstrzygającej batalii.

Czy wspomniany obóz ma prawo do wciągania 1989 r. na swoje sztandary? Ależ ma, jak najbardziej – tyle, że przestrzelił nieco z konkretną datą. Otóż aktem założycielskim III RP w jej ogólnie znanym, postkomunistycznym kształcie nie były wcale wybory z 4 czerwca, wtedy bowiem naród wypowiedział się jednoznacznie, wysyłając komunistów w kosmos – ze szczególnym uwzględnieniem tzw. listy krajowej. Prawdziwy początek III RP to dwa tygodnie późniejsza II tura wyborów (18 czerwca), która wbrew jasnemu stanowisku Polaków przyklepała ustalony przy Okrągłym Stole podział mandatów. Przypomnijmy, że dwa dni po I turze (6 czerwca) doszło do spotkania strony „solidarnościowej” w osobach Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego z przedstawicielami PZPR (Ciosek, Gdula, Kiszczak), w której „nasi” podali komunie tlen, potwierdzając ustalone wcześniej parytety miejsc w sejmie kontraktowym.

I to jest właśnie kwintesencja III RP – owo aroganckie przeświadczenie, że „oświecone i odpowiedzialne elity” władne są decydować ponad głowami nieodpowiedzialnego, ciemnego ludu. Wyborcy 4 czerwca 1989 jasno pokazali, że nie interesuje ich, co między sobą ustalili „partyjni” i „bezpartyjni” w Magdalence – ale to dla ojców-założycieli III RP nie miało znaczenia. Ma być tak jak zostało dogadane, koniec kropka. I ta zasada założycielska, czyniąca z aktu wyborczego pustą fasadę, dekorację legitymizującą różne obrotowe konfiguracje kolejnych rządów, obowiązywała przez następne dziesięciolecia. Jeżeli gdzieś szukać przyczyn niskiej aktywności społecznej Polaków i słabej frekwencji podczas kolejnych wyborów, to właśnie w tym pierwszym szwindlu i demonstracyjnym zlekceważeniu woli większości. To wtedy Polacy zobaczyli, że ich głos dla tych „na górze” po staremu się nie liczy – i zajęli się swoimi sprawami.

Tak więc, szanowni obrońcy Okrągłego Stołu - odczepcie się od 4 czerwca. 18 czerwca 1989 i II tura przy 25 proc. frekwencji – to jest wasza data i upamiętniajcie ją sobie, jak tylko chcecie.


II. Unieważnić układ z Magdalenki

Śp. premier Olszewski zmarł 7 lutego, dzień po 30 rocznicy rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu – i jest w tej koincydencji coś symbolicznego. Po raz kolejny jego ścieżka przecięła się ze zgniłym układem Magdalenki – niczym pamiętnej nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r. To rząd Jana Olszewskiego był pierwszym prawdziwie niekomunistycznym rządem nowej Polski, powołanym po pierwszych wolnych wyborach. I to Jan Olszewski jako pierwszy chciał realnie przekształcić postkomunistyczne oblicze III RP przyklepane 18 czerwca 1989 r. Tu dygresja – stawia się w tym kontekście zarzut, że przy Okrągłym Stole był zarówno Olszewski, jak i bracia Kaczyńscy, w związku z tym są tak samo „umoczeni” jak Mazowiecki czy Geremek. Otóż nie. Wszystko bowiem zależy od tego, PO CO siadało się do rozmów – czy traktowało się negocjacje jako niezbędny etap taktyczny na drodze do ostatecznego odsunięcia komunistów od wpływów i władzy, czy też jako drogę do zawarcia wiążących ustaleń, mających trwale ukonstytuować przyszły porządek polityczny. Rychło się okazało, że stronnictwo, które przejęło pod czułym okiem Kiszczaka przywództwo po stronie solidarnościowej (Michnik-Kuroń-Geremek, czyli, jak wtedy mawiano „michnikuremek”) dążyło do tej drugiej opcji w strachu przed polskim „endeckim ciemnogrodem” - czego przejawem była „gruba kreska” Mazowieckiego i jego słynne „pacta sunt servanda” czy antyrozliczeniowe i antylustracyjne tyrady Michnika (który, nawiasem, stał się zaprzysięgłym wrogiem lustracji po tym, jak sobie pobuszował w archiwum MSW).

Rząd Jana Olszewskiego przeciwnie – pragnął unieważnić okrągłostołowy układ, na wszelkich możliwych polach, słusznie uważając, że umowy z okupantem zawierane w cieniu politycznych mordów nie mogą być obowiązujące. Dotyczyło to nie tylko lustracji i dekomunizacji. Nigdy dość przypominania, że to właśnie gabinet Olszewskiego jasno ustalił nasze priorytety zagraniczne jako drogę na zachód i do NATO. To on ostatecznie utrącił agenturalne „koncepcje” Wałęsy - „NATO-bis” i „EWG-bis”, nie wspominając już o zablokowaniu pomysłu rosyjsko-polskich spółek joint venture, które miały zostać zainstalowane w posowieckich bazach wojskowych. Gdyby nie to, pozostalibyśmy na długi czas w geopolitycznej próżni, strefie zgniotu między wschodem a zachodem, w efekcie czego obecna Polska mogłaby przypominać Ukrainę – kto wie, czy nie z eksterytorialnym korytarzem do Kaliningradu (były i takie projekty). Warto o tym pamiętać, tym bardziej, że dziś pierwsi do przypisywania sobie zasług są ci, którzy wówczas prozachodni kurs rządu Olszewskiego kwitowali jako polityczne awanturnictwo i dywagowali o „finlandyzacji” Polski, jako jedynym „odpowiedzialnym” scenariuszu. Wreszcie, co również istotne, rząd Jana Olszewskiego usiłował powstrzymać złodziejską prywatyzację, uwłaszczanie się partyjnej nomenklatury i rozgrabianie narodowego majątku, co budziło nie mniejszą wściekłość, niż chociażby wizja dekomunizacji służb mundurowych.


III. Dwie daty

W tych warunkach rząd Jana Olszewskiego musiał upaść, niezależnie od niestabilnego sejmowego poparcia. Godził w zbyt wiele interesów, podważał cały magdalenkowy porządek. Był nie na rękę zarówno postkomunistom, jak i zblatowanej z nimi Unii Demokratycznej, która w „historyczne porozumienie” zainwestowała cały swój autorytet, a także „aferałom” z KL-D, którzy inkasowali wtedy „niemieckie dotacje” przekazywane w reklamówkach. Realizacja przez ministra Antoniego Macierewicza sejmowej uchwały lustracyjnej jedynie przyspieszyła nieuchronne (votum nieufności dla mniejszościowego gabinetu zostało zakulisowo uzgodnione już wcześniej, właśnie z wymienionych wyżej przyczyn).

Teraz, jako „wielkiego człowieka”, żegna go osobiście Adam Michnik, lśniąc przy tym miedzianym czołem. Ten sam Michnik, którego organ wręcz zapluwał się przy okazji „nocnej zmiany”, pisząc o „nikczemności” i drukował kabotyński wiersz Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. A ja wrócę do wyborów z 1989 r. Otóż rząd Jana Olszewskiego podjął próbę realizacji woli narodu wyrażonej 4 czerwca 1989 r. i przekreślonej dwa tygodnie później II turą. 18 czerwca 1989 i 4 czerwca 1992 – to dwie strony tego samego medalu i dwie symboliczne daty konserwujące na długie lata III RP jako postkomunistyczny bantustan. I to właśnie one powinny widnieć na sztandarach tych, którzy pragną, żeby „było tak, jak było”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (15-21.02.2019)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Pani Wellman, do kogo ta mowa?

Pani Wellman, ideowi młodzi ludzie są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.

I. W obronie „zdobyczy kapitalizmu”

W obozie „totalnej opozycji” robi się coraz bardziej groteskowo. Sfrustrowani kodomici widząc na swoich wiecach wciąż te same, coraz bardziej zgrane twarze, wzięli się za sztorcowanie młodzieży, że się nie angażuje, nie walczy o demokrację i ma ich awantury głęboko w tyle. Stanowi to zresztą kolejne potwierdzenie mojej tezy, że obecna opozycja przerabia drogę prawicy z czasów, gdy ta zepchnięta była do narożnika – tyle, że tym razem historia powtarza się jako farsa. Pamiętam, że za czasów potęgi PO po „naszej” stronie też pojawiały się lamenty, że nie ma młodych, dominuje powszechna lemingoza - i, generalnie, co z nich wyrośnie, pani kochana... W tym samym czasie salonowszczyzna nasładzała się „młodymi z fejsbuka”, którzy „zabrali babci dowód”, są nowocześni, europejscy i nie działają na nich patriotyczne zrzędzenia „moherów”, które miały „wymrzeć jak dinozaury”. Pamiętamy to, prawda?

No więc, dziś karta się odwróciła i kodziarstwo w wieku okołoemerytalnym zaczyna przelewać frustracje na pokolenie swoich dzieci (a nierzadko już wnuków) wytykając im, mówiąc językiem poprzedniej epoki, społeczną alienację. W ich optyce młodzi ludzie są dłużnikami tych, którzy zafundowali im fantastyczną III RP, Unię Europejską i możliwość podróżowania na Zachód – a teraz nadszedł czas, by ów kredyt wdzięczności spłacić, najlepiej pomagając w obaleniu „Kaczora-dyktatora”. Nie tak dawno działacz KOD, niejaki Theo Nawrocki, popełnił utrzymany w tym duchu wpis na Facebooku, z którego później nabijało się pół internetu, zamieszczając coraz bardziej odjechane parodie. Wedle pana Nawrockiego życie młodzieży w Polsce to istna sielanka - „fura”, „klamoty z butiku”, własna kawalerka, zimowy snowboard w Solden i letni „adventure-camp” w Nowej Zelandii. Mówi to wiele o odrealnieniu autora oraz „bańce” towarzyskiej w jakiej się obraca – niewykluczone, że wśród tego promila polskiej populacji faktycznie podobne ekstrawagancje są dla pokolenia dwudziestoparolatków normą. A ponieważ zawdzięczają to swoim rodzicom (w co akurat nie wątpię) – więc, cytując, mają „powyłączać kompy” i „ruszyć d...y na ulice”. Dlaczego tak? Bo oczywiście złowrogi PiS zaraz im zabierze te wszystkie „zdobycze kapitalizmu”.


II. Politruk od młodzieży

W podobną poetykę weszła niedawno Dorota Wellman – najpierw przemawiając do młodzieży na owsiakowym festiwalu „Pol'and'Rock” w ramach tzw. „Akademii Sztuk Przepięknych”, a następnie powtarzając swój apel drukiem w gazetowyborczym magazynie „Wysokie Obcasy”. Najpierw jednak dygresja naświetlająca szerszy kontekst. Otóż owa „Akademia Sztuk Przepięknych” to takie młodzieżowe kursy z politgramoty, podczas których Owsiak stręczy młodemu pokoleniu w charakterze idoli kolejne skamieliny III RP - i żeby było zabawniej, przekonuje, że klaskanie ludziom z samego jądra establishmentu jest wielce kontestatorskie i buntownicze. W istocie, Owsiak urabia w ten sposób nastoletnią publikę, by zaakceptowała III RP z całym dobrodziejstwem inwentarza - w tym, z patologiczną strukturą opartą na społecznym darwinizmie i kastą „nachapanych” resortowych dzieci na szczycie piramidy dziobania. Służyć temu ma prezentowanie różnych pieszczochów systemu jako fajnych kolesi z którymi „da się pogadać”, co jako żywo przypomina PRL-owskie ustawki spod znaku „towarzysz iksiński spotyka się z młodzieżą”.

To zresztą wpisuje się w działalność Owsiaka od samego początku - już za zdychającej komuny był de facto politrukiem oddelegowanym na młodzieżowy odcinek, ze swym Towarzystwem Przyjaźni Chińskich Ręczników, niby-kontestatorskim festiwalem „Letnia Zadyma w Środku Zimy”, hasełkiem „uwolnić słonia” (gdy ludzie naprawdę ideowi gnili po więzieniach), wreszcie - próbą „oswojenia” Jarocina. A w tle nieodmiennie majaczył cień Waltera Chełstowskiego - zawodowego specjalisty od śpiewu i mas. Późniejsze mutacje - WOŚP, Przystanek Woodstock i wreszcie KOD, którego Chełstowski był jednym z inicjatorów - to wszystko są działania wg tej samej sztancy: pozorowany bunt w interesie uprzywilejowanego establishmentu. Za każdym razem chodziło o to samo – skanalizować pokoleniową kontestację i przekierunkować ją w bezpieczne dla systemu koleiny. Chcecie się buntować? - pyta Owsiak – to się buntujcie, ale przeciw klechom, rodzicom i prawicy. Od III RP i jej „autorytetów” - wara, bo ich nie lubią tylko nienawistni „faszyści”.


III. Do kogo ta mowa?

W takich to okolicznościach przyrody wystąpiła pani Wellman, wzywając – jakże by inaczej – do „buntu” przeciw pisiorom w obronie zagrożonej demokracji. Młodzież zamiast pić piwko nad Wisłą ma się „ruszyć” w obronie wolności, zanim ktoś zabierze im paszporty i internet. W „Wysokich Obcasach” zaprezentowała z kolei wizję braku „cafe latte z sojowym mlekiem” i wyłączonego Netflixa. Zaczęła przy tym wszystkim najgorzej jak się da: szantażem emocjonalnym w stylu „za moich czasów młodzi walczyli z komuną, a wy co?”. Potem było już tylko lepiej: „Teraz mamy młodych ludzi bez właściwości, bezideowych”. I wreszcie: „To jest wasz kraj i wasza ojczyzna. Nie możecie jej mieć w dupie!”.

Pomijając histeryczne diapazony (ona chyba naprawdę wierzy, że PiS wyłączy internet, zabierze paszporty i zamknie kawiarnie), uwagę zwraca podejście pani Wellman (a wcześniej cytowanego Theo Nawrockiego) do młodego pokolenia sprowadzonego do roli bezmyślnych konsumentów – jak się zdaje, jest to w środowisku „kodziarskim” powszechna opinia. Aż chciałoby się zapytać – pani Wellman, do kogo ta mowa? Do hipsterów ze „Zbawixa”? Zaręczam, że młodzi ludzie w Polsce mają zgoła inne problemy, niż dostępność sojowego latte – prekaryzacja rynku pracy skazująca na wieczną niestabilność życiową, brak mieszkania, praca za wynagrodzenie rzędu 1600 „na rękę” (w tych okolicach oscyluje od lat tzw. dominanta, czyli najczęściej wypłacana pensja), perspektywa emigracji zarobkowej i takie tam drobiazgi... Taką Polskę zafundowaliście młodemu pokoleniu, które teraz chcecie pognać na ulice w charakterze janczarów w waszej wojence o zagrożone apanaże.

Swoją drogą, jeszcze kilka lat temu środowisko pani Wellman nie mogło się wprost nachwalić młodocianej palikociarni, która pod wodzą Dominika Tarasa zorganizowała pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu „radosny Hyde Park” z krucyfiksem z puszek po piwie i ukrzyżowanym misiem. Wtedy młodzież była dobra, a teraz jest zła i jej nie zależy? Gdzie się zatem tamci młodzi podziali? Powiem Pani. Otóż oni dorośli, zderzyli się ze „szklanym sufitem”, groszową pracą na „śmieciówkach” i brakiem perspektyw - a następnie wyjechali za granicę. Ci nasto- oraz dwudziestolatkowie, do których przemawiała Pani na owsiakowym spędzie, znają takie historie ze swych rodzin i najbliższego otoczenia. Większość z nich nie pochodzi z „warszawki” lecz z prowincji – widzieli np. swych rodziców, którym godność i pracę odebrała III RP urządzona przez tych wszystkich lansowanych przez Owsiaka jako wzór dla młodzieży nachapanych beneficjentów „transformacji”.

A poza tym - kto tę „bezideową” młodzież wychował? Czy aby nie pokolenie zachwycone hasełkiem „wybierzmy przyszłość” Kwaśniewskiego? Kpiące z „kombatanctwa” działaczy pierwszej „Solidarności”? Wmawiające, że wartości się nie liczą, tylko trzeba ustawić się i zgarniać ile wlezie pod siebie? Zapatrzone w egoistyczny, neoliberalny model gospodarczy a la Balcerowicz?

A teraz pani Wellman jak gdyby nigdy nic nagle wyjeżdża z tym samym solidarnościowym „kombatanctwem”, z którego jej środowisko jeszcze tak niedawno darło łacha. Teraz nagle się okazuje, że ta stara „Solidarność” znów jest trendy - oczywiście w odpowiednio spreparowanej i zinstrumentalizowanej wersji, w której jest miejsce dla „legendarnego” Frasyniuka i innych zadowolonych z siebie architektów Okrągłego Stołu, ale po staremu nie ma miejsca dla tysięcy działaczy „S” wyrzuconych przez tę cudowną III RP na margines. Nie ma miejsca dla robotników zwalnianych z likwidowanych, bądź wykupywanych za bezcen zakładów pracy, którym na odchodne przyklejono, dla większego upodlenia, etykietkę „roszczeniowych warchołów” i „homo sovieticus”. Droga pani Wellman - ta młodzież bawiąca się na Woodstocku, to często dzieci i wnuki tych wykluczonych, tego „zaścianka” i „motłochu”, którym na co dzień tak serdecznie gardzicie. Oni widzieli na własne oczy jak wygląda ta rajska III RP - na prowincji, w umierających od beznadziei miastach gdzie zlikwidowano przemysł, w staczających się w patologię i biedę blokowiskach z których każdy kto mógł wiał gdzie pieprz rośnie – choćby na zmywak w Londynie. Latami albo nie przyjmowaliście do wiadomości ich istnienia, albo kwitowaliście, że sami są sobie winni. A teraz żądacie od ich dzieci solidarności i nawet przypomniało się wam na tę okoliczność słowo „ojczyzna”? A kim wy u diabła jesteście, żeby kogokolwiek pouczać?

Natomiast co do ideowych młodych ludzi – oni są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (22.08-11.09.2018)

niedziela, 29 lipca 2018

Opozycyjne deja vu

Drodzy „totalni”, wbrew temu, co wam się roi w głowach – nie jesteście ofiarami reżimu. Jesteście ofiarami losu.

I. Mroczne czasy

Nie wiem jak Państwo, ale ja obserwując konwulsje szeroko rozumianej „totalnej opozycji” (od polityków, poprzez media, a skończywszy na społecznym zapleczu) odnoszę wrażenie swoistego deja vu. Wszystko to już było, wszystko już widziałem i słyszałem – i niemoc polityczną, i histeryczną publicystykę, i radykalizację nastrojów przeciwników władzy. Więcej – po części sam w tych paroksyzmach brałem udział i podpisywałem się pod alarmistycznymi tezami, formułując w różnych miejscach kasandryczne wizje przyszłości. Było to raptem kilka lat temu, za czasów potęgi PO, kiedy mogło się wydawać, że „znikąd nadziei”, a system zafundowany Polsce przez ekipę Tuska przeżre nasz kraj do tego stopnia, że odwrócenie go stanie się zwyczajnie niemożliwe. Na dodatek można było odnieść wrażenie, że stanie się tak przy poparciu lub w najlepszym razie obojętności przytłaczającej większości Polaków. Ba, był czas, gdy z różnych miejsc podnosiły się głosy, że bez „kryterium ulicznego” i jakiejś rewolty się nie obejdzie, jeśli chcemy ocalić Ojczyznę przed ostatecznym upadkiem. Pod tym względem szczególnie przygnębiający był okres po Tragedii Smoleńskiej.

Pamiętamy to, prawda? Herr Tusk jako folksdojcz na pasku Angeli Merkel, Sikorski oddający hołdowniczo w Berlinie Polskę i Europę pod niemiecką kuratelę, prezydent „Komoruski” jako gwarant zachowania wpływów Kremla i komunistycznej wojskowej bezpieki, posmoleński „reset” stosunków z Rosją na życzenie Berlina i Waszyngtonu rządzonego przez tandem Obama – Hillary Clinton, NATO dogadujące się z Putinem i wizje „wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa od Lizbony do Władywostoku” (to znów Sikorski)... Przecież nawet Kościół brał w tym wówczas udział za sprawą przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika podpisującego na Zamku Królewskim w Warszawie wraz z agentem KGB patriarchą Cyrylem deklarację o „pojednaniu” między narodami polskim i rosyjskim. Swoją drogą, w wywiadzie dla KAI abp. Michalik wyznał, iż „na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić” - co także rzuca snop światła na ówczesne uwarunkowania i chciałbym tylko wiedzieć, kto dostojnemu hierarsze uświadomił jaki to wówczas mieliśmy „etap” wymagający takiego „kroku”.

W tle mieliśmy natomiast niewyjaśnioną po dziś dzień aktywność „seryjnego samobójcy” likwidującego niewygodnych świadków i ekspertów zaangażowanych w wyjaśnianie Smoleńska, mord polityczny dokonany w Łodzi przez Ryszarda Cybę na Marku Rosiaku, arogancję władzy przekonanej że PiS wraz ze swymi zwolennikami „wymrze jak dinozaury” (Tusk), aranżowane pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu rozróby i ekscesy pijanej tłuszczy z udziałem prowokatorów pokroju Andrzeja Hadacza czy sutenera Zbigniewa S. ps. „Niemiec” (z przyzwalającą biernością policji), prowokacje podczas kolejnych Marszy Niepodległości wraz z pałowaniem demonstrantów i całą resztą repertuaru aparatu przemocy, aresztowaniami i procesami, no i wreszcie – rozkradanie państwa, afery, wyprowadzanie z Polski za milczącą zgodą fiskusa miliardów dolarów rocznie... Nawiasem, niemal nic z wymienionych nieprawości nie doczekało się rozliczenia.


II. Farsa, czyli powtórka z historii

Na powyższe nakładało się nieustające samozadowolenie beneficjentów III RP przekonanych, że tak już będzie zawsze i otępiający, propagandowy łoskot mediów. Pamiętam towarzyszące nam wówczas poczucie bezsilności – PiS w kolejnych wyborach nie mogło przebić szklanego sufitu i jego poparcie oscylowało wokół tego, co ma dziś Platforma. Naszą reakcją było żmudne tworzenie oddolnych inicjatyw - „partyzanckich”, bez zaplecza instytucjonalnego, bez pieniędzy. Odtrutką na oficjalne przekaziory był rozkwit niezależnej blogosfery i próby odwojowania opinii publicznej za pomocą internetu. Z czasem wreszcie zaczęły powstawać opozycyjne tytuły prasowe (w tym „Warszawska Gazeta”) borykające się z problemami w obliczu których uprzywilejowane media III RP z miejsca padłyby na twarz. Równolegle podejmowały aktywność rozliczne, często lokalne, ruchy i stowarzyszenia. W sumie, to wszystko złożyło się na swoisty rój – konglomerat inicjatyw, który paradoksalnie dzięki swojemu rozproszeniu okazał się dla ówczesnej władzy trudny do spacyfikowania i odegrał niebagatelną rolę przy podwójnych wyborach w 2015 roku.

Wspominam obszernie te „kombatanckie” zaszłości dlatego, że zwolennicy obecnej „totalnej opozycji” usiłują powtórzyć tę drogę. Tyle, że jak to często bywa, w ich wydaniu historia powtarza się jako farsa. Weźmy sferę diagnoz – rzekomo to obecnie mamy „demontaż państwa prawa”, zagrożenie dla swobód obywatelskich i groźbę „putinizacji”. A w realu? Odbywają się bez przeszkód demonstracje podczas których policja wręcz z matczyną troską dba o komfort i bezpieczeństwo uczestników – porównajmy to chociażby ze sposobem w jaki zbiry Hanny Gronkiewicz-Waltz ze Straży Miejskiej traktowały pikietę Solidarnych 2010 na Krakowskim Przedmieściu. Dopiero ostatnia zadyma pod Sejmem spotkała się z bardziej zdecydowaną reakcją – nieporównywalną jednak do policyjnej akcji przeciw protestującym w PKW po skandalicznych wyborach samorządowych w 2014 r. Przy okazji – „totalni” alarmują, że PiS z pewnością sfałszuje kolejne wybory i nawołują do społecznej kontroli w komisjach, co jest karykaturalną powtórką z akcji Ruchu Kontroli Wyborów. Fałszerstwo ma rzekomo umożliwić „pisowski” Sąd Najwyższy – jakoś nie przeszkadzało im dotąd hurtowe oddalania protestów nieśmiertelną formułką, że ewentualne nieprawidłowości „nie miały wpływu na końcowy wynik”.

Idźmy dalej – zagrożona jest jakoby „wolność mediów”. Owo zagrożenie, jak rozumiem, polega na tym, że opcja III RP straciła medialny monopol i zmuszona jest funkcjonować w warunkach pluralizmu – nader ułomnego dodajmy, bo jeśli spojrzeć na dominujące tytuły, stacje i portale to niemal wszystkie są zajęte jawnym zwalczaniem obecnego rządu, często na zlecenie zagranicznych, głównie niemieckich właścicieli, nie cofających się przed terroryzowaniem konkurencji rujnującymi pozwami. I znów – porównajmy to np. z historią przejęcia „Presspubliki” przez „zaprzyjaźnionego biznesmena” i śmietnikowych konsultacji tegoż z Pawłem Grasiem. Dodajmy, że politycy PiS zapowiadają, że sprawa repolonizacji zostaje odłożona do następnej kadencji – takie to i „zagrożenie”. Przykłady tego typu paranoicznego oglądu rzeczywistości można mnożyć – generalnie, ponoć zapanował już stalinizm, stan wojenny i III Rzesza w jednym. Najzabawniejsze jest chyba posądzanie PiS (bodaj najbardziej antyrosyjskiej partii w Europie) o działanie w interesie Rosji.


III. Ofiary reżimu, czy ofiary losu?

Mimo to, „totalni” czują się ofiarami permanentnej opresji. Zakładają więc stowarzyszenia opozycyjne, a nawet namiastki solidarnościowej konspiracji. Zważywszy, że poczesną rolę odgrywają tam persony pokroju płk. Mazguły czy „Farmazona” trudno nie docenić tu talentu parodystycznego. Dziś KOD czy Obywatele RP działają w warunkach wręcz cieplarnianych – wystarczy skonfrontować obecne realia z opisem czasów PO z pierwszej części artykułu. Na dodatek, opozycja ma do swej dyspozycji aktywa zgromadzone przez cały okres III RP, poparcie zagranicy o jakim polscy patrioci mogli tylko pomarzyć czy sponsorowane bez przeszkód z zewnątrz organizacje pozarządowe. Trochę (ale tylko trochę) urwały się im dotacje z publicznej kasy – co daje im asumpt do kładzenia się na pluszowych krzyżach w charakterze „ofiar reżimu”.

Drodzy „totalni”, jeśli mimo wszystkich pozostających w waszej dyspozycji zasobów jesteście wciąż tak bezsilni, to możecie winić jedynie własną nieudolność, arogancję każącą wam mieszać z błotem „motłoch kupiony za pińćset” (który powinniście do siebie przekonywać) i chroniczną bezradność w formułowaniu jakichkolwiek alternatywnych ofert dla wyborców. Wbrew temu, co wam się roi w głowach i czemu dajecie wyraz w wylewanych notorycznie potokach słownej agresji, frustracji i histerii – nie jesteście ofiarami reżimu. Jesteście ofiarami losu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (27.07-02.08.2018)

czwartek, 7 września 2017

Trudna młodzież

Młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.


I. Gorąca jesień

Szanowni Państwo, nadchodzi gorąca jesień, a wraz z nią nieuchronne demonstracyjne wzmożenie – bo powodów nie zabraknie. Pierwszy, to prezydenckie projekty ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mające wkrótce wpłynąć do Sejmu w miejsce tych zawetowanych przez Andrzeja Dudę. W ciemno można obstawiać, że jeżeli będą one zakładały jakiekolwiek zmiany mające ukrócić sądokrację, to będziemy mieli powtórkę ulicznego cyrku w obronie „trójpodziału władzy”. Druga rzecz, to zapowiedziana przez Jarosława Kaczyńskiego walka o dekoncentrację mediów, co również spotka się z histerycznym oporem w imię, ma się rozumieć, „wolności prasy”. Można się spodziewać, że protesty będą jeszcze lepiej zorganizowane niż te lipcowe, bo ich uczestnicy się policzyli, zadzierzgnęli kontakty, nade wszystko zaś – dzięki wspomnianym prezydenckim wetom przekonali się, że mogą wygrać, a to bardzo podnosi morale.

W tym miejscu chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę naszych czcigodnych wybrańców, czyli polityków „dobrej zmiany”, na pewną specyficzną grupę protestujących, która objawiła się właśnie przy okazji niedawnych manifestacji, a która do tej pory nie angażowała się czynnie w życie publiczne. Grupą tą jest lewicowo-liberalne pokolenie 20- i 30-latków, które opisywałem już na tych łamach w takich tekstach jak „Nowa generacja” czy „Ludowa rewolucja kontra rokosz elit”. Czynię tak nie dlatego, że podzielam ich poglądy (zwłaszcza w sferze kulturowo-obyczajowej), lecz dlatego, że głupotą byłoby wpychanie ich w objęcia „totalnej opozycji” od której – przynajmniej na tę chwilę – wyraźnie się dystansują. Na dodatek, na co również zwracałem uwagę – oni nie są obarczeni atawistycznym odruchem nienawiści wobec, mówiąc hasłowo, „pięćsetplusów” i „pisiorów”, nie ma więc sensu robić sobie z nich przeciwników większych, niż obecnie. To kwestia czysto praktyczna – nie dopuścić do powiększania i jednoczenia się szeregów wroga.


II. Młodzi – języczek u wagi

Dlatego też na dzień dobry uczulam przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” i wszystkich, którzy sądzą, że im szerzej walną na odlew tym lepiej, by wystrzegali się idiotyzmów w rodzaju nazywania dwudziestoparoletnich dziewczyn „ubeckimi wdowami” i demonstrowania hurtowej pogardy wobec wszystkich oponentów jak leci – bez różnicowania kim tak naprawdę są. Swoje bojowe zapały zostawcie na beneficjentów III RP, zaplutą w nienawistnym amoku kodowszczyznę z ich Mazgułami czy neopalikociarnię od „UBywateli RP” - bo z nimi faktycznie nie da się i nie ma sensu postępować inaczej. Natomiast ci, o których będzie tu mowa, to jednak inna para kaloszy – jest to, upraszczając, wielkomiejski prekariat, któremu często transformacja i post-balcerowiczowski model rozwoju dały w tyłek równie mocno jak nam. I oni o tym wiedzą, tyle że na autentyczne problemy znaleźli fałszywą odpowiedź (znów upraszczając - „postęp” obyczajowy i socjalizm). Póki co, na widok Schetyny czy innego Petru dostają drgawek. Nie znaczy to jednak, że ktoś ich w końcu nie zagospodaruje. I właśnie tego należy się ustrzec.

Oczywiście, ci młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi. Oni już się zaktywizowali i tego nie odwrócimy – a pamiętajmy, że na każdego demonstranta przypada X osób z jego grupy rówieśniczej na które oddziałuje. Zgodnie z teorią wieloetapowego przepływu informacji kluczowy wpływ na poglądy i decyzje ma bezpośrednie oddziaływanie najbliższego otoczenia. Rzecz w tym, żeby nie doprowadzać ich do desperacji, która sprawi, że zatykając nos zagłosują na zasadzie „wszystko, byle nie PiS”. Pamiętajmy, że oni z zasady nie ufają prawicy, bo podejrzewają ją o autorytarne zapędy - natomiast chodzi o to, by się nie zradykalizowali. A taka radykalizacja może nastąpić w każdej chwili. Już teraz dali się wmanipulować w obronę prawniczego establishmentu, bo wmówiono im, że w ten sposób bronią wolności (to dla nich pojęcie kluczowe), zapewne też pogalopują bronić mediów – o ile jednak jakieś nadgorliwe orły nie zaczną ich wyzywać od „ubeków”, to ich udział w protestach nie musi się przełożyć na głosy dla „totalnej opozycji”, co pokazał sondaż przeprowadzony po lipcowych demonstracjach – PO i Nowoczesnej nie przyrosło. Czyli, lewicowa młodzież demonstrowała nie w imieniu opozycyjnego mainstreamu, lecz niejako „obok”. Także żałosna akcja PO na plażach i Woodstocku oraz drętwe próby kokietowania młodzieży okazały się klapą. Wszystko to na kilometr jechało sztucznością i młodzi tego nie kupili.

Tyle, że za chwilę wezmą się za nich zawodowi spece od kreowania społecznych nastrojów (oni nie zwykli przegapiać takich okazji), co będzie o tyle łatwiejsze, że z obecnej perspektywy społecznej PiS to nie jest żadna „partia zmiany” (to już nie jest 2015 rok!), lecz po prostu ugrupowanie władzy. W lipcu macherzy z branży PR – Jakub Bierzyński (OMD) i Jakub Benke zgłosili projekt „społecznej organizacji, która w profesjonalny, systematyczny sposób zajmie się prodemokratycznym (i częściowo antyrządowym) marketingiem: cele, strategia, kreacja i publikacja w mediach. Ludzi i całych firm chętnych do darmowej pomocy znajdziemy teraz aż za wiele”. Słowem - „astroturfing” na masową skalę, a jego „targetem” w pierwszej kolejności będą właśnie opisywani tu młodzi ludzie, którym wmówi się, że działają w imię wyższych celów i wartości – po to, by utorowali drogę do władzy jakiejś zliftingowanej wersji starych układów.


III. Wygrać z astroturfingiem

Na szczęście, ten planowany „astroturfing” wcale nie musi się udać – o ile nie padnie na podatny grunt i nie stanie się rezonatorem oraz wzmacniaczem autentycznych, oddolnych emocji. Należy tylko uświadomić sobie kilka kwestii. Po pierwsze – perspektywa pokoleniowa. Obecne młode pokolenie w 2004 r., gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, było jeszcze dziećmi w wieku szkolnym, a 1989 r. to dla nich już w ogóle prehistoria. Dlatego narracja oparta na kombatanckich resentymentach na nich nie zadziała. Gdy ktoś ich nazywa „ubekami”, to sięgają po smartfony, by dowiedzieć się co to znaczy, a gdy się już dowiedzą, to wybuchają pustym śmiechem – w ten sposób PiS może się w ich oczach tylko skutecznie „zaorać”. Taki sam błąd popełniła z fatalnym dla siebie skutkiem druga strona hurtem zaliczając młodzież patriotyczną do „faszystów”. Młodzież lewicowa w tej chwili przechodzi w przyśpieszonym tempie ten sam proces, który stał się udziałem ich prawicowych odpowiedników w czasach dominacji salonowszczyzny. Po prawej stronie zaowocowało to chociażby półmilionowym Marszem Niepodległości. Chcemy mieć za chwilę analogiczne lewackie demonstracje? No właśnie.

Dzięki Bogu, PO i Petru również traktują ich protekcjonalnie, myśląc, że to taka młodsza wersja KOD-u. I ten błąd opozycji należy wykorzystać, tym bardziej, że sami młodzi odżegnują się od podpinania pod partyjne szyldy. Oni jeszcze nie są „zagospodarowani”. Jeszcze jest czas, by do nich wyjść i normalnie porozmawiać (również poprzez internet i media) - a wbrew pozorom, da się, trzeba tylko chcieć i umieć. Więcej, właśnie takim otwartym podejściem można ich skutecznie zneutralizować. Na PiS wprawdzie nie zagłosują, ale na tamtych też nie – i o to właśnie chodzi. Niech lewicowa młodzież, skoro już musi, głosuje zgodnie z własnym sumieniem – na jakichś „Zielonych”, na „Razem” - i niech się Zandberg cieszy, że ma te swoje 3 procent... Dlatego warto podsycać w nich niechęć do partyjnego establishmentu i weteranów salonowszczyzny, do całej tej nachapanej kasty beneficjentów III RP - bo też obiektywnie młodych prekariuszy z nimi nic nie łączy, nie mają wspólnych interesów. Tamci, niczym Bourbonowie po rewolucji, chcą wyłącznie restauracji starego porządku, nie mają dla młodych żadnej oferty – i na tej strunie warto pograć. Trzeba im unaoczniać czym jest tak naprawdę kasta sędziowska i że ich protesty utwierdzają ją jedynie w aroganckim poczuciu bezkarności. Tylko, błagam, z wyczuciem, a nie w stylu topornej propagandy a la Kurski, bo to ich nawet nie irytuje, tylko zwyczajnie śmieszy.

Niestety, PiS po znakomitych kampaniach wyborczych z 2015 r. znów zatraciło umiejętność przejrzystej i sprawnej komunikacji, powracając do oblicza siermiężnej prawicy, co skutkuje wrażeniem „obciachowości”. I tu pytanie do „dobrej zmiany” - macie ludzi zdolnych do podjęcia się zarysowanego tu zadania, czy też zafiksowaliście się już ze szczętem na wewnętrznych wojenkach? Drodzy politycy, poza wszystkim, zechciejcie łaskawie uwzględnić, że w tym i poprzednich wzmiankowanych na wstępie artykułach odwaliłem za was kawał roboty, którą powinniście byli wykonać sami, lecz bądź to z gnuśności, bądź to z przyrodzonej tępoty jakoś tego nie zrobiliście. Upraszam więc o pochylenie się nad tym tekstem, by nie skończyło się na rzucaniu pereł przed wieprze. Kończąc, przypomnę hasło niedawnej kampanii przeprowadzonej na Węgrzech: „nie pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa generacja

Ludowa rewolucja kontra rokosz elit

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)

piątek, 7 lipca 2017

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów

1) „Symetryści” to współczesna odmiana rewizjonistów. 2) Fala „populizmu” nie opadła - to politycy mainstreamu nauczyli się na niej jako-tako surfować.

I. Rewizjonistom twarde „nie”!

Jak Państwo wiedzą, od czasu do czasu w celach poznawczych dokonuję tu wiwisekcji liberalnych mózgownic, by sprawdzić co też tam nowego się urodziło. Śpieszę donieść, że na dzień dzisiejszy obóz lewicowo-liberalny ma dwa nowe słowa-zaklęcia: na gruncie krajowym jest to „symetryzm”, zaś na skalę międzynarodową - „postpopulizm”. Oba wytrychy pojęciowe mają jedną, podstawową cechę wspólną: niczego nie wyjaśniają i stanowią jedynie polityczno-ideową wersję antydepresantu, mającą podnieść u ich głosicieli samopoczucie, tudzież wywołać przeświadczenie, że obrany kurs jest słuszny – trzeba tylko zewrzeć szyki, uciszyć malkontentów i szturmować wraże pozycje. Jak to często bywa, takie sztuczne zagłuszanie percepcji powoduje skrajne rozmijanie się z rzeczywistością.

Zacznijmy od „symetryzmu”. Ów koncept opisał flagowy duet autorski tygodnika „Polityka”, czyli Mariusz Janicki – Wiesław Władyka w artykule „Symetryści i poputczycy”. Kim są owi „symetryści”? Otóż najprościej rzecz ujmując, jest to współczesna odmiana rewizjonistów. Okazuje się, że nie wystarczy być w opozycji wobec PiS. Należy przede wszystkim schować głęboko do kieszeni wszelki krytycyzm wobec rządów PO i szerzej – wobec dorobku III RP. Jeżeli uważasz, że PiS jest normalną partią polityczną mieszczącą się w demokratycznym porządku, a jej niechby i kontrowersyjne poczynania nie odbiegają ciężarem gatunkowym od tego co robiła Platforma – jesteś symetrystą. Jeśli sądzisz, że PO popełniła szereg błędów, które finalnie spowodowały jej porażkę – obiektywnie stajesz po stronie PiS. Jeżeli krytykujesz „błędy i wypaczenia” transformacji ustrojowej skutkujące pauperyzacją znacznej części społeczeństwa, poczuciem degradacji, zrodzoną z tego frustracją i generalnie nie uważasz III RP pod rządami jej beneficjentów za pasmo historycznych sukcesów – stajesz się „poputczykiem” Kaczyńskiego i w rezultacie, chcąc nie chcąc, grasz z nim w jednej drużynie.

Proszę zauważyć, że te oskarżenia kierowane są do wewnątrz i obliczone są na zdyscyplinowanie własnych szeregów oraz pacyfikację odstępców od jedynie słusznej linii „totalnej opozycji”. Innymi słowy, zarzut „symetryzmu” ma na celu wyeliminowanie wszelkiego krytycznego oglądu rzeczywistości i zapieczenie własnego środowiska w tępym dogmatyzmie spod znaku „żeby było tak, jak było”. A kto wykonuje krok w bok – ten odszczepieniec i „wróg ludu” pogrążający się w błędach „prawicowego odchylenia”. Takich nam nie potrzeba, bo osłabiają jedność moralno-ideową – można by streścić przesłanie Janickiego i Władyki, będących w tym przypadku głosem rządzących po opozycyjnej stronie gerontów „republiki okrągłego stołu”. Przypomina to potępieńcze połajanki z czasów PZPR na „jałowe krytykanctwo” i „wodę na młyn odwetowców z Bonn”. Wątpliwości, wahania, indywidualizm, niechęć do polityki, wszystkie te »naturalne« cechy niepisowskiego elektoratu ułatwiają marsz zwartych oddziałów Prawa i Sprawiedliwości” - kończą swój tekst autorzy „Polityki”. Słowem, jak to śpiewano w piosence „Różowe świnki” - „rewizjonistom twarde nie!”.


II. „III RP z ludzką twarzą”

Mamy tu w znacznej mierze spór generacyjny w obozie liberalnym, bo tak się składa, że oskarżani o „symetryzm” to często publicyści i politycy z młodszego pokolenia. Oto „dzieci” architektów III RP, podnoszą to, czego broniące własnych wyborów i biografii pokolenie ich „ojców” nie chce zauważać. Znów przypomina się PRL-owski schemat, kiedy to potomstwo stalinowców zaczęło walczyć o „socjalizm z ludzką twarzą”. Tu analogicznie – powodowane liberalną aksjologią (zostawiam na boku, co o „liberalnych wartościach” sądzę), młode pokolenie lewicowych liberałów pragnie „III RP z ludzką twarzą”. To co ich wyróżnia, to chociażby większa wrażliwość społeczna i empatia wobec pogardzanego przez okrągłostołowe elity „ciemnego ludu”. Dlatego m.in. doceniają program „500+” widząc jego rozliczne emancypacyjne skutki dla warstw do tej pory skrajnie upośledzonych. Upominają się o godność ludzi dotąd wykluczonych i nie partycypujących w „historycznym sukcesie”. Wystarczy prześledzić chociażby teksty Grzegorza Sroczyńskiego – bodaj jedynego publicysty „Wyborczej” nadającego się do czytania. Na podobnym gruncie stają również często publicyści internetowej „Kultury Liberalnej”. Inaczej rzecz ujmując: jeżeli Sadurski pomstuje, że Kaczyński dał „nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”, to „symetryści” pytają: „a co w tym złego? I dlaczego »plebsowi« do tej pory tego odmawiano?”

W konsekwencji, „symetryści” przez „gerontów III RP” postrzegani są jako element niepewny, wciąż balansujący na granicy zdrady. Niedawno we wspomnianej tu „Kulturze Liberalnej”, która problemowi symetryzmu poświęciła jeden z ostatnich numerów, ukazał się wywiad z Rafałem Wosiem - „symetrystycznym dysydentem” z „Polityki” - z którego wynika, że we własnej redakcji jest ledwie tolerowany. I to jest dla, hasłowo rzecz ujmując, obozu patriotyczno-niepodległościowego, dobra wiadomość: „symetryści” bowiem uosabiają po stronie liberalnej głos elementarnego rozsądku – i ten głos jest systematycznie sekowany przez dominujących „twardogłowych” walczących z „pisowskim odchyleniem”. W zamian za to mamy erupcję destrukcyjnej (głównie dla nich samych) agresywnej histerii symbolizowanej przez „Wyborczą”, „Lisweeka”, a na ulicach – przez neo-palikociarnię spod znaku „Obywateli RP”. Michnik podczas jednego ze spotkań powiedział, że za komuny wystarczyło mu, że był „antykomunistą” i teraz też wystarczy mu, że jest „antypisowcem”. Jak długo po stronie opozycji będzie trwał taki układ sił, przejawiający się na zewnątrz totalnym negowaniem wszystkiego, bez żadnych konstruktywnych rozwiązań dla Polski i Polaków, to Kaczyński może spać spokojnie.


III. „Populizm” kolonizuje mainstream

Teraz drugie słowo-wytrych, czyli „postpopulizm”, którym wachlują się z lubością publicyści polityczni na Zachodzie. Jak się zdaje, ukuto je po zwycięstwie Macrona we Francji, odtrąbieniu „Europy wielu prędkości” i powrotu do niemiecko-francuskiego „silnika” Unii Europejskiej. Ów „postpopulizm” oznaczać ma klęskę ugrupowań i polityków „radykalnych”. Oto, prawią nam zwolennicy tej teorii, populistyczna fala się cofnęła, a Trump w USA i „Brexit” to były wypadki przy pracy – bolesne, ale jednak incydenty, ludzie ochłonęli z populistycznej gorączki i znów głosują jak trzeba. Ba, pisze się wręcz o „epoce postpopulizmu”. Krótko mówiąc, jest to wielkie westchnienie ulgi polityczno-medialnego mainstreamu – znów wszystko jest pod kontrolą.

A bullshit, że się tak z amerykańska wyrażę. Nic nie jest pod kontrolą, a „populizm” wcale się nie cofnął. Żeby Norbert Hofer przegrał w Austrii, trzeba było powtarzać drugą turę wyborów prezydenckich po ewidentnych przewałach za pierwszym podejściem i przy mobilizacji wszystkich dotychczasowych sił politycznych, które postawiły na kandydata dotąd marginalnego – czyli Alexandra Van der Bellena, bo na widok polityków z głównego nurtu ludzie dostawali mdłości. Geert Wilders w Holandii ze swoją Partią Wolności poprawił swój wynik o 3 pkt. proc. i 5 mandatów w parlamencie. Żeby go powstrzymać rząd nie zawahał się przed zorganizowaniem antytureckiej „pokazuchy” z policją i psami na ulicach – bo musiał się uwiarygodnić przed wnerwionymi wyborcami, że też potrafi twardo pograć z imigrantami. Podobnie we Francji – na zwycięstwo Macrona i jego „En Marche!” musiał się złożyć cały establishment od lewa do prawa i do ostatniej chwili drżał o wynik. Sam Macron, by wygrać z Marine Le Pen zmuszony był odegrać komedię, jakoby był człowiekiem spoza układu, a „En Marche!” nie było partią, lecz „ruchem społecznym” - wypisz-wymaluj PO u swego zarania. Do tego musiał się uciec do „populistycznych” zagrań w rodzaju pomstowania na „dumping socjalny” i odwołać do mocarstwowych sentymentów Francuzów – bo do tego sprowadzała się jego obietnica, że Francja znów będzie liczącym się graczem w Europie. W Niemczech natomiast AfD niemal na pewno wejdzie po raz pierwszy do Bundestagu i to być może z kilkunastoprocentowym poparciem.

Co to oznacza? Ano to, że „populistyczny” program kolonizuje mainstream od wewnątrz. Dziś, aby wygrać wybory politycy głównonurtowi muszą przechwycić i „oswoić” przynajmniej część haseł „radykałów” - by udowodnić, że nie zamykają oczu na rzeczywistość. Nade wszystko zaś, przeciw „populistom” musi grać cały polityczny establishment i trząść się do samego końca – rzecz do niedawna nie do pomyślenia. Podsumowując, fala „populizmu” nie opadła - to politycy mainstreamu nauczyli się na niej jako-tako surfować. Tyle, że każdy surfer kiedyś się wywróci, a my czytając o „symetrystach” i „postpopulizmie”, czy co tam nowego się wykluje, możemy ze spokojem obserwować jakież to intelektualne wygibasy muszą wyczyniać liberalni publicyści, by pogodzić realny obraz świata ze swymi idiosynkrazjami, fobiami i obsesyjnym, sekciarskim doktrynerstwem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (05-11.07.2017)

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pińćset!

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian.

I. Polityczny Armageddon

„Pińćset!” - alarmują doniesienia medialne. „Pińćset!” - wylewa się z internetowych forów. „Pińćset!” - pomstują autorytety i beneficjenci transformacji. Gdyby zawitał tu ktoś nie obeznany z polskimi realiami i wziął na poważnie ten histeryczny harmider, mógłby dojść do wniosku, że właśnie odbywa się bitwa na polach Armageddonu, a owo nienawistnie cedzone przez zęby, wysykiwane spomiędzy zaciśniętych warg „pińćset” jest jakimś nowym imieniem Bestii. Hipotetyczny przybysz musiałby być nieźle zdziwiony, gdyby w końcu dotarło do niego, że „pińcset” to po prostu nowe świadczenie socjalne przyznawane rodzinom z dwójką i więcej dzieci, a po spełnieniu kryterium pułapu dochodu – również tym z jednym potomkiem. Słowem, nic nadzwyczajnego – ot, element polityki prorodzinnej funkcjonującej w różnych wariantach w wielu europejskich krajach.

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian i systemie społeczno-gospodarczym III RP. Niemniej, apokaliptyczna intuicja wspomnianego gościa byłaby na swój sposób trafna: świadczenie to - nie tyle nawet przez swoją wysokość, ile przez powszechność - uderza bowiem w splot różnorakich interesów i dla czerpiących profity z dotychczasowego układu faktycznie zaczął się Armageddon.

Po pierwsze, 500+ obnaża skrajny egoizm dotychczasowej kasty rządzącej Polską, skoncentrowanej dotąd na zgarnianiu pod siebie i dzieleniu łupów, na zmianę z wysługiwaniem się obcym potencjom, których patronatowi zawdzięczała swą uprzywilejowaną pozycję. Patronatowi, oraz, ma się rozumieć, aktowi założycielskiemu III RP, jakim było zblatowanie starannie dobranych elit „z obu stron historycznego podziału” przypieczętowane kontraktowymi wyborami 1989 r. z dopisaną naprędce II turą (wbrew jednoznacznemu werdyktowi wyborców z 4 czerwca), wyborem Jaruzelskiego na prezydenta i symbolicznym w swej wymowie obaleniem rządu Jana Olszewskiego równo trzy lata później. To wtedy światłe elity powiedziały narodowi „bujajcie się” - i tak już zostało przez następne ćwierćwiecze. Rządzić miały naprzemiennie kolejne mutacje tego samego, co najwyżej uzupełniając się metodą kooptacji. A ludzie? A kto by się tym motłochem przejmował?

No więc właśnie, ktoś się wreszcie przejął. I stąd to wycie. Demonstrowana troska o budżet państwa, stabilność finansową, deficyt itd. jest jedynie parawanem mającym zakamuflować prawdziwą przyczynę strachu: ludzie, którzy wreszcie dostali cokolwiek do ręki, nie będą już na nas głosować! Dobrze ujął to pisujący do „Wyborczej” dziennikarz Filip Springer, zarzucając poprzedniej władzy idiotyzm, że nie sięgnęła po tak oczywiste z obecnej perspektywy rozwiązania jak „pięćset na dziecko”, czy ogłoszone niedawno „Mieszkanie+”: jak im to wyjdzie, to będą im tak słupki leciały do góry, że jak zechcą, to Trybunał Konstytucyjny wyślą w kontenerze na Kamczatkę. A opiniami Komisji Europejskiej będą się podcierać”.

II. Cios w społeczną hierarchię III RP

Druga sprawa, to strącone z piedestału (w symbolicznym wymiarze, od strony materialnej wciąż niczego im nie brakuje) dotychczasowe elity społeczne, intelektualne, artystyczne – władcy dusz i liderzy opinii maszerujący dziś w pochodach ZBOWiD-owców III RP, oraz ci, którzy się z nimi utożsamiają i na tej – niechby nawet iluzorycznej - przynależności do „lepszego towarzystwa” budowali dotąd poczucie własnej wartości. Przyzwyczaili się do roli awangardy postępu w „tym kraju”, łącząc ją płynnie z głęboką pogardą dla ciemnej prowincji. Przywołam tu cytowaną już kiedyś w tekście „Portret KOD-owca” wypowiedź lewicowego socjologa, prof. Michała Bilewicza: Kiedy zapytaliśmy ich (przedstawicieli wielkomiejskiej klasy średniej – GG) o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie.

No właśnie, a teraz ci „Polacy”, w domyśle – czerń, skazywana jeszcze niedawno na wymarcie – stanowi trzon elektoratu zwycięskiej partii. Odbierane jest to w kategoriach buntu: oto zrewoltowany motłoch podnosi łeb, dopieszczony na dodatek finansowo przez 500+, zaś oni, „wykształceni, z dużych miast” – we własnych oczach z natury rzeczy predestynowani do roli przewodniej siły narodu – muszą cierpieć rolę „gorszego sortu”. Tak dramatyczne przewartościowanie musi skutkować głębokim zaburzeniem psychicznego dobrostanu i frustracją, to zaś z kolei wywołuje potrzebę odreagowania. Dlatego właśnie z tej grupy płyną najbardziej jadowite „hejty” pod adresem hołoty z czworaków, która „dała się kupić za pińćset”. Co gorsza, tak długo, jak „hołota” będzie te swoje „pińćset” dostawać, to „pisiory” z „kurduplem” będą pozostawać u władzy. Mamy więc kolejny efekt programu „500+” - tym razem w warstwie symbolicznego odwrócenia społecznej hierarchii, co uwiera dotychczasową „klasę panującą” w nie mniejszym stopniu, niż utrata politycznej władzy i apanaży.

Bodaj najdobitniej owo poczucie degradacji wyraził prof. Zbigniew Mikołejko, który wychodząc od swego sformułowanego w 2012 r. obrzydzenia wobec „wózkowych matek”, dla których dzieci są „pretekstem, by nic nie robić, nie pracować, nie rozwijać się”, dopowiada dziś, iż „stały się częścią armii Kaczyńskiego, co pokazuje statystka, bo 54 proc. kobiet w wieku rozrodczym poparło PiS. Zostały kupione programem 500 + i mają w nosie naszą wolność”. Proszę zwrócić uwagę: o ile jeszcze cztery lata temu Mikołejko wypowiadał się z wyżyn dyskursu pogardy, o tyle dziś – piekląc się w poczuciu bezsilności – konstatuje porażkę swego środowiska.

III. Koniec Bangladeszu Europy

No i wreszcie trzecia warstwa oddziaływania programu „500+”: pełzająca rewolucja w patologicznych do tej pory stosunkach pracy. Niedawno obiegły media hiobowe wieści o rozpaczliwej sytuacji przedsiębiorców na Pomorzu i Mazurach - szczególnie w branży gastronomicznej i hotelarskiej, ale też plantatorów. Tuż przed szczytem sezonu turystycznego rozpaczliwie brakuje rąk do pracy. Nie można znaleźć chętnych do niskopłatnych prac fizycznych: sprzątanie, kuchnia, zbiór truskawek, obsługa w lokalach gastronomicznych. Oczywiście, wszystko za najniższą krajową, czyli niecałe 1,3 tys. zł na rękę, lub 1,5 zł za koszyk truskawek. Wedle pracodawców ludzie są „rozbestwieni” i wprost mówią, że po skorzystaniu z programu „500+” bardziej opłaca im się zostać w domu. Wiem, że polskie państwo, delikatnie mówiąc, nie rozpieszcza rodzimego biznesu, zwłaszcza małego i średniego, w przeciwieństwie do zagranicznych koncernów, które mogą liczyć na wszystkie udogodnienia, z pomocą publiczną i zwolnieniami podatkowymi na czele, choć często wcale nie płacą ludziom więcej. Niemniej, takie sieci handlowe szybko połapały się w „zagrożeniach” wynikających z „pińćset” i zgrzytając zębami podniosły nieco wynagrodzenia dla szeregowych pracowników, nawet specjalnie nie ukrywając, że czynią tak z obawy, że „nie będzie kim robić”. Do naszych przedsiębiorców to jeszcze nie dotarło i teraz przeżywają niemiłe zaskoczenie. Co, ludziom, kurna, pracować się nie chce za kilka złotych za godzinę? Zawsze tyle płaciliśmy i tak ma być! Teraz tęsknie wyczekują na Ukraińców i Białorusinów – którzy przyjadą, albo i nie, a na pewno nie w takiej liczbie, by obsadzić większość wakatów. Na dłuższą metę jednak będą zwyczajnie musieli podnieść pensje, albo zwijać interes.

Szczytem ignorancji i arogancji popisał się Tomasz Limon z Pracodawców Pomorza twierdząc, że kobieta zamiast pracować woli dostać 1500 zł na dzieci, zostać w domu i „nic nie robić” oraz różne businesswomen biadające, że „rola kobiety znowu została spłaszczona do garów i pieluch”. Jak się domyślam, przy trójce dzieci kobieta bezproduktywnie leży i pachnie, zamiast realizować się zawodowo jadąc na szmacie w hotelu, czy trzaskając garami w jakiejś jadłodajni. I nikomu nie postanie w głowie pytanie: co się do tej pory działo, co było nie tak, że te 500 czy 1000 złotych miesięcznie jest tak znaczącym zastrzykiem finansowym dla tak wielu polskich rodzin? Podpowiem: dominanta (najczęściej otrzymywana pensja) wynosi w Polsce 2469,47 zł brutto, czyli niespełna 1800 zł na rękę.

I właśnie ta presja na zwyżkę wynagrodzeń jest kolejnym pozytywem wyklinanego „pińćset na dziecko”, prowadząc w dłuższym okresie do przeorania relacji pracodawca-pracownik. Nie sposób wiecznie konkurować tanią siłą roboczą opartą na „pracującej biedocie”, żyjącej od „chwilówki” do „chwilówki”, a Polska nie może wiecznie pozostawać Bangladeszem Europy.

Elementem łączącym wszystkie trzy omówione tu warstwy jest bowiem szeroko rozumiane upodmiotowienie Polaków – w sferze politycznej, społeczno-symbolicznej i ekonomicznej - oraz związane z tym odzyskanie godności. „Pińćset” oznacza rewolucję – i gwarancję, że stare już nie powróci.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Batalia o polską rodzinę”

„500+ czyli apokalipsa”

„Portret KOD-owca”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (15-21.06.2016)