Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lustracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lustracja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2019

Jan Olszewski i dwie daty

18 czerwca 1989 i 4 czerwca 1992 – to dwie symboliczne daty konserwujące na długie lata III RP jako postkomunistyczny bantustan.

I. 18 czerwca 1989 r. - akt założycielski III RP

Tak się złożyło, że śmierć premiera Jana Olszewskiego zbiegła się z kolejną medialną próbą rehabilitacji Okrągłego Stołu i czerwcowych wyborów z 1989 r. Wicenaczelny „Wyborczej” Jarosław Kurski w komentarzu zaapelował, by przywrócić „świętu 4 czerwca 1989 r. należne miejsce w zbiorowej pamięci” (czyli ustanowić ten dzień świętem państwowym) i nie pozwolić go „zbrukać i umniejszyć”. Pojawia się również passus o „okradaniu z życiorysów” oraz wątek nadziei, iż Polacy mimo wszystko „potrafią się porozumieć”, dzięki czemu „taki mord, jak ten w Gdańsku, nigdy się nie powtórzy”. Mamy zatem klasyczne pudrowanie nieświeżej legendy o porozumieniu Polaków z dwóch stron historycznego podziału, dzięki któremu mogła się narodzić wolna i demokratyczna III RP – tę narrację michnikowszczyzny znamy zresztą od blisko 30 lat. Jedyny nowy akcent to wtłoczenie w ten propagandowy przekaz zabójstwa Pawła Adamowicza – z kontekstu wynika, że strona kontestująca mit Okrągłego Stołu dzieli Polaków i tym samym ponosi co najmniej moralną odpowiedzialność za śmierć prezydenta Gdańska. Można? Można. Na powyższe nakłada się zapowiedź powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki pod szyldem „ruchu 4 czerwca”, który ma zostać zainaugurowany w 30 rocznicę kontraktowych wyborów. Najwyraźniej Angela Merkel zniecierpliwiona nieudolnością „totalnej opozycji” zdecydowała się wysłać swojego protegowanego, by zaprowadził porządek w Warszawie, a natchniony tym obóz beneficjentów III RP szykuje się do rozstrzygającej batalii.

Czy wspomniany obóz ma prawo do wciągania 1989 r. na swoje sztandary? Ależ ma, jak najbardziej – tyle, że przestrzelił nieco z konkretną datą. Otóż aktem założycielskim III RP w jej ogólnie znanym, postkomunistycznym kształcie nie były wcale wybory z 4 czerwca, wtedy bowiem naród wypowiedział się jednoznacznie, wysyłając komunistów w kosmos – ze szczególnym uwzględnieniem tzw. listy krajowej. Prawdziwy początek III RP to dwa tygodnie późniejsza II tura wyborów (18 czerwca), która wbrew jasnemu stanowisku Polaków przyklepała ustalony przy Okrągłym Stole podział mandatów. Przypomnijmy, że dwa dni po I turze (6 czerwca) doszło do spotkania strony „solidarnościowej” w osobach Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego z przedstawicielami PZPR (Ciosek, Gdula, Kiszczak), w której „nasi” podali komunie tlen, potwierdzając ustalone wcześniej parytety miejsc w sejmie kontraktowym.

I to jest właśnie kwintesencja III RP – owo aroganckie przeświadczenie, że „oświecone i odpowiedzialne elity” władne są decydować ponad głowami nieodpowiedzialnego, ciemnego ludu. Wyborcy 4 czerwca 1989 jasno pokazali, że nie interesuje ich, co między sobą ustalili „partyjni” i „bezpartyjni” w Magdalence – ale to dla ojców-założycieli III RP nie miało znaczenia. Ma być tak jak zostało dogadane, koniec kropka. I ta zasada założycielska, czyniąca z aktu wyborczego pustą fasadę, dekorację legitymizującą różne obrotowe konfiguracje kolejnych rządów, obowiązywała przez następne dziesięciolecia. Jeżeli gdzieś szukać przyczyn niskiej aktywności społecznej Polaków i słabej frekwencji podczas kolejnych wyborów, to właśnie w tym pierwszym szwindlu i demonstracyjnym zlekceważeniu woli większości. To wtedy Polacy zobaczyli, że ich głos dla tych „na górze” po staremu się nie liczy – i zajęli się swoimi sprawami.

Tak więc, szanowni obrońcy Okrągłego Stołu - odczepcie się od 4 czerwca. 18 czerwca 1989 i II tura przy 25 proc. frekwencji – to jest wasza data i upamiętniajcie ją sobie, jak tylko chcecie.


II. Unieważnić układ z Magdalenki

Śp. premier Olszewski zmarł 7 lutego, dzień po 30 rocznicy rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu – i jest w tej koincydencji coś symbolicznego. Po raz kolejny jego ścieżka przecięła się ze zgniłym układem Magdalenki – niczym pamiętnej nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r. To rząd Jana Olszewskiego był pierwszym prawdziwie niekomunistycznym rządem nowej Polski, powołanym po pierwszych wolnych wyborach. I to Jan Olszewski jako pierwszy chciał realnie przekształcić postkomunistyczne oblicze III RP przyklepane 18 czerwca 1989 r. Tu dygresja – stawia się w tym kontekście zarzut, że przy Okrągłym Stole był zarówno Olszewski, jak i bracia Kaczyńscy, w związku z tym są tak samo „umoczeni” jak Mazowiecki czy Geremek. Otóż nie. Wszystko bowiem zależy od tego, PO CO siadało się do rozmów – czy traktowało się negocjacje jako niezbędny etap taktyczny na drodze do ostatecznego odsunięcia komunistów od wpływów i władzy, czy też jako drogę do zawarcia wiążących ustaleń, mających trwale ukonstytuować przyszły porządek polityczny. Rychło się okazało, że stronnictwo, które przejęło pod czułym okiem Kiszczaka przywództwo po stronie solidarnościowej (Michnik-Kuroń-Geremek, czyli, jak wtedy mawiano „michnikuremek”) dążyło do tej drugiej opcji w strachu przed polskim „endeckim ciemnogrodem” - czego przejawem była „gruba kreska” Mazowieckiego i jego słynne „pacta sunt servanda” czy antyrozliczeniowe i antylustracyjne tyrady Michnika (który, nawiasem, stał się zaprzysięgłym wrogiem lustracji po tym, jak sobie pobuszował w archiwum MSW).

Rząd Jana Olszewskiego przeciwnie – pragnął unieważnić okrągłostołowy układ, na wszelkich możliwych polach, słusznie uważając, że umowy z okupantem zawierane w cieniu politycznych mordów nie mogą być obowiązujące. Dotyczyło to nie tylko lustracji i dekomunizacji. Nigdy dość przypominania, że to właśnie gabinet Olszewskiego jasno ustalił nasze priorytety zagraniczne jako drogę na zachód i do NATO. To on ostatecznie utrącił agenturalne „koncepcje” Wałęsy - „NATO-bis” i „EWG-bis”, nie wspominając już o zablokowaniu pomysłu rosyjsko-polskich spółek joint venture, które miały zostać zainstalowane w posowieckich bazach wojskowych. Gdyby nie to, pozostalibyśmy na długi czas w geopolitycznej próżni, strefie zgniotu między wschodem a zachodem, w efekcie czego obecna Polska mogłaby przypominać Ukrainę – kto wie, czy nie z eksterytorialnym korytarzem do Kaliningradu (były i takie projekty). Warto o tym pamiętać, tym bardziej, że dziś pierwsi do przypisywania sobie zasług są ci, którzy wówczas prozachodni kurs rządu Olszewskiego kwitowali jako polityczne awanturnictwo i dywagowali o „finlandyzacji” Polski, jako jedynym „odpowiedzialnym” scenariuszu. Wreszcie, co również istotne, rząd Jana Olszewskiego usiłował powstrzymać złodziejską prywatyzację, uwłaszczanie się partyjnej nomenklatury i rozgrabianie narodowego majątku, co budziło nie mniejszą wściekłość, niż chociażby wizja dekomunizacji służb mundurowych.


III. Dwie daty

W tych warunkach rząd Jana Olszewskiego musiał upaść, niezależnie od niestabilnego sejmowego poparcia. Godził w zbyt wiele interesów, podważał cały magdalenkowy porządek. Był nie na rękę zarówno postkomunistom, jak i zblatowanej z nimi Unii Demokratycznej, która w „historyczne porozumienie” zainwestowała cały swój autorytet, a także „aferałom” z KL-D, którzy inkasowali wtedy „niemieckie dotacje” przekazywane w reklamówkach. Realizacja przez ministra Antoniego Macierewicza sejmowej uchwały lustracyjnej jedynie przyspieszyła nieuchronne (votum nieufności dla mniejszościowego gabinetu zostało zakulisowo uzgodnione już wcześniej, właśnie z wymienionych wyżej przyczyn).

Teraz, jako „wielkiego człowieka”, żegna go osobiście Adam Michnik, lśniąc przy tym miedzianym czołem. Ten sam Michnik, którego organ wręcz zapluwał się przy okazji „nocnej zmiany”, pisząc o „nikczemności” i drukował kabotyński wiersz Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. A ja wrócę do wyborów z 1989 r. Otóż rząd Jana Olszewskiego podjął próbę realizacji woli narodu wyrażonej 4 czerwca 1989 r. i przekreślonej dwa tygodnie później II turą. 18 czerwca 1989 i 4 czerwca 1992 – to dwie strony tego samego medalu i dwie symboliczne daty konserwujące na długie lata III RP jako postkomunistyczny bantustan. I to właśnie one powinny widnieć na sztandarach tych, którzy pragną, żeby „było tak, jak było”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (15-21.02.2019)

sobota, 25 września 2010

Marek P. na własne życzenie.


Lustracyjne zaniechanie pcha polski Kościół ku przepaści.

I. Pełnomocnik z Wydziału IV.

Niedawna chryja związana z postawieniem zarzutów byłemu esbekowi, Markowi Piotrowskiemu (obecnie – Markowi P.), który reprezentował przed kościelno – rządową Komisją Majątkową przy MSWiA parafie i zgromadzenia zakonne to smutna konsekwencja braku woli do przeprowadzenia przez Kościół wewnętrznej lustracji. Przypomnijmy, że przed tą szemraną postacią ostrzegał ksiądz Tadeusz Isakowicz–Zaleski, ale cóż – Zaleski to „lustrator” i zapewne „pisowiec”, więc kto by go tam słuchał... Teraz wszyscy zainteresowani na gwałt się od Marka P. odcinają według schematu - nie znali, jeżeli znali to przelotnie, ktoś polecił bo skuteczny, a już na pewno nikt nie wiedział, że to esbek ze stażem w krakowskim Wydziale IV zajmującym się inwigilacją Kościoła.

Modelowym przykładem mogą być tu wykręty ks. Bronisława Fidelusa, proboszcza Bazyliki Mariackiej w Krakowie – protektora Marka P. i przeciwnika kościelnej lustracji, który wali z tradycyjnych w takich przypadkach wielkokalibrowych dział, że to „zaplanowana akcja” mająca na celu „dyskredytowanie roli Kościoła i jego przedstawicieli". Oświadczenie rzecznika kurii krakowskiej, ks Nęcka w stylu „ja nic nie wiem” dopełnia obrazu żałości.

II. „Wierz choćby i w kozła...”

Żadna z licznych w ostatnich dniach wypowiedzi przedstawicieli Kościoła nie wyjaśnia podstawowej kwestii: jakim cudem Marek P. przez tyle lat kręcił lody na styku Państwo – Kościół, polecany sobie przez kolejne osoby i instytucje? Tłumaczeń, że nikt nie wiedział co o rzeczonym osobniku rozgłaszał ks. Isakowicz–Zaleski nie przyjmuję do wiadomości. Skoro publikacje ks Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego były śledzone przez kościelne czynniki na tyle pilnie, by objąć go restrykcjami, to sprawa jest jasna: musiano wiedzieć, kim jest MarekP.!

Pytanie, w jakim stopniu „biznesowa” kariera esbeckiego delikwenta napędzana była strachem przed ujawnieniem TW wśród prominentnych dziś duchownych, w jakim zaś przez fałszywie pojmowany pragmatyzm, sformułowany onegdaj przez biskupa Andrzeja Zebrzydowskiego „wierz choćby i w kozła, byleś mi dziesięcinę płacił”, dziś mający postać „a bądź sobie i esbekiem, byleś zwrot majątku załatwił”.

Tak czy owak, aferę z Markiem P. Kościół zafundował sobie na własne życzenie.

III. Zapotrzebowanie „Polski jasnej” z warszawskich szynków.


Osobnym zagadnieniem jest, na ile akcja „odpolitycznionego” i wyposażonego w nowe kompetencje CBA jest efektem nie pamiętanego od czasów szczytowej popularności Urbanowego „NIE” wybuchu antyklerykalizmu, którego widomym znakiem była wytaczająca się co noc z warszawskich szynków pod Krzyż Smoleński pijana czereda reprezentantów „Polski jasnej”. Logika polityczna podpowiada, że rząd musi jakoś dopieszczać emocjonalnie tę grupę swojego elektoratu i taka kompromitacyjka związana z finansowymi przekrętami na styku państwo – Kościół doskonale w te emocjonalne potrzeby trafia, fundując przy okazji igrzyska odwracające uwagę od smoleńskiego śledztwa, czy zapaści finansów publicznych. Podatność na manipulację i bezrefleksyjność rzeczonego „targetu” wyborczego jest zresztą taka, że trudności budżetowe państwa pewnie wytłumaczą sobie gładko, że to „klechy” wszystko zachachmęciły. Komentarze pod odnoszącymi się do sprawy artykułami nie pozostawiają złudzeń.

Niezależnie jednak od tego, czy CBA działało tu na zamówienie; czy jest to element antykościelnej kampanii, czy nie, afery by nie było, gdyby Kościół w Polsce zdecydował się na rzetelną, a nie pozorowaną lustrację. Wówczas osoby takie, jak Marek P. nie miałyby czego szukać. Zakonne i parafialne konfiturki pozostawałyby poza zasięgiem.

IV. Timeo Danaos et dona ferentes.

Spoglądam sobie na internetowe doniesienia o sprawie zatrzymania Marka P. Brylują: „Wyborcza”, „TokFM”, Lisowy „Wprost”, „Onet”, „Super Ekspres”, „Newsweek”... Te same środowiska, które lały krokodyle łzy nad każdym zdekonspirowanym kapusiem w sutannie, teraz z wyraźnym smakiem zajadają się podstawionym im pasztetem. Ci sami, wśród których część hierarchów upatrywała sojuszników w walce z „inkwizytorskimi zapędami” lustratorów (dla ochrony „dobrego imienia” i „autorytetu Kościoła” oczywiście...), teraz robią ze sprawy przekrętów w Komisji i esbeka reprezentującego kościelne podmioty przepotężny news.

Parafrazując Wergiliusza: lękajcie się Danajów, nawet gdy składają antylustracyjne dary, broniąc „Filozofa”, „Cappino”, „Delty”, „Greya” i innych. Nie chodzi im o dobro Kościoła, przeciwnie – gdy tylko nadarzy się okazja, uderzą, wykorzystując każdą słabość. W tym przypadku – grzech zaniechania rozliczeń z przeszłością. Nie będzie dawnym antylustracyjnym sojusznikom przeszkadzało, że akcję zrobiło wyklinane do niedawna „pisowskie” CBA; zanurzą się również, gdy będzie trzeba, w tak obmierzłym im skądinąd „esbeckim szambie”.

V. Episkopat jak PZPN.


Swojego czasu opublikowałem notkę „Episkopat jak PZPN”, gdzie nieco prowokacyjnie przyrównałem politykę antylustracyjnego chowania głowy w piasek przez Kościół do PZPN-owskiego ignorowania problemu korupcji. Skutek, jak w przypadku piłkarskim, może być tylko jeden – kompletna utrata wiarygodności. Wierni nie wyskandują zapewne podczas Mszy Św. co sądzą o Episkopacie, ale kryzys będzie postępował, tym bardziej, że Prymasem Polski jest duchowny znany jako kontakt informacyjny „Cappino”, co nie rokuje nadziei na zmianę antyrozliczeniowego nastawienia hierarchii.

Lustracyjne zaniechanie pcha polski Kościół ku przepaści. Śmierdzące petardy, jak ta z Markiem P. będą co jakiś czas wybuchały. A prominentni duchowni po staremu będą powtarzać frazy o „próbie podważenia wizerunku i autorytetu” i innych takich.

Bo Marków P. jest więcej. Wydział IV SB nie wymarł, podobnie jak zwerbowani księża. Czasu jest coraz mniej, ale autorytet Kościoła jeszcze nie zetlał ze szczętem. Jeszcze jest czas, by stanąć w prawdzie i ujawnić te 10% duchownych uwikłanych we współpracę oraz ich esbeckich patronów. Wierni taki gest zrozumieją i docenią. Inaczej, nieufność będzie rosła, aż skończy się tym, czym skończyło się w Irlandii uparte zamiatanie pod dywan przypadków pedofilii.

Kto będzie temu winien? Czekajcie, już wiem – media i „lustratorzy”.

Gadający Grzyb

Ciekawy artykuł o Marku P.: http://www.bibula.com/?p=9280

Poza tym:

http://niepoprawni.pl/blog/287/episkopat-jak-pzpn

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kontakt-informacyjny-%E2%80%9Ecappino%E2%80%9D

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 11 stycznia 2009

A "Wybiórcza" znowu swoje... (Esbek: Nie zwerbowałem Lecha Wałęsy)

Geremek i esbek

"Wybiórcza" dokonała kolejnego, epokowego antylustracyjnego odkrycia, używając przy tym swej ulubionej metody, a mianowicie, pojechała po sprawdzonym schemacie opatentowanym od czasu sławetnego artykułu "I ty zostaniesz konfidentem" - zaprasza się esbeka, a ten kłamie w żywe oczy, że danego kapusia w życiu nie widział, a jeśli nawet to, ot tak sobie rozmawiali, zaś kartoteki były notorycznie fałszowane - no, słowem, istne jaja się w bezpiece działy - wszyscy wszystkich okłamywali, i doprawdy, istny cud Boży, że SB dotrwało do końca komuny (a nawet kilka dni dłużej...).

Piszę oczywiście o artykule, który wraz ze swoim uczniem opublikował Wojciech Czuchnowski (jak niesie fama, "wybiórczy" człowiek od mokrych robótek), dowodząc, iż skoro kpt. Edward Graczyk powiada, że Wałęsy nie zwerbował, to nie zwerbował - i basta! Graczyk wprawdzie twierdzi, że dał Wałęsie pieniądze "na wyjazd do Warszawy", by ten mógł się spotkać z Gierkiem, ale... Walęsa najwyraźniej postanowił w swej pysze iść do imentu w zaparte , bowiem stwierdza, że ... żadnych pieniędzy nie brał, nawet na wspomniany wyjazd.

Wszystko się sypie w tej argumentacji - nawet naigrywanie z Cenckiewicza i Gontarczyka, że nie potrafili znaleźć rzeczonego esbeka - nic to, że Sąd Lustracyjny wprowadził ich w błąd uznając Edwarda Graczyka za zmarłego, nic to że nie mieli uprawnień, by szukać osób "po peselu" - gazetuchna nasza kochana zrobi z tego niewątpliwie kolejną maczugę medialną na lustrację, którą rozpowszechnią gorliwie pozostałe przekaziory. Ależ będzie śmiechu... idę o zakład, że w najbliższych dniach będziemy świadkami istnego korowodu dyżurnych historyków i autorytetów, którzy niczym profesjonalni muzykanci w orkiestrze, będą zgodnie ubolewać nad niedostatkami warsztatu historycznego autorów z IPN - u , tudzież pomstować na sam fakt, że taka niefortunna książka o Wałęsie ujrzała w ogóle światło dzienne (pojawi się również, a jakże , argument, że "za nasze podatki").

Jeszcze chwilę o meritum, czyli o latach 1970 - 1971 - każdy, kto czytał, co na temat Wałęsy z tamtych lat mają do powiedzenia Andrzej Gwiazda, czy Krzysztof Wyszkowski , może, widząc niewczesne wyznania esbeka na temat incydentu na komisariacie, tylko zabić go śmiechem . Tak nieudolnie skleconej bzdury dawno już nie czytałem.

I jeszcze to paradne zdanko: "Kategorycznie stwierdzam, że w wyniku informacji przekazywanych przez pana Wałęsę żadna osoba nie została pokrzywdzona". Czy ich szkolili, by w przypadku dekonspiracji mówić takie bzdury? Bo jak na razie, czy to esbek, czy konfident, używają podobnych klisz słownych - nie szkodziłem, nie brałem, nawet jak brałem to wyrzucałem (modyfikacja Wolszczana) itp.

Swoją drogą: nie czytałem książki Walęsy - ciekaw jestem jak on sam te kluczowe wydarzenia opisuje , czy wspomina o kpt. Graczyku, a jeżeli tak, to na ile róznią się w zeznaniach.

Uff... Pozostawię tę notkę bez morału, czy zgrabnego zakończenia. Zostawiam odnośnik do artykułu w "GW", a resztę pozostawiam Wam - wszak, jak pisał Benedykt Chmielowski - "koń jaki jest, każdy widzi"...

Gadający Grzyb

http://wyborcza.pl/1,75248,6003815,Esbek__Nie_zwerbowalem_Lecha_Walesy.h...


pierwotna publikacja 29.11.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/wybiorcza-znowu-swoje-esbek-nie-zwerbowalem-lecha-walesy