niedziela, 30 grudnia 2012

Sprawa Sebastiana Wasiaka

Bezpodstawne zatrzymanie i przetrzymywanie w areszcie jest klinicznym przykładem systemu pełzającej represjonizacji.

I. Pełzająca represjonizacja

O sprawie Sebastiana Wasiaka dowiedziałem się z maila otrzymanego od jednego z Czytelników, który prosił by opublikować list wysłany przez Sebastiana z aresztu śledczego na Białołęce. Nawiasem mówiąc, siedział tam również wtedy, gdy w rocznicę stanu wojennego na Białołękę przyjechał Komorowski, by pokokietować przed kamerami swą kombatancką przeszłością. List zawiesiłem na Niepoprawnych i pozostałych swoich blogach, przeczytałem go też w Niepoprawnym Radiu PL, teraz może trochę szerzej o samej sprawie.

Z tego, co można się dowiedzieć z bloga „Wolność Pokój Świadomość”, mamy do czynienia z klinicznym przejawem systemu pełzającej represjonizacji wdrażanego konsekwentnie przez Dyktaturę Matołów. Coś w stylu absurdalnych zarzutów postawionych Grzegorzowi Braunowi, lub Staruchowiczowi, z tym, że o sprawach Brauna i „Starucha” jest dość głośno, natomiast o Sebastianie Wasiaku nie wie niemal nikt.

II. „Szkoda, że to nie '86, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli...”

Ale po kolei. Jak wynika z filmu, podczas starannie hodowanej zadymy, która zapoczątkowała listopadowy Marsz Niepodległości, Sebastian Wasiak podszedł do szpaleru policjantów strzelających w tłum z broni gładkolufowej. Jego postawa była absolutnie nieagresywna: miał szeroko rozłożone ręce i skandował hasło „pokój!”. Został obezwładniony i zatrzymany, mimo interwencji kolegów, którzy bezskutecznie próbowali wytłumaczyć policji pacyfistyczny charakter akcji Sebastiana. Przewieziono go wraz ze 176 innymi osobami na komisariat i tu zaczyna się iście kafkowski festiwal absurdu. Oto niemal wszyscy zatrzymani po przyznaniu się do „winy” (czyli w większości do nie popełnionych czynów) zostali wypuszczeni, natomiast zarzuty postawiono jedynie kilku osobom, które nie zgodziły się na podżyrowanie tej farsy. Jak wynika z listu, policja nawet nie ukrywała, że miała odgórny „prikaz” zapełnienia radiowozów, protokoły spisywane były z pominięciem wszelkich procedur, zaś przesłuchujących szczególne interesowała ewentualna przynależność organizacyjna zatrzymanych (cyt. „Pierwszym pytaniem z ich strony - już na komendzie - było: /Czy jesteś z jakiegoś stowarzyszenia?/”).

W efekcie, bohaterowi niniejszego tekstu postawiono urągający faktom i zarejestrowanemu materiałowi filmowemu zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza zagrożony karą pozbawienia wolności od roku do 10 lat (art. 223 KK). Sąd postanowił o zastosowaniu środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Sebastian siedzi w areszcie na Białołęce do tej pory, a do rozgrzanego od swej niezawisłości sądu nie trafiają żadne argumenty. Krótko mówiąc, pokojowo nastawiony demonstrant traktowany jest jak groźny przestępca. Pamiętacie te serwisy w mediodajniach „informujące” o aresztowaniu na trzy miesiące „trzech najbardziej agresywnych chuliganów”? No właśnie. Jeśli nie przypomina to znanej z PRL-u nagonki na „wichrzycieli”, „chuliganów” i „ekstremę z Solidarności”, to nie wiem, czego jeszcze trzeba.

W ten neo-peerelowski klimat doskonale wpisała się policja. Oddajmy głos Sebastianowi: „Dwa dni po zatrzymaniu, jadąc windą na posiedzenie sądu (...) - oczywiście skuty kajdankami i w asyście dwóch policjantów po cywilu - usłyszałem od policjanta, który wszedł po drodze takie słowa: /Szkoda, że to nie 86`, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli/”.

III. „Władza pokazuje na co ją stać”

Zastanawiam się, czy opisana tu sytuacja zainspiruje dziennikarzy sadowiących się po „jasnej stronie Mocy” – w końcu, sprawę Piotra „Starucha” Staruchowicza potrafili nagłośnić, monitorować, alarmować, naciskać... Z drugiej jednak strony, ich postawa wobec szykan jakie spotkały Grzegorza Brauna nie napawa optymizmem. Może jednak... To co, panie i panowie z grona „autorów niepokornych”, bojownicy ze „strefy wolnego słowa” i tak dalej – zainteresujecie się? Sądzę, że po coś macie te legitymacje dziennikarskie, które pozwoliłyby wam chociażby uzyskać widzenie z aresztantem, przeprowadzenie wywiadu i reaserchu pełniejszego, niż pozwalają na to możliwości skromnego blogera. Obecnie w sądowej poczekalni czeka wniosek o uchylenie Sebastianowi aresztu. Póki co, nie wiadomo jednak nawet kiedy zostanie rozpatrzony. To chyba niezły moment, by wkroczyć do akcji i trochę ponaciskać, mając do dyspozycji ogólnopolskie gazety i portale chwalące się przy każdej okazji kolejnymi rekordami klikalności, prawda?

Osobną sprawą jest postępowanie organizatorów Marszu Niepodległości. Jeden ze znajomych Sebastiana w komentarzu pod listem poinformował, że napisał w omawianej tu sprawie do rzecznika ONR-u i nie uzyskał odpowiedzi. I to jest, przyznam się, kompletnie dla mnie niezrozumiałe. Oto współorganizator, którego przedstawiciele krzyczeli zaraz po Marszu o policyjnej prowokacji, dostaje do ręki gotowy materiał potwierdzający co najmniej skandaliczne nadużycie organów ścigania oraz wymiaru sprawiedliwości – i nic z tym nie robi. Nie mają prawników, którzy zaapelowaliby np. do rzecznika praw obywatelskich? Zatrzymany nie jest wystarczająco „ich”, bo nie należy do Młodzieży Wszechpolskiej, czy ONR-u? No, ludzie...

W przywoływanym tu wielokrotnie liście pada trafna konstatacja: „władza pokazuje na co ją stać”. Dlatego o takich sprawach, jak ta Sebastiana Wasiaka, trzeba mówić i nagłaśniać je w miarę naszych możliwości. Oni nas testują. Badają, na ile mogą sobie pozwolić. Jeśli będziemy milczeć, Dyktatura Matołów pozwalać będzie sobie w stosunku do nas na coraz więcej, pełzająca represjonizacja zataczać będzie coraz szersze kręgi, aż doczekamy się powtórki ze słynnych słów pastora Martina Niemöllera:

„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.

Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.

Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było."

 

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


P.S. Kontakt z Sebastianem Wasiakiem:

widzenie:

Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście

ul. Krucza 38/42 00-312 Warszawa

(nr tel.: 224406675)

Koniecznie należy dodać numer sprawy: 4Ds2627/12

list:

Sz.P. Sebastian Wasiak syn Piotra

Areszt Śledczy Warszawa Białołęka Ciupagi 1

03-016 Warszawa

(nr tel.: 223217650)

PP.S. Film z zatrzymania Sebastiana:

 

Materiał propagandowy z Polsat News:

 

sobota, 29 grudnia 2012

Czy Agnieszka Kublik zrzyna z Seawolfa?

Oj, Wilku Morski, teraz będziesz musiał się postarać, bo Agnieszka Kublik zaczyna wchodzić w Twoje buty...

Miałem o tym napisać już ładnych kilkanaście dni temu, ale jakoś wyleciało mi z głowy, potem były Święta i tak dalej - teraz jednak nadrabiam, bo trudno zostawić sprawę bez jakiegokolwiek komentarza. Otóż, drodzy Państwo, stopień wyjałowienia intelektualnego cyngli z „Wyborczej” sięgnął takiego dna, że nie słychać już nawet pukania od spodu. Agnieszka Kublik mianowicie zaczyna zrzynać z popularnego i lubianego „jaskiniowego antykomucha” Seawolfa, z tą różnicą, że to co Seawolf podaje w tonie szyderczo-prześmiewczym, pani Kublik wciska swoim czytelnikom najzupełniej poważnie, osiągając dzięki temu efekt podwójnego komizmu. Nie od dziś wszak wiadomo, że żart podany w stylu Bustera Keatona bawi najbardziej. Tyle, że metoda zastosowana przez panią Kublik - podać to pisze Seawolf w konwencji serio, na dodatek z tym tyleż charakterystycznym, co nieznośnym, gazetowyborczym moralnym zadęciem - to typowy numer jednorazowy. Za drugim razem chichoty na widowni będą już słabsze, za trzecim rozlegną się gwizdy i zaczną fruwać pomidory.

Ale do rzeczy – oto pani Kublik, niczym Miś Fazi salonowej publicystyki, postanowiła wyjęzyczyć się na temat zwrotu wraku Tu-154M przez Rosjan. Obawia się rzecz jasna tego, co my z tym całym żelastwem poczniemy – i ze zwierzęcą powagą proponuje „ogólnopolską debatę”. Ale najlepsze zostawia na koniec. Oddajmy jej głos: „Bo jak szybko tego władza, po konsultacjach społecznych rzecz jasna, nie zdecyduje, to grozi nam powtórka z Krakowskiego Przedmieścia: krzyże, znicze, kwiaty, pieśni, modlitwy. Będą powstawały komitety obrony wraku, komitety budowy pomnika. Komitety dzielące i wykluczające. Słowem: polsko-polska wojna o wrak.” (wytłuszczenie moje – GG, cyt. za „A gdy już nam zwrócą wrak...”)

No powiedzcie sami, czyż nie pachnie to blogerską publicystyką Seawolfa? Ach, te „dzielące i wykluczające” komitety! Któż, jak nie Seawolf pisuje w swych tekstach o „jątrzycielach i dzielicielach” i snuje apokaliptyczne wizje dotyczące moherów i prawaków, parodiując propagandowy styl reżimowych mediodajni? Zwróćmy również uwagę na ten absurdalny poziom lęku przed „krzyżami, zniczami, kwiatami, pieśniami i modlitwami” - coś takiego równie dobrze mogłoby się znaleźć w którym z jego felietonów ku uciesze „jaskiniowych” czytelników. Oj, Wilku Morski, teraz będziesz musiał się postarać, bo Agnieszka Kublik zaczyna wchodzić w Twoje buty...

Cóż, jeśli „śpiewać każdy może”, to nikt również nie zabroni pani Kublik spróbować swych sił w sztuce satyryczno-kabaretowej, jednakże przy okazji swego debiutu poszła drogą najgorszą z możliwych – plagiatu, zrzyny i wtórności, niczym początkujący gitarzysta, co to próbuje grać „pod” Hendrixa, czy Claptona. Po takich artystach z reguły słuch szybko ginie i o ile z czasem nie wykształcą własnego, unikalnego stylu, to prędzej czy później zarabiają na chleb z masłem grając po weselach, lub w najlepszym razie kończą jako sesyjni muzycy do wynajęcia.

A tak na zakończenie, nieco bardziej serio – przypomnę, że owa „polsko-polska” wojna, której nawrotu tak bardzo obawia się pani Kublik została zapoczątkowana wywiadem Komorowskiego dla „Wyborczej”, następnie zaś była z pełną premedytacją podkręcana zachwytami nad nachlaną dziczą szczającą na znicze i wysyłającą na stos „mohery” oraz pompowaniem niezrównoważonego wioskowego przygłupka, Dominika Tarasa, co to boi się kleru, Kościoła i Opus Dei, bo czytał „Kod Leonarda da Vinci”. A wszystko to z panicznego strachu na widok tłumów pod Pałacem Prezydenckim i morza płonących zniczy. Tę rodzącą się jedność w obliczu narodowej Tragedii należało czym prędzej rozbić, zniszczyć, unieważnić. I „Wyborcza” wraz z Dyktaturą Matołów zrobiły wszystko, co w ich mocy, by tak się właśnie stało.

Podobny mechanizm zadziała, gdy wrak trafi w końcu do Polski: awantura wybuchnie, jeśli będzie to na rękę władzy i jej zapleczu. Jeżeli sondaże będą wykazywały wzrost niechętnych reżimowi nastrojów połączonych z narastającym sceptycyzmem wobec oficjalnych ustaleń w sprawie Smoleńska, to „wojna polsko-polska” z pewnością powróci, niczym złośliwy nowotwór. Ale to nie my będziemy za to odpowiedzialni, podobnie jak nie byliśmy odpowiedzialni za jej rozpętanie.

Gadający Grzyb

P.S. „Wyborcza” na swoich stronach informuje o katastrofie Tu-204 na moskiewskim lotnisku Wnukowo. Samolot rozbił się podczas lądowania, rozpadł na trzy części, wybuchł pożar. Kabina pilotów uległa całkowitemu zniszczeniu. Na tę chwilę jest informacja o czterech ofiarach śmiertelnych na 12 osób będących na pokładzie (leciała tylko załoga). Czyli 2/3 przeżyło. „Gazeta” wyłączyła możliwość dodawania komentarzy.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Marsz Niepodległości 2012 - bezpodstawne zatrzymanie

Poniżej zamieszczam list, który otrzymałem od Czytelnika z prośbą o publikację.

Witam. Na marszu niepodległości 2012 został zatrzymany mój przyjaciel Sebastian Wasiak. Postawiono mu zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza policji. Grozi mu za to od roku do 10 lat pozbawienia wolności. Zarzut ten jest bezpodstawny. Materiał na blogu http://wolnoscpokojswiadomosc.blogspot.com/ to potwierdzają. Proszę o pomoc i wsparcie dla Sebastiana. poniżej zamieszczam list który napisał do brata i prosił o publikacje.

-------------------------------------------------

Kiedy jakieś trzy lata temu po wielu przemyśleniach i doświadczeniach w mojej głowie ułożyły się kolejno słowa-idee: Wolność Pokój Świadomość, nie przeczuwałem, że trwanie przy nich może pozbawić mnie tego pierwszego. Pobyt w izolacji na Białołęce jest kolejną życiową nauką, która pokazuje, że nieprzypadkowo wolność jest pierwszą z tych idei, jest fundamentem, z którego wynikają pozostałe, bo dopiero gdy uwolnimy się od uprzedzeń, strachu i manipulacji możemy zrozumieć, że pokój jest najlepszą drogą i uzyskać świadomość. Świadomość tego, kim jesteśmy, czego chcemy i co nas otacza. Świadomość mankamentów systemu, ale też własnej tożsamości i indywidualnej autonomii oraz tego, z czym należy walczyć i czego należy bronić.

Zostałem zatrzymany gdy stanąłem z rozłożonymi rękoma naprzeciw policjantom z bronią gładkolufową strzelającym w stronę tłumu nieagresywnych ludzi, świętujących rocznicę odrodzenia naszego kraju na arenie międzynarodowej po 123 latach niewoli. Chcących pochodem udowodnić, że Polska nie jest "bękartem traktatu wersalskiego", jak chciał tego Stalin -okrutny oprawca naszych przodków i bratnich narodów, ani rozmytym w medialnej papce zbiorowiskiem idiotów czy hodowlą wykształconego białego materiału genetycznego dla starzejących się i borykających z problemami imigracji zachodnich państw, ale energetyczną, pozytywną siłą chcącą budować Polskę wolną i silną, która nie będzie musiała już padać na kolana. Pamiętamy o naszych korzeniach i o wszystkich ludziach, dzięki którym nadal możemy wychowywać dzieci po polsku. Oddajemy im hołd i pamiętamy o nich, bo chcemy by i o nas pamiętano. Żyjemy w kraju, który w swej historii przebył wiele cierpień ukrzyżowany na mapie Europy zawsze między młotem a kowadłem. Jednak nie ma we mnie nienawiści do narodów, czuję ją jedynie do rządów wykorzystujących i eksploatujących obywateli. Ludzi nie powinno dzielić się na przedstawicieli narodów; ze względu na rasę; miejsce pochodzenia czy zamieszkania. Ludzie dzielą się tylko na dobrych i złych, a dobro i zło nie uznają politycznych granic.

Jesteśmy nieustannie poddawani procesowi podziału i inżynierii społecznej. Lansuje się mody, trendy i tryb życia wyzuwający już od najwcześniejszych etapów edukacji z tożsamości. Ludzie poddają się amnezji. Widać to na każdym kroku, chociażby po wyborach do parlamentu. Mówi się, że jest źle i trzeba to poprawić, więc dlaczego wyborcy zapominają wciąż o niemających końca kłamstwach parlamentarzystów?! Słychać ciągłe narzekania, cały czas jest źle, więc powinno się ich wymienić, a od dwóch dekad wciąż są tam ci sami ludzie. Czas na świadomość. Czas na anamnezę.

Podstawowe wartości uległy zachwianiu bądź wypaczeniu. Wystarczy spojrzeć na obecny styl życia, który lansowany jest za pośrednictwem oficjalnych szerokich mediów. Przedstawia się jako cel egzystencji opodatkowaną pracę dla dużej korporacji, wspinaczkę po finansowej drabinie, rozluźnienie więzi społecznych i rodzinnych, a jako remedium na pustkę wewnętrzną- nieskrępowany hedonizm. Poprzez idiotyczne seriale i teleturnieje, w których nagradzana jest głupota, celebryckie programy i sprzedaż prywatności sztucznie wypromowanych pseudo-autorytetów nie mających do zaoferowania zupełnie nic prócz samych siebie kształtuje się podatne umysły na niewolników poświęcających swe życie kredytom, portalom społecznościowym jako protezie relacji międzyludzkich i zabawie, gdy czas na to pozwoli. Zero rozwoju. Zero tożsamości. Wyrwane korzenie i brak wartości. Droga ku przepaści. Brak świadomości w głowie niewolnika.

Wystarczy rozejrzeć się dokoła,a wszystko stanie się jasne i klarowne. Media kłamią perfidnie. To, co dzieje się na ulicy wygląda zupełnie inaczej od prezentacji telewizyjnej. Gazetom brak dziennikarskiego obiektywizmu. System chce, by dzieci szły do szkolnej indoktrynacji od 6. roku życia, a wiek emerytalny przesunięto do 67. roku życia zmniejszając w tym samym roku listę leków refundowanych. To hodowla na rzeź, a nie dobre gospodarzenie. Makdonaldyzacja kultury i zacieranie się różnic w procesie globalizacji sprawiają, że cierpnie mi skóra, bo koszmarem wydaje się świat, w którym wszędzie jest tak samo i wszyscy myślą to samo. Sprzeciwiam się temu.

Mogę wyrażać sprzeciw,bo tolerancja nie wyraża akceptacji. Wolność wyboru dana jest każdemu, wystarczy tylko uświadomić sobie, że mamy do niego niezbywalne, niezaprzeczalne prawo. Wolność manifestowania poglądów, ale i wolność sprzeciwu również. Wybór to nasza osobista sprawa, a jedynym jego hamulcem zawsze jest tylko strach. Pewne wybory są promowane, a inne-jak tradycja i patriotyzm-tępione.

Dwa dni po zatrzymaniu, jadąc windą na posiedzenie sądu, na którym zadecydowano o zastosowaniu wobec mnie środka zapobiegawczego w postaci aresztu-oczywiście skuty kajdankami i w asyście dwóch policjantów po cywilu-usłyszałem od policjanta, który wszedł po drodze takie słowa : ,,Szkoda,że to nie 86`, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli". Funkcjonariusze 11 listopada mieli polecenie maksymalnie wypełnić radiowozy zatrzymanymi. Pierwszym pytaniem z ich strony -już na komendzie- było: ,,Czy jesteś z jakiegoś stowarzyszenia?''. Protokoły spisywane były z pominięciem wszelkich procedur, otwarcie mówiono o odgórnym ,,prikazie'', zarzuty przeczyły zdrowemu rozsądkowi. Na 176 zatrzymanych osób cztery nie przyznały się do winy i to wobec nas wyciągnięto konsekwencje, reszta zatrzymanych przyznała się do zarzucanych, a w większości niepopełnionych czynów. Sąd i prokuratura nie nadstawiały uszu na logiczne argumenty, a ich niezawisłość wobec władzy ustawodawczej to ordynarne oszustwo i pusty slogan. Żyjący w państwie autorytarnym i to ludzie uczestniczący w tej maskaradzie: ci, którzy to zaplanowali i ci, których nazwiska widnieją na papierach w naszej sprawie powinni tu być zamiast nas.

Władza pokazuje na co ją stać: na strzelanie do zwykłych ludzi i osłanianie się w tym czasie tarczami przed racami i kamieniami. Czyżby policjanci nie chcieli strzelać do swoich kolegów? Jeśli teraz pozwolimy zapanować nad nami obawą przed zmianą i strachowi przed ostracyzmem i ośmieszaniem to nie będzie nigdy lepiej. Nie możemy pozwalać im na umieszczanie niewinnych ludzi w więzieniach bądź lokowanie ich tam przez poglądy, bo następnym krokiem będzie coś gorszego. Oni się tak łatwo nie cofną. Gdy dzieje się źle potrzebny jest bunt, bo "ludzie, którzy zamieniają swoją wolność na tymczasowe bezpieczeństwo nie zasługują ani na jedno ani na drugie". W obecnej sytuacji nie można chylić głowy, należy działać. Dla mnie wybór jest oczywisty: wybieram Wolność, wybieram Pokój, ponieważ jestem świadomy zagrożenia ze strony państwa. Nie chcę też usłyszeć kiedyś od dziecka- i co gorsza może nie po polsku- "tato a ty co zrobiłeś, żeby było lepiej?" i żeby jedyną moją odpowiedzią było milczenie i pusty wzrok.

Jak już pisałem pobyt tutaj to kolejna nauka. Wiem, kto odczuwa mój brak, na kogo mogę liczyć i kto jest prawdziwym przyjacielem, bo poznaje się ich przecież w biedzie. Dziękuję Wam za wsparcie, za to, że działacie w mojej sprawie, za każdy akt pamięci i każdy czyn. Dziękuję wszystkim, których interesuje prawda, dla których ważne są inicjatywy wolnościowe i patriotyczne. Dziękuję.

Nie bójcie się, walczymy o lepszą przyszłość.

Wolność! Pokój! Świadomość!

Sebastian Wasiak

niedziela, 23 grudnia 2012

Duchowe gadżeciarstwo

Przemysł pogardy przemysłem pogardy, a numer świąteczny trzeba jakoś sprzedać.

I. Jak przed rokiem...

Rok temu, przed Bożym Narodzeniem, Budyń78 opublikował posta „Raz do roku ludzkim głosem...?”, w którym zrobił świetne zestawienie najbardziej ohydnych okładek „Wprost” i „Newsweeka” - z tupolewem na krzyżu, promocją satanisty Nergala itp. - konfrontując je z „odświętnymi” numerami tychże tygodników. W wersji „bożonarodzeniowej” królowały rzecz jasna Święta Rodzina i cieplutki, „choinkowy” przekaz. W niniejszej notce pozwolę sobie na mały plagiat tamtego kapitalnego pomysłu (mam nadzieję, że Budyń się nie obrazi), bowiem jak się okazuje, przez ostatni rok nic się w tej kwestii nie zmieniło. Przez dwanaście miesięcy atakowani jesteśmy a to Macierewiczem-talibem, a to „tatą w sutannie”, to znów księżowskim homo-seksem „po bożemu”, by nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, przy okazji Bożego Narodzenia usłyszeć dochodzący z newsweekowych łamów „ludzki głos” w postaci wizerunku Bogurodzicy z Dzieciątkiem Jezus.

 

II. Business is business

Okazuje się, że przemysł pogardy przemysłem pogardy, a numer świąteczny trzeba jakoś sprzedać. Wojnę z Kościołem i „moherami” należy zawiesić na te dwa tygodnie, bo w okresie Bożego Narodzenia nawet najbardziej zacietrzewiony leming potrzebuje tej choinki, szopki, opłatka i całej reszty świątecznego rekwizytorium. Okładka z, dajmy na to, dwoma biskupami pedalącymi się pod choinką mogłaby przyprawić go o dysonans poznawczy, spowodować uczucie psychicznego dyskomfortu i zaburzyć stan błogiego samozadowolenia. Jeszcze nie ten etap, aczkolwiek niewykluczone, że za parę lat zobaczymy w kioskach również coś w tym guście. Po coś przecież ta propagandowa maszyneria pracuje przez okrągły rok.

Tomasz Lis, obecny naczelny „Newsweeka”, swojego czasu zresztą napisał otwartym tekstem, że prędzej czy później będzie u nas jak na Zachodzie, ze wszystkimi kulturowymi konsekwencjami tego procesu, więc on ma zamiar ten trend wspierać (przytaczam sens tamtego artykułu). Zatem Lis, czując wiatr historii, pozycjonuje się w awangardzie nieubłaganego Postępu, zohydzając ile sił Kościół i katolicką tradycję, wychodząc przy okazji naprzeciw tzw. ludowemu antyklerykalizmowi zasadzającemu się na zawiści wobec fury księdza proboszcza i złośliwej satysfakcji z upadków i słabości różnych przedstawicieli stanu duchownego. Nic nowego, na podobnej zasadzie funkcjonował w latach '90 Jerzy Urban ze swoim „NIE”, zaspokajając lumpenproletariacką potrzebę zajrzenia „klechom” pod sutanny.

III. Duchowe gadżeciarstwo

Póki co jednak, czytelniczy „target” nie jest jeszcze dostatecznie urobiony, by w okresie świątecznym łyknąć ze smakiem kolejną porcję plugastwa. Rechoczący na co dzień z taliba-Macierewicza czy z fotomontażu przedstawiającego księży-pederastów „fajnopolak” potrzebuje bożonarodzeniowego dopieszczenia, jakiejś namiastki sacrum. Podkreślmy to – namiastki, bo prawdziwe sacrum jest zbyt ciężkostrawne, stawia wymagania, żąda uczciwego wejrzenia w siebie i zmusza do autentycznej konfrontacji z naukami Tego, który właśnie przychodzi na świat. No i wysłuchania od czasu do czasu tego całego „kleru”, który ciągle by ludziom czegoś zakazywał i głosi te wszystkie zawstydzająco nieeuropejskie, zaściankowe nauki, których przecież „nikt na poziomie” nie może traktować poważnie.

Jasna sprawa zatem, że „fajnopolak” by utwierdzić się w przekonaniu o swej fajności wybiera to co zawsze: gadżet. Gadżetem jest choinka, opłatek, wigilijny stół, no i rzecz jasna okolicznościowy, podwójny numer tygodnika z Maryją, Dzieciątkiem i aniołkami na okładce. Taki właśnie gadżet, tchnący ciepełkiem i serwujący przekaz przykrojony do okolicznościowego zapotrzebowania, sprzedaje Lis i jemu podobni. Można to-to przekartkować podczas sjesty po świątecznym obżarstwie i strawa duchowa odfajkowana. Błogostan płynący z przeświadczenia, że jednak tradycji stało się zadość, ale jednak tak jakoś fajniej i bardziej na luzie, ugruntowany. Uwiarygodnienie się przed samym sobą, że jednak nie jest się wykorzenionym klonem bez tożsamości – zwieńczone sukcesem. Paleta emocjonalnych potrzeb składających się na „fajnopolackie” rozumienie „odświętnej atmosfery” - spełniona. „Magia świąt” - uratowana.

A od stycznia redaktor Lis ze swą gazetą znów zadbają, by hodowany przez nich czytelniczy „target” miał bardziej stosowne powody do ekscytacji, niż jakieś tam religianckie zabobony. Pierekowka dusz musi postępować konsekwentnie, systematycznie i zgodnie z planem.

Gadający Grzyb

Wszystkim Niepoprawnym - Współblogerom, Komentatorom i Czytelnikom, życzę zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia – przeżywanych pełniej i bardziej autentycznie niż opisano w powyższej notce. Wesołych Świąt!

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 18 grudnia 2012

List Otwarty w obronie Grzegorza Brauna

Podpisujcie i rozpowszechniajcie!

Drodzy blogerzy i komentatorzy!

Ponieważ prawicowe autorytety, w tym gwiazdy „niezależnej” publicystyki, w sprawie Grzegorza Brauna nabrały wody w usta, a niekiedy nawet uznały za stosowne się od niego demonstracyjnie odciąć, musimy wziąć go pod obronę my – komentatorzy, blogerzy i generalnie, wszyscy ludzie dobrej woli. Poniżej przedstawiamy List Otwarty w obronie Grzegorza Brauna. Prosimy o podpisywanie się pod nim w komentarzach, wysyłanie go na adresy Prokuratury Generalnej (pk.skargi@ms.gov.pl, rzecznik@ms.gov.pl), a także promowanie w mediach społecznościowych i na innych portalach. Niestety, Prokuratura Rejonowa Warszawa – Śródmieście Północ, która prowadzi postępowanie przeciw Braunowi, nie podaje na swych stronach adresu mailowego. Pamiętajmy: dziś Braun, jutro - każdy z nas!


 

List Otwarty w obronie Grzegorza Brauna

W związku ze wszczęciem przez Prokuraturę Rejonową Warszawa – Śródmieście Północ postępowania w sprawie Grzegorza Brauna z art. 255 paragraf 2 Kodeksu Karnego („Kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3"), oświadczamy, co następuje.

Wystąpienie pana Grzegorza Brauna na spotkaniu w „Klubie Ronina” w dn. 11.09.2012 będące powodem wszczęcia postępowania karnego nie nosi znamion czynu zabronionego, ponieważ nie pada w nim nawoływanie do popełnienia zbrodni. Wypowiedź Grzegorza Brauna stanowi publicystyczny wywód na temat przesądów polskiej inteligencji, zawierający m.in. postulat karania śmiercią za zdradę stanu. Przykład z „wyprawianiem na tamten świat” redaktorów „Gazety Wyborczej” i „TVN” był jedynie ekspresyjną ilustracją przywoływanego wywodu, o czym łatwo może przekonać się każdy, kto zapozna się z całością zapisu ze spotkania, dostępnego chociażby pod adresami: http://www.youtube.com/watch?v=gRIMAi6A8Gk i http://www.youtube.com/watch?v=WLcBXEKO-5I , a nie tylko z wyrwanym z kontekstu fragmentem pokazywanym w środkach masowego przekazu.

Wolność słowa – w tym również prawo do formułowania drastycznych nawet ocen – jest jednym z fundamentów każdego demokratycznego państwa prawnego i jedną z podstawowych swobód obywatelskich naszego kręgu cywilizacyjnego, gwarantowaną stosownymi zapisami Konstytucji (chociażby art. 54 p.1 Konstytucji RP „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”).

Biorąc pod uwagę powyższe, uważamy próbę pociągnięcia do odpowiedzialności karnej pana Grzegorza Brauna za bezprawne i niekonstytucyjne usiłowanie ukarania za głoszone poglądy i formę zastosowania cenzury represyjnej, obliczoną na zastraszenie innych obywateli o zbliżonej ocenie rzeczywistości. Uważamy ponadto, że wszczęcie postępowania przeciw panu Braunowi jest spełnieniem politycznego zapotrzebowania obecnego obozu rządzącego oraz sprzyjających mu mediów tzw. „głównego nurtu” i jako takie stanowi sprzeniewierzenie się prokuratorskiej niezależności.

Rząd PO i Donalda Tuska wraz z popierającymi go mediami niejednokrotnie dawały dowody swych zapędów dążących do ograniczania debaty publicznej, ze szczególnym uwzględnieniem poglądów krytycznych i opozycyjnych – zwłaszcza mających swe źródło w tradycjonalistycznych i konserwatywnych przekonaniach. Świadczy o tym chociażby „Raport o zagrożeniach wolności słowa w Polsce w latach 2010 – 2011” Stowarzyszenia Polska Jest Najważniejsza (wersja do pobrania: http://niezalezna.pl/uploads/zalacznik/17208/raport-o-zagrozeniach-wolnosci-slowa-spjn.pdf?PDFPTOKEN=bfdb1bcd55066240e933e633cc053a267e62e297|1355681462#PDFP). W tendencję tę wpisuje się przewrotna kampania propagandowa przeciw tzw. „mowie nienawiści”, prowadzona m.in. przez polityków i publicystów słynących z agresywnych wypowiedzi wymierzonych w obrońców wartości konserwatywnych. Uważamy, że postępowanie formalnie niezależnej prokuratury przeciwko panu Grzegorzowi Braunowi jest elementem działań mających na celu stłumienie wolności słowa i swobody debaty publicznej w Rzeczypospolitej Polskiej.

Redakcja portalu www.Niepoprawni.pl

 

Data pierwotnej publikacji - 18.12.2012 (GG)

sobota, 15 grudnia 2012

Prawicowi celebryci a sprawa Grzegorza Brauna

Za Braunem nie ujęli się ci, którzy powinni to zrobić w pierwszym rzędzie – musi więc uczynić to blogosfera.

I. Katofaszysta Grzegorz B.

Niezależna od rozumu, za to nadrabiająca dyspozycyjnością warszawska prokuratura postanowiła symbolicznie, w samą rocznicę stanu wojennego, wszcząć śledztwo w sprawie Grzegorza Brauna. Podstawą postępowania jest artykuł 255 paragraf 2 Kodeksu Karnego, który stanowi: „Kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3". Do tego dochodzą zarzuty z czasu wrześniowej ekshumacji na Powązkach - „uderzenia ręką w przedramię policjanta w celu zmuszenia go do zaniechania czynności służbowej oraz wdarcia się na obszar cmentarza i nieopuszczenia "ogrodzonego terenu" na żądanie osób uprawnionych. Grozi za to do trzech lat więzienia.” (cyt. za rp.pl)

Dodajmy, że do prokuratury są z całą zwierzęcą powagą majestatu prawa wzywani świadkowie, czyli uczestnicy spotkania w Klubie Ronina – w tym blogerzy: Coryllus, Toyah, Kamiuszek. Cała ta heca jest oczywiście typowym uderzeniem punktowym i ma na celu wywołanie efektu zastraszenia w ramach pełzającej represjonizacji życia publicznego. Podpompowana jest medialną histerią rozpętaną przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, skorelowaną z wyraźnymi sygnałami politycznymi płynącymi ze strony Dyktatury Matołów, która postanowiła nagle walczyć z „mową nienawiści”. Chyba nikt nie ma złudzeń, że bez tej medialno-politycznej podkładki „niezależna prokuratura” siedziałaby cicho, tak jak siedziała przez niemal trzy miesiące, jakie minęły od czasu tyrady Grzegorza Brauna na temat przesądów inteligencji.

Tak się to robi. Jest zapotrzebowanie na dokręcenie śruby, więc wynajduje się pretekst mający owo „dokręcenie” uzasadnić – mimo że zapis ze spotkania wisiał sobie w necie przez czas dłuższy i nikt jakoś dziennikarzy z Czerskiej i Wiertniczej nie pozabijał.

II. Podłość „naszych”

Jednak nie opisywana tu hucpa jest wbrew pozorom kwestią najbardziej bulwersującą w całej tej sprawie. Najbardziej ponurą groteską jest tu bowiem zachowanie tzw. „naszych” dziennikarzy i „naszych” polityków, którzy się gremialnie na Grzegorza Brauna wypięli. Ba, postanowili się wręcz od niego demonstracyjnie odciąć, płodząc na wyprzódki jakieś kuriozalne oświadczenia, których wymowa sprowadza się do tzw. „świergolenia”, jak to z całą mocą od ekstremistycznych poglądów Brauna się dystansują i generalnie, wicie-rozumiecie, proszę nas do tego nie mieszać.

Zwróćmy uwagę: nikt im nie kazał tego robić. Nikt ich nie straszył, że jeśli nie złożą publicznie odpowiednich wyrazów, to zostaną oskarżeni z tego samego artykułu i paragrafu z sankcją do trzech lat pozbawienia wolności. Oni sami z siebie uznali za stosowne i konieczne zachować się w taki właśnie sposób. Podłość i głupota walczą tu o lepsze.

Pisałem już o tym pod koniec tekstu „Katofaszysta Grzegorz B”, ale muszę tu rozwinąć. Otóż Grzegorz Braun był ich kolegą. Zapraszali go na spotkania, dyskutowali z nim, przeprowadzali wywiady, fetowali jego filmy. Ba – kibicowali jego szarpaninom z policją, czy słowom o arcybiskupie Życińskim. Podczas publicznych spotkań wypowiedzi Grzegorza Brauna i spektrum prezentowanych przezeń poglądów na różne tematy nie odbiegały od tego, co mówił we wrześniu w „Klubie Ronina”. Zarówno przedtem, jak i po spotkaniu w „Hybrydach” nikt z prawicowych gwiazdorów nie uważał za konieczne się odcinać, przyjmując co bardziej radykalne „teksty” Brauna w najgorszym razie za rodzaj ekscentryzmu, bądź publicystycznego przejaskrawiania. Nie widzieli również powodów, by publicznie deklarować swój negatywny stosunek do kwestii rozstrzeliwania za zdradę – w tym sprzedajnych pracowników mediodajni. Aż do momentu, gdy „sprawę” postanowiły z tego zrobić TVN i „Wyborcza”.

Czy biorąc pod uwagę powyższe, Braun mógł liczyć co najmniej na przyjazną neutralność gwiazd prawicowej publicystyki, co to są gotowi nawet się procesować o prawo do miana „autorów niepokornych”? Tymczasem, spośród tego tłumu „niezależnych” i „antysystemowych” celebrytów, w obronę wzięła go bodaj jedna, jedyna Ewa Stankiewicz. Żaden z braci Karnowskich, żaden Ziemkiewicz, Warzecha, Terlikowski, Sakiewicz... I chyba nawet nie jest im z tego powodu głupio. Dla mnie jest to świństwo i podłość stawiające pod potężnym znakiem zapytania wiarygodność ich publicznej działalności.

III. Głupota i koniunkturalizm

Poza wszystkim innym, takie zachowanie jest porażającą wprost głupotą. Reżimowe mediodajnie przeprowadziły bowiem klasyczne „rozpoznanie bojem”, mające na celu sprawdzenie podatności tzw. „naszych” na prymitywny szantaż sklecony na zasadzie: wygrzebujemy czyjąś wypowiedź i co wy na to - odcinacie się? Tak, jak bloga Nicponia użyto do sterroryzowania PiS-u i korygowania mu polityki kadrowej, tak też wypowiedź Brauna wykorzystano do przetestowania gwiazd prawicowej publicystyki. I wyszło na to, że „nasi” podali się „Wyborczej” i drugiej Gwieździe Śmierci z ulicy Wiertniczej na srebrnej tacy. Że wystarczy trochę ich przycisnąć i chowają dudy w miech.

Od tej pory będzie można z nimi zrobić wszystko. „Wyborcza” ilekroć uzna to za pożądane, wywlecze czyjąś wypowiedź – niechby i sprzed roku – i każe się odcinać, składać samokrytykę, udowadniać że nie jest się wielbłądem i przynależy do tzw. „cywilizowanej prawicy”. W ten sposób będzie sobie parcelowała środowisko „autorów niepokornych” po kawałku, metodą salami, bo jak się poszuka, to na każdego można coś znaleźć. A „nasi” będą „świergolić” i robić w gacie, żeby tym razem nie trafiło na nich.

Przy okazji wylazły z „naszych” gierojów koniunkturalizm i gra „na siebie”. Oni naprawdę boją się, by medialny mainstream nie skojarzył ich z jakąś „ekstremą” i ponad wszystko szczerze pragną, by widziano w nich „cywilizowaną prawicę”, jak określił to łaskawie w „Loży prasowej” redaktor Andrzej Stankiewicz ubolewając nad sytuacją w „Uważam Rze”. „Cywilizowaną”, czyli taką, którą oprócz rutynowych połajanek można od czasu do czasu zaprosić do telewizji (nie za często), gdzie przez kwadrans będą w stanie rozrzucić kilka pereł swych wielce nonkonformistycznych mądrości.

Poza tym, jak się domyślam, niekontrolowany „ekstremizm” w typie Brauna nie sprzyja różnym patriotyczno-opozycyjnym biznesom i zagospodarowywaniu rynku „niepodległościowego”, gdzie każdy z nich widzi siebie w roli guru wiodącego ku świetlanej przyszłości wpatrzony weń czytelniczy „target” – bo przecież ktoś te książki i gazety musi kupować. Trudno tu nie zgodzić się z Coryllusem, gdy szydzi z pajacowania Karnowskich na tle więziennej dekoracji. Niedługo w ten sposób sfotografują Brauna – i to nie w celach reklamowych, ale po to, by go naprawdę posadzić w więzieniu. Jak w tym kontekście będą wyglądały te kabotyńskie fotki ekipy „wSieci”? Czy Ziemkiewicz znowu poleci do Wielowieyskiej z „Gazowni”, by nadawać na blogerów?

IV. Blogosfero - ujmij się za Braunem!

Ja naprawdę chciałbym poczuć się zwolniony z wypowiadania się w sprawie Grzegorza Brauna, którego nawet nie znam osobiście i nie ze wszystkimi jego poglądami jest mi po drodze – choćby z mistycyzującym monarchizmem. Ale skoro nie ujmują się za nim ci, którzy w pierwszym rzędzie powinni to zrobić – nasi prawicowi rycerze ze Strefy Wolnego Słowa, tudzież z grona „autorów niepokornych”, którym naprawdę, ale to „naprawdę nie jest wszystko jedno” - więc musi uczynić to traktowana przez nich z protekcjonalną wyższością blogosfera. No bo któż inny? Przecież nie ta zgraja nadętych dupków żołędnych zajętych pielęgnowaniem swego nonkonformizmu od ósmej do szesnastej i starannie skalkulowanej pod określoną publikę „antysystemowości”.

Generalnie, od dłuższego czasu nie mam większych złudzeń co do motywacji powodującej działalnością prawicowych żurnalistów wyrzuconych z mainstreamu - wbrew sobie - do „drugiego obiegu”. Kto ciekaw, niech sprawdzi, co pisałem w notce „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”. Jeśli jakoś przez zaciśnięte zęby kibicuję ich różnym medialnym przedsięwzięciom, to głównie z braku laku – bo póki co nie mamy nic lepszego. Ale czasami, w chwilach prawdy – a sprawa Brauna jest taką chwilą prawdy, papierkiem lakmusowym – wyłazi z nich takie k...stwo, że dech zapiera.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/katofaszysta-grzegorz-b

http://niepoprawni.pl/blog/287/spor-o-drugi-obieg-z-blogerskiego-punktu-widzenia

wtorek, 11 grudnia 2012

Smoleńsk jako doświadczenie formacyjne

Lud smoleński zgłasza gotowość do podjęcia „obowiązków polskich” - sekta pancernej brzozy nie chce nawet przyjąć do wiadomości ich istnienia.

I. „Lud smoleński”

W niegdysiejszej notce „Lemingi i mohery – małe studium podziału” postawiłem tezę, że Tragedia Smoleńska stała się doświadczeniem formacyjnym – i to dla obu stron społecznej barykady. Postaram się dziś – między kolejną miesięcznicą, a rocznicą stanu wojennego - tę myśl rozwinąć.

Dlaczego akurat Smoleńsk? Ano dlatego, że jest to wydarzenie przełomowe – przed Smoleńskiem różne kulturowo-polityczne podziały były jeszcze możliwe do zasypania, po Smoleńsku – już nie, a przynajmniej nie w dającej się przewidzieć perspektywie. Stosunek do tej tragedii, nawet odkładając chwilowo na bok spór o to, czy był to zamach, czy też splot nadzwyczajnych okoliczności, wyostrzył bowiem dwie fundamentalnie różne postawy. Z jednej strony mamy do czynienia z przebudzeniem sporej społecznej grupy, którą Rymkiewicz ochrzcił mianem „Wolnych Polaków”, reżimowa propaganda zaś pogardliwie nazwała „ludem smoleńskim”, z drugiej natomiast – z rzeszą ludzi kultywujących postawę „moja chata z kraja”, będących targetem „przemysłu pogardy”.

Ów „lud smoleński”, które to pojęcie warto by odczarować z pogardliwej otoczki, tak jak udało się odwojować epitety w rodzaju „moherów” i „oszołomów”, charakteryzuje się, najkrócej rzecz ujmując tym, że zarówno sam zamach, jak i tzw. „katastrofa po-smoleńska”, czyli wszystko to, co nastąpiło już po Tragedii, stały się dlań soczewką skupiającą całą niewydolność i wszechobecną degrengoladę obecnego państwa polskiego. Innymi słowy, kwestia wyjaśnienia tego co stało się na Siewiernym i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych jest niezbędnym warunkiem i wstępem do wszechstronnej sanacji przegniłych struktur III RP. Państwo polskie bowiem nie zdało egzaminu, okazało się niezdolne do zabezpieczenia swych najbardziej fundamentalnych interesów. W wymiarze międzynarodowym okazało się bezwolne i podatne na rozgrywki ościennych mocarstw, w wymiarze wewnętrznym zaś – nie było w stanie przeprowadzić niezbędnych działań oczyszczających i naprawczych. Więcej nawet – kasta rządząca, aparat polityczno-urzędniczy, zaczął jawić się wręcz jako struktura wroga narodowi, skupiona na zabezpieczaniu własnych partykularnych korzyści kosztem dobra wspólnego.

Powyższa diagnoza legła u podstaw postawy z gruntu propaństwowej, jaką jest niezgoda na bylejakość szeroko rozumianego życia publicznego oraz na rezygnację z narodowych interesów i aspiracji. Nawiązując do Dmowskiego, „lud smoleński” zdaje sobie sprawę z istnienia „obowiazków polskich”, zgłasza gotowośc do ich podjęcia i wymaga tego samego od swoich elit. Jest to postawa z gruntu racjonalna i jedynie możliwa, jeśli chcemy zabezpieczyć jakąkolwiek wspólnotową przyszłość i byt państwowy. Dlatego też np. Ewa Stankiewicz i Solidarni 2010, odpierając zarzuty o rzekomy irracjonalizm i tworzenie „religii smoleńskiej” wskazują, że bez realizacji postulatów w sprawie wyjaśnienia i rozliczenia Tragedii nie sposób myśleć o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.

II. Anty-smoleńszczyzna

Ale, ta konstytuująca się od 10 kwietna 2010 roku grupa „obudzonych” ze swą propaństwową postawą ma oczywiście swój rewers w postaci „antysmoleńszczyzny”, zwanej również „sektą pancernej brzozy”. Dla nich Smoleńsk również stał się wydarzeniem formacyjnym, tyle że w drugą stronę. Zostali bowiem poddani masowej psychomanipulacji polegającej na bombardowaniu kolejnymi, bez wyjątku fałszywymi „wrzutkami” (naciski, gen. Błasik w kokpicie itd.), skorelowanymi z nawrotem „przemysłu pogardy”.

Operację tę przeprowadzono na kilku poziomach. Po pierwsze, należało rozbić odradzajace się w pierwszych dniach Żałoby Narodowej poczucie jedności i wspólnoty, które przeraziło zarówno rządzących, jak i całą formację Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Po drugie, miała na celu przerzucenie w powszechnym odbiorze winy za Tragedię na polityczne ambicje braci Kaczyńskich połączone z niekompetencją i brakiem asertywności pilotów, co odwracało uwagę od odpowiedzialności rządu Tuska i strony rosyjskiej. Po trzecie, wychodziła naprzeciw tchórzostwu ogromnej części Polaków i ich pragnieniu „małej stabilizacji” - nawet za cenę zabetonowania sumień. Bo gdyby się jednak okazało, że to nie „błąd pilota” i „naciski”, to należałoby się wybudzić z ogłupiającego błogostanu i podjąć – znów mówiąc Dmowskim - „obowiązki polskie”. A istnienia tychże „obowiązków” zdecydowana większość Polaków zwyczajnie nie chce przyjąć do wiadomości. Po czwarte wreszcie, erupcja przemysłu pogardy z jej kulminacyjnym punktem jakim była batalia o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, miała na celu uświnienie jak największej części społeczeństwa i emocjonalną mobilizację, zwłaszcza młodych, przeciw „pisuarom”, „moherom” i „oszołomom”.

Operacja ta powiodła się znakomicie, głównie dlatego, że spełniała zapotrzebowanie wszystkich tych, którzy jeszcze przed Tragedią dawali się prowadzić jak na sznurku suflowanemu rechotowi z „Kaczorów” i po Smoleńsku zaczynało robić im się łyso – a nikt nie lubi się tak czuć. To dlatego właśnie „antysmoleńska” część społeczeństwa skupiona wokół „sekty pancernej brzozy” reaguje emocjonalnym wyparciem na niezależne ustalenia, zadające kłam oficjalnej wersji wydarzeń zadekretowanej w raportach MAK i komisji Millera. Ustalenia te bowiem powodują u nich psychiczny dyskomfort. Gdyby je przyjęli, musieliby zarazem stwierdzić, że w sprawie Smoleńska zachowali się podle, jak ostatnie świnie - wybierające tchórzliwie własne korytko, niezdolne do skonfrontowania się z rzeczywistością i prawdą o stanie państwa. Swoje znaczenie ma również głęboko zakorzeniony, atawistyczny niemal lęk przez Rosją – bo gdyby się okazało, że to był zamach, to czeka nas „wojna”. To jest dokładnie ten sam sort ludzi, którzy po dziś dzień popierają Jaruzelskiego i stan wojenny.

III. Socjotechnika stanu wojennego

Proszę zwrócić uwagę, z jakim mamy tu do czynienia zapętleniem, z jakim pomieszaniem pojęć. Ci, którzy w Tragedii Smoleńskiej widzą odbicie stanu państwa, z jego wszechobecną bylejakością, tumiwisizmem i „jakoś to będzie”, których żądania w sprawie śledztwa i podważanie oficjalnych ustaleń wynikają z fundamentalnej troski o dobro wspólne, traktowani są jak zgraja irracjonalnych fanatyków. Z kolei tzw. „sekta pancernej brzozy”, która z tchórzostwa i krótkowzrocznego wygodnictwa woli łykać oficjalny przekaz, zaś na każdą negację swej postawy reaguje agresją i wrzaskiem „rzygam już tym Smoleńskiem”, przedstawiana jest w reżimowej propagandzie jako „zdrowy trzon” społeczeństwa, racjonalny i nie poddający się „histerii”. Pewną nadzieję na przyszłość daje co prawda rosnący stopniowo, w miarę sypania się kolejnych elementów „antysmoleńskiej narracji”, odsetek wątpiących w rządową wersję wydarzeń, ale na dzień dzisiejszy do jakiegoś przełomu jeszcze daleko, choć tendencja ta pokazuje, że walenie głową w mur w dalszej perspektywie może przynieść efekty.

Kiedyś już mieliśmy do czynienia z podziałem Polaków wedle podobnego klucza: „warchoły” i „ekstremiści” godzący w ustrojowe fundamenty i podważający sojusze, kontra spokojna większość chcąca pod kierownictwem Partii i Rządu budować ludową ojczyznę. Warto o tej odgrzewanej na naszych oczach socjotechnice pamiętać – i to nie tylko przy okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/lemingi-i-mohery-%E2%80%93-male-studium-podzialu

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

niedziela, 9 grudnia 2012

Na drodze zaprzaństwa

Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte.

I. Kłamstwo obnażone

Gdybym był naiwny, to po posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości z 5 grudnia, kiedy posypało się ordynarne kłamstwo prokuratury w sprawie trotylu na wraku tupolewa, zapytałbym: kiedy wreszcie dotrze do różnych zakutych łbów, że w kwestii Smoleńska, podobnie jak w większości diagnoz dotyczących stanu i rozlicznych patologii III RP, to „prawicowe oszołomy” mają rację? Że gdy z „moherowych” kręgów dobiega alarm zwracający uwagę na jakieś nie spotykane w cywilizowanych krajach systemowe wynaturzenia post-peerelowskiej rzeczywistości, to koniec końców okazuje się, że jest właśnie tak jak twierdzą „pisowcy”, a nie organa Dyktatury Matołów, tudzież sprzęgnięta z nią propagandowa psiarnia z reżimowych mediodajni?

Ale ponieważ naiwny nie jestem, to bez większej ekscytacji odnotowałem tylko to, co było wiadome od samego początku, czyli od tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa”. Wysokiej klasy urządzenia przeznaczone do wykrywania materiałów wybuchowych nie mogą wariować po zetknięciu się z perfumami, namiotem z PCV, czy pastą do butów. Nie mogą i już, bo czyniłoby to takie urządzenia bezużytecznymi – tak samo, jak alkomat nie ma prawa zareagować na coca-colę. Chyba nikt przytomny nie sądzi, że analogiczne detektory na lotniskach alarmują przy każdym podróżnym, który akurat spryskał się „wysokoenergetycznym” dezodorantem, czy świeżo wypastował buty. Służby specjalne 60 krajów też raczej nie wywalają pieniędzy na niestabilne buble.

Innymi słowy, jest dokładnie tak, jak powiedział pan Jan Bokszczanin, producent detektora MO2M, który był używany do badań w Smoleńsku : „nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że jeśli to urządzenie pokazuje, że mamy do czynienia z trotylem, to mogą to być także jony różnych innych substancji (…) Jeśli to urządzenie i jeszcze inne urządzenie pokazują trotyl, to prawdopodobieństwo, że nie był to trotyl jest dla mnie równe zero.” No chyba, że asy z prokuratury wojskowej faktycznie zanurzały sprzęt w jakimś wiaderku z acetonem, by mieć podkładkę do twierdzeń typu: „po pierwsze, trotylu nie było, po drugie pochodził z II wojny światowej, a po trzecie to nie wiadomo ze względu na 'wysokoenergetyczne jony' namiotu z PCV”.

II. Na drodze zaprzaństwa

Wszystko to było, powtarzam, oczywiste od samego początku, a informacje pana Bokszczanina jedynie potwierdziły zdroworozsądkowe wnioskowanie. Spróbujmy zrekapitulować: Cezary Gmyz jest zbyt doświadczonym dziennikarzem śledczym, by dać się wpuścić w maliny jakimś sensatom lub prowokatorom – to raz. Wyraźna panika w obozie władzy i kuriozalna konferencja prokuratury z pokrętnymi tłumaczeniami – to dwa. Zachowanie Hajdarowicza, wyraźnie poinstruowanego przez zaprzyjaźnionego Grasia i ekspresowa czystka w redakcji „Rzepy”, bez czekania na rozwój sprawy – a taka sprawa zawsze jest „rozwojowa” - to trzy. Słowem, wszystko wskazywało na to, że co najmniej jest coś na rzeczy. I faktycznie – na posiedzeniu komisji prokuratorzy wijąc się niczym Piekarski na mękach musieli w końcu przyznać, że na wraku ten nieszczęsny trotyl jednak wykryto – wbrew wcześniejszym kłamstwom, również o tym, jakoby wrak był badany i okazał się być czyściutki jak łza – zresztą pewnie po to ruscy mołojcy tak troskliwie go wypucowali.

Niemniej, zgodnie z medialną tradycją III RP, ta oczywistość została w przekazie skrajnie zmanipulowana. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte. Muszą kłamać rano, w południe, wieczorem i przez sen. Muszą kłamać wybiórczym przemilczaniem niewygodnych ustaleń, powtarzaniem manipulanckich wrzutek i antysmoleńską histerią – zbyt daleko zaszli na drodze zaprzaństwa, by teraz się wycofać.

III. Wojna z sumieniem

Paradowska, weteranka proreżimowej publicystyki, będzie bezczelnie nawoływać, by nie transmitować „bzdur” w rodzaju przywoływanego tu posiedzenia sejmowej komisji, a TVP Info z rewolucyjną czujnością będzie wycinać numery takie jak ten ostatni, kiedy to urwała transmisję tuż przed kluczowym wystąpieniem Jana Bokszczanina. Paweł Deresz, były esbecki kapuś, będzie pluł na pamięć swej tragicznie zmarłej małżonki kolportując najbardziej prostackie insynuacje. Kim trzeba być, by występować w tak urągającej człowieczeństwu roli? Jeśli mu nie po drodze z „pisowcami” mógł po prostu wybrać milczenie, usunąć się w cień, jak wiele innych rodzin. Ale nie – pędzi przed kamery i mikrofony, by upowszechniać elukubracje rodem z „twórczości” płatnych trolli internetowych zaludniających różne Onety, czy fora „Wyborczej”. Dlatego też nie ma nawet sensu zadawanie im pytań w rodzaju tych postawionych na wstępie notki.

Jednak, mimo wszystko, co jakiś czas wymknie się temu i owemu jakieś freudowskie przejęzyczenie. A to „Newsweek” na swoich stronach, a to Sikorski, a to Schetyna, ba – nawet sam Ober-Matoł w chwili utraty samokontroli - wypowiedzą wyklęte słowo „zamach”. I wtedy uświadamiamy sobie z całą wyrazistością, że oni wiedzą. Wiedzą tak samo dobrze jak my i to ich jakoś wewnętrznie zżera, bo to nie jest tak, że sumienie da się całkiem wygłuszyć, schować i wyprzeć bez żadnych konsekwencji. Nie - im dłużej toczy się z własnym sumieniem walkę, tym bardziej destrukcyjnie wpływa to na psychikę, degraduje, rozstraja wewnętrznie. Kiedyś ich to zniszczy i to w wielowymiarowym aspekcie – w ten czy inny sposób poniosą karę, nawet jeśli nie dosięgnie ich ramię sprawiedliwości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na:http://niepoprawneradio.pl/

Inne notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-detektor-nie-jest-w-stanie-odroznic-trotylu-od-dezodorantu

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

wtorek, 4 grudnia 2012

„Uważak” wSieci

Przestrzeń publiczna zostanie wypełniona „świergoleniem”, a jak nie, to dwa lata odsiadki nauczą „miłości” wszystkich nienawistników.

I. Droga do upadku

Przyznam się bez bicia, że wiedziony zdrożną ciekawością wycelowałem te 2,90 na pierwszy numer pińskiego „Uważaka”. I chyba popełniłem błąd, trzeba było odczekać 2-3 tygodnie, albowiem nowa odsłona na swą premierę sfastrygowana została z tekstów, których nie zdążyli wycofać odchodzący publicyści, do tego pewnie trochę jakichś archiwalnych złogów plus materiały napisane przez dziennikarzy „Rzepy”. Widać jak na dłoni, że nowy naczelny ma potężne problemy ze skompletowaniem ekipy – oczywiście prócz Korwina, który pisze wszędzie i nie posiada się z radości, że „URz” zostało odebrane „pisowcom”. Zapewne widzi w tym jaskółkę przyszłego wyborczego sukcesu – ci, którzy, zrobili kiedyś ten błąd i dali się Korwinowi politycznie zauroczyć, marnując swe głosy przez kilka różnych wyborów z rzędu, jak niżej popisany, znają tę śpiewkę doskonale: teraz to już na pewno zdobędziemy 10-15 procent i tym razem, za sto jedenastym podejściem, wejdziemy, zwyciężymy, przełamiemy monopol różnej maści socjalistów, albowiem to MY i nikt inny jesteśmy jedyną najprawdziwszą prawicą.

Oczywiście, obecność Korwina na łamach w żaden sposób nie przyczyni się do wzrostu popularności jego formacji, tak jak nie przekładają się felietony w „Angorze”, albowiem jego rola w społecznej świadomości została definitywnie już zaklepana i sprowadza się do pozycji wujaszka-ekscentryka, który na imieninach zawsze potrafi wprawić towarzystwo w dobry humor. Piński go wziął ze względu na zaszłości z „Najwyższego Czasu”, no i dlatego, że zawsze jest to jakieś rozpoznawalne nazwisko, ale cóż szkodzi Korwinowi trochę pomarzyć?

Nawet o przechyle w kierunku jakiejś usalonowionej „neo-endecji” trudno w tej chwili wyrokować, jako że polemiczny tekst Artura Zawiszy i Roberta Winnickiego okazał się pochodzić sprzed dwóch tygodni i w bieżącym numerze miał się ukazać jeszcze na mocy uzgodnień z Pawłem Lisickim. Sam Winnicki zdecydowanie dementuje, jakoby miał zostać nowym publicystą „Uważam Rze”, więc za tymi narodowcami Piński będzie musiał trochę się porozglądać. No chyba, że sprawdzi się rysunkowe proroctwo Budynia78 i pojawi się specjalista od wynajdywania kolejnych „katechonów” - czyli monarchista Wielomski z paxowskim weteranem Engelgardem na doczepkę. Byłaby to zaiste piękna katastrofa.

Stuhr-senior na okładce to już jakaś aberracja, gdyż niezależnie od tego, że firmuje tu „temat tygodnia” o walce z rakiem, to dla czytelników, jego polityczno-towarzyskie afiliacje spod znaku salonowego „krakówka” są na tyle jednoznaczne, by z miejsca ośmieszyć deklaracje ze wstępniaka o „społecznej kontroli nad władzą” i inne tego typu zaklęcia, których nie szczędzi czytelnikom nowy naczelny.

Mnie szczególnie ujął tekst o „prawdziwie wolnym rynku” w kontekście sposobu, w jaki Presspublica trafiła w ręce Hajdarowicza – za pieniądze pożyczone od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, esbeckiego „tewusia” Leszka Czarneckiego oraz od PW Rzeczpospolita. Traktowanie czytelników jak durni to droga do klęski, no chyba, że jest się Tomaszem Lisem, który traktuje tak swych odbiorców od wielu lat i to ze sporym powodzeniem, ale Lis celuje w diametralnie inny target przy którym takie podejście się akurat sprawdza.

II. Fuzja „URz” i „wSieci”?

W kontekście przejęcia „Uważam Rze” intrygująco brzmi wyznanie Pawła Lisickiego, że Jan Godłowski - współpracownik Hajdarowicza - na dwa dni przed zwolnieniem proponował Lisickiemu odkupienie tytułu. Albo była to zasłona dymna, albo Hajdarowicz naprawdę chciał się pozbyć politycznej kuli u nogi, nawet za cenę utraty dochodów generowanych przez to pismo (w tym roku według Ziemkiewicza miało to być 9 mln czystego zysku). Jeśli to drugie, to w ciągu tych dwóch dni jakiś rządowy „Graś” musiał dobitnie przypomnieć medialnemu „słupowi” skąd wyrastają mu nogi i że Dyktatura Matołów nie życzy sobie wpływowego tygodnika ze sprzedażą stu trzydziestu tysięcy egzemplarzy pozostającego poza kontrolą.

Ale może nie ma tego złego... Interesująco w tym wszystkim rysują się perspektywy dwutygodnika „wSieci”, który pierwotnie żywić się miał przedrukami z internetu – głównie z portali „wPolityce.pl” oraz „Stefczyk.info”, obecnie zaś może przejąć grono autorów z odchodzącej ekipy „Uważaka” i stać się normalnym tygodnikiem z własnymi, oryginalnymi treściami. Pytanie, czy Jacek Karnowski – a w zasadzie biznesowi patroni ze Stefczyka - może sobie na to pozwolić od strony budżetowej. W każdym razie, oczekiwanie dotychczasowych czytelników „Uważam Rze” jest pod tym względem jednoznaczne i jeśli z jakichś względów nie zostanie spełnione, to Karnowski by zachować wiarygodność swoją i swoich tytułów będzie musiał przedstawić naprawdę przekonujące uzasadnienie.

Jednakże, nawet jeśli dawne „Uważam Rze” odrodzi się jako zmodyfikowane „wSieci”, to dla wszystkich którzy odeszli miejsca raczej nie starczy. Ci, co się nie załapią znajdą się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo raty kredytów nie poczekają – i być może Jan Piński liczy na różne „ciche powroty”. Oby się przeliczył, bo łamanie sumień materialnym przymusem to zawsze przygnębiający widok, nie mówiąc już o schadenfreude reżimowych mediodajni.

III. Mowa miłości

A tak już na zakończenie, coś z innej beczki: „Hybrydy” nie chcą być kojarzone z „roninowcami”. „Solidarni 2010” rozesłali informację, że spotkanie promocyjne książki „Lawa – rozmowy o Polsce” zaplanowane pierwotnie na 4 grudnia w „Hybrydach” właśnie, odbędzie się w Domu Pielgrzyma „Amicus”, gdyż „Hybrydy” wymówiły „Solidarnym” i Klubowi Ronina salę. Nawet nie próbowano ukryć, że chodzi o nagonkę związaną z odgrzebanymi słowami Grzegorza Brauna sprzed dwóch miesięcy i przesłuchania prokuratorskie świadków owej wypowiedzi. Cóż, w warunkach nieubłaganej walki z „mową nienawiści” lepiej mieć z władzą dobrze, nawet za cenę utraty twarzy, bo na różnych jątrzycieli Dyktatura Matołów ma swoje sposoby - i lepiej nie przekonywać się na własnej skórze jakie.

Zatem, system pełzającej represjonizacji działa, wojna z nienawistnikami się rozkręca, a już nasi przodkowie zauważyli, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Toteż nawet się nie zdziwiłem, gdy w wywiadzie dla Polsat News polityk PO Adam Szejnfeld zadekretował, iż jedynym obowiązującym językiem w Polsce ma stać się „mowa miłości”. Innymi słowy, przestrzeń publiczna zostanie wypełniona „świergoleniem”, a jak nie, to dwa lata odsiadki nauczą „miłości” wszystkich nienawistników. Niezawisłe Sądy już się grzeją pod telefonami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 30 listopada 2012

„Słupy” Układu

„Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”.

I. Prawica potrafi!

Bądźmy szczerzy – te półtora roku ukazywania się „Uważam Rze”, szczególnie w medialnej stajni Hajdarowicza, to i tak był czas wykradziony losowi. Ten czas redakcja wykorzystała najlepiej jak mogła, tworząc topowy, opiniotwórczy tygodnik, którego Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, zgrzytając zębami, nie mógł ignorować i „unieważnić” jako marginalnego, oszołomskiego pisemko frustratów i nieudaczników, która to metoda jest dla mainstreamu bodaj ulubionym sposobem na deprecjonowanie niewygodnych inicjatyw.

Lisicki z ekipą dowiedli bowiem, że prawica potrafi stworzyć wartościowe, atrakcyjne, poczytne i pokupne medium, mogące podbić przebojem trudny, prasowy rynek, jeśli tylko nie stwarza się przed nim sztucznych barier. Co więcej, jest w stanie to zrobić bez uciekania się do kloacznej estetyki w stylu Tomasza Lisa i jego „Newsweeka”. Kto wie, czy nie jest to najbardziej wartościowa część spuścizny „URz”, która nie raz jeszcze zaprocentuje w przyszłości – jak każde przełamanie fałszywego stereotypu. To „odczarowanie” mitu prawicowego nieudacznictwa może otworzyć perspektywy przed kolejnymi przedsięwzięciami medialnymi.

II. „Słup” Hajdarowicz

No, ale wszystko co dobre ma swój kres, albowiem gdy w grę wchodzi trotyl, tam kończą się żarty. Grzegorz Hajdarowicz, który z łaski Dyktatury Matołów przejął „Presspublicę” za pożyczki otrzymane od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, od byłego esbeckiego „TeWusia” - milionera - Leszka Czarneckiego oraz od PW „Rzeczpospolita”, został uruchomiony, by zrobić to, do czego został zatrudniony w charakterze biznesowego „słupa” służb i obozu rządzącego. I „słupek” Hajdarowicz zadanie wykonał bez wahania. Zresztą, niechby tylko spróbował się zawahać – zlecone przez „czynniki” zadania lepiej wykonywać jeszcze przed weekendem. Wiadomo wszak, że właśnie podczas weekendów lawinowo przyrasta u nas liczba samobójstw „bez udziału osób trzecich”, więc lepiej nie kusić licha, które jak wiadomo nigdy nie śpi, podobnie jak Seryjny Samobójca.

Zatem, pan biznesmen ze służbowej łaski chwacko uwinął się z pacyfikacją powierzonych mu tytułów – najpierw „Rzepy”, następnie zaś „Uważam Rze”, przywracając tak pożądaną przez jego patronów jedność moralno-polityczną medialnego mainstreamu. W powszechnym przekonaniu jest to krok samobójczy z biznesowego punktu widzenia, ale przecież nie dlatego podarowano „zaprzyjaźnionemu przedsiębiorcy” „Presspublicę”, wykurzywszy z niej uprzednio krnąbrnego większościowego udziałowca, by pan Hajdarowicz miał się przejmować względami finansowymi, gdy Dyktatura Matołów walczy o przetrwanie, zwiera szeregi i przystępuje do batalii z „faszyzmem”, tudzież „mową nienawiści”. Pan Hajdarowicz zostanie wynagrodzony w odpowiednim czasie w stosowny sposób, albowiem wart jest robotnik zapłaty swojej – choćby nawet „Uważam Rze” padło pod nowym kierownictwem po kilku numerach. „Biznesmeni przyjaźni lewicy” - jak onegdaj ujął to Leszek Miller, są cennymi aktywami każdej „waadzy”.

III. Kres dwuznaczności

Trochę szkoda, że zespół „URz” nie podziękował za współpracę zaraz po tym, jak wywalono z „Rzepy” Cezarego Gmyza. Rozumiem, że żal porzucać własne dzieło, ale sytuacja była, przyznajmy, dość dwuznaczna. Nie rozumiem też, po co Lisicki plótł androny o niezależnym statusie tygodnika w strukturze „Presspubliki”, że nic mu nie grozi itp. Jak się rzeczy mają, właśnie się przekonaliśmy. W sumie, Hajdarowicz wywalając Lisickiego, wyratował poniekąd załogę „URz” z nielichego dylematu. Jednak trzeba oddać, że postawa zespołu redakcyjnego zasługuje na najwyższe uznanie. Mało którą redakcję stać by było na taką solidarność. Wyobrażacie sobie coś takiego w „Newsweeku”? Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.

A wieść niesie, że nowy naczelny – Jan Piński – wydzwania po dziennikarzach „kojarzonych z prawicą” i kusi ich tłustymi „pecuniami”, które jak wiadomo „nie oletują”, byle tylko zechcieli przyjść do wyludnionego tytułu, albowiem na pierwsze spotkanie z nowym szefem... nie przyszedł nikt ze składu „URz” i „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, jeśli jakimś cudem Pińskiemu uda się sformować zespół, to warto będzie odnotować nazwiska tych dziennikarzy. I zapamiętać. Dobrze zapamiętać.

IV. Jan Piński – „słup” drugiej kategorii

Skoro jesteśmy już przy Pińskim – doprawdy, nie wiem kim trzeba być, by w ogólnie znanej sytuacji „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” przyjąć propozycję „słupa” Hajdarowicza, uwiarygadniając i firmując własną twarzą prasowe porządki pod egidą Dyktatury Matołów. No chyba, że tę twarz straciło się już dawno temu wraz innymi przymiotami konstytuującymi tzw. „osobę ludzką” i pozostało już tylko nieśmiertelne „kasa, misiu, kasa”. Wtedy można schować wszystko do kieszeni i z uśmiechem pełnić rolę „słupa” drugiej kategorii, podliczając luby grosz.

Kim jest Piński pokazuje jego wywiad, w którym z miedzianym czołem, za przeproszeniem, pieprzy głodne kawałki o tym jaką to opozycyjną gazetę chce robić i umacniać jej niezależność. Wystarczy przeczytać tylko to, znając kontekst ogólnosytuacyjny, by wyrobić sobie opinię. Nic więcej nie trzeba. Nawet tego, że z „Nowym Ekranem” pożegnał się z zaskoczenia, z dnia na dzień. „Lojalny jak Piński”, tak się powinno mówić, co by tam Łazarz w jego obronie nie wypisywał.

Nie wiem, czy nowe „Uważam Rze” stanie się tubą jakiejś koncesjonowanej, zblatowanej endecji od Giertycha, jakiegoś „neo-PAX-u Trzeciej RP”, ale analogia do okoliczności, w jakich Bolesław Piasecki przejął „Tygodnik Powszechny” narzuca się sama. Nic to – mas nie porwą, to pewne. Najprawdopodobniej „URz” padnie po kilku numerach, lub w najlepszym razie podzieli los „Przekroju”. Cóż, jakiś czas temu prorokowałem, że „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój” - i choć detale tej drogi do upadku nieco się różnią od moich przewidywań sprzed ponad roku, to zasadniczo wychodzi na moje.

A tak już na zakończenie, pozostaje tylko zadać pytanie: jaką rolę w zamachu smoleńskim odegrali ludzie z WSI i Dyktatura Matołów, skoro jeden tekst o trotylu na wraku tupolewa tak zaktywizował ich „słupa”, że postanowił zarżnąć dwie gazety?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Inne notki o „Presspublice” itp.

http://niepoprawni.pl/blog/287/gaudenizacja-rzepy

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

czwartek, 29 listopada 2012

Katofaszysta Grzegorz B.

Walka z „faszyzmem” zaostrza się w miarę postępów Postępu.

I. Walka klasowa...

Kiedy wreszcie odwiedzę siedziby TVN-u i „Wyborczej” ze spluwą w garści, różańcem na szyi i plecakiem trotylu, jak na porządnego katofaszystę przystało, to wtedy dopiero pozatrudniana tam dziennikarska swołocz będzie miała realny powód do spazmów i histerii. Prokuratura i jej Ślepokura dopiero wtedy otrzyma przesłanki do „wzmożeniowego” śledztwa i stawiania zarzutów, zaś „abewiaki” od Bondaryka powody do porannych nalotów. Obie służby natomiast - do konferencji prasowych z materiałami filmowymi świeższymi niż 12 lat.

Póki co natomiast, zgodnie z myślą Stalina, że walka klasowa zaostrza się w miarę postępów w budowie komunizmu, mamy do czynienia z sytuacją w której walka z faszyzmem zaostrza się w miarę postępów Postępu. To zaś naturalną koleją rzeczy powoduje wzmożone zapotrzebowanie na „faszystów”, których należy wytropić, zdemaskować, przykładnie napiętnować i wsadzić za kraty. Rzecz jasna, powyższe komponuje się idealnie z procederem pełzającej represjonizacji wdrażanej systematycznie przez Dyktaturę Matołów, która umiejętnie podsyca społeczny strach przed „prawicowym ekstremizmem” - wypisz wymaluj w identyczny sposób, w jaki władze PRL siały propagandę o „ekstremie” z „Solidarności”.

II. Na tropie „ekstremy”

Prowokacje podczas Marszu Niepodległości to już klasyka. Tylko przytomności umysłu rzecznika ONR, Mariana Kowalskiego, który zapanował nad wielotysięcznym tłumem zawdzięczamy, że „hodowanie zamieszek” się nie powiodło, ale było blisko. Do tego nagabywanie przez policję organizatorów wyjazdów zbiorowych, „profilaktyczne rozmowy” na komendach, najścia na domy członków ONR... Ale to jeszcze wypadło blado, trzeba było czegoś mocniejszego, by wokół „faszyzmu” rozpętać histerię.

Owym mocniejszym akcentem był finał groteskowej operacji ABW w sprawie „brunobombera”. Funkcjonariusze wychwycili w internecie narwańca, by następnie go hodować, podsuwając mu agenturalnych „współkonspiratorów”, a rzecz całą zakończyć prokuratorską pokazuchą z filmami sprzed 10-12 lat i „arsenałem” złożonym z jakichś rupieci oraz militarnych gadżetów z Allegro – akurat wtedy, gdy było potrzebne to Dyktaturze Matołów i jej medialnej ekspozyturze. Mamy tu do czynienia z istnym powrotem do czasów urbanowo-jaruzelskich. Telewizja stanu wojennego również pokazywała „arsenały” rzekomo gromadzone przez solidarnościowych „terrorystów”.

Tego było trzeba, by rozpętać histerię antyfaszystowskiego wzmożenia. Zaraz „Wyborcza” znalazła wpis Artura M. Nicponia, w którym pytał się o możliwość hipotetycznego referendum w sprawie zastrzelenia Tuska. Nicpoń sprawę postawił w kontekście głosowania w kwestii aborcji, ale tego już „Wyborcza” nie podała, bo taka wiedza jej czytelnikom jest niepotrzebna. Ponieważ strona http://www.nicek.info/ wyleciała w powietrze, to zacytuję dla porządku, za blogiem MarkaD: „No ale weź mi, jako prawnik, taką rzecz powiedz - mamy tę całą demokrację i liberalizm. Czy można w Polsce zrobić referendum na projektem zastrzelenia Tuska i zbierać pod takim projektem podpisy? Żeby zastrzelenie go jak psa było legalne. Kumasz, jeśli można majdrować przy dzieciach w fazie prenatalnej i można sobie głosować, czy je zabić czy nie, to czy tak samo można z Tuskiem? (wytłuszczenie moje - GG) .

No i wreszcie wypowiedź Grzegorza Brauna – z gatunku takich, które wygłasza w zasadzie na niemal każdym publicznym spotkaniu. Zdrajców należy rozstrzeliwać, bo jeśli nie wisi nad nimi widmo kary, to tworzy się popyt na zdradę i zaprzaństwo – taki z grubsza był jej sens. Oczywista oczywistość, również w odniesieniu do funkcjonariuszy reżimowych mediodajni z TVN-u i „Wyborczej” (odpowiednio – dwa tuziny i tuzin do rozwałki). Oni doskonale wiedzą, że Braun ze swoją atletyczną posturą notorycznie doprowadza do płaczu całe plutony policji, więc nie dziwię się, że mogło im powiać nieprzyjemnym chłodkiem po krzyżu. No, ale katofaszystą Grzegorzem B. zajęła się już niezależna prokuratura, a wkrótce może i rozgrzane sądy, zatem pewnie trochę odetchnęli.

III. Pełzająca represjonizacja

Aż żal bierze gdy się spojrzy, jakie to wszystko dęte, jak nieudolnie fastrygowane. „Terrorysta”, którego musi czynnie podżegać do przestępstwa komando „abewiaków”, jakieś sensacje z d...y wzięte w rodzaju internetowego wpisu z niszowej strony, jakaś wyrwana z kilkugodzinnej dyskusji wypowiedź sprzed niemal trzech miesięcy. No, ale skoro poszedł prikaz, by walczyć z „faszyzmem” i „ekstremą”, to nie ma rady. Należy pryncypialnie stać na nieubłaganym gruncie niczym czekiści o chłodnych głowach i gorących sercach, bo – powtórzmy - walka z faszyzmem zaostrza się w miarę postępów Postępu. Nie to, co taki Cezary Michalski ze swymi życzeniami uśmiercenia kilku byłych kolegów – publicystów, czy Krzysztofa Rybińskiego, który wedle Michalskiego skończyć miał jak Aldo Moro. Walczyć z lewacką ekstremą „nie lzia”.

A tak na poważnie – właśnie okazało się, po co to budowane od tygodni napięcie, to całe antyfaszystowskie wzmożenie i medialna histeria. Otóż wszystko to miało zbudować atmosferę przyzwolenia na nowelizację kodeksu karnego, a konkretnie – poszerzenie penalizacji tzw. „mowy nienawiści”. Tak się bowiem pięknie zorkiestrowała „podgatowka” mediów z zamysłami władzy, że PO w odpowiedzi na „społeczne zapotrzebowanie” złożyła w Sejmie projekt zmiany art.256 KK, który ma otrzymać brzmienie: „kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści wobec grupy osób lub osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, społecznej, naturalnych lub nabytych cech osobistych lub przekonań podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2".

Obecnie art. 256 brzmi: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.” Jak łatwo zauważyć, do katalogu dodano kategorię polityczną oraz „naturalne lub nabyte cechy osobiste” (zapewne chodzi o homosiów), usunięto zaś kategorię wyznania – czyli wyjęto spod ochrony prawa „katoli”, wzięto zaś pod opiekę Dyktaturę Matołów i jej poputczików, bo chyba nie ma wątpliwości, w którą stronę rozgrzane sądy będą interpretowały „nawoływanie do nienawiści wobec osoby lub grupy osób z powodu jej przynależności politycznej”.

Mamy zatem do czynienia z kolejną odsłoną pełzającej represjonizacji – tym razem pod płaszczykiem walki z „mową nienawiści”. Knebel z sankcją karną, którego jedną z glównych ofiar będzie internet, w tym blogosfera oraz inne media niezależne. Oczywiście, nie da się kontrolować wszystkiego i karać wszystkich – stosowane będą uderzenia punktowe, wybiórcze, obliczone na efekt zastraszenia – przypuszczam zresztą, że rolę delatorów ochoczo wezmą na siebie reżimowe mediodajnie z „Wyborczą” (przypomnę – tuzin do „czapy”) i TVN (dwa tuziny...), jak uczyniły to z Braunem i Nicponiem. Jest to zresztą ciąg dalszy kampanii zapoczątkowanej kilka miesięcy temu przez prokuratora Seremeta, który zalecił ściganie „mowy nienawiści” w sieci, po tym jak „Tygodnikowi Powszechnemu” zrobiło się przykro, że nie ma kary na tych nienawistników (pisałem o tym w notce „Młot na pisowców”).

IV. Marzenia mediodajni i „antystemowcy” pod presją szantażu

Tak sobie myślę, że Dyktaturze Matołów i jej medialnej ekspozyturze bardzo odpowiadałoby, gdyby pojawił się jakiś prawicowy, „faszystowski” Cyba. Oni wręcz tego wyczekują, co widać po ich okrzykach na temat „brejwików”, że teraz, po tej wypowiedzi Brauna to już na pewno jakiś maniak zacznie ich mordować („zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu, po którym zdarzy się nieszczęście” - prof. Jan Hartman), co pozwoli im pozbyć się uciążliwego moralnego garba po mordzie łódzkim, bowiem „prawicowi publicyści i politycy od razu przypominają, że to oni są obiektem ataków - przecież w Łodzi zamordowany został działacz PiS. I to ma zamknąć wszystkim usta” („Reagujmy na brednie” - GW). Wreszcie można by pograć na propagandzie męczeństwa i pod tym pretekstem zdelegalizować, zamknąć... a ileż nowych „surowych ustaw” można by wprowadzić! („Gdy tylko w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę” - jak marzył Gnom w „Rozmowie w kartoflarni”)

Stąd też mój wstęp o rozwałce w siedzibach „GW” i TVN-u. Oby ktoś się przypadkiem nie zabrał za spełnianie tych waszych marzeń, bo wtedy nigdy nie wiadomo na kogo trafi...

Na zakończenie pozwolę sobie jeszcze skonstatować ze smutkiem, że prawa strona tzw. „dyskursu publicznego” dała się niemal kompletnie sterroryzować tym nędznym, prymitywnym szantażem kleconym na zasadzie – wybieramy czyjąś wypowiedź i co wy na to: odcinacie się? PiS pozwolił, by „Wyborcza” korygowała mu politykę kadrową (zawieszenie Nicponia i sąd partyjny). Natomiast prawicowi gwiazdorzy – za wyjątkiem Ewy Stankiewicz - w sprawie Brauna albo nabrali wody w usta, albo wręcz uznali za stosowne na wyprzódki się od niego dystansować. Do tej pory im nie przeszkadzał: zapraszali go, dyskutowali na spotkaniach, robili z nim wywiady, fetowali filmy i zacierali ręce z radochy słysząc jego co bardziej ostre wypowiedzi. Tak to wygląda - koledzy, taka ich mać. Grunt, żeby żaden „wariat” nie popsuł im wizerunku i całego tego patriotyczno-opozycyjnego biznesu w którym wyrobili sobie pozycję celebrytów swoją starannie skalkulowaną „antysystemowością”. Obrzydliwe.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 25 listopada 2012

Brunobomberzy

Wszelkiej maści potencjalnych „brunobomberów” radzę odsyłać do puszczania „bączków” w kibelkach – bo albo są to prowokatorzy, albo idioci.

I. Internetowi brunobomberzy

Co jakiś czas można w komentarzach pod blogerskimi notkami spotkać się z kwękoleniem, że ta cała pisanina to, panie kochany, wentyl bezpieczeństwa i kanalizowanie w internecie przez wiadome czynniki energii niezadowolonych. Często za powyższym stwierdzeniem idzie zaraz deklaracja różnych wirtualnych twardzieli, że należy wyjść w „real” i w tymże „realu” namieszać – kryterium uliczne, zamach stanu, rewolta i takie tam. Do pewnego momentu zlewałem takie apele różnych gorącokrwistych narwańców, bowiem osobnicy ci cechują się na ogół postawą znaną jako „weźmy się i zróbcie” - poujadają, powzywają do „czynu” tak w ogólności i na tym z grubsza kończy się ich rewolucyjny zapał oraz inwencja.

Ostatnio postanowiłem sobie jednak, że jak taki jeden z drugim internetowy macho przylezie mi na bloga, będę odpisywał w stylu: „To działaj, obalaj reżim, kto ci broni? Skrzyknij oddział, zaopatrz go w broń, bomby, czy co tam uda ci się załatwić, przeszkol ludzi, wytrenuj swoich zawadiaków w partyzantce miejskiej, stwórz konspiracyjną siatkę... proszę bardzo”.

Po akcji z „brunobomberem” uzupełniłbym jeszcze powyższe o przestrogę: „tylko nie zdziw się, gdy się okaże, że twoja „siatka” składa się z agenciaków od Bondaryka, którzy hodują cię niczym brojlera do wrzucenia na medialny ruszt”. Ewentualnie, zasunę bez krępacji: „a ty co, prowoku jeden – brunobombera szukasz? Przekaż szefowi, że nie ze mną takie numery”.

II. Pod egidą służb

Brutalna prawda jest bowiem taka, że przewroty i zamachy, zwłaszcza te udane, odbywają się z reguły pod egidą odpowiednich służb, krajowego bądź cudzoziemskiego autoramentu, które dla sobie wiadomych celów prowadzą werbunek do zakładanych przez siebie konspiracyjnych organizacji, by następnie uruchamiać je w odpowiednim momencie. Oczywiście, na ogół nie kończy się to aż takim groteskowym blamażem, jak ta odpalona we wtorek żenada. Czasem udaje się zabić carskiego ministra, samego cara, czy w nowszych czasach – byłego włoskiego premiera. Nigdy jednak nie dzieje się to samo z siebie - że, prawda, jacyś gorącosercy, idealistyczni młodzieńcy zakładają organizację, a następnie zabijają tego Aldo Moro, czy innego Stołypina. Zawsze okazuje się potem, że wszyscy oni – te Czerwone Brygady lub eserowcy - szli na pasku KGB lub Ochrany.

Najgorzej zaś, gdy jakiś nabuzowany emocjonalnie palant uwierzy, że on naprawdę zorganizował taką super hardkorową konspirę, co to ma broń, saletrę amonową i wypieprzy Sejm w powietrze.

Oczywiście, to wszystko jest do zrobienia. W szkole popularną zabawą było puszczanie tak zwanych „bączków” - brało się tę saletrę właśnie, mieszało bodajże z cukrem pudrem, ubijało w przedziurawionej od spodu zakrętce od wódki i podpalało. Sufit szkolnego kibla nosił niezliczone ślady tego typu zabaw młodocianych piromanów. Przypuszczalnie, po dopracowaniu proporcji i kilku eksperymentach, można by na tej bazie wypichcić jakąś bombkę i gdzieś zdetonować. Może nawet w Sejmie. Pod warunkiem, że będzie działało się samemu – dwóch to już zbyt wielkie ryzyko, że cała sprawa skończy się odsiadką i człowiek wyjdzie na idiotę, jak ten Brunon z Krakowa.

Jest jeszcze inny wariant – taki mianowicie, że z jakichś względów obce służby będą zainteresowane zrobieniem tutaj rozpierduchy i wtedy pod ich parasolem faktycznie uda się założyć jakąś organizację. Tylko miejmy przynajmniej tę świadomość, że w takim przypadku działamy w interesie służb obcego państwa, zaś ich plany i interesy wcale nie muszą pokrywać się z naszymi. Nie każdy jest Piłsudskim i nie każde państwo uprzejmie rozleci się w odpowiednim momencie na kawałki jak Austro-Węgry, których wywiadowi Komendant świadczył to i owo.

III. Brunobomberzy do „bączków”

Jeśli zaś nie zdajemy sobie sprawy z realiów, to prędzej czy później skończymy wycyckani przez różnych Bondaryków, otoczeni chłopcami z ABW, a niezależna prokuratura będzie zarykiwać się ze śmiechu na konferencji prasowej, prezentując ku uciesze gawiedzi z reżimowych mediodajni nagrania z próbnych eksplozji i jakieś podrzucone nam militarne gadżety z Allegro. To już lepiej zostać przy tych „bączkach” puszczanych w szkolnej toalecie.

A na domiar złego, przy okazji rykoszetem może oberwać jakiś Bogu ducha winny Artur M. Nicpoń, bo „Wyborcza” za pomocą zmanipulowanego cytatu akurat zechce podkręcić temat „terroryzmu” w kierunku bardziej pisowskim, a sam PiS nie dostrzeże niczego zdrożnego w tym, by organ Michnika korygował mu politykę kadrową, jak niedawno słusznie zauważył MarkD.

Dlatego też ja osobiście wszelkiej maści potencjalnych „brunobomberów” radzę odsyłać do puszczania „bączków” w kibelkach – bo albo są to prowokatorzy, albo idioci. Zarówno na jednych, jak i na drugich szkoda czasu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/