Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Gmyz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Gmyz. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

Przewodnik po III RP

… czyli Cezary Gmyz oprowadza nas po neo-peerelowskim „jądrze ciemności”.

I. Podróż do wnętrza systemu

Książka „Zawód: dziennikarz śledczy” to błyskawiczna i świetnie „czytająca się” podróż po patologiach III RP. Albo inaczej: nie tyle po patologiach, bo to sugeruje istnienie jakiegoś zdrowego trzonu, który jedynie tu i ówdzie uległ wynaturzeniu, ile po systemowych dysfunkcjach wbudowanych w ustrój społeczno-polityczny postokrągłostołowej Polski z pełną premedytacją – po to, by zainteresowani mogli czerpać z nich korzyści przez następne dziesięciolecia. Cezary Gmyz odpytywany przez Piotra Goćka oprowadza nas zatem po tym neo-peerelowskim „jądrze ciemności”, odkrywając kolejne obszary żerowisk formacji, którą pozwalam sobie nazywać Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Wywiad-rzekę spina klamra, którą jest Tragedia Smoleńska. Lekturę zaczynamy od trotylu na wraku Tupolewa i okoliczności zwolnienia Cezarego Gmyza z „Rzeczpospolitej”, kończymy zaś opisem rozlicznych uchybień w trakcie smoleńskiego śledztwa (ze szczególnym uwzględnieniem roli Tomasza Turowskiego i generalnie polskiej dyplomacji, oraz Prokuratury Wojskowej). Nagromadzenie nieprawidłowości sprawia wręcz wrażenie celowego i systematycznego sabotażu uskutecznianego m.in. z powodu dojmującego strachu przed Rosją. Dość powiedzieć, że Andrzej Seremet przestrzegał Tomasza Wróblewskiego, że jeśli opublikują w „Rzepie” tekst o odkryciu śladów materiałów wybuchowych, to... będzie wojna. Ni mniej, ni więcej – wedle Prokuratora Generalnego jeden „nieodpowiedzialny” tekst w polskiej prasie może sprowokować Rosję do napaści. To pokazuje chyba najdobitniej skalę psychicznego sterroryzowania naszych elit przez reżim Putina. A tego typu kwiatków jest przytoczonych więcej. Wniosek jest jeden: ONI z własnej woli nie dopuszczą do odkrycia czegokolwiek, co mogłoby nie spodobać się Rosji.

II. Oblicza degrengolady

Ale cała ta „tragedia posmoleńska” jak nazwał kiedyś Ziemkiewicz to, co stało się po 10 Kwietnia, jest jedynie końcowym objawem wszechogarniającej degrengolady. W kolejnych częściach dowiadujemy się m.in. o skutkach lustracyjnego zaniechania i zbiorowym oporze wszystkich bez wyjątku wpływowych środowisk przed rozliczeniami. Przy okazji autor – znawca problematyki lustracyjnej – rozprawia się z całą mainstreamową antylustracyjną mitologią, obnażając zakłamanie i złą wolę dyżurnych przeciwników „grzebania w życiorysach”. Był to bez wątpienia jeden z grzechów założycielskich III RP skutkujący na najróżniejsze sposoby do dnia dzisiejszego. Choćby wspomniany wyżej Turowski – esbecki „nielegał” w Watykanie i jego tajemnicza rola w sprawie Smoleńska – przypomnijmy, że nagle, na miesiąc przed tragedią, został skierowany do Moskwy jako główny organizator wizyt dyplomatycznych...

W innym miejscu dowiadujemy się szczegółowo o sprawie willi Kwaśniewskich w Kazimierzu nad Wisłą, formalnie zarejestrowanej na kogo innego – z tego prostego powodu, że była para prezydencka nie byłaby w stanie udokumentować swymi legalnymi dochodami źródeł sfinansowania jej kupna. Akcja CBA została „utrącona” w ostatnim momencie – nadzorujący śledztwo przestraszyli się nazwisk...

Na mnie największe wrażenie wywarła jednak historia o nowelizacji prawa spółek handlowych napisanej pod zamówienie Ryszarda Krauzego – i jak można się domyślać – również innych oligarchów, pragnących uniknąć odpowiedzialności za wyprowadzanie pieniędzy ze swych przedsiębiorstw. Scena z noworocznego balu adwokatury na którym „środowiska biznesowe” wręczają ministrowi sprawiedliwości Krzysztofowi Kwiatkowskiemu pakiet zmian prawnych do realizacji, przebija nawet spoty PiS z kampanii w 2007 roku ze słynnym „Mordo ty moja” na czele. Dodam od razu, że w tej sprawie nie było niewinnych – wszystkie sejmowe ugrupowania w mniejszym bądź większym stopniu współtworzyły „partię Krauzego”, choć głównym rozgrywającym miał być Adam Szejnfeld z PO. W efekcie usunięto z Kodeksu Spółek Handlowych art.585, który mówił, iż kto działa na szkodę własnej spółki jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat pięciu. Nowelizacja weszła w życie bez vacatio legis i w takim trybie, że do ostatniej chwili nie wiedział o tym ani sąd ani prowadząca przeciw Krauzemu sprawę prokuratura. Na tydzień przed rozprawą... Tak się to robi, Panie i Panowie.

Wiele miejsca poświęcono również kwestii lustracji Kościołów różnych wyznań. Od razu powiem, że żadne nie zdało egzaminu (choć jedne „nie zdały mniej” a inne „nie zdały bardziej”). Przy okazji podważona została zasadność obiegowego stwierdzenia, iż konfidentami w Kościele Katolickim było maksymalnie 10% duchowieństwa. Niestety, odsetek TeWusiów był wyższy. W tym kontekście zostało rzucone ciekawe światło na słynne ubiegłoroczne „Orędzie” polskiego Kościoła Katolickiego i rosyjskiej Cerkwi, poprzedzone etapem „dyplomacji ikonowej”. Wielce czynny był tu długoletni konfident SB, arcybiskup Sawa – zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz – jakże by inaczej – słynny „Orsom” i „Ritter”, czyli dobrze nam znany Tomasz Turowski...

A do tego jeszcze opisy rzeźnickich metod polowania preferowanych przez Bronisława Komorowskiego, a jeszcze „detektywistyka historyczna” dotycząca II Wojny Światowej, a jeszcze smaczki z warsztatu dziennikarstwa śledczego (choćby instruktaż jak rozpoznać i zgubić „ogon” służb), a jeszcze... Tu już zmilczę, bo i tak boję się, że zdradziłem zbyt wiele, psując w ten sposób potencjalnemu czytelnikowi przyjemność lektury.

III. Ozdrowieńczy szok

Podsumowując, ogólną wymowę książki „Zawód: dziennikarz śledczy” można scharakteryzować następująco: obraz współczesnej Polski, jaki się z niej wyłania nie będzie może jakimś szczególnym zaskoczeniem dla czytelnika – nazwijmy go umownie - „prawicowego”, obcującego od lat z pozamainstreamowymi mediami. Niemniej, nawet dla niego parę rzeczy może stanowić niespodziankę, na zasadzie, że może być „aż tak”. Natomiast dla leminga, albo po prostu dla kogoś kto na co dzień sprawami publicznymi się nie interesuje, książka ta może być ozdrowieńczym szokiem (o ile nie odepchnie jej od siebie w odruchu niezgody na zburzenie obrazu świata w którym mimo pewnych tzw „bolączek” generalnie wszystko gra). Sądzę jednak, iż w miarę rozwoju sytuacji pod rządami Dyktatury Matołów, będą rosły szeregi ludzi gotowych przyjąć do wiadomości to, o czym opowiada im Cezary Gmyz. Dlatego pozycję tę warto nie tylko przeczytać samemu, ale pożyczyć, bądź polecić jej kupno znajomym.

No i na koniec jeszcze jedno: Cezary Gmyz to ostatni, bądź jeden z ostatnich Mohikanów dziennikarstwa śledczego z prawdziwego zdarzenia. Grupa ta – i tak niezbyt liczna w III RP – wykruszała się stopniowo, bądź popadając w różne wynaturzenia, bądź odchodząc z zawodu (pamiętacie chociażby Jacka Łęskiego?). I to jest kolejny powód dla którego warto się z tą książką zapoznać, bo kto wie, kiedy następnym razem pojawi się możliwość przeczytania czegoś podobnego.

Gadający Grzyb

„Zawód: dziennikarz śledczy”; z Cezarym Gmyzem rozmawia Piotr Gociek; Wydawnictwo Fronda PL sp. z o.o.; Warszawa 2013.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 9 grudnia 2012

Na drodze zaprzaństwa

Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte.

I. Kłamstwo obnażone

Gdybym był naiwny, to po posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości z 5 grudnia, kiedy posypało się ordynarne kłamstwo prokuratury w sprawie trotylu na wraku tupolewa, zapytałbym: kiedy wreszcie dotrze do różnych zakutych łbów, że w kwestii Smoleńska, podobnie jak w większości diagnoz dotyczących stanu i rozlicznych patologii III RP, to „prawicowe oszołomy” mają rację? Że gdy z „moherowych” kręgów dobiega alarm zwracający uwagę na jakieś nie spotykane w cywilizowanych krajach systemowe wynaturzenia post-peerelowskiej rzeczywistości, to koniec końców okazuje się, że jest właśnie tak jak twierdzą „pisowcy”, a nie organa Dyktatury Matołów, tudzież sprzęgnięta z nią propagandowa psiarnia z reżimowych mediodajni?

Ale ponieważ naiwny nie jestem, to bez większej ekscytacji odnotowałem tylko to, co było wiadome od samego początku, czyli od tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa”. Wysokiej klasy urządzenia przeznaczone do wykrywania materiałów wybuchowych nie mogą wariować po zetknięciu się z perfumami, namiotem z PCV, czy pastą do butów. Nie mogą i już, bo czyniłoby to takie urządzenia bezużytecznymi – tak samo, jak alkomat nie ma prawa zareagować na coca-colę. Chyba nikt przytomny nie sądzi, że analogiczne detektory na lotniskach alarmują przy każdym podróżnym, który akurat spryskał się „wysokoenergetycznym” dezodorantem, czy świeżo wypastował buty. Służby specjalne 60 krajów też raczej nie wywalają pieniędzy na niestabilne buble.

Innymi słowy, jest dokładnie tak, jak powiedział pan Jan Bokszczanin, producent detektora MO2M, który był używany do badań w Smoleńsku : „nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że jeśli to urządzenie pokazuje, że mamy do czynienia z trotylem, to mogą to być także jony różnych innych substancji (…) Jeśli to urządzenie i jeszcze inne urządzenie pokazują trotyl, to prawdopodobieństwo, że nie był to trotyl jest dla mnie równe zero.” No chyba, że asy z prokuratury wojskowej faktycznie zanurzały sprzęt w jakimś wiaderku z acetonem, by mieć podkładkę do twierdzeń typu: „po pierwsze, trotylu nie było, po drugie pochodził z II wojny światowej, a po trzecie to nie wiadomo ze względu na 'wysokoenergetyczne jony' namiotu z PCV”.

II. Na drodze zaprzaństwa

Wszystko to było, powtarzam, oczywiste od samego początku, a informacje pana Bokszczanina jedynie potwierdziły zdroworozsądkowe wnioskowanie. Spróbujmy zrekapitulować: Cezary Gmyz jest zbyt doświadczonym dziennikarzem śledczym, by dać się wpuścić w maliny jakimś sensatom lub prowokatorom – to raz. Wyraźna panika w obozie władzy i kuriozalna konferencja prokuratury z pokrętnymi tłumaczeniami – to dwa. Zachowanie Hajdarowicza, wyraźnie poinstruowanego przez zaprzyjaźnionego Grasia i ekspresowa czystka w redakcji „Rzepy”, bez czekania na rozwój sprawy – a taka sprawa zawsze jest „rozwojowa” - to trzy. Słowem, wszystko wskazywało na to, że co najmniej jest coś na rzeczy. I faktycznie – na posiedzeniu komisji prokuratorzy wijąc się niczym Piekarski na mękach musieli w końcu przyznać, że na wraku ten nieszczęsny trotyl jednak wykryto – wbrew wcześniejszym kłamstwom, również o tym, jakoby wrak był badany i okazał się być czyściutki jak łza – zresztą pewnie po to ruscy mołojcy tak troskliwie go wypucowali.

Niemniej, zgodnie z medialną tradycją III RP, ta oczywistość została w przekazie skrajnie zmanipulowana. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte. Muszą kłamać rano, w południe, wieczorem i przez sen. Muszą kłamać wybiórczym przemilczaniem niewygodnych ustaleń, powtarzaniem manipulanckich wrzutek i antysmoleńską histerią – zbyt daleko zaszli na drodze zaprzaństwa, by teraz się wycofać.

III. Wojna z sumieniem

Paradowska, weteranka proreżimowej publicystyki, będzie bezczelnie nawoływać, by nie transmitować „bzdur” w rodzaju przywoływanego tu posiedzenia sejmowej komisji, a TVP Info z rewolucyjną czujnością będzie wycinać numery takie jak ten ostatni, kiedy to urwała transmisję tuż przed kluczowym wystąpieniem Jana Bokszczanina. Paweł Deresz, były esbecki kapuś, będzie pluł na pamięć swej tragicznie zmarłej małżonki kolportując najbardziej prostackie insynuacje. Kim trzeba być, by występować w tak urągającej człowieczeństwu roli? Jeśli mu nie po drodze z „pisowcami” mógł po prostu wybrać milczenie, usunąć się w cień, jak wiele innych rodzin. Ale nie – pędzi przed kamery i mikrofony, by upowszechniać elukubracje rodem z „twórczości” płatnych trolli internetowych zaludniających różne Onety, czy fora „Wyborczej”. Dlatego też nie ma nawet sensu zadawanie im pytań w rodzaju tych postawionych na wstępie notki.

Jednak, mimo wszystko, co jakiś czas wymknie się temu i owemu jakieś freudowskie przejęzyczenie. A to „Newsweek” na swoich stronach, a to Sikorski, a to Schetyna, ba – nawet sam Ober-Matoł w chwili utraty samokontroli - wypowiedzą wyklęte słowo „zamach”. I wtedy uświadamiamy sobie z całą wyrazistością, że oni wiedzą. Wiedzą tak samo dobrze jak my i to ich jakoś wewnętrznie zżera, bo to nie jest tak, że sumienie da się całkiem wygłuszyć, schować i wyprzeć bez żadnych konsekwencji. Nie - im dłużej toczy się z własnym sumieniem walkę, tym bardziej destrukcyjnie wpływa to na psychikę, degraduje, rozstraja wewnętrznie. Kiedyś ich to zniszczy i to w wielowymiarowym aspekcie – w ten czy inny sposób poniosą karę, nawet jeśli nie dosięgnie ich ramię sprawiedliwości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na:http://niepoprawneradio.pl/

Inne notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-detektor-nie-jest-w-stanie-odroznic-trotylu-od-dezodorantu

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

środa, 7 listopada 2012

Gaudenizacja „Rzepy”

Jaką rolę odegrali ludzie WSI w zamachu smoleńskim, skoro ich biznesowy protegowany tak energicznie wyczyścił „Rzepę”?

I. Nawrót gaudenowszczyzny

Można powiedzieć, że po zwolnieniu z „Rzeczpospolitej” Cezarego Gmyza za artykuł „Trotyl na wraku tupolewa”, historia zatoczyła koło. Nawet z pewnym naddatkiem, bowiem prócz dziennikarza poleciał też naczelny, Tomasz Wróblewski, wraz ze współpracownikami - szefem działu krajowego Mariuszem Staniszewskim i zastępcą redaktora naczelnego Bartoszem Marczukiem (ciekawe, za co ten ostatni, skoro w newralgicznym czasie był na urlopie). Słowem, wracamy do roku 2005, kiedy to ówczesny redaktor naczelny „Rzepy”, Grzegorz Gauden, wyrzucił z pracy za „nielojalność” Bronisława Wildsteina, po tym, jak ten ostatni wrzucił do internetu tzw. „listę Wildsteina”, która, przypomnijmy, nie była żadną „listą” (to manipulacja „Wyborczej”), tylko jawnym katalogiem osobowym IPN.

W obu przypadkach mamy do czynienia z naruszeniem tabu – w 2005 roku było to „tabu” lustracyjne, obecnie - „tabu” dotyczące hipotezy, że 10.04.2010 pod Smoleńskiem mogło dojść do zamachu na rządowy samolot z Prezydentem na pokładzie. Zarówno wtedy, jak i dziś bezbłędnie zadziałał mechanizm cenzury represyjnej, karzącej za nieprawomyślne treści, które mają pozostać domeną ledwie tolerowanego „drugiego obiegu”, nigdy zaś nie mogą przedostać się do mainstreamu – chyba, że w formie kpin lub histerycznych fraz o „podpalaniu Polski”. Wreszcie, te dwie historie łączy potężne ciśnienie zewnętrzne wywierane na właścicieli i redakcję.

W 2005 roku komentowano, że „Wyborcza”, która rozpętała wokół Wildsteina nagonkę w swym niepowtarzalnym, unikalnym stylu, jest w stanie zwalniać dziennikarzy z teoretycznie konkurencyjnej gazety, do tego wówczas udziałowcem „Presspubliki” był Skarb Państwa. Obecnie wprawdzie po dawnej potędze „Wyborczej” zastało już tylko wspomnienie, zaś „Presspublica” jest formalnie zupełnie prywatną firmą, jednak tempo i styl w jakim pozbyto się niewygodnego dziennikarza oraz – dla przykładu – trzech innych pracowników, świadczy o tym, że nad „medialnym porządkiem” III RP nadal czuwają z ramienia Niewidzialnej Ręki odpowiednie siły, dbające o zachowanie status quo.

II. Jak Hajdarowicz „Presspublicę” kupował

Co sądzę o zachowaniu Tomasza Wróblewskiego napisałem w poprzedniej notce „Ostatnia linia obrony”, a o wmanewrowaniu „Rzepy” i Gmyza w „operację trotyl” - w tekście „Wybuchowa prowokacja”, nie będę się więc powtarzał. Warto natomiast przypomnieć okoliczności w jakich Grzegorz Hajdarowicz nabył „Presspublicę”.

Otóż, przed przejęciem „Presspubliki” Hajdarowicz był właścicielem spółki „Gremi Media” wydającej dołujący sprzedażowo „Przekrój” i niszowy „Sukces”. I to właśnie owo Gremi Media odkupiło za 80 mln zł od brytyjskiego funduszu inwestycyjnego „Mecom” większościowy pakiet (51,1 %) „Presspubliki” należący do „Mecom Poland Holdings S.A.” (transakcję sfinalizowano 11.10.2011). Dodajmy, że wcześniej ten sam Mecom bezskutecznie starał się o odkupienie całości wydawnictwa od mniejszościowego udziałowca – Skarbu Państwa (48,9%).

Nie dość, że „Mecom” „Presspubliki” nie odkupił, to jeszcze Skarb Państwa na tyle skutecznie uprzykrzał mu życie, robiąc podchody pod rozwiązanie spółki, że w końcu brytyjski fundusz sprzedał swe udziały wskazanej osobie – czyli panu Hajdarowiczowi. Najprawdopodobniej po zaniżonej cenie, bowiem sprzedaż odbyła się w sposób bardzo nietypowy dla tego typu przedsięwzięć: „(...) firma giełdowa, jaką jest Mecom Group, nie prowadziła tego procesu sprzedaży przez doradcę inwestycyjnego i nie wysłała zapytań do dużych graczy, którzy byli zainteresowani kupnem udziałów w ”Rzeczpospolitej”. Zwłaszcza że dzięki takim negocjacjom mogłaby uzyskać wyższą kwotę sprzedaży – komentuje (...) Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej ZPR SA.” (cyt. za www.press.pl, wytł. i skróty moje – GG).

Koniec końców, jak wiemy, ten sam Skarb Państwa, który za Chiny nie chciał zbyć swych udziałów Mecomowi, prędziutko (12.10.2011) i bez oporów odsprzedał je za ok. 55 mln. zł Hajdarowiczowi, który w ten sposób stał się niepodzielnym właścicielem wydawnictwa.

Warto nadmienić, że znaczną część zakupu „Presspubliki” sfinansowała pożyczka od należącego do Grupy Gremi NFI „Jupiter” S.A. powstałego po przejęciu 11 NFI S.A. przez 3 NFI S.A. Na pożyczkę w wysokości 20 mln 200 tys zł zgodę musiała wydać Komisja Nadzoru Finansowego, gdyż jej wartość przekraczała 10% kapitału własnego NFI „Jupiter”. Pożyczka była oprocentowana na 11,5% w skali roku, zaś jej zwrot wraz z odsetkami nastąpić miał do 30 września 2011. „Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego). Czy Hajdarowicz pożyczkę zwrócił? Jeśli tak, to z jakich środków? Czy aby nie z majątku „Presspubliki”?

No i nade wszystko należy pamiętać o partnerze biznesowym Hajdarowicza - Kazimierzu Mocholu - byłym szefie kontrwywiadu i zastępcy szefa Wojskowych Służb Informacyjnych, który wówczas był prezesem zarządu spółki KCI S.A. (dawniej – państwowy PONAR) - udziałowca NFI „Jupiter”. Zrezygnował ze swej funkcji dopiero 28 października 2011 – po sfinalizowaniu przejęcia „Presspubliki” (zrobiło się o nim za głośno?). No, z takim patronem, żaden interes w III RP niestraszny...

III. Fikus czy Gauden?

Cóż, Gmyzowi i „Rzepie”, nawet z Wróblewskim siedzącym okrakiem na barykadzie jeszcze bardziej niż niegdyś Lisicki, zbierało się od dawna. W sumie może dziwić, że „Rzeczpospolita” przetrwała aż do tej pory w dotychczasowym, umiarkowanie opozycyjnym kształcie, zaś „Uważam Rze” funkcjonuje nadal, skupiając opozycyjnych dziennikarzy (wentyl bezpieczeństwa?). Wszystko bowiem wskazuje na to, że Hajdarowicz jest biznesowym „słupem” ludzi WSI. Zastanawiająca jest też rola Hajdarowicza w „operacji trotyl”, bo należy pamiętać, że osobiście dopuścił artykuł Gmyza do druku – specjalnie wrócił z Austrii – by potem ekspresowo zmasakrować „winowajców”, czyszcząc miejsce przyszłemu naczelnemu – Andrzejowi Taladze. Rola tego drugiego jest jasna – to miałki karierowicz, który skorzystał z okazji, by wbić nóż w plecy Gmyzowi i Wróblewskiemu (który zresztą sprowadził go ze sobą do „Rzepy”) publikując niesławne pierwsze dementi ze słowami „pomyliliśmy się”. I pomyśleć, że Talaga był kiedyś dziennikarzem „Nowego Państwa”. Nie ma co – ma ta nasza prawica rękę do ludzi...

Przeszło rok temu zastanawiałem się, nieco przedwcześnie, czy „Rzeczpospolita” pójdzie drogą „doktryny Fikusa” („Rzepa” jako gazeta gospodarczo-prawna, bo od polityki jest „Wyborcza”), czy też Gaudena (dołączenie do propagandowej ekspozytury Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP zwieńczone wyrzuceniem Wildsteina). Po deklaracji Hajdarowicza, który mówiąc o „wywołaniu wojny polsko-polskiej”, sięgnął do propagandowej retoryki Dyktatury Matołów, trudno mieć wątpliwości.

Wychodzi na to, że pomniejsze „wpadki” Dyktatury Matołów można było piętnować - to nawet dobrze, bo uwiarygadnia gazetę - ale od rozważania możliwości zamachu w Smoleńsku – wara! A ponadto - jeśli jedna konferencja prasowa prokuratora Szeląga jest w stanie „zdmuchnąć” niewygodnego dziennikarza i wierchuszkę formalnie prywatnej gazety, jeśli okazuje się, że pewnych tematów lepiej nie ruszać... i jeśli połączyć to z przejęciem „Presspubliki” za którym stali najprawdopodobniej ludzie WSI...

…to warto zapytać, jaką rolę odegrały „byłe” Wojskowe Służby Informacyjne w zamachu smoleńskim, skoro ich biznesowy protegowany najpierw dał zielone światło „wybuchowej prowokacji”, by następnie skwapliwie wyczyścić teren?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Moje wcześniejsze notki o „Rzeczpospolitej”:

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

piątek, 2 listopada 2012

Ostatnia linia obrony

Wróblewski zachował się jak ciota. A wystarczyło napisać kolejny artykuł, punkt po punkcie obalający dyrdymały płk Szeląga.

I. Wróblewski jak ciota

Nie da się ukryć, że naczelny „Rzepy”, Tomasz Wróblewski, zachował się po wtorkowej konferencji Prokuratury Wojskowej jak ciota. W artykule Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa” nie było literalnie nic, z czego należałoby się wycofywać rakiem, jak zrobił to Wróblewski, publikując w internecie kolejne wersje kuriozalnych sprostowań, wyjaśnień itd.

O czym bowiem napisał Gmyz? Ano o tym, że z Rosji przysłano dokumenty urągające procedurom, w wyniku czego polscy biegli odmówili podpisania się pod protokołami o przyczynach zgonu bez przebadania wraku pod kątem pirotechnicznym. Napisał ponadto, że na miejscu tragedii odkryto nowe „wielkogabarytowe” części Tupolewa (to by było tyle, jeśli chodzi o „metr wgłąb”) - i że zarówno te nowo odkryte, jak i „stare”, spoczywające pod dachem i umyte przez Rosjan części samolotu dały wynik pozytywny przy badaniu na obecność materiałów wybuchowych. Jedno z urządzeń miało nawet wyczerpać skalę – zaś owe „materiały wybuchowe” zostały zidentyfikowane jako trotyl i nitrogliceryna.

Gmyz napisał również, że polska ekipa wyposażona była w nowoczesny sprzęt, co ma swoje implikacje (o tym za chwilę) i nawet zastrzegł, że brana jest pod uwagę hipoteza o pochodzeniu śladów trotylu z niewybuchów z okresu II wojny światowej, kiedy to w rejonie Smoleńska toczyły się intensywne walki. Kolejną istotną informacją było, że o odkryciu prokurator Seremet osobiście poinformował Ober-Matoła i od dwóch tygodni „trwały intensywne konsultacje” co z tym fantem zrobić.

Z czego tu się wycofywać? Redaktor Gmyz dochował należytej staranności, potwierdzając informacje w czterech niezależnych źródłach. Wróblewski osobiście rozmawiał o sprawie z Seremetem. Artykuł – niezależnie od bulwersującej treści – napisany został w sposób wyważony. Tymczasem, po konferencji prasowej Prokuratury Wojskowej z płk Szelągiem w roli głównej, naczelny „Rzeczpospolitej” sprawiał wrażenie, jakby nagle uświadomił sobie, że ktoś ich podpuścił „na Smoleńsk” - i rzucił się do zacierania złego wrażenia. Oczywiście, „przeciek” mógł być prowokacją, osobiście sądzę wręcz, że tak właśnie było, czemu dałem wyraz w tekście „Wybuchowa prowokacja”, ale nie zmienia to faktu, że Tomasz Wróblewski zachował się w sposób najgorszy z możliwych.

Spójrzmy: naczelny, który osobiście dopuścił artykuł do publikacji, nagle zwyczajnie zostawił swego dziennikarza na lodzie. Wali jako „redakcja” tekst ze słowami „pomyliliśmy się” (następnie, po interwencji Gmyza, zmieniony), potem bredzi coś, że chodziło tylko o zwrócenie uwagi na przewlekłość śledztwa – słowem, panikuje. Dno. W ten sposób nie tylko zdezawuował własną gazetę i swego podwładnego, ale dostarczył również amunicji Sekcie Pancernej Brzozy, reżimowym mediodajniom i propagandzie Dyktatury Matołów.

II. Obnażyć kłamstwa prokuratora Szeląga

A wystarczyło tylko nalać sobie lampkę koniaku, czy co tam Wróblewski lubi, wziąć głęboki oddech, i... pójść za ciosem! Przecież to, co wygadywał płk Szeląg na słynnej konferencji, to były jakieś kompletne brednie, banialuki obliczone na zrobienie ludziom wody z mózgów i na danie pożywki „antysmoleńskiej narracji”. Wciskanie kitu – i tu wracamy do wątku o „nowoczesnym sprzęcie” - że spektrometr ruchliwości jonów nie odróżnia trotylu od namiotu z PCV, to obraza dla rozumu, o czym można się łatwo przekonać wrzucając w wyszukiwarkę hasło „detektor materiałów wybuchowych”. Ja wrzuciłem i przykładowe efekty można zobaczyć w notce „Czy detektor nie jest w stanie odróżnić trotylu od dezodorantu?”.

Jest tam m.in. opis urządzenia o nazwie „Przenośny detektor materiałów wybuchowych PED-8800 Pro”. Najważniejsze dane: - funkcjonowanie w oparciu o technologię IMS (Ion Mobility Technology) plus transformacja Hardamarda; - wskaźnik fałszywych alarmów – 1%; - czas analizy – 4-10 s; - wykrywa całą paletę środków wybuchowych (w tym TNT) z możliwością poszerzenia bazy danych; - nazwę zidentyfikowanej substancji wyświetla na monitorze LCD; - i tak dalej...

Jeśli nasza ekipa na Siewiernym dysponowała sprzętem podobnego rodzaju, to zwyczajnie nie mógł się on zachowywać tak, jak opisywał to ze swadą płk Szeląg. Nie mógł alarmować skierowany na namiot z PCV, czy na kosmetyki. Zwyczajnie nie mógł i już, tak jak nie „wyją” non-stop analogiczne wykrywacze na lotniskach i przejściach granicznych, ilekroć którykolwiek z nich natrafi na tworzywo sztuczne, lub szminkę w czyjejś torebce.

A jak najprawdopodobniej było? Ano, specjaliści „omiatali” detektorem, bądź pobierali tzw. „długopisem” próbki z powierzchni szczątków samolotu i po kilku sekundach wyświetlało się: TNT, TNT, TNT, NG, TNT, NG, TNT....

III. Na ratunek karierze

Wystarczyło usiąść na chwilę, odtworzyć sobie nieprzytomne filipiki płk Szeląga z nagrania konferencji i napisać kolejny artykuł, punkt po punkcie obalający jego dyrdymały. Z takim zadaniem poradziłby sobie zwykły bloger, a co dopiero rutynowani dziennikarze. Trzeba było zapędzić kolegów i koleżanki z działu popularnonaukowego do pisania tekstów wyjaśniających w przystępny sposób czym dysponowali nasi śledczy w Smoleńsku i jak to działa. I nie odpuszczać. Dzień po dniu powtarzać na różne sposoby – prokurator Szeląg kłamie! Kłamie, najprawdopodobniej na polecenie swych przełożonych, działających z politycznej inspiracji.

Tak właśnie należało zrobić.

Wróblewski jednak tak nie postąpił. Zamiast tego, w modnym ostatnio stylu „oddał się do dyspozycji” zarządu Presspubliki (czytaj – Hajdarowicza – biznesowi kumple z WSI i te sprawy). Czyli, zachował się jak kapitan uciekający z tonącego okrętu, przed pasażerami i załogą – ale nie do końca, bo dymisji jednak nie złożył. Stoi jedną nogą w szalupie, drugą na pokładzie, licząc, że go zawołają, bo może okaże się jednak, że łajba wcale nie tonie, a wtedy on, owszem, bardzo chętnie zgodzi się znów nią dowodzić. Jak to nazwać?

Moim skromnym zdaniem, Tomasz Wróblewski zorientował się, że jeszcze chwilka, a zaliczony zostanie do „smoleńskich wariatów”, co skutkuje automatyczną banicją z „towarzystwa” i „ludzi na poziomie”, a w wymiarze materialnym – utratą roboty bez żadnej nadziei na kolejną, a już zwłaszcza w charakterze redaktora naczelnego. Rzucił się więc do tyleż chaotycznego, co desperackiego ratowania własnej kariery. Pewnie nawet nikt nie musiał go straszyć. Sam zrozumiał. Taka jest siła Niewidzialnej Ręki sprawującej właścicielski nadzór nad III RP.

Dziwi tylko, dlaczego Gmyz jednak nie zwołał konferencji. Być może dostał zakaz publicznego wypowiadania się, może zagrożono mu zwolnieniem, gdyby upierał się przy swoim...

IV. Ostatnia linia obrony

Dlaczego jednak, skoro truję o Wróblewskim, ten tekst zatytułowałem „Ostatnia linia obrony”? Z prostej przyczyny: niezależnie od doraźnych korzyści, jakie Dyktatura Matołów odniosła z całej zawieruchy i dupkowatego zachowania redaktora Wróblewskiego, długofalowo Dyktatura i jej Ober-Matoł na tym stracą. Podobne „operacje trotyl” ich dobiją. Zadławią się własnymi kłamstwami.

Zwróćmy uwagę: definitywnie skończył się czas „wrzutek” ofensywnych – o „naciskach” Lecha Kaczyńskiego, kłótni z kpt Protasiukiem na Okęciu, pijanym generale Błasiku w kokpicie itd. Chwilowe otrzepanie z kurzu na potrzeby telewizorni Hypkiego, „ekspertów” od Milera, Białoszewskiego i innych ruskich agentów wpływu (o Osieckim nawet szkoda gadać), nic nie zmienia. Zaraz zniknęli.

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy na potrzeby „anty-smoleńskiej narracji” musiano zmanipulować autentyczne odkrycie świadczące o zamachu. Oni już nie atakują – pod naporem kolejnych danych świadczących o kompromitacji „śledztwa” cofają się krok po kroku, nieudolnie się odgryzając. Aż dotarli na ostatnią rubież – dzisiaj muszą się już wprost bronić przed zarzutami o zamach, o zamordowanie Prezydenta i pozostałych niewinnych ofiar. Do walki posyłają ostatnie rezerwy – dzieci i starców z panzerfaustami. A tymczasem, badanie dla TVN 24 wykazuje wprawdzie kilkuprocentową przewagę PO nad PiS, ale zarazem mówi o 34% Polaków, którzy uważają, że miał miejsce zamach i o 63% domagających się międzynarodowej komisji. Biorąc poprawkę na stację, odsetki mogą być jeszcze wyższe.

Już niedługo... Czekaliśmy ponad dwa i pół roku, poczekamy jeszcze trochę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-detektor-nie-jest-w-stanie-odroznic-trotylu-od-dezodorantu

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/krach-anty-smolenskiej-narracji

Ciekawy tekst (i jeszcze ciekawsze linki wewnątrz):

http://niezalezna.pl/34370-trotyl-i-spektrometry-czyli-jak-krecil-szelag

Ilustracja: Adam Dee

czwartek, 1 listopada 2012

Wybuchowa prowokacja

„Oni nas uduszą, uduszą tym kłamstwem. Wytrują nas wszystkich cynizmem i kłamstwem, jak cyklonem B.”

I. Operacja „Trotyl”

Nie udało się ze zdjęciami Karacuby, więc postanowiono podgrzać atmosferę za pomocą prowokacji z trotylem i nitrogliceryną. Nie widzę innego wyjaśnienia dla tego, co stało się we wtorek. Scenariusz najprawdopodobniej był następujący: podpuszczamy redaktora Gmyza informacją o śladach materiałów wybuchowych. Mówią mu tak biegli, bądź ludzie z Prokuratury Wojskowej (bo chyba tak należy rozumieć słowa Gmyza o „czterech niezależnych źródłach”). Prokurator Generalny, Andrzej Seremet próbuje odwieść naczelnego „Rzepy” od publikacji, czym tylko utwierdza Tomasza Wróblewskiego, że ma w rękach dziennikarską bombę (podpuchy ciąg dalszy). Następnie czekamy aż ryba chwyci przynętę i „Rzepa” „puści” artykuł, który wywołuje burzę i ostre reakcje ze strony rodzin ofiar oraz Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego. Wreszcie, organizujemy konferencję na której wszystkiemu zaprzeczamy... ale nie do końca – twierdzimy, że nie znaleziono śladów materiałów wybuchowych, tylko jakieś substancje, które mogą lecz nie muszą wskazywać na obecność trotylu, a tak w ogóle, to trzeba wszystko przebadać, co potrwa jakieś pół roku.

W ten sposób załatwiono za jednym zamachem kilka spraw. Po pierwsze, rozniecono na nowo „smoleńską wojnę domową” i to w wersji maksymalnie niekorzystnej dla Jarosława Kaczyńskiego oraz zwolenników tezy o zamachu smoleńskim – czyli odpalono narrację spod znaku „Kaczyński i wariaci od Smoleńska chcą podpalić Polskę”. Po drugie, „przykryto” sprawę błędu przy identyfikacji zwłok prezydenta Kaczorowskiego. Po trzecie, wyciszono kolejną akcję Seryjnego Samobójcy, którego ofiarą padł chorąży Remigiusz Muś, technik pokładowy Jaka-40, którego zeznania podważają oficjalną wersję tragedii. Po czwarte, odwrócono uwagę od porażających „zaniedbań” w śledztwie. Po piąte, przystopowano „jesienną ofensywę” PiS, zaganiając opozycję na powrót do smoleńskiego narożnika.

II. Nowe oblicze „wrzutek smoleńskich”

Wszystko to oczywiście nie zmienia faktu, że dopiero teraz polscy specjaliści zdecydowali się na przebadanie wraku pod kątem pirotechnicznym, wcześniej poprzestając na „ustaleniach” Rosjan. I że bardzo się przestraszono tego, co odkryto. Cały jazgot posłużył właśnie do tego, by owo odkrycie zawczasu rozmydlić, poniekąd „unieważnić” - i zarazem „przykryć” kolejną kompromitację, bo kto z przeciętnych konsumentów mediodajni będzie wnikał, że śledczy przywieźli do Polski tylko „gołe” odczyty, bez materiałów z Tupolewa? Że próbki z samolotu będą badane w moskiewskim laboratorium? Już teraz można się założyć, że badania – nawet jeśli „badać” będą polscy śledczy - niczego nie wykażą, co w wygodnym dla Putina momencie zostanie upublicznione i z miejsca potraktowane przez Dyktaturę Matołów oraz sprzęgnięte z nią mediodajnie jako koronny dowód na prawdziwość wersji Anodiny-Millera o „pancernej brzozie”.

I pomyśleć, że nie tak dawno pisałem o „Krachu anty-smoleńskiej narracji” i wyczerpanym arsenale „wrzutek”. Nie przyszło mi jednak do głowy, że w charakterze „wrzutki” zostanie użyte autentyczne odkrycie wskazujące na materiały wybuchowe, które odpowiednio „podkręcone” zostanie podrzucone umiarkowanie opozycyjnej, a więc przez to wiarygodnej gazecie, tylko po to, by następnie z hukiem je zdyskredytować. I żeby nikt nie wyczytał, iż „Polscy prokuratorzy mieli wątpliwości co do rosyjskiej ekspertyzy pirotechnicznej. Dostarczona przez Rosjan analiza nie spełniała wymogów proceduralnych. Nasi biegli odmówili podpisania ostatecznej opinii o przyczynach zgonu bez dokładnego przebadania wraku.” (cyt. z artykułu „Trotyl na wraku tupolewa”)

W wytworzonym szumie zginęła również informacja, że pan Stanisław Zagrodzki przekazał amerykańskim naukowcom rzeczy osobiste swej kuzynki - śp. Ewy Bąkowskiej ze Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich - i że na pasie biodrowym od samolotowego fotela odkryli oni ślady trójnitrotoluenu, czyli trotylu. Co więcej, obecność trotylu wykryto za pomocą laboratoryjnej analizy chemicznej – czyli tej, do której dopiero mają zabrać się w Moskwie, bowiem jak na razie szczątki wraku zaledwie „omieciono” detektorem.

III. Tlen dla Ober-Matoła

Ostatnimi czasy Ober Matołowi nie brakowało rozlicznych, potencjalnie śmiertelnych politycznie zgryzot. Kolejne skandale ekshumacyjne, Konferencja Smoleńska z udziałem 100 naukowców podważających oficjalną wersję Tragedii, fiasko rozbujania emocji „elektoratu” wokół kwestii światopoglądowych związanych z aborcją i zapłodnieniem „in wiadro”, rosnące słupki PiS-u na skutek „jesiennej ofensywy” i zrównoważenia przekazu „merytorycznego” ze „smoleńskim”, przestawienie społecznej „wajchy” sympatii politycznych, kryzys i zimne grille... Do tego Jarosław Kaczyński nagle zrobił się irytująco odporny na prowokacje i złowrogo milczał, nawet po publikacji zdjęć Karacuby. Redaktor Wroński z „Wyborczej” nawoływał wręcz w desperacji: „Kiedy Kaczyński powie wreszcie: to był zamach”.

Tak, Tusk i jego zdychająca Dyktatura Matołów potrzebowali tej prowokacji jak powietrza – i ten tlen został im podany. Trudno oczywiście dziwić się Kaczyńskiemu, że po publikacji artykułu (i zapewne dysponując jakimiś własnymi źródłami) zaczął mówić o zbrodni i zamordowaniu 96 osób, podobnie jak reakcjom rodzin ofiar. Przynajmniej redaktor Wroński mógł wreszcie wypuścić powietrze i z cynizmem na który stać tylko długoletnich wyrobników reżimowej propagandy podziękować „Rzepie”, że „wyciągnęła zawleczkę z Kaczyńskiego”. Hurra! Kaczyński mówi o zamachu! Nareszcie możemy znowu zacząć robić z niego wariata! Zaś sam Ober-Matoł mógł dosiąść swego ulubionego konika i obwieścić, że „nie sposób ułożyć sobie życie w jednym państwie z ludźmi, którzy formułują tego typu wnioski”. Wszak nie od dziś wiadomo, że jedyną szansą Tuska jest gra obliczona na straszenie Kaczyńskim i zmęczenie społeczeństwa „smoleńskimi awanturami”.

Niemniej, trudno było oczekiwać od lidera opozycji i brata zamordowanego Prezydenta milczenia – byłoby ono wręcz nienaturalne. I tu tkwi kolejna warstwa perfidii Operacji „Trotyl”.

***

Na zakończenie pozwolę sobie zacytować fragment poruszającego maila, jakiego otrzymałem od redakcyjnej koleżanki z Niepoprawnego Radia PL. Nie sposób lepiej ująć całej ohydy, z jaką mamy do czynienia:

„To o to chodziło tym sługusom diabła, o to, żeby znowu zdyskredytować, ośmieszyć Kaczyńskiego, zadrwić ze świętego oburzenia rodzin, z naszej pewności o ich zdradzie! Takiej pogardy dla człowieka nawet za komuny nie było. (…) Oni nas uduszą, uduszą tym kłamstwem. (…) Potrzebne nam są dobre wiadomości, bo już nie ma czym oddychać. Wytrują nas wszystkich cynizmem i kłamstwem, jak cyklonem B.”

W całej tej ponurej sprawie jeden aspekt jest pocieszający. To są ostatnie, desperackie podrygi obliczone na zmęczenie społeczeństwa Smoleńskiem. Dyktaturze Matołów musi naprawdę ostro palić się pod tyłkami, skoro sięga po takie metody. Ten „cyklon B” kłamstwa i cynizmu prędzej czy później zadusi ich samych.

Gadający Grzyb

P.S. Ilustracja – Adam Dee

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 17 października 2009

Okólnik Krzysztofa Bondaryka do sojuszniczych mediów i dziennikarzy.


Ściśle tajne!

W trosce o spójność światopoglądową prezentowanej szerokim masom rzeczywistości medialnej, w kwestii tzw. afery podsłuchowej i udostępnienia materiałów operacyjnych (stenogramów) na potrzeby osobnego postępowania, zaleca się przyjęcie następującej linii:

1) Podkreślać legalność przekazania materiałów, bagatelizując zarazem ciężar sprawy. Dawać do zrozumienia, iż mamy do czynienia z próbą awanturniczego, politycznego rozegrania sytuacji.

2) W miarę możności powstrzymywać się od używania słów i sformułowań typu: „afera”, „afera podsłuchowa”, „inwigilacja”, „zamach na tajemnicę dziennikarską”. W ostateczności, przywoływać je w kontekście ironicznym.

3) Należy podkreślać troskę ABW o stabilność polityczną i spokój społeczny, czemu miało służyć objecie opieką organów państwa niektórych nieodpowiedzialnych dziennikarzy.

4) Dyskretnie zasiewać wątpliwości co do poczytalności Sumlińskiego Wojciecha; możliwie często podkreślać zarzuty dotyczące związków rzeczonego dziennikarza z tzw. komisją weryfikacyjną d.s. WSI, oferowaniem pozytywnej weryfikacji za łapówkę i Macierewiczem Antonim, co jest widomym dowodem na wysługiwanie się destrukcyjnej opcji politycznej.

5) Warto wspominać mimochodem, iż Sumliński Wojciech pracował nad kolejną jątrzącą i nieodpowiedzialną książką o śmierci ks. Popiełuszki Jerzego. Znając związki i sympatie rzeczonego dziennikarza, konfiskata materiałów w trakcie ubiegłorocznego prewencyjnego przeszukania była ze wszech miar uzasadniona i miała na celu zapobieżenie niepokojom społecznym.

6) Co do niejakiego Gmyza Cezarego - podkreślać miejsce jego obecnego zatrudnienia w, jak słusznie zauważył kolega Czuma, PiSowskim „Völkischer Beobachter”, znanym szerzej jako „Rzeczpospolita”, co dyskwalifikuje go jako wiarygodnego i rzetelnego dziennikarza.

7) W kwestii Rymanowskiego Bogdana, mimo iż jego miejscem pracy pozostaje wielokrotnie sprawdzona, sojusznicza stacja telewizyjna (TVN 24), nie należy zapominać o jego niefortunnej młodzieńczej przynależności do wywrotowego ugrupowania, znanego pod nazwą „Federacja Młodzieży Walczącej”, tudzież podejrzanej drodze zawodowej w takich reakcyjnych mediach, jak „Radio Plus” czy telewizja „Puls”.

W związku z tym, prosi się o naświetlanie sylwetki Rymanowskiego Bogdana pod naszkicowanym powyżej kątem, w celu wywołania u masowego odbiorcy przeświadczenia, iż podobne, potencjalnie wichrzycielskie jednostki winny pozostawać pod stałym nadzorem odpowiednich organów, powołanych do ochrony konstytucyjnego porządku Państwa.

8) Należy podkreślać zasadniczą różnicę między płynącymi z poczucia odpowiedzialności działaniami przedsięwziętymi przez ABW, a destrukcyjnymi, obliczonymi na rozpętanie politycznej wojny (i w dalszej perspektywie – zamach stanu) niedawnymi poczynaniami CBA.

9) Zwraca się uwagę na priorytet poruszanych tu kwestii w kontekście ponawianych ostatnio prób poderwania wiarygodności Partii i Rządu i dążenia przez wiadome, odwetowe kręgi do destabilizacji sytuacji wewnętrznej w kraju. Podkreślam pilność sprawy, albowiem w mediach mnożą się rozbieżne interpretacje, mogące mieć wpływ na narastanie poczucia dysonansu poznawczego wśród szerokich mas obywateli.

Niniejszy okólnik rozesłać odpowiednimi kanałami do szefów zaprzyjaźnionych redakcji, celem natychmiastowego wdrożenia.

Podpisano

Sekretarz Stanu

ppłk Krzysztof Bondaryk

Szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.rp.pl/artykul/2,378815_Dziennikarze_podsluchiwani_przez_ABW.html

www.rp.pl/artykul/2,379102_Dziennikarze_nadal_podsluchiwani_przez_ABW_.html