Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 grudnia 2015

PiS kontra system III RP

PiS wciąż pozostaje partią opozycyjną – opozycyjną wobec systemowych patologii III RP składających się na obóz władzy realnej.

I. PiS jako partia opozycyjna

Kilka tygodni temu w tekście pt. „Przetrwać bez zwycięstwa nie można” przypomniałem tytułowy cytat ze słynnego listu prof. Andrzeja Nowaka wystosowanego na konwencję wyborczą Andrzeja Dudy, twierdząc, że wygrana w wyborach prezydenckich i parlamentarnych to nie jest jeszcze sukces. PiS dopiero wygrał kwalifikacje, zajął pole position, lecz do zwycięstwa w wyścigu zostało jeszcze wiele okrążeń i to w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. Dziś widzimy, że tworzony pracowicie przez minione 25 lat system III RP nie zamierza łatwo złożyć broni. Jak do tej pory, PiS przejął jedynie, jak to ujmuje Stanisław Michalkiewicz, „zewnętrzne znamiona władzy”. Do przejęcia władzy rzeczywistej wciąż daleka droga. Innymi słowy, jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, mimo objęcia rządu i prezydentury, Prawo i Sprawiedliwość wciąż pozostaje partią opozycyjną – opozycyjną wobec systemowych patologii III RP składających się na obóz władzy realnej.

Owo stronnictwo, nazywane przeze mnie Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP to nic innego jak ściśle wyselekcjonowane grupy czerpiące korzyści z postmagdalenkowego porządku; kasta uprzywilejowanych, która zasiedliła różne habitaty jako najwyższe ogniwo łańcucha pokarmowego. Są to przyssane do mechanizmu funkcjonowania państwa organizmy pasożytnicze, których pozbycie się będzie równie trudne jak zwalczenie tasiemca. Imię ich – Legion. Znajdziemy tam watahy „resortowych dzieci”, służby specjalne, biznesmenów żyjących z szemranych geszeftów z aparatem państwa, medialnych macherów od wzbudzania masowych nastrojów, kliki urzędnicze, samorządowe, zawodowe korporacje, międzynarodowy biznes, jurgieltników na żołdzie obcych stolic... długo by wymieniać. Wszyscy oni żyją z dojenia Rzeczypospolitej, zaś ich ekspozyturą zapewniającą polityczną „kryszę” nieodmiennie są te same formacje, zmieniające jedynie co jakiś czas partyjne szyldy.

II. Widmo „sądokracji”

Jak łatwo doraźna wygrana może zmienić się w porażkę pokazuje obecna batalia o Trybunał Konstytucyjny. Zwycięstwo otworzy drogę do głębokich reform, porażka zablokuje zmiany na lata – a pamiętać należy, że wszak za chwilę TK będzie rozstrzygał we własnej sprawie, czyli wniosek o zbadanie konstytucyjności niedawnej ustawy przeforsowanej przez PiS. Przypomnijmy, że po przegranej Bronisława Komorowskiego, Platforma widząc możliwość utraty władzy, postanowiła zostawić po sobie instytucję permanentnego sabotażu, mającą blokować jakiekolwiek zmiany uderzające w interesy i spoistość obecnego systemu. Gdyby na dodatek PiS nie uzyskał samodzielnej większości i skazany zostałby na jakąś koalicję, lub rządy mniejszościowe, mielibyśmy powtórkę z lat 2005-2007 i nieustanną szarpaninę zakończoną przedterminowymi wyborami w których zmęczony elektorat zagłosowałby na jakąś „umiarkowaną” partię świętego spokoju w rodzaju Nowoczesnej. Tak się nie stało – partia Jarosława Kaczyńskiego zdobyła samodzielną większość a do tego, jak pokazały ostatnie głosowania, może liczyć na okazjonalnych sojuszników z ruchu Kukiza.

Tym większym priorytetem dla PO i jej zaplecza stała się obrona Trybunału w jego „czerwcowym” kształcie. Chodzi tu zarówno o skład personalny jak i o wynikający zeń mechanizm, czyniący z TK swoisty, nieodpowiedzialny przed nikim „nad-parlament”, mogący pod pozorem sprzeczności z Konstytucją uziemić wszelkie inicjatywy sanacyjne, a w ostateczności – odwołać prezydenta. Polskie państwo w tym układzie, przy zachowaniu pozorów „demokratycznego państwa prawnego”, przeistoczyłoby się w zakamuflowaną dyktaturę - „sądokrację” - w której ciężar władzy przeniósłby się do wąskiego, nieodwoływalnego grona. Parlament, Rada Ministrów i Prezydent stałyby się zaledwie ciałami administracyjnymi, władnymi co najwyżej mozolnie grzebać przy trzeciorzędnych szczegółach – fasadą rządów nieustannie wykładającą się na kolejnych starciach z „sądokratycznym” gremium. Dodatkowo, każda porażka przed Trybunałem byłaby pożywką dla propagandy na zasadzie – proszę, oto znowu PiS chciał się zamachnąć na „konstytucyjne wartości”, ale na szczęście strażnicy „państwa prawa” z TK mu to udaremnili.

O tym, że nie są to czcze obawy świadczy fakt, iż sędziowie Trybunału brali bezpośredni udział w pracach nad czerwcową ustawą. Pisali więc ją „pod siebie”. Każdy, kto choć otarł się o środowisko luminarzy prawa wie, jaki poziom pychy i arogancji ono sobą reprezentuje. W prezentowanej przez nich optyce jedynie ich środowiskowe autorytety upoważnione są do tworzenia i interpretacji prawa – przy czym interpretacje mogą być na tyle dowolne i szerokie, by przekraczać granice prawotwórstwa. Łatwo przewidzieć jak plastycznym narzędziem w ich rękach stałaby się obecna, rozwlekła i nieprecyzyjna konstytucja. Kolejną cechą środowiskową jest – wspólne zresztą dla całego obozu III RP – utożsamienie obecnej formy polityczno-ustrojowej państwa polskiego z demokracją jako taką, przy czym konstytucja z 1997 roku jest tu najwyższym, nienaruszalnym dogmatem. W konsekwencji, każda próba kontestacji i zmiany zastanego porządku jawi się w ich oczach jako zamach na demokrację – i w takim właśnie duchu orzekałby „czerwcowy” Trybunał.

III. Kapitał społeczny

Dlatego odbywająca się na naszych oczach bitwa o kształt Trybunału Konstytucyjnego jest absolutnie kluczowa dla kampanii uzdrawiania państwa. PiS w tej chwili próbuje niczym taran skruszyć bramy twierdzy w której schronili się beneficjenci systemu. Lub, jeśli kto woli, rozbić niczym lodołamacz zator niemożności i niewydolności państwa w którym nieuchronnie grzęźnie każda reformatorska inicjatywa. Jeśli wygramy, dalej będzie już o wiele łatwiej. Piszę „my” – ponieważ ta zmiana jest we wspólnym interesie wszystkich sił mających serdecznie dość zatęchłego, malarycznego bajora jakim stała się Polska - niezależnie od tego, czy ktoś jest zwolennikiem PiS, narodowców, Kukiza itd.

Tamci doskonale o tym wiedzą. Trybunał Konstytucyjny stał się ich ostatnią poważną instytucjonalną zaporą. Gdy ona padnie, nawet skamieniały aparat sądowniczy nie uchroni się przed reformami – a wówczas nastąpi ich koniec. Dlatego tak wyją. Stąd te histerie na tle „stalinizmu”, „III Rzeszy”, „putinizmu”, „faszyzmu” i czego tam jeszcze. Ale dobra nasza – im głośniej i głupiej wrzeszczą, tym lepiej. Wrzaski te bowiem nie wyrażają żadnych zbiorowych emocji, poza nerwowym rozedrganiem krzyczących. Oni po prostu czują, że za chwilę ich czas, jako uprzywilejowanej kasty, dobiegnie końca. Natomiast zwykli ludzie mają ich lęki i frustracje głęboko gdzieś. Elity III RP płacą w tej chwili cenę za dwudziestopięciolecie pogłębiającego się, społecznego wyobcowania. Za lata ojkofobicznej pogardy okazywanej własnemu narodowi i zbywania narastających społecznych problemów. Nie byli w stanie wiarygodnie wyjść z dotychczasowej roli podczas kampanii Komorowskiego, wyborów parlamentarnych, nie są w stanie uczynić tego i teraz. Stać ich w tej chwili jedynie na groteskowe akcje w rodzaju facebookowej „konspiracji”, która w realu zgromadziła na demonstracji kilkadziesiąt osób – i to w Warszawie, najbardziej platformerskim mieście w Polsce. Porównajmy to sobie z miesięcznicami smoleńskimi, demonstracjami narodowców, tłumami zgromadzonymi na uroczystościach Radia Maryja, że już o Marszu Niepodległości nie wspomnę.

Taka jest różnica między „obywatelskim” zapleczem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, a zgromadzonym przez lata opozycji społecznym kapitałem obozu patriotycznego. Dostrzega to nawet antysystemowa lewica. „Państwa nie było, gdy pracodawca nie wypłacał pensji, zatrudniał na czarno albo na śmieciówce. Ludzie nie będą bronić państwa, które ich nie broniło” - napisała Marcelina Zawisza z partii „Razem” - i tak to faktycznie wygląda. Większość społeczeństwa widzi, że „onych”, tam na górze, ogarnął strach. A skoro się boją, to znaczy że po pierwsze – są słabi, po drugie zaś – mają coś za uszami.

Jest jeszcze jedna rzecz. Otóż obóz patriotyczny był gotów przez ostatnie lata ryzykować – ostracyzmem, wyśmianiem, lecz także aresztem, spałowaniem, nalotem ABW na mieszkanie, procesami. Topniejące pokolenie „ciepłej wody w kranie” nie jest gotowe zaryzykować niczym – nawet katarem, jeśli demonstracja czy inny „event” przypadałby akurat w kiepską pogodę. Warto to jeszcze raz dobitnie unaocznić. Potrzebny jest czytelny sygnał poparcia dla zmian i sądzę, że masowa manifestacja – chociażby 13 grudnia, jak rok temu, po sfałszowanych wyborach, byłaby dobrym pomysłem. Niech jeszcze raz na nas popatrzą i poczują ten chłodek wędrujący wzdłuż kręgosłupa.

*

Nie zaprzeczając wadze opisanej powyżej batalii, nieustannie przypominam się ze swymi postulatami, których spełnienie nie wymaga niczego prócz woli i determinacji. A zatem:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 47 (02-08.12.2015)

czwartek, 3 grudnia 2015

Sieroty po III RP

Sierotom po III RP z fejsbukowej konspiracji życzę mocnych nerwów, bo czeka ich z pewnością jeszcze wiele niezapomnianych wrażeń.

Do pewnego momentu funkcjonowało w naszym dyskursie, z przeproszeniem, publicznym, określenie „sieroty po PRL”. Obejmowało ono bardzo zróżnicowane grono osób: zarówno tzw. „prostych ludzi” wyrzuconych przez III RP za burtę, jak i tych, którzy z nostalgią wspominali czasy młodości bo za Gierka Polska rosła w siłę, a Jaruzelski jaki był, taki był, ale przynajmniej „zaprowadził porządek” i uchronił Polskę przed ruską inwazją (powyższe polecam uwadze tych, którzy twierdzą, że Polacy byli odporni na propagandę – nie, w dużej mierze nie byli). Osobną kategorię stanowili przedstawiciele kasty beneficjentów tamtego systemu – czy to z powodu społecznego awansu (gros tzw. „lumpeninteligencji”), czy ze względu na karierę w strukturach PZPR. Ta formacja społeczna na szczęście zeszła już na margines, ale za to pojawiła się jej współczesna odmiana – sieroty po III RP.

To wprost niebywałe, by raptem po kilku dniach od formalnego przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość uaktywniła się taka rzesza poszkodowanych, wykluczonych, zagrożonych represjami, prześladowanych... Postanowili się oni skrzyknąć na Facebooku i zawiązać „Komitet Obrony Demokracji”, symbolem swym uczynić opornik i nawiązać w ten sposób do PRL-owskiej opozycji, ze szczególnym uwzględnieniem Komitetu Obrony Robotników. Mamy tutaj do czynienia z wielopoziomową hucpą.

Po pierwsze – tym ludziom realnie nic nie zagraża poza uczuciem dyskomfortu, że władzę przejęła formacja, której nauczyli się z całego serca nienawidzić – i to nienawiścią tak patologiczną w swej intensywności, że momentami odbierającą wręcz pełnię władz umysłowych. Wystarczy prześledzić, co mieli i mają do powiedzenia ludzie tacy jak Stefan Bratkowski, Waldemar Kuczyński, czy ostatnio profesor Zoll.

Po drugie – historyczny KOR powstał w reakcji na prześladowania robotników w Radomiu i Ursusie. Zawiązała go grupka inteligentów pragnących nieść pomoc prawną i materialną ludziom nie posiadającym wówczas skutecznego „know-how” pozwalającego przeciwstawić się władzy. Innymi słowy – KOR-owcy działali na rzecz innych, natomiast obecni „KOD-owcy” działają wyłącznie w obronie własnego, partykularnego interesu, jako Samoobrona Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Po trzecie – jak by nie patrzeć, obecnie założyciele dawnego KOR-u znajdują się w PiS-ie - są to Antoni Macierewicz oraz Piotr Naimski (Kuroń z Michnikiem dołączyli dopiero później) i należą do szczególnie znienawidzonych przez „obóz III RP” przedstawicieli tego ugrupowania.

No i po czwarte – dzisiejsi „KOD-owcy” przyznają sobie monopol na demokrację: utożsamiają ją mianowicie z jednym, ściśle określonym tworem ustrojowo-politycznym zwanym III RP, a i to jedynie wówczas gdy zarządza nim któraś z postmagdalenkowych sitw towarzysko-politycznych wywodzących się bądź z Unii Demokratycznej, bądź z „reformatorskiej” postkomuny.

Jazgot, jaki podniósł się po pierwszych posunięciach nowej władzy świadczy tylko o tym, że uderzenia były celne. To nic innego jak kwik świńskich ryjów odrzynanych od koryta, bądź przeczuwających, że za chwilę zostaną oderżnięte. Owszem, czasem to odrzynanie przyrośniętych do żarcia pysków dokonywane jest tępym nożem (może dlatego tak boli), ale skala zgangrenowania szeroko rozumianego życia publicznego we wszystkich jego obszarach jest taka, że inaczej się nie da. I chwała PiS-owi, że zabrał się za tę operację od pierwszych dni urzędowania. Właśnie po to zostali wybrani i – jeśli wierzyć sondażom dającym partii Jarosława Kaczyńskiego stabilne poparcie – wyborcy to doceniają, nie przejmując się medialną histerią. Odcięcie przedstawicieli dotychczasowego systemu od służb specjalnych, mianowanie Antoniego Macierewicza szefem MON, rozbrojenie bomby podłożonej przez Platformę w Trybunale Konstytucyjnym, natychmiastowy zakaz sprzedaży państwowej ziemi nałożony w Ministerstwie Rolnictwa przez Krzysztofa Jurgiela, wreszcie – co cieszy szczególnie – ułaskawienie Mariusza Kamińskiego i postawienie go na czele służb – można tylko bić brawo i czekać na więcej. Swoją drogą, przypadek Mariusza Kamińskiego jest symptomatyczny – korowód umorzeń, tańca pomiędzy sądowymi instancjami, świadczył o bezradności i ciągnięciu sprawy „na siłę”, byle coś znaleźć. Trzeba było dopiero Wojciecha Łączewskiego spuszczonego na tę okoliczność z sędziowskiego łańcucha, by doprowadzić do nieprawomocnego skazania.

Cóż, sierotom po III RP z fejsbukowej konspiracji życzę mocnych nerwów, bo jeżeli PiS utrzyma konsekwencję dotychczasowych działań, czeka ich z pewnością jeszcze wiele niezapomnianych wrażeń. PiS-owi natomiast życzę żelaznego uporu w czyszczeniu pozostawionego przez PO grajdołu i dlatego na koniec tradycyjnie przypominam się ze swymi postulatami, a zatem:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2877-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (27.11-03.12.2015)

wtorek, 14 stycznia 2014

Leksykon III RP – tom pierwszy

Kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły w publicznej debacie istotę przekazu „Resortowych dzieci”.


I. Beneficjenci neo-PRLu

„Resortowe dzieci. Media” (wyd. „Fronda”) Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza wywołały burzę – i to nie tylko w Obozie Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, jak można by się było spodziewać. Nożyce, co ciekawe, odezwały się również po drugiej stronie barykady, bowiem w książce zahaczono kilku znajomych królika, którzy aktualnie są wielce „niepokorni” i „nasi”. Publikują w niepokornych gazetach, zadają się z niepokornym środowiskiem... cóż taki mają akurat etap, będący w dużej mierze efektem zawirowań na prasowym rynku po pacyfikacji „Presspubliki”. Te kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły generalną wymowę książki, która bynajmniej nie sprowadza się do wyszukiwania przodków w KPP i późniejszych mutacjach kompartii, tylko polega na pokazaniu - poprzez pryzmat życiorysów i pochodzenia opisywanych postaci - genezy medialnego mainstreamu IIIRP, który na długie lata zdominował publiczną debatę (a w zasadzie publiczny monolog) współczesnej Polski.

Sam tytuł „Resortowe dzieci”, jeśli odczytywać go dosłownie, jest mylący. Bo faktycznie, niektórym osobom – ich symbolem stał się Jacek Żakowski - „resortowego” pochodzenia w sensie ścisłym przypisać nie sposób. Autorzy przy doborze „bohaterów dramatu” zastosowali inny klucz: jest nim stosunek do postmagdalenkowego systemu, czyli przynależność do formacji określanej przeze mnie mianem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Stąd też w książce obecność ludzi z zacnymi opozycyjnymi biografiami, a którzy po 1989 doszlusowali do wspomnianego Obozu. Może gdyby książka nosiła tytuł „Beneficjenci neo-PRLu” czy jakoś podobnie, to dałoby się uniknąć wielu nieporozumień i nie trzeba by zaklejać Jacka Żakowskiego na okładce, bo do takiego tytułu pasowałby jak ulał.

` Dlatego też nietrafione są zarzuty, że Autorzy nie zaprezentowali biografii i rodzinnych powiązań ludzi kontestujących porządek III RP, a z partyjnymi korzeniami – jak Antoni Zambrowski czy sam współautor Jerzy Targalski. Oni bowiem nie uczestniczyli w budowie obecnego systemu PRL-bis i nie firmują go swoimi twarzami w przeciwieństwie do wspomnianego Żakowskiego, czy np. Tomasza Lisa. Zresztą, nie ma zakazu, by taką książkę prześwietlającą partyjne zaszłości Targalskiego czy, dajmy na to, Marcina Wolskiego napisać – i nie musi tego koniecznie robić ktoś ze stajni Lisa czy Michnika. Mogą to równie dobrze być Mazurek z Zarembą i Michałem Karnowskim na dokładkę.

II. Geneza przemysłu pogardy

Jeśli natomiast ktoś nie poprzestałby na oburzonym zachłyśnięciu się tytułem i przypasowywaniem do niego kolejnych nazwisk, tylko zadał sobie trud dotarcia choćby do spisu treści zamieszczonego na początku książki, to może doznałby iluminacji odnośnie istoty zawartego w niej przekazu. Kolejne rozdziały traktują bowiem o: pochodzeniu luminarzy III RP („Aleja Przyjaciół”); drodze Michnika i jego środowiska do roli ober-autorytetów i treserów ludności autochtonicznej („Nadzorca społeczeństwa”); demaskacji mitu „Polityki” jako „wewnątrzpartyjnej opozycji” w PRL i przyczynach jej bałwochwalczego stosunku do „republiki Okrągłego Stołu” („Marsz intelektualistów ku III RP”); genezie postmagdalenkowego medialnego rozdania na gruzach RSW Prasa-Książka-Ruch („Dzielenie prasowego tortu”); początkach prywatnego rynku telewizyjnego („Wojna służb. Koncesja dla Polsatu”); rzeczywistej roli radiowej Trójki – kuźni odpowiednich „młodych kadr” dla mediów III RP („Trójka – wentyl bezpieczeństwa”); historii i teraźniejszości komuszej skamieliny – TVP („Propaganda w natarciu – TVP”); wreszcie, naczelnej szczekaczce obecnego systemu w segmencie mediów elektronicznych – TVN („Telewizja służbowa”).

Powtórzę – nawet rzut oka na spis treści pokazuje, że mamy do czynienia z próbą kompleksowego opisu świata głównonurtowych mediów, których podstawowym wyróżnikiem jest bezwzględna lojalność wobec postpeerelowskiej rzeczywistości i urabianie w tymże duchu społeczeństwa. Media te są integralną częścią wygenerowanych i petryfikowanych przez tę rzeczywistość układów, stanowiąc propagandowe ramię Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. „Resortowe dzieci” prześwietlając biografie, tudzież powiązania rodzinno-towarzyskie co bardziej prominentnych postaci tego półświatka dają odpowiedź, dlaczego oficjalny przekaz medialny składa się z kłamstw, półprawd, przemilczeń i zbiorowych nagonek na każdego kto mógłby choćby potencjalnie im zagrozić. Przemysł pogardy nie wziął się znikąd – on funkcjonował w permanencji od początku III RP w odniesieniu do całych grup społecznych oraz ich reprezentantów i był w prostej linii kontynuacją roli mediów peerelowskich, tak w warstwie przekazu, jak i personalnej.

III. Czerwone dynastie

No i te personalia – jednak wróćmy do nich na chwilę. Jak nie TW to KO, jak nie SB to WSW, jak nie partyjny to z komuszej, bądź wręcz resortowej rodziny... I wszyscy oni w zwartej grupie przeszli suchą nogą do nowego systemu tworząc medialną elitę determinującą wiodący przekaz w sferze komunikacji publicznej. Po drodze odpadło zaledwie kilka najbardziej skompromitowanych jednostek - może paru mundurowych spikerów DTV, może kilku z przyczyn wieku... Reszta ma się dobrze, robi za „nowe pokolenie, nie skażone komunizmem” i hoduje następców. To pokazuje, jak naiwny był rozpowszechniony swego czasu pogląd, iż komuna sama odejdzie ze względów biologicznych, a nowe pokolenie nie skażone PRL-em urządzi lepszą Polskę. Tak się nie stanie, bo ten układ jest jak mafia – uzupełnia się przez kooptację (jak to ujął kiedyś Andrzej Gwiazda) i reprodukuje w ramach „czerwonych dynastii”.

A propos „Czerwonych dynastii” - warto przypomnieć tę prekursorską w stosunku do „Resortowych dzieci” pracę prof. Jerzego Roberta Nowaka. Był pierwszy i kto wie, czy nie stanowił dla autorów „Dzieci” inspiracji. Przewagą „Resortowych dzieci” jest jednak masowy zasięg – łączna sprzedaż pewnie z czasem przekroczy 100 tys egzemplarzy i ta moc rażenia

jest przyczyną furii demaskowanego w książce mainstreamu. Niepodważalną siłą książki jest również kondensacja faktów – wiele z opisywanych postaci i wydarzeń było już omawianych na różnych łamach, ale były to publikacje rozproszone, rozłożone w czasie, często w niszowych gazetach, co obniżało ich pole oddziaływania tak, że wiodące mediodajnie mogły je spokojnie ignorować. Z „Resortowymi dziećmi” tak już się nie da – nie sposób „zamilczeć ich na śmierć”. Tutaj otrzymujemy skondensowaną pigułę skutecznie wybudzającą z polityczno-medialnego Matrixu. Dopiero zebrane w jednym miejscu kompleksowe informacje o mediach i ludziach je tworzących pozwalają ogarnąć skalę postkomunistycznej degrengolady w jakiej od samego początku pogrążona jest współczesna Polska.

IV. Leksykon III RP – propaganda faktu

Część z „resortowych” bohaterów powróci z pewnością w kolejnych częściach cyklu (o polityce, służbach specjalnych, biznesie, świecie nauki), bowiem sieć układów organizujących wielowymiarowo życie III RP stanowi zespół naczyń połączonych. Stąd właśnie tytuł notki - „Leksykon III RP – tom pierwszy”, nadany bynajmniej nie na wyrost, bowiem książka Kani, Targalskiego i Marosza z powodzeniem może pełnić taką funkcję. Czytelnikom proponuję prosty zabieg – jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o którejś z wiodących postaci zaludniających reżimowe mediodajnie, wystarczy otworzyć książkę na kończącym ją „Indeksie osób” i przejść do wskazanych stron. Otrzymamy dossier pokazujące kto zacz i skąd jego ród. W połączeniu zaś z kolejnymi tomami będziemy mieli wkrótce do dyspozycji swoistą encyklopedię neo-peerelu.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Czy „Resortowe dzieci” są książką z tezą? Inaczej mówiąc – czy mamy do czynienia z propagandą? Ależ tak, naturalnie i nie ma potrzeby udawać, że jest inaczej. Tezą książki jest założenie, że III RP jest tworem założonym i kontrolowanym w swych zasadniczych obszarach przez te same czerwono-esbeckie kliki, które trzęsły peerelem i na jej poparcie otrzymujemy ponad czterysta stron faktów. Propaganda bowiem, wbrew utartemu mniemaniu, nie musi oznaczać operowania kłamstwem. Równie dobrze - a nawet jest to pożądane, gdyż zwiększa siłę oddziaływania – może operować prawdą. Zwróćmy uwagę, że krytycy książki, nawet ci najbardziej jazgotliwi, nie podważyli żadnej z podanych w niej informacji, wekslując nagonkę na kwestie drugorzędne – czy iksińskiego można nazwać „resortowym dzieckiem”, czy igrekowskiego wrzucono do książki słusznie czy niesłusznie, albo czy wolno było wyciągnąć kwity na koleżankę pani redaktor Jankowskiej. Niegdyś, pisząc notkę na temat „Wojny o pieniądz” Song Hongbinga, ukułem w odniesieniu do niej termin „propaganda faktu” - i „Resortowe dzieci” są znakomitym przykładem takiej propagandowo-demaskatorskiej roboty na najwyższym poziomie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 12 maja 2013

Smoleńsk jako narzędzie zmiany

„Oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

I. Zwycięstwo Macierewicza

W okolicach kolejnej smoleńskiej miesięcznicy naszła mnie taka - może mało odkrywcza - refleksja, że Antoni Macierewicz wraz ze swym Zespołem Parlamentarnym tak naprawdę już wygrali. Jedyne wyzwanie przed którym stoją szeroko rozumiane środowiska opozycyjne, to doprowadzenie sprawy do końca tak, by nie zaprzepaścić zwycięstwa. Niemniej, zasadniczy „egzamin” - że nawiążę do nieszczęsnej wypowiedzi Bronisława Komorowskiego – został już zdany.

Zwycięstwo to polega na uprawomocnieniu hipotezy zamachowej w publicznej debacie. Tego już nie da się odwrócić, choćby „Wyborcza” wraz z przyległościami i Maciejem Laskiem na dokładkę nie wiadomo jak się natężali. Zwróćmy uwagę: przecież tezy z raportu Millera powtarzane są w kręgach Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP już tylko i wyłącznie siłą rozpędu. Tak naprawdę liczy się jedno - że, jak ujęła to Katarzyna Kolenda-Zaleska – „prawda już została ustalona, żadne fakty jej nie zmienią”. To oświadczenie jest dla nas fantastyczną wprost wiadomością. Oznacza ono bowiem ni mniej ni więcej, tylko uznanie swej porażki i wycofanie się do okopów „oficjalnej wersji wydarzeń”, zaś „oficjalna wersja wydarzeń” ma to do siebie, że istnieje tylko tak długo, jak reżim który ją wspiera.

II. W butach trepa

W jednym ze swych felietonów nieodżałowany Seawolf wspominał jakiegoś wykładowcę ze szkoły marynarskiej, który przed studentami twierdził, że jego obowiązkiem jako funkcjonariusza państwowego jest głoszenie oficjalnej – czyli sowieckiej – wersji o zbrodni katyńskiej. Niezależnie od wszystkiego, a w szczególności od faktów, on – lojalny funkcjonariusz PRL – zobligowany jest do popierania państwowej, jak byśmy to dziś ujęli, „narracji” i już. No więc dziś te wszystkie Laski, te „Wyborcze”, TVN-y i „Polityki” są w sytuacji właśnie tego uczelnianego trepa. Oni również „muszą popierać”, bo związali się z Dyktaturą Matołów na dobre i na złe. Tyle, że jak uczy nas przykład Katynia, siła propagandy zależna jest od siły reżimu, dlatego obecnie ich jedynym celem pozostało już tylko nie dopuszczenie Kaczyńskiego do władzy. Bowiem wojnę o utrwalenie w społecznej świadomości rosyjsko-Millerowskiej wersji Smoleńska już przegrali.

Poczuciu temu dali wyraz - z podobnie bezradną otwartością jak Kolenda-Zaleska – Janicki i Władyka w „Polityce” swym tekstem o „smoleńskich agnostykach”. Osią tego artykułu jest założenie, że ludzie wcale nie muszą masowo uwierzyć w zamach. Wystarczy, że dopuszczają hipotetycznie, obok innych, również i taką możliwość, szczególnie gdy wedle badań TNS Polska, 52% respondentów deklaruje, że nie wie co tak naprawdę wydarzyło się na Siewiernym. Już samo to, ów brak pewności jak się rzeczy miały, w opinii publicystów „Polityki” wystarczy, by „agnostycy smoleńscy” obiektywnie stali się grupą działającą na korzyść PiS-u. Tworzy to bowiem sytuację, w której PiS i Macierewicz zamiast „muru” trafiają na „przyjazną strefę buforową” podatną na „spiskowe toksyny”.

I jest to wielka zasługa Macierewicza oraz członków i ekspertów Zespołu Parlamentarnego. Budowana i uzasadniana z benedyktyńską cierpliwością hipoteza zamachowa po pierwszym szoku i odruchu odrzucenia zakorzeniła się w społecznym obiegu. Ludzie się do niej przyzwyczaili, oswoili się z nią i zaczęli brać pod uwagę jako jedną z dopuszczalnych możliwości – tym bardziej, że w międzyczasie wychodziły na światło dzienne kolejne blamaże i matactwa rządu Tuska w sprawie wyjaśniania przyczyn Tragedii.

Zresztą, spójrzmy na niedawny „anty-smoleński coming out” mecenasa Rogalskiego. Niezależnie od tego czy był to „kret” podstawiony Jarosławowi Kaczyńskiemu i rodzinom smoleńskim, czy też sfrustrowany ambicjoner mszczący się za uniemożliwienie mu kariery politycznej w PiS-ie, to jeśli „sekta Pancernej Brzozy” może liczyć jedynie na takich „Rogalskich”, to znaczy, że prawie jesteśmy w domu. Że „tamci” - niezależnie od tego ilu jeszcze „Rogalskich” czeka na odpalenie i swoje medialne pięć minut - ostatecznie wyprztykali się z ciężkiej amunicji.

III. Instrument zmiany

No dobrze, ale czemu zatytułowałem tę notkę „Smoleńsk jako narzędzie zmiany”? Ano dlatego, że kwestia Tragedii – jakkolwiek byśmy się nie oburzali na zarzuty o „instrumentalizowanie katastrofy” - takim narzędziem już się stała. Coś, co w opinii różnych mędrków miało być dla PiS-u i szerzej – obozu niepodległościowego – polityczną kulą u nogi uniemożliwiającą odniesienie sukcesu, może w połączeniu z pozostałymi czynnikami (jak np. bezrobocie i pogłębiający się kryzys) wynieść tenże obóz do władzy. I biada tym, którzy po drodze pod wpływem medialnego ciśnienia skrewią, jak onegdaj „PJoNki”. Znikną z horyzontu i nawet kurz po nich nie zostanie.

Uparte obnażanie wielopoziomowych przyczyn Tragedii w sprzężeniu z bezradnością obecnego rządu w załatwianiu najbardziej elementarnych potrzeb obywateli stwarza niepowtarzalną szansę uświadomienia szerokim rzeszom Polaków, że zwyczajnie nie opłaca się mieć państwa byle jakiego, bo to się mści na najróżniejsze sposoby. I prędzej czy później dotyka każdego z nas osobiście, w najbardziej przyziemnych aspektach codziennego życia. Opozycja ma w rękach niepowtarzalny instrument politycznej i społecznej przemiany Polski i Polaków, pozwalający na przekucie klęski w triumf. Ma przed sobą słabnącego przeciwnika okopanego na ostatniej linii obrony. Pozostało nie zaprzepaścić tej szansy – tym bardziej, że w gruncie rzeczy wystarczy tylko drążyć prawdę aż do końca i komunikować ją ludziom. Opłaca się być uczciwym.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 8 maja 2013

Przewodnik po III RP

… czyli Cezary Gmyz oprowadza nas po neo-peerelowskim „jądrze ciemności”.

I. Podróż do wnętrza systemu

Książka „Zawód: dziennikarz śledczy” to błyskawiczna i świetnie „czytająca się” podróż po patologiach III RP. Albo inaczej: nie tyle po patologiach, bo to sugeruje istnienie jakiegoś zdrowego trzonu, który jedynie tu i ówdzie uległ wynaturzeniu, ile po systemowych dysfunkcjach wbudowanych w ustrój społeczno-polityczny postokrągłostołowej Polski z pełną premedytacją – po to, by zainteresowani mogli czerpać z nich korzyści przez następne dziesięciolecia. Cezary Gmyz odpytywany przez Piotra Goćka oprowadza nas zatem po tym neo-peerelowskim „jądrze ciemności”, odkrywając kolejne obszary żerowisk formacji, którą pozwalam sobie nazywać Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Wywiad-rzekę spina klamra, którą jest Tragedia Smoleńska. Lekturę zaczynamy od trotylu na wraku Tupolewa i okoliczności zwolnienia Cezarego Gmyza z „Rzeczpospolitej”, kończymy zaś opisem rozlicznych uchybień w trakcie smoleńskiego śledztwa (ze szczególnym uwzględnieniem roli Tomasza Turowskiego i generalnie polskiej dyplomacji, oraz Prokuratury Wojskowej). Nagromadzenie nieprawidłowości sprawia wręcz wrażenie celowego i systematycznego sabotażu uskutecznianego m.in. z powodu dojmującego strachu przed Rosją. Dość powiedzieć, że Andrzej Seremet przestrzegał Tomasza Wróblewskiego, że jeśli opublikują w „Rzepie” tekst o odkryciu śladów materiałów wybuchowych, to... będzie wojna. Ni mniej, ni więcej – wedle Prokuratora Generalnego jeden „nieodpowiedzialny” tekst w polskiej prasie może sprowokować Rosję do napaści. To pokazuje chyba najdobitniej skalę psychicznego sterroryzowania naszych elit przez reżim Putina. A tego typu kwiatków jest przytoczonych więcej. Wniosek jest jeden: ONI z własnej woli nie dopuszczą do odkrycia czegokolwiek, co mogłoby nie spodobać się Rosji.

II. Oblicza degrengolady

Ale cała ta „tragedia posmoleńska” jak nazwał kiedyś Ziemkiewicz to, co stało się po 10 Kwietnia, jest jedynie końcowym objawem wszechogarniającej degrengolady. W kolejnych częściach dowiadujemy się m.in. o skutkach lustracyjnego zaniechania i zbiorowym oporze wszystkich bez wyjątku wpływowych środowisk przed rozliczeniami. Przy okazji autor – znawca problematyki lustracyjnej – rozprawia się z całą mainstreamową antylustracyjną mitologią, obnażając zakłamanie i złą wolę dyżurnych przeciwników „grzebania w życiorysach”. Był to bez wątpienia jeden z grzechów założycielskich III RP skutkujący na najróżniejsze sposoby do dnia dzisiejszego. Choćby wspomniany wyżej Turowski – esbecki „nielegał” w Watykanie i jego tajemnicza rola w sprawie Smoleńska – przypomnijmy, że nagle, na miesiąc przed tragedią, został skierowany do Moskwy jako główny organizator wizyt dyplomatycznych...

W innym miejscu dowiadujemy się szczegółowo o sprawie willi Kwaśniewskich w Kazimierzu nad Wisłą, formalnie zarejestrowanej na kogo innego – z tego prostego powodu, że była para prezydencka nie byłaby w stanie udokumentować swymi legalnymi dochodami źródeł sfinansowania jej kupna. Akcja CBA została „utrącona” w ostatnim momencie – nadzorujący śledztwo przestraszyli się nazwisk...

Na mnie największe wrażenie wywarła jednak historia o nowelizacji prawa spółek handlowych napisanej pod zamówienie Ryszarda Krauzego – i jak można się domyślać – również innych oligarchów, pragnących uniknąć odpowiedzialności za wyprowadzanie pieniędzy ze swych przedsiębiorstw. Scena z noworocznego balu adwokatury na którym „środowiska biznesowe” wręczają ministrowi sprawiedliwości Krzysztofowi Kwiatkowskiemu pakiet zmian prawnych do realizacji, przebija nawet spoty PiS z kampanii w 2007 roku ze słynnym „Mordo ty moja” na czele. Dodam od razu, że w tej sprawie nie było niewinnych – wszystkie sejmowe ugrupowania w mniejszym bądź większym stopniu współtworzyły „partię Krauzego”, choć głównym rozgrywającym miał być Adam Szejnfeld z PO. W efekcie usunięto z Kodeksu Spółek Handlowych art.585, który mówił, iż kto działa na szkodę własnej spółki jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat pięciu. Nowelizacja weszła w życie bez vacatio legis i w takim trybie, że do ostatniej chwili nie wiedział o tym ani sąd ani prowadząca przeciw Krauzemu sprawę prokuratura. Na tydzień przed rozprawą... Tak się to robi, Panie i Panowie.

Wiele miejsca poświęcono również kwestii lustracji Kościołów różnych wyznań. Od razu powiem, że żadne nie zdało egzaminu (choć jedne „nie zdały mniej” a inne „nie zdały bardziej”). Przy okazji podważona została zasadność obiegowego stwierdzenia, iż konfidentami w Kościele Katolickim było maksymalnie 10% duchowieństwa. Niestety, odsetek TeWusiów był wyższy. W tym kontekście zostało rzucone ciekawe światło na słynne ubiegłoroczne „Orędzie” polskiego Kościoła Katolickiego i rosyjskiej Cerkwi, poprzedzone etapem „dyplomacji ikonowej”. Wielce czynny był tu długoletni konfident SB, arcybiskup Sawa – zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz – jakże by inaczej – słynny „Orsom” i „Ritter”, czyli dobrze nam znany Tomasz Turowski...

A do tego jeszcze opisy rzeźnickich metod polowania preferowanych przez Bronisława Komorowskiego, a jeszcze „detektywistyka historyczna” dotycząca II Wojny Światowej, a jeszcze smaczki z warsztatu dziennikarstwa śledczego (choćby instruktaż jak rozpoznać i zgubić „ogon” służb), a jeszcze... Tu już zmilczę, bo i tak boję się, że zdradziłem zbyt wiele, psując w ten sposób potencjalnemu czytelnikowi przyjemność lektury.

III. Ozdrowieńczy szok

Podsumowując, ogólną wymowę książki „Zawód: dziennikarz śledczy” można scharakteryzować następująco: obraz współczesnej Polski, jaki się z niej wyłania nie będzie może jakimś szczególnym zaskoczeniem dla czytelnika – nazwijmy go umownie - „prawicowego”, obcującego od lat z pozamainstreamowymi mediami. Niemniej, nawet dla niego parę rzeczy może stanowić niespodziankę, na zasadzie, że może być „aż tak”. Natomiast dla leminga, albo po prostu dla kogoś kto na co dzień sprawami publicznymi się nie interesuje, książka ta może być ozdrowieńczym szokiem (o ile nie odepchnie jej od siebie w odruchu niezgody na zburzenie obrazu świata w którym mimo pewnych tzw „bolączek” generalnie wszystko gra). Sądzę jednak, iż w miarę rozwoju sytuacji pod rządami Dyktatury Matołów, będą rosły szeregi ludzi gotowych przyjąć do wiadomości to, o czym opowiada im Cezary Gmyz. Dlatego pozycję tę warto nie tylko przeczytać samemu, ale pożyczyć, bądź polecić jej kupno znajomym.

No i na koniec jeszcze jedno: Cezary Gmyz to ostatni, bądź jeden z ostatnich Mohikanów dziennikarstwa śledczego z prawdziwego zdarzenia. Grupa ta – i tak niezbyt liczna w III RP – wykruszała się stopniowo, bądź popadając w różne wynaturzenia, bądź odchodząc z zawodu (pamiętacie chociażby Jacka Łęskiego?). I to jest kolejny powód dla którego warto się z tą książką zapoznać, bo kto wie, kiedy następnym razem pojawi się możliwość przeczytania czegoś podobnego.

Gadający Grzyb

„Zawód: dziennikarz śledczy”; z Cezarym Gmyzem rozmawia Piotr Gociek; Wydawnictwo Fronda PL sp. z o.o.; Warszawa 2013.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 27 kwietnia 2013

Żelazna logika III RP

Skazanie Sawickiej z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP stanowiłoby wysoce niebezpieczny precedens.

Kompletnie nie rozumiem oburzenia części blogerów i komentatorów z powodu uniewinnienia Beaty Sawickiej przez sąd apelacyjny. Wyrok ten przecież znakomicie wpisuje się w logikę III RP. Z punktu widzenia tejże logiki to raczej wyrok sądu pierwszej instancji skazujący panią Sawicką na 3 lata odsiadki był jakimś niezrozumiałym, bulwersującym i - powiedzmy sobie szczerze - nieodpowiedzialnym wyskokiem.

W związku z tym mam pewną teorię. Otóż sąd pierwszej instancji rozpatrując sprawę najwyraźniej był jeszcze nie rozgrzany. Ot, coś chwilowo zacięło się w trybikach systemu i stąd kuriozalny wyrok. Natomiast sąd apelacyjny, gdy trafiła już do niego sprawa, został rozgrzany w stopniu wystarczającym - również od strony doboru składu orzekającego - i wydał wyrok w poczuciu odpowiedzialności za „demokratyczne państwo prawne".

No bo, pomyślmy tylko - do czego by to doszło, gdyby eks-posłankę PO skazano prawomocnym wyrokiem za łapownictwo? Takie orzeczenie z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP stanowiłoby wysoce niebezpieczny precedens. Dziś Sawicka, a kto wie, na kogo trafiłoby innym razem? Toteż nic dziwnego, że niezawisły sędzia Rysiński niczym ów policmajster z petersburskiej anegdoty Telimeny „powinność swej służby rozumiał" i wydał wyrok z gruntu słuszny i na czasie, po linii i na bazie.

Warto również odnotować wskazanie nieubłaganym palcem niezawisłego wymiaru sprawiedliwości prawdziwego winnego - czyli CBA, którego „stalinowskie metody" czujnie napiętnował już sędzia Tuleya, co zapewne jest wstępem do ostatecznego rozliczenia „zbrodni IV RP". Zgodnie bowiem z żelazną logiką III RP, każdy kto śmie naruszyć fundamentalną zasadę „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych" musi ponieść przykładne konsekwencje, by nikomu w przyszłości podobne pomysły nie wpadły już do głowy. Poza tym, skoro lemingom nie już czego „wrzucić do michy", to przynajmniej władza zafunduje im igrzyska.

No, a teraz nacieszmy się jeszcze w poczuciu dokonanej sprawiedliwości materiałem dowodowym, który w niewczesnym zamyśle „pisowskich siepaczy" miał obciążać posłankę Sawicką, a który jak sądzę, rychło stanie się koronnym dowodem przeciw CBA. Już tam niezależna prokuratura do spółki z sędziami Rysińskim, Strzelecką i Mrozik-Sztykiel o to zadbają. By żyło się lepiej! Rzecz jasna tym, którym z racji przynależności do kasty właścicieli III RP jest to pisane.

 

 

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 30 listopada 2012

„Słupy” Układu

„Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”.

I. Prawica potrafi!

Bądźmy szczerzy – te półtora roku ukazywania się „Uważam Rze”, szczególnie w medialnej stajni Hajdarowicza, to i tak był czas wykradziony losowi. Ten czas redakcja wykorzystała najlepiej jak mogła, tworząc topowy, opiniotwórczy tygodnik, którego Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, zgrzytając zębami, nie mógł ignorować i „unieważnić” jako marginalnego, oszołomskiego pisemko frustratów i nieudaczników, która to metoda jest dla mainstreamu bodaj ulubionym sposobem na deprecjonowanie niewygodnych inicjatyw.

Lisicki z ekipą dowiedli bowiem, że prawica potrafi stworzyć wartościowe, atrakcyjne, poczytne i pokupne medium, mogące podbić przebojem trudny, prasowy rynek, jeśli tylko nie stwarza się przed nim sztucznych barier. Co więcej, jest w stanie to zrobić bez uciekania się do kloacznej estetyki w stylu Tomasza Lisa i jego „Newsweeka”. Kto wie, czy nie jest to najbardziej wartościowa część spuścizny „URz”, która nie raz jeszcze zaprocentuje w przyszłości – jak każde przełamanie fałszywego stereotypu. To „odczarowanie” mitu prawicowego nieudacznictwa może otworzyć perspektywy przed kolejnymi przedsięwzięciami medialnymi.

II. „Słup” Hajdarowicz

No, ale wszystko co dobre ma swój kres, albowiem gdy w grę wchodzi trotyl, tam kończą się żarty. Grzegorz Hajdarowicz, który z łaski Dyktatury Matołów przejął „Presspublicę” za pożyczki otrzymane od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, od byłego esbeckiego „TeWusia” - milionera - Leszka Czarneckiego oraz od PW „Rzeczpospolita”, został uruchomiony, by zrobić to, do czego został zatrudniony w charakterze biznesowego „słupa” służb i obozu rządzącego. I „słupek” Hajdarowicz zadanie wykonał bez wahania. Zresztą, niechby tylko spróbował się zawahać – zlecone przez „czynniki” zadania lepiej wykonywać jeszcze przed weekendem. Wiadomo wszak, że właśnie podczas weekendów lawinowo przyrasta u nas liczba samobójstw „bez udziału osób trzecich”, więc lepiej nie kusić licha, które jak wiadomo nigdy nie śpi, podobnie jak Seryjny Samobójca.

Zatem, pan biznesmen ze służbowej łaski chwacko uwinął się z pacyfikacją powierzonych mu tytułów – najpierw „Rzepy”, następnie zaś „Uważam Rze”, przywracając tak pożądaną przez jego patronów jedność moralno-polityczną medialnego mainstreamu. W powszechnym przekonaniu jest to krok samobójczy z biznesowego punktu widzenia, ale przecież nie dlatego podarowano „zaprzyjaźnionemu przedsiębiorcy” „Presspublicę”, wykurzywszy z niej uprzednio krnąbrnego większościowego udziałowca, by pan Hajdarowicz miał się przejmować względami finansowymi, gdy Dyktatura Matołów walczy o przetrwanie, zwiera szeregi i przystępuje do batalii z „faszyzmem”, tudzież „mową nienawiści”. Pan Hajdarowicz zostanie wynagrodzony w odpowiednim czasie w stosowny sposób, albowiem wart jest robotnik zapłaty swojej – choćby nawet „Uważam Rze” padło pod nowym kierownictwem po kilku numerach. „Biznesmeni przyjaźni lewicy” - jak onegdaj ujął to Leszek Miller, są cennymi aktywami każdej „waadzy”.

III. Kres dwuznaczności

Trochę szkoda, że zespół „URz” nie podziękował za współpracę zaraz po tym, jak wywalono z „Rzepy” Cezarego Gmyza. Rozumiem, że żal porzucać własne dzieło, ale sytuacja była, przyznajmy, dość dwuznaczna. Nie rozumiem też, po co Lisicki plótł androny o niezależnym statusie tygodnika w strukturze „Presspubliki”, że nic mu nie grozi itp. Jak się rzeczy mają, właśnie się przekonaliśmy. W sumie, Hajdarowicz wywalając Lisickiego, wyratował poniekąd załogę „URz” z nielichego dylematu. Jednak trzeba oddać, że postawa zespołu redakcyjnego zasługuje na najwyższe uznanie. Mało którą redakcję stać by było na taką solidarność. Wyobrażacie sobie coś takiego w „Newsweeku”? Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.

A wieść niesie, że nowy naczelny – Jan Piński – wydzwania po dziennikarzach „kojarzonych z prawicą” i kusi ich tłustymi „pecuniami”, które jak wiadomo „nie oletują”, byle tylko zechcieli przyjść do wyludnionego tytułu, albowiem na pierwsze spotkanie z nowym szefem... nie przyszedł nikt ze składu „URz” i „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, jeśli jakimś cudem Pińskiemu uda się sformować zespół, to warto będzie odnotować nazwiska tych dziennikarzy. I zapamiętać. Dobrze zapamiętać.

IV. Jan Piński – „słup” drugiej kategorii

Skoro jesteśmy już przy Pińskim – doprawdy, nie wiem kim trzeba być, by w ogólnie znanej sytuacji „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” przyjąć propozycję „słupa” Hajdarowicza, uwiarygadniając i firmując własną twarzą prasowe porządki pod egidą Dyktatury Matołów. No chyba, że tę twarz straciło się już dawno temu wraz innymi przymiotami konstytuującymi tzw. „osobę ludzką” i pozostało już tylko nieśmiertelne „kasa, misiu, kasa”. Wtedy można schować wszystko do kieszeni i z uśmiechem pełnić rolę „słupa” drugiej kategorii, podliczając luby grosz.

Kim jest Piński pokazuje jego wywiad, w którym z miedzianym czołem, za przeproszeniem, pieprzy głodne kawałki o tym jaką to opozycyjną gazetę chce robić i umacniać jej niezależność. Wystarczy przeczytać tylko to, znając kontekst ogólnosytuacyjny, by wyrobić sobie opinię. Nic więcej nie trzeba. Nawet tego, że z „Nowym Ekranem” pożegnał się z zaskoczenia, z dnia na dzień. „Lojalny jak Piński”, tak się powinno mówić, co by tam Łazarz w jego obronie nie wypisywał.

Nie wiem, czy nowe „Uważam Rze” stanie się tubą jakiejś koncesjonowanej, zblatowanej endecji od Giertycha, jakiegoś „neo-PAX-u Trzeciej RP”, ale analogia do okoliczności, w jakich Bolesław Piasecki przejął „Tygodnik Powszechny” narzuca się sama. Nic to – mas nie porwą, to pewne. Najprawdopodobniej „URz” padnie po kilku numerach, lub w najlepszym razie podzieli los „Przekroju”. Cóż, jakiś czas temu prorokowałem, że „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój” - i choć detale tej drogi do upadku nieco się różnią od moich przewidywań sprzed ponad roku, to zasadniczo wychodzi na moje.

A tak już na zakończenie, pozostaje tylko zadać pytanie: jaką rolę w zamachu smoleńskim odegrali ludzie z WSI i Dyktatura Matołów, skoro jeden tekst o trotylu na wraku tupolewa tak zaktywizował ich „słupa”, że postanowił zarżnąć dwie gazety?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Inne notki o „Presspublice” itp.

http://niepoprawni.pl/blog/287/gaudenizacja-rzepy

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

wtorek, 16 października 2012

Symptomy wajchy

Symptomem nadchodzącego przesilenia były nawarstwiające się problemy reżimowych mediodajni z „Agorą” i ITI na czele.

I. Mądrość po fakcie

W tekście „Przed drugim expose Tuska” poświęciłem nieco miejsca rozważaniom o naturze „społecznej wajchy”, który sprawia, że wyborcy do pewnego momentu gotowi są wybaczyć politycznemu obiektowi swego uwielbienia absolutnie wszystko, by po przekroczeniu pewnej nieuchwytnej granicy „przestawić wajchę” emocjonalnego zaangażowania i strącić wybrańców z piedestału, mimo że ci nie zrobili nic, czego nie robiliby do tej pory.

Gdzie leży ta granica, nie wiem. Można oczywiście wskazywać na psychomanipulacyjną rolę mediów, tajnych służb i innych takich, ale sądzę że nie dotyka to sedna problemu. Media i służby są mocne, ale - trzymając się przestrogi prof. Zybertowicza – biorąc ich wpływ pod uwagę, nie należy wpaść w pułapkę przeceniania ich znaczenia. Zagadnienie jest bowiem bardziej skomplikowane, niż schemat: „macherzy ze służb coś postanowili, media transmitują i to ma się przekładać na społeczne zachowania”. Niestety, nie jest to aż tak proste.

Zatem, psychospołeczny mechanizm „wajchy” jest terenem dziewiczym, który czeka na swego odkrywcę wyposażonego w odpowiedni aparat badawczy – przypuszczam, że byłoby to wspaniałe pole do popisu dla tzw. „psychologów społecznych”, gdyby tylko znalazł się jakiś odważny, by wkroczyć na ten grząski grunt. Póki co, odważny się nie znalazł. A szkoda – taka wiedza byłaby warta każdych pieniędzy.

Jako prosty bloger, nie mając narzędzi by wedrzeć się w samą tkankę społecznej świadomości, byłem siłą rzeczy skazany na obserwowanie zewnętrznych symptomów zbliżającego się społecznego przesilenia. I właśnie jeden z takich symptomów objawiał się nam wszystkim od dłuższego czasu. Samokrytycznie muszę stwierdzić, że mając go przed oczyma, ba – opisując go nawet – byłem na tyle tępy, że nie przyszło mi do głowy, by przełożyć go na społeczno-polityczne realia. Pozostaje mi więc jedynie podzielić się mądrością nabytą po fakcie.

II. Zapaść „rodziny ITI”

Otóż, symptomem nadchodzącego przesilenia, które ujawniło się niedawno w sondażach, a którego detonatorem stał się marsz „Obudź się Polsko!”, skorelowany z jesienną ofensywą PiS i skandalem ekshumacyjnym z zamianą ciał Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej, były nawarstwiające się problemy reżimowych mediodajni z „Agorą” i ITI na czele.

Niby wszystko szło jak należy: ludziska deklarowali poparcie dla Dyktatury Matołów na zasadzie: PO plus Donek i wieloprocentowa przewaga nad PiS. Na logikę, powinni więc wykupywać „Wyborczą”, będącą głównym rzecznikiem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP na rynku prasowym i gwarantować swą obecnością przed telewizorami, by „rodzina TVN” nie musiała się martwić o intratnych reklamodawców.

Tymczasem, nic z tego. Na nic spiżowe słowa szefa programowego TVN, Edwarda Miszczaka, że „wyborcy PO to są jednocześnie wyborcy TVN” i w związku z tym „nie chcą, żeby się specjalnie śmiano z Platformy Obywatelskiej” (przy okazji wywalenia z TVN Szymona Majewskiego – żaden bohater, ale warte odnotowania, jak skrupulatnie należy trzymać się ortodoksji, by przetrwać w TVN-owskim światku). ITI ma wyniki finansowe grubo poniżej medialnej pozycji, pracownicy lecą – ostatnio TVN rozstało się z reporterkami Joanną Komolką i Aleksandrą Chalimoniuk, dodatkowo podziękowano grupie researcherów programu „Polska i świat” (za wirtualnemedia.pl).

Jakże kabotyńsko brzmią w zestawieniu z ponurymi realiami słowa czynownika Miecugowa z wywiadu dla „Wyborczej” o „tabloidyzacji odbiorców”, którzy chcą „o 20.00 oglądać rozrywkę przaśną”. No, to równaliście konsekwentnie w dół, a nawet zagrzebaliście się metr pod mułem. Teraz tniecie do gołej kości, zwalniacie swych wyrobników... Warto było? Ale rozumiem, nieoficjalne struktury podległości są ważniejsze – nawet, gdy spada się na pysk. A poza tym – kryzys. Tak, tak - nie zapominajmy o „kryzysie”. Takie oficjalne wytłumaczenie, będące odpowiednikiem PRL-owskich „obiektywnych trudności” z pewnością trafi do przekonania zwalnianej medialnej siły roboczej.

III. Ostatnie paróweczki w „Agorze”

Weźmy jeszcze taką „Agorę”. Proszę sobie wyobrazić, że w „Agorze” powołano związek zawodowy... NSZZ „Solidarność” (szerzej pisałem o tym w notce „Swoje ucapić”). Jakoś nie dali się zauważyć na marszu „Obudź się Polsko!”. Szefem owej Agorowej „Solidarności” jest hipster – związkowiec Wojciech Orliński (ten sam, który onegdaj wyzwierzęcał się nad „biurową klasą średnią”), zaś jego zastępczynią – Magdalena Żakowska. Niedługo, 10 grudnia, tej „Solidarności” stuknie okrągły roczek, zaś całe przedsięwzięcie było konstruowane w konspiracji przed władzami koncernu – by podłączyć się pod prawo chroniące związkowców przed zwolnieniami.

W międzyczasie sprzedaż „Gazety Wyborczej” leciała na łeb na szyję, podobnie jak akcje „Agory”, w których zatrudnione w koncernie sprzedajne mendy lokowały swe materialne nadzieje. Przykład: W ciągu ostatniego roku (od 17.10. 2011 do 12.10.2012) akcje „Agory” straciły na wartości o 46,76 %.

Agora - spadek wartości akcji

Tymczasem, w czerwcu 2012, zarząd spółki przeznaczył na dywidendę nie tylko cały zysk netto z ubiegłego roku, czyli 20,25 mln zł, lecz również postanowił nadszarpnąć kapitał zapasowy na sumę 30,69 mln zł. Krótko mówiąc – są to „ostatnie paróweczki w Agorze S.A.”. Kto się załapał na duży pakiet akcji, może coś dzięki tej dywidendzie jeszcze wyssać, zaś reszta – w tym pracownicy – okazała się bandą frajerów, którzy za bezdurno sprzedali swe sumienia.

Obecnie „Agora” likwiduje magazyn „Happy”, zwija lokalne dodatki do „GW”... Pozostało „futrowanie” niby-reklamami ze strony różnych struktur utrzymywanych z pieniędzy podatników (tu gratulacje dla wPolityce.pl za opisanie procederu). Co się stanie, gdy i tego zabraknie?

Ale to nic. Z pewnością winny jest wszechświatowy kryzys. „Obiektywne trudności” i tak dalej. A już na pewno nie jest powodem to, że pogardzana ludność tubylcza dotarła do granicy za którą jest „przestawienie wajchy”...

IV. Wszystko gra, tylko kasa się nie zgadza

Ach, wiem – jest „Newsweek” Lisa i „Polityka” Sroki-Baczyńskiego. One sobie radzą. Ale Lisowy „Newsweek” obsługuje garniturową żulernię – to taki współczesny odpowiednik „NIE” Urbana. Żulernia zawsze kupi treść „informującą”, że klechy i inni „moralizatorzy” są bardziej zdeprawowani niż czytelnicy, ale nie musi się to przekładać na realne wybory. „Polityka” zaś to pismo „tożsamościowe” i jest niezłym wyznacznikiem żywotności mitu post-peerelowskiej „inteligenckości” a la „socjalistyczno-konserwatywny liberał”. Ale to promil glosujących. Oni kupią „Politykę”, by podkreślić swój „inteligencki sznyt”, lecz nie zrobią nic konkretnego. To ludzie bez tożsamości. Są „bezobjawowi”.

Zwróćmy uwagę – to nie media „przestawiły wajchę”, jak onegdaj wściekał się Donald Tusk. Mediodajnie nadają, jak nadawały. To Polacy z jakichś powodów to „nadawanie” odrzucili. Niby w sondażach wszystko było teges, a jakoś coraz mniej rąk w kioskach sięgało po „Wyborczą”, coraz mniej atrakcyjny dla reklamodawców zrobił się, mówiąc Miszczakiem, „elektorat PO i TVN”. Czyli – wszystko gra, tylko kasa się nie zgadza.

***

Powyżej opisałem zaledwie jeden z symptomów, który odczytany w porę, uzmysłowiłby nam zbliżające się przestawienie społecznej „wajchy”. Ale, jak wspomniałem, to tylko objawy zewnętrzne, sam mechanizm pozostaje niezdiagnozowany. Powtórzę pytanie, będące osią przewodnią niniejszego tekstu: gdzie jest ta niewidoczna granica, do której „elektorat” wybacza wszystko, a po jej przekroczeniu – kosi dotychczasowych wybrańców równo z glebą?

Posiąść tę wiedzę znaczy – panować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Premier Kleiber, czyli rząd Belki-bis

Prof. Kleiber o rządzie fachowców „nic nie wie”. Ale czy koniecznie musi „wiedzieć” zawczasu takie rzeczy?

I. Co musi „wiedzieć” profesor Kleiber?

Weekend minął pod znakiem medialnej „wrzutki” Palikota dotyczącej konstruktywnego wotum nieufności wobec rządu Tuska i powołania „apolitycznego gabinetu fachowców” pod przewodnictwem prof. Michała Kleibera. Wprawdzie, wg „Rzeczpospolitej” sam profesor twierdzi, iż nic na ten temat „nie wie” i „nikt z nim nie rozmawiał”, ale bądźmy szczerzy – czy może stanowić to jakąkolwiek przeszkodę? Czy pan Kleiber, mimo tego iż jest profesorem, musi „wiedzieć” wszystko? Naturalnie, że nie musi. Zatem na tym etapie z pewnością uznano, że wiedza o tym, iż będzie „apolitycznym premierem” nie jest mu do niczego potrzebna. No bo po co panu profesorowi Kleiberowi „wiedzieć” zawczasu takie rzeczy? O tym, że będzie „apolitycznym premierem” pan profesor „dowie się” we właściwym momencie. I wtedy, naturalnie, ktoś kompetentny w kreowaniu „gabinetu apolitycznych fachowców” z panem profesorem „porozmawia”. Jak sądzę, uczynią to te same osoby i „czynniki”, które onegdaj zakomunikowały premierowi Tuskowi, iż jednak nie będzie kandydował na urząd prezydenta RP, tylko pozostanie na powierzonym mu odcinku politycznego zderzaka i strażnika interesów Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP oraz sprawującej nad Polską nadzór właścicielski Niewidzialnej Ręki.

To znaczy, wszystko zapewne przebiegłoby w ten sposób, gdyby Palikot w pogoni za chwilą rozgłosu nie chlapnął tego, co pewnie usłyszał na jakiejś naradzie. Albo – to inna ewentualność - jego patron, generał Dukaczewski, w chwili niepojętego roztargnienia „głośno myślał” w obecności swego podopiecznego rozpatrując różne warianty awaryjne, zaś Palikot rozumiejąc powinność swej służby zaraz poleciał z tym balonem próbnym do mediów.

II. Rezerwy kadrowe

Swoją drogą, to nic nowego, pamiętamy bowiem już podobny „apolityczny gabinet” pod przewodnictwem pana profesora Belki, kiedy to po kryzysie wywołanym aferą Rywina i kompromitacji rządu Millera, „razwiedka” musiała przejść na „sterowanie ręczne”, jak opisuje tamtą sytuację redaktor Michalkiewicz. W obu tych rządach profesor Kleiber pełnił funkcję ministra zajmującego się różnymi naukowymi historiami, następnie zaś został zagospodarowany przez Kancelarię Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, tak więc pan profesor jako „apolityczny fachowiec” został już sprawdzony w warunkach bojowych i to na kilku frontach, naturalne zatem iż trafił do szerokiej rezerwy kadrowej zasobów ludzkich III RP.

Takie rezerwy to cenna rzecz, albowiem wiadomo, że to „kadry decydują o wszystkim”, którą to stalinowską spiżową mądrość sprawująca właścicielski nadzór Niewidzialna Ręka przyswoiła sobie gruntownie i stosuje z powodzeniem od ponad dwóch dekad. Nic więc dziwnego, że warto mieć zawsze w zapasie jakiś „rząd apolitycznych fachowców”, który można objawić światu na stosownym etapie, na przykład gdy polityczne zderzaki osłaniające interesy Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP strzaskają się na amen, niczym gabinet Leszka Millera, który poległ na skutek frakcyjnych utarczek polityczno-biznesowych „elit”, którą to wojenkę znamy jako „aferę Rywina”.

Obecnie zarysowują się podobne warunki na skutek sprawy Amber Gold, która dziwnym trafem, w przeciwieństwie do afery hazardowej, okazuje się być jakoś „niezamiatywalna” i tylko możemy się domyślać jakie buldogi żrą się przy tej okazji pod dywanem. Jeśli powstanie komisja sejmowa, a nie jest to wykluczone, ba – nie jest wykluczone nawet to, że będzie miała potencjał równy tej rywinowskiej, bo akurat komuś będzie zależało, by nie stosowano w niej manewrów „na Sekułę”, to rząd Tuska może skończyć tak jak rząd Millera i stąd uaktywniona właśnie troska o to, by mieć wariant awaryjny w postaci rządu Belki-bis z premierem Kleiberem na szpicy.

III. Ryzykowny manewr

Co ciekawe, sam profesor Kleiber w zasadzie nie mówi „nie”, ma jedynie zastrzeżenia co do formy w jakiej został „wysunięty z ramienia” przez Penisorękiego, no i zgłasza zapotrzebowanie na stabilną, sejmową większość. Tak więc nic nie jest jeszcze przesądzone, albowiem, jeśli zajdzie paląca potrzeba, to taką większość zorganizuje się w trymiga, jakiż to problem? Wyodrębni się z PO frakcje „konserwatystów” i „liberałów”, przeprowadzi „odnowę” - co zostało z powodzeniem przetestowane w 2004 roku przy okazji „rozłamu” w SLD, na skutek czego z Sojuszu wypączkowała SDPL - i „większość” będzie jak ta lala.

Niemniej, taki manewr obciążony jest pewnym ryzykiem, pamiętamy bowiem, iż nawet rząd Belki nie zapobiegł podwójnemu zwycięstwu wyborczemu PiS w 2005 roku, które zapoczątkowało dwulecie wspominane przez elity III RP po dziś dzień z ciarkami na plecach. Dlatego też wymyślono sprytny trick, by w poparcie dla rządu Kleibera wmanewrować właśnie Prawo i Sprawiedliwość, dzięki czemu będzie można obarczyć Jarosława Kaczyńskiego wraz z jego partią wszelkimi spodziewanymi plagami, które mają spaść na Polskę w przewidywalnej przyszłości, a część z nich już zaczyna dawać się we znaki, tylko medialny matrix chwilowo jeszcze ich nie pokazuje w myśl zasady „co z oczu, to z serca”. No, ale gdyby PiS dał się jednak w poparcie dla „konstruktywnego wotum” jednak wmanewrować, to zaczną pokazywać – wajcha zostanie przestawiona, spokojna głowa.

Pozostaje nadzieja, że Jarosław Kaczyński jest za cwanym politycznym wróblem, by dał się posadzić na tak nieświeże końskie g... i PiS pozostanie jednak przy pomyśle własnego votum nieufności połączonego z jesienną „ofensywą legislacyjną”, które to inicjatywy (nie wróżę im zresztą powodzenia, ale o tym innym razem) konkurencja stara się zawczasu utrącić i zdezawuować wrzutkami pokroju „afery” z wydatkami na ochronę prezesa, czy omawianym tu „balonem próbnym” z Kleiberem właśnie.

IV. Nie ten etap

No, ale coś mi mówi, że póki co sprawa z „apolitycznym gabinetem” - przynajmniej na razie - rozejdzie się po kościach. Konkretnie, to nie „coś”, ale „ktoś” to mówi, mianowicie sama diwa salonowej publicystyki, czyli Janina Paradowska na swym blogu, który warto śledzić, jeśli chce się wiedzieć jaka linia obowiązuje na danym etapie. Otóż, na etapie obecnym obowiązuje linia taka, iż ten cały „rząd fachowców” jest – uwaga! - propozycją „niepoważną” i „dziwacznie zakręconą”. Dziw nad dziwy, zważywszy na to, iż „rząd fachowców”, „apolitycznych” oczywiście, jest od zawsze fetyszem nad którym intelektualnie brandzlują się salonowe elity III RP, permanentnie zbrzydzone „polskim piekłem” i „brudną polityką”. Tymczasem, okazuje się, że jednak nie, sytuacja nie dojrzała, zaś potrzebą dnia dzisiejszego jest, by Palikot zaangażował się w pomoc ujaranej babci – Korze i jej równie ujaranej suczce Ramonie.

A zatem wygląda na to, że polityczny zderzak w postaci rządu Tuska nie strzaskał się jeszcze na amen i na etap kiedy to nagle „apolityczny gabinet fachowców” z „chodzącym w aureoli niespełnionego premiera” (określenie Paradowskiej) Michałem Kleiberem okaże się nagle pomysłem odpowiedzialnym, poważnym, konstruktywnym i propaństwowym, przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 22 sierpnia 2012

Przemysł przykrywkowy w działaniu

Tomasz Lis postanowił przekierować negatywne emocje swego „targetu” z afery „Amber Gold” na tradycyjny obiekt zastępczy – czyli Kaczora i „pisiorów”.

I. Nowy „Dramat w trzech aktach”

Powtarza się scenariusz przetrenowany przy okazji „Dramatu w trzech aktach”. Jak pamiętamy, w czerwcu 2001 roku, w trakcie kampanii przed wyborami parlamentarnymi, odpalono za pomocą telewizji, z przeproszeniem, publicznej, dętą „aferę” usiłującą przykleić braci Kaczyńskich do sprawy FOZZ. Na tę okoliczność Olga Lipińska wyszyła pamiętny kuplecik: „Hej, jadą z forsą wory! Hej, a na nich Kaczory! Hej, jadą po raz drugi! Hej, znów się forsa zgubi!”. Przypomnijmy jeszcze, że autorzy „Dramatu...”, Witold Krasucki i Grzegorz Nawrocki, otrzymali od SDP za swe dzieło tytuł „Hien Roku”, zaś po trzech latach procesu TVP poszła na ugodę i przeprosiła braci Kaczyńskich. Marna to jednak pociecha, zważywszy iż te parę procent głosów, które miały zostać odebrane – zostały, tak więc operacja z punktu widzenia jej zleceniodawców zakończyła się pomyślnie.

Z podobną sytuacją mamy do czynienia dzisiaj. Sprawa „Amber Gold” okazała się być „niezamiatywalna” mimo wszelkich wysiłków reżimowych propagandystów wrzeszczących o „nagonce” i „polowaniu na Tuska”, tudzież rozczulających się nad ciężką dolą „premierowicza”. A że manewr na „Madzię z Sosnowca” został chwilowo wyeksploatowany, należało odpalić – tak jak w 2001 - kolejną aferę z PiS. Ponieważ jednak Jarosław Kaczyński nabrał ostatnio wody w usta i nie szło rozpętać histerii oburzenia z powodu jakiejś jego wypowiedzi, co od lat jest klasycznym medialnym samograjem przemysłu pogardy, zaś dym po kapiszonach z Rajmundem Kaczyńskim i „buczeniem” podczas obchodów Rocznicy Powstania Warszawskiego dawno już rozwiał się w powietrzu, a i w sprawie wizyty Cyryla I oraz „pojednania” nie szło z polityków PiS wycisnąć żadnej kontrowersyjnej wypowiedzi, trzeba było wymyślić coś innego.

No, ale od czego Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP ma w swej medialnej ekspozyturze takiego asa, jak Tomasz Lis? Ten zawsze gotów jest uruchomić „pisowską aferę” na miarę czasów i możliwości, by zrobić dobrze Dyktaturze Matołów stanowiącej aktualne zabezpieczenie interesów Obozu – oczywiście tylko do chwili, gdy nie zużyje się ze szczętem i nie będzie konieczna operacja „wymiany zderzaków”. Najwyraźniej jednak Dyktatura Matołów zabezpiecza owe interesy na tyle dobrze, że Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP wraz ze sprawującą nadzór właścicielski Niewidzialną Ręką postanowili zadbać, by aktualny zderzak w postaci PO i rządu Tuska nie zużył się zbyt wcześnie. Powtórka z afery Rywina nie jest przewidywana.

II. Profilaktyczna pacyfikacja

I taka właśnie jest funkcja zasłony dymnej uruchomionej właśnie przez „Newsweek”. Reżimowy tygodnik nie broni wprawdzie otwartym tekstem Tuska, wokół którego sprawa „Amber Gold” zaczęła ostatnimi czasy niebezpiecznie blisko orbitować, jednak przesłanie artykułu „Srebrny układ” jest jasne: „wszyscy politycy i partie są tak samo umoczone w przekręty, a Kaczyński nie jest lepszy od Tuska”. Zabieg ten ma, rzecz jasna, na celu profilaktyczną pacyfikację niezadowolonych, tak by przypadkiem nie zaczęli zerkać w stronę Prawa i Sprawiedliwości. Zagranie równie prymitywne, jak to z „Dramatem w trzech aktach”, ale proste chwyty bywają najskuteczniejsze, tym bardziej jeśli adresowane są do leminżerii i osób politycznie niezorientowanych, które kupują „Newsweeka” w przeświadczeniu, że to normalna gazeta (poważnie, są tacy) lub ze względu na naczelnego – medialnego celebrytana.

Dla takich ludzi nagle, ni z tego, ni z owego, może okazać się szokiem, że partia dostaje pieniądze z budżetu państwa i co gorsza – wydaje je m.in. na ochronę prezesa, czy wspieranie przyjaznych sobie inicjatyw. Nie skojarzą (łączenie ze sobą elementarnych danych i myślenie przyczynowo-skutkowe jest generalnie w zaniku), że subwencje dostają wszystkie partie po przekroczeniu 3% w wyborach, że to PO jest obecnie największym beneficjentem tego systemu i że to Platforma właśnie gromko domagała się zniesienia finansowania partii z kieszeni podatników, o czym zapomniała zaraz po wyborach.

Nie zatrybią również związku między wzmocnioną ochroną Jarosława Kaczyńskiego a Smoleńskiem, czy łódzkim mordem politycznym popełnionym przez byłego działacza PO i tego, że zbrodnia ta była zbrodnią zastępczą, pierwotnie bowiem Ryszard Cyba miał zamiar zamordować Jarosława Kaczyńskiego, i tylko ze względu na ochronę właśnie odstąpił od tego zamiaru. Wszystko zaś odbyło się z inspiracji „morderców zza biurek” - prowodyrów posmoleńskiego przemysłu nienawiści, o czym dobitnie świadczy treść „listu”, który Cyba przyniósł na salę sądową. Obecny naczelny „Newsweeka” także ma w owej zbrodniczej inspiracji swój znaczący udział. Wreszcie, mało komu przyjdzie do głowy zapytać jak to jest, że wysokonakładowy tygodnik nagle bierze pod lupę wydatki opozycji, nie poświęca zaś ani krzty uwagi temu, co ze swymi pieniędzmi robi PO. Przy czym, tworzy się wokół partyjnych wydatków PiS atmosferę nieokreślonej grozy, mimo że nawet „Newsweek” nie stawia w swym tekście zarzutów o złamanie prawa.

Tego rodzaju pytań i wątpliwości nikt z „targetu”, którego mózgi miał ugotować artykuł „Srebrna sieć” nie sformułuje. Pozostanie czysto emocjonalna wściekłość, że Kaczor śpi na ICH PIENIĄDZACH – słowem, skandal i afera! I dajcie wreszcie spokój z tym „Amber Gold”, ile można o tym słuchać, uczepili się młodego premierowicza, któremu przytrafił się błąd młodości, a poza tym, pazerni frajerzy którzy ulokowali tam kasę, sami są sobie winni...

III. Mokry kapiszon, czy medialny hak na przyszłość?

Tak miało to zadziałać – i wobec tych, do których przesłanie zostało skierowane, czyli hasłowo mówiąc – lemingów narażonych na traumę rozczarowania i zawiedzionych nadziei, bo coś tu nie gra, a Tusk może wcale nie jest aż taki fajny – z pewnością zadziała, przekierowując ich negatywne emocje z „Amber Gold” na tradycyjny obiekt zastępczy – czyli Kaczora i „pisiorów”.

Ja tu zresztą piszę o tym wszystkim raczej w charakterze kolejnego przyczynku do medialnych manipulacji reżimowych mediodajni III RP niż po to, by wieszczyć dla PiS ze strony „Newsweeka” i Lisa jakieś straszne zagrożenie. Przeglądam bowiem onet, wp.pl, interię, gazeta.pl, tvn24.pl i na chwilę obecną (poniedziałek, 20.08, późny wieczór) na „jedynkach” po lisiej aferze ani dudu. W mediodajniach audiowizualnych chyba też nie było nadmiernej ekscytacji. Nikt jakoś nie eksploatuje tematu. Czyżby zatem zdano sobie sprawę z nikłego potencjału wypocin „Newsweeka”, a zasięg tego nowego „Dramatu w trzech aktach” miał się ograniczyć do chwilowej wrzutki-przykrywki? Jeśli w ciągu trzech dni nie padnie jakiś tajemny sygnał od „wajchowych”, pozostanie w powietrzu tylko nikły swąd rozwiewającego się dymu z kolejnego kapiszona.

Chyba, że przetrzymają newsweekowe rewelacje w charakterze medialnych „haków” do późniejszego wykorzystania, choćby w kolejnej kampanii wyborczej, niczym słynną wypowiedź Kaczyńskiego o Merkel. Bo w końcu, nawet jeśli PiS wygra wytoczony „Newsweekowi” proces, to po latach - gdy już nikt nie będzie pamiętał o co poszło.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 19 czerwca 2012

„Teraz będą znikać ludzie...”

„Demontaż państwa już się skończył. Teraz będą znikać ludzie” - Janusz Kurtyka, 06.04.2010.

I. SS a pijar

Jak powszechnie wiadomo, generał Petelicki zszedł we mgle poniżej stu metrów i pozostaje do wyjaśnienia, kto go do tego skłonił. To znaczy, oczywiście, wiadomo kto – był to słynny Seryjny Samobójca (SS), znany od dziesięcioleci, ten sam, którego rewolucyjny poeta Majakowski witał okrzykiem „towarzysze, nie strzelajcie!”.

Warto przy okazji zauważyć, iż mimo upływu lat, Seryjny Samobójca (SS) idzie z duchem czasu i nabiera wprawy w żonglowaniu pijarowskimi sztuczkami. Jedną z takich sztuczek jest „przykrywanie” niekorzystnego wydarzenia, które normalnie rozpaliłoby masowe emocje, innym wydarzeniem, zagospodarowującym w newralgicznym momencie uwagę manipulowanej gawiedzi.

Teraz powiedzcie mi – jaki czas dla spowodowania rozstania się z padołem wytypowanego samobójcy byłby lepszy, niż kulminacyjny moment fazy grupowej Euro2012 – dzień, w którym Polacy grali kluczowy mecz, mający przesądzić o awansie do ćwierćfinału? Nie ma co – pan SS (Seryjny Samobójca, przypomnę) musiał pobierać ostatnio intensywne korepetycje u sprawującej nad naszą krainą nadzór właścicielski Niewidzialnej Ręki, tak by jego działalność wyszła na nieustające zdrowie Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, z którego ramienia sprawuje władzę obecna Dyktatura Matołów.

SS trochę się wprawdzie przeliczył, bo o śmierci Petelickiego zrobiło się jednak dość głośno, mimo rozpaczliwych prób, by od pierwszych chwil wbić ludziom do łbów, iż było to samobójstwo, ale pomysł, trzeba przyznać, był całkiem sprytny.

II. Bez sentymentów

Do Petelickiego, podobnie jak do np. Sekuły, Leppera, czy tego pułkownika od afery marszałkowej co to się na śmierć zatańcował (już mam – Tobiasz mu było), większego sentymentu „nie posiadam”. Były bezpieczniak - to raz. Dwa – zaczął nadawać na Platformę, szczególnie w kontekście Tragedii Smoleńskiej, gdyż Bogdan Klich zarządził w MON embargo na interesy z Petelickim, które trwało do momentu (nie)szczęśliwego zejścia denata. Owszem, zawdzięczamy mu wiele interesujących przecieków, jak choćby ten o SMS-ie o stu metrach i winie pilotów, który to SMS rozesłany z trójkąta Tusk-Graś Arabski po politykach i reżimowych mediodajniach, stał się matką „teorii naciskowej” - wałkowanej następnie przez niemal dwa lata i skutecznie urabiającej opinię publiczną. Albo informację o osobistym sprzeciwie Tuska wobec propozycji Bogdana Klicha, by włączyć do smoleńskiego śledztwa NATO.

Nie łudzę się jednak, iż było to spowodowane jakimś nagłym przypływem uczuć altruistycznych, czy postawy „pro publico bono”. Platforma wyrzuciła generała na mieliznę, więc szukał szczęścia po drugiej stronie, do czego doszła urażona duma potężnego niegdyś „razwiedczyka”, każąca mu nadawać na niedoszłych patronów, którzy nie chcieli osłodzić emerytowanemu generałowi jesieni żywota lukratywnymi kontraktami. Kto wie, być może nawet kombinował, by stać się dla „prawicy niepodległościowej” tym samym, czym dla nie-miłościwie nam panującej Dyktatury Matołów stał się Gromosław „z jasnego nieba” Czempiński?

Moja opinia nie zmienia jednak faktu, iż była to znacząca i wpływowa postać życia publicznego, oraz kolejna ofiara Seryjnego Samobójcy, co pokazuje skalę degrengolady „dzikiego kraju” - na miarę kartoflanej republiki, do jakiej stoczyliśmy się pod obecnymi rządami.

III. Dwóch generałów i dwie postawy wobec Niewidzialnej Ręki

No, ale język rozwiązły sprowadził nań w końcu zgubę. A skoro wspomnieliśmy już o Gromosławie „z jasnego nieba” Czempińskim (by Seawolf), to porównajmy teraz sobie postawy obu razwiedczyków wobec wysyłanych im sygnałów ostrzegawczych. Ówże Gromosław Czempiński również swojego czasu odbywał tournée po mediodajniach, w których zwierzał się na temat swej roli akuszera „projektu PO”, tudzież dawał upust goryczy z powodu odsunięcia go na boczny tor. Jednakże, po próbnym aresztowaniu, aluzju paniał i od tamtej pory siedzi cichutko jak mysz pod miotłą – nie wysmętnia się ani słówkiem na polityczne tematy, nie puszcza oka, że dużo wie i gdyby naprawdę zaczął mówić – to ho, ho, nie odgraża się, nie sypie komiltonów... Gromek Czempion zrozumiał naukę płynącą z zatrzymania (być może dokonanego na polecenie kogoś potężniejszego, ulokowanego w którejś z ambasad naszych Wielkich Braci, gdyż Czempiński swymi niewczesnymi wynurzeniami bruździł rządowi Tuska i PO, który to nie-rząd dla ościennych potęg jest wyjątkowo korzystny – nie sadzi się, podpisze co mu podsuną, każą zlikwidować stocznie, to zlikwiduje itd.). Mechanizm ten opisałem dokładniej w notce „Gromek Czempion i Niewidzialna Ręka” - polecam.

Generał Petelicki najwyraźniej zamknąć się nie chciał, a wszak wiadomo, że wielkie interesy – tak polityczne, jak i finansowe - lubią ciszę, podobnie zresztą jak ciszę lubi Niewidzialna Ręka, która nad pomyślnością tychże interesów sprawuje pieczę w ramach ogólnego nadzoru właścicielskiego nad naszą krainą cudów na kiju, a w szczególności nad Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, którego emanacją pozostaje ku obopólnemu pożytkowi nie-miłościwie nam panująca Dyktatura Matołów.

Prof. Staniszkis mówi o licznych sygnałach ostrzegawczych, które otrzymywał Sławomir Petelicki od Niewidzialnej Ręki, że wiedza, którą - oszczędnie ale jednak - dzieli się z gawiedzią, może okazać się dlań niezdrowa. Jednak generał z sobie tylko wiadomych względów postanowił te ostrzeżenia zignorować, nie wyciągając wniosków z historii Gromka Czempiona.

IV. Wrzutki „Wyborczej”

Ach, byłbym przeoczył - niezawodna „Wyborcza” pospieszyła z wrzutką o „nałogu” generała Petelickiego i problemach rodzinnych – no, nie bądźmy śmieszni – a która to szarża nie tankuje jak ruski czołg? To, że generalicja notorycznie jest „w dobrym humorze” (gradacja: szeregowy „chleje”, kapral „zaprawia się”, kapitan „świętuje”, generał zaś „jest w dobrym humorze”) wiemy, znamy i akceptujemy, gdyż człowiek nie wielbłąd i tak dalej. Sławomirowi Petelickiemu mógł co najwyżej doskwierać brak kompanów do kieliszka, ale w końcu jaki to problem, jeśli ktoś np. lubi się alkoholizować w doborowym towarzystwie, czyli najlepiej przy kompani „własnej osoby”?

Niewykluczone jednak, iż przy którejś tam nasiadówce – i to w towarzystwie szerszym, niż „własna osoba” - panu generałowi mogło się „ulać” i w swym słusznym rozgoryczeniu mógł zacząć grozić. Czym? Ano tym, że „powie wszystko”, że „pociągnie za sobą” tego czy owego, że „on im wszystkim pokaże” - i to nie tylko pagony...

Takich zagrań Niewidzialna Ręka nie toleruje.

Tyle, że podobny scenariusz kompletnie nie pasuje do fightera, jakim był „usamobójczony” generał, tym bardziej, że Krzysztof Skowroński twierdzi, iż Petelicki nałogów „nie posiadał”, a gdy mam do wyboru: wierzyć „Wyborczej” czy Skowrońskiemu, to raczej nie mam wątpliwości kogo wybrać. Wrzutka o problemach rodzinnych jest jeszcze bardziej kuriozalna, opiera się mianowicie na schemacie „jedna pani drugiej pani” - oto eurodeputowany PO, Jacek Protasiewicz, który „wprawdzie generała nie znał” powtarza to, co powiedział mu jakiś funkcjonariusz BOR-u. „Wyborcza” schodzi na psy – kiedyś jednak robiła swą propagandę nieco mniej topornie.

V. „Teraz będą znikać ludzie”

Oczywiście nie łudzę się, że ekspresowe śledztwo wyjaśni cokolwiek, poza kategorycznym stwierdzeniem, iż śmierć generała była ab-so-lut-nie standardowym samobójstwem, ewentualnie – tu już moja podpowiedź - że generał nie wytrzymał napięcia przed meczem Polska – Czechy i profilaktycznie strzelił samobója. Pozostaniemy skazani na spekulacje, podobnie jak w przypadku innych tajemniczych zgonów za czasów PO. Ludziska wkrótce o wszystkim zapomną, zaś SS będzie mógł w spokoju, niespiesznie, czyścić gnata w oczekiwaniu na kolejne zlecenie Niewidzialnej Ręki.

Tym, którzy zapomnieć nie chcą, polecam natomiast słowa śp. Janusza Kurtyki, wypowiedziane 6 kwietnia 2010 roku: „Demontaż państwa już się skończył. Teraz będą znikać ludzie”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL