Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 czerwca 2018

Dekoncentracja – kolejne podejście?

Albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.

Piotr Zaremba w „Dzienniku Gazecie Prawnej” (powołując się na „bliskiego współpracownika” Jarosława Kaczyńskiego) podał, iż w PiS powrócił temat dekoncentracji mediów. Stosowna ustawa miałaby zostać uchwalona jeszcze jesienią tego roku – co oznacza, że wpisałaby się w kampanię samorządową. Jarosław Kaczyński dał ponoć wstępnie „zielone światło”, prace nad projektem trwają w MKiDN i wszyscy tylko czekają na ostateczny sygnał od prezesa. Oczywiście, działające na naszym rynku podmioty z zagranicznym kapitałem zareagowały na to doniesienie tradycyjnym alarmem spod znaku „autorytarna władza chce zdusić medialną krytykę i wolność prasy”. Warto tu nadmienić, iż owa „wolność” tak naprawdę sprowadza się do uczestnictwa w politycznej dywersji obliczonej na wewnętrzną destabilizację Polski, w czym osobliwą gorliwość wykazują ośrodki niemieckie, nawet niespecjalnie ukrywające, że mają na celu obalenie obecnego rządu - skrajnie niewygodnego dla ich mocodawców - i przywrócenie status quo sprzed 2015 r. Ot, taka agentura wpływu masowego rażenia.

Informacje „DGP” stanowczo zdementowała rzeczniczka PiS Beata Mazurek, twierdząc, iż jest to „fake news” i generalnie nie ma tematu. W podobnym duchu wtórował jej marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Cóż, tego typu doniesień mieliśmy okazję wysłuchiwać od 2015 r. wielokrotnie i każdorazowo przebiegały one w rytmie: repolonizacja mediów jest naszym priorytetem - już, już zaraz ruszymy – mamy kilka wariantów ustawy - jednak nie, sytuacja się skomplikowała – generalnie jesteśmy za, ale moment jest nieodpowiedni – i nieodmienny finał: odkładamy projekt do zamrażarki. Jeszcze na początku tego roku premier Morawiecki deklarował, że „nie ma pośpiechu”, a z kręgów rządowych szły sygnały, że nie będziemy otwierać „nowego frontu” w napiętych relacjach z zagranicą. Tymczasem niedawno tenże premier Morawiecki grzmiał we Wrocławiu, że 80 proc. mediów jest w rękach politycznych przeciwników rządu, a prasa regionalna znajduje się w 95 proc. pod kontrolą zagranicznych koncernów.

Czyżby zatem przestawienie wajchy? Niekoniecznie. Gołym okiem widać, że ścierają się dwie wzajemnie blokujące się frakcje - „jastrzębi” i „gołębi”. Pierwsi faktycznie chcieliby utrącić dominującą pozycję zagranicznego kapitału na medialnym rynku, drudzy zaś uprawiają swoisty „kult świętego spokoju” pokrywany zaklęciami o politycznej racjonalności – bo spór z Komisją Europejską o sądownictwo, bo Polska po nowelizacji ustawy o IPN ma i tak wystarczająco złą prasę na świecie, bo trwają negocjacje budżetowe z Brukselą...

Tymczasem sytuacja jest, wbrew pozorom, dość prosta. Nad kwestią „dekoncentracji”, „repolonizacji” czy jak to zwał, wiszą dwa zagrożenia - z czego jedno jest fikcyjne, drugie zaś realne. Zagrożeniem fikcyjnym jest obawa, że ustawa dekoncentracyjna pogorszy naszą sytuację przetargową w sporze z Unią Europejską. Warto przyjąć do wiadomości, że Bruksela będzie zwalczała wszelkimi możliwymi metodami obecny rząd bez względu na to, co ten zrobi lub czego nie zrobi. Te wszystkie trybunały konstytucyjne, niezależność sądownictwa czy właśnie rynek medialny – to jedynie preteksty. W optyce eurokratów PiS jest „ciałem obcym” - „nieliberalnym” ugrupowaniem, które należy zwalczać bez względu na wszystko. Warunkiem względnego spokoju byłaby tylko stuprocentowa kapitulacja, sprowadzająca się do uznania przez Polskę swojego kolonialnego statusu – politycznego, gospodarczego oraz ideologicznego. Tak więc histeryczną reakcję Brukseli trzeba z góry wliczyć w koszty i robić swoje.

Drugie zagrożenie, realne, to kwestia umów o wzajemnym popieraniu inwestycji (BIT), jakie łączą nas z kilkudziesięcioma państwami – w tym z krajami macierzystymi zagranicznych medialnych potentatów. W umowy te wmontowany jest mechanizm ISDS pozwalający inwestorowi pozywać państwo-gospodarza przed międzynarodowy arbitraż i domagać się odszkodowań np. z tytułu wywłaszczenia (w tym również „wywłaszczenia z zysków”). Skutkiem powyższych umów jest chociażby tzw. „efekt mrożący” („chilling effect”) - państwo celowo wstrzymuje się od posunięć mogących narazić je na straty finansowe. W przypadku korowodów wokół dekoncentracji najprawdopodobniej obserwujemy właśnie to zjawisko. Pytanie, czy nie warto ponieść ryzyka procesu, tym bardziej, że nie jesteśmy tak całkiem bez argumentów – począwszy od powołania się na zapisy dekoncentracyjne obowiązujące w innych krajach UE, po wykazanie, że rzekome „wywłaszczenie z zysków” nie ma pokrycia w „zyskowności” wykazywanej na potrzeby zeznań podatkowych CIT. Jeżeli TVN wykazuje niemal co roku straty, a np. Ringier Axel Springer Polska przy dochodzie 13 269 315 zł. „wypracował” 170 306 zł. podstawy opodatkowania i w związku z tym zapłacił... 32 358 zł. CIT (dane Min Fin) – to o jakim „wywłaszczeniu z zysków” tu mówimy?

Jedno jest pewne - albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ech, ta repolonizacja...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (15-21.06.2018)

niedziela, 29 kwietnia 2018

Ago(r)alne jęki Michnika

Wszystko wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy Adam Michnik będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.

I. Jęk z „Agory”

Adam Michnik wydał z siebie jęk rozpaczy – bo tylko tak można sensownie zinterpretować jego esej opublikowany w „Die Welt”, cytowany obszernie przez polskojęzyczną mutację „Deutsche Welle”. Cóż tak zabolało byłego oberredaktora III RP, że uznał za palącą konieczność podzielić się swymi przemyśleniami z niemieckim czytelnikiem? Z grubsza, to samo co zwykle – mianowicie, że świat i Polska nie chcą dostosować się do jego oczekiwań. Oczywiście, Michnik nie byłby sobą, gdyby swoich frustracji nie ubrał w moralizatorski kostium troski o pluralizm i wolność słowa. Być może uznał, że ta zwietrzała, kabotyńska poza wciąż jeszcze ma siłę oddziaływania na niezorientowanego, zachodniego odbiorcę - toteż uderza w swoje stare, zgrane tony. Spójrzmy. Upiory totalitaryzmu powróciły, z całą pogardą dla pluralizmu, państwa prawa, równości, dialogu i gotowości do kompromisu. Powróciło lekceważące traktowanie innych ludzi - wyznających inne religie, mających inną narodowość czy inny kolor skóry. Widzimy, jak w naszym świecie rozprzestrzeniają się ksenofobia i homofobia. W innych miejscach obserwujemy wzrost znaczenia islamskiego fundamentalizmu, który sięga po zbrodniczą broń terroryzmu” - czytamy. Mamy tu typowe dla Michnika nadużycie emocjonalne polegające na zestawianiu kwestii nieporównywalnych – ustawienie w jednym szeregu ludzi, którym nie podoba się lewackie zdziczenie obyczajów i sprzeciwiających się islamizacji Europy z jakimś wydumanym „totalitaryzmem” i terrorystami. A że jest to absurdalna kreacja jakiegoś fikcyjnego świata istniejącego jedynie w głowie redaktora „Wyborczej”? Nie szkodzi, za chwilę zresztą przekonamy się, do czego owa kreacja była Michnikowi potrzebna.

Idźmy więc dalej. „Wolna prasa, prześladowana w Turcji i Rosji, w Budapeszcie i innych częściach Europy Środkowej, stanowi często ostatni bastion obrony konstytucji i demokratycznego ładu” - ciepło, ciepło... „Gdy umierają wolne media, państwo oparte na konstytucji staje się bezbronne. Gdy łamana jest konstytucja, dni wolnych mediów są policzone” - gorąco... No i wreszcie pada uwaga o „niszczeniu uznanych autorytetów” na wzór nazistowski i sowiecki: „W Polsce tak się postępuje z Miłoszem i Szymborską, Andrzejem Wajdą i Bronisławem Geremkiem, Autorytety życia publicznego obrzucane są błotem i szkalowane jako »pozbawieni ojczyzny kosmopolici« oraz reprezentanci »wynaturzonej sztuki«” - auć! parzy... Całość wieńczy apel do dziennikarzy, by w obliczu populizmu, ksenofobii i szowinizmu „pozostali wierni swoim przekonaniom” - ponieważ, jak głosi nieco wcześniej, ów „populizm” jest „wyrazem pogardy dla chrześcijańskiego systemu wartości, a także dla ducha oświecenia”.

Zanim przejdziemy dalej, odnotujmy, iż na temat tego, czy „duch oświecenia” jest zbieżny z chrześcijańskim systemem wartości, można by napisać osobny artykuł - ale obawiam się, że większość Czytelników umarłaby przy lekturze z nudów. Tu tylko zatem podam konkluzję - otóż tzw. „oświecenie” było z gruntu antychrześcijańskie (a w szczególności antykatolickie) i ma na swoim koncie cały szereg zbrodni motywowanych ideologicznie. W swoim rewolucyjnym, francuskim wydaniu, stanowiło wręcz prefigurację bolszewizmu i było źródłem natchnienia dla Lenina, tudzież reszty komunistycznych ludobójców. Jak napisał jeden z oświeceniowych świątków, Denis Diderot, „naród odradza się tylko w kąpieli krwi” - gdzie tu jest pokrewieństwo z chrześcijaństwem, tylko jeden Michnik raczy wiedzieć.

II. SOS z „Titanica”

Ale sedno cytowanego wyżej nabzdyczonego pustosłowia i wytartych frazesów leży gdzie indziej. Cały ten esej, to po prostu wołanie o ratunek – SOS nadawane z tonącego „Titanica”, jakim stała się redakcja „Gazety Wyborczej”. Taki jest prawdziwy sens załamywania rąk nad „prześladowaniem wolnej prasy” i zgubie grożącej „wolnym mediom”. Demagogiczne zrównanie Turcji, Rosji oraz krajów Europy Środkowej w połączeniu z miejscem opublikowania tekstu („Die Welt” to jeden z najbardziej opiniotwórczych tytułów w Niemczech), ma jeden cel – jest nim ukryte pod warstwą górnolotnych sloganów wezwanie do zachodnich elit: „pomóżcie nam, bo gdy padniemy, już nigdy nie odzyskacie Polski” - i to zarówno w sensie „rządu dusz”, jak i w kontekście jak najbardziej przyziemnym, politycznym. Michnikowi nie bardzo wypadało napisać to wprost, ale intencja przytoczonej gadaniny o rzekomym represjonowaniu prasy jest jednoznaczna – jesteśmy ostatnim bastionem, jeśli nas zabraknie, Polska na zawsze wymknie wam się z rąk. Nawiasem, Michnik jako obrońca medialnego pluralizmu to obraz cokolwiek groteskowy, jeśli przypomnieć jego słynne zdanie z rozmowy z Krzysztofem Leskim (1990 r.): „K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie”.

Czy ten zawoalowany apel o wsparcie ma szanse powodzenia? Wątpię – Niemcy mają nad Wisłą potężny konglomerat własnych mediów i tak naprawdę „Wyborcza” ze swą malejącą sprzedażą i niknącym w oczach zasięgiem oddziaływania przestaje im być potrzebna. Co innego, gdyby doszło do repolonizacji – ale PiS czegoś się „w tym temacie” przestraszyło, więc gadzinowa prasa dla mentalnych folksdojczów pozostaje niezmiennie butna i zuchwała. Zresztą, podobny wniosek o „zapomogę” został ze strony Czerskiej wystosowany już wcześniej. Na początku 2017 r. redaktor naczelny internetowego serwisu „Wyborczej”, Roman Imielski, narzekał w wywiadzie dla Euractiv.pl: „Pierwszy dotyczy pieniędzy, ponieważ rząd przestał zamieszczać reklamy w naszej gazecie. Drugi dotyczy dostępu, ponieważ nowy rząd i partia rządząca nie rozmawiają już z naszymi dziennikarzami”. I dalej: „Niestety UE nie ma wielu narzędzi, by zmusić polski rząd, by traktował wszystkie gazety sprawiedliwie. Mimo to możemy oczekiwać, że Unia o nas nie zapomni, że nie zapomni o Polsce”. No i konkluzja: „Chciałbym zasugerować, że pora już zacząć myśleć o mediach jako bardzo ważnej części życia publicznego i demokracji w Unii Europejskiej. Nie rozumiem, dlaczego UE wspierała inne sektory będące w kryzysie takie jak kopalnie czy fabryki, a nie pomaga mediom”. „Myślę że istnienie pewnego typu europejskiego funduszu dla mediów jest bardzo dobrym pomysłem (…) Moim zdaniem takie wsparcie powinno być czymś między dotacją a grantem”. Sam Adam Michnik w listopadzie 2016 r. alarmował na spotkaniu KOD w kontekście wstrzymania ogłoszeń rządowych i reklam spółek Skarbu Państwa w „GW”: „To nas straszliwie walnęło po kieszeni. Oni chcą nas zniszczyć metodą najprostszą: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Dziś najwyraźniej potwierdziło się, że wsparcie Sorosa i przyjaciół, takich jak Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, który wykupił w październiku 2017 r. cyfrową prenumeratę „Wyborczej” dla wszystkich pracowników i studentów (ok. 25 tys.) już nie wystarczy.


III. Cień dawnej potęgi

A jeszcze niedawno było tak pięknie – organ z Czerskiej traktował finansowanie ze strony instytucji publicznych jako oczywistość i mógł spokojnie z góry uznawać rządowe reklamy za część biznesplanu, nie martwiąc się spadającą sprzedażą. Ba, czuł się władny ze swej uprzywilejowanej pozycji pouczać mentorskim tonem inne media na okoliczność radzenia sobie na „wolnym rynku” - a ów „wolny rynek” wyglądał tak, że za poprzedniej władzy, jak ustalił Parlamentarny Zespół ds. Obrony Wolności Słowa, do „Wyborczej” płynęło ponad 51 proc. budżetu reklamowego ministerstw i Kancelarii Premiera. Dziś po dawnej potędze nie został nawet ślad. Codziennością w „Wyborczej” stały się zwolnienia grupowe, redukowanie dodatków lokalnych, wyprzedawanie bądź zastawianie siedzib, a sprzedaż po raz pierwszy w historii zanurkowała poniżej 100 tys. egzemplarzy. Jednym słowem - z okrętu flagowego, „GW” stała się balastem ciągnącym „Agorę” na dno. Nie dziwi więc desperacja przebijająca z omówionego tu tekstu Michnika – wszystko bowiem wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (27.04-03.05.2018)

niedziela, 9 lipca 2017

Trump w Warszawie – patron Trójmorza?

Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom.


I. Lewacka histeria

Państwo czytając te słowa będą ode mnie mądrzejsi o wiedzę na temat efektów wizyty Donalda Trumpa w Warszawie, jednak jeżeli wziąć pod uwagę natężenie histerii lewackich mediów można by dojść do wniosku, że Polskę na jej skutek czeka jakiś potworny kataklizm. Tu jednak na wstępie małe zastrzeżenie – nieco irytuje mnie również ton ośrodków prorządowych, którym udzielił się nastrój podniosłego wyczekiwania, niczym nie przymierzając, przed pielgrzymką papieża. Przylot amerykańskiego prezydenta jest każdorazowo istotnym wydarzeniem, owszem, ale przesada w demonstrowaniu entuzjazmu trąci klientelizmem. To jednak w sumie drobiazg, jeśli spojrzymy na reakcje drugiej strony – uderza zarówno zajadłość z jaką rzucono się krytykować samą wizytę, jak i prorokowanie przez obóz liberalno-lewicowy fatalnych następstw, które jakoby ma za sobą pociągnąć. Już samo to świadczy o wadze obecności Donalda Trumpa na szczycie państw Trójmorza (wymieńmy dla porządku tę „dwunastkę”: Polska, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry).

Gdyby brać na serio ton tytułów związanych z „totalną opozycją” (i na ogół równie mocno – z Berlinem i Brukselą) można by mniemać, że do Polski przybywa jakiś parias światowej polityki, z którym nikt nie chce mieć do czynienia – ktoś w rodzaju Kim Dzong Una (bo już nie Putina, zważywszy na to z jaką czołobitnością te same redakcje witały go w 2009 r. - nie zapomnę rozentuzjazmowanej reporterki TVN-u, która raczyła wówczas palnąć, że na Westerplatte przywódcy będą ŚWIĘTOWAĆ rocznicę wybuchu II Wojny Światowej). Intencja jest ewidentna – ogłosić zawczasu, że szczyt z udziałem akurat Donalda Trumpa, zaproszonego przez ten konkretny rząd i tego polskiego prezydenta jest z definicji obciachowym, mało znaczącym propagandowym cyrkiem, który na dodatek jeszcze głębiej poróżni nas z „Europą”. W ferworze uprzedzającego dyskredytowania jakoś im umyka, że z prezydentem USA spotkają się przedstawiciele 12 krajów Unii Europejskiej – no, ale to jest ta „mniej ważna” Europa, bo jakaś taka za bardzo lokalna...


II. Niemiecki strach

Z tego wszystkiego przebija strach. Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom. Sygnał do szturmu dała jak zwykle niezawodna prasa niemiecka, która ma to do siebie, że jeśli idzie o interes Berlina, zawsze prezentuje pryncypialnie jednolity front wyrażający stanowisko tamtejszego establishmentu. Już rok temu, po szczycie „dwunastki” w Dubrowniku rozgłośnia „Deutschlandfunk” alarmowała, że Trójmorze mogłoby w przyszłości „zastąpić struktury Unii Europejskiej w regionie” - czytaj, wyprowadzić Mitteleuropę spod wpływów Niemiec. Obecnie „Sueddeutsche Zeitung” wprost określa Międzymorze mianem „międzynarodówki autokratów”, widząc w wizycie Trumpa w przeddzień szczytu G-20 w Hamburgu wyraźny konfrontacyjny sygnał wysłany pod adresem „polityków wprowadzających ład w czasach postpopulizmu”. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z kolei zastanawia się, czy „Trump podzieli Europę”, a ponadto – powołując się na „polskich ekspertów” - straszy wzmocnieniem Międzymorza, bowiem Kaczyńskiego z Trumpem „łączą autorytarne skłonności i ksenofobia”, wskutek czego „nowa Europa może nasypać piasku w tryby starej Europie”. Myśl tę kontynuuje „Die Zeit” podnosząc (cyt. za wPolityce.pl), iż Gdy w Berlinie i Brukseli narasta świadomość wyemancypowania się od USA, rząd w Warszawie demonstracyjnie szuka bliskości z Trumpem”.

Uderzająco zgodny chór, nieprawdaż? Widać jak na dłoni obawę przed wyemancypowaniem się Europy Środkowej spod berlińskiej kurateli, do czego wydatnie może się przyczynić amerykański patronat nad regionem, o czym zresztą nadmieniałem niedawno w tekście „Exit Wyszehradu?”. Tego samego lęka się Bartosz T. Wieliński z „Wyborczej” i jej były niemiecki korespondent, słynący z tego, że we wszystkich kwestiach spornych nieodmiennie bierze stronę Berlina. Podstawia mikrofon „analitykowi” Marcinowi Zaborowskiemu, by ten mógł stwierdzić, iż „Polska zostanie wykorzystana” i że w Europie przypną nam łatkę „konia trojańskiego”, lub wręcz „klienta Donalda Trumpa” - wcześniej zaś własnym piórem na łamach „New York Timesa” bije w dzwon, że „Trump przyjedzie do Polski pełnej niepokoju” oraz rytualnie już ostrzega przed „podzieleniem Europy”, przy okazji rysując obraz naszego kraju jako państwa autorytarnego i wzywając Trumpa, by ten skrytykował „erozję demokracji w Polsce”. Zaiste, sukces szczytu Trójmorza przypieczętowany zacieśnieniem relacji z USA w połączeniu z widmem osłabienia niemiecko-brukselskich wpływów w Polsce, musi „totalnej opozycji” spędzać sen z powiek. Widomym tego znakiem jest niezborna miotanina Platformy, która nie mogła się zdecydować, czy wizytę Trumpa ma zbojkotować, czy się na nią wprosić.


III. Dorosłe sprawy

Tymczasem, przechodząc od zarysowanego powyżej amoku do poważniejszych tematów, materiału do rozmów na linii Europa Środkowa – USA jest tyle, że wystarczyłoby na tydzień solidnego debatowania. Zbliżenie ze Stanami jest nam bowiem potrzebne choćby po to, by osłabić sojusz niemiecko-rosyjski realizowany obecnie (mimo sankcji) chociażby za pomocą projektu Nord Stream 2. Interes Rosji jest jasny: maksymalnie uzależnić od dostaw gazu Europę, co automatycznie przełoży się na wpływy polityczne Kremla. Surowce to dla Rosji nie tylko główne źródło utrzymania, ale nade wszystko narzędzie prowadzenia neoimperialnej polityki – dlatego lobbuje na wszelkie sposoby, by wywalczyć sobie wyłączenie spod zasad pakietu energetycznego rozdzielającego rolę dostawcy od operatora gazociągów. Interes Niemiec natomiast leży w tym, by to właśnie one stały się europejskim „hubem gazowym” rozprowadzającym rosyjski surowiec na kontynencie – w tym również, ma się rozumieć, do krajów naszego regionu, trwale je od siebie uzależniając.

Nasz interes jest z gruntu odmienny – musimy za wszelką cenę zdywersyfikować źródła dostaw, przestawiając przy tym kierunek ich transportu (ale też szlaków komunikacyjnych i handlowych) z osi wschód-zachód na północ-południe. To dlatego istotną częścią rozmów w gronie państw Trójmorza jest kwestia budowy interkonektorów, gazociągów, gazoportów – słowem, energetycznej niezależności. Dlatego również Polska sygnalizuje, że nie będzie przedłużać obecnej umowy gazowej z Rosja, przymierza się do budowy drugiego gazoportu i nakłania do tego typu strategicznych inwestycji infrastrukturalnych inne kraje regionu – docelowo bowiem ma zostać stworzona sieć powiązań uwalniających nas spod rosyjsko-niemieckiego dyktatu.

Interes USA polega zaś na tym, że chcą wrócić do czynnej gry w Europie i sprzedawać swój gaz LNG – i m.in. właśnie w charakterze akwizytora amerykańskiego gazu będzie występował w Warszawie Trump. Ameryka potrzebuje sojuszników i pragnie osłabić wpływy zarówno Niemiec, jak i Rosji, czego daje ostatnimi czasy znaczące przykłady. Pierwsze transporty amerykańskiego gazu do Świnoujścia to nie przypadek, podobnie jak nie są przypadkiem niedawne sankcje uderzające m.in. w firmy zaangażowane w Nord Stream 2, co wywołało prawdziwą furię Niemiec. Do tego Ameryka potrzebuje realnych członków NATO, czyli takich, którzy będą łożyli na siły zbrojne ustalone na szczycie w Newport min. 2 proc. PKB – a najlepiej, gdyby sprzęt kupowały właśnie w USA. My z kolei jesteśmy zainteresowani chroniącą nas przed Rosją obecnością militarną Waszyngtonu w regionie. Słowem, jest tyle nakładających się i wzajemnie uzupełniających interesów – i to dalece wykraczających poza bilateralne relacje polsko-amerykańskie - że na pewno będzie o czym rozmawiać. Proszę porównać sobie geostrategiczną wagę zarysowanych tu problemów z towarzyszącym wizycie medialnym kociokwikiem spod znaku „zły Trump przylatuje do złego Kaczyńskiego”. Można by rzec sprzedajnym gryzipiórkom – morda w kubeł, gdy dorośli rozmawiają o dorosłych sprawach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Exit Wyszehradu?

Media w Niemczech – na służbie władzy


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (07-13.07.2017)

piątek, 30 czerwca 2017

Media w Niemczech – na służbie władzy

W Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma.


I. Policją w niemieckich „antykomorów”

Co robi niemiecka policja, gdy przez Europę przetacza się fala zamachów (tj. pardon - „incydentów”), ludzie są rozjeżdżani samochodami, szlachtowani nożami przy wtórze zawołań „Allahu Akbar”, a w Belgii w ostatniej chwili zlikwidowano (znów pardon - „zneutralizowano”) terrorystę oplecionego pasem szahida? Tak, zgadli Państwo – policja rusza do energicznej walki z „mową nienawiści”. Czyżby służby zawiesiły czujne oko na meczetach i szkołach koranicznych, sprawdzając czy nie dochodzi w nich do werbunku kolejnych zamachowców, a imamowie nie propagują wizji europejskiego kalifatu oraz ideologii dżihadyzmu? Ależ skąd – są inne problemy, znacznie poważniejsze. I tak oto Federalny Urząd Kryminalny (BKA) przystąpił do zwalczania „prawicowego ekstremizmu” na portalach społecznościowych. Jak się dowiadujemy, 23 jednostki policyjne przeprowadziły w 14 landach akcję polegającą na wparowaniu do domów namierzonych uprzednio internetowych „hejterów”, rewizjach, zatrzymaniach i przesłuchaniach – w sumie potraktowano w ten sposób 36 „podejrzanych”.

Nam może się to kojarzyć z pamiętną historią najazdu ABW na mieszkanie „Antykomora”, jednak Niemcy jako europejski lider przodujący we wszystkich dziedzinach musiały rzecz jasna przedsięwzięcie zorganizować z o wiele większym rozmachem. Różnica jest taka, że u nas przynajmniej gazety i portale opozycyjne wzięły „Antykomora” w obronę. W Niemczech natomiast działania funkcjonariuszy spotkały się ze zgodnym aplauzem całego frontu medialnego, zjednoczonego w nieubłaganej walce przeciw „mowie nienawiści”. Ta „mowa nienawiści” to w ogóle szczególny wynalazek, polegający na twórczej interpretacji porzekadła „od słów do czynów”. Ponieważ nie chcemy, żeby dochodziło do nienawistnych „czynów”, to należy prewencyjnie zakazać potencjalnie prowadzących do nich „słów” - i tym sposobem zdusić hydrę nienawiści w zarodku. A że przy okazji w przestrzeni publicznej zapanuje duszący spokój knebla? Znakomicie, bo dzięki temu tym bujniej rozkwitnie wszechogarniająca miłość.

A zatem, tamtejsi „antykomorzy” nie mogli liczyć na żadnych obrońców – a to z tego względu, że w Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma. Jedne tytuły wprawdzie nieco bardziej sympatyzują z socjaldemokracją, inne zaś z chadecją, lecz de facto wszystkie stanowią wielką rodzinę na usługach politycznego mainstreamu, idealnie zgodną co do tego, że żaden antysystemowy głos nie ma prawa pojawić się w oficjalnym obiegu.


II. Kampania wyborcza w pruskim stylu

Jednak od pewnego momentu pojawiło się coś wymykającego się kontroli – to internet. Istne horrendum – ludzie zaczęli komunikować się ze sobą bez odgórnej kurateli, obok tradycyjnych środków przekazu. W ten sposób doszło do oddolnego przełamania monopolu i np. obywatele poinformowali się nawzajem o zajściach podczas Sylwestra 2015 w Kolonii – o czym dowiedzieć się nie mieli prawa. W efekcie tego (a także wymieniania się informacjami o innych „ekscesach” imigrantów przemilczanych w głównym obiegu) w połowie 2015 r. zaufanie do mediów zjechało do 40 proc., a określenie „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”) weszło do powszechnego użycia. Do tego internet w naturalny sposób stał się trybuną wszelkich ruchów „populistycznych” (to zresztą ogólnoświatowy trend, bez internetowego wsparcia alt-prawicy Trump nie wygrałby wyborów), które dzięki temu miast wegetować na marginesie zyskują kolejnych zwolenników i coraz śmielej rozpychają się na politycznej scenie – ze znamiennym przypadkiem Alternatywy dla Niemiec (AfD) na czele.

Nie dziwi więc, że polityczny establishment postanowił dać słuszny odpór – prócz opisanej akcji policyjnej (która wedle ministra sprawiedliwości Heiko Maas'a z SPD stanowić ma „ważny sygnał”), lada dzień w Bundestagu ma być głosowany rządowy projekt ustawy nakładającej drakońskie kary finansowe na portale społecznościowe (nawet do 50 mln. euro) tolerujące na swych stronach „fałszywe informacje” i „mowę nienawiści”. Operatorzy reagować mają w ciągu 24 godzin na „uzasadnione zgłoszenia”. A jak poznać, czy zgłoszenie jest „uzasadnione”? Aaaa – o tym już zapewne zadecydują odpowiednie organy, choćby te, które właśnie tak dziarsko pogoniły niemieckich „antykomorów”. Dodajmy, że ustawę również przygotował wspomniany wyżej minister Heiko Maas, a całkiem niedawno (22 czerwca) z inicjatywy MSW przyjęto przepisy umożliwiające BND śledzenie treści przesyłanych za pomocą komunikatorów internetowych typu popularnego WhatsApp.

Jest to kolejny etap brania za twarz sieciowych platform komunikacji i generalnie pacyfikacji wolności wypowiedzi w internecie. A tak się przypadkiem składa, że następuje on tuż przed wejściem w decydującą fazę kampanii przed jesiennymi wyborami do Bundestagu. Intencja jest jasna i nikt nawet specjalnie jej nie ukrywa – chodzi o zablokowanie zagrażających establishmentowi sił politycznych. Jak widać, lekcja amerykańskiej wygranej Trumpa została pilnie przestudiowana i dokłada się odpowiednich starań, by podobny scenariusz nie powtórzył się między Odrą a Renem. W ten oto sposób otrzymujemy demokrację w iście pruskim stylu – wybory w cieniu cenzury.


III. Media w służbie władzy

Rozpisuję się o tym nie tylko dlatego, że to ponoć w Polsce „łamane są standardy” wolności mediów i prawa obywatelskie o czym z lubością grzmią niemieccy i brukselscy politycy, odwracając uwagę Europy od własnego podwórka. Rzecz w tym, że wszystkie te działania spotykają się z dość zgodnym poparciem tamtejszych mediów, które w gruncie rzeczy jawnie już pokazują, że są częścią systemu władzy przeznaczoną do roli nadzorców społeczeństwa, by temu nie strzeliło do głowy zagłosować na jakąś AfD, czy inną PEGIDĘ. Mamy więc specyficzny przykład „demokracji sterowanej” - póki co, wprawdzie „miękkimi” środkami, ale opisana na wstępie demonstracja siły pokazuje, że w razie czego demokratyczny niemiecki rząd nie zawaha się (przy medialnym poklasku) przy...ć komu trzeba – w obronie wolności, demokracji i wartości europejskich, ma się rozumieć.

Jakiś czas temu na portalu wPolityce.pl Aleksandra Rybińska przedstawiła ciekawą analizę rozmaitych współzależności między niemieckim (pół)światkiem dziennikarskim i politycznym – coś w stylu pamiętnego obrazka Moniki Olejnik wsiadającej do samochodu Urbana. Otóż funkcjonują tam tzw. „kręgi” składające się z przedstawicieli mainstreamowych opcji politycznych i „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy. Owych „kręgów” działających na zasadzie elitarnych klubów uzupełniających się przez kooptację jest obecnie ok. dwunastu, a ich członków obowiązuje bezwzględna omerta. To właśnie tam politycy w przyjacielskiej atmosferze, podczas luźnych kolacyjek, przedstawiają starannie wyselekcjonowanym i zaufanym dziennikarzom swój punkt widzenia na różne sprawy, który następnie jest przekuwany na odpowiedni medialny przekaz urabiający opinię publiczną. Dla dziennikarza przynależność do takiego klubu oznacza zawodową nobilitację, zatem naturalnie stara się on zaspokoić oczekiwania zapraszających go kolegów i polityków. Reprezentują oni wszystkie najważniejsze tytuły i koncerny medialne, co oczywiście stawia ich w roli jednego z elementów aparatu władzy – już Konrad Adenauer nazwał „kręgi” „jednym z najważniejszych instrumentów sterowania państwem” i można się domyślać, że od tamtego czasu ta zażyłość na styku media-polityka jedynie się pogłębiła.

Jednakże, prócz zarządzania wewnętrznego, niemieckie koncerny medialne spełniają również istotną funkcję w polityce zagranicznej – i to w prawdziwie kolonialnym stylu. Podbijając rynki krajów Mitteleuropy mają za zadanie, mówiąc wprost, trzymać w ryzach tubylców, żeby się nie zbiesili i utwierdzać ich w permanentnym poczuciu niższości względem „metropolii” - oraz stawiać za wzór sukcesu i europejskości rozmaitych jurgieltników, którzy dzięki gorliwej wysłudze dochrapali się z łaski Berlina jakichś intratnych synekur. Wiadomy list dyrektora wiadomego koncernu do polskich podwładnych jest tu wymownym przykładem - aczkolwiek, jeśli tylko nazwać rzeczy po imieniu, koncern ten bardzo się denerwuje i grozi pozwami. Ostatnio zaś inny szef tego samego koncernu w wywiadzie dla szwajcarskiej gazety przyznał, że jego polskie interesy znacznie ucierpiały („milionowe straty”) wskutek wycofania reklam przez państwowe spółki, lecz mimo to nie zamierza wychodzić z Polski. I tym właśnie różni się projekt polityczny od projektu biznesowego. Gdy biznes przynosi straty wdraża się plan naprawczy albo po prostu zamyka interes. W przypadku projektu polityczno-ideologicznego straty finansowe są „wliczone w koszta” i utrzymuje się biznes niezależnie od słabych wyników finansowych. Władze koncernu liczą zapewne na ponowne przejęcie rządów przez opcję proniemiecką, dzięki której pieniądze znów popłyną szeroką rzeką, wynagradzając obecne chude lata – i na rzecz tego będą pracować ile sił. Oby się przeliczyli.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (28.06-04.07.2017)

piątek, 16 czerwca 2017

Pod-Grzybki 101

Zdumiewające – niemieckie media odkryły związek między islamem a terroryzmem. Jak na tamtejsze standardy jest to iście kopernikański przełom. Co prawda nie odnalazły jeszcze związku między radykalizacją środowisk muzułmańskich a imigracją, ale nie bądźmy zbyt wymagający jeśli chodzi o zdolność kojarzenia faktów – w końcu ponoć istnieją jeszcze na świecie ludy nie widzące korelacji między seksem a pojawianiem się dzieci. Na ich tle niemiecki establishment i tak wykonał ogromny wysiłek intelektualny.


*

Kto postawił się zamachowcom w jednym z londyńskich pubów? Okazało się, że był to kibic tamtejszego klubu Millwall, którego zwolennicy nie bez przyczyny owiani są chuligańską sławą. „Fuck you, I'm Millwall!” - wykrzyczał do uzbrojonych w maczety napastników. Tak podejrzewałem, że jeżeli ktoś może jeszcze uchronić Europę, to właśnie kibole – chyba ostatnia na kontynencie grupa społeczna, która chce i potrafi się bić.


*

Podczas smoleńskiej miesięcznicy dał o sobie znać Władysław Frasyniuk, którego policja musiała wynieść z nielegalnej blokady. Na tę okoliczność Ewa Siedlecka (też wyniesiona) zachwyciła się, że Frasyniuk wyglądał „jakby ubyło mu 40 lat”. W tym tempie, to na za miesiąc pana Władka przyniosą w beciku (o ile nie będzie miał kolki), a na kolejną okazję Frasyniuka trzeba będzie od nowa spłodzić – o ile uczestniczki „Czarnego Protestu” z rozpędu nie wyskrobią legendarnego bohatera.


*

Wyciekły kolejne „taśmy kelnerów”, na których główną rolę odgrywa znany ksiądz-celebryta „Kazek” Sowa. Okazało się, że wielebny nie dość, że jest patologicznym gadułą, który najzwyczajniej nie potrafi się zamknąć, to jeszcze dybał na „Zonę Wolnego Słowa”, a jego życie kręciło się wokół schematu – tu jakaś bibka, tam spółeczka, ówdzie winko i ploteczki... Na szczęście, abp Jędraszewski już wcześniej nakazał mu powrót do diecezji, więc istnieje szansa, że ks. Sowa wyląduje w jakiejś klasztornej celi. Może nawet przypomni sobie jak nosić sutannę i odmawiać pacierz?


*

Krytyka Polityczna” opublikowała wywiad z niejakim Wiktorem Okwarem – polskim obywatelem nigeryjskiego pochodzenia, który wpadł na pomysł założenia organizacji „Send me back to Africa”, która – na wzór analogicznej fundacji działającej w USA – ma zbierać pieniądze na powrót do Afryki dla mieszkających tutaj Murzynów, mających już dość szalejącego polskiego nacjonalizmu. Widzę tu pole do współpracy ze środowiskami narodowymi – tak jak przed wojną część endecji współpracowała z ruchami syjonistycznymi. Jest jeden problem – na portalu crowdfundingowym organizatorzy deklarują, że chcą pozyskać na początek 11 850 zł., tymczasem póki co wpłynęło... 30 zł. Oznacza to, że nawet „Krytyka Polityczna” poskąpiła grosza, co świadczy o odruchu zdrowego rozsądku naszych lewaków. Z ich punktu widzenia byłoby to czyste marnotrawstwo - no bo, jeśli wyprowadziliby się z Polski wszyscy kolorowi, to kogo Sierakowski i spółka broniliby przed rasizmem?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

czwartek, 3 grudnia 2015

Media i władza – czas na zmiany

Potrzeba ustawowego embarga na reklamowanie się instytucji publicznych w prywatnych mediach.

Jedną z patologii polskiego rynku medialnego, którą podnoszono za rządów słusznie minionych, był problem ukrytego dotowania prywatnych gazet i telewizji przez różne instytucje publiczne. Chodziło np. o prenumeratę wybranych tytułów prasowych oraz ogłoszenia płatne i reklamy wykupywane przez ministerstwa, rządowe agendy, spółki Skarbu Państwa itd. Do legendy przeszła „kampania promocyjna” Lasów Państwowych, które uznały za stosowne zachwalać w „Gazecie Wyborczej” zalety świeżego powietrza, spacerów i wypoczynku na łonie natury. System ten (bo był to cały system funkcjonujący na zasadzie bata i marchewki, o czym szerzej za chwilę) skutkował dwoma podstawowymi wynaturzeniami. Po pierwsze, zaburzał przejrzystość gry rynkowej stawiając w uprzywilejowanej sytuacji jedne podmioty kosztem innych. Po drugie, wiązał wybrane media z aparatem władzy, czyniąc z nich, jako beneficjentów rządowych quasi-dotacji, nieformalne organy obozu rządzącego. Tym samym, kontrolna funkcja „czwartej władzy” stawała się w znacznej mierze fikcją.

Skalę tego procederu ukazywał nieco już zapomniany raport Parlamentarnego Zespołu ds. Obrony Wolności Słowa, opublikowany w 2014 r. Sądzę, że warto go odświeżyć i przypomnieć choćby podstawowe dane w nim zawarte, by unaocznić ogrom transferów finansowych na linii władza – media. I tak, w samym 2013 roku KPRM oraz ministerstwa prenumerowały dziennie 581 egz. „Rzeczpospolitej”, 524 egz. „Dziennika Gazety Prawnej” i 500 egz. „Gazety Wyborczej” (z braku miejsca podaję tylko pierwszą trójkę), co przekładało się na roczną sumę wydatków: „Rzeczpospolita” - 404 532, 44 zł, „Dziennik Gazeta Prawna” - 361 196, 63 zł, „Gazeta Wyborcza” - 227 434, 59 zł. Łącznie (wraz z pozostałymi tytułami) prenumerowano dzienniki na sumę 1 213 890,98 zł. Jeśli chodzi o tygodniki, to prenumerata rozkładała się następująco: „Polityka” - 375 egz., „Newsweek Polska” - 295 egz., „Wprost” - 254 egz. Rocznie wyniosło to w sumie: „Polityka” - 56 118,48 zł, „Wprost” - 42 335,40 zł, „Newsweek Polska” - 41 489,16 zł. Ogółem na prenumeratę wszystkich tygodników wydano w 2013 roku 212 619,70 zł.

A jak wyglądał rządowy „tort reklamowy”? W latach 2008-2013 wszystkie resorty na ogłoszenia i komunikaty w mediach ogólnopolskich wydały 149 522 485,33zł, co daje średnią 24 920 414,22 zł rocznie. Wśród dzienników największymi beneficjentami we wspomnianym okresie były: „Gazeta Wyborcza” - 6 877 955,49 zł, „Rzeczpospolita” - 4 377 411,62 zł, „Dziennik Gazeta Prawna” - 1 051 251,28 zł. Procentowo powyższe prezentuje się tak: „Gazeta Wyborcza” - 54 proc., „Rzeczpospolita” - 34 proc., „Dziennik Gazeta Prawna” - 8 proc. Przejdźmy do tygodników: „Polityka” - 603 092,80 zł, „Newsweek Polska” - 562 277,60 zł, „Wprost” - 106 033,40 zł. Procentowo: „Polityka” - 47 proc., „Newsweek Polska” - 44 proc., „Wprost” - 8 proc. Jeśli chodzi o stacje telewizyjne, „podział łupów” wyglądał następująco: TVP – 30 850 895,15 zł, TVN – 21 905 142,70 zł, Polsat – 9 952 573,91 zł. W procentach: TVP – 49 proc., TVN – 35 proc., Polsat – 16 proc.

Krótko mówiąc – grosz po który warto się schylić, a zwróćmy uwagę, że powyższe dane dotyczą jedynie KPRM i ministerstw. Nie trzeba chyba dodawać, że wartość pokazanych tu przepływów szła w parze z odpowiednią linią redakcyjną wymienionych mediów. Innymi słowy – mieliśmy do czynienia z systemową korupcją, gdzie marchewką było podłączenie do budżetowej kroplówki, kijem zaś – widmo odstawienia od hojnej piersi państwowego sponsora. Z tym patologicznym mechanizmem trzeba skończyć i nie ukrywam, że tego właśnie oczekuję od nowej władzy w ramach „dobrej zmiany”. Nie zamiany ról na zasadzie – od teraz odcinamy od finansowego tlenu „tamtych”, a dotujemy „naszych”, tylko ustawowego embarga na reklamowanie się instytucji publicznych w prywatnych mediach. Poza wszystkim innym - przy obecnych możliwościach komunikacyjnych wielostronicowe ogłoszenia o przetargach i temu podobne są zwyczajnie anachronizmem.

Dobrym początkiem jest zapowiedź przekształcenia Telewizji Polskiej i Polskiego Radia w instytucje kultury utrzymywane z powszechnej opłaty audiowizualnej, dotąd bowiem media zwane publicznymi miały dziwaczny status czegoś pomiędzy podmiotem państwowym a nadawcą komercyjnym, co przejawiało się chociażby w maksymie byłego szefa TVP Roberta Kwiatkowskiego - „tyle misji, ile abonamentu”. Pozwoli to przestawić media publiczne z głowy na nogi i uleczyć ich finansowanie. Kolejnym efektem będzie „uwolnienie” blisko miliarda złotych rocznie – tylko w 2014 roku TVP zarobiła na reklamie 902 mln zł, przy ogólnej wartości rynku telewizyjnego 3,8 mld. zł. Nie trzeba już będzie dotować TVN-u i Polsatu, dadzą sobie radę, zapewne część z owego „zwolnionego” miliarda trafi również do mediów papierowych oraz internetu. Prywatne media zerwą rozliczne pępowiny łączące je z władzą – każdą władzą – a rząd będzie miał „swoje” państwowe TVP i Polskie Radio. Na dłuższą metę, tak będzie zdrowiej – dla wszystkich.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2877-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (27.11-03.12.2015)

niedziela, 22 listopada 2015

Demony patriotyzmu

Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne.

I. Media chcą zadym!

A więc stało się – 11 listopada znów wyległy na ulice polskich miast demony patriotyzmu, przy czym, tradycyjnie, najliczniej stawiły się w Warszawie demonstrując swój bestialski nacjonalizm. Tak to przynajmniej wyglądało w przekazie medialnego mainstreamu, którego relacje sprowadzały się do gorączkowego wyczekiwania, kiedy wreszcie rozpoczną się zadymy. To oczekiwanie było wręcz namacalne – idą i nic... „marsz wciąż przebiega bez zakłóceń” - no, co jest? Race? Kilka petard i okrzyków? Jakieś transparenty? To nie jest news! My tutaj, w studio, chcemy pełnokrwistej burdy, demolki, kilkuset aresztowanych i kostki brukowej fruwającej w powietrzu! A tymczasem – czoło pochodu wchodzi już na błonia przy Stadionie Narodowym – i nadal nic. No nie, tak nie może być. Nikt niczego nie spalił, nikogo nie pobito, nawet nie rozwalono żadnej wiaty przystanku? Jak rany - od czego w końcu jest ta policja?

Trzeba jednak przyznać, że telewizyjne redaktorstwo wraz zaproszonymi „ekspertami” i „komentatorami” (tymi samymi co zwykle) wychodziło ze skóry, by udramatyzować wydarzenie. Przede wszystkim, unikano jak ognia nazwy „Marsz Niepodległości” - np. w TVN24 na żółtym pasku obowiązywała forma „marsz narodowców”. Kolejnym zabiegiem było omawianie w histerycznym tonie haseł z transparentów i wznoszonych okrzyków, tudzież przewodniego motywu Marszu: „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski” (na ogół pomijając drugi człon). Dowiedzieliśmy się zatem o erupcji nacjonalizmu, ksenofobii, islamofobii, szowinizmu – wszystko w tonie, którego nie powstydziłby się narrator „Zapisków oficera Armii Czerwonej”, młodszy lejtnant Miszka Zubow, perorujący o „zezwierzęconych faszystach”.

I w tym momencie winien jestem telewizorniom wyrazy wdzięczności. Nie ma to bowiem jak werbalna panika skonfrontowana z żywym obrazem przedstawiającym płynącą ulicami biało-czerwoną ludzką rzekę. Jeśli dodać do tego informację policji, że tegoroczny Marsz Niepodległości był najliczniejszy w całej swej dotychczasowej historii i śmiało można mówić o stu tysiącach uczestników, a przedstawicielka warszawskiego Ratusza dociskana na okoliczność domniemanych „incydentów” była w stanie wydusić z siebie jedynie, że rzucono z Mostu Poniatowskiego kilka rac na Wisłostradę - to trudno o lepszą reklamę. Na dodatek, uporczywe mówienie o „marszu narodowców” (choć wiadomo, że w wydarzeniu biorą udział uczestnicy poczuwający się do najróżniejszych patriotycznych opcji) może skutkować jedynie tym, że telewidz dojdzie do wniosku – może ci narodowcy nie są jednak tacy straszni?

Generalnie, medialny mainstream „przegrzał” temat dokładnie na takiej samej zasadzie, jak przegrzał podczas kampanii wyborczej motyw straszenia PiS-em, Kaczyńskim i IVRP – z wiadomym efektem. Dobrze to wróży na przyszłość.

II. Idzie nowe?

Spokojny przebieg tegorocznego Marszu Niepodległości jest najlepszym dowodem, czyją „zasługą” były zadymy z poprzednich lat. Nagle okazało się, że policja może zabezpieczać wydarzenie w nieinwazyjny sposób, a prowokatorom można tego dnia dać wolne. Oto jak w ciągu kilkunastu dni od wyborów może się zmienić klimat i mądrość etapu. Swoją drogą – nie wątpię, że gdyby termin wyborów przypadał na okres po Święcie Niepodległości, to mielibyśmy na Marszu największe zamieszki z dotychczasowych.

Jeśli chodzi o polityczny kontekst Marszu – dobrym ruchem było wystosowanie zaproszenia do prezydenta Andrzeja Dudy, choć oczywiście wiadomo było z góry, że prezydent go nie przyjmie. Trudno, by zapomniał o dotychczasowych nieprzytomnych wrzaskach wsadzających PiS do jednego worka z „bandą czworga”, czy okrzykach typu „PiS-PO, jedno zło”. O ubiegłorocznym wygwizdaniu kombatanta AK po tym, jak zapowiedział, że będzie głosował na PiS aż żal wspominać, bo takie stężenie zacietrzewionego buractwa zwyczajnie zapiera dech. Z drugiej strony – różne „niezależne” i „niepokorne” media w tym roku dały sobie spokój z zapisywaniem narodowców do „ruskiej agentury” i „V kolumny Putina”. List prezydenta Dudy wystosowany do uczestników Marszu to również swoisty symbol nowych czasów. Zawsze jest to jakaś odmiana rokująca nadzieję chociażby na przyjazną neutralność obu odłamów polskiej prawicy.

Nigdy nie ukrywałem, że moim marzeniem jest sojusz „dwóch płuc polskiego patriotyzmu” - wywodzących się zarówno z tradycji endeckiej jak i piłsudczykowskiej - czemu dawałem wyraz w szeregu tekstów publikowanych zarówno w blogosferze, jak i na łamach „Polski Niepodległej”. Dlatego też potępieńcze swary ostatnich lat wywoływały u mnie nieodmiennie skrajną irytację. Współpraca szeroko rozumianego obozu patriotyczno-niepodległościowego jest warunkiem niezbędnym do prawdziwej odbudowy Polski. Kilka lat temu, zanim jeszcze nastąpił rozbrat, a w Marszu Niepodległości uczestniczyli również politycy PiS, czy Kluby „Gazety Polskiej”, ktoś stwierdził, że dziś Dmowski i Piłsudski staliby po tej samej stronie barykady. Proszę Państwa – ta diagnoza wciąż jest aktualna, nic się nie zmieniło. Może obie strony przyjdą w końcu do opamiętania, a gesty poczynione przy okazji Marszu A.D.2015 zostaną zapamiętane jako początek zakopywania toporków? Może... W każdym razie, warto tę linię kontynuować – czy będzie nadmiernym „chciejstwem” z mojej strony nadzieja, że prezydent Andrzej Duda mógłby być tu pośrednikiem przy wypracowywaniu jakiegoś porozumienia?

III. Przebudzenie „demonów”

Biorąc pod uwagę ostatnie kilka miesięcy, wyniki wyborów, przebieg Marszu Niepodległości, warto zadać pytanie – czy mamy do czynienia z narodowym przebudzeniem, co wieszczą już niektórzy komentatorzy? Albo z drugiej strony – czy „demony polskiego patriotyzmu” rozszalały się na dobre, przyprawiając o drgawki redaktora Miecugowa i jemu podobnych? Hmm, aż tak optymistyczny bym nie był. Sądzę, że mamy raczej do czynienia z pewnym procesem, czymś w rodzaju stopniowego wybudzania ze śpiączki. Proces postępuje dość konsekwentnie, dobrze prognozuje na przyszłość, ale droga jeszcze daleka. Póki co, można zaobserwować uodpornianie się organizmu na propagandową truciznę. Polacy w coraz większej liczbie odrzucają zarówno „pedagogikę wstydu”, jak i „pedagogikę strachu”, czego dowodem było fiasko wyborczej nagonki uprawianej przez reżimowe mediodajnie i zepchnięcie do defensywy Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Kolejnym krokiem powinno być wyzbycie się kompleksu niższości – do niedawna bowiem bardzo skutecznie zarządzano zbiorowymi emocjami społeczeństwa, podtykając mu pod oczy co złego lub dobrego napisano o nas w zagranicznej, zwłaszcza niemieckiej, prasie. Za co nas poklepano po pleckach, a za co pryncypialnie obsztorcowano. Mam nadzieję, że stopniowo do masowej świadomości przedziera się fakt, iż traktuje się nas niczym tubylców z kolonii, dyscyplinowanych na dodatek często przez wynajętych do tej roboty tutejszych, dziennikarskich folksdojczów.

Ciekawym lusterkiem jest polskojęzyczny serwis „Deutsche Welle” zamieszczający m.in. przedruki i streszczenia z niemieckich mediów, kolportowane następnie w nadwiślańskich gadzinówkach. Oto próbka dotycząca Marszu Niepodległości: „Polska w szale nacjonalizmu” („Der Tagesspiegel”), „Święto niepodległości: Radykalizm staje się w Polsce głównym nurtem” (zeit.de), „Polska Polakom” („Frankfurter Rundschau”), „Dziesiątki tysięcy żądają »Polski dla Polaków«” („Die Welt”), „Polscy nacjonaliści demonstrują przeciwko cudzoziemcom” („Deutsche Welle”), „Polska prawica maszeruje przeciwko UE i islamowi” („Berliner Zeitung”), „Wrogie wobec cudzoziemców protesty w Warszawie” (tagesschau.de).

Wiecie co? Czytam to jazgotanie i zacieram ręce, ba – wręcz pragnę, by cytowano je możliwie najszerzej i w najbardziej napastliwej formie. Sądzę bowiem, że efekt będzie identyczny jak w przypadku straszenia „IV RP”: przegrzanie tematu i koniec końców – odrzucenie przez Polaków w geście zniecierpliwienia tego, co o nas sądzą różni „wielcy bracia”. Tak, tak – jeszcze może się okazać, że niemieccy treserzy mimowolnie wykonali dla przebudzenia „demonów patriotyzmu” kawał dobrej roboty.

*

Na zakończenie – w niedawnym tekście dla siostrzanej „Warszawskiej Gazety” zgłosiłem trzy postulaty dotyczące mediów, gospodarki i służb specjalnych, których spełnienie będzie dla mnie symbolicznym dowodem na determinację nowej ekipy w rozprawieniu się z III RP. Są to: zaprzestanie „dokarmiania” prywatnych mediów publicznymi pieniędzmi, uchwalenie ustawy o „frankowiczach” i odtajnienie aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI. Zapowiedziałem też, że odtąd (wzorem katońskiego „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam” ) każdy swój tekst będę kończył przypomnieniem o tych sprawach – dopóki nie zostaną załatwione. Taki mój permanentny, obywatelski monit. Zaczynam od dziś.

Tak więc:

- kiedy wprowadzony zostanie zakaz zamieszczania przez podmioty publiczne reklam i ogłoszeń w prywatnych mediach?

- kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

- kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/narodowy-dzie%C5%84-prowokatora

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 45 (18-24.11.2015)

wtorek, 17 listopada 2015

Trzy sprawy

Aby dokonać opisanych tu ruchów nie trzeba montować kwalifikowanej większości. Nie trzeba zmieniać konstytucji. Wystarczy determinacja.

Gdy ten numer „Warszawskiej Gazety” trafi do Państwa rąk będzie znany już skład rządu Beaty Szydło, ukonstytuuje się też nowy Sejm i Senat. Sądzę, że to dobra pora na sformułowanie pewnych „startowych” oczekiwań. Problemy o których za chwilę napiszę mają walor symboliczny, dotykają bowiem trzech obszarów polskiego życia publicznego: mediów, gospodarki oraz służb specjalnych – czyli dziedzin w których jak w soczewce skupiają się patologie III RP. Otóż uważam, że obejmujący właśnie władzę obóz PiS powinien w pierwszym rzędzie: 1) wstrzymać dotowanie prywatnych mediów z środków publicznych; 2) uchwalić ustawę o frankowiczach; 3) odtajnić aneks do raportu o rozwiązaniu WSI. Wymienione sprawy są swoistym papierkiem lakmusowym, testem na determinację w przeprowadzeniu „dobrej zmiany” - o ile ma to być zmiana realna, a nie tylko kosmetyczne poprawki w ramach istniejącego systemu.

Ad.1) Od początku funkcjonowania III RP mamy do czynienia z mechanizmem korumpowania mediów i sterowania rynkiem poprzez transfery publicznych funduszy dokonywanych pod pozorem reklam i ogłoszeń rożnych państwowych i samorządowych instytucji oraz spółek skarbu państwa. Jest to nic innego jak sprowadzenie mediów do roli części aparatu władzy i szerzej – Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Dzieje się tak zarówno na poziomie ogólnopolskim, jak i lokalnym. W efekcie, gazety popierające władzę znajdują się w uprzywilejowanej rynkowej pozycji, natomiast te opozycyjne albo walczą o przetrwanie, albo kończą swój żywot. Wspomniany proceder powoduje siłą rzeczy, że społeczeństwo bombardowane jest jednostronnym propagandowym przekazem. Pojawienie się w ostatnim czasie kilku gazet o niezależnych źródłach finansowania oraz wzrost znaczenia internetu tylko do pewnego stopnia równoważy rynek treści i opinii. Podkreślam przy tym, że nie chodzi tu o modyfikację sytuacji na zasadzie: dziś przestajemy futrować „Gazetę Wyborczą” a zaczynamy wspierać „naszych” - takie proste odwrócenie wektorów nie likwiduje bowiem źródeł patologii. Zdaję sobie sprawę, że niekiedy zamieszczanie ogłoszeń przez podmioty publiczne bywa wymogiem prawnym, lecz właśnie od tego jest nowa władza, by prawo to odpowiednio znowelizować – w szczególności biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości komunikacyjne.

Ad. 2) Kredyty frankowe są jednym z przejawów statusu Polski w optyce wielkiego międzynarodowego biznesu – gospodarczej kolonii będącej polem eksploatacji i źródłem zysków transferowanych do zagranicznych central. Cóż bowiem zrobiono? Ano, ustawiono zaporowe warunki dla kredytów złotówkowych, tak by większość potencjalnych pożyczkobiorców nie miała „zdolności kredytowej”, przy jednoczesnym preferencyjnym ustaleniu wymogów dla... no właśnie – dla czego tak naprawdę? Dla kredytu, czy narzędzia spekulacyjnego, swoistej mutacji opcji walutowych, czy może hybrydy obu rodzajów produktów finansowych? Z premedytacją wprowadzono w błąd niemal milion osób przedstawiając fałszywe prognozy co do przyszłego kursu franka szwajcarskiego, następnie zaś drenując kieszenie klientów chociażby za pomocą arbitralnie ustalanych spreadów oraz innych nieuczciwych klauzul, których niedopuszczalność zdążył już stwierdzić w kolejnych wyrokach Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W efekcie, wraz ze wzrostem kursu franka, owe łże-kredyty stały się coraz bardziej palącym problemem społecznym – wartość zobowiązań już dawno przekroczyła rynkową cenę kupionych nieruchomości, zaś kwoty do spłacenia rosną zamiast maleć. Innymi słowy, mamy milion niewolników, których dochody przechwytywane są przez banki zamiast trafić na rynek w postaci konsumpcji różnych towarów i usług. Niezbędne jest zatem ustawowe przewalutowanie bądź po kursie z dnia zawarcia umowy, bądź po średnim kursie NBP z dotychczasowego okresu jej trwania.

Ad. 3) Publikacja Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI to kolejny test – tym razem na wolę zerwania z kształtem Polski jako żerowiska służb specjalnych i pola rozgrywek zagranicznych stolic. Do tego niezbędna jest transparentność, bowiem samo rozwiązanie „długiego ramienia Moskwy” nie pozbawiło ludzi wojskowych służb „aktywów” w postaci agentury ulokowanej w mediach, gospodarce oraz aparacie państwa. Wymogiem elementarnej higieny jest upublicznienie współpracowników WSI decydujących o medialnym przekazie, kształtujących polską gospodarkę, podejmujących kluczowe decyzje i wydających wyroki w imieniu Rzeczypospolitej. Determinacja z jaką dążył Bronisław Komorowski do przechwycenia Aneksu jest sama w sobie dowodem na wagę tego dokumentu dla naszego życia publicznego.

Aby dokonać opisanych tu ruchów nie trzeba montować kwalifikowanej większości. Nie trzeba zmieniać konstytucji. Wystarczy determinacja. Aby ją wspomóc, istotne jest by władza od pierwszych dni czuła na plecach gorący oddech wyborców. Od tej pory zatem będę kończył każdy swój tekst przypomnieniem o wymienionych trzech sprawach – dopóki nie zostaną załatwione.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2790-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (13-19.11.2015)