Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korupcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korupcja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2016

Ukraiński koncert mocarstw

Niemcy powtarzają na Ukrainie schemat przećwiczony już w Polsce i pozostałych krajach naszego regionu.

I. USA wchodzą do gry

Jak doniósł niedawno Grzegorz Górny na portalu wPolityce.pl, były prezydent Gruzji, a obecnie gubernator obwodu odeskiego Micheil Saakaszwili rozpoczął „marsz po władzę” na Ukrainie. Trampoliną ma być założony niedawno Ruch Antykorupcyjny wykorzystujący społeczne rozczarowanie do post-majdanowego rządu. Notowania zarówno prezydenta Poroszenki, jak i premiera Jaceniuka pikują, ludzie są rozgoryczeni brakiem rzeczywistych reform, wszechobecną korupcją i bezkarnością oligarchów. Generalnie, rzeczywistość ukraińska potwierdza, że „musi się wiele zmienić, by wszystko zostało po staremu”. Mieliśmy zatem majdanową rewolucję, słuszny gniew ludu krwawiącego na ulicach, żeby wszystko wyglądało odpowiednio dramatycznie i wiarygodnie, przepędzenie złego dyktatora Janukowycza, falę narodowego entuzjazmu, walkę z rosyjską interwencją w Donbasie... a w międzyczasie niepostrzeżenie wszystko powróciło w dawne koleiny. Oligarchowie jak kradli, tak kradną – tyle, że teraz na wierzchu są ci od Poroszenki, a nie od Janukowycza. Wymuszone przez Zachód reformy buksują w miejscu i pełnią rolę modernizacyjnej fasady na użytek zagranicznej opinii publicznej – przypomina mi się picowna uroczystość powołania w Kijowie „nowej” i „nieskorumpowanej” policji z mundurami wzorowanymi na amerykańskich glinach gdzieś z lat 50-tych, chłopaki wyglądali w nich niczym policjanci z „Batmana”.

Tymczasem w „realu” wszystko zostało po staremu – nie załatwisz niczego bez łapówki, symbolicznym przykładem stały się tu rozliczne paroksyzmy wokół powołania Narodowego Biura Antykorupcyjnego i Prokuratury Antykorupcyjnej. Wieść gminna niesie, że stanowisko w nowych organach kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów, skonstruowane zaś zostały tak, by stały się wygodnym narzędziem do niszczenia biznesu konkurującego z podwieszonymi pod obecną władzę oligarchami. Szara strefa obejmuje wedle różnych szacunków od 47 do 56 proc. gospodarki, za najbardziej przekupne niezmiennie uchodzą sądy, prokuratury, policja, służba celna i wszelkie organy kontrolne, których działalność sprowadza się do wymuszania haraczy. Krótko mówiąc – korupcja ukraińska ma wymiar strukturalny, zaś zmiana sprowadziła się do wymiany beneficjentów tego systemu. Czyli, mamy powtórkę z kaca po „pomarańczowej rewolucji” - nic dziwnego, że radykalne, antykorupcyjne hasła stają się wyjątkowo nośne wśród sfrustrowanej ludności. Na powyższe nakłada się faktyczne bankructwo państwa, wiszącego na zagranicznych kredytach pomocowych.

Saakaszwili nie może być wprawdzie ani deputowanym, ani prezydentem (za krótko mieszka na Ukrainie), ale premierem – jak najbardziej. Cóż jednak oznacza nagła ofensywa gruzińskiego gubernatora? Ano to, że najwyraźniej do politycznej gry postanowiły wkroczyć Stany Zjednoczone, aktywizując swojego człowieka, póki co bowiem dominującą rolę na Ukrainie odgrywają Niemcy stojące za obecnym układem władzy z Petro Poroszenką na czele. Jeśli misja Saakaszwilego się powiedzie, może to oznaczać pewną korektę wpływów, w skrajnym przypadku zaś Ukraina stanie się w regionie Gruzją-bis – czyli amerykańską kartą szachującą Rosję.

II. Niemcy przejmują Ukrainę

Z punktu widzenia USA, czas był najwyższy, bowiem Niemcy nie zasypiały gruszek w popiele intensywnie przekształcając Ukrainę w kolejną prowincję Mitteleuropy. Dla Kijowa to właśnie Berlin jest „strategicznym partnerem”, co tamtejsi politycy konsekwentnie podkreślają. Przekłada się to nie tylko na polityczny patronat Berlina, przekształcający się niekiedy w ręczne sterowanie, ale i na wymierne wpływy gospodarcze oraz kulturalne. Poroszenko wedle własnych deklaracji stale „konsultuje się” z kanclerz Merkel - polecam artykuł byłego oficera Agencji Wywiadu Roberta Chedy „Pakt Poroszenko-Merkel” dostępny na stronach „Gazety Finansowej”, gdzie wyczerpująco omówiona jest skala wielowymiarowej infiltracji ukraińskiego państwa przez Niemcy. Tu pokrótce streszczę, że Niemcy zawiadując w praktyce finansową pomocą dla Ukrainy sprawiły, iż to ich eksperci nadzorują reformy gospodarcze, administracyjne, przekształcenia własnościowe, dotacje dla poszczególnych sektorów, szkolenie nowych kadr zarządzających, modernizację infrastruktury itd. Powołano wspólną Izbę Przemysłowo-Handlową oraz niemiecko-ukraińskie forum gospodarcze. Jednocześnie - również poprzez naciski via Bruksela - zaczęto przykręcać śrubę jeśli chodzi o warunki dalszej pomocy. Zażądano powołania specjalnego wicepremiera ds. integracji europejskiej, który systematycznie raportowałby postępy we wdrażaniu wymaganych reform. W praktyce ma się to przekładać na zabezpieczenie niemieckich interesów gospodarczych na Ukrainie. Austriacki eurokomisarz ds. polityki sąsiedztwa, Johannes Hahn, stwierdził wprost: „zbyt często zdarza się, że finansujemy obiecanki Kijowa i czas z tym skończyć”. W efekcie Ukrainę czekają regularne wizytacje wysokich europejskich urzędników - „rewizorów”, przed którymi władze w Kijowie będą systematycznie spowiadać się z dotychczasowych osiągnięć na polu modernizacji.

To jednak nie wszystko. Niemcy stawiają bowiem również na wszechstronną współpracę kulturalno-oświatową i społeczną. Programem partnerskim objęto 60 ukraińskich miast, w 8,5 tys. szkół uczy się języka niemieckiego pod edukacyjnym patronatem Berlina (ocenia się, że rocznie uczy się niemieckiego ok. miliona Ukraińców). Do do tego dochodzi program stypendialny, wymiana naukowa i zakrojony na szeroką skalę program badawczy ukrainistyki realizowany przez niemieckie uczelnie. Mamy więc systemowe budowanie niemieckiej „soft power” i proniemieckiego lobby na Ukrainie. Tak wygląda profesjonalna realizacja „strategicznego partnerstwa” z prawdziwego zdarzenia.

III. Polityczne frajerstwo

Piszę to wszystko zgrzytając zębami, bo Niemcy powtarzają schemat przećwiczony już w Polsce i pozostałych krajach naszego regionu. Do brania przykładu z Berlina zachęcałem zresztą kilka miesięcy temu w tekście „Budujmy polską soft power na Ukrainie”. Chodziło w skrócie o stworzenie poprzez odpowiednio ukierunkowane inicjatywy społeczno-kulturalne propolskiego lobby, skorumpowanie tamtejszych elit za pomocą grantów, stypendiów i dotacji – czyli robienie dokładnie tego, co teraz na naszych oczach czynią Niemcy. Niestety, w stosunku do Ukrainy prowadziliśmy - i prowadzimy nadal - politykę skrajnie frajerską. Zapatrzeni w giedroyciowską mitologię polityczną, uparcie ignorujemy realia. Jak ktoś trafnie zauważył – prędzej można w Polsce skrytykować papieża niż Giedroycia, zaś każdy kto na takową krytykę się poważy ryzykuje okrzyknięcie „ruskim agentem” i „V kolumną Putina”. Wygląda to tak, jakbyśmy chcieli obłaskawić Ukrainę przyjaznymi gestami w nadziei, że ta się nam odwdzięczy. Tymczasem w naszym interesie leży Ukraina skonfliktowana z Rosją i pozostająca z nią w permanentnym klinczu, lecz zarazem słaba, na wpół zdechła i nieco tylko bardziej uporządkowana wewnętrznie, tak by się całkiem nie rozleciała. Taka Ukraina będzie musiała się siłą rzeczy orientować na pomoc zewnętrzną od której będzie trwale uzależniona. I ten scenariusz właśnie się realizuje, tyle że korzyści z niego odnoszą Niemcy, a jeśli dywersja z Saakaszwilim się powiedzie – również Stany Zjednoczone.

Niedawnym przykładem owego frajerstwa jest popisana umowa na otwarcie dla Ukrainy linii kredytowej (SWAP) w wysokości 1 mld euro „na wieczne nieoddanie”. Ukraińcy oczywiście wezmą pieniądze, spokojnie je sobie rozkradną i wypną się na nas, nie zmieniając ani o jotę swej polityki. Prowokacyjna wobec Polski postawa Kijowa i gloryfikacja banderyzmu ma bowiem istotny walor praktyczny - kompensuje wasalny stosunek wobec Berlina i odwraca uwagę tamtejszej opinii publicznej od niemieckiego dyktatu. Zastanawiam się czasem na ile nasza polityka wobec Ukrainy wynika z indolencji i mrzonek, na ile zaś jest podyktowana przez naszych patronów – czy to z Berlina, czy z Waszyngtonu. Faktem pozostaje, że na Ukrainie odbywa się koncert mocarstw i to jakieś dwa piętra ponad naszymi głowami. Świadczy o tym choćby niedawny list zachodnich ambasadorów w Kijowie wyrażający zaniepokojenie dymisją Aivarasa Abromavicziusa – ministra gospodarki i handlu, który ustąpił w proteście przeciw sabotowaniu reform. Do podpisania listu, samego w sobie kuriozalnego, bo ingerującego w sprawy wewnętrzne nominalnie suwerennego państwa (co pokazuje jaką wydmuszką jest Ukraina z którą my obchodzimy się niczym ze śmierdzącym jajkiem) nie zaproszono ambasadora Polski...

Podsumowując, jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieli Niemcy zarówno od zachodu, jak i od wschodu. Owszem, lepsze to niż Rosja - tyle, że gdy tylko będą wymagały tego okoliczności, nasi „zachodni partnerzy” w ramach kolejnego „resetu” przehandlują Ukrainę Putinowi i to bez mrugnięcia okiem. A my, zamiast zdobywać tam choćby przyczółki do ewentualnego wykorzystania w przypadku zmiany koniunktury, zostaniemy z otwartymi gębami, pytając bezsilnie „jak to się stało?”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Budujmy polską „soft power” na Ukrainie

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 6 (10-16.02.2016)

czwartek, 3 grudnia 2015

Media i władza – czas na zmiany

Potrzeba ustawowego embarga na reklamowanie się instytucji publicznych w prywatnych mediach.

Jedną z patologii polskiego rynku medialnego, którą podnoszono za rządów słusznie minionych, był problem ukrytego dotowania prywatnych gazet i telewizji przez różne instytucje publiczne. Chodziło np. o prenumeratę wybranych tytułów prasowych oraz ogłoszenia płatne i reklamy wykupywane przez ministerstwa, rządowe agendy, spółki Skarbu Państwa itd. Do legendy przeszła „kampania promocyjna” Lasów Państwowych, które uznały za stosowne zachwalać w „Gazecie Wyborczej” zalety świeżego powietrza, spacerów i wypoczynku na łonie natury. System ten (bo był to cały system funkcjonujący na zasadzie bata i marchewki, o czym szerzej za chwilę) skutkował dwoma podstawowymi wynaturzeniami. Po pierwsze, zaburzał przejrzystość gry rynkowej stawiając w uprzywilejowanej sytuacji jedne podmioty kosztem innych. Po drugie, wiązał wybrane media z aparatem władzy, czyniąc z nich, jako beneficjentów rządowych quasi-dotacji, nieformalne organy obozu rządzącego. Tym samym, kontrolna funkcja „czwartej władzy” stawała się w znacznej mierze fikcją.

Skalę tego procederu ukazywał nieco już zapomniany raport Parlamentarnego Zespołu ds. Obrony Wolności Słowa, opublikowany w 2014 r. Sądzę, że warto go odświeżyć i przypomnieć choćby podstawowe dane w nim zawarte, by unaocznić ogrom transferów finansowych na linii władza – media. I tak, w samym 2013 roku KPRM oraz ministerstwa prenumerowały dziennie 581 egz. „Rzeczpospolitej”, 524 egz. „Dziennika Gazety Prawnej” i 500 egz. „Gazety Wyborczej” (z braku miejsca podaję tylko pierwszą trójkę), co przekładało się na roczną sumę wydatków: „Rzeczpospolita” - 404 532, 44 zł, „Dziennik Gazeta Prawna” - 361 196, 63 zł, „Gazeta Wyborcza” - 227 434, 59 zł. Łącznie (wraz z pozostałymi tytułami) prenumerowano dzienniki na sumę 1 213 890,98 zł. Jeśli chodzi o tygodniki, to prenumerata rozkładała się następująco: „Polityka” - 375 egz., „Newsweek Polska” - 295 egz., „Wprost” - 254 egz. Rocznie wyniosło to w sumie: „Polityka” - 56 118,48 zł, „Wprost” - 42 335,40 zł, „Newsweek Polska” - 41 489,16 zł. Ogółem na prenumeratę wszystkich tygodników wydano w 2013 roku 212 619,70 zł.

A jak wyglądał rządowy „tort reklamowy”? W latach 2008-2013 wszystkie resorty na ogłoszenia i komunikaty w mediach ogólnopolskich wydały 149 522 485,33zł, co daje średnią 24 920 414,22 zł rocznie. Wśród dzienników największymi beneficjentami we wspomnianym okresie były: „Gazeta Wyborcza” - 6 877 955,49 zł, „Rzeczpospolita” - 4 377 411,62 zł, „Dziennik Gazeta Prawna” - 1 051 251,28 zł. Procentowo powyższe prezentuje się tak: „Gazeta Wyborcza” - 54 proc., „Rzeczpospolita” - 34 proc., „Dziennik Gazeta Prawna” - 8 proc. Przejdźmy do tygodników: „Polityka” - 603 092,80 zł, „Newsweek Polska” - 562 277,60 zł, „Wprost” - 106 033,40 zł. Procentowo: „Polityka” - 47 proc., „Newsweek Polska” - 44 proc., „Wprost” - 8 proc. Jeśli chodzi o stacje telewizyjne, „podział łupów” wyglądał następująco: TVP – 30 850 895,15 zł, TVN – 21 905 142,70 zł, Polsat – 9 952 573,91 zł. W procentach: TVP – 49 proc., TVN – 35 proc., Polsat – 16 proc.

Krótko mówiąc – grosz po który warto się schylić, a zwróćmy uwagę, że powyższe dane dotyczą jedynie KPRM i ministerstw. Nie trzeba chyba dodawać, że wartość pokazanych tu przepływów szła w parze z odpowiednią linią redakcyjną wymienionych mediów. Innymi słowy – mieliśmy do czynienia z systemową korupcją, gdzie marchewką było podłączenie do budżetowej kroplówki, kijem zaś – widmo odstawienia od hojnej piersi państwowego sponsora. Z tym patologicznym mechanizmem trzeba skończyć i nie ukrywam, że tego właśnie oczekuję od nowej władzy w ramach „dobrej zmiany”. Nie zamiany ról na zasadzie – od teraz odcinamy od finansowego tlenu „tamtych”, a dotujemy „naszych”, tylko ustawowego embarga na reklamowanie się instytucji publicznych w prywatnych mediach. Poza wszystkim innym - przy obecnych możliwościach komunikacyjnych wielostronicowe ogłoszenia o przetargach i temu podobne są zwyczajnie anachronizmem.

Dobrym początkiem jest zapowiedź przekształcenia Telewizji Polskiej i Polskiego Radia w instytucje kultury utrzymywane z powszechnej opłaty audiowizualnej, dotąd bowiem media zwane publicznymi miały dziwaczny status czegoś pomiędzy podmiotem państwowym a nadawcą komercyjnym, co przejawiało się chociażby w maksymie byłego szefa TVP Roberta Kwiatkowskiego - „tyle misji, ile abonamentu”. Pozwoli to przestawić media publiczne z głowy na nogi i uleczyć ich finansowanie. Kolejnym efektem będzie „uwolnienie” blisko miliarda złotych rocznie – tylko w 2014 roku TVP zarobiła na reklamie 902 mln zł, przy ogólnej wartości rynku telewizyjnego 3,8 mld. zł. Nie trzeba już będzie dotować TVN-u i Polsatu, dadzą sobie radę, zapewne część z owego „zwolnionego” miliarda trafi również do mediów papierowych oraz internetu. Prywatne media zerwą rozliczne pępowiny łączące je z władzą – każdą władzą – a rząd będzie miał „swoje” państwowe TVP i Polskie Radio. Na dłuższą metę, tak będzie zdrowiej – dla wszystkich.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2877-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (27.11-03.12.2015)

niedziela, 13 września 2015

Niemcy – pasożyt Europy

Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka.

W Grecji finiszuje właśnie prowadzone od 9 lat śledztwo mające zakończyć się „procesem stulecia”. Obejmuje ono korupcyjną działalność niemieckich koncernów począwszy od lat '90. Mowa o takich gigantach jak Siemens, Rheinmetall, Ferrostal, Daimler i Krauss Maffei Wegmann, a na ławie oskarżonych zasiąść ma ok. 60 osób. W skrócie – Niemcy korumpowali na wielką skalę greckich polityków przy zawieraniu umów modernizacyjnych i zbrojeniowych. I tak, Siemens w zamian za równowartość 70 mln euro łapówek otrzymał w 1997 roku kontrakt od greckiej firmy OTE na digitalizację infrastruktury telekomunikacyjnej, z kolei Daimler, Krauss Maffei Wegmann czy Ferrostal na cel wzięły kontrakty zbrojeniowe idące w grube miliardy euro, które również były „dopinane” poprzez milionowe „grzeczności” wręczane greckim decydentom – najpierw gotówką, w walizkach (hm, przypominają się tu pierwsze lata polskiej „transformacji”), następnie zaś poprzez spółki-wydmuszki zarejestrowane w rajach podatkowych. W ten sposób grecka armia nabywała czołgi Leopard, haubicoarmaty, łodzie podwodne, transportery opancerzone – ogółem poziom wydatków na zbrojenia wynosił średnio ponad 2 proc. PKB. W szczytowych latach kryzysu Grecja kupowała niemiecki sprzęt za 5-7 mld. euro rocznie. W efekcie dzisiaj Grecja jest pierwszą potęgą pancerną wśród krajów UE (żeby było ciekawiej – druga pod względem liczby posiadanych czołgów jest... Polska) i kompletnym bankrutem.

Rysuje się tu nam interesujący mechanizm współczesnego neokolonializmu: oto Niemcy korumpują Greków, by ci kupowali nieracjonalnie wielkie ilości maszyn bojowych, zaś na sfinansowanie zakupów Grecja musiała oczywiście się zadłużać w niemieckich instytucjach finansowych. W ten sposób – za pomocą toksycznego sprzężenia łapówek i kredytów – niemiecka „metropolia” napędzała swój przemysł i eksport kosztem doprowadzenia do ruiny greckiej „kolonii”. Warto zwrócić uwagę, iż te same Niemcy równocześnie pouczały Greków na okoliczność gospodarnego zarządzania finansami i walki z korupcją, a zarazem za kulisami warunkowały pomoc finansową dla Aten wywiązaniem się przez nie z zawartych z niemieckimi przedsiębiorstwami kontraktów – jak to miało miejsce w 2010 roku, gdy zaszantażowano w ten sposób premiera Papandreu.

Zresztą, nawet bankructwo jest świetną okazją do zarobku, co niedawno miałem okazję opisywać na tych łamach. Okazuje się, że Niemcy, wskutek redukcji oprocentowania własnych obligacji, na greckim kryzysie zarobiły 100 mld euro, dzięki czemu udało się im zrównoważyć budżet o rok wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Inwestorzy wystraszeni sytuacją w Grecji na masową skalę lokowali kapitał w niemieckich papierach, co skutkowało ich niższą rentownością. Ciekawe, ile Niemcy zarobiły na kryzysie i kontraktach zbrojeniowych w Hiszpanii i Portugalii, tak się bowiem składa, że trzonem tamtejszych sił pancernych również są Leopardy, nie wspominając już o Polsce także pałającej niezrozumiałą miłością do niemieckich „panzerkampfwagenów”.

Obecnie, w konsekwencji wymuszonego podczas niedawnego szczytu programu restrukturyzacyjnego, niemiecka firma przejmuje greckie lotniska, a wkrótce to samo czeka porty i inne składniki greckiego majątku narodowego. 14 lotnisk regionalnych (w tym w Salonikach, oraz w turystycznych zagłębiach takich jak Rodos, Korfu czy Cyklady) obejmie za 1,2 mld euro spółka Fraport AG na czele której stoi Stefan Schulte, członek Rady Gospodarczej CDU. Mamy zatem coś w rodzaju gospodarczej „wojny błyskawicznej” - wtryniamy gorzej rozwiniętej ofierze nieprzystającą do jej modelu ekonomicznego walutę powodującą nieopłacalność własnej produkcji, następnie kraj staje się rynkiem zbytu dla obcych towarów, których sprzedaż wspomagana jest w razie potrzeby systemową korupcją. Wskutek dezindustrializacji i nadmiernego importu kraj-ofiara pogrąża się w niemożliwych do spłacenia długach, aż wreszcie można wykupić bankruta za bezcen. Wszystkie dochody – czy to z „pomocy”, czy z prywatyzacji - trafiają przy tym oczywiście do wierzycieli, budżet Grecji zobaczy z tych pieniędzy okrągłe zero, kolejne „pakiety pomocowe” pogłębiają jedynie greckie zadłużenie niczego nie zmieniając w sytuacji gospodarczej kraju – no i koniec końców, wszystkie długi, stare czy nowe, trzeba będzie spłacać, petryfikując tym samym stan gospodarczej zapaści.

Charakterystyczne, że ostatnio nawet rygorystyczny do niedawna MFW zaczyna dystansować się od dwóch pozostałych członków sprawującej nad Grecją zarząd komisaryczny „trójki” (MFW, EBC, KE). Czyni tak pod wpływem przykładu węgierskiego – Orban odrzucił oszczędnościowy dyktat MFW, którego efektem byłoby zduszenie wewnętrznego popytu i wyprowadził swój kraj na prostą. Ale przecież Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, w tym EBC i KE, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka. Taka już jest natura pasożyta – koszty utrzymania (czyli niemieckiego rozwoju gospodarczego) ponosić ma jedynie żywiciel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (04-10.09.2015)

wtorek, 4 sierpnia 2015

Pod-Grzybki 13

Ukraina walczy z korupcją na całego. Po przebraniu milicjantów w kostiumy filmowe z „Batmana”, teraz powierzono kontrolę graniczną brytyjskiej firmie „Crown Agents”, by tym samym wyplenić łapówkarstwo wśród celników. Cóż, jeśli istnieje coś takiego jak „genius loci” („duch miejsca”), to na Ukrainie łapówki trzeba będzie wkrótce uiszczać w funtach szterlingach.

*

Przy całej tej sprawie z pogranicznikami nurtują mnie dwa pytania. Po pierwsze – kto zarobił na tym przetargu? No i po drugie – czy gdzieś przyjmują zakłady o wynik najbliższej strzelaniny między „Agentami Korony” a Prawym Sektorem? Typuję remis 2:2.

*

6 sierpnia odbędzie się w Warszawie, w kościele Wizytek na Krakowskim Przedmieściu „zamówiona przez licznych wiernych” uroczysta „koncelebra w intencji Bronisława Komorowskiego i jego Małżonki, sprawowana w podziękowaniu za jego służbę narodowi i o Boże Błogosławieństwo na przyszłość dla całej prezydenckiej rodziny”. Brzmi zacnie, a co więcej – na takiej koncelebrze nasz Bul Narodowy będzie się mógł wraz ze swoją Dziadzią wyspać za wszystkie czasy.

*

Platforma rozwiązała problem dopalaczy tak skutecznie, że ostatnio zatruło się tym szajsem kolejne kilkaset osób. Czyli jak wszystkie działania tej władzy – piarowski pic na wodę w rodzaju „kastrowania pedofilów”. Proponuję nowe rozwiązanie – kastrowanie „Mocarza”, najlepiej publiczne. W roli kastrującego – profesor Środa. To byłby prawdziwy hit.

*

Grzegorz Braun spiknął się politycznie ze Zbigniewem Stonogą. Cenię pana Grzegorza, ale ów mariaż z ewidentnym „konstruktem służb” promowanym z myślą o odebraniu głosów Kukizowi jest dla mnie jednak niestrawny i mogę się tylko zastanawiać co popchnęło znanego reżysera do tego desperackiego kroku. Pocieszające jest tylko to, że na tej Stonodze Braun do Sejmu nie wjedzie.

*

Minister Szczurek oznajmił, że SKOK-i są „niewypłacalne” i tylko kwestią czasu jest upadek tego sektora. Rzecz w tym - o czym już pan Szczurek nie wspomina - że „niewypłacalne” są również banki. Gdyby wszyscy klienci zechcieli nagle wyjąć swoje pieniądze, to cała piramida finansowa zawaliłaby się z wielkim hukiem. Taka jest logika kreatywnego „wypłukiwania złota z powietrza”. Ale wiadomo – państwo będzie bronić banków jak niepodległości, zaś SKOK-i należy doprowadzić do ruiny, by nie psuły interesu. I banksterski lobbysta usadzony na stołku ministra finansów najwyraźniej chce załatwić tę palącą sprawę jeszcze przed końcem kadencji.

*
Rząd Ewy Kopacz pożyczył właśnie od Banku Światowego prawie 913 mln euro, które mają pójść na „inwestycje”, „wspieranie wzrostu gospodarczego” oraz „wzmacnianie odporności systemu finansowego”. Czyli PKB będzie „rosło” dopóki nie przejemy ostatniego pożyczonego eurocenta – całkiem jak w Grecji. Zważywszy, że gdyby nie rabunek pieniędzy z OFE, to już rok temu musielibyśmy ogłosić bankructwo, trzeba przyznać jedno – oni naprawdę bardzo się starają, by z Polski nie było co zbierać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (29.07-04.08.2014)

czwartek, 27 marca 2014

Wielki Przekręt 2022

Zimowa Olimpiada w Krakowie, czyli „białe słonie” i „stare rodziny”.

I. Aby do referendum...

Prezydent Krakowa, Jacek Majchrowski, postanowił w końcu zrobić jedyną sensowną rzecz w kontekście starań o zimową olimpiadę w 2022 – czyli skierował do Rady Miasta wniosek o referendum w tej sprawie. Panu prezydentu Majchrowsku wyraźnie wychłódło po tym, jak projekt organizacji tej arcykosztownej potiomkinady spotkał się z negatywnym odzewem opinii publicznej, czego liczne ślady można znaleźć na internetowych forach. Jeszcze w grudniu zeszłego roku Jacek Majchrowski przeciwny był poprawce budżetowej w której zabezpieczono by milion złotych na organizację referendum. Obecnie stanowiska w Radzie Miasta są podzielone, bo radni z PO nie chcą robić wbrew swej partyjnej koleżance, eks-snowboardzistce Jagnie Marczułajtis-Walczak będącej spiritus movens całego przedsięwzięcia, a prawdopodobnie liczą również na udział w radosnym przewalaniu budżetu na promocję wydarzenia, który właśnie tajemniczo urósł do 80 mln zł, jakie mają być wydane do czasu rozstrzygnięcia MKOL mającego zapaść w 2015 roku w Lozannie.

W każdym razie, o ile radni przychylą się jednak do referendum, to zostanie ono ogłoszone po 31 maja b.r., kiedy to skończą się „konsultacje społeczne”. Oby tak się stało, pozwoli to bowiem zminimalizować koszty, gdyż do tej pory Kraków wydał już na promocję 900 tys zł, a zapewne do momentu plebiscytu kwota ta przekroczy milion. No, ale ten stracony milion, plus drugi na referendum, to jednak nie 80 mln, choć rozumiem rozżalenie tych, którym nie dane będzie nawet powąchać kurzu z tej promocyjnej kasiorki. Choćby z tej wydanej już na kupowanie w Kairze i Bangkoku „lajków” dla facebookowych profili zwolenników igrzysk.

II. „Białe słonie”

Jeśli jednak referendum się nie odbędzie, lub nawali frekwencja, to istnieje dość poważne ryzyko, że MKOL jednak wtryni nam te igrzyska. Z braku laku po prostu – pierwotnie o olimpiadę ubiegało się 8 miast: Monachium, Sztokholm, Lwów, Ałma-Ata, Pekin, Oslo, Sankt Moritz razem z Davos i Kraków. Z wyścigu wycofało się już Monachium, po tym jak skrzętni Bawarczycy, obywatele najbogatszego niemieckiego landu, doszli do wniosku, że jednak ich nie stać, czemu dali wyraz w referendum. Podobnie Szwedzi uznali, że dziękują jednak za ten kosztowny zaszczyt (czyżby pod wpływem doniesień o 50 mld dolarów wydanych na igrzyska w Soczi?). Szwajcarzy z Davos i Sankt Moritz również spasowali. Pekin nie wchodzi raczej w rachubę, gdyż kolejna olimpiada odbędzie się w pobliskiej Korei Płd, a MKOL stara się prowadzić rotację kontynentów, Lwów zaś odpada ze względu na sytuację polityczno-ekonomiczną Ukrainy. Na placu boju zostaje zatem Oslo, Ałma-Ata i Kraków. Życzę powodzenia Norwegom i Kazachom w ich staraniach (choć w Norwegii kandydatura wywołuje kontrowersje) - siedzą na surowcach naturalnych, więc może ich akurat stać by z tej ropy i gazu zafundować sobie tor bobslejowy i całą resztę infrastruktury, którą następnie będą sobie utrzymywać w charakterze „białych słoni” - jak określa się kłopotliwy i rujnujący dla obdarowanego prezent.

My już w nasze stadko „białych słoni” zaopatrzyliśmy się przy okazji Euro2012 po którym zostały nam deficytowe stadiony, z czego w sprawie Poznania toczy się postępowanie odpowiednich organów, zaś Piramida Narodowa w Warszawie formalnie wciąż... nie przeszła pełnej procedury odbiorczej – nie usunięto usterek wykazanych przy odbiorze, a wykonawca nie dostarczył pełnej dokumentacji powykonawczej. Ale cóż – kto bogatemu zabroni? Jakieś gołodupce ze Szwajcarii, Niemiec, czy Szwecji mogły spanikować, ale przecież nie „zielona wyspa” powszechnego dobrobytu na którą cała Europa patrzy z zazdrością – niczym na wzrost PKB Grecji na chwilę przed bankructwem. Stać nas tym bardziej, że jak zapewnia nas malinami ust swych posłanka Jagna Marczułajtis-Walczak, olimpiada wyniesie nas tyle co nic – ot, jakieś 21 mld zł, które następnie szybciutko zredukowano do 17 mld, żebyśmy już w ogóle nie musieli się niczym przejmować.

III. „Stare rodziny”

Swoją drogą, te ust maliny obecnej posłanki PO muszą być naprawdę zniewalające, gdyż swojego czasu „złe języki” ulokowane w kłamliwej gębie świadka koronnego „Masy” zeznały, a „Wprost” opublikował, iż panią Jagnę łączyły zażyłe, intymne stosunki z niejakim Ryszardem Niemczykiem ps. „Rzeźnik”, który parał się zabójstwami na zlecenie i wyprawił na tamten świat m.in. słynnego „Pershinga”. Ówże „Rzeźnik”, miał wedle oszczerczych kalumnii „Masy” nie ukrywać, iż jest w pani Jagnie „zakochany” - do tego stopnia, że zaraz po pamiętnej, brawurowej ucieczce z więzienia w Wadowicach to właśnie jego miłość miała mu „pomagać”, podobnie zresztą jak wcześniej po zabójstwie „Pershinga”.

Ja przypominam o tym, ponieważ naszła mnie myśl, że gdyby z tamtych lat pani Jagnie pozostały jakieś znajomości, to może i „szatani” z mafijnego półświatka ostrzą sobie zęby na wielkie dojenie do jakiego musi dojść przy okazji organizacji Igrzysk, co tłumaczyłoby również determinację polityków w forsowaniu tego projektu, na milę pachnącego okazją do zakładania „starych rodzin”. Skoro można było kręcić lody z Sobiesiakiem, to dlaczego nie z innymi ludźmi honoru z tzw. „miasta”? Pamiętamy, jak taki Chlebowski gęsto sumitował się „walczę Rysiu”, „załatwimy”, więc niewykluczone, że i czcigodna posłanka sumituje się w podobnym stylu przed swoimi prawdziwymi zwierzchnikami...

Ale, co ja tu plotę, przecież to wszystko o pani Jagnie i „Rzeźniku” to potwarz i nieprawda, co stwierdził w majestacie Rzeczypospolitej niezawisły Sąd Apelacyjny w Warszawie, z wyroku którego „Wprost” wszystko odszczekał.

IV. „Skok cywilizacyjny”... do bankructwa

Przejdźmy zatem do innych kwestii. Oto – podobnie jak przy Euro2012 – mami się nas wizjami „skoku cywilizacyjnego” jaki nastąpić ma po tym, jak MKOL uraczy nas tą całą olimpiadą. Na czymże jednak ów „skok” ma polegać, skoro w ramach cięcia prognozowanych kosztów zredukowano właśnie głównie wydatki na drogi? Np. okazuje się, że z Krakowa dojedziemy dwupasmówką tylko do Nowego Targu, natomiast od Nowego Targu do Zakopanego, ma być jednopasmówka, tyle, że ubogacona tzw. lewoskrętami. Inne drogi w newralgicznych rejonach mają być co najwyżej poszerzone, z dorobionymi poboczami i generalnie, doprowadzone do tzw. kultury. I do tych kosmetycznych usprawnień potrzeba, Drodzy Państwo, całej olimpiady. Bez olimpiady zmodernizować na elementarnym poziomie dróg się po prostu w Polsce nie da i już.

Mówi się również co nieco o zyskach, choć jakby ciszej, bo niektórzy mają po Euro2012 złe wspomnienia. To znaczy – zyski będą, jak najbardziej, oczywiście! Jeszcze tylko tego by brakowało, by przy takich miliardach do przewalenia nie było zysków - otwartym jednak pozostaje pytanie, do kogo one trafią. Tak się bowiem składa, że Euro2012 okazało się prawdziwym kataklizmem dla sektora budowlanego. Bankrutowali seryjnie wszyscy, którzy tylko się dotknęli do inwestycji – od branżowych potentatów takich jak Alpine Bau, PBG, Covec, Hydrobudowa, po łańcuszek podwykonawców (pamiętacie dramatyczne spotkanie właścicieli firm z parlamentarzystami?) - w efekcie w 2012 roku zanotowano rekordową liczbę upadłości, z czego czołówkę stanowiły firmy budowlane (tylko do listopada 2012 były to 233 przedsiębiorstwa budowlane – o 80% więcej niż w 2011).

Do kogoś jednak te 95 mld zł wydanych na Euro2012 musiało trafić – do kogo jednak, kto sobie zafundował prywatny „skok cywilizacyjny”, jest słodką tajemnicą ogłoszonej przez premiera Tuska słynnej „tarczy antykorupcyjnej” w wyniku której... w znaczący sposób utrudniono dostęp do informacji publicznej na temat inwestycji.

V. 179 procent kosztów...

No i na zakończenie – przeciwnicy igrzysk z kampanii „Kraków Przeciw Igrzyskom" przywołują badania prof. Benta Flyvbjerga z uniwersytetu w Oksfordzie wedle których ostateczne koszty igrzysk olimpijskich są średnio o 179% wyższe od pierwotnie zakładanych, biorąc zaś pod uwagę tylko igrzyska zimowe – o 135%. Profesor zbadał olimpiady między 1960 a 2010 rokiem. Jak to się przekłada na kondycję finansową miast-organizatorów? Nagano ma 2,2 mld dolarów długu, do obiektów olimpijskich dopłaca rocznie 50 mln. USD, zaś japońscy organizatorzy zwyczajnie spalili dokumenty księgowe; Vancouver zostało z długiem ponad miliarda dolarów; Turyn – 215 mln dolarów. Jedynie Lillehammer wyszło na swoje, bo większość obiektów zbudowano tak, by można je było następnie rozebrać i sprzedać, a do tego Norwegowie trafili w koniunkturę na rynku reklamowym.

Krótko mówiąc, obiecanki o igrzyskach za 21, czy wręcz 17 mld zł można spokojnie włożyć między bajki, a do tego doliczyć należy koszta utrzymania obiektów i przyszłego zadłużenia, co odbije się na inwestycjach samorządowych. A przecież na olimpiadę nie będzie łożył wyłącznie Kraków – większość kosztów pokryje budżet państwa, czyli czeka nas kolejny skok długu publicznego. Swoją drogą, ciekawe ile będą kosztowały „grzeczności” wręczane bonzom z MKOL, by zagłosowali jak należy, bo że byle czego nie zjedzą, to przecież wiadomo. Wystarczy tych 80 milionów przeznaczonych na „aplikację” i „promocję kandydatury”, by wykroić z nich jakieś przyzwoite łapówki?

Przy okazji – zawody w narciarstwie alpejskim, czyli jedyna dyscyplina, która mogłaby się jakoś zbilansować dzięki późniejszemu napływowi turystów na nowe trasy narciarskie, ma się rozgrywać na Słowacji.

W tym wszystkim pocieszająca jest zaskakująco trzeźwa reakcja Polaków (o ile to co można wyczytać w necie i wywnioskować z rozmów z ludźmi jest miarodajne), którzy ochłonąwszy z euforii po Euro2012, przygnieceni problemami życiowymi, są generalnie niechętni budowie nowej wioski potiomkinowskiej. Bo taka wioska przynosi korzyść tylko tym, którzy rozdzielają przy jej budowie cudze pieniądze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.podgrzybem.blogspot.com/2013/06/brazylia-nie-jest-koko-spoko.html

niedziela, 1 grudnia 2013

Jak opakować aferę

„powinniśmy (...) wyjść z sytuacji, w której duże światowe firmy traktują Polskę jak neokolonialną przestrzeń do dokonywania niekoniecznie przejrzystych eksperymentów”

I. „Nie ma wątku politycznego”

Nie ma co, pocieszne są te reżimowe misiaki, gdy zaczynają wycinać propagandowe hołubce mające przekonać nas, że ta cała afera przy okazji informatyzacji struktur rządowych (m.in. MSWiA, MSZ, GUS i KGP) to „histeria” i generalnie nic wielkiego się nie dzieje – ot, wpadło kilku chciwych urzędników i tyle. W tym stylu na antenie Tok FM raczył wyjęzyczać się niejaki dr Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego, dyrektor programu „Odpowiedzialne Państwo”. Jegomość ów stwierdził z całą dezynwolturą, że „infoafera” „to przypadek korupcji administracyjnej. Tak to wygląda. Nie ma tu wątku politycznego”. Innymi słowy – źli czynownicy narazili na szwank wizerunek „dobrego cara”, który o niczym nie miał pojęcia.

W dalszej części wywodu dr Makowski posunął się wręcz do stwierdzenia, iż w Polsce brakuje porządnych korupcyjnych afer politycznych, gdzie osądzono by i skazano polityków z pierwszych stron gazet, jak miało to miejsce w Czechach, Chorwacji, czy na Słowenii. „Jak to jest, że myśmy się tu w tej Polsce tak uchowali” - zastanawia się radośnie pan doktor, dopuszczając wprawdzie możliwość, że „to albo dobrze, albo nie potrafimy wykryć tych afer”, by zaraz skwitować „pewnie prawda leży gdzieś pośrodku”. Następnie „ekspert” przeszedł do pochwały polskich rozwiązań antykorupcyjnych, by w finale pryncypialnie zganić ministra Sikorskiego za zbyt skwapliwe potwierdzenie tezy, że „MSZ przeżarte jest rakiem korupcji”. Opowiadał również inne, bardzo ciekawe rzeczy. Przyznam się, że ze względu na poziom stężenia wyuczonej ignorancji czytałem artykuł z mądrościami pana od programu „Odpowiedzialne Państwo” z masochistyczną fascynacją.

II. Śladami Pitery

Proszę zwrócić uwagę, że to wszystko wygłasza z powagą godną Bustera Keatona facet żyjący w kraju, w którym w 2011 roku rozwiązano Transparency International. Przypomnijmy, iż międzynarodowa centrala organizacji walczącej z korupcją postanowiła rozwiązać polski oddział za... korupcję właśnie. TI Polska zajęła się bowiem biznesem polegającym na wystawianiu za konkretne kwoty rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych swoistych „certyfikatów moralności” różnym podmiotom, w tym np. klubowi piłkarskiemu Widzew Łódź w apogeum futbolowej afery korupcyjnej. W ten sposób odeszła w niebyt zasłużona swojego czasu organizacja, która chwile chwały przeżywała pod rządami Julii Pitery (prezes TI Polska do 2005 roku) tropiącej tzw. „układ warszawski” zmontowany wokół Pawła Piskorskiego. Trudno uwierzyć, ale to ta sama Julia Pitera, która wkrótce miała zrobić z siebie pośmiewisko wykryciem „afery dorszowej” na 8,16 zł i została skutecznie spacyfikowana przez Tuska stanowiskiem rządowego pełnomocnika ds. walki z korupcją. Po czym przez cztery lata pisała ustawę antykorupcyjną z wiadomym, czyli zerowym efektem, pogrążając się do reszty.

Powyższa retrospekcja ma na celu zobrazowanie pewnego mechanizmu degrengolady, która obejmuje nie tylko struktury państwa, ale również tzw. trzeci sektor, czyli organizacje pozarządowe powoływane m.in. do tego, by patrzeć czy aby władzy coś nie przykleja się do rączek. Obecnie drogą Transparency International Polska podąża najwyraźniej Fundacja Batorego, która walkę z korupcją ma również proudly wywieszoną na sztandarach. Oczywiście wiemy, że ten sorosowski twór jest bytem polityczno-ideologicznym wchodzącym w skład Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP - powołanym do pilnowania nad Wisłą określonych interesów oraz wspierania obecnej Dyktatury Matołów, będącej tychże interesów gwarantem - ale mimo wszystko ostentacja dr Makowskiego obnoszącego się w TokFM z zaprogramowaną ślepotą na rzeczywistość może robić wrażenie.

III. Przestrzeń neokolonialna

Tymczasem warto przypomnieć słowa tuskowego spec-człowieka od cyfryzacji, czyli Michała Boniego, który onegdaj (kwiecień 2012) w przypływie nieprzytomnej szczerości stwierdził, iż „Powinniśmy wyjść z XX wieku, powinniśmy także - i mówię to teraz bardzo mocno i dobitnie - wyjść z sytuacji, w której duże światowe firmy traktują Polskę jak neokolonialną przestrzeń do dokonywania niekoniecznie przejrzystych eksperymentów - to polega na tym, że (...) wtrynia nam się niekiedy rozwiązania, uzależniając późniejsze działanie administracji od tego, czy wiecznie jest (się) na sznurku określonych firm, które sprzedają określone urządzenia i z nimi związane usługi". Wprawdzie pana Boniego szybko przywołano do porządku i więcej już podobnych nieodpowiedzialnych głupstw nie opowiadał, nie oznacza to jednak, że owa „przestrzeń neokolonialna” zniknęła. Przeciwnie, jak się dowiadujemy rozkwitała spokojnie, zaś o jej systemowym charakterze świadczy fakt, iż międzynarodowe koncerny miały wydzielone specjalne fundusze i linie kredytowe na łapówki dla urzędników. A my mamy wierzyć, że owi urzędnicy nie mieli nad sobą żadnych politycznych patronów – poza Schetyną, który od lat nie sprawuje żadnych funkcji rządowych.

No i tak to się opakowuje „największą aferę łapówkarską w historii Polski”. Bantustan to nie my, gra gitara, zdeprawowane koncerny zepsuły charaktery urzędnikom, którzy zostaną pociągnięci i tak dalej, wątków politycznych brak, zatrzymani ze szczytów hierarchii poszczególnych resortów z nikim nie „działkowali” się otrzymanymi grzecznościami, zaś przeformatowane po aferze hazardowej CBA zadba o odpowiednie ukierunkowanie postępowania, skoro już trzeba było się wziąć za tę niewdzięczną robotę pod naciskiem Komisji Europejskiej, która w 2012 zamroziła na pół roku 3,3 mld zł unijnych funduszy na informatyzację dopóki nie posprzątamy tego bajzlu – co spowodowało znaczące opóźnienia we wdrażaniu kolejnych projektów. A nade wszystko, pamiętajmy o nieopodatkowanej pożyczce posła Hofmana – jakie korupcyjno-polityczne przekręty nas czekają, jeśli PiS wróci do władzy!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 22 czerwca 2013

Brazylia nie jest koko-spoko

Protestujący nie zamierzają być „fajnobrazylijczykami”, tylko wychodzą na ulice podczas prestiżowej imprezy, mając głęboko w tyle, że „świat patrzy”.

I. Zamieszki w cieniu Pucharu Konfederacji

Informacje o masowych demonstracjach w 80 miastach Brazylii cokolwiek giną przykryte tematem odbywającego się tam równolegle „koko-spoko”, czyli Pucharu Konfederacji - imprezy mającej stanowić próbę generalną przed przyszłorocznymi Mistrzostwami Świata w piłce nożnej. Tymczasem, ostatnio na ulice wyległo w sumie ok 1,2 mln (słownie: milion dwieście tysięcy) demonstrantów protestujących zarówno przeciw polityce rządu, jak i tamtejszej klasie politycznej w ogólności.

Zaczęło się niewinnie – od studenckich protestów przeciw podwyżkom cen biletów komunikacji miejskiej (dla warszawiaków pod rządami HGW pewnie brzmi to znajomo), ale wkrótce dołączyły inne postulaty, zaś protesty szybko uległy radykalizacji i umasowieniu – i to pomimo wycofania się władz z podwyżek. Demonstrujący domagają się m.in. poprawy opieki zdrowotnej, edukacji, skończenia z wszechobecną korupcją i bezkarnością polityków, zaprzestania zawłaszczania państwa przez polityczno-biznesowe sitwy (skąd my to znamy), a także – uwaga – zaprzestania trwonienia publicznych funduszy na przygotowania do Mistrzostw Świata w 2014 roku oraz Olimpiady w 2016.

Cechą charakterystyczną protestów jest zero tolerancji dla jakichkolwiek partii politycznych – zarówno rządzącej Partii Pracujących, jak i ugrupowań opozycyjnych. Politycy usiłujący „podłączyć się” pod demonstrantów są bez pardonu wykopywani (my z podobnym obrazkiem mieliśmy do czynienia przy okazji protestów przeciw ACTA, kiedy to młodzież wywaliła próbującego się lansować Palikota, śpiewając mu na pożegnanie „ssij pałę, ssij...”). Dochodzi do licznych, brutalnych starć z policją i prób demolowania urzędów państwowych - oraz, co ciekawe – przedstawicielstw FIFA.

II. Brazylijczycy przeciw korupcyjnemu „koko-spoko”

Te akcenty „antymundialowe” wśród rozkochanych w piłce nożnej Brazylijczyków są wielce symptomatyczne, oznaczają bowiem, iż został przekroczony próg społecznej tolerancji na obciążenia państwa w związku z przygotowaniami do największej piłkarskiej imprezy świata. Podkreślmy to jeszcze raz: demonstranci domagają się ukrócenia marnowania środków publicznych na przyszłoroczne „koko-spoko” i posuwają się do atakowania autobusów i hotelu (w Salvadorze) z przedstawicielami globalnej mafii piłkarskiej – FIFA.

Społeczna frustracja spowodowana jest rosnącymi kosztami życia, co Brazylijczycy wiążą z gigantycznymi nakładami na remonty i budowę stadionów, oraz związanej z imprezami infrastruktury. Do tej pory na same stadiony poszło 3,5 mld dolarów, a łączne wydatki sięgnąć mają 15 mld dolarów (RPA w 2010 wydała trzykrotnie mniej). Przypuszczalnie zresztą nawet te 15 mld może zostać przekroczone – tu warto zauważyć, iż kolejnym elementem przygotowań bulwersującym Brazylijczyków są wielokrotnie w stosunku do pierwotnych założeń zawyżone koszta budowy obiektów. Jak na dłoni widać, że tzw. „renta korupcyjna” związana z inwestycjami musi być ogromna. Do tego doszły wysiedlenia ludzi z terenów „mundialowych”.

Trzeba również zauważyć, iż model przygotowań do wielkich imprez sportowych powoduje, że władze kraju-organizatora są praktycznie uzależnione od międzynarodowych organizacji sportowych – FIFA, UEFA, MKOL, które de facto dyktują co, gdzie, kiedy i w jakich rozmiarach oraz standardzie ma zostać wybudowane. Stąd agresja wobec działaczy FIFA i postulaty, by pieniądze topione w obecny Puchar Konfederacji, Mundial 2014 i Olimpiadę 2016 przeznaczyć na szkolnictwo, czy służbę zdrowia. Koszta budowy obiektów, do których po imprezie trzeba dopłacać, oraz budowanej w trybie „odświętno-akcyjnym” infrastruktury, państwa-organizatorzy odczuwają później przez lata. Nie bez przyczyny nieoficjalnie mówi się, że gwoździem do trumny finansów Grecji stała się olimpiada w Atenach w 2004 roku.

III. Zakompleksieni „fajnopolacy” kontra wolny naród

Nie da się tu uciec przed porównaniem obecnych wydarzeń w Brazylii z tą euforyczną głupawką, z jaką mieliśmy do czynienia w związku z „koko-euro-spoko” 2012 w Polsce i na Ukrainie. Przypomnijmy sobie: każdą próbę konstruktywnej krytyki poczynań rządu gaszono urzędowym optymizmem władzy i reżimowych mediodajni – jaką to wspaniałą promocję będziemy mieli w świecie, że „Zachód na nas patrzy”, że zdajemy „egzamin”, że to wielki impuls modernizacyjny i ileż to pieniondzów, panie, na tym Euro zarobimy... Na każde wytknięcie rosnących lawinowo kosztów – zarówno „przejezdnych” autostrad jak i do tej pory nie oddanego oficjalnie (!) Stadionu Narodowego – reagowano nagonką na „malkontentów”, sprzężoną z żerowaniem na polskich kompleksach spod znaku „co świat powie na to”.

Pamiętamy? Te żałosne nawoływania, sprowadzające się do tego, byśmy zastawili się, a postawili się; te żenujące apele, byśmy nie zaprezentowali się jako „naród ponuraków”, tylko uśmiechnięci i wyluzowani „fajnopolacy”, żyjący w „fajnej Polsce”, bo to takie europejskie. Te przyprawiające o mdłości doniesienia omdlewających z ekscytacji dziennikarzy, że Platini przyjechał, Platini odwiedził, Platini pochwalił postępy, Platini się zmarszczył, Platini poklepał po pleckach... Wstyd i żenada – wypisz wymaluj, doniesienia z wizyty Jaśnie Pana w podległej guberni.

A teraz zostaliśmy jak te ch..., że tak pojadę Himilsbachem, z nierentownymi stadionami do których trzeba dopłacać miliony, z ledwie co zbudowanymi autostradami których budowę przypłaciły bankructwem dziesiątki, jeśli nie setki podwykonawców – ale nic, byczo jest! Bo „fajnopolacy” pokazali „uśmiechnięte twarze” i przez moment miło o nas pisano za granicą.

Otóż Brazylijczycy – czyli naród, który na dobrą sprawę mógłby mieć więcej niż my postkolonialnych kompleksów – mają gdzieś te infantylne gadki o rzekomym splendorze, jakim jest organizacja mistrzostw, czy olimpiady. Oni widzą przekręty, nieprzytomne pieniądze wyrzucane w błoto i rozdzielane między różne sitwy – i nie zamierzają milczeć. Przedstawiciele międzynarodowych władz piłkarskich nie są dla nich półbogami z innego lepszego świata, tylko bandą skorumpowanych mafiosów, których można pogonić kamieniami. Nie zamierzają być „fajnobrazylijczykami”, tylko wychodzą na ulice podczas prestiżowej imprezy, mając głęboko w tyle, że „świat patrzy”. Ani myślą być „koko-spoko”, gdy państwo ich kosztem urządza absurdalne igrzyska, będące w istocie korupcyjnym festiwalem - gigantycznym transferem gotówki z kieszeni frajerów, do kieszeni tych, którzy mają się kosztem tychże frajerów nachapać. Oni po prostu pokazują, że są wolnymi ludźmi bez kompleksów – i chwała im za to.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 7 lipca 2012

Dyktatura Matołów – umafijnienie

Jak to ujął S. Michalkiewicz, naczelną zasadą konstytucyjną w Polsce jest: „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Witamy w krainie Niewidzialnej Ręki.

I. Pełzające umafijnienie

Jak zmienia się oblicze „demokratycznego państwa prawnego” pod rządami obecnej Dyktatury Matołów niech poświadczy badanie, o którym pod koniec maja 2012 roku doniosła „Rzeczpospolita”. Miałem napisać o tym już wcześniej, ale zawsze coś tam wypadało, teraz nadrabiam więc zaległości, tym bardziej, że opisywane zjawisko z pewnością nie zniknęło tylko dlatego, że informacje o nim przemknęły jak meteor i zgasły w otchłaniach medialnych archiwów.

Otóż z badań dr Zbigniewa Rau, byłego podsekretarza stanu w MSWiA, przeprowadzonego wśród świadków koronnych wynika, iż połowa rozpracowywanych gangów miała w swym „stanie posiadania” urzędników samorządowych – często wysokiego szczebla. Związane jest to ze zwiększeniem „atrakcyjności” struktur samorządowych w przestępczych kalkulacjach, szczególnie jeśli chodzi o przestępczość gospodarczą. To samorządy odpowiadają za inwestycje na danym terenie i związane z nimi przetargi, one są również odbiorcami wielkiej części unijnych funduszy i co za tym idzie – przy nich najłatwiej obecnie się „pożywić”. Rośnie ponadto liczba grup przestępczych zatrudniających policjantów, prokuratorów, urzędników skarbówki czy pracowników bankowych, maleje natomiast tendencja do korumpowania posłów i ministrów.

Dodam od siebie, że jest to logiczne, skoro większa część działalności parlamentu sprowadza się do „implementacji” unijnego prawa, zaś rząd przerzuca coraz więcej odpowiedzialności na struktury samorządowe. Trzeba jednak zarazem zauważyć, iż gdy w grę wchodzi np. „dług wdzięczności” polegający choćby na przepchnięciu korzystnych zapisów ustawowych, gangsterzy nie wahają się wykorzystywać „dojść” również na najwyższych szczeblach państwowych, czego dobitnym przykładem była „afera hazardowa”. Mamy tu więc do czynienia z działaniami „symultanicznymi”. Taki Sobiesiak dawał sobie radę zarówno w strukturach lokalnych (sprawa wyciągu w Zieleńcu), jak i wśród elit parlamentarno-rządowych (sprawa ustawy hazardowej).

Jednak wzrost zainteresowania świata przestępczego samorządami jest wyraźny. Świadczy o tym porównanie danych z kolejnych lat, kiedy to dr Rau prowadził swe badania: 2001, 2009 i 2012. O ile w 2001 tylko co piąta grupa przestępcza miała na swych usługach samorządowca, to w 2012 już co druga.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z pełzającym umafijnieniem państwa.

II. Consigliere „z urzędu”

Równie ciekawie prezentują się dane dotyczące pozyskiwania „aktywów ludzkich” spośród innych struktur – tak państwowych, jak i bankowych. Spójrzmy (za „Rzeczpospolitą”):

„Niemal wszyscy (88 proc.) zbadani koronni twierdzą, że liderzy grup mieli takich doradców. Wciąż najczęściej są nimi adwokaci – na nich wskazało 79 proc. świadków. Ale w takiej roli znacząco przybywa przedstawicieli organów ścigania: policjantów i prokuratorów. Trzy lata temu wskazywało na nich 26 proc. koronnych, dziś 66 proc. Pracowników urzędów skarbowych wymienia prawie połowa świadków (48 proc.), gdy w 2009 r. – tylko 15 proc. Co drugi koronny wskazuje bankowców – nieco więcej niż w 2009 r. i aż o dwie trzecie więcej niż w 2001 r.”

Tendencja jest więc wyraźna. Dodać należy, iż przejęci przez gangi przedstawiciele poszczególnych sektorów coraz częściej stają się prawymi rękami szefów – pełnią rolę consigliere przy swym „ojcu chrzestnym” i nawet są podobnie nazywani w samych grupach przestępczych – konsultanci. Doradzają, na którą inwestycję samorządową zwrócić uwagę, jak wyłudzić kredyt, jak uniknąć podatku, prokurator może sabotować śledztwo, policjant ostrzec o dochodzeniu...

Kolejnym aspektem jest zmiana profilu gangstera – coraz częściej jest to „biały kołnierzyk”, robiący za normalnego biznesmena, skoncentrowany na przestępczości gospodarczej, której wybitnie sprzyja niejasne i pełne sprzeczności prawo, z ogromnym marginesem uznaniowości urzędniczych decyzji. Ryby najlepiej łowi się w mętnej wodzie. A jeśli zwerbuje się kilku przyjaciół spośród „decyzyjnych” urzędników, wówczas taka sitwa może prosperować niemal bez przeszkód.

III. W krainie Niewidzialnej Ręki

I tu, na zakończenie, muszę nie zgodzić się z dr Rau, który twierdzi iż wysokie „nakłady korupcyjne” są przejawem dobrego funkcjonowania organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, bo inaczej przestępcom wystarczyłby dobry adwokat. Otóż nie. Te korupcyjne inwestycje są jedynie przejawem rosnącej „kultury przestępczej”, że pozwolę sobie użyć takiego dwuznacznego sformułowania. Boss nie chce się w kółko szarpać z różnymi państwowymi organami – woli pozyskać wśród nich sojuszników, by sprawy szły gładko i nic nie zakłócało konsumpcji owoców kolejnych przekrętów. To przejaw rozsądku biznesowego, chłodnej kalkulacji, karzącej zainwestować w odpowiednich ludzi, by zminimalizować ryzyko. A dobry adwokat znajdzie się swoją drogą, gdy zawiodą inne sposoby i dojdzie już do procesu. Czy Ryszard Sobiesiak, ewidentnie zaangażowany w korupcyjny proceder, siedzi w więzieniu? No właśnie. I jak to świadczy o „sprawności organów ścigania”? Jak świadczy o tejże sprawności ukręcenie łba śledztwu w sprawie mafii paliwowej, której - jak się oficjalnie okazało – nie ma i nie było?

Druga uwaga – w krajach postkomunistycznych żadna poważniejsza przestępczość nie może funkcjonować bez „kryszy” służb specjalnych, zakorzenionych w poprzednim systemie, które sprawowały pieczę nad „transformacją”. To, że przestępstw nie dokonuje się już „na rympał” jak dwadzieścia lat temu, świadczy jedynie o elastyczności i zmianie metod na bardziej odpowiadające „europejskim” realiom, nie zaś o zmianie generalnych podległości. Przykład: Zbigniew S. ps. „Niemiec” - przywódca gangu szantażującego senatora Piesiewicza, znany jako król warszawskich alfonsów. Ten prominentny sutener był jednym z prowodyrów zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, fotografował się z celebrysią Anną Muchą i do tej pory chodzi na wolności, jego proces zaś utknął i jakoś nie może się rozpocząć. Kto nad nim czuwa i za jakie zasługi?

Wreszcie uwaga trzecia – przyzwalająca bierność wobec opisywanego tutaj „pełzającego umafijnienia” jest jednym z warunków sprawowania władzy przez obecną Dyktaturę Matołów, która za żadne skarby nie chce się narazić żadnym wpływowym sitwom – czy to bezpieczniackim, czy to branżowym, czy to opisywanym tu sitwom przestępczym zblatowanym z najróżniejszymi urzędnikami, stanowiącymi wszak jeden z żelaznych elementów elektoratu PO. Stąd blamaż picownych inicjatyw w rodzaju komisji „przyjazne państwo”, stąd również cztery lata pisania „ustawy antykorupcyjnej” przez Julię Piterę (pomyśleć, że była ona kiedyś szefową polskiego oddziału Transparency International!) tak, by tej ustawy nie napisać. Natomiast polski oddział Transparency International zwinął działalność pod koniec 2011, zamknięty przez centralę, gdyż... sam okazał się skorumpowany, wystawiając za kilkadziesiąt tysięcy złotych „certyfikaty moralności” rozmaitym podmiotom, które z różnych względów takiej podkładki potrzebowały, co w 2009 roku opisał w „Dzienniku” Paweł Cieśla.

Jak to ujął Stanisław Michalkiewicz, naczelną zasadą konstytucyjną w Polsce jest: „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Witamy w krainie Niewidzialnej Ręki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

P.S. Refleksja na schodach. Po namyśle stwierdzam, iż w tę malejącą tendencję do korumpowania posłów i ministrów jakoś tak nie bardzo wierzę. Równie dobrze może ona świadczyć, iż zwyczajnie nie prowadzi się spraw w które mogliby być umoczeni „Umiłowani Przywódcy” najwyższych szczebli (co nie znaczy, że nie zbiera się haków), stąd i mała gadatliwość na ten temat odpytywanych przez dr Rau świadków koronnych. Lekcja z popisowym ukręceniem łba „aferze hazardowej” musiała być dla organów ścigania dostatecznie jasną wskazówką. A że czymś trzeba się wykazać, to organa przerzuciły ciężar swej dociekliwości na samorządowców.

poniedziałek, 19 września 2011

Głasnost’ w Priwislanskim Kraju II


Determinacja w przepychaniu nowelizacji Ustawy o dostępie do informacji publicznej świadczy o skali przeniewierstw, które planuje Platforma.



I. Ujawnianie przez utajnianie


My tu sobie pitu-pitu, a tymczasem nie-miłościwie panująca Platforma Obywatelska na ostatnim posiedzeniu Sejmu tej kadencji (16.09.2011) przepchnęła kolanem nowelizację Ustawy o dostępie do informacji publicznej, zawierającą zapis uniemożliwiający dostęp do istotnych informacji. Sprawa ma swoją bogatą i wielowątkową historię, którą jakiś czas temu opisałem w notce „Głasnost’ w Priwislanskim Kraju”. W skrócie, chodzi o proponowany pierwotnie przez rząd zapis umożliwiający utajnianie informacji ze względu na „ważny interes gospodarczy państwa”, jeśli miałoby to osłabić „zdolność negocjacyjną Skarbu Państwa w procesie gospodarowania jego mieniem albo zdolność negocjacyjną RP w procesie zawierania umowy międzynarodowej" lub „utrudniłoby w sposób istotny ochronę interesów majątkowych RP w postępowaniu przed sądem, trybunałem lub innym organem orzekającym" (cyt. PAP, za wnp.pl). Przepis dotyczy nie tylko organów państwa, ale wszystkich instytucji wykonujących zadania publiczne (!) - również prywatnych.


Jak łatwo się domyślić, tak rozciągliwe sformułowania jak „ważny interes gospodarczy”, „ochrona interesów majątkowych” czy „zdolność negocjacyjna” mają na celu maksymalne rozszerzenie sfery uznaniowości przy utajnianiu danych dotyczących na przykład:


- prywatyzacji kluczowych przedsiębiorstw (Lotos!);


- umów typu kontrakt gazowy;


- planowanego mostu energetycznego z Kaliningradem;


- negocjacji umów mogących zaważyć na przyszłości polskiej gospodarki w rodzaju „pakietu klimatycznego”;


- postępowań przed międzynarodowymi trybunałami mogącymi skutkować wypłatą odszkodowań przez Skarb Państwa;


- zobowiązań podejmowanych np. w ramach paktu „Euro Plus”;


- roszczeń „odszkodowawczych” ze strony Izraela i organizacji żydowskich (program „HEART”);


- kwestii związanych z rozpoznaniem złóż gazu łupkowego, jego eksploatacją i przyszłymi zyskami oraz naszych reakcji na działania podejmowane przez instytucje unijne mające na celu zahamowanie jego wydobycia;


- że o pomniejszych krotochwilach w rodzaju katarskiego inwestora nie wspomnę.


Słowem, chodzi o utajnienie spraw kluczowych dla przyszłości Polski. O tym wszystkim mamy nie wiedzieć – aż będzie za późno.


Oczywiście, ustawa jest rażąco sprzeczna z art. 61 ust.1 Konstytucji, ale zanim ktoś skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, zanim Trybunał ją rozpatrzy, zanim orzeczenie wejdzie w życie... tym bardziej, że ten sam art. 61 zostawia furtkę w ust.3., gdzie jest mowa o „ograniczeniu prawa” do informacji m.in. właśnie ze względu na przywołany powyżej „ważny interes gospodarczy państwa”. Na ustęp 3. artykułu 61 Konstytucji powoływał się zresztą autor senackiej poprawki wprowadzającej opisane obostrzenia, o czym za chwilę.


II. „Lex Rocki”


Nie mniej skandaliczny niż treść jest sposób przyjęcia ustawy. Pierwotnie, rząd po fali krytyki m.in. ze strony organizacji pozarządowych, wycofał się z kontrowersyjnych zapisów (tzw. „art. 5a”), a „oczyszczona” ustawa przyjęta przez Sejm w trybie pilnym, trafiła do Senatu. I tu zaczęły dać się cuda, albowiem ni z tego ni z owego, senator PO Marek Rocki w ostatniej chwili zgłosił poprawkę przywracającą pierwotne, rządowe rozwiązanie. Uczynił to na posiedzeniu plenarnym „do protokołu”, bez możliwości dyskusji, zaś Senat poprawkę Rockiego przyjął (15.09.2011).


Konia z rzędem temu, kto kojarzył wcześniej tego wybitnego ustawodawcę, który teraz ma szansę przejść do historii jako autor „lex Rocki”.


Ale, oczywiście, to nie koniec jaj legislacyjnych. Projekt ustawy z „kneblowym” przepisem trafił z powrotem do Sejmu. Negatywną opinię wydało Biuro Legislacyjne Sejmu, zaś odrzucenie ustawy zarekomendowała Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych. Wydawało się, że „lex Rocki” padnie – ale nie! Sejm ustawę wraz z poprawką przyjął stosunkiem głosów 187:179. Negatywną rekomendację Komisji odrzuciły PO i PSL (za wyjątkiem kilku posłów z obu partii, którzy się wyłamali), za jej akceptacją głosowała reszta obecnych... za wyjątkiem 10 posłów którzy się wstrzymali. Jeśli wziąć pod uwagę, że większość bezwzględna niezbędna do odrzucenia poprawki Senatu wynosiła 189 posłów, to wychodzi, że właśnie tych 10 wstrzymujących się potrzeba było, aby przepchnąć rozwiązania będące na rękę rządowi. Niefrasobliwością popisał się niestety PiS – 29 posłów tej partii było nieobecnych.


Taki oto prezent zostawiła nam koalicja PO-PSL w ostatnim posiedzeniu Sejmu. Prezent równie parszywy jak ta koalicja, stanowiący symboliczne zwieńczenie tej parszywej kadencji.


III. Manewr „na Tuska”


Zwróćmy uwagę: mamy tu do czynienia z klasycznym dla Tuska zagraniem: badamy, na ile można się posunąć w ograniczaniu praw obywatelskich (a nuż jakoś chyłkiem-boczkiem się uda), jeśli zaś natrafimy na opór, a wokół sprawy zrobi się szumek mogący zaszkodzić nam wizerunkowo, to wycofujemy się, tłumacząc że to nie my, to koledzy, a w ogóle nie ma sprawy, tylko jakieś niedopatrzenie, które zaraz się naprawi. Następnie czekamy na kolejną okazję i ponawiamy próbę. Tak było z podejmowanymi w tej kadencji na różne sposoby usiłowaniami cenzurowania internetu: a to przy okazji „walki z pedofilią w sieci”, to znowu podczas nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji...


Identyczny schemat zastosowano i tym razem – poczekano cierpliwie na koniec kadencji, kiedy uwaga obserwatorów zaprzątnięta będzie bez reszty szczytem kampanii wyborczej i w ekspresowym tempie przegłosowano co trzeba. Determinacja rządu oznacza, że tajność, ta strefa cienia pod osłoną ustawy, będzie Tuskowi w następnej kadencji bardzo potrzebna, co samo w sobie świadczy o skali wałków i przeniewierstw, które planuje Platforma.


Tylko od nas zależy czy na to pozwolimy.


Gadający Grzyb

czwartek, 14 lipca 2011

Głasnost’ w Priwislanskim Kraju


Rządowa nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej, to zalegalizowanie tylnymi drzwiami „tarczy antykorupcyjnej”.



I. Witamy w erze głasnosti.


Siedzę i płaczę. Normalnie, pozbierać się nie mogę. Oto rząd w swym niewypowiedzianym okrucieństwie postanowił pozbawić obywateli nielicznych chwil niewymuszonej radości, w rodzaju niezapomnianego inwestora z Kataru, ściąganego na ratunek naszym stoczniom za pomocą innowacyjnego i wielce postępowego narzędzia, jakim jest wyszukiwarka internetowa. Nie dowiemy się już o tego typu uciesznych mecyjach, o tych mniej uciesznych zresztą też nie.


Wszystko to za sprawą skierowanego właśnie do Sejmu, a przyjętego niedawno przez rząd Umiłowanego Premiera Donalda Tuska, projektu nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz niektórych innych ustaw, o czym proudly zawiadamia w swym komunikacie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. W wyniku tejże nowelizacji powstanie „centralne repozytorium informacji publicznych - nowy tryb dostępu do informacji publicznej i jej ponownego wykorzystywania” (cyt. za komunikatem MSWiA).


No i pięknie. Wszystkie ważne informacje publiczne zgromadzone w jednym miejscu, na dodatek jest to wypełnienie sensownej akurat (przypadkiem?) unijnej dyrektywy (2003/98/WE), którą mieliśmy zaimplementować do krajowego prawodawstwa już w 2005 roku. Obecnie pozostajemy jedynym krajem UE, który jeszcze unijnego rozwiązania nie wdrożył, choć ostrzeżenie od Komisji Europejskiej przyszło już w 2008 roku ( za „Polska The Times”).


Nasz nie-rząd, tak skądinąd spolegliwy wobec euro-czynników, jednak wyraźnie się nie spieszył i nawet nie zwalał winy na Kaczyńskiego, że nie przyjął dyrektywy, kiedy był przez dwa lata u władzy. Ale teraz nagle wziął się i będzie wprowadzał. Ba, wprowadzał będzie radykalnie, zdecydowanie, że tak powiem, tnąc do kości. Skąd ten nagły przypływ pracowitości? Ano stąd, że obecna „waadza” liczy na drugą kadencję, w której to kadencji ma się dokonać wyprzedaż ostatnich sreber rodowych. Licytacja owych sreber zaś ma nie tylko odwlec w czasie krach finansów publicznych, ale również sprzedawane dobra – ma się rozumieć – nie mogą trafić w przypadkowe ręce...


II. Ujawnienie przez utajnienie – cz.1.


Cóż, pozwoliłem sobie na porcyjkę zgryźliwości, ale to dlatego, moi mili, iż wyjątkowo mu „nie leżącą”, unijną dyrektywę, nasz nie-rząd postanowił wprowadzić w typowy dla siebie, krętacki sposób. Jest to mianowicie metoda, którą nazwałbym „ujawnieniem przez utajnienie”. Z jednej strony czytamy bowiem:



„Co do zasady, każdemu będzie przysługiwać prawo do ponownego wykorzystywania informacji publicznej – bez ograniczeń i bezpłatnie. Jeśli jednak przygotowanie informacji do ponownego wykorzystywania będzie wymagało poniesienia dodatkowych kosztów, trzeba będzie zapłacić za jej udostępnienie.”



oraz:



„Każda informacja publiczna ma podlegać udostępnieniu i ponownemu wykorzystywaniu na zasadach: przejrzystości, niedyskryminacji i niewyłączności.”



No i okej. Głasnost’ pełną gębą, prawie jak za Gorbaczowa. Petent otrzyma informacje, jeśli to będzie wymagało ze strony repozytorium dodatkowych kosztów, to zapłaci, wszystko jasne.


Ale co czytamy z drugiej strony? Ano takie kwiatki:



„Zasób informacyjny oraz podmioty obowiązane do jego przekazania do centralnego repozytorium określi w drodze rozporządzenia premier.”



Czyli to premier Tusk będzie arbitralnie ustalał aktem prawnym niższego rzędu (rozporządzenie) jakie informacje znajdą się w repozytorium. Tu muszę poczynić małą dygresję i przypomnieć pewien proces ciągnący się, jak to u nas, niczym glut z nosa.


III. Pokłosie procesu o „tarczę antykorupcyjną”.


Otóż kilka tygodni temu rząd ostatecznie przegrał proces o ujawnienie informacji dotyczących tzw. „tarczy antykorupcyjnej”. Sprawę skierowała do sądu organizacja pozarządowa – Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich należąca do Antykorupcyjnej Koalicji Organizacji Pozarządowych. Chodziło o udostępnienie przez rząd informacji (protokołu) na temat posiedzenia kolegium d/s służb specjalnych, które odbyło się 8 maja 2008 roku, na którym to posiedzeniu Donald Tusk wydał polecenie stworzenia „tarczy antykorupcyjnej” mającej „osłonić” najważniejsze zamówienia publiczne, kluczowe prywatyzacje, przetargi (m.in. dotyczące „Orlików”) i budowę Stadionu Narodowego. „Tarczę” miały stworzyć ABW, CBA i Służba Kontrwywiadu Wojskowego.


Rychło powstały wątpliwości, czy owa „tarcza” nie jest aby de facto sposobem na utajnienie różnych machlojek, których strzec mają połączone siły służb specjalnych Organizacjom pozarządowym Kancelaria Premiera odmówiła dostępu do protokołu z posiedzenia kolegium, gdyż ten opatrzony został klauzulą „tajne”, a takową klauzulę może zdjąć z dokumentu jedynie premier. Premier zaś, jak łatwo się domyślić, nie miał takiej „woli politycznej”.


16 grudnia 2010 Kancelaria Premiera przegrała sprawę przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie, lecz postanowiła procesować się do upadłego, co samo w sobie jest znaczące, i skierowała do Naczelnego Sądu Administracyjnego skargę kasacyjną. Skarga ta została oddalona 17.06.2011, oznacza to jednak tylko tyle, że Kancelaria Premiera będzie musiała ponownie rozpatrzyć wniosek Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich. Kiedy to uczyni? Przypuszczam, że zlekceważy ustawowe terminy i poczeka do wejścia w życie nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jaka będzie odpowiedź? Reprezentujący SLLGO Krzysztof Izdebski nie ma złudzeń: „Spodziewam się znowu odmownej decyzji, tyle że z uwzględnieniem dzisiejszego wyroku" (cyt. za „Gazeta Prawna.pl”).


Od siebie dodam, że pod każdą szerokością geograficzną dla zwalczania korupcji kluczowym elementem jest jawność, a nie żadne supertajne „tarcze”. Dziwić tu może brak zaangażowania w sprawę Transparency International, ale może nie chcą robić przykrości byłej szefowej polskiego oddziału tej organizacji, Julii Piterze, która jako minister w rządzie Tuska już bodaj czwarty rok płodzi w pocie czoła legendarną „ustawę antykorupcyjną”...


IV. Ujawnienie przez utajnienie – cz. 2.


A teraz wracamy do rządowej nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej. Tak się bowiem składa, że za jej pomocą rząd nieformalne praktyki dotyczące „tarczy antykorupcyjnej” pragnie teraz przekuć na literę prawa, pod osłoną euro-dyrektywy, by opisana wyżej kasacyjna wtopa już nigdy mu nie zagroziła. Patrząc na chronologię, nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż właśnie owa przegrana przed NSA skarga kasacyjna sprawiła, że rząd nagle, w ostatniej chwili, ku zaskoczeniu organizacji pozarządowych, zdecydował się wprowadzić ograniczenia w dostępie do informacji publicznej.


Cóż bowiem czytamy w komunikacie MSWiA?



„Ze względu na ochronę porządku publicznego i ważny interes gospodarczy ograniczono dostęp do niektórych informacji publicznych. Chodzi np. o analizy prywatyzacyjne zlecane przez ministra skarbu państwa dla potrzeb gospodarowania mieniem Skarbu Państwa, w tym jego komercjalizacji i prywatyzacji. Projekt nowelizacji ogranicza także dostęp do instrukcji negocjacyjnych, czyli zgodnie ze zwyczajem międzynarodowym do momentu podpisania umowy jej tekst nie będzie podawany do informacji publicznej.



Krótko mówiąc, obywatele mogą mieć dostęp do wszystkiego, oprócz informacji kluczowych dla majątku narodowego. Jeśli dołożymy do tego wspomniany wcześniej arbitralny tryb określania informacji, które mają znaleźć się w centralnym repozytorium informacji publicznych (przypomnę – określać to będzie premier w drodze rozporządzenia), to otrzymamy sformalizowany odpowiednik „tarczy antykorupcyjnej”.


Tak się bowiem składa, że „zastrzeżone” pozostaną właśnie te informacje, które w ramach „tarczy”, na polecenie premiera Tuska mają obecnie pod swoją kuratelą służby specjalne z danymi dotyczącymi kluczowych prywatyzacji na czele. Można przypuszczać, że tą drogą utajnione zostaną prywatyzacje Lotosu, Giełdy Papierów Wartościowych, Banku Gospodarki Żywnościowej, Pekao S.A... Jeżeli Tusk zdecyduje się dopisać w ramach rozporządzenia m.in. budowę Stadionu Narodowego i pozostałe największe inwestycje związane z przygotowaniami do Euro 2012, a także np. „Orliki” to będziemy mieli „antykorupcyjny” komplet.


Dodajmy jeszcze planowane ograniczenia dostępu do „postępowań przed sądami, trybunałami i innymi organami orzekającymi, z udziałem Rzeczypospolitej Polskiej, Skarbu Państwa lub jednostek samorządu terytorialnego” (cytat za „Rzeczpospolitą”) - i otrzymamy zestaw najbardziej potencjalnie kłopotliwych dla rządu (i groźnych dla Polski) tematów, które mają zostać w majestacie prawa, w usystematyzowany sposób, schowane pod suknem.


V. W oczekiwaniu na pieriestrojkę.


Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, że „tarcza” miała służyć utajnieniu tego, co przed oczyma tubylczej gawiedzi miało zostać ukryte, a nie żadnej walce z korupcją, to po zapoznaniu się z założeniami omawianej tu nowelizacji chyba pozbył się ostatecznie złudzeń.


Powtórzmy: poprzez nowelizację ustawy o dostępie do informacji publicznej nastąpić ma pełna legalizacja „tarczy antykorupcyjnej”. Warto dodać, że projekt został skierowany do Sejmu w trybie pilnym, co oznacza, „że projekt w Sejmie będzie głosowany, a nie konsultowany” (czyt. za "Rzeczpospolitą”), tak więc pan Izdebski i różne Antykorupcyjne Koalicje Organizacji Pozarządowych będą mogły co najwyżej bezsilnie gardłować. Zostaje jeszcze oczywiście skarga do Trybunału Konstytucyjnego i mam nadzieję, że opozycja wspólnie z organizacjami pozarządowymi z tej ostatniej deski ratunku skorzysta. Obawiam się jednak, że zanim Trybunał wyda orzeczenie, będzie już „po ptokach”, czyli m.in. po Lotosie.


Tak, nie ma to jak głasnost’. Ciekawe, jak będzie wyglądała powyborcza pieriestrojka...


Gadający Grzyb

wtorek, 9 listopada 2010

Ucz się, Donek, ucz...


czyli polityczna edukacja premiera - prymusika.

Wszyscy ostatnio tylko o PiSie, to ja też o Platformie;) Konkretnie – o tym jak PO wyciągnęła wnioski z klęsk swych poprzedników.

Przypomnijmy sobie przez co padły ostatnie rządy: AWS poległ na czterech reformach, ekipa Leszka Millera – na aferze Rywina, rząd Jarosława Kaczyńskiego – na walce z korupcją i różnorakimi sitwami wydzierającymi sobie postaw czerwonego sukna.

Aby przetrwać w wymiarze dłuższym niż jedna kadencja należy zatem wystrzegać się błędów, które przywiodły wcześniejsze siły polityczne do zguby. I Platforma się wystrzega. Bardzo pilnie.

I. Lekcja AWS-u.

Po pierwsze, trzeba zapomnieć o reformach, może poza doraźną dłubaniną, każdorazowo przedstawianą jako iście kopernikański przewrót. Premieru Tusku stwierdziło to wyraźnie w duchu carskiego „żadnych marzeń”, ogłaszając, że obchodzi go zadowolenie ludzi „tu i teraz”. Jak rozumiem, przyszłością mają martwić się ci, którzy będą w tej przyszłości żyli i rządzili. Koresponduje z tym zdanie wygłoszone ponoć przez Tuska w wąskim gronie, że „nie będzie ryzykował stabilnego czterdziestoprocentowego poparcia dla jakichś tam reform”. Dopóki się dało, tworzono legendę, że reformatorski ogień Partii i Rządu powstrzymywany jest przez złego Kaczora okupującego prezydencki fotel, potem zaś, że niezadowolenie społeczne wywołane niezbędnymi cięciami budżetowymi wykorzystałby drugi Kaczor, który nieszczęśliwie nie znalazł się na pokładzie rządowego Tupolewa, a wiadomo, że wyborcy wybaczą wszystko, poza oddaniem władzy przez Partię i Ukochanego Przywódcę.

Tak więc lekcja z porażki AWS-u została odrobiona bezbłędnie.

II. Egzamin z Millera.

Równie pomyślnie Partia i Rząd zdały egzamin z klęski Leszka Millera i jego komuszej ferajny. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby nagle zerwać z „kręceniem lodów”, które jest jedynym realnym programem gangu Donalda, acz zastrzeżonym tylko dla swojaków. Co to - to nie, zresztą takiej ascezy nie wybaczyliby swojacy, którzy przecież właśnie dla lodów zbiegli się tłumnie pod platformerskie sztandary, niczym hieny do ścierwa. Gdyby Donek w jakimś przypływie szaleństwa ogłosił nagle ścisły post, te same hieny załatwiłyby go w try miga. Albowiem, jak uczy mistrz Szpotański: „Szmaciak chce władzy nie dla śmichu / lecz dla bogactwa, dla przepychu”. Donek doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego platformianym Szmaciakom „czochrać” wolno, byle po cichu, żeby z ostentacyjnym łupiestwem nie leźć ludziom w oczy.

Wyraźnym sygnałem ostrzegawczym był wybuch afery hazardowej o potencjale równym aferze Rywina, której ukręcono głowę kilkoma szybkimi dymisjami (pacyfikując przy okazji frakcję Grzegorza Schetyny - majstersztyk), tudzież delegując do komisji śledczej Mirosława „miedziane czoło” Sekułę i odwołując pod lipnymi zarzutami Mariusza Kamińskiego, którego Donek pozostawił na stanowisku szefa CBA po to, by po cichu zbierał „haki” i donosił o nich premierowi, a nie po to by walczył z jakąś tam korupcją. Co on sobie w ogóle wyobrażał?

Niemniej, powyższe działania byłyby niewystarczające, gdyby na wysokości zadania nie stanęły wierne mediodajnie, które od czasów kiedy to głosiły, że „SLD wolno mniej” przeszły interesującą ewolucję: Millerowi „wolno było mniej”, Kaczyńskiemu nie wolno było nic, zaś Ukochanemu Premierowi wolno wszystko, bo chroni demokrację przed powrotem „kaczyzmu”. Kto tego na czas nie pojął, tego przywołał do porządku Wojciech Mazowiecki, który w głośnym artykule „Po wielkiej wrzawie”, dyscyplinował mniej kumatych kolegów, by nie dali się ponieść nawrotowi „wzmożenia moralnego”.

Tak, ten egzamin prócz „waadzy” zdały celująco również mediodajnie, którym należy się czerwony pasek za rewolucyjną czujność.

III. Nauki z kaczyzmu.


No i wreszcie PiS z Jarosławem Kaczyńskim - nie rozumieli, że to co reklamowali jako walka z patologiami, jest ni mniej ni więcej, tylko szerzeniem nienawiści, dawaniem upustu antyinteligenckim fobiom, dzieleniem ludzi i skończyć się może tylko i wyłącznie rządami terroru, gdy krwawi mleczarze wyciągać będą lekarzy z łóżek o piątej nad ranem, rekwirować zdobyczne koniaki i zegarki, zaś Maria Peszek pochoruje się na suchoty czy inne duszności i „spieprzy stąd jak najdalej” do jakiegoś sanatorium na końcu świata, z wielką szkodą dla narodowej kultury.

Donek uważnie przestudiował naukę płynącą z krachu rządów Strasznego Kaczora, poskrobał się w ryżą łepetynę i wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Zamiast zmagać się z kolejnymi sitwami zblatowanymi w zybertowiczowskiej „szarej sieci” (uwaga! Zybertowicz – następny „wariat, co buntuje proletariat”!) wystarczy samemu się zblatować i oprzeć na sitwach jawnych, tajnych i dwupłciowych swą władzę. Stać się swoistą ekspozyturą różnych grup interesu, bacząc jedynie by każda z nich została zaspokojona na miarę swych aktualnych wpływów. Wprawdzie w ten sposób rządzenie staje się jednym wielkim picem na wodę i fotomontażem, ale właściwie na cholerę nam realne rządzenie, skoro o wiele wygodniej i przyjemniej jest pozorować rządy? Nerwów mniej, fruktów tyle samo, a poza tym, jeśli programowo wyklucza się narażanie „stabilnego, czterdziestoprocentowego poparcia dla jakichś tam reform”, to po co więcej?

Popatrzcie sami – takiego prymusa u steru Polska jeszcze nie miała.

IV. Apartheid – lek na bolączki.

Pozostaje jeden szkopuł – w kraju od takiego nie-rządzenia nie dzieje się ani krztynę lepiej, a nawet jakby trochę gorzej. Ale i na to jest rada: frustracje priwislańskiego bydła należy ukierunkować w ramach permanentnego „seansu nienawiści” na orwellowskiego „pana Jonesa” (który wrychle stanie się E. Goldsteinem), którego powrotu folwarczny żywy inwentarz oczywiście nie chce. Mediodajnie wciąż odchorowujące dwuletnią noc kaczyzmu dopomogą, czego dowód dały wzorową samodyscypliną w czas ogniowej próby afery hazardowej. Towarzysze z frontu dziennikarskiego zadbają w swoim własnym interesie, by uwaga motłochu zaprzątnięta została katofaszystowskim zagrożeniem, albowiem za rogiem wciąż czają się tabuny moherowych staruszek z pochodniami. Wskazane jest trenowanie od czasu do czasu na tej ciemnej swołoczy razów i kopniaków, co stanowi probierz przynależności do wyższego cywilizacyjnie grona „Polski jasnej”.

Wprawdzie istnieje ryzyko, że jakiś gorącokrwisty młody wykształcony emeryt z Częstochowy zacznie w przypływie entuzjazmu walić z pistoletu do pisowców, zaś wicemarszałek Niesiołowski sfajda się przy tej okazji w kalesony, myśląc że ta palba skierowana jest w niego, ale gdzie drwa rąbią...

Poza tym, zawsze można znaleźć jakieś rozwiązanie. Profesor Radosław Markowski, na ten przykład, natężył swój intelekt i zaproponował wprowadzenie apartheidu, to jest postulował, „żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić”. Noo, z takim mózgiem na zapleczu można śmiało patrzeć w jasną przyszłość. Propozycja wprawdzie na obecnym etapie może ciut przedwczesna, ale spokojnie, przyjdzie czas na ostateczne rozwiązanie kwestii czarnuchów, to jest, chciałem rzec „Polski ciemnej”...

***

A ty, Donek, nasz cacany prymusiku, nie spoczywaj na laurach, tylko ucz się chłopie, ucz! Na początek proponuję wielce przyszłościowe seminaria profesora Markowskiego: „Oświecony neototalitaryzm w teorii i praktyce”.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl