Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys w Grecji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys w Grecji. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 września 2015

Niemcy – pasożyt Europy

Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka.

W Grecji finiszuje właśnie prowadzone od 9 lat śledztwo mające zakończyć się „procesem stulecia”. Obejmuje ono korupcyjną działalność niemieckich koncernów począwszy od lat '90. Mowa o takich gigantach jak Siemens, Rheinmetall, Ferrostal, Daimler i Krauss Maffei Wegmann, a na ławie oskarżonych zasiąść ma ok. 60 osób. W skrócie – Niemcy korumpowali na wielką skalę greckich polityków przy zawieraniu umów modernizacyjnych i zbrojeniowych. I tak, Siemens w zamian za równowartość 70 mln euro łapówek otrzymał w 1997 roku kontrakt od greckiej firmy OTE na digitalizację infrastruktury telekomunikacyjnej, z kolei Daimler, Krauss Maffei Wegmann czy Ferrostal na cel wzięły kontrakty zbrojeniowe idące w grube miliardy euro, które również były „dopinane” poprzez milionowe „grzeczności” wręczane greckim decydentom – najpierw gotówką, w walizkach (hm, przypominają się tu pierwsze lata polskiej „transformacji”), następnie zaś poprzez spółki-wydmuszki zarejestrowane w rajach podatkowych. W ten sposób grecka armia nabywała czołgi Leopard, haubicoarmaty, łodzie podwodne, transportery opancerzone – ogółem poziom wydatków na zbrojenia wynosił średnio ponad 2 proc. PKB. W szczytowych latach kryzysu Grecja kupowała niemiecki sprzęt za 5-7 mld. euro rocznie. W efekcie dzisiaj Grecja jest pierwszą potęgą pancerną wśród krajów UE (żeby było ciekawiej – druga pod względem liczby posiadanych czołgów jest... Polska) i kompletnym bankrutem.

Rysuje się tu nam interesujący mechanizm współczesnego neokolonializmu: oto Niemcy korumpują Greków, by ci kupowali nieracjonalnie wielkie ilości maszyn bojowych, zaś na sfinansowanie zakupów Grecja musiała oczywiście się zadłużać w niemieckich instytucjach finansowych. W ten sposób – za pomocą toksycznego sprzężenia łapówek i kredytów – niemiecka „metropolia” napędzała swój przemysł i eksport kosztem doprowadzenia do ruiny greckiej „kolonii”. Warto zwrócić uwagę, iż te same Niemcy równocześnie pouczały Greków na okoliczność gospodarnego zarządzania finansami i walki z korupcją, a zarazem za kulisami warunkowały pomoc finansową dla Aten wywiązaniem się przez nie z zawartych z niemieckimi przedsiębiorstwami kontraktów – jak to miało miejsce w 2010 roku, gdy zaszantażowano w ten sposób premiera Papandreu.

Zresztą, nawet bankructwo jest świetną okazją do zarobku, co niedawno miałem okazję opisywać na tych łamach. Okazuje się, że Niemcy, wskutek redukcji oprocentowania własnych obligacji, na greckim kryzysie zarobiły 100 mld euro, dzięki czemu udało się im zrównoważyć budżet o rok wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Inwestorzy wystraszeni sytuacją w Grecji na masową skalę lokowali kapitał w niemieckich papierach, co skutkowało ich niższą rentownością. Ciekawe, ile Niemcy zarobiły na kryzysie i kontraktach zbrojeniowych w Hiszpanii i Portugalii, tak się bowiem składa, że trzonem tamtejszych sił pancernych również są Leopardy, nie wspominając już o Polsce także pałającej niezrozumiałą miłością do niemieckich „panzerkampfwagenów”.

Obecnie, w konsekwencji wymuszonego podczas niedawnego szczytu programu restrukturyzacyjnego, niemiecka firma przejmuje greckie lotniska, a wkrótce to samo czeka porty i inne składniki greckiego majątku narodowego. 14 lotnisk regionalnych (w tym w Salonikach, oraz w turystycznych zagłębiach takich jak Rodos, Korfu czy Cyklady) obejmie za 1,2 mld euro spółka Fraport AG na czele której stoi Stefan Schulte, członek Rady Gospodarczej CDU. Mamy zatem coś w rodzaju gospodarczej „wojny błyskawicznej” - wtryniamy gorzej rozwiniętej ofierze nieprzystającą do jej modelu ekonomicznego walutę powodującą nieopłacalność własnej produkcji, następnie kraj staje się rynkiem zbytu dla obcych towarów, których sprzedaż wspomagana jest w razie potrzeby systemową korupcją. Wskutek dezindustrializacji i nadmiernego importu kraj-ofiara pogrąża się w niemożliwych do spłacenia długach, aż wreszcie można wykupić bankruta za bezcen. Wszystkie dochody – czy to z „pomocy”, czy z prywatyzacji - trafiają przy tym oczywiście do wierzycieli, budżet Grecji zobaczy z tych pieniędzy okrągłe zero, kolejne „pakiety pomocowe” pogłębiają jedynie greckie zadłużenie niczego nie zmieniając w sytuacji gospodarczej kraju – no i koniec końców, wszystkie długi, stare czy nowe, trzeba będzie spłacać, petryfikując tym samym stan gospodarczej zapaści.

Charakterystyczne, że ostatnio nawet rygorystyczny do niedawna MFW zaczyna dystansować się od dwóch pozostałych członków sprawującej nad Grecją zarząd komisaryczny „trójki” (MFW, EBC, KE). Czyni tak pod wpływem przykładu węgierskiego – Orban odrzucił oszczędnościowy dyktat MFW, którego efektem byłoby zduszenie wewnętrznego popytu i wyprowadził swój kraj na prostą. Ale przecież Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, w tym EBC i KE, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka. Taka już jest natura pasożyta – koszty utrzymania (czyli niemieckiego rozwoju gospodarczego) ponosić ma jedynie żywiciel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (04-10.09.2015)

poniedziałek, 27 lipca 2015

Ojro, ojro uber alles

...czyli IV Rzesza u bram.

I. Niemcy rządzą

Nigdy nie podejrzewałem, że ktoś taki jak Donald Tusk, obecnie paradujący w glorii operetkowego „króla Europy” może stać się dla mnie inspiracją do czegokolwiek, ale warto zwrócić uwagę na wywiad, którego Tusk udzielił po zakończonym niedawno „greckim” szczycie korespondentom kilku europejskich gazet (w tym „Rzepie”). Otóż jeśli poszperać między wierszami, spojrzeć na to, czego Tusk nam NIE MÓWI, oraz zerknąć na różne nie zaakcentowane wprost konteksty, to nagle zaczyna się robić całkiem interesująco. Najbardziej znamienne jest to, że Tusk relacjonując przebieg szczytu eurogrupy, przedstawia go w zasadzie jako dwustronne negocjacje na linii Tsipras – Merkel, z cieniem Wolfganga Schaublego w tle. Reszta uczestników to w zasadzie statyści.

Proszę zwrócić uwagę, że takie postawienie sprawy w zasadzie nikogo nie dziwi, wszyscy przyjmują je za naturalne, zupełnie jakby Niemcy dzierżyły jakiś mandat na reprezentowanie Europy i wypowiadanie się w jej imieniu. W całym opisie rozmów nie ma w ogóle miejsca na osławioną „Trójkę”, która teoretycznie „zarządza” greckim kryzysem – Europejski Bank Centralny, Komisję Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Poszczególni państwowi wierzyciele Grecji również nie mają zbyt wiele do gadania. Charakterystyczny jest tu przytoczony przez Tuska obrazek: oto powstać ma specjalny fundusz zawiadujący greckim majątkiem o wartości 50 mld euro i dokonujący jego prywatyzacji. W jego skład ma wchodzić praktycznie wszystko, co jest cokolwiek warte – państwowe przedsiębiorstwa, w tym kolej, lotniska, poczta, porty, wyspy, rafinerie... Mamy więc do czynienia z typową „egzekucją komorniczą” za długi, tylko na międzynarodową skalę. Część z owego majątku ma pójść bezpośrednio na zaspokojenie wierzycieli – czyli krajów, które przejęły wierzytelności swych banków, część zaś na inwestycje w grecką gospodarkę. Premier Tsipras chce, by było to 15 mld euro, kanclerz Merkel zaś obstaje przy 10 mld. I w tym momencie Tusk odbiera esemesa od premiera Holandii, że „inni zgadzają się na 12,5 mld”. Propozycja zostaje ostatecznie przyjęta, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że pozostałe kraje członkowskie strefy euro jedynie asystują przy kluczowych rozmowach i ślą esemesy, które może zostaną rozpatrzone, a może nie. Natomiast europejskie instytucje chyba jak nigdy wcześniej ujawniły swą fasadowość – okazało się, że służą jedynie za parawan i kamuflaż dla niemieckiej polityki, tak by ostateczne decyzje zostały na potrzeby wizerunkowe ubrane dla niepoznaki w „unijne” szaty.

II. „Król Europy”

Spójrzmy, jak groteskowo wygląda na tym tle pozycja samego Tuska. Oto pozornie jeden z najważniejszych unijnych urzędników, przewodniczący Rady Europejskiej, zwany potocznie „prezydentem Europy” - słowem, brukselski mandaryn pełną gębą – siedzi niby jakiś uczniak i podaje wodę mineralną i paluszki... to jest chciałem rzec, przekazuje układającym się stronom esemes od premiera holenderskiego rządu. Tak na marginesie – w pewnym momencie Tusk pozwolił sobie na przedni dowcip. Powiedział mianowicie, iż „zdobywa teraz zwolenników ideologia ekonomicznej iluzji, że jesteśmy w stanie zbudować system alternatywny dla obowiązującego obecnie w Europie. To jest ryzykowne. Szczególnie ta zmasowana krytyka fiskalnej surowości i oszczędności. Przecież na oszczędnościach zbudowana jest zamożność Europy.

Paradne: o fiskalnej surowości i zaletach oszczędzania mówi facet, który niemal podwoił polski dług publiczny, przyzwolił na wyprowadzanie z Polski nieopodatkowanego kapitału i doprowadził aparat skarbowy państwa do skokowego spadku ściągalności podatków! Polska obecnie jest zadłużona na niemal tyle samo co Grecja – i jest to w znacznej mierze rachunek za tuskową „ciepłą wodę w kranie”. Innymi słowy – w rolę finansowego rygorysty wciela się osoba, która będąc polskim premierem wprowadziła nas na drogę u której kresu majaczy scenariusz przerabiany obecnie przez Greków. Sądzę zresztą, że między innymi właśnie za to został wynagrodzony brukselską synekurą, bo zadłużając Polskę, wydał nas na żer międzynarodowej banksterki, co ma również swoje dalekosiężne polityczne konsekwencje. Jak bowiem widzimy na greckim przykładzie, gdy przychodzi co do czego, to kapitał nagle odzyskuje narodowość... Na szczęście, nie udało mu się wcisnąć Polski do strefy euro, bo wtedy podzielenie przez nas losu Grecji, a może „tylko” Hiszpanii bądź Portugalii również obecnie w znacznej mierze ubezwłasnowolnionych gospodarczo, byłoby praktycznie przesądzone.

III. IV Rzesza

To, czego jesteśmy świadkami, pokazuje nam, że Unia Europejska pod względem politycznym w zastraszającym tempie przekształca się we współczesny odpowiednik „cesarstwa rzymskiego narodu niemieckiego”, z unią walutową jako „twardym jądrem” rządzonym żelazną ręką przez Niemcy i zewnętrznymi peryferiami. Nie bez powodu prezydent Hollande postulował wprost powołanie „europejskiego rządu”, czyli sprowadzenie w praktyce krajów członkowskich do statusu poszczególnych prowincji IV Rzeszy. Takie rozwiązanie w zasadzie jedynie zalegalizowałoby istniejący już teraz stan faktyczny. Od kilku lat bowiem Niemcy zyskały niepisane prawo obalania niewygodnych rządów w Europie. Żeby opisać ten mechanizm trzeba cofnąć się do 2011 roku, kiedy to powołano do życia nieformalne gremium zwane Grupą Frankfurcką. Miało to miejsce w gmachu opery we Frankfurcie (stąd nazwa), podczas pożegnalnego spotkania byłego szefa EBC Jean-Claude'a Tricheta, a pierwotnie w jej skład weszli: Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes EBC) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Jeśli spojrzymy na realne procesy decyzyjne w Unii, to zobaczymy, że w różnych konfiguracjach owa „grupa trzymająca władzę” funkcjonuje do tej pory. Niezmienne jest jedno: wiodąca rola Niemiec w tej dyplomatycznej układance. W każdym razie, „Grupa Frankfurcka” już kilka lat temu była na tyle wpływowa, by rękoma krajowych parlamentów doprowadzić do dymisji greckiego premiera Jeorjosa Papandreu oraz niezniszczalnego, jak mogłoby się wydawać, Silvio Berlusconiego.

Co znamienne, wspomniane kolegium mimo braku jakiegokolwiek prawnomiędzynarodowego umocowania działało jawnie: podczas szczytu G-20 w Cannes (listopad 2011) osoby związane z Grupą paradowały nawet z plakietkami „GdF” („Groupe de Francfort”) i otwarcie mówiły, że zamierzają „odwołać Berlusconiego”. W praktyce wyglądało to tak, że Papandreu został wezwany na rozmowę dyscyplinującą, gdy odgrażał się, że rozpisze referendum w sprawie warunków pomocy dla Grecji, po której to rozmowie odwołał referendum i podał się do dymisji, a Berlusconiego zmuszono do ustąpienia, gdy EBC odmówił kupna włoskich obligacji – czyli wstrzymał finansowanie włoskiego długu. Nic więc dziwnego, że Grupę Frankfurcką nazywano „ósemką trzymającą władzę” i „politbiurem”. Dziś wprawdzie Tsiprasowi pozwolono urządzić referendalną szopkę, ale jak widzimy, nic z niej nie wynikło, bo grecki premier koniec końców musiał zaakceptować niemiecki dyktat, mający wszelkie cechy poskramiania przez metropolię zbuntowanej guberni. Dodajmy jeszcze, że powołanie Grupy było efektem zniecierpliwienia Angeli Merkel ślamazarnością unijnych procedur – należało stworzyć gremium mogące niejako „wyręczać” oficjalne struktury, które następnie jedynie nadają powziętym zakulisowo decyzjom pozór praworządności.

Tyle, jeśli chodzi o kwestie stricte polityczne, natomiast od strony gospodarczej „zjednoczona Europa” zamienia się w imperium kolonialne Niemiec. Imperium o tyle wygodniejsze do kontrolowania i dyscyplinowania, że kolonie nie znajdują się na drugim końcu świata, lecz leżą tuż pod bokiem. Narzędziem dominacji jest tu oczywiście waluta euro napędzająca niemiecką produkcję i eksport, oraz zarzynająca jednocześnie konkurencyjność gospodarek słabiej rozwiniętych – zwłaszcza południa Europy. W efekcie stają się one rynkiem zbytu dla niemieckich towarów, które kupują – jak Grecja – na kredyt. Gdy zaś kredytów nie są już w stanie spłacać, następuje przejęcie składników majątku narodowego. Kraje pozostające poza strefą euro są eksploatowane w inny sposób – inwazja banków, wielkich koncernów połączona z transferowaniem zysków za granicę, czy eksploatacją miejscowej siły roboczej, to tylko część metod. Oczywiście, jak w każdym imperium pojawiają się czynniki destabilizujące, odśrodkowe, niemniej patologiczne uzależnienie Europy od stanu niemieckiej gospodarki (co obserwujemy również w Polsce), pozwala stwierdzić, że narodziny IV Rzeszy stały się faktem i twór ten – w pesymistycznym wariancie – będzie istniał tak długo, dopóki nie wyssie wszystkich sił witalnych z reszty kontynentu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2135-pod-grzybki-13

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (22-28.07.2015)

sobota, 25 lipca 2015

Grecja na sprzedaż

W eurozonie jest euro za wejście, a dwa za wyjście.

Nie ma to jak niemiecka konsekwencja. Już w 2010 padła ze strony Berlina propozycja wyprzedaży greckich wysp (mówiono również o prywatyzacji Akropolu), co wówczas w Atenach odrzucono z oburzeniem. Minęło kilka lat i proszę – słowo stało się ciałem. Wielka Trójka (MFW, Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny) tak usilnie „pomagała” Grecji, aż ta stoczyła się na samo dno kredytowego uzależnienia. Mechanizm był prosty – udzielano kolejnych pożyczek na spłatę poprzednich tak długo, aż pętla kredytowa ostatecznie zacisnęła się na gardle. Obecnie Grecja jako niepodległe państwo nie istnieje – mamy do czynienia z kondominium zarządzanym zdalnie przez wspomnianą Trójkę, a w roli syndyka masy upadłościowej występują Niemcy, które nawiasem mówiąc, znakomicie się z tym czują. Na tyle znakomicie, by podejrzewać, iż greckie bankructwo było scenariuszem o który od początku Berlinowi chodziło – wejdź do strefy euro, zadłużaj się ile wlezie, a potem wykupimy cię za bezcen.

Taka właśnie jest istota „funduszu prywatyzacyjnego”, który ma zarządzać greckimi aktywami o łącznej wartości 50 mld euro. Co się w nim znajdzie? Wszystko co da się spieniężyć: koleje, lotniska, porty, wyspy, poczta, firmy energetyczne, rafinerie – słowem, klasyczna licytacja bankruta. Za projektem stoi niemiecki minister finansów, Wolfgang Schauble, który zresztą forsował go od dawna. Już na początku greckiej plajty Niemcy postulowały, by kwestie podatków i wydatków budżetowych powierzyć specjalnemu komisarzowi dysponującemu prawem weta wobec finansowych decyzji rządu w Atenach. Teraz naciskani Grecy zobowiązali się podnieść VAT, więc i to się spełniło – Grecja de facto straciła kontrolę nad polityką fiskalną. Ponadto greckie długi miałyby zostać zabezpieczone np. ziemią i akcjami greckich przedsiębiorstw. Natomiast Jean-Claude Juncker mówił: „Suwerenność Greków będzie znacznie ograniczona. Muszą być przygotowani, że cudzoziemcy będą pomagali im decydować, jak radzić sobie z prywatyzacją”. Jak widać, co się odwlecze, to nie uciecze – eurogrupa ustaliła, że Grecja w zasadzie stanie się niemiecką kolonią.

W żargonie eurokratów funkcjonuje określenie: „duszenie w ciemnym pokoju”. Oznacza ono tzw. „twarde negocjacje” i takie właśnie „duszenie” greckiego premiera miało miejsce na ostatnim szczycie. Tsiprasowi udało się osiągnąć jedynie tyle, że siedziba funduszu będzie w Atenach i formalnie nadzorować będą go Grecy, pierwotnie bowiem Schauble żądał, by fundusz mieścił się w Luksemburgu, zaś pieczę nad nim miała sprawować Instytucja na Rzecz Wzrostu należąca do niemieckiego państwowego banku KfW, w którym Schauble pełni funkcję przewodniczącego rady dyrektorów. Nie łudźmy się jednak – to tylko parawan, żeby uniknąć zbędnej ostentacji – i tak o wszystkim decydować będzie Wielka Trójka i Niemcy, tym bardziej że wprost ustalono, iż grecki zarząd pozostanie „pod nadzorem instytucji europejskich”. Czyli mamy odpowiednik cywilnoprawnej instytucji ubezwłasnowolnienia – metodę tę stosowano niegdyś wobec notorycznych utracjuszy i jak widać, powraca ona do łask w makroskali.

Zastanawiam się, dlaczego SYRIZA nie decyduje się na „Grexit”. Na co jeszcze liczą w Atenach? Przecież po wdrożeniu planu prywatyzacyjnego Grecy staną się współczesnymi Helotami, bo po ich majątek narodowy już ustawia się kolejka chętnych. Do tego, jedna czwarta z owych 50 mld ma zostać przeznaczona na bliżej niesprecyzowane „inwestycje”. Kto będzie te inwestycje realizował i na nich zarabiał? Jak pisywał Kisiel – zgadnij, koteczku... Cóż, Romano Prodi stwierdził niegdyś w przypływie szczerości, że euro nie jest projektem ekonomicznym, lecz politycznym – wymuszać ma „pogłębienie integracji”, czytaj – pozbawienie suwerenności krajów członkowskich na rzecz brukselskiej „metropolii”. W międzyczasie okazało się, iż wspólna waluta jest znakomitym narzędziem utrwalania gospodarczej i politycznej hegemonii Niemiec na kontynencie – głównie kosztem krajów Południa. Już to pisałem na tych łamach, ale powtórzę – w eurozonie jest euro za wejście, a dwa za wyjście. Najprawdopodobniej więc Greków powstrzymuje coś, czego tylko możemy się domyślać – na przykład to, co naszym „euroentuzjastom” każe popychać Polskę w otchłań eurolandu. Rozmaite klientelistyczne uwikłania elit uzależnionych od obcych centrów decyzyjnych nie są wyłącznie polską specyfiką – to cecha wspólna kolonializmu i przykład Grecji znakomicie to obrazuje. Węgry przed epoką Orbana były na skraju podobnego rozwoju wydarzeń, tyle że w odróżnieniu od Grecji nie miały euro, więc dysponowały większą możliwością manewru, a wierzyciele mniejszymi możliwościami nacisku. No i sam Orban ulepiony chyba został z twardszej gliny.

Na koniec przytoczę coś w rodzaju memento. „Rzeczpospolita” opisując kilka lat temu grecką tragedię zamieściła znamienny cytat z tamtejszej prasy: „Tak wygląda współczesny rozbiór kraju. Nie trzeba armat. Teraz greckie wyspy, potem czeskie Sudety albo polski Śląsk". Ano właśnie...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 29-30 (17-30.07.2015)

wtorek, 21 lipca 2015

Witamy w Atenach

Na grecką drogę prowadzącą wprost do Aten wprowadził nas nie kto inny, tylko właśnie Platforma ośmioma latami swoich rządów.

I. Tonący Grecji się chwyta

„Tonący brzydko się chwyta” - stwierdził niegdyś Słonimski i ta stara prawda jak ulał pasuje do idącej powoli acz nieuchronnie na dno Platformy. Ostatnie rozpaczliwe „przekazy dnia” kazały mówić wszystkim ludziom obozu władzy, że po zrealizowaniu postulatów gospodarczych PiS ogłoszonych na niedawnej konwencji programowej „Polskę czeka grecki scenariusz”. Mówią tak, co charakterystyczne, nie tylko członkowie gabinetu Ewy Kopacz, ale dokładnie wszyscy poputczicy Obozu Beneficjentów III RP włącznie z takimi tytanami myśli ekonomicznej jak Kazimierz Marcinkiewicz (z zawodu nauczyciel fizyki, któremu na otarcie łez PiS załatwił posadę w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju), czy Misiek Kamiński, który jadł chleb z tylu politycznych pieców, że w efekcie spasł się niczym prosię.

Mnie już nawet nie chce się oburzać na faryzeizm i zakłamanie partii rządzącej od ośmiu lat Polską. Był czas przywyknąć do obłudy, do przypisywania politycznym przeciwnikom niecnych zamiarów i intencji, które Platforma sama bez skrępowania wcielała w życie. Przykładowo, za dwuletniego okresu „IVRP” Polska miała stać się państwem policyjnym, ze wszechobecną inwigilacją. Tymczasem to za rządów PO pobiliśmy europejski rekord w podsłuchiwaniu obywateli, co potwierdziła w swych raportach zarówno Komisja Europejska, jak i Naczelna Rada Adwokacka. Inny przykład – Jarosław Kaczyński wykreowany został na małostkowego, mściwego człowieczka, opętanego żądzą rewanżu za wszystkie prawdziwe i urojone upokorzenia. Czyżby? Oto jak dowiedzieliśmy się niedawno z utrwalonych na taśmach pogwarek z udziałem Ryszarda Kalisza i Aleksandra Kwaśniewskiego, to nikt inny jak Donald Tusk jest „rudy i mściwy”, co potwierdza zresztą historia Piotra Staruchowicza „Starucha” - osobistego więźnia Donalda Tuska przetrzymywanego na Rakowieckiej długimi miesiącami bez postawienia zarzutów. Powód? Lider kibiców „Legii” był autorem hasła „Donald, matole, twój rząd obalą kibole”.

II. Platforma prowadzi nas do Grecji

Podobnie jest z lansowaną obecnie tezą, że PiS urządzi nam tu drugą Grecję. Pomijam już fakt, że PO - w odróżnieniu od opozycji - przez osiem lat nie dorobiła się własnego programu, a premier Ewa Kopacz po raz kolejny spektakularnie się ośmieszyła, twierdząc, że „programu nie napisze partyjny kolektyw”, tylko „Polacy”. Owo „pisanie” polega na podchwytywaniu postulatów zgłaszanych przez ludzi, którzy mieli nieszczęście zostać zdybani przez panią premier podczas kolejowych peregrynacji po kraju. Po pierwsze – skoro program mają tworzyć zwykli ludzie, a nie politycy, którym teoretycznie właśnie za to się płaci, to po co nam system partyjny? Oddajmy po leninowsku władzę kucharkom i nie zawracajmy sobie głowy ugrupowaniami politycznymi. Po drugie – ów „program” pisany przez „obywateli” sprowadza się, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, do wysuwania rozmaitych roszczeń. Tak było w przypadku turnusów rehabilitacyjnych o które upomniała się matka niepełnosprawnego dziecka i słuchacze Uniwersytetu Trzeciego wieku. „-To ja mówię: dobrze, nie będzie rezerwy prezesa NBP na takim poziomie, tylko o 20 mln mniej, a te pieniądze przeznaczę na turnusy rehabilitacyjne” - oznajmiła Kopacz. No i proszę – okazuje się, że pieniądze jednak są. I zapewne są to te same pieniądze, których „nie ma” na realizację programu PiS. „A pula nie jest do kradzieży, pula się cała nam należy” - jak pouczał Deptałę towarzysz Szmaciak.

Ale, jak wspomniałem, już mniejsza o to. Rzecz w tym, że na grecką drogę prowadzącą wprost do Aten wprowadził nas nie kto inny, tylko właśnie Platforma ośmioma latami swoich rządów. Jedną z głównych przyczyn greckiej tragedii było nadmierne, kumulujące się latami zadłużenie. W 2007 roku, gdy PO obejmowała władzę, polski dług publiczny wynosił nieco ponad 500 mld zł, obecnie zaś przekroczył bilion złotych, a prawdopodobnie jest jeszcze wyższy, jeśli uwzględnić kwoty wypchnięte na papierze poza zobowiązania Skarbu Państwa. Czyli ekipy Tuska i Kopacz zadłużyły Polskę na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie rządy po '89 roku razem wzięte, a koszt obsługi zadłużenia wynosi mniej więcej równowartość wpływów z PIT. Taka jest część ceny za „ciepłą wodę w kranie”. Przypomnę tu historię z 2013 roku – otóż Rostowski tak „wyliczył” budżet państwa, że już w lipcu trzeba było go na gwałt nowelizować, bo zabrakło 24 mld złotych – wyczerpano po prostu cały zaplanowany deficyt i trzeba było zawiesić 50-procentowy „próg ostrożnościowy” oraz dopożyczyć brakujące pieniądze na rynkach, emitując nowe obligacje. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że rok wcześniej wysupłaliśmy 5,8 mld euro, by dorzucić się do kredytu ratunkowego MFW udzielonego Grecji – czyli w praktyce zrzuciliśmy się na ratowanie niemieckich banków, które „umoczyły” w greckich papierach dłużnych. A 5,8 mld euro po ówczesnym kursie, to właśnie ok. 24 mld złotych, których zabrakło w budżecie na rok 2013... Takie to, proszę Państwa, jest „gospodarzenie”.

III. Grecko – polskie analogie

Idźmy dalej. Kolejną przyczyną greckiego kolapsu była niska ściągalność podatków. U nas jest podobnie, złudzeń co do tego nie pozostawia ostatni raport MFW przygotowany na zlecenie Ministerstwa Finansów. Zacytujmy fragment: „Łączna wydajność poboru podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT), podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) oraz podatku od towarów i usług (VAT) w Polsce osiągnęła wysokość około 16 punktów PKB w 2008 r. i spadła do 14 punktów w 2009 r. Przez kilka lat wydajność poboru podatków była stabilna, ale w 2013 r. spadła do 13,1 punktów; projekcja na rok 2014 wynosi 13,5 punktów PKB”.

W kontekście Grecji mówi się też o rozdętej administracji państwowej, zajmującej się Bóg wie czym. A u nas? Tylko w latach 2007-2011 liczba urzędników wzrosła o 90 tys. Koszta? W tym roku na pensje urzędnicze zostanie wydanych 28,14 mld zł – o 447 mln zł więcej niż w 2014. Ogółem w sektorze publicznym pracuje 3 mln osób, czyli 1/5 wszystkich pracujących Polaków, a koszt obsługi wynosi od 80 mld zł (dane GUS) do 93 mld (dane Fundacji Republikańskiej).

W tym miejscu trzeba wspomnieć o swoistym generatorze długu, jakim są fundusze europejskie – nikt o tym nie mówi, bo to niepoprawne politycznie, a szkoda. Otóż, by skorzystać z dobrodziejstw unijnego dofinansowania, trzeba mieć „wkład własny”. A skąd ów wkład wziąć? Proste – z kredytu. Skąd kredyt? Z zagranicznych banków, bo własnych nie mamy. Jeżeli dodamy presję, która towarzyszy wykorzystywaniu unijnych pieniędzy, to wychodzi, że i tu może być wcale nie najmniejszy powód rosnącego zadłużenia zarówno rządów, jak i struktur samorządowych. Czekam, aż ktoś to rzetelnie policzy i odkryje nam owego słonia w finansowej menażerii.

Do bankructwa Grecji przyczyniły się arcykosztowne igrzyska olimpijskie w Atenach. My też coś takiego mieliśmy – Euro 2012, które – no właśnie, nie wiadomo ile nas finalnie kosztowało, gdyż część inwestycji... wciąż jest w realizacji. Wiadomo jedynie, że koszty stadionów znacząco przekroczyły pierwotne założenia, podobnie jak budowa autostrad. Inwestycje na Euro, które miały być impulsem rozwojowym poskutkowały falą bankructw i kryzysem w branży budowlanej – tylko do listopada 2012 upadły 233 przedsiębiorstwa budowlane – o 80% więcej niż w 2011. Niedawno krakowscy platformersi chcieli nas uszczęśliwić olimpiadą zimową – całe szczęście, że „centusie” zdroworozsądkowo popukali się w czoło i odrzucili ten pomysł w referendum.

IV. Czekając na Orbana

Można by tak wymieniać grecko-polskie analogie jeszcze długo – bezrobocie wśród młodych, rozmiary szarej strefy, a nawet to, że Grecja praktycznie aż do krachu chwaliła się „zielonym” wzrostem gospodarczym. Tak, drodzy Państwo – gdy Tusk z dumą prezentował mapę Europy z polską „zieloną wyspą”, to drugim „zielonym” państwem była Grecja właśnie. Chwilę potem zbankrutowała – tyle, jeśli chodzi o miarodajność fetyszyzowanego wskaźnika PKB.

Jednak tak naprawdę jesteśmy w sytuacji może nie tyle Grecji, ile Węgier pod koniec rządów Ferenca Gyurcsány'ego - tego, który kłamał „rano, nocą i wieczorem”. Kłamał, zadłużając i wyprzedając Węgry do ostatniej koszuli, oddając swój kraj na kolonialny żer międzynarodowemu grandziarstwu, za co zyskiwał poklask w Brukseli i innych europejskich stolicach. Brzmi znajomo? O długach już mówiłem, wspomnijmy więc jeszcze dla porządku o próbach prywatyzacji Lasów Państwowych – i to nie tylko ze względu na żydowskie roszczenia majątkowe. Spokojna głowa – na tym kąsku pożywiliby się także inni.

Węgry w ostatniej chwili uciekły spod gilotyny - i stąd też pewnie wściekłość grandziarzy, którzy już przebierali nogami w blokach startowych, by przejąć węgierską masę upadłościową. Węgrzy mieli Orbana. Czy ekipa PiS – Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, Beata Szydło okażą się polskim „zbiorowym Orbanem”? Oby, bo naprawdę niewiele już brakuje, by podobna gilotyna dokonała naszej gospodarczej i państwowej dekapitacji.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2081-pod-grzybki-12

ilustracja: Budyń78

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (15-21.07.2015)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Grecja jak Islandia?

W „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury.

„Wierzyciele przystawili Grecji pistolet do piersi” - utrzymane w tym tonie komentarze obiegły niedawno media, kiedy to ważyły się losy spłaty kolejnej raty greckich zobowiązań wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego i uzależnione od tego uruchomienie następnej transzy pomocowej. Wierzyciele z MFW i krajów strefy euro żądają dalszych cięć budżetowych i „reform” sprowadzających się de facto do wyprzedaży greckiego majątku narodowego i zwiększonego fiskalizmu. Ogółem Grecja ma w czerwcu spłacić do MFW ok. 1,55 mld euro, transza pomocowa wynieść ma 7,2 mld euro – inaczej Grecja zbankrutuje. Tymczasem Grecja już jest bankrutem, tylko nikt nie chce tego głośno powiedzieć w obawie przed polityczno-gospodarczymi perturbacjami. Nie ma co się oszukiwać – te wszystkie „transze pomocowe” są jedynie galwanizowaniem zdechłej żaby – jedną ręką dajemy, drugą zabieramy, zaś grecki budżet jest jedynie przepompownią pieniędzy. Grecki dług publiczny wynosi ponad 320 mld euro, co stanowi 175% tamtejszego PKB. W samym 2015 Grecja musi zwrócić 20 mld. Ogółem w latach 2010 – 2014 do Grecji trafiło 240 mld euro kredytów pomocowych, które Grecja musi zwrócić – z czego 30 mld należy do MFW, 53 mld do krajów strefy Euro, zaś 141 mld do Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, do tego dochodzi jeszcze „Greek Loan Facility” z wcześniejszej fazy kryzysu, na którą to linię kredytową złożyły się kraje eurogrupy.

Trzeba jasno powiedzieć – grecki dług jest nie do spłacenia i jeśli nic się nie zmieni, kraj ten stanie się wiecznym „chorym człowiekiem Europy”, wstrząsanym rozlicznymi ekonomiczno-społecznymi paroksyzmami. Zabójcza na dłuższą metę jest również polityka narzucana przez MFW, zawsze wg jednego wzoru – zwiększone podatki i cięcie wydatków we wszelkich możliwych obszarach, co w efekcie prowadzi do zamrożenia gospodarki. Przypomnijmy, że MFW podobnych „reform” oczekiwał od Węgier, te zaś poszły odmienną drogą, dziękując Funduszowi za współpracę. Dziś ten sam MFW nie może się nachwalić, jak orbanowskie Węgry wychodzą z kryzysu.

Owszem, Grecji nikt nie kazał zadłużać się ponad miarę, czy organizować olimpiady w 2004, należy jednak zwrócić uwagę na okoliczności. Po pierwsze - motywowane politycznie przyjęcie tego kraju do strefy euro, które nie powinno mieć miejsca (np. Goldman Sachs pomagał Grecji maskować zadłużenie swapami walutowymi). Po drugie – unijne fundusze, przedstawiane jako dobrodziejstwo, wymuszają na rządach partycypowanie w kosztach, co napędza spiralę zadłużenia. Po trzecie – euro silniejsze od drachmy stało się hamulcowym eksportu, przyczyniło się zaś do zwiększania importu, np. z Niemiec, który zresztą kredytowany był hojnie przez niemieckie instytucje finansowe w ramach poszerzania rynków zbytu.

W kontekście powyższego warto przypomnieć casus Islandii sprzed kilku lat. Po uderzeniu kryzysu finansowego w 2008 tamtejszy rząd początkowo starał się „ratować” banki – podobnie jak czyniły to inne kraje - i żebrał gdzie się da o pożyczki, by w końcu pod społeczną presją (nowe wybory, referendum przeciw „ustawie kompensacyjnej”), odmówić spłacania bankowych długów z publicznych pieniędzy. Banki zostały objęte wpierw zarządem komisarycznym (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie... przekazano bankrutów wierzycielom, wraz z bólem głowy. Pomoc publiczną skierowano do zwykłych ludzi – pod postacią np. zwrotu bankowych depozytów, czy umorzenia długów hipotecznych powyżej 110% wartości nieruchomości. Do tego w 2010 islandzki Sąd Najwyższy uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne. Ostatecznie, po reformach, pożyczce w wysokości 6 mld dolarów, Islandia wyszła na prostą zbijając deficyt z 13,5% do 2% PKB, bezrobocie do 5% i notując kilkuprocentowy wzrost gospodarczy.

Czy powyższy wariant możliwy jest w Grecji? Są istotne różnice – Islandia ma własną walutę, którą może zdewaluować, nie jest członkiem UE, zaś jej problemy wynikały z prywatnego długu banków (choć rząd Wlk. Brytanii, której instytucje finansowe „umoczyły” w islandzkich bankach, naciskał na jego „upublicznienie”). Wierzycielami Grecji są obecnie państwa, bowiem kraje strefy euro dokonały swoistej „nacjonalizacji” wierzytelności przejmując je od swych instytucji finansowych. Według brytyjskiego think tanku Open Europe 60% greckiego długu należy do państw strefy euro, 10% do MFW, 6% do Europejskiego Banku Centralnego, 3% do greckich banków, 1% do banków zagranicznych. Jedynym ratunkiem więc pozostaje oficjalne ogłoszenie bankructwa, powrót do drachmy i jej dewaluacja – czyli słynny „grexit”. To jest jednak czarny sen Niemiec, bojących się reakcji łańcuchowej obejmującej całe południe Europy, więc starają się do takowego scenariusza nie dopuścić wszelkimi sposobami. Wychodzi więc na to, że w „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury. Trawestując znane rosyjskie powiedzonko – tutaj jest euro za wejście i dwa za wyjście.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2014/03/a-tymczasem-na-islandii.html

 

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (12-18.06.2015)