Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dług publiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dług publiczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2019

Dług publiczny vs. dług prywatny

Warto przypomnieć słownikowe znaczenia pojęcia „austerity” - oznacza ono „prostotę” i „surowość”, ale w drugim znaczeniu również „niedostatek” i „biedę”.

Porozmawiajmy sobie dziś o arcyciekawym procesie przebiegającym na naszych oczach: konwersji długu publicznego na dług prywatny. Jak się to odbywa? Otóż po kryzysie finansowym 2008 r. międzynarodowe gremia i instytucje w rodzaju Banku Światowego czy MFW uznały, że przyczyniła się do niego m.in. rozrzutność państw. Zarządzono zatem politykę austerity, oznaczającą „ekonomię zaciskania pasa” i mającą na celu redukcję deficytów budżetowych oraz trzymanie w ryzach długu publicznego. Jej namiastkę przerobiliśmy w pewnym momencie na własnej skórze, gdy Polska została objęta procedurą nadmiernego deficytu, co przełożyło się na np. zamrożenie płac w sferze budżetowej i oszczędności w sektorze publicznym. Lapidarnie ujął to ówczesny minister finansów Jacek Rostowski w słynnym zdaniu: „piniędzy nie ma i nie będzie”. Pokłosiem tego „programu naprawczego” są niedawne strajki policjantów, lekarzy, nauczycieli, a za rogiem do protestów szykują się kolejne grupy zawodowe „budżetówki”. Rzecz jasna, Polska nie była jedyna – podobne obostrzenia zaordynowały również rządy innych europejskich państw. Wszędzie cięto wydatki sektora publicznego i redukowano programy społeczne, co najboleśniej odczuły kraje południa Europy ze szczególnym uwzględnieniem Grecji, której „trojka” (Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy) przystawiła pistolet do głowy, wymuszając drakońskie cięcia i prywatyzację wszystkiego co się rusza.

Jednocześnie w tym samym czasie amerykański FED i EBC na potęgę wdrażały politykę „luzowania ilościowego” wpompowując w sektor finansowy nieprzytomne miliardy dolarów i euro. Założenie było takie, że pieniądze te trafią do realnej gospodarki, chociażby w postaci kredytów na inwestycje, pobudzając wzrost. Jak wiemy, nic takiego nie nastąpiło – zamiast tego rynek finansowy spuchł od nadmiaru wolnego pieniądza, nadymając kolejną, gigantyczną bańkę, która, jak wieszczy wielu ekonomistów, wkrótce pęknie z takim hukiem, że krach z końca 2008 r. będziemy traktować jak niewinne preludium do prawdziwej, globalnej katastrofy. Zresztą, na zdrowy rozum – jeżeli koncernom przemysłowym (np. samochodowym) bardziej od inwestowania we własnej branży opłaca się zakładać banki i rzucić się w wir spekulacji finansowych, to gołym okiem widać, że coś jest głęboko nie w porządku. Oznaką powyższego jest chociażby anemiczny wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej, świadczący o tym, że kryzys przeszedł w fazę permanentną, a góry pieniędzy futrujące finansistów okazały się „w realu” zaledwie plasterkiem, doraźnie tylko łagodzącym dolegliwości. Na gorzką ironię zakrawa przy tym fakt, że na „luzowaniu” zyskali przede wszystkim ci, którzy doprowadzili do kryzysu i beztrosko szykują nam kolejną zapaść.

Ale jeden z celów został w znacznej mierze osiągnięty – faktycznie, „zaciskanie pasa” zdyscyplinowało budżety, a wszelkie próby poluzowania takiego podejścia spotykają się z gniewnymi reakcjami, co właśnie obserwujemy na przykładzie konfliktu Włochy – Komisja Europejska. Jednak ten kij ma dwa końce – ograniczenie państwowych wydatków odbiło się na wzroście gospodarczym, a koszta cięć ponieśli zwykli obywatele. Niedawno organizacja Human Right Watch zaalarmowała, że w Wlk. Brytanii rośnie liczba... niedożywionych dzieci. Ponadto, w zasadzie na całym kontynencie dramatycznie kurczy się sektor usług publicznych – służba zdrowia, edukacja, transport, bezpieczeństwo publiczne (niedofinansowana policja), pomoc społeczna itp.

I tu dochodzimy do sedna. Bowiem państwa, redukując wydatki, bynajmniej nie zmniejszyły podatków, których gros po staremu obciąża relatywnie mniej zamożne warstwy społeczne w ramach „regresywnego systemu podatkowego” z najbardziej dolegliwymi podatkami pośrednimi (VAT, akcyza) na czele. To zaś wymusza na gospodarstwach domowych zadłużanie się – i to bynajmniej nie na „rozrzutną” konsumpcję, lecz na podstawowe potrzeby. Jeżeli nie ma porządnej opieki zdrowotnej, szkoły czy transportu zbiorowego, to nie ma siły – trzeba brać kredyt na leczenie, edukację czy własny samochód. W ten oto sposób rządy walcząc z deficytami, skrycie „sprywatyzowały” zadłużenie, przerzucając je na ludzi. Brak wydatków państwa oznacza po prostu większe wydatki obywatela, bo leczyć się, uczyć i dojechać z punktu „A” do punktu „B” zwyczajnie trzeba. Tak oto odbywa się wspomniana na wstępie konwersja długu publicznego na dług prywatny. Tyle, że budżet domowy nie ma porównywalnego z państwem pola manewru – nie może chociażby kreować pieniądza, wskutek czego jest bardziej narażony na wszelkie zawirowania, co bardzo szybko odbija się na jego kondycji, w skrajnych przypadkach prowadząc do bankructwa. A potem świat dziwi się skąd się biorą na ulicach „żółte kamizelki” - przecież wskaźniki „makro” są w porządku... Cóż, na zakończenie warto przypomnieć słownikowe znaczenia pojęcia „austerity” - oznacza ono „prostotę” i „surowość”, ale w drugim znaczeniu również „niedostatek” i „biedę”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ludzka polityka monetarna

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26-27 (28.06-11.07.2019)

niedziela, 28 stycznia 2018

Nowoczesna Teoria Pieniądza

rząd nie potrzebuje do wydatkowania uprzedniej wpłaty podatku i nie jest ograniczony w swoich wydatkach wpływem z podatków, ponieważ to rząd tworzy pieniądz „at will” (dowolnie)

Co było pierwsze – jajko, czy kura? To odwieczne zagadnienie nasunęło mi się w związku z zeszłotygodniowym felietonem dotyczącym BDP, czyli Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego, który wolę określać mianem „dywidendy obywatelskiej”. Postawiłem tam tezę, że jedynym racjonalnym argumentem przeciw wprowadzeniu tego rozwiązania jest groźba bankructwa finansów publicznych, niezdolnych do udźwignięcia takiego ciężaru. Tyle, że... wszystko zależy od punktu widzenia. Obecnie powszechnie przyjmowany jest pogląd, że państwo finansuje swoje wydatki ze ściąganych podatków, ewentualnie zadłużając się, które to zadłużenie i tak w jakiejś perspektywie czasowej musi spłacić podatkami swoich obywateli, bądź zaciągając kolejne długi i „rolując” stare. A więc – „kura”, czyli budżet państwa, potrzebuje do wyklucia się „jajka” w postaci „zewnętrznych” źródeł finansowania. Tak jest np. w przypadku programu „Rodzina 500+” na który pieniądze znalazły się w dużej mierze dzięki poprawie ściągalności danin publicznych. A gdyby tak podejść do sprawy inaczej? Wszak, przynajmniej w teorii, to właśnie państwo poprzez bank centralny jest emitentem waluty. A zatem NAJPIERW dochodzi do kreacji pieniądza, który jest następnie ściągany z rynku pod postacią podatków. Innymi słowy, trzymając się początkowego dylematu, to jednak państwowa „kura” wpierw musi znieść „jajko” - czyli pieniądz.

Takie postawienie sprawy charakterystyczne jest dla Nowoczesnej Teorii Pieniądza (NTP, w oryginale – Modern Money Theory, MMT), która od kilku ładnych lat konsekwentnie wydobywa się z ekonomicznej niszy (w USA głównym ośrodkiem naukowym NTP jest Levy Institute) i coraz częściej gości na opiniotwórczych salonach – niestety, nie w Polsce, choć w internecie dostępne jest opracowanie prof. Tomasza GruszeckiegoProblemy z rozumieniem współczesnego pieniądza” do którego (m.in.) będę odwoływał się w niniejszym felietonie. Ten wielowątkowy nurt zasadza się m.in. na idei „chartalizmu” (od łac. „charta” - znak, symbol) i głosi, że pieniądz jest środkiem transakcji narzuconym przez państwo, które zarazem jest jedynym jego źródłem. Nie ma wartości sam w sobie, co najwyżej może być jej miernikiem, a jego powszechność wynika z przymusu uiszczania w nim podatków. A zatem pieniądz jest we współczesnym świecie z gruntu umownym papierkiem (Fiat Money), gwarantowanym przez rząd. Jest też zarazem zobowiązaniem IOY (I Owe You) np. podatkowym, które znika wraz z uiszczeniem daniny. Więcej – po zapłaceniu podatku „znika” również sam pieniądz.

Idąc dalej – emitowane przez rząd pieniądze („pieniądz zewnętrzny” - outside money) rozchodzą się po gospodarce, obsługują ją i wracają w postaci podatków. Dopiero na ich podstawie banki kreują poprzez kredyty „pieniądz wewnętrzny” („inside money”), również mający charakter zobowiązania IOY.

Co z powyższego wynika? Ano to, że państwo nie jest co do zasady ograniczone jeśli chodzi o emisję pieniądza. Deficyt, czyli sytuacja, gdy państwo więcej wydaje niż ściąga w podatkach oznacza zarazem zasilenie krajowej gospodarki – rządowe „pasywa” są zarazem „aktywami” sektora prywatnego. Z kolei nadwyżka oznacza, że rząd ściągnął więcej pieniądza, niż „wpuścił” go do gospodarki. A zatem rząd nie jest od gromadzenia pieniędzy, lecz od ich wydawania. Co więcej – dopóki rząd zadłuża się we własnej walucie, nie może zbankrutować. Problem pojawia się dopiero przy zadłużaniu się w walutach obcych. Prof. Gruszecki pisze: „wbrew potocznym przekonaniom, rząd nie potrzebuje do wydatkowania uprzedniej wpłaty podatku i nie jest ograniczony w swoich wydatkach wpływem z podatków, ponieważ to rząd tworzy pieniądz „at will” (dowolnie)”.

Oczywiście wszystko powyższe podlega prawidłom zdrowego rozsądku – należy chociażby unikać nadmiernej inflacji, choć i tu w gestii państwa pozostają środki zaradcze. „Nawis inflacyjny” można ściągnąć w postaci podatków, czy emitując obligacje, skłaniając ludzi do zamiany gotówki na papiery wartościowe. Jeżeli jednak założenia MMT dobrze opisują rzeczywistość ekonomiczną, to dług publiczny i deficyt stają się nie tyle ograniczeniami, co instrumentami kreowania polityki gospodarczej – nie jest więc tak, że „nie da się” sfinansować potrzeb.

Podkreślmy jeszcze raz podstawowy aspekt: rząd musi zadłużać się we własnej walucie, bo wtedy to właśnie w niej może spłacać zobowiązania. Gdy mamy do czynienia z taką sytuacją, to możemy mówić o „pieniądzu suwerennym”. Doskonałym tego przykładem jest polityka finansowa Stanów Zjednoczonych – zresztą, to właśnie na bazie obserwacji amerykańskich realiów sformułowano MMT. Dlaczego Rezerwa Federalna mogła sobie pozwolić na „luzowanie ilościowe”? Ano, właśnie dlatego: bo skupowane obligacje opiewały na dolary. Innym przykładem może być Japonia – kraj z gigantycznym długiem, lecz emitowanym w jenach i znajdującym się w ogromnej większości w rękach japońskich inwestorów.

A wniosek dla nas? Trzymajmy się złotówki. Nigdy nie wiadomo, do czego może nam się przydać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

BDP, czyli dywidenda obywatelska

Wirtualny pieniądz i realny dług

Ukrócić bankową kreację pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 04 (26.01-01.02.2018)

niedziela, 21 lutego 2016

„500 plus” - czyli apokalipsa

Oni się zwyczajnie boją, że to się może udać, a Polska się nie zawali. I okaże się, że jednak można.

Rząd Beaty Szydło ogłosił program „Rodzina 500 plus” i zabrzmiał dźwięk trąby zwiastujący Apokalipsę. Tak przynajmniej można by wnosić z medialnych doniesień, wypowiedzi opozycyjnych polityków, tudzież telewizyjnych specjalistów od wszystkiego. Rekordy pobili Ryszard Petru do spółki z Platformą - jeszcze niedawno prorokowali, że inicjatywa PiS jest receptą na „drugą Grecję”, by następnie – zapewne po jakimś przyśpieszonym kursie wrażliwości społecznej – domagać się wielkim głosem świadczeń nie tylko na „drugie i kolejne”, lecz także zniesienia kryterium dochodowego na pierwsze dziecko. Mamy więc sytuację następującą: wdrożenie rządowego programu jest klęską, bo doprowadzi Polskę do bankructwa, ale zarazem spodziewany krach należy przyśpieszyć obejmując świadczeniami wszystkie dzieci, może nawet po 18 roku życia, bo jak już osiągną pełnoletność – to co wtedy? Ot, logika.

Przy okazji wyroiła się chmara nagle objawionych Katonów dyscypliny finansowej państwa. Tych samych, którzy patrzyli starannie w innym kierunku, gdy PO kradła z OFE ponad 153 mld zł, by na papierze zbić jawny dług publiczny metodą powiększenia długu ukrytego – bo do tego sprowadzała się ta operacja. Przed „reformą” dług publiczny wynosił 945 mld zł, po przelaniu pieniędzy z OFE zmalał do 844 mld, dziś zaś wynosi... prawie 969 mld. zł. Środków z OFE starczyło na dwa lata. Na co poszły? Dobre pytanie. Na co poszły pieniądze z kumulujących się przez 8 lat rządów PO deficytów, w efekcie których zadłużyliśmy się na niemal drugie tyle co przez wszystkie poprzednie lata po '89 roku? To również doskonałe pytanie. Gdzie byli ci, co biją dziś na alarm, gdy z roku na rok powiększała się dziura w ściągalności VAT aż do poziomu 53 mld. zł – czyli sumy przekraczającej przeciętny deficyt budżetowy z ostatnich lat? A czy rozdzierali szaty, gdy docierały do nas kolejne raporty „Global Financial Integrity” o skali wyprowadzania z Polski kapitału?

Nie rozdzierali szat. Najwyraźniej Polskę na to było stać. Stać nas było, by nie ściągać skutecznie podatków, zadłużać państwo, bezproduktywnie przejadać pieniądze – zarówno te pożyczone, jak i „przeniesione” z funduszy emerytalnych. Mogliśmy sobie pozwolić, by patrzeć przez palce na systematyczne drenowanie Polski z kapitału. Ba – stać nas było, by wielkopańskim gestem dorzucić się do pomocy dla Grecji, czyli w praktyce dla banków, które „umoczyły” w greckich papierach dłużnych. Ostatnio zaś okazuje się, że stać nas na miliard euro linii kredytowej dla Ukrainy – też na „wieczne nieoddanie”. Tu również nie było protestów, choć zrobił to już „niesłuszny” rząd PiS. Najwyraźniej skądś wiadomo, że pomocy dla „bratniej” Ukrainy czepiać się nie należy. Ale nie – to program „500 plus” będzie przyczyną plajty państwa. Na to nas nie stać.

Na co jeszcze nas nie stać? Nie stać nas na podniesienie kwoty wolnej od podatku sytuującej się dziś poniżej minimum socjalnego i sprawiającej – Boże, nie zliczę, ile już razy to pisałem – że znaczna część Polaków płaci de facto podatek od nędzy. Nie stać nas na wiek emerytalny 60-65 lat. Nie stać nas na służbę zdrowia na cywilizowanym poziomie, ani generalnie – na sektor usług publicznych. Nie stać nas na emerytury w wysokości nie zmuszającej do wyboru między opłaceniem rachunków, a kupnem lekarstw. Ileż razy to słyszeliśmy - nie da się, zbyt kosztowne, budżet nie jest z gumy... Za to na systematyczny przyrost armii urzędników osiągającej dziś blisko półmilionowe pogłowie – proszę bardzo.

Ile kosztował będzie program „500 plus”? W tym roku 17,2 mld zł, w latach kolejnych – ok. 20 mld. zł. Ułamek tego, co rokrocznie państwo traci na VAT, CIT i transferze nieopodatkowanego kapitału. I tu podnoszą się głosy z innej strony: że generalnie słusznie, ale zamiast „dawać” lepiej np. wprowadzić system ulg podatkowych – bo, że trzeba coś zrobić i to szybko, by uniknąć katastrofy demograficznej, widzi już niemal każdy. Ok, nie neguję, sam byłem zwolennikiem wspólnego rozliczania się rodziców z dziećmi – analogicznie jak robią to małżonkowie. Tyle, że każde takie rozwiązanie kosztuje – w tym przypadku, zmniejszeniem wpływów z PIT. Przykładowo, podwyższenie kwoty wolnej do 8 tys zł (finansowo efekt dla kieszeni podobny co „500+”) zmniejszyłoby wpływy do budżetu o ok. 21,5 mld zł. rocznie. Tyle, że wszyscy alarmiści nie patrzą na to, że owe 20 mld „na dzieci” będzie rok w rok trafiać do obrotu gospodarczego i częściowo wracać w postaci podatków – choćby VAT, czy „obrotowego”. Wreszcie – że dla wielu rodzin zwyczajnie będzie to realna pomoc, bodaj pierwsza jakiej się doczekały.

I wiecie Państwo, co sądzę? Oni się zwyczajnie boją, że to się może udać, a Polska się nie zawali. I okaże się, że jednak można. Ta świadomość jest dla nich nie do zniesienia, podobnie jak to, że jeśli jakimś cudem wrócą kiedyś do władzy, to nie będą mogli tego odkręcić, bo ludzie ich zwyczajnie rozszarpią. No i że tych 20 miliardów rocznie nie da się już rozkraść wspólnie z kolesiami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Podatek od nędzy

Czy Polskę stać na biedę

Podatkowa ruletka

Bangladesz Europy

Drenaż kolonialny

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (12-18.02.2016)

czwartek, 24 września 2015

Mina budżetowa

Wszyscy wsiadamy do „złotego pociągu” - nie bacząc na to, że jest on zaminowany.

W zasadzie, był czas przywyknąć do tego, że kolejne budżety uchwalane są przy, delikatnie rzecz ujmując, nadto optymistycznych założeniach. Wszak chodzi głównie o to, by na papierze wszystko się mniej więcej zgadzało, sejmowa większość i tak „przyklepie” projekt – cokolwiek rząd by w nim nie nawypisywał – a potem się zobaczy. Owo „się zobaczy” skutkuje często koniecznością wstawiania różnych fastryg w czasie trwania roku budżetowego, by finanse państwa nie rozlazły się niczym dziadowskie gacie. O takim właśnie „fastrygowaniu” rozmawiał w 2013 u „Sowy i Przyjaciół” Bartłomiej Sienkiewicz z prezesem NBP Markiem Belką, kiedy to dywagowano o obejściu zakazu wykupu przez NBP obligacji Skarbu Państwa. Belka zaproponował wówczas odkupienie przez NBP obligacji na „rynku wtórnym” - od BGK lub PKO BP, by w ten sposób, tylnymi drzwiami, bank centralny mógł sfinansować deficyt.

Fastrygą najbardziej rozpaczliwą, szytą najgrubszą dratwą, jest nowelizacja budżetu. Jak dotąd, w ostatnich latach ustawę budżetową nowelizowano czterokrotnie: w 2001 roku (dwa razy – w lipcu i listopadzie, odpowiednio o 8,6 i 3,8 mld zł); w 2009 – to już epoka „sztukmistrza z Londynu”, Jana Vincenta Rostowskiego – gdy musiano zwiększyć deficyt budżetowy z 18,2 mld zł do 27,2 mld zł; wreszcie – w 2013, kiedy to w połowie roku zrealizowano cały zaplanowany deficyt i okazało się, że brakuje ok. 24 mld zł. Wówczas deficyt zwiększono o 16 mld i zaplanowano cięcia w wydatkach na ok. 8,5 mld zł. Był to ten sam 2013 rok, w którym Sienkiewicz naradzał się z Belką – na dodatek, by nowelizacja mogła dojść do skutku, trzeba było „zawiesić” 50-proc. próg ostrożnościowy. Nawiasem mówiąc, ów próg realnie przekroczono już 2009, jednak wtedy Rostowskiemu udało się „sfastrygować” relację długu publicznego do PKB za pomocą sztucznego zabiegu księgowego, wypychając Krajowy Fundusz Drogowy wraz z jego zobowiązaniami poza sektor finansów publicznych.

Tak więc, jako się rzekło – był czas przywyknąć, jednak jakoś ta niefrasobliwa „dojutrkowość” każdorazowo mnie irytuje, oznacza ona bowiem spacer po naprawdę cienkiej linie, którego efektem jest lawinowe zadłużanie państwa. Już teraz nasz dług zagraniczny jest na poziomie zbliżonym do greckiego, z tą różnicą, że w odróżnieniu od Greków, w przypadku bankructwa nie bardzo mamy co dać wierzycielom w zastaw. Przyczyny kolejnych „kryzysów budżetowych” każdorazowo są te same – zawyżone prognozy wzrostu gospodarczego oraz wpływów do państwowej kasy. Anegdotyczne stały się już założenia do feralnego budżetu na rok 2013, w których Rostowski „wyliczył” wpływy z mandatów na poziomie 1,5 mld zł. Skończyło się na 86 mln.

Jednak powyższe to nic, w porównaniu z sytuacją, gdy zbliżają się wybory, w których władza walczy o przetrwanie. Właśnie przekonaliśmy się o tym, poznając projekt budżetu na rok 2016 przedstawiony przez rząd Ewy Kopacz. Zaplanowano w nim rekordowy deficyt w wysokości 54,6 mld zł. Poprzedni rekord zresztą również należał do rządu PO – w 2010 roku deficyt wyniósł 44,6 mld zł, z tym, że bieżący rok najprawdopodobniej pobije ów stary wynik – plan zakłada bowiem limit na poziomie 46,1 mld zł. To wręcz wygląda na mistrzostwa w zadłużaniu, w której to dyscyplinie rządząca od ośmiu lat ekipa PO-PSL ściga się sama ze sobą. Według rządu, PKB w 2015 ma wzrosnąć o 3,8 proc. (w tym roku, według NBP, PKB wzrośnie o 3,6 proc.) - i tu od biedy można powiedzieć „zobaczymy”, choć przeczuwam, iż mamy do czynienia z przesadnym optymizmem.

Czymże byłby „budżet wyborczy” bez „kiełbasy wyborczej”, czyli rozdawnictwa? Płace w budżetówce wzrosną o 2 mld zł – co z punktu widzenia rządu jest racjonalne, bo urzędnicy to chyba najwierniejszy, a przy okazji bardzo liczny (szczególnie wraz z rodzinami) elektorat i beneficjent obecnego układu. Jednorazowe dodatki do rent i emerytur (waloryzacji praktycznie nie będzie, bo mamy deflację) wyniosą łącznie 1,4 mld zł. Nowo narodzone dzieci – 1000 zł/mies przez pierwsze 12 miesięcy życia. Zasiłki socjalne – zmodyfikowane zostaną kryteria dochodowe na zasadzie „złotówka za złotówkę” oznaczającej zmniejszenie zasiłku o kwotę przekroczenia progu – łącznie 1 mld zł. Restrukturyzacja górnictwa – 900 mln zł – i te de, i te pe...

Zastanawiające, że jakoś wiodące media tym razem nie pomstują na nieodpowiedzialność, nie żądają podania źródeł finansowania (w końcu, od czego jest deficyt). Nikt również nie zadaje pytań, czy aby ściągalność podatków, która za rządów PO systematycznie maleje, ulegnie nagle jakiejś radykalnej poprawie. Cóż za odmiana w porównaniu z reakcjami na propozycje partii opozycyjnej, kiedy to wszystkim dziennikarzom, niezależnie od tego, czy odróżniają deficyt od długu publicznego, włącza się nagle budżetowy rygoryzm. Wniosek z tego jest taki, że rozdawnictwo rządu PO zostanie najwyraźniej pokryte z tych pieniędzy, których „nie ma” na spełnienie postulatów PiS. Słowem, wszyscy wsiadamy do „złotego pociągu” - nie bacząc na to, że jest on zaminowany.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/kie%C5%82basa-wyborcza-na-kredyt#.VfhY8X1vA-8

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2461-pod-grzybki-21

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (18-24_09_2015)

piątek, 7 sierpnia 2015

Kiełbasa wyborcza na kredyt

PO - niczym Lannisterowie z „Gry o tron” - zawsze płaci swoje długi. Szkoda tylko, że spłaca je naszymi pieniędzmi i wspólnym narodowym majątkiem.

Im bliżej wyborów, tym usilniej rządzący popychają nas w kierunku greckiego scenariusza. Ledwo co zdjęto z Polski procedurę nadmiernego deficytu, a już ruszyła z kopyta orgia zadłużania. Jeszcze na koniec 2014 dług publiczny wynosił 50,1% PKB, zaś na koniec I kwartału 2015 było to już 50,8%. Dla porównania, na koniec I kwartału 2014 dług publiczny wynosił wg Eurostatu 48,6% PKB. Czyli mamy skok o 2,2% w ciągu zaledwie roku. W tym tempie konstytucyjny próg wynoszący 60% PKB osiągniemy pod koniec 2019 roku – tyle nam zostało do ogłoszenia bankructwa. Chociaż tak naprawdę bankrutami jesteśmy już – na papierze uratował nas jedynie rządowy skok na OFE, bowiem wyłącznie dzięki przejęciu 150 mld zł z funduszy udało się zbić jawny dług publiczny. Stało się to jednakże kosztem przyrostu tzw. „długu ukrytego” - czyli przyszłych zobowiązań Skarbu Państwa np. wobec emerytów. Gdyby nie przejęcie i unieważnienie („podarcie weksli”) obligacji Skarbu Państwa, które do końca stanowiły dość istotną część portfela funduszy emerytalnych, najprawdopodobniej zbliżalibyśmy się dziś do progu 60%, zaś próg 55% PKB zapisany w ustawie o finansach publicznych mielibyśmy już dawno za sobą.

Ale „nacjonalizacja” środków OFE to był numer na jeden raz, więc owo doraźne (i tak naprawdę pozorne) zbicie zadłużenia bez żadnych realnych reform skutkować musi finansowym efektem jojo. To tak, jakby patologiczny tłuścioch zamiast racjonalnej diety i operacji zmniejszenia żołądka zafundował sobie liposukcję i zaraz potem znów zaczął się obżerać. Zjawisko to napędza znana prawidłowość mówiąca, że w roku wyborczym władza potrzebuje wyjątkowo dużo gotówki na przekupywanie kolejnych grup elektoratu. I w tym właśnie kontekście odbieram informację o pożyczce w wysokości 912,7 mln euro, której udzieli nam Bank Światowy. Formalnie pieniądze te mają pójść na „politykę rozwojową, w tym wspieranie wzrostu gospodarczego i tworzenie miejsc pracy, a także wzmacnianie odporności sektora finansowego”. Już to widzę... Patrząc na ośmioletni dorobek ekipy PO, będziemy mieli tak naprawdę sztucznie generowany wzrost PKB wynikający z przejadania na różne sposoby kolejnych pożyczek – i tak aż do ostatniego wyżebranego eurocenta. Potem przyjdzie czas zapłaty. Grecja coraz bliżej...

Mamy więc, generalnie rzecz ujmując, „kiełbasę wyborczą” na kredyt – i kto wie, czy Bank Światowy z pełną premedytacją nie poratował w ten sposób ekipy tak wyczulonej na interesy „rynków”, która jak żadna inna uzależniła Polskę od światowej finansjery? Gadanie o „polityce rozwojowej” to zwykłe zawracanie głowy, bo idę o zakład, że rząd Ewy Kopacz nie byłby w stanie nawet na torturach przedstawić żadnego „prorozwojowego” programu – a już na pewno nie takiego, który wyglądałby wiarygodnie w oczach finansistów z BŚ. Ta pożyczka zatem to nic innego jak zapomoga dla przyjaznej władzy – a kto ją będzie spłacał i jakimi aktywami, to się dopiero zobaczy. Wierzyciele będą mogli wszak wymusić na polskim bankrucie np. utworzenie „funduszu prywatyzacyjnego” na wzór grecki, który zaspokoi ich roszczenia chociażby poprzez sprzedaż Lasów Państwowych, do czego obecna władza już się przecież przymierzała.

Takie futrowanie sojuszniczych sił politycznych w postkomunistycznych bantustanach nie jest niczym nowym. Przed ostatnimi wyborami na Węgrzech była w podobny sposób dotowana antyorbanowska opozycja – ta sama, która długami doprowadziła Węgry na skraj upadłości i pozostająca z tego tytułu we wdzięcznej pamięci międzynarodowych grandziarzy. Różnica jest jedynie taka, że nie mógł jej oficjalnie wesprzeć żaden Bank Światowy, więc rolę dobrego wujka wziął na siebie George Soros, który jak podał kiedyś tygodnik „Heti Valasz”, tylko w samym 2012 roku wysupłał ze swej kabzy pół miliarda forintów na sponsorowanie węgierskiej lewicy.

Podsumowując, Bank Światowy pożycza Platformie pieniądze na kiełbasę wyborczą, ta zaś ze swej strony odpowiednio się odwdzięcza. Zostawiam już na boku heroiczną obronę banków rabujących klientów przy pomocy instrumentu spekulacyjnego wysokiego ryzyka, zwanego dla niepoznaki „kredytem frankowym”. Ostatnie dni przyniosły kolejne rewelacje – chociażby sprzedaż PKP Energetyka funduszowi z Luksemburga, zarejestrowanemu u nas pod postacią spółeczki z kapitałem zakładowym 5000 tys. zł. Inny przykład, to skok „kolesi” z Ministerstwa Finansów na Bank Ochrony Środowiska i - jak się wydaje – celowa gra na zaniżenie jego wartości pod kątem przyszłej prywatyzacji. No i wreszcie nowelizacja ustawy o działalności ubezpieczeniowej znosząca obowiązek przynależności do Polskiej Izby Ubezpieczeń, o co od dawna zabiegała austriacka Vienna Insurance Group.

Wygląda na to, że przed końcem kadencji Platforma najwyraźniej wypełnia jakieś zadzierzgnięte wcześniej zobowiązania wobec różnych grup interesu. Można zatem rzec, iż PO - niczym Lannisterowie z „Gry o tron” - zawsze płaci swoje długi. Szkoda tylko, że spłaca je naszymi pieniędzmi i wspólnym narodowym majątkiem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 31-32 (31.07-13.08.2015)

wtorek, 21 lipca 2015

Witamy w Atenach

Na grecką drogę prowadzącą wprost do Aten wprowadził nas nie kto inny, tylko właśnie Platforma ośmioma latami swoich rządów.

I. Tonący Grecji się chwyta

„Tonący brzydko się chwyta” - stwierdził niegdyś Słonimski i ta stara prawda jak ulał pasuje do idącej powoli acz nieuchronnie na dno Platformy. Ostatnie rozpaczliwe „przekazy dnia” kazały mówić wszystkim ludziom obozu władzy, że po zrealizowaniu postulatów gospodarczych PiS ogłoszonych na niedawnej konwencji programowej „Polskę czeka grecki scenariusz”. Mówią tak, co charakterystyczne, nie tylko członkowie gabinetu Ewy Kopacz, ale dokładnie wszyscy poputczicy Obozu Beneficjentów III RP włącznie z takimi tytanami myśli ekonomicznej jak Kazimierz Marcinkiewicz (z zawodu nauczyciel fizyki, któremu na otarcie łez PiS załatwił posadę w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju), czy Misiek Kamiński, który jadł chleb z tylu politycznych pieców, że w efekcie spasł się niczym prosię.

Mnie już nawet nie chce się oburzać na faryzeizm i zakłamanie partii rządzącej od ośmiu lat Polską. Był czas przywyknąć do obłudy, do przypisywania politycznym przeciwnikom niecnych zamiarów i intencji, które Platforma sama bez skrępowania wcielała w życie. Przykładowo, za dwuletniego okresu „IVRP” Polska miała stać się państwem policyjnym, ze wszechobecną inwigilacją. Tymczasem to za rządów PO pobiliśmy europejski rekord w podsłuchiwaniu obywateli, co potwierdziła w swych raportach zarówno Komisja Europejska, jak i Naczelna Rada Adwokacka. Inny przykład – Jarosław Kaczyński wykreowany został na małostkowego, mściwego człowieczka, opętanego żądzą rewanżu za wszystkie prawdziwe i urojone upokorzenia. Czyżby? Oto jak dowiedzieliśmy się niedawno z utrwalonych na taśmach pogwarek z udziałem Ryszarda Kalisza i Aleksandra Kwaśniewskiego, to nikt inny jak Donald Tusk jest „rudy i mściwy”, co potwierdza zresztą historia Piotra Staruchowicza „Starucha” - osobistego więźnia Donalda Tuska przetrzymywanego na Rakowieckiej długimi miesiącami bez postawienia zarzutów. Powód? Lider kibiców „Legii” był autorem hasła „Donald, matole, twój rząd obalą kibole”.

II. Platforma prowadzi nas do Grecji

Podobnie jest z lansowaną obecnie tezą, że PiS urządzi nam tu drugą Grecję. Pomijam już fakt, że PO - w odróżnieniu od opozycji - przez osiem lat nie dorobiła się własnego programu, a premier Ewa Kopacz po raz kolejny spektakularnie się ośmieszyła, twierdząc, że „programu nie napisze partyjny kolektyw”, tylko „Polacy”. Owo „pisanie” polega na podchwytywaniu postulatów zgłaszanych przez ludzi, którzy mieli nieszczęście zostać zdybani przez panią premier podczas kolejowych peregrynacji po kraju. Po pierwsze – skoro program mają tworzyć zwykli ludzie, a nie politycy, którym teoretycznie właśnie za to się płaci, to po co nam system partyjny? Oddajmy po leninowsku władzę kucharkom i nie zawracajmy sobie głowy ugrupowaniami politycznymi. Po drugie – ów „program” pisany przez „obywateli” sprowadza się, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, do wysuwania rozmaitych roszczeń. Tak było w przypadku turnusów rehabilitacyjnych o które upomniała się matka niepełnosprawnego dziecka i słuchacze Uniwersytetu Trzeciego wieku. „-To ja mówię: dobrze, nie będzie rezerwy prezesa NBP na takim poziomie, tylko o 20 mln mniej, a te pieniądze przeznaczę na turnusy rehabilitacyjne” - oznajmiła Kopacz. No i proszę – okazuje się, że pieniądze jednak są. I zapewne są to te same pieniądze, których „nie ma” na realizację programu PiS. „A pula nie jest do kradzieży, pula się cała nam należy” - jak pouczał Deptałę towarzysz Szmaciak.

Ale, jak wspomniałem, już mniejsza o to. Rzecz w tym, że na grecką drogę prowadzącą wprost do Aten wprowadził nas nie kto inny, tylko właśnie Platforma ośmioma latami swoich rządów. Jedną z głównych przyczyn greckiej tragedii było nadmierne, kumulujące się latami zadłużenie. W 2007 roku, gdy PO obejmowała władzę, polski dług publiczny wynosił nieco ponad 500 mld zł, obecnie zaś przekroczył bilion złotych, a prawdopodobnie jest jeszcze wyższy, jeśli uwzględnić kwoty wypchnięte na papierze poza zobowiązania Skarbu Państwa. Czyli ekipy Tuska i Kopacz zadłużyły Polskę na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie rządy po '89 roku razem wzięte, a koszt obsługi zadłużenia wynosi mniej więcej równowartość wpływów z PIT. Taka jest część ceny za „ciepłą wodę w kranie”. Przypomnę tu historię z 2013 roku – otóż Rostowski tak „wyliczył” budżet państwa, że już w lipcu trzeba było go na gwałt nowelizować, bo zabrakło 24 mld złotych – wyczerpano po prostu cały zaplanowany deficyt i trzeba było zawiesić 50-procentowy „próg ostrożnościowy” oraz dopożyczyć brakujące pieniądze na rynkach, emitując nowe obligacje. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że rok wcześniej wysupłaliśmy 5,8 mld euro, by dorzucić się do kredytu ratunkowego MFW udzielonego Grecji – czyli w praktyce zrzuciliśmy się na ratowanie niemieckich banków, które „umoczyły” w greckich papierach dłużnych. A 5,8 mld euro po ówczesnym kursie, to właśnie ok. 24 mld złotych, których zabrakło w budżecie na rok 2013... Takie to, proszę Państwa, jest „gospodarzenie”.

III. Grecko – polskie analogie

Idźmy dalej. Kolejną przyczyną greckiego kolapsu była niska ściągalność podatków. U nas jest podobnie, złudzeń co do tego nie pozostawia ostatni raport MFW przygotowany na zlecenie Ministerstwa Finansów. Zacytujmy fragment: „Łączna wydajność poboru podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT), podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) oraz podatku od towarów i usług (VAT) w Polsce osiągnęła wysokość około 16 punktów PKB w 2008 r. i spadła do 14 punktów w 2009 r. Przez kilka lat wydajność poboru podatków była stabilna, ale w 2013 r. spadła do 13,1 punktów; projekcja na rok 2014 wynosi 13,5 punktów PKB”.

W kontekście Grecji mówi się też o rozdętej administracji państwowej, zajmującej się Bóg wie czym. A u nas? Tylko w latach 2007-2011 liczba urzędników wzrosła o 90 tys. Koszta? W tym roku na pensje urzędnicze zostanie wydanych 28,14 mld zł – o 447 mln zł więcej niż w 2014. Ogółem w sektorze publicznym pracuje 3 mln osób, czyli 1/5 wszystkich pracujących Polaków, a koszt obsługi wynosi od 80 mld zł (dane GUS) do 93 mld (dane Fundacji Republikańskiej).

W tym miejscu trzeba wspomnieć o swoistym generatorze długu, jakim są fundusze europejskie – nikt o tym nie mówi, bo to niepoprawne politycznie, a szkoda. Otóż, by skorzystać z dobrodziejstw unijnego dofinansowania, trzeba mieć „wkład własny”. A skąd ów wkład wziąć? Proste – z kredytu. Skąd kredyt? Z zagranicznych banków, bo własnych nie mamy. Jeżeli dodamy presję, która towarzyszy wykorzystywaniu unijnych pieniędzy, to wychodzi, że i tu może być wcale nie najmniejszy powód rosnącego zadłużenia zarówno rządów, jak i struktur samorządowych. Czekam, aż ktoś to rzetelnie policzy i odkryje nam owego słonia w finansowej menażerii.

Do bankructwa Grecji przyczyniły się arcykosztowne igrzyska olimpijskie w Atenach. My też coś takiego mieliśmy – Euro 2012, które – no właśnie, nie wiadomo ile nas finalnie kosztowało, gdyż część inwestycji... wciąż jest w realizacji. Wiadomo jedynie, że koszty stadionów znacząco przekroczyły pierwotne założenia, podobnie jak budowa autostrad. Inwestycje na Euro, które miały być impulsem rozwojowym poskutkowały falą bankructw i kryzysem w branży budowlanej – tylko do listopada 2012 upadły 233 przedsiębiorstwa budowlane – o 80% więcej niż w 2011. Niedawno krakowscy platformersi chcieli nas uszczęśliwić olimpiadą zimową – całe szczęście, że „centusie” zdroworozsądkowo popukali się w czoło i odrzucili ten pomysł w referendum.

IV. Czekając na Orbana

Można by tak wymieniać grecko-polskie analogie jeszcze długo – bezrobocie wśród młodych, rozmiary szarej strefy, a nawet to, że Grecja praktycznie aż do krachu chwaliła się „zielonym” wzrostem gospodarczym. Tak, drodzy Państwo – gdy Tusk z dumą prezentował mapę Europy z polską „zieloną wyspą”, to drugim „zielonym” państwem była Grecja właśnie. Chwilę potem zbankrutowała – tyle, jeśli chodzi o miarodajność fetyszyzowanego wskaźnika PKB.

Jednak tak naprawdę jesteśmy w sytuacji może nie tyle Grecji, ile Węgier pod koniec rządów Ferenca Gyurcsány'ego - tego, który kłamał „rano, nocą i wieczorem”. Kłamał, zadłużając i wyprzedając Węgry do ostatniej koszuli, oddając swój kraj na kolonialny żer międzynarodowemu grandziarstwu, za co zyskiwał poklask w Brukseli i innych europejskich stolicach. Brzmi znajomo? O długach już mówiłem, wspomnijmy więc jeszcze dla porządku o próbach prywatyzacji Lasów Państwowych – i to nie tylko ze względu na żydowskie roszczenia majątkowe. Spokojna głowa – na tym kąsku pożywiliby się także inni.

Węgry w ostatniej chwili uciekły spod gilotyny - i stąd też pewnie wściekłość grandziarzy, którzy już przebierali nogami w blokach startowych, by przejąć węgierską masę upadłościową. Węgrzy mieli Orbana. Czy ekipa PiS – Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, Beata Szydło okażą się polskim „zbiorowym Orbanem”? Oby, bo naprawdę niewiele już brakuje, by podobna gilotyna dokonała naszej gospodarczej i państwowej dekapitacji.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2081-pod-grzybki-12

ilustracja: Budyń78

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (15-21.07.2015)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Grecja jak Islandia?

W „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury.

„Wierzyciele przystawili Grecji pistolet do piersi” - utrzymane w tym tonie komentarze obiegły niedawno media, kiedy to ważyły się losy spłaty kolejnej raty greckich zobowiązań wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego i uzależnione od tego uruchomienie następnej transzy pomocowej. Wierzyciele z MFW i krajów strefy euro żądają dalszych cięć budżetowych i „reform” sprowadzających się de facto do wyprzedaży greckiego majątku narodowego i zwiększonego fiskalizmu. Ogółem Grecja ma w czerwcu spłacić do MFW ok. 1,55 mld euro, transza pomocowa wynieść ma 7,2 mld euro – inaczej Grecja zbankrutuje. Tymczasem Grecja już jest bankrutem, tylko nikt nie chce tego głośno powiedzieć w obawie przed polityczno-gospodarczymi perturbacjami. Nie ma co się oszukiwać – te wszystkie „transze pomocowe” są jedynie galwanizowaniem zdechłej żaby – jedną ręką dajemy, drugą zabieramy, zaś grecki budżet jest jedynie przepompownią pieniędzy. Grecki dług publiczny wynosi ponad 320 mld euro, co stanowi 175% tamtejszego PKB. W samym 2015 Grecja musi zwrócić 20 mld. Ogółem w latach 2010 – 2014 do Grecji trafiło 240 mld euro kredytów pomocowych, które Grecja musi zwrócić – z czego 30 mld należy do MFW, 53 mld do krajów strefy Euro, zaś 141 mld do Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, do tego dochodzi jeszcze „Greek Loan Facility” z wcześniejszej fazy kryzysu, na którą to linię kredytową złożyły się kraje eurogrupy.

Trzeba jasno powiedzieć – grecki dług jest nie do spłacenia i jeśli nic się nie zmieni, kraj ten stanie się wiecznym „chorym człowiekiem Europy”, wstrząsanym rozlicznymi ekonomiczno-społecznymi paroksyzmami. Zabójcza na dłuższą metę jest również polityka narzucana przez MFW, zawsze wg jednego wzoru – zwiększone podatki i cięcie wydatków we wszelkich możliwych obszarach, co w efekcie prowadzi do zamrożenia gospodarki. Przypomnijmy, że MFW podobnych „reform” oczekiwał od Węgier, te zaś poszły odmienną drogą, dziękując Funduszowi za współpracę. Dziś ten sam MFW nie może się nachwalić, jak orbanowskie Węgry wychodzą z kryzysu.

Owszem, Grecji nikt nie kazał zadłużać się ponad miarę, czy organizować olimpiady w 2004, należy jednak zwrócić uwagę na okoliczności. Po pierwsze - motywowane politycznie przyjęcie tego kraju do strefy euro, które nie powinno mieć miejsca (np. Goldman Sachs pomagał Grecji maskować zadłużenie swapami walutowymi). Po drugie – unijne fundusze, przedstawiane jako dobrodziejstwo, wymuszają na rządach partycypowanie w kosztach, co napędza spiralę zadłużenia. Po trzecie – euro silniejsze od drachmy stało się hamulcowym eksportu, przyczyniło się zaś do zwiększania importu, np. z Niemiec, który zresztą kredytowany był hojnie przez niemieckie instytucje finansowe w ramach poszerzania rynków zbytu.

W kontekście powyższego warto przypomnieć casus Islandii sprzed kilku lat. Po uderzeniu kryzysu finansowego w 2008 tamtejszy rząd początkowo starał się „ratować” banki – podobnie jak czyniły to inne kraje - i żebrał gdzie się da o pożyczki, by w końcu pod społeczną presją (nowe wybory, referendum przeciw „ustawie kompensacyjnej”), odmówić spłacania bankowych długów z publicznych pieniędzy. Banki zostały objęte wpierw zarządem komisarycznym (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie... przekazano bankrutów wierzycielom, wraz z bólem głowy. Pomoc publiczną skierowano do zwykłych ludzi – pod postacią np. zwrotu bankowych depozytów, czy umorzenia długów hipotecznych powyżej 110% wartości nieruchomości. Do tego w 2010 islandzki Sąd Najwyższy uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne. Ostatecznie, po reformach, pożyczce w wysokości 6 mld dolarów, Islandia wyszła na prostą zbijając deficyt z 13,5% do 2% PKB, bezrobocie do 5% i notując kilkuprocentowy wzrost gospodarczy.

Czy powyższy wariant możliwy jest w Grecji? Są istotne różnice – Islandia ma własną walutę, którą może zdewaluować, nie jest członkiem UE, zaś jej problemy wynikały z prywatnego długu banków (choć rząd Wlk. Brytanii, której instytucje finansowe „umoczyły” w islandzkich bankach, naciskał na jego „upublicznienie”). Wierzycielami Grecji są obecnie państwa, bowiem kraje strefy euro dokonały swoistej „nacjonalizacji” wierzytelności przejmując je od swych instytucji finansowych. Według brytyjskiego think tanku Open Europe 60% greckiego długu należy do państw strefy euro, 10% do MFW, 6% do Europejskiego Banku Centralnego, 3% do greckich banków, 1% do banków zagranicznych. Jedynym ratunkiem więc pozostaje oficjalne ogłoszenie bankructwa, powrót do drachmy i jej dewaluacja – czyli słynny „grexit”. To jest jednak czarny sen Niemiec, bojących się reakcji łańcuchowej obejmującej całe południe Europy, więc starają się do takowego scenariusza nie dopuścić wszelkimi sposobami. Wychodzi więc na to, że w „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury. Trawestując znane rosyjskie powiedzonko – tutaj jest euro za wejście i dwa za wyjście.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2014/03/a-tymczasem-na-islandii.html

 

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (12-18.06.2015)

piątek, 24 kwietnia 2015

Na co idzie Twój PIT?

Haracz od dochodów przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy.

Ponieważ mamy kwiecień, czyli miesiąc „pitowy”, nie od rzeczy byłoby napisać co nieco o tym ulubionym przez miliony Polaków sporcie, jakim jest coroczne ślęczenie nad formularzami podatkowymi gwoli ukontentowania Urzędu Skarbowego i Ministerstwa Finansów. Zasiadają więc Polacy w liczbie ok. 25 milionów dusz do swej corocznej spowiedzi finansowej i klnąc w żywy kamień starają się wypełnić te wszystkie rubryki – przychód, koszty uzyskania, odliczenia, dochód, podatek - sprawdź kilka razy czy gdzieś nie ma pomyłki bo konsekwencje mogą być gorsze od wtrącenia do czeluści piekielnych... No, a jeśli masz jeszcze na koniec wystarczająco wiele samozaparcia, to możesz przekazać cały 1% swojego podatku wybranej instytucji pożytku publicznego. I to jest chyba jedyny moment, kiedy podatnik wie na co pójdą wypracowane przez niego pieniądze, bo cała reszta skryta jest mrokiem tajemnicy. Podatki trafiają do wspólnego worka z naklejką „budżet państwa” i stamtąd rozdysponowane zostają na przychylanie nam nieba przez rządzących i koegzystujący z klasą polityczną aparat urzędniczy - oczywiście po tym, jak już sami opędzą swe najpilniejsze potrzeby socjalne. A że jest co opędzać, świadczyć może raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku „Wynagrodzenia w administracji publicznej” z którego wynika, że łączny koszt utrzymania sektora publicznego to 88 miliardów zł.

Na co więc idą nasze podatki? Wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych za rok 2013 miały wynieść według prognoz ustawy budżetowej 42,9 mld złotych. Oznacza to, że nasz PIT wystarcza na pokrycie ok. połowy kosztów administracji publicznej. Nawet jeśli doliczyć do tego inny podatek dochodowy – CIT płacony przez przedsiębiorstwa – 29,6 mld, to i tak okazuje się, że to za mało i trzeba dołożyć z VAT-u (126,4 mld zł), bądź akcyzy – 64,5 mld. Ale jest jedna pozycja budżetowa, która jak ulał pasuje do wpływów z podatku dochodowego. Tym punktem są koszty obsługi zadłużenia Skarbu Państwa. Tak się składa, że w 2013 roku wyniosły one łącznie 42,7 mld zł – czyli niemal dokładnie tyle, ile wpływy z PIT. Jeśli zatem, podatniku, głowisz się na co idzie Twój PIT, to właśnie otrzymałeś odpowiedź. Haracz od dochodów przynoszony w zębach skarbówce przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy zwanych kurtuazyjnie „inwestorami”. A nie jest to mało – wedle oficjalnych danych w 2013 dług publiczny wynosił 838,1 mld zł, zaś wg balcerowiczowskiego „licznika długu”jest to już ponad 1 bln zł. Warto dodać, że rządy Platformy zadłużyły Polskę na niemal drugie tyle, co wszyscy poprzednicy po 1989 roku. Jak więc widać, przy takim rozmachu nie można sobie pozwolić na fanaberie w rodzaju podniesienia kwoty wolnej od podatku, którą mamy najniższą w Europie (3091 zł), co powoduje, iż podatki płacą nawet osoby żyjące poniżej progu ubóstwa – czyli wyróżniamy się na tle innych krajów jedynym w swoim rodzaju podatkiem od nędzy. Ale cóż poradzić – trzeba się solidarnie zrzucać na długi Rostowskiego, ciepła woda w kranach nie płynie za darmo, nawet na „zielonej wyspie”.

Warto zwrócić uwagę na szereg absurdów związanych z PIT-em. Otóż podatek ten w znacznej mierze polega na przepompowywaniu pieniędzy budżetowych. Tak się bowiem składa, że płacony jest m.in. od dochodów otrzymywanych w różnych formach od państwa. 2,5 mln podatników to pracownicy budżetówki, dalsze 7,5 mln to emeryci i renciści, do tego dochodzą beneficjenci opieki społecznej otrzymujący zasiłki i zapomogi socjalne. Owe „wirtualne dochody” jak nazywa to Centrum Adama Smitha polegają w skrócie na przekładaniu pieniędzy publicznych z jednej kieszeni do drugiej. A jeszcze warto wspomnieć o „podatnikach wyzerowanych”, którzy najpierw odprowadzają zaliczki, by później otrzymać zwrot tego, co wpłacili – szacuje się, że to kolejnych 10 mln. Podsumowując, realnie podatek dochodowy płaci w Polsce jakieś 4-5 mln osób. Przy jego obsłudze zatrudniona jest armia urzędników (80% całego aparatu skarbowego) kosztująca rocznie 2 mld złotych (dane Fundacji Republikańskiej). Czas poświęcany przez podatników na wypełnienie PIT-ów to równoważnik 16 tys etatów. Można sądzić, że właśnie to w dużej części sprawia, iż według OECD mamy najmniej efektywny aparat skarbowy wśród wszystkich członków organizacji. Dość powiedzieć, że na każde 100 zł wpływów z podatków, aż 1,72 zł wynoszą koszty administracji skarbowej. Jest to rekord. Z kolei raport Banku Światowego „Paying Taxes 2013” sytuuje nasz system podatkowy na 114 pozycji spośród 183 państw. A wszystko po to, by uzyskać raptem ok 14% wpływów do budżetu państwa, z czego znaczna część, jak wspomniałem wyżej, i tak pochodzi z różnych form redystrybucji. Koniec końców, wychodzi na to, że PIT jest kosztowną fikcją utrzymywaną chyba jedynie w celach dyscyplinujących - by podatnik, niczym potencjalny przestępca, czuł nad sobą władną dosięgnąć go w każdym momencie opresyjną rękę państwa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/podatek-od-n%C4%99dzy#.VS1xJPBvAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 16 (17-23.04.2015)

czwartek, 12 marca 2015

Drenaż kolonialny

Jak tu nie mówić, że Polska to bogaty kraj? Które jeszcze państwo stać na płacenie innym hojną ręką takiej „dywidendy”?

Polska to jednak bogaty kraj – tak przynajmniej wynika z danych dotyczących drenowania finansowego naszej gospodarki przez międzynarodowe koncerny. Okazuje się, że jesteśmy źródłem gigantycznych zysków (funkcjonuje nawet pojęcie - „kraj źródła”) wyprowadzanych następnie „prawem i lewem” za granicę. Innymi słowy, stanowimy jeden z najobfitszych wodopojów, z którego skwapliwie czerpią światowi potentaci dojąc nasz kraj na skalę sytuującą nas pod tym względem w światowej czołówce. Warto się temu procederowi przyjrzeć bliżej, bowiem tkwi tu przynajmniej część odpowiedzi na pytanie o systemowe niedomogi trapiące polską gospodarkę pogrążoną w permanentnym marazmie.

Zerknijmy zatem. Opublikowany w grudniu 2013 roku raport pozarządowej organizacji Global Financial Integrity (GFI) ukazuje rozmiar nielegalnych transferów kapitału w latach 2002 – 2011. Polska wedle tego zestawienia plasowała się na 18 pozycji w świecie (w Europie – na 3 miejscu, za Rosją i Białorusią a przed Serbią). Łącznie wytransferowano z Polski 49,39 mld USD, co daje średnią roczną 4,939 mld USD. Z kolei o rok późniejszy raport tej samej instytucji („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2003-2012”), umieszcza nas oczko wyżej - na 17 lokacie spośród 145 badanych państw. W tym drugim zestawieniu średni roczny odpływ kapitału to już 5,312 mld USD, ogółem – 53,124 mld USD. Widzimy więc, że tendencja jest wzrostowa. Jak to wyglądało w kolejnych latach? 2002 – 1,110 mld USD; 2003 – 1,961, 2004 – 0,421, 2005 – 0, 787, 2006 – 0 (!); 2007 – 3,302; 2008 – 12,161; 2009 – 10,045; 2010 – 10,462, 2011 – 9,918, 2012 – 4,067. Swoją drogą, warto zwrócić uwagę na tytuł raportu i frazę „developing countries” - z perspektywy globalnej traktowani jesteśmy jako „kraj rozwijający się”, co w tłumaczeniu z języka politycznej poprawności na normalny oznacza usytuowanie Polski wśród rozmaitych bantustanów eksploatowanych przez wiodących graczy.

Przeglądając przytoczone powyżej dane można również zauważyć pewną prawidłowość. Otóż, o ile przed wejściem Polski do Unii Europejskiej (1.05.2004) i za rządów Prawa i Sprawiedliwości (2005-2007) mocno podkreślających konieczność walki z patologiami, wyciekanie kapitału mieściło się w stosunkowo niewielkim przedziale, ze znamiennym rokiem 2006, kiedy to nie wyprowadzono z Polski zauważalnych kwot, o tyle skokowy wzrost nastąpił w latach późniejszych, czyli – mówiąc umownie – w epoce „zielonej wyspy” Donalda Tuska. Apogeum miało miejsce w roku 2008 i trzech kolejnych latach, zupełnie, jakby ktoś chciał sobie odbić przymusową wstrzemięźliwość we wcześniejszym okresie.

Jak widać, „eksportowaliśmy” wtedy za granicę nie tylko tanią siłę roboczą pracującą na dobrobyt innych krajów, lecz wspomagaliśmy je również konkretnymi kwotami żywej gotówki. Jeśli do powyższego dodamy, iż był to czas rekordowego zadłużania Polski przez „sztukmistrza z Londynu” - Jana Vincenta Rostowskiego, za którego rządów w ministerstwie finansów nasz dług publiczny zaczął oscylować w okolicach biliona złotych (szacunkowo, bo wskutek księgowych sztuczek nikt nie wie, ile tego jest naprawdę), to otrzymamy obraz galopującej kolonizacji ekonomicznej Polski. Mam zresztą swoją spiskową teorię, że minister Rostowski został tu nasłany w celu przypilnowania interesów międzynarodowej finansjery – i temu służyć miało zarówno spoglądanie przez palce na wyprowadzane z Polski rok po roku ciężkie miliardy, jak i pompowanie naszego zadłużenia sprawiające, że siedzimy obecnie w kieszeniach globalnych spekulantów, a warto zdawać sobie sprawę, że w ciągu kilku lat rząd PO zadłużył Polskę na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie rządy po 1989 roku razem wzięte.

W kontekście powyższego chcę przywołać tu znakomity tekst Bartłomieja Radziejewskiego zamieszczony w internetowym czasopiśmie „Nowa Konfederacja” - „Renta neokolonialna, czyli ile jeszcze Polak zapłaci”. Autor bazując na bilansie płatniczym NBP stwierdza, iż tylko z pozycji „saldo błędów i opuszczeń” wynika, że z Polski od 2008 w niewiadomy sposób znika rocznie w przeliczeniu z USD od 26 do 31 mld zł, przy czym, podobnie jak w raporcie GFI, skokowy wzrost następuje od 2008 roku – (-12, 312 mld USD w 2008 przy -2,791 w 2007 – proszę porównać te kwoty z danymi GFI, są dość zbliżone). W 2008 roku wybuchł kryzys i gospodarcze „metropolie” zintensyfikowały drenaż „peryferii” takich jak Polska. Lecz to nie wszystko. W latach 2004–2013 wyprowadzono za granicę dochody z inwestycji na łączną kwotę 144 mld euro, natomiast w 2013 wypłynęło z Polski w przeliczeniu 82 mld zł, czyli 5% PKB, co w sumie stawia pod znakiem zapytania ekonomiczną opłacalność naszej przynależności do Unii Europejskiej – wg MSZ korzyści z obecności w UE zwiększają PKB o 0,7% rocznie. Tu 5% w plecy, tam 0,7% rekompensaty – to ci interes...

Zatem – wracając do wstępu niniejszego tekstu - jak tu nie mówić, że Polska to bogaty kraj? Które jeszcze państwo stać na płacenie innym hojną ręką takiej „dywidendy”?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł (pod tytułem „Siedzimy w kieszeniach globalnych spekulantów”) opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (06-12.03.2015)

niedziela, 16 lutego 2014

Aukcja Polski

Mamy do czynienia z permanentną aukcją Polski – jej zasobów, oraz obecnych i przyszłych dochodów obywateli. Aż do nieuchronnego końca.

I. Utarczka o rentowność

Niedawno, na stronach „Rzepy”, wpadł mi w oko taki oto tytuł: „Słaba aukcja polskiego długu”. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż Ministerstwo Finansów, by pokryć planowany deficyt, wystawia na sprzedaż rządowe papiery dłużne oferując nabywcom określoną „rentowność”, czyli oprocentowanie. Tu jednak jest haczyk. Potencjalni kupcy przez brak popytu mogą wymusić na rządzie zwiększenie „rentowności”, czytaj - oprocentowania obligacji. Jeśli rząd jednak uzna, że proponowane przez „inwestorów” warunki są nie do przyjęcia, to wycofuje się ze sprzedaży części obligacji.

I jedna z takich właśnie cyklicznych „aukcji długu” odbyła się w ostatni czwartek (13.02.2014). Dlaczego według „Rzeczpospolitej” była ona „słaba”? Ano dlatego, że mimo iż popyt nabywców opiewał na papiery o wartości ok. 6 mld zł, to Ministerstwu Finansów udało się sprzedać obligacje za jedyne 3 mld. Powód? „Inwestorzy” oczekują papierów bardziej „rentownych” - innymi słowy, wyżej oprocentowanych - na co z kolei nie godzi się rząd, gdyż oznaczałoby to wypłacanie nabywcom wyższych odsetek i w konsekwencji podrożenie obsługi polskiego zadłużenia – przykładowo, w 2012 roku koszt obsługi długu wyniósł więcej niż wpływy z podatku PIT.

Zresztą, rząd i tak zmuszony był podnieść rentowność obligacji. „Rzepa” podaje, iż w stosunku do przetargów styczniowych oprocentowanie obligacji pięcioletnich wzrosło z 3,69% do 3,88%, a dziesięcioletnich z 4,34% do 4,54%. Oprocentowanie obligacji zeszłorocznych było jeszcze niższe.

II. Pod presją finansjery

Cóż to oznacza? Oznacza to, że polskie papiery wartościowe powoli, ale wyraźnie tracą zaufanie „rynków” - czyli spekulantów skupujących nasze długi. W ostatnim czasie zagrały tu dwa czynniki. Pierwszy, to przekazanie do ZUS funduszy z OFE i umorzenie obligacji będących w ich „portfelu” - jeszcze w 2012 roku obligacje Skarbu Państwa stanowiły ok. 45% aktywów OFE na sumę ok. 118 mld zł. „Nacjonalizacja” obligacji pokazała czarno na białym jak tragiczna jest sytuacja finansów państwa, niezależnie od księgowych sztuczek. Czynnikiem drugim jest natomiast obowiązujący od lutego zakaz kupowania przez OFE dłużnych papierów skarbowych, co sprawia, że głównym ich nabywcą stają się pomioty zagraniczne – i to one będą dyktować warunki, czyli wymuszać na polskim rządzie podnoszenie „rentowności”. Obecnie udział inwestorów zagranicznych w polskim długu przekracza 40% i będzie nieuchronnie wzrastał. Jak niebezpieczna jest to sytuacja nie trzeba chyba tłumaczyć.

Oczywiście, mamy tutaj diabelską alternatywę – z jednej strony ZUS-owski bankrut, z drugiej – finansowy pasożyt, czyli OFE zasysający część składki emerytalnej i powiększający tym samym dziurę w finansach ZUS-u, nie dając w zamian w zasadzie niczego przyszłym emerytom. Co więcej, od czasu orzeczenia Sądu Najwyższego z 2008 roku stwierdzającego, że pieniądze gromadzone w OFE są środkami publicznymi a nie własnością ubezpieczonego i nie mogą być wypłacone obywatelowi na żądanie, mieliśmy tak naprawdę do czynienia z haraczem rozbitym na dwa „filary” płaconym dwóm różnym instytucjom, tyle że jedna z części owego haraczu została „sprywatyzowana” przynosząc profity z obracania nią garstce grandziarzy.

III. „Chwilówki” dla Polski

Powyższe pokazuje jak zbrodniczym procederem jest zadłużanie państwa – szczególnie, gdy uzyskane w ten sposób środki nie idą na inwestycje, tylko na przejedzenie. To coś jak „chwilówki” zaciągane, by poratować doraźnie rodzinny budżet, a które potem trzeba spłacać z lichwiarskim procentem – bo jak nie, to komornik ogołoci dom do czysta. Rządowe „chwilówki” jeszcze trzymają akceptowalny poziom oprocentowania (choć już nie rozmiar – rząd Tuska z Janem Vincentem przez niespełna 7 lat niemal podwoił polski dług publiczny), ale to oprocentowanie na skutek presji „inwestorów” będzie rosło – i to głównie na rzecz międzynarodowych spekulantów.

Opisana na początku „aukcja długu” jest wielce wymownym sygnałem, bowiem de facto międzynarodowa finansjera postawiła rząd pod ścianą: albo zwiększycie „rentowność” waszych papierów dłużnych, albo nie będziecie w stanie sfinansować deficytu. A żeby spłacać obligacje o podwyższonej „rentowności”, plus zaspokajać bieżące potrzeby rozdętego do granic absurdu państwa, zaciągać trzeba będzie kolejne długi na coraz wyższy procent... i tak dalej. Korkociąg długu. W tym kontekście dodatkowo niepokoi informacja, że podczas uzupełniającej aukcji Ministerstwo Finansów zdołało opchnąć obligacje na kolejny miliard – ale nie podano na jakich warunkach.

Mamy więc do czynienia z permanentną aukcją Polski – jej zasobów oraz obecnych i przyszłych dochodów obywateli. Aż do nieuchronnego końca.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/korkociag-dlugu

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

 

wtorek, 1 października 2013

Korkociąg długu

Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot.

I. Dług „jawny” i „ukryty”

Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza zaprezentowało zmodyfikowany licznik długu publicznego – uzupełniony o tzw. „dług ukryty” na który składają się zobowiązania państwa nie mające pokrycia w papierach wartościowych. O ile bowiem dług „jawny” (włączono tu wydatki Krajowego Funduszu Drogowego, które „odpisuje” sobie Rostowski) wynosi obecnie 936 mld zł i stanowi 57,3 proc. PKB, co daje jakieś 25,2 tys zł na obywatela Polski, o tyle dług „ukryty” wynosi ponad 3 biliony zł, a więc 190,6 proc. PKB – czyli jakieś 82,6 tys zł na mieszkańca. Ten „ukryty”, albo może lepiej powiedzieć – odłożony w czasie „debet” - to zobowiązania ZUS wobec obecnych i przyszłych emerytów. Faktycznie suma ta jest jeszcze wyższa, gdyż w liczniku nie uwzględniono zobowiązań z tytułu rent, KRUS i emerytur mundurowych, co wedle szacunków FOR wywindowałoby zadłużenie na poziom 300-350 proc. PKB.

Czyli, krótko mówiąc, jesteśmy ugotowani. Tego zwyczajnie nie da się spłacić. Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot. Krach finansów publicznych jest jedynie kwestią czasu i pytanie tylko jak długo da się go odwlekać. Jak wiadomo, „jawny” dług publiczny to zaciąganie pożyczek pod zastaw przyszłych podatków z których będą spłacane należności płynące z tytułu wyemitowanych obligacji Skarbu Państwa. Dług „ukryty” natomiast to zobowiązania legislacyjne wynikające z systemu ubezpieczeń społecznych. To „ukryte” zadłużenie staje się „jawne” w momencie, gdy przychodzi do jego spłaty determinowanej np. przepisami emerytalnymi. Z czego będzie spłacane? Ma się rozumieć, również z podatków i innych obciążeń, takich jak przymusowe składki emerytalne i rentowe, a gdy tego nie wystarczy – z kolejnych pożyczek zaciąganych „na przejedzenie” przez Skarb Państwa, co oznacza automatyczny wzrost „długu jawnego”. A koniec końców – bankructwo i brak jakichkolwiek emerytur.

II. Bunt lub śmierć

Czy rząd o tym nie wie? Ależ wie, jak najbardziej – i stąd rozpaczliwe ruchy, takie jak podnoszenie wieku emerytalnego z jednej strony i wypychanie do szkół sześciolatków z drugiej, by te wcześniej zaczęły płacić składki emerytalne i podatki. Jednym słowem, mamy narastającą intensyfikację eksploatacji materiału ludzkiego – podatnicy będą płacić coraz dłużej i coraz więcej, by utrzymać fikcję płynności finansowej państwa. To oczywiście tylko działania opóźniające. Prędzej czy później lichwiarze przyjdą tu po swoje, co oznaczać będzie koniec kolejnej fikcji, jaką jest suwerenność. Jeśli nie zostanie żadnych przedsiębiorstw do wyprzedaży (a nie zostanie, bo już je przejedliśmy), to pod młotek pójdzie wszystko inne – kopaliny, lasy i co tam jeszcze zostało. No i drastyczne podniesienie podatków połączone z ekonomicznym ubezwłasnowolnieniem na wszelkich możliwych poziomach. W efekcie, proces kolonizacyjny osiągnie stadium finalne - totalne podporządkowanie wszelkich zasobów opanowanego terytorium.

Czy ten scenariusz jest możliwy do odwrócenia? Wątpię, choć warto przyglądać się poczynaniom Wiktora Orbana na Węgrzech, który właśnie próbuje wywikłać swój kraj z analogicznej matni, choćby dobierając się do kieszeni międzynarodowym koncernom i usiłując dokonać gospodarczej dekolonizacji. Jest to zresztą główną przyczyną międzynarodowego jazgotu – bo te bajeczki o „zagrożeniu demokracji” są jedynie zasłoną dymną dla naiwnych, mającą uzasadnić zduszenie zarzewia ekonomicznej rewolty, zanim ta rozprzestrzeni się na inne kraje regionu, z Polską na czele. Niemniej, prędzej czy później okaże się, że mamy do wyboru albo powtórzenie wariantu greckiego (śmierć gospodarcza), albo otwarty bunt polegający na odmowie spłaty zadłużenia oraz radykalnym przebudowaniu sektora finansowego i modelu gospodarki pieniężnej – z jakąś formą odrzucenia systemu fiducjarnej kreacji pieniądza i zakorzenienia go w realnych dobrach.

III. Balcerowicz - mąż stanu, czy lobbysta?

Wracając do Balcerowicza i jego licznika. To oczywiście bardzo dobrze, że „wali” po oczach tymi liczbami, może do paru ludzi to dotrze, choć na masowe przebudzenie społeczne raczej bym nie liczył. Te sumy przez swój ogrom są zbyt abstrakcyjne dla przeciętnego zjadacza chleba, poza tym ludzie nie chcą wierzyć w czarne scenariusze – wolą myśleć wedle schematu: „zadłużone są wszystkie kraje świata, więc może tak po prostu musi być i nie ma się czym przejmować”? Na plus należy mu również zaliczyć fakt, iż zawsze był zwolennikiem dyscypliny budżetowej – w przeciwieństwie do Rostowskiego, który rozpętał orgię zadłużania państwa na skalę nie praktykowaną przez żadnego z jego poprzedników (otwartym jest pytanie czy czyni to by dogodzić Tuskowi, czy też jest tu po prostu kolonizacyjnym emisariuszem finansowej międzynarodówki – ja stawiam na to drugie).

Jednak, czy Balcerowicz faktycznie występuje tu jako mąż stanu, czy też może jest lobbystą konkretnej grupy interesów, czyli Otwartych Funduszy Emerytalnych – pasożyta, „prywatyzującego” do tej pory znaczną część składek emerytalnych, których „kapitalizacja” polega w dużym stopniu na wykupywaniu obligacji Skarbu Państwa? Przypomnijmy, że w tym modelu wypłata rzekomo „prywatnych” emerytur tak czy inaczej uzależniona została od wypłacalności budżetu państwa. Balcerowicz był jednym z architektów tego systemu. Oczywiście ma rację, mówiąc, że likwidacja OFE oznaczać będzie jedynie przeniesienie zadłużenia „jawnego” do „tajnego”, co pogłębi ogólną zapaść finansów i będzie działać antyrozwojowo, bo zobowiązania oznaczać będą zwiększony fiskalizm, ale ja tu dostrzegam drugie dno.

IV. Spór w rodzinie

Najwyraźniej, krótkoterminowy interes bronionej przez Balcerowicza konkretnej branży (OFE) stoi tu w sprzeczności z długofalowymi planami ubezwłasnowolnienia państwa polskiego, na którym to odcinku działa prężnie minister Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Tak odczytuję ten „spór w rodzinie”, niezależnie od merytorycznych uzasadnień Balcerowicza. Jeśli dodamy, iż to Balcerowicz był wykonawcą planu Sachsa-Sorosa (którzy zresztą, wedle Song Hongbinga są jedynie „komandosami” działającymi na zlecenie prawdziwych rekinów z City i Wall Street), polegającego na „transformacji” wedle schematu „zamiana długów na udziały”, to jego obecna akcja przestaje wyglądać wiarygodnie.

Przypomnę (pisałem o tym w niedawnym tekście „W niewoli kapitału”), iż proceder „zamiany długów na udziały” polegał na tym, że demoludom umarzano częściowo zadłużenie w zamian za „udziały” w poszczególnych gospodarkach narodowych. Stąd ta niezrozumiała na pierwszy rzut oka wyprzedaż majątku narodowego po dyskontowych cenach i niepohamowana inwazja gospodarcza. W efekcie, po ponad dwóch dekadach nie mamy własnego przemysłu, a nowe długi i tak zostały zaciągnięte – i to w stopniu o jakim Gierkowi z Jaruzelskim się nie śniło. Czyli, jak byliśmy bankrutami, tak pozostajemy nimi nadal – zmienił się tylko kolonizator.

I pomyśleć, że to właśnie Balcerowicz wraz ze swym Forum Obywatelskiego Rozwoju walnie przyczynił się do wyniesienia w 2007 roku ekipy Tuska do władzy. Pisał o tym Rewizor w słynnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie chodziło o to, iż to właśnie FOR, najprawdopodobniej za pieniądze Fundacji Adenauera, (więc pochodzące z budżetu Niemiec) było „mózgiem” i centrum organizacyjnym akcji „Zmień kraj. Idź na wybory.”, która hasłem „zabierz babci dowód” zaktywizowała 3 mln młodych wyborców, co sprawiło, że przechylili oni szalę zwycięstwa na korzyść PO. Najwyraźniej zarówno sam Balcerowicz, jak i jego mocodawcy oraz sprzymierzeńcy poczuli się przez poczynania tandemu Tusk-Rostowski wykolegowani (przeciw likwidacji OFE gardłuje również m.in. Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan), co opisanemu tu „sporowi w rodzinie” przydaje dodatkowego smaczku.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-niewoli-kapitalu

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc

http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow