Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadłużenie Polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadłużenie Polski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2015

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Najwyższy czas opracować strategię stopniowego wygaszania naszego członkostwa w UE – bo kiedy wskutek unijnych dobrodziejstw pójdziemy z torbami, będzie już za późno.

Pamiętamy niedawną histerię z powodu możliwości „grexitu”, czyli opuszczenia przez Grecję strefy euro? Pamiętamy. No to ja mam inną propozycję: zostawmy może chwilowo na boku Grecję z jej problemami i zastanówmy się nad opłacalnością dalszej przynależności do Unii Europejskiej... Polski. Tak się bowiem składa, że w świetle pojawiających się ostatnio danych, właśnie ta kwestia powinna stanąć na porządku dziennym. Swojego czasu postulowałem, by ktoś policzył jaki wpływ na wzrost polskiego zadłużenia ma nasze uzależnienie od unijnych funduszy – i wygląda na to, że właśnie uczynił to pan Tomasz Cukiernik, ekspert Instytutu Globalizacji, publicysta „Najwyższego Czasu” i autor książki „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa”.

Na papierze wszystko wygląda zachęcająco: w latach 2004-2013 otrzymaliśmy „na czysto” (czyli po odliczeniu składek) 61 mld euro, a w perspektywie budżetowej 2014-2020 ma to być łącznie 75 mld euro (dane Min. Finansów). Natomiast „Süddeutsche Zeitung” podał ostatnio jeszcze bardziej optymistyczne wyliczenia – otrzymać mamy 106 mld euro przy składkach własnych wynoszących ok. 16,2 mld euro, zatem bylibyśmy „do przodu” aż o niemal 90 mld. Tyle, że te liczby określają maksymalny pułap tego, co się nam należy „z rozdzielnika” - powstaje pytanie, ile z tego zdołamy „zaabsorbować”. Z kolei, ponieważ wysokość unijnej składki zależy m.in. od PKB, może się okazać, że nasze wpłaty do unijnej kasy będą realnie znacznie wyższe. Janusz Szewczak (główny ekonomista SKOK) szacuje, że zapłacimy w sumie ok. 200 mld zł (20-27 mld zł rocznie) – czyli blisko połowę maksymalnej sumy jaką będziemy mogli pozyskać z Brukseli. Zatem już na tym etapie korzyści z euro-funduszy drastycznie maleją.

Teraz sprawa unijnych funduszy jako generatora długu. Wg. zestawienia Tomasza Cukiernika, Polska w 2004 roku miała dług publiczny na poziomie 431 mld zł, co było równowartością 47 proc. PKB. W 2014 roku dług wynosił już ok. biliona zł, czyli 58 proc. PKB. Ów mechanizm zadłużeniowy w znacznej mierze napędzany jest absorpcją unijnych pieniędzy: aby sfinansować jakąś inwestycję niezbędny jest „wkład własny”, ten zaś na ogół, zgodnie z unijnymi przepisami, musi pochodzić z kredytu – zarówno jeśli chodzi o podmioty publiczne, jak i prywatne. Prowadzi to do narastania spirali – im więcej środków europejskich wydajemy, tym więcej musimy pożyczać. Janusz Szewczak podaje, że na 350 mld zł unijnych funduszy wydanych w latach 2007-2013 musieliśmy dołożyć blisko 250 mld. z pożyczonego „wkładu własnego”. W efekcie np. zadłużenie samorządów na koniec 2014 roku wynosiło 72,1 mld zł, co oznacza, że w ciągu 10 lat wzrosło o 290 proc! Obecnie nawet 300 gmin w Polsce musi ratować się „chwilówkami”. Kto bierze tego rodzaju lichwiarskie pożyczki? Ci, dla których są one ostatnią deską ratunku, zatem te 300 gmin już teraz balansuje na krawędzi upadłości. Taki jest koszt rewitalizacji miejskich ryneczków, eleganckiej kosteczki, basenów, aquaparków itd. Zwróćmy też uwagę, że te inwestycje na siebie nie zarabiają i nie ma szans by zarabiały – trzeba będzie do nich dopłacać długimi latami, co oznacza kolejne koszty i długi.

Następną pozycją jest rozmnożenie urzędników dzielących fundusze. Unia zaleca, by było to nawet 2,5 urzędnika na 1 mln euro dotacji – mamy zatem skokowy rozrost biurokracji i wynikających z tego kosztów. Ponadto, doliczyć należy nakłady na przygotowywanie skomplikowanych wniosków o dotacje: do połowy 2014 roku złożono 297 tysięcy wniosków, z czego ostatecznie podpisano umowy z 99 213 beneficjentami. Oznacza to, że cała reszta wysiłku i wydatków związanych z opracowaniem niezbędnej dokumentacji poszła na marne.

No i wreszcie problem wyprowadzania z Polski kapitału – łącznie w latach 2003-2012 wytransferowano 82,393 mld USD, przy czym skokowy wzrost obserwujemy po 2007 roku, czyli od wejścia w życie perspektywy finansowej 2007-2013. Zaryzykuję hipotezę, iż owa koincydencja wynika chociażby z tego, że wiele inwestycji realizowały zagraniczne firmy, bądź wykorzystywano w nich sprzęt i materiały kupione od zagranicznych podmiotów – a jeszcze dochodzą zyski banków będące skutkiem wspomnianego wcześniej obligatoryjnego kredytowania dotowanych przedsięwzięć z „wkładu własnego”. I te korzyści są następnie transferowane do central, z czego wniosek, że znaczna część z unijnych pieniędzy jest u nas tylko „na chwilę”.

Na koniec trzeba wspomnieć o implikacjach politycznych płynących z naszego uzależnienia od euro-funduszy. Wskazał na to Jarosław Kaczyński w przemówieniu podczas sejmowej debaty o „uchodźcach” mówiąc, iż w ten sposób państwa zachodniej Europy kupują sobie możliwość politycznej i gospodarczej ingerencji w naszym kraju. Ostatni szantaż „uchodźcy, albo wstrzymanie dotacji” jest tego dobitnym przykładem. Biorąc pod uwagę powyższe, najwyższy czas opracować strategię stopniowego wygaszania naszego członkostwa – bo kiedy wskutek unijnych dobrodziejstw pójdziemy z torbami, będzie już za późno.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Dekolonizacja Polski”

„Drenaż kolonialny”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (25.09-01.10.2015)

piątek, 7 sierpnia 2015

Kiełbasa wyborcza na kredyt

PO - niczym Lannisterowie z „Gry o tron” - zawsze płaci swoje długi. Szkoda tylko, że spłaca je naszymi pieniędzmi i wspólnym narodowym majątkiem.

Im bliżej wyborów, tym usilniej rządzący popychają nas w kierunku greckiego scenariusza. Ledwo co zdjęto z Polski procedurę nadmiernego deficytu, a już ruszyła z kopyta orgia zadłużania. Jeszcze na koniec 2014 dług publiczny wynosił 50,1% PKB, zaś na koniec I kwartału 2015 było to już 50,8%. Dla porównania, na koniec I kwartału 2014 dług publiczny wynosił wg Eurostatu 48,6% PKB. Czyli mamy skok o 2,2% w ciągu zaledwie roku. W tym tempie konstytucyjny próg wynoszący 60% PKB osiągniemy pod koniec 2019 roku – tyle nam zostało do ogłoszenia bankructwa. Chociaż tak naprawdę bankrutami jesteśmy już – na papierze uratował nas jedynie rządowy skok na OFE, bowiem wyłącznie dzięki przejęciu 150 mld zł z funduszy udało się zbić jawny dług publiczny. Stało się to jednakże kosztem przyrostu tzw. „długu ukrytego” - czyli przyszłych zobowiązań Skarbu Państwa np. wobec emerytów. Gdyby nie przejęcie i unieważnienie („podarcie weksli”) obligacji Skarbu Państwa, które do końca stanowiły dość istotną część portfela funduszy emerytalnych, najprawdopodobniej zbliżalibyśmy się dziś do progu 60%, zaś próg 55% PKB zapisany w ustawie o finansach publicznych mielibyśmy już dawno za sobą.

Ale „nacjonalizacja” środków OFE to był numer na jeden raz, więc owo doraźne (i tak naprawdę pozorne) zbicie zadłużenia bez żadnych realnych reform skutkować musi finansowym efektem jojo. To tak, jakby patologiczny tłuścioch zamiast racjonalnej diety i operacji zmniejszenia żołądka zafundował sobie liposukcję i zaraz potem znów zaczął się obżerać. Zjawisko to napędza znana prawidłowość mówiąca, że w roku wyborczym władza potrzebuje wyjątkowo dużo gotówki na przekupywanie kolejnych grup elektoratu. I w tym właśnie kontekście odbieram informację o pożyczce w wysokości 912,7 mln euro, której udzieli nam Bank Światowy. Formalnie pieniądze te mają pójść na „politykę rozwojową, w tym wspieranie wzrostu gospodarczego i tworzenie miejsc pracy, a także wzmacnianie odporności sektora finansowego”. Już to widzę... Patrząc na ośmioletni dorobek ekipy PO, będziemy mieli tak naprawdę sztucznie generowany wzrost PKB wynikający z przejadania na różne sposoby kolejnych pożyczek – i tak aż do ostatniego wyżebranego eurocenta. Potem przyjdzie czas zapłaty. Grecja coraz bliżej...

Mamy więc, generalnie rzecz ujmując, „kiełbasę wyborczą” na kredyt – i kto wie, czy Bank Światowy z pełną premedytacją nie poratował w ten sposób ekipy tak wyczulonej na interesy „rynków”, która jak żadna inna uzależniła Polskę od światowej finansjery? Gadanie o „polityce rozwojowej” to zwykłe zawracanie głowy, bo idę o zakład, że rząd Ewy Kopacz nie byłby w stanie nawet na torturach przedstawić żadnego „prorozwojowego” programu – a już na pewno nie takiego, który wyglądałby wiarygodnie w oczach finansistów z BŚ. Ta pożyczka zatem to nic innego jak zapomoga dla przyjaznej władzy – a kto ją będzie spłacał i jakimi aktywami, to się dopiero zobaczy. Wierzyciele będą mogli wszak wymusić na polskim bankrucie np. utworzenie „funduszu prywatyzacyjnego” na wzór grecki, który zaspokoi ich roszczenia chociażby poprzez sprzedaż Lasów Państwowych, do czego obecna władza już się przecież przymierzała.

Takie futrowanie sojuszniczych sił politycznych w postkomunistycznych bantustanach nie jest niczym nowym. Przed ostatnimi wyborami na Węgrzech była w podobny sposób dotowana antyorbanowska opozycja – ta sama, która długami doprowadziła Węgry na skraj upadłości i pozostająca z tego tytułu we wdzięcznej pamięci międzynarodowych grandziarzy. Różnica jest jedynie taka, że nie mógł jej oficjalnie wesprzeć żaden Bank Światowy, więc rolę dobrego wujka wziął na siebie George Soros, który jak podał kiedyś tygodnik „Heti Valasz”, tylko w samym 2012 roku wysupłał ze swej kabzy pół miliarda forintów na sponsorowanie węgierskiej lewicy.

Podsumowując, Bank Światowy pożycza Platformie pieniądze na kiełbasę wyborczą, ta zaś ze swej strony odpowiednio się odwdzięcza. Zostawiam już na boku heroiczną obronę banków rabujących klientów przy pomocy instrumentu spekulacyjnego wysokiego ryzyka, zwanego dla niepoznaki „kredytem frankowym”. Ostatnie dni przyniosły kolejne rewelacje – chociażby sprzedaż PKP Energetyka funduszowi z Luksemburga, zarejestrowanemu u nas pod postacią spółeczki z kapitałem zakładowym 5000 tys. zł. Inny przykład, to skok „kolesi” z Ministerstwa Finansów na Bank Ochrony Środowiska i - jak się wydaje – celowa gra na zaniżenie jego wartości pod kątem przyszłej prywatyzacji. No i wreszcie nowelizacja ustawy o działalności ubezpieczeniowej znosząca obowiązek przynależności do Polskiej Izby Ubezpieczeń, o co od dawna zabiegała austriacka Vienna Insurance Group.

Wygląda na to, że przed końcem kadencji Platforma najwyraźniej wypełnia jakieś zadzierzgnięte wcześniej zobowiązania wobec różnych grup interesu. Można zatem rzec, iż PO - niczym Lannisterowie z „Gry o tron” - zawsze płaci swoje długi. Szkoda tylko, że spłaca je naszymi pieniędzmi i wspólnym narodowym majątkiem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 31-32 (31.07-13.08.2015)

sobota, 16 lipca 2011

Polski błogostan 2011


„Diagnoza społeczna 2011”, czyli keep smiling po polsku.



I. Witamy w cieplarni.


Dawno temu zdarzyło mi się opublikować notkę „Polski błogostan”. Omówiłem w niej wyniki badań, z których wynikało, że Polacy czują się bezpiecznie jak nigdy. Generalnie uważamy, że nie ma żadnych zewnętrznych niebezpieczeństw, ościenne państwa są nam przyjazne – no, słowem: kochajmy się! Ciekawych odsyłam do tamtego tekstu (link powyżej) – powstał w marcu 2010 roku. Kilka tygodni przed Katastrofą Smoleńską.


Potem był 10.04.2010. I co? I nic.


Teraz bowiem, za sprawą „Diagnozy Społecznej 2011”, opracowanej przez zespół pod kierownictwem prof. Janusza Czapińskiego okazało się, że te cieplarniano-sielankowe nastroje bynajmniej nie wygasły. Co więcej, znajdują przełożenie na ocenę – jak by to ująć - „zadowolenia tak w ogólności”. Przeważająca (czy może raczej – przerażająca) większość Polaków (80%) sądzi, że ich sprawy toczą się ogólnie OK, zeszły rok był w porządku a nawet „udany”. Krótko mówiąc – doczłapaliśmy się do upragnionej stabilizacji. Dla salonowego socjologa, czyli pana profesora Czapińskiego i rozcmokanych nad jego „Diagnozą...” mediodajni stanowi to asumpt do nasładzania się trzeźwością, racjonalizmem i sukcesem Polaków.


Dla mnie wyniki badań są świadectwem porażającego ogłupienia, tumiwisizmu i uporczywego nie przyjmowania do wiadomości, że obecna względna laba jest życiem na kredyt – i to na kredyt, który rychło przyjdzie spłacać ze łzami w oczach.


II. Ogłupiające samozadowolenie.


Nie sposób uciec tu od często przywoływanej w prawicowym dyskursie analogii do czasów saskich, kiedy to jadło się, piło i popuszczało pasa. Owszem, Donald Tusk w roli króla Sasa sprawdza się znakomicie (i jest to bodaj jedyna rola w której realizuje się, powiedziałbym, w sposób naturalny), ale mało kto raczy przyjmować do wiadomości, ile za te saskie nie-rządy którymi obecnie stoi Polska przyjdzie wkrótce zapłacić.


Przedstawiony w „Diagnozie...” Polak nie chce słyszeć, że państwo – jego państwo – znajduje się w fatalnej kondycji, że zadłużone jest na ponad 800 miliardów PLN, zaś obywatele „prywatnie” na mniej więcej połowę tego i że niebawem znajdzie to przełożenie na jego osobisty los. Więcej: na wszelkie napomknięcia reaguje agresją - niczym ćpun wybudzany na siłę z ogłupiającego, pełnego samozadowolenia letargu. Kryzys jest gdzieś w świecie, u nas szafa gra. Nawet przykład Grecji nie jest w stanie takiego zmusić do intelektualnego wysiłku na poziomie prostego pytania: a co się stanie ze mną, jeśli i tutaj zawali się piramida długów? To porażające, ale tzw. statystyczna większość zdaje się sądzić: to długi państwa, a nie moje. Powiesz takiemu, że te państwowe zobowiązania są jednak jego, to się żachnie: - A w życiu! Ja tam nic nie pożyczałem!


A poza tym, zeklnie Cię, drogi Czytelniku, za poruszanie nieprzyjemnych tematów o których nie chce nic wiedzieć, ani o nich mówić. Zupełnie jak pani Małgorzata Wyszyńska z „Dziennika Telewizyjnego” TVP, która narzekała na dominujące w „pisowskich” czasach materiały epatujące ponuractwem.


Małpki nie mówią. Małpki nie widzą. Małpki nie słyszą. I wcale nie chcą odzyskać zmysłów.


I to jest właśnie jedna z tajemnic tego poczucia sukcesu o którym w upojeniu ględzi prof. Czapiński. Polacy wybierają postawę świadomej ignorancji, a poza tym nie utożsamiają się z państwem – odnoszą osobisty „sukces” mimo państwa, a nie w państwie. Tak można by skrótowo opisać mentalne nastawienie naszych rodaków do swej ojczyzny.


III. Keep smiling!


Warto jeszcze nadmienić o kilku rysach na przedstawionym nam w „Diagnozie Społecznej 2011” idyllicznym obrazku. Skoro jest tak fajnie, to czemu więcej pijemy? Dlaczego sypią się relacje międzyludzkie, rozpadają rodziny, źle się dzieje w małżeństwach? Wprawdzie mniej palimy (oficjalnie, bo przy tych cenach fajek... pozostaje zawsze stara, dobra kontrabanda), niemniej ten wzrost „spożycia” pokazuje, iż duszne boleści związane z życiem osobistym wytłumiamy alkoholem. Dodajmy jeszcze rosnące rozwarstwienie społeczne i - tu już poza „Diagnozą...” - wstrzymywanie przez GUS publikacji danych dotyczących ubóstwa w Polsce.


No to jak w końcu jest? Czy aby „Diagnoza...” obrazująca społeczne samozadowolenie, nie pokazuje nam kurczowego „keep smiling”? Postawy, w której wstyd się przyznać do strachu przed jutrem, do obawy czy dam radę spłacić kredyt, do ustawicznego kombinowania aby związać koniec z końcem, ale gdy ktoś zapyta, podnosimy kciuk i pokonując nerwicowy szczękościsk, stękamy z upiornym uśmiechem - „OK, I’m fine!”.


Czy to aby nie ten ustawiczny stres, wypływający z podświadomych lęków dotyczących kruchości podstaw naszego względnego dobrobyciku zatruwa domową atmosferę Polaków? Dodajmy do tego konsumpcjonistyczną presję i wtłaczaną nam do głów modę na „samorealizację” sprowadzającą się w praktyce do płytkiego egoizmu – i otrzymujemy wybuchowy koktajl, mogący koniec końców rozsadzić do reszty społeczne więzi.


Póki co, pijemy jeszcze wódkę, browary i pieczemy kiełbachy. Ale tylko do czasu. Do czasu.


Gadający Grzyb


P.S. Danych z „Diagnozy..” omawiających podejście Polaków (Polaków?) do tematu Katastrofy Smoleńskiej nie analizuję. Nie mam siły.