poniedziałek, 12 listopada 2018

Janusze biznesu

I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku.

Pod koniec października gruchnęła w rubrykach ekonomicznych hiobowa wieść: z początkiem przyszłego roku Niemcy mają zamiar otworzyć się na pracowników spoza Unii Europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy. Zapowiedź ta wywołała u polskich pracodawców ciarki na plecach, oznacza bowiem widmo gwałtownej utraty siły roboczej, skuszonej lepszymi warunkami oferowanymi za Odrą. Jak wynika z analiz firm Work Service i Personal Service (dane za „Rzeczpospolitą”), do Niemiec może wyjechać nawet 59 proc. pracujących w Polsce Ukraińców. Na dodatek już dziś przybyszów ze wschodu „podkupują” nam Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy również oferują im korzystniejsze warunki. Powyższe ma przełożyć się na „gigantyczną presję płacową”, spowolnienie wzrostu gospodarczego i spadek konkurencyjności polskich firm.

Można powiedzieć – sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Od lat mówi się, że rywalizowanie niskimi kosztami pracy to na dłuższą metę droga donikąd, wpędzająca nas w pułapkę średniego rozwoju. Owa pułapka zaś w praktyce skutkuje ubogim społeczeństwem – jeżeli mamy „konkurencyjną” gospodarkę, której głównym autem jest tani pracownik, to tenże nisko płatny pracownik przekłada się chociażby na biednego konsumenta i sfrustrowanego obywatela. Dobrze obrazuje to udział płac w PKB – wg danych Komisji Europejskiej nieodmiennie wleczemy się w ogonie Europy. Obecnie ze wskaźnikiem 48 proc. zajmujemy piąte miejsce od końca – na dodatek, patrząc od 1995 r. zanotowaliśmy niechlubny rekord: nasz udział płac w PKB spadł w tym okresie o 8,9 pkt. proc. Oznacza to m.in., że całymi latami wynagrodzenia nie nadążały za wzrostem produktywności. Ot, i cała tajemnica naszego wiekopomnego „sukcesu” pokazująca na czym budowaliśmy swoją konkurencyjność. Dopiero niedawno tendencja ta pomału zaczęła się zmieniać i wzrost płac nieznacznie przekroczył produktywność, co pracodawcom dało asumpt do narzekania na „presję płacową” i „rynek pracownika”. Otóż sprawa wygląda zgoła inaczej – polski pracownik dopiero zaczyna odrabiać straty z poprzednich lat, determinowanych „rynkiem pracodawcy” (czyli słynne – „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”).

Taki model anty-rozwoju ma swoje konsekwencje. Jedną z nich był masowy odpływ Polaków za granicę po otwarciu zachodnich rynków. Doraźnie skutkowało to jedynie złagodzeniem bezrobocia, ale już po kilku latach odbiło się bolesną czkawką – bo gdy minął najgorszy kryzys, nagle okazało się, że nie ma komu pracować. Wymuszono więc na rządzie ściągnięcie Ukraińców – m.in. po to, by utrzymać w ryzach wzrost wynagrodzeń (i zaczęła się gadka: „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców” - to był ów słynny „rynek pracownika”). Wszystko w ramach tego samego, patologicznego systemu. Jednocześnie odmawiano przyjęcia do wiadomości, że można zatrudniać ludzi na bardziej cywilizowanych warunkach – nie tylko jeśli chodzi o pensje (słynną średnią krajową mało kto ogląda na oczy, a dominanta wg GUS wciąż oscyluje na poziomie ok. 1600 „na rękę”), ale też ograniczyć plagę „śmieciówek” czy folwarczno-pańszczyźniane stosunki w firmach. Nie bez powodu Polacy pracujący za granicą jako jedną z przyczyn dla których nie palą się do powrotu podają, że prócz większych pieniędzy są w swoim obecnym miejscu pracy bardziej szanowani. Przy okazji okazało się, że rzekomo niewydajny Polak-nieudacznik z chwilą przekroczenia granicy stawał się cenionym i zaradnym pracownikiem, a nawet przedsiębiorcą. Cóż, jeżeli ktoś jest traktowany jak niewolnik, to pracuje jak niewolnik, proste. Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz – z cytowanych na wstępie wypowiedzi wynika, że nasi sąsiedzi z regionu pozostający na podobnej stopie rozwoju jakoś są w stanie „podkupić” Ukraińców lepszymi warunkami. U nas wszelka wzmianka o wzroście zarobków wywołuje z miejsca nerwowy dygot.

Przykład z życia. Mamy firmę średniej wielkości. Właściciel latami ignorował wszelkie prośby o podwyżki, aż w końcu pracownicy zaczęli składać wypowiedzenia. Szef rozejrzał się po rynku – i gdy zobaczył ile musiałby zapłacić nowym osobom, zbielało mu oko. Pieniądze na podwyżki nagle się znalazły, a firma jakoś nie zbankrutowała i nie utraciła konkurencyjności. Mimo to, ów Janusz biznesu nosi w sobie poczucie dojmującej krzywdy, co przejawia się od czasu do czasu złośliwym opóźnianiem wypłat (bo „mogą poczekać” - jak wrzasnął do księgowej, która z racji funkcji wiedziała, że pieniądze na wypłaty są). I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku. W tym kontekście nie dziwią niedawne wyniki badań firmy Randstad pokazujące, że polskie firmy nie są w stanie utrzymać pracowników i wciąż panuje w nich zbyt duża rotacja – nie tylko ze względu na płace, ale też np. brak inwestowania w rozwój pracownika. A teraz słychać płacz i zgrzytanie zębów, bo Niemcy zabiorą Ukraińców – niech zabierają, może wreszcie zrobi się normalniej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (09-15.11.2018)

Miasta nie dla PiS

Tendencja czyniąca kandydatów Prawa i Sprawiedliwości „niewybieralnymi” zeszła z poziomu wielkich metropolii do ośrodków średniej wielkości.

I. Niepokojąca tendencja

Wyniki II tury wyborów samorządowych potwierdziły, że o ile na poziomie sejmików bądź powiatów jest dobrze lub nawet bardzo dobrze, o tyle w miastach PiS ma spory problem. Co więcej, problem ten narasta, bowiem tendencja czyniąca kandydatów Prawa i Sprawiedliwości „niewybieralnymi” zeszła z poziomu wielkich metropolii do ośrodków średniej wielkości. Uogólniając, na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że w największych miastach „szklanym sufitem” jest pułap poparcia na poziomie trzydziestu kilku procent, zaś w nieco mniejszych – czterdziestu kilku. Póki co, w wyborach „masowych”, typu sejmiki wojewódzkie czy wybory parlamentarne, można jeszcze liczyć na neutralizację miast głosami „Polski powiatowej” - ale, po pierwsze, pytanie jak długo będzie to działać; po drugie – jeśli obserwowany spadek poparcia będzie nadal się rozprzestrzeniał na coraz mniejsze miasta, to może zrobić się naprawdę niebezpiecznie, szczególnie, gdy na powyższe nałoży się mobilizacja elektoratu „anty-PiS”.

W skali kraju, warto się przyjrzeć rozsianym po Polsce tzw. miastom prezydenckim. Na 107 takich ośrodków, PiS miało swoich włodarzy w 11 – po tych wyborach zostały mu 4 (Chełm, Otwock, Stalowa Wola, Zamość). Największy z nich to Zamość z niespełna 65 tys. mieszkańców. Dla porównania, Koalicja Obywatelska zagarnęła 22 miasta – choć na miejscu „totalnej opozycji” również nie uderzałbym w triumfalistyczne tony, bo największymi wygranymi są tu tzw. kandydaci niezależni, którzy mają 77 miast.

Powtarzam – są powody do niepokoju, bo o ile metropolie można sobie jeszcze od biedy odpuścić, uznając, że wielkomiejski „stan umysłu” jest nie do przezwyciężenia, to jednak miasta kilkudziesięciotysięczne wydawały się do tej pory jak najbardziej w zasięgu prawicy.


II. Wielkomiejski stan umysłu

Sprawa wymaga zapewne szczegółowych badań i mam nadzieję, że kierownictwo PiS nie poskąpi środków na socjologiczne analizy (w końcu, po coś dostają te budżetowe dotacje), jednak już dziś można się pokusić o kilka oczywistych konstatacji i roboczych hipotez.

Pierwsza sprawa – w największych miastach wygra nawet kij od szczotki, byle nie był z PiS-u. Może być malwersantem, krętaczem, nieudolnym leniem – nieważne, tu toczy się gra wyłącznie o to, kto sprawniej zagospodaruje antypisowskie emocje. Przykład Trzaskowskiego w Warszawie jest symboliczny. Opisywałem niedawno mentalność wielkomiejskiego elektoratu, więc nie chcę się powtarzać, dodałbym tylko jedno – kampanijna koncentracja na aferze reprywatyzacyjnej nie podziałała. Okazało się, że mieszkańcy stolicy są impregnowani na elementarną empatię, co gorzko po wyborach skomentowała córka zamordowanej Jolanty Brzeskiej. Dlaczego tak? Sądzę, że wielkomiejska „klasa średnia” lubiąca postrzegać siebie jako „ludzi sukcesu” nie odczuwała z ofiarami czyścicieli kamienic socjalnej wspólnoty – dla nich mieszkańcy lokali komunalnych to element gorszy i obcy, kojarzony z patologią. Być może nawet co niektórzy w głębi ducha odczuwali zadowolenie, że do „wyczyszczonych” kamienic wprowadzą się „lepsi” lokatorzy, lub powstaną w nich eleganckie biura. Słowem, zadziałał darwinistyczny mechanizm spod znaku „śmierć frajerom”.

Pouczające są tu wyniki badań prof. Michała Bilewicza, którymi dzielił się swojego czasu w wywiadzie dla „Wyborczej” (wiem, że to lewak, ale tym razem akurat wyjątkowo warto go posłuchać). Otóż ankieterzy odpytywali nieźle sytuowanych Warszawiaków, jacy wg nich są Polacy. Odpowiedzi były wielce charakterystyczne: Polacy w optyce wielkomiejskiej klasy średniej to niemal bez wyjątku pijacy, lenie, nieudacznicy i złodzieje. Przy czym, autorzy tych opinii, mówiąc „Polacy”, nie mieli na myśli siebie – oni identyfikowali się jako pracownicy korporacji, działacze organizacji pozarządowych, przedstawiciele wolnych zawodów... To jest ich poziom tożsamości – a „Polacy” to dla nich zaścianek, prowincja, ciemnogród i generalnie, elektorat PiS. Można domniemywać, że ten sposób myślenia dotyczy również pozostałych największych miast – na co często nakłada się kompleks świeżego awansu społecznego.


III. Pełzające „rozbicie dzielnicowe”

Mamy zatem przepaść kulturową – ale to dalece nie wszystko. Postawię tu tezę, że zbieramy właśnie długofalowe owoce reformy samorządowej z 1999r. oraz „metropolitalnej” polityki rządów PO. W efekcie, mieszkańcy miast zaczynają postrzegać siebie i swoje ośrodki jako swoiste „wyspy”, poza którymi rozciąga się jakiś inny świat, z którym nie czują większych więzów. Państwo jest im potrzebne do szczęścia tylko „o tyle, o ile” - np. do tego, żeby można było się w miarę komfortowo przemieścić z jednej „wyspy” do drugiej, niekoniecznie zresztą położonej w Polsce. Już bardziej skłonni są orientować się na Brukselę z jej funduszami strukturalnymi – i dlatego są o wiele bardziej uwrażliwieni na propagandowe groźby „Polexitu”. Na dodatek, ten kosmopolityzm przenika w coraz większym stopniu do miast średniej wielkości, które również mają swe „metropolitalne” i „europejskie” aspiracje – a to oznacza przyjęcie „w pakiecie” zestawu lewicowo-liberalnych, „wielkoświatowych” poglądów. Do powyższego dochodzi jeszcze poparcie dla kandydatów „stąd”, odżegnujących się od partyjnych szyldów. Politycy partyjni są postrzegani często jako marionetki warszawskich central i (w przypadku PiS-u) wykonawcy polityki rządu. W takiej optyce, np. wizyta premiera Morawieckiego czy Jarosława Kaczyńskiego z poparciem dla kandydata może być postrzegana nie tyle jako np. szansa na inwestycje, ile jako zakamuflowana próba nacisku. Nawet zapowiedzi prowadzenia polityki zrównoważonego rozwoju, mającego wyrównywać szanse poszczególnych regionów, są traktowane jako zagrożenie dla własnego, wyjątkowego statusu (bo żeby dać „prowincji”, to nam „odbiorą”).

Zwróćmy uwagę – na Świnoujście czy Szczecin nie podziałała zapowiedź rozbudowy gazoportu i budowy tunelu pod Świną. Podobnie na Elblągu nie zrobił wrażenia projekt przekopu Mierzei Wiślanej będący wszak dla tego miasta i portu gigantyczną szansą rozwojową. Przywrócenie do życia portu lotniczego w Radomiu i uczynienie z niego lotniska uzupełniającego Okęcie – również bez efektu. Tak samo z rozbudową elektrowni w Ostrołęce. Zadziałał odruch: „nie, bo nie, obejdzie się bez łaski, rządzimy się sami”. To niebezpieczne sygnały, mogące świadczyć o pełzającym „rozbiciu dzielnicowym” kraju.


IV. Błędy i demobilizacja

Oczywiście, pozostaje też sprawa jakości lokalnych kadr i zwykłych błędów podczas samej kampanii. Jeśli miejscowe struktury przez cztery lata spały, to trudno wymagać od mieszkańców, by nagle dali im kredyt zaufania. Weźmy np. porażkę w Kielcach – tu PiS może „podziękować” swojemu harcownikowi Dominikowi Tarczyńskiemu, który postanowił „przywalić” Bogdanowi Wencie, wyciągając mu, że jako piłkarz ręczny był na „zomowskim” etacie w milicyjnym klubie, a potem przyjął obywatelstwo niemieckie. Co z tego, że to prawda - skutek okazał się odwrotny do zamierzonego, tym bardziej, że Wenta wśród tzw. zwykłych obywateli jest postrzegany przede wszystkim jako znakomity sportowiec i trener będący autorem sukcesów naszej reprezentacji szczypiornistów, którymi jeszcze nie tak dawno ekscytowała się cała Polska. Z kolei w takim Przemyślu PiS-owi odbiła się czkawką ugodowa (by nie rzec dosadniej) polityka wobec Ukrainy, w efekcie czego spektakularny sukces odniósł kandydat Kukiz'15 Wojciech Bakun.

Wreszcie pozostaje kwestia wyczuwalnej demobilizacji elektoratu PiS. Tu możemy mieć pokłosie dwóch spraw: rekonstrukcji rządu, której ofiarą padła uwielbiana wśród prawicowych wyborców Beata Szydło (Morawiecki jest co najwyżej tolerowany jako ciało obce i bankster) oraz kolejnych rejterad: braku repolonizacji mediów, wycofania się z nowelizacji ustawy o IPN czy zapowiedzi dostosowania się do dyktatu TSUE, co oznacza koniec reformy sądownictwa. Pozostaje mieć nadzieję, że ten miejski zimny prysznic skłoni PiS do wyciągnięcia odpowiednich wniosków.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Gorzkie zwycięstwo PiS

Czy Pan miłuje Prawo i Sprawiedliwość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (09-15.11.2018)

niedziela, 11 listopada 2018

Przed marszem miliona

Podobno Jaśkowiak zaprosił do Poznania Kwaśniewskiego, Komorowskiego i Wałęsę. Może wśród nich Andrzej Duda lepiej się odnajdzie.

I. Hamlet belwederski

Marsz Niepodległości 2018 zapowiadany był hasłem „Marsz miliona na stulecie” (ostatecznie mottem będzie „Bóg, Honor, Ojczyzna”). Wydarzenie ze względu na 100-lecie odzyskania niepodległości w tym roku będzie miało wyjątkowy charakter – podobnie jak całe obchody naszego głównego narodowego święta. Tym większym niesmakiem więc napawa, że w miarę zbliżania się uroczystej rocznicy, narasta coraz więcej nieporozumień, przepychanek, a niekiedy wręcz kompromitacji. W momencie gdy piszę te słowa, wciąż trwają korowody wokół przygotowanej naprędce ustawy o dniu wolnym 12 listopada. Generalnie jestem zwolennikiem tego pomysłu, ale rozumiem też argumenty przeciwników. Ktoś nagle się obudził, wyskoczył z konceptem, żeby ludziom „zrobić dobrze” - i zaczęła się sejmowa kołomyja: pisanie ustawy na kolanie, nocne głosowanie z wtorku na środę, potem senat, poprawki... Wszystko w atmosferze pośpiechu i bałaganu – będzie „poniedziałek handlowy” czy nie, co z placówkami medycznymi, zaplanowanymi terminami w sądach, urzędach, firmach... A rozkłady jazdy? Będą w trybie normalnym czy świątecznym? To wszystko naprawdę nie dodaje powagi państwu i wielkiej rocznicy. Narzuca się oczywiste pytanie, czy nasi dobroczyńcy nie mogli zastanowić się wcześniej. Obrazu chaosu dopełniają sprzeczne komunikaty z Kancelarii Prezydenta: prezydent jest za; nie – jednak dano mu za mało czasu na podpis (pytanie - musi się zapytać Zofii Romaszewskiej czy zrobić badania opinii publicznej?); podpisze – nie podpisze... W tej chwili funkcjonują dwie równoległe wersje: wg pierwszej, prezydent zapowiedział podpisanie ustawy, wg drugiej – nie wiadomo, bowiem ma „poważne wątpliwości”. No ludzie...

Swoją drogą, to jest cały Duda w swym najgorszym wydaniu, objawionym nam przy okazji zawetowania sądowych ustaw, czego konsekwencje odczuwamy do tej pory: zjeść ciastko i mieć ciastko. Nie stracić prawicowego elektoratu, a jednocześnie nie podpaść za bardzo mainstreamowi i zagranicy. Efekt, jak wiadomo, jest taki, że mimo złagodzenia i połowiczności reformy sądownictwa, środowisko sędziowskie i tak pozostaje w stanie rewolty, a Bruksela w najlepsze wali nas po głowach. Tak kończy się chwiejne lawiranctwo. W 2015 r. myśleliśmy, że wybieramy przywódcę z prawdziwego zdarzenia – a otrzymaliśmy „Hamleta belwederskiego”. Jak tak dalej pójdzie, to pan prezydent może w 2020 r. nielicho się zdziwić – niczym, nie przymierzając, Komorowski.


II. „Wygumkować” endecję

Ta dygresja charakterologiczna była niezbędna, by przejść do drugiego wątku, związanego już bezpośrednio z Marszem Niepodległości. Otóż to, co wokół tegorocznego Marszu wyprawia ośrodek prezydencki, jest po prostu skandaliczne. Zacząć należy od tego, że pan prezydent nie uznał za stosowne zaprosić do honorowego komitetu obchodów rocznicy odzyskania niepodległości przedstawicieli środowisk narodowych. Nie znalazło się miejsce dla Ruchu Narodowego, Młodzieży Wszechpolskiej, ONR, stowarzyszenia Marsz Niepodległości – ba, nie uznano za godnych uczestnictwa nawet weteranów Narodowych Sił Zbrojnych! Tym samym tradycję endecką wraz z jej gigantycznymi zasługami dla budzenia narodowej świadomości i odrodzenia się Polski starannie „wygumkowano” z mapy polskiego patriotyzmu. Jak wiemy, zaproszono natomiast m.in. Hannę Gronkiewicz-Waltz, Henrykę Bochniarz, czy przedstawiciela mniejszości niemieckiej (tej samej, z którą toczyliśmy boje o odzyskanie Śląska – to jest dopiero chichot historii, gdyby żyli jeszcze członkowie Freikorpsów, pewnie też mogliby liczyć na takie wyróżnienie). Swojego czasu pytałem ironicznie na łamach siostrzanej „Warszawskiej Gazety”: „czy Roman Dmowski był w Wersalu? Czy w ogóle ktoś taki istniał?”. Według Kancelarii Prezydenta – najwyraźniej nie. Ciekawe, czy podczas rocznicowych „oficjałek” pan prezydent będzie w przemówieniach wycierał sobie buzię Dmowskim i Paderewskim, czy jednak zachowa na tyle przyzwoitości, by konsekwentnie na ich temat milczeć.

Z tej personalnej, rocznicowej układanki przebija jedno: strach. Z belwederskiego Hamleta wylazł, przepraszam, krakowski filister, dbający głównie o pozory – żeby było ze „splendorem” i „godnie”, a jednocześnie co i rusz paraliżowany lękiem „co ludzie powiedzą”. Andrzej Duda i jego otoczenie przerazili się na myśl, że doproszenie narodowców zepsuje im wizerunek i medialny piar – zupełnie, jakby media obozu III RP potrzebowały dodatkowego pretekstu do ataków. Sam nie wiem – może myśleli, że Bąkiewicz z Bosakiem, Winnickim i Tumanowiczem zaczną na prezydenckich salonach odpalać race i trzeba będzie czyścić ściany z sadzy?


III. Bezczelność i obłuda

Ale to jeszcze nic. Prawdziwy festiwal bezczelnej obłudy miał miejsce przy okazji sprawy uczestnictwa prezydenta w Marszu Niepodległości. Organizatorzy, niepomni na afront, wystosowali do głowy państwa zaproszenie i zaproponowali należne miejsce w wydarzeniu – prezydent miał otworzyć Marsz i wygłosić inaugurujące przemówienie. Dziś widać wyraźnie, że Andrzej Duda nie miał ochoty na udział i szukał tylko pretekstu do odmowy, a wszystkie spotkania z przedstawicielami narodowców (odbyło się łącznie siedem) były jedynie grą pozorów. Ostatecznie ludzie z Kancelarii Prezydenta podali dwie przyczyny: pierwsza, to napięty kalendarz obchodów; druga – strona prezydencka zażądała, by uczestnicy Marszu mieli ze sobą jedynie biało-czerwone flagi. Oba powody to kiepski dowcip.

Jeszcze 26 października Andrzej Duda w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” deklarował udział w Marszu i ZAPRASZAŁ do uczestnictwa polityków „totalnej opozycji” mówiąc: „Chciałbym, żebyśmy razem poszli w Marszu Niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem. Można się nie gryźć”. Wtedy „kalendarz” mu jakoś nie przeszkadzał, ale już nawet mniejsza o to. Rzecz w tym, że bez konsultacji z organizatorami wydarzenia, ustawił się w roli gospodarza zapraszającego po uważaniu gości – i to z grona notorycznej targowicy, knującej przeciw własnemu państwu z zagranicznymi wrogami z Berlina i Brukseli – tylko po to, by patriotyczną imprezę zamienić w piarowski cyrk „kiczu pojednania”. Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski dodał później, że Dudzie chodziło również o udział byłych prezydentów – czyli, nie wytrzymam, Komorowskiego, Kwaśniewskiego i Wałęsy. Już widzę reakcję demonstrantów... Głupota czy prowokacja? Przy tym, Duda najwyraźniej zapomniał, że na Marszu miał być GOŚCIEM – dostojnym, honorowym, ale gościem. Słowem, wymierzył organizatorom kolejny policzek.

Mało tego. Żądanie, by na imprezie w której zapewne weźmie udział kilkaset tysięcy osób dopilnowano, aby powiewały wyłącznie flagi narodowe dowodzi ewidentnej złej woli, bo tego przy tak masowym wydarzeniu zwyczajnie nie sposób zagwarantować. Tutaj znów wylazł ten filisterski strach, by nie narobić sobie wizerunkowych tyłów jakimś przypadkowym zdjęciem na tle „falangi” czy radykalnego transparentu. Może prezydent przestraszył się, co powie później jakiś Verhofstadt czy inny brukselski pajac? Poza tym, kurczę, co to ma być? Układanie menu na bankiet z szefem kuchni? Marsz Niepodległości od zawsze był wydarzeniem społecznym i tradycją stało się, że różne grupy uczestniczą w nim z własnymi sztandarami i banerami – zakazane były jedynie symbole partyjne. Jeśli zaś chodzi o flagi narodowe – ich akurat nigdy nie brakowało, były wręcz dominującym elementem oprawy, co widać na zdjęciach z kolejnych edycji Marszu.


IV. Duda wyprosił się z Marszu

W każdym razie, efekt jest taki, że „Prezydent Duda odrzucił zaproszenie prezydenta Dudy” - jak celnie ktoś ujął to w internecie. Kompletna groteska. Wraz z odmową, „niepokorny” dziennikarz Samuel Pereira nie omieszkał wrzucić „fejka” jakoby organizatorzy chcieli zepchnąć prezydenta do tylnych szeregów, a wyeksponować siebie i kolumnę ze sztandarami ONR. Można się domyślać, kto mu to podsunął „do wykonu” - na szczęście przedstawiciele narodowców szybko zdementowali tę nieudolną wrzutkę.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Marsz Niepodległości nigdy nie był „grzeczny”. Wziął się z radykalnej niezgody na rzeczywistość „republiki Okrągłego Stołu” i kierunku w jakim podążała Polska pod rządami magdalenkowych „łże-elit”. Wyrywanie mu pazurów, dzięki którym stal się największym patriotycznym wydarzeniem w Polsce, oznaczałoby pozbawienie go tożsamości. Marsz zamieniony w poprawną, sztampową „akademię ku czci” straciłby całą swą wyjątkowość – i sądzę, że jego liderzy doskonale o tym wiedzą. To dla tej niepowtarzalnej, rebelianckiej atmosfery ludzie masowo stawiają się co roku właśnie na Rondzie Dmowskiego. A zatem, niech i tym razem będzie racowisko, niepoprawne transparenty i sztandary, gromkie okrzyki. Drętwe „oficjałki”, standardowe mowy i kotyliony warto zostawić komu innemu. A pan prezydent? Cóż, podobno Jaśkowiak zaprosił do Poznania Kwaśniewskiego, Komorowskiego i Wałęsę. Może wśród nich Andrzej Duda lepiej się odnajdzie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (07-20.11.2018)

Pod-Grzybki 141

Przed wyborami lewactwo zrobiło shitstorm na temat Psalmu 33 ze słowami „Pan miłuje prawo i sprawiedliwość” - śpiewanego akurat w wyborczą niedzielę w kościołach. Trawestując stary dowcip o przedstawicielach Coca-coli w Watykanie – w PO pewnie kombinują teraz jak podejść papieża Franciszka, żeby wstawił fragment „Pan miłuje Platformę Obywatelską”.


*

Paweł Kukiz jednak jest niereformowalny – kilka lat w polityce nie wyleczyło go z narowów rockowej primadonny. Ostatnio, pod wpływem świętowania „piąteczku”, dał na Twitterze upust swym nocnym fantazjom sado-maso z posłem Markiem Jakubiakiem w roli głównej (nie chcecie sobie tego wyobrażać). Zrobił się skandal, więc nasz bohater najpierw stwierdził, że „utracił kontrolę” nad swoim kontem, by – kiedy już doszedł do siebie - „przypomnieć sobie”, że to jednak „piątkowa noc przejęła mnie i moje konto”. Czyli, jak rozumiem, pan Paweł został... opętany przez Twittera! Pytanie: jak to się egzorcyzmuje?


*

Inny przypadek twitterowego opętania zaliczył wkrótce potem Sławek Nowak. Przy okazji zmiany czasu, zaćwierkał takimi oto słowy: Uwaga „prawdziwi patrioci”! Słuchajcie tępe cepy! Dzisiaj z 3 (trzy) na 2 (dwa) przesuwacie wskazówki ZEGARKÓW (to co dostaliście na komunię)! Normalni to wiedzą z automatu”. Poza tym dobra wiadomość polega na tym, że możecie o jedną godzinę dłużej nienawidzić! :). Hm, Nowak znany jest z tego, że zna się na zegarku - a nawet na zegarkach. On potrzebował zapewne tej dodatkowej godziny, żeby je wszystkie poprzestawiać. Nic dziwnego, że trafił go szlag i musiał odreagować.


*

Z powyższego wynika, że ten cały Twitter to iście diaboliczne medium. Odbiera ludziom rozum – i dlatego właśnie politycy powinni mieć zakaz korzystania z tego serwisu. Piastujesz jakąkolwiek funkcję publiczną - bezwzględny szlaban i twitterowa prohibicja! Na domiar złego, zbyt łatwo się z niego korzysta. Wystarczy odpalić „apkę” w smartfonie i paluch sam lezie, żeby wystukać te 280 znaków – a potem wstyd jak beret. Toteż ja starannie unikam wszelkiego wdawania się w dyskusje i polemiki, bo widzę co to robi z ludźmi. Trzymam się od tego z daleka, jak od heroiny.


*

Słynna wokalistka Sinead O'Connor przeszła na islam, lata w hidżabie i każe na siebie wołać „Shuhada Davitt”. Przyznam, że bardzo lubię jej pierwszą płytę „The Lion and the Cobra”, ale obiektywnie muszę stwierdzić, że od zawsze miała tęgiego p***lca – a z wiekiem tylko jej się pogłębia. Pal sześć ogolenie glacy na łyso, ale z tego co pamiętam, zdążyła też przejść etap fascynacji IRA, podrzeć zdjęcie Papieża (bo to wstrętny konserwatysta), zostać lesbijką... No, to teraz zazna uroków muzułmańskiej otwartości i tolerancji na wszelkie ekstrawagancje. Nawiasem, czy ktoś jej powiedział, że ryzykuje życiem i kiedy znów jej się odmieni (a odmieni się z pewnością), to każdy muslim będzie miał prawo ją zabić za zdradę wiary Proroka? Bo póki co biedulka zdaje się żyć w błogiej nieświadomości.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (07-20.11.2018)

poniedziałek, 5 listopada 2018

Czy Pan miłuje Prawo i Sprawiedliwość?

O ile pogłoski o śmierci PSL okazały się przesadzone, o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

I. Proroczy psalm

Nie odmówię sobie nawiązania na wstępie do próby rozpętania medialnego shitstormu wokół Psalmu 33 ze słowami „Pan miłuje prawo i sprawiedliwość”, śpiewanego podczas Mszy Św. w wyborczą niedzielę 21 października. Kolejne redakcje biły rekordy głupoty, dopatrując się złamania ciszy wyborczej i partyjnej agitacji. Trzeba było dopiero wyjaśnień przedstawicieli Episkopatu i przewodniczącego PKW, którzy musieli tłumaczyć tym cymbałom (ze szczególnym uwzględnieniem „Superstacji”), że dobór czytań z Pisma św. nie zależy od widzimisię jakiegoś księdza czy biskupa, tylko jest „na sztywno” przypisany do kolejnych dni w roku. Reguluje to ustanowiony przez Stolicę Apostolską lekcjonarz, obowiązujący w Kościele Katolickim na całym świecie. Cóż, przynajmniej dziennikarskie lewactwo dowiedziało się czegoś nowego – całe zamieszanie pokazuje jednak stopień kulturowego wykorzenienia tego towarzystwa i poziom obsesji na tle obecności Kościoła w przestrzeni publicznej. Ma to znaczenie o tyle, że te wybory w dużej mierze były samorządowymi tylko z nazwy. O wiele większą wagę, szczególnie w przypadku sejmików i dużych miast, miało symboliczne opowiedzenie się po stronie „PiS lub anty-PiS” - również w aspekcie cywilizacyjno-kulturowym.

Przed nami wprawdzie jeszcze dogrywka, jednak napięcie (może poza Gdańskiem i Krakowem) raczej już opadło, dlatego warto pokusić się o chłodną refleksję tego, co się wydarzyło – korygując przy okazji pewne wnioski formułowane na gorąco, pod wpływem świeżych emocji.

Przede wszystkim, trzeba przyznać, że słowa biblijnego psalmu okazały się prorocze – zwycięstwo PiS jest o wiele większe, niż początkowo się wydawało. W wyborach do sejmików wojewódzkich partia rządząca osiągnęła rezultat 34,13 proc. i tym samym pobiła rekord AWS z 1998 r. (33,32 proc.). Przełożyło się to na 254 miejsca i odebranie palmy pierwszeństwa Platformie Obywatelskiej, która w 2010 r. zdobyła 222 mandaty. Jak już wiemy oznacza to wygraną w 9 województwach i samodzielne rządy w 6 z nich – plus, być może, koalicję z Bezpartyjnymi Samorządowcami w sejmiku dolnośląskim. A zatem, zarówno w liczbach bezwzględnych (PiS w skali kraju zebrało 5 267 667 głosów – kolejny rekord w wyborach samorządowych), jak i procentowo, mamy triumf – i można tylko ubolewać nad kampanijną opieszałością niektórych struktur terenowych, bo władza w kilku kolejnych sejmikach również była na wyciągnięcie ręki.

To jednak jeszcze nie wszystko. Otóż PiS zanotowało również bezprecedensowy wynik w wyborach powiatowych, zwyciężając w 162 powiatach spośród ogólnej liczby 380 (czyli w 43 proc.). To oznacza następny rekord – i tu od razu muszę uderzyć się w piersi, napisałem bowiem przed tygodniem, że na prowincji PiS nie może mierzyć się z PSL. Jak widać może, bowiem ludowcy zachowali władzę jedynie w 40 powiatach.


II. Klęska postkomuny

Warto jeszcze nadmienić, że jeśli chodzi o sejmiki, to na korzyść PiS zagrał chyba podobny mechanizm, jak w wyborach parlamentarnych w 2015 r. Wtedy, jak pamiętamy, samodzielne rządy Zjednoczonej Prawicy zagwarantował niespodziewanie słaby wynik koalicji zgrupowanej wokół SLD, która wylądowała pod ośmioprocentowym progiem wyborczym. Teraz podobnie – lewicowa koalicja padła, paradoksalnie, ofiarą mobilizacji obozu „anty-PiS”, który poparł Koalicję Obywatelską (na rzecz KO SLD straciło 17,5 proc. głosów z 2014 r.). W efekcie, komitet SLD – Lewica Razem uciułał w sejmikach ledwie 11 mandatów – i jedynie w woj. śląskim będzie języczkiem u wagi. Jak to ujął tydzień temu Mirosław Kokoszkiewicz - „opatrzność czuwała”. O ile zatem pogłoski o śmierci PSL okazały się, mimo wyraźnych strat tego ugrupowania, przesadzone - o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

A skoro wspomnieliśmy o PSL – ludowcy stracili niemal milion głosów (inna sprawa, że w 2014 r. prócz machlojek zagrała na ich korzyść niesławna „książeczka” wyborcza, co dało im znaczącą nadreprezentację). Utrata władzy w sejmikach, w tym w świętokrzyskim „bastionie”, to jedno – lecz równie bolesne jest, że w regionach PSL zostało „wyczyszczone” także na poziomie powiatów. Słowem, tam gdzie wygrało PiS, było to zwycięstwo totalne - rzekłbym nawet, że ponad stan, zważywszy na dysproporcję w liczbie członków obu partii (PiS - 34 508, PSL - 100 320). To zaś dla ludowców oznacza wytrącenie z rąk ich podstawowego atutu – czyli możliwości załatwiania Posad Swoim Ludziom. Mowa nie tylko o krzesłach radnych, ale przede wszystkim o dziesiątkach tysięcy stanowisk urzędniczych czy w przedsiębiorstwach komunalnych. Nie bez przyczyny kilka dni temu na portalu gazeta.pl ukazał się dramatyczny artykuł wieszczący czystkę kadrową w przejętych przez PiS województwach. A warto zauważyć, że dla PSL-owców te posady mają nie tylko znaczenie materialne – to również symbol awansu społecznego. Przez ostatnie lata zdążyli przyzwyczaić się do garniturów i garsonek, pokończyli różne kursy, ustawili krewnych i znajomych – a teraz co? Owszem, zapewne zostało im jeszcze całkiem sporo gmin, ale przecież dla wszystkich stanowisk nie wystarczy. Przewiduję płacz i frustrację – a dla „peselu” utrata marki „dobrego pracodawcy” może być początkiem końca.


III. Przed maratonem 2019

Dla odmiany, PiS w stosunku do 2014 r. zyskało ponad 2 mln. głosów – i jest to dobra odskocznia przed wyborami parlamentarnymi. Wprawdzie w porównaniu z 2015 r. mamy ubytek ok. 450 tys. głosów (5 267 667 przy 5 711 671 w 2015), lecz z kolei KO straciła w stosunku do łącznego wyniku Platformy i Nowoczesnej aż 750 tys. głosów, na dodatek sondażowe przepływy elektoratu wg exit polls pokazują, że elektorat PiS jest o wiele bardziej stabilny, co nieźle rokuje na przyszłość.

Ale, żeby nie było tak słodko – w tzw. miastach prezydenckich PiS poniosło klęskę. Druga tura wprawdzie jeszcze przed nami lecz patrząc realistycznie, PiS ma szanse może na kilkanaście prezydenckich foteli spośród 107. Podkreślmy – nie chodzi o największe metropolie, ale przeważnie o ośrodki średniej wielkości. Jest to niewątpliwie lekcja do odrobienia i sądzę, że kierownictwo partii powinno przyjrzeć się uważnie lokalnym oddziałom – z opcją radykalnego „przewietrzenia”. Co ciekawe, transfery socjalne oraz lokalne inwestycje niekoniecznie mają wpływ na polityczne wybory mieszkańców – teoretycznie program 500+ powinien zmobilizować np. beneficjentów z warmińsko-mazurskiego czy zachodniopomorskiego. Okazało się, że nic z tych rzeczy. Pouczający jest też przypadek Świnoujścia – mimo inwestycji w gazoport i „klepnięcia” budowy tunelu pod Świną, PiS w tym mieście przegrało.

I tu dotykamy wspomnianego na wstępie aspektu cywilizacyjnego. Najwyraźniej, nie tylko wielkie miasta postrzegają PiS jako element „prowincjonalny” i kulturowo obcy – również te średnie mają swoje wielkomiejskie i „europejskie” aspiracje. Dodatkową specyfiką jest głosowanie na kandydatów „niezależnych”, demonstracyjnie odcinających się od partyjnych szyldów. Warto zwrócić uwagę na przykład Katowic, gdzie PiS „podłączyło się” pod bezpartyjnego kandydata – inaczej nie byłoby sukcesu. Jak przekonać do siebie ten segment elektoratu – oto zagadka, którą sztabowcy PiS będą musieli rozwikłać, bo o ile metropolie nie muszą mieć decydującego wpływu na wynik w skali ogólnopolskiej, to już łączny rezultat w dużych i średnich miastach może zaważyć na końcowym sukcesie bądź porażce.

A już za moment czeka nas kolejna poważna batalia o przyszłość Polski – i to nie tylko o utrzymanie samodzielnych rządów obozu patriotycznego. Również wiosenne wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne jak nigdy wcześniej, bowiem za sprawą rosnących w siłę ugrupowań antysystemowych szykuje się możliwość przemeblowania europejskiej sceny politycznej w pożądanym przez nas kierunku. Biorąc to pod uwagę, mocna reprezentacja PiS mogłaby znacząco przyczynić się do poprawy pozycji Polski w trudnych relacjach z Brukselą.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Gorzkie zwycięstwo PiS


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (02-08.11.2018)