Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszty pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszty pracy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 kwietnia 2019

Polacy dziadami Europy

Wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób?

Może staję się nieco monotematyczny, ale cóż począć, skoro w ostatnim czasie regularnie ukazują się analizy i dane, wobec których trudno przejść obojętnie? Mówiliśmy już tu sobie o regresywnym systemie podatkowym na podstawie raportu Instytutu Badań Strukturalnych pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, tydzień temu przyjrzeliśmy się rozwarstwieniu dochodowemu opisanemu w analizie World Inequality Lab „Jak nierówna jest Europa?” - a dziś przyjdzie zająć się kosztami pracy, bowiem właśnie pojawiły się najświeższe dane Eurostatu na ten temat. Wynika z nich jednoznacznie, że wynagrodzenia w Polsce są po prostu dziadowskie – i to nie tylko na tle „starej Europy”, lecz również części krajów naszego regionu. Co więcej, wiele do życzenia pozostawia również dynamika wzrostu zarobków.

W 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce wynosił przeciętnie zaledwie 10,1 euro przy europejskiej średniej 27,4 euro/godz. Koszty pozapłacowe to 18,4 proc. tej kwoty, co daje ok. 1,86 euro/godz. i na tle reszty Europy również nie należą do wysokich – unijna średnia kosztów pozapłacowych to bowiem 23,7 proc., czyli 6,5 euro/godz., co polecam uwadze organizacjom pracodawców narzekającym na „wysokie koszty” i „narzuty” na pracę. Za nami są jedynie Bułgaria (5,4 euro), Rumunia (6,9 euro), Litwa (9 euro), Węgry (9,2 euro) oraz Łotwa (9,3 euro). Wyprzedzają nas natomiast Chorwacja (10,9 euro), Słowacja (11,6 euro), Estonia (12,4 euro), Czechy (12,6 euro) i Słowenia (18,1 euro). Jeśli chodzi o dynamikę wzrostu płac rok do roku, również nie prezentujemy się najlepiej – w porównaniu z 2017 rokiem, w 2018 zarobki wzrosły o 6,8 proc. Dla porównania – w Czechach odnotowano wzrost o 11,2 proc. (a więc nasi południowi sąsiedzi nam uciekają), zaś spośród krajów, gdzie zarabia się jeszcze mniej niż w Polsce dwucyfrowy wzrost osiągnęły Litwa (10,4 proc.), Rumunia (11,2 proc.) i Łotwa (12,9 proc.) - oni z kolei nas doganiają.

Innymi słowy, wciąż tkwimy w pułapce średniego rozwoju – taka jest cena za pozostawanie „montownią Europy” i konkurowanie oparte na taniej sile roboczej. Od ładnych kilku lat mówi się, że taki model gospodarczy to na dłuższą metę ślepy zaułek, lecz jak widać póki co nie wyciągamy z tego praktycznych wniosków. Na domiar złego, pracodawcy strasząc zastojem gospodarki i „presją płacową” wylobbowali sobie otwarcie naszego rynku pracy na masowy napływ gastarbeiterów z Ukrainy i Azji (nad czym bardzo szybko przestano panować), a obecnie zgłaszają jeszcze dalej idące postulaty, nawet niespecjalnie ukrywając, że jedną z głównych motywacji jest zamrożenie płac. Jak widać – cel już teraz został w znacznej mierze osiągnięty. Warto w tym kontekście zerknąć na Czechy. Otóż tamtejszy rząd bardzo skrupulatnie limitował napływ pracowników spoza UE, otwarcie przy tym mówiąc, że ma to na celu podwyższenie zarobków czeskich pracowników. Podejście to okazało się skuteczne – i to do tego stopnia, że gdy Czesi od niedawna nieco uchylili furtkę (podkreślam – furtkę, a nie bramę, jak u nas) dla Ukraińców, to na naszych „Januszy biznesu” padł blady strach przed exodusem ukraińskiej siły roboczej zwabionej wyższymi wynagrodzeniami za południową granicą.

Tak wygląda osławiony „rynek pracownika” - jak zdarzyło mi się już pisać, w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę twarde dane świadczące o dynamice wzrostu wynagrodzeń, udziale płac w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. A rezerwy są, bowiem przez większość okresu naszej sławetnej „transformacji” wzrost wynagrodzeń nie nadążał za wzrostem produktywności, do czego przyczyniało się dwucyfrowe bezrobocie i słynne „jak się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” (obecnie w wersji: „na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców)” - o czym pisałem już półtora roku temu na bazie raportu Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”.

Na zakończenie podpowiedź, którą podrzucam rządzącym w kontekście regresywnego systemu podatkowego oraz trudności z efektywnym opodatkowaniem korporacji i kapitału (wpływy z CIT nie przekraczają u nas 2 proc. PKB). Otóż wyższe pensje, to również wyższe wpływy do budżetu z PIT, składek ZUS i podatków pośrednich (#MinisterFinansówLubiTo). Innymi słowy, wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób? Proponowane rozwiązanie ma także tę zaletę, że równocześnie podnosi poziom zamożności Polaków (zwłaszcza w grupie najmniej zarabiających) i dochody budżetowe – w przeciwieństwie do „500+”, które wprawdzie „tu i teraz” jest programem koniecznym, lecz obciąża budżet i stanowi zaledwie doraźny plasterek łagodzący biedę i nierówności. Na dłuższą metę niezbędny jest radykalny wzrost wynagrodzeń – a że 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej przy dominancie ok. 2500 zł. brutto, to naprawdę jest tu wielkie pole do działania. Bez tego pozostaniemy na kolejne dziesięciolecia dziadami Europy.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16 (19-25.04.2019)

poniedziałek, 12 listopada 2018

Janusze biznesu

I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku.

Pod koniec października gruchnęła w rubrykach ekonomicznych hiobowa wieść: z początkiem przyszłego roku Niemcy mają zamiar otworzyć się na pracowników spoza Unii Europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy. Zapowiedź ta wywołała u polskich pracodawców ciarki na plecach, oznacza bowiem widmo gwałtownej utraty siły roboczej, skuszonej lepszymi warunkami oferowanymi za Odrą. Jak wynika z analiz firm Work Service i Personal Service (dane za „Rzeczpospolitą”), do Niemiec może wyjechać nawet 59 proc. pracujących w Polsce Ukraińców. Na dodatek już dziś przybyszów ze wschodu „podkupują” nam Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy również oferują im korzystniejsze warunki. Powyższe ma przełożyć się na „gigantyczną presję płacową”, spowolnienie wzrostu gospodarczego i spadek konkurencyjności polskich firm.

Można powiedzieć – sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Od lat mówi się, że rywalizowanie niskimi kosztami pracy to na dłuższą metę droga donikąd, wpędzająca nas w pułapkę średniego rozwoju. Owa pułapka zaś w praktyce skutkuje ubogim społeczeństwem – jeżeli mamy „konkurencyjną” gospodarkę, której głównym autem jest tani pracownik, to tenże nisko płatny pracownik przekłada się chociażby na biednego konsumenta i sfrustrowanego obywatela. Dobrze obrazuje to udział płac w PKB – wg danych Komisji Europejskiej nieodmiennie wleczemy się w ogonie Europy. Obecnie ze wskaźnikiem 48 proc. zajmujemy piąte miejsce od końca – na dodatek, patrząc od 1995 r. zanotowaliśmy niechlubny rekord: nasz udział płac w PKB spadł w tym okresie o 8,9 pkt. proc. Oznacza to m.in., że całymi latami wynagrodzenia nie nadążały za wzrostem produktywności. Ot, i cała tajemnica naszego wiekopomnego „sukcesu” pokazująca na czym budowaliśmy swoją konkurencyjność. Dopiero niedawno tendencja ta pomału zaczęła się zmieniać i wzrost płac nieznacznie przekroczył produktywność, co pracodawcom dało asumpt do narzekania na „presję płacową” i „rynek pracownika”. Otóż sprawa wygląda zgoła inaczej – polski pracownik dopiero zaczyna odrabiać straty z poprzednich lat, determinowanych „rynkiem pracodawcy” (czyli słynne – „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”).

Taki model anty-rozwoju ma swoje konsekwencje. Jedną z nich był masowy odpływ Polaków za granicę po otwarciu zachodnich rynków. Doraźnie skutkowało to jedynie złagodzeniem bezrobocia, ale już po kilku latach odbiło się bolesną czkawką – bo gdy minął najgorszy kryzys, nagle okazało się, że nie ma komu pracować. Wymuszono więc na rządzie ściągnięcie Ukraińców – m.in. po to, by utrzymać w ryzach wzrost wynagrodzeń (i zaczęła się gadka: „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców” - to był ów słynny „rynek pracownika”). Wszystko w ramach tego samego, patologicznego systemu. Jednocześnie odmawiano przyjęcia do wiadomości, że można zatrudniać ludzi na bardziej cywilizowanych warunkach – nie tylko jeśli chodzi o pensje (słynną średnią krajową mało kto ogląda na oczy, a dominanta wg GUS wciąż oscyluje na poziomie ok. 1600 „na rękę”), ale też ograniczyć plagę „śmieciówek” czy folwarczno-pańszczyźniane stosunki w firmach. Nie bez powodu Polacy pracujący za granicą jako jedną z przyczyn dla których nie palą się do powrotu podają, że prócz większych pieniędzy są w swoim obecnym miejscu pracy bardziej szanowani. Przy okazji okazało się, że rzekomo niewydajny Polak-nieudacznik z chwilą przekroczenia granicy stawał się cenionym i zaradnym pracownikiem, a nawet przedsiębiorcą. Cóż, jeżeli ktoś jest traktowany jak niewolnik, to pracuje jak niewolnik, proste. Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz – z cytowanych na wstępie wypowiedzi wynika, że nasi sąsiedzi z regionu pozostający na podobnej stopie rozwoju jakoś są w stanie „podkupić” Ukraińców lepszymi warunkami. U nas wszelka wzmianka o wzroście zarobków wywołuje z miejsca nerwowy dygot.

Przykład z życia. Mamy firmę średniej wielkości. Właściciel latami ignorował wszelkie prośby o podwyżki, aż w końcu pracownicy zaczęli składać wypowiedzenia. Szef rozejrzał się po rynku – i gdy zobaczył ile musiałby zapłacić nowym osobom, zbielało mu oko. Pieniądze na podwyżki nagle się znalazły, a firma jakoś nie zbankrutowała i nie utraciła konkurencyjności. Mimo to, ów Janusz biznesu nosi w sobie poczucie dojmującej krzywdy, co przejawia się od czasu do czasu złośliwym opóźnianiem wypłat (bo „mogą poczekać” - jak wrzasnął do księgowej, która z racji funkcji wiedziała, że pieniądze na wypłaty są). I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku. W tym kontekście nie dziwią niedawne wyniki badań firmy Randstad pokazujące, że polskie firmy nie są w stanie utrzymać pracowników i wciąż panuje w nich zbyt duża rotacja – nie tylko ze względu na płace, ale też np. brak inwestowania w rozwój pracownika. A teraz słychać płacz i zgrzytanie zębów, bo Niemcy zabiorą Ukraińców – niech zabierają, może wreszcie zrobi się normalniej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (09-15.11.2018)

niedziela, 19 listopada 2017

Wyższe płace są konieczne

Idąc dalej dotychczasową ścieżką pozostaniemy krajem (i regionem) montowni – podwykonawców i dostawców, bez perspektyw rozwoju.

Na początek trzy obrazki z niewielkiego miasteczka na Mazowszu. Mamy oto położoną w specjalnej strefie ekonomicznej fabrykę będącą podwykonawcą międzynarodowego koncernu – potentata w branży słodyczy. Do niedawna zatrudniała głównie kobiety z okolicznych wiosek (oczywiście za pośrednictwem agencji pracy „tymczasowej”, na „śmieciówce” i z najniższą możliwą stawką), a zagraniczny menedżer zachwycał się w rozmowie z lokalnym przedsiębiorcą, że tańsi pracownicy są chyba tylko w Albanii. Do czasu – obecnie Polacy są marginesem obsady, zaś główną siłą roboczą jest ok. 300 Hindusów – bo nawet Ukraińcy są już „za drodzy” i nie chcą tyrać za oferowane grosze. W innej fabryce – cynkowni – zaczęto z kolei ściągać do pracy „siłę roboczą” z Nepalu. Polakom i Ukraińcom, biorąc pod uwagę proponowane wynagrodzenie, nie uśmiecha się praca w, mówiąc eufemistycznie, „trudnych warunkach” - a te trudne warunki to skrajne gorąco na hali produkcyjnej w połączeniu z toksycznymi oparami kwasów. Wreszcie mamy miejscowego biznesmena, który mentalnie zatrzymał się w latach 90-tych i nie wyobraża sobie innych form zatrudnienia ludzi, niż za niewielką pensję „na papierze” i resztę wypłacaną pod stołem. Ów „Janusz biznesu”, przyzwyczajony latami do folwarcznego modelu zarządzania, nie potrafi zrozumieć, jak pracownicy nagle mogą się domagać umów z pełnym oskładkowaniem i generalnie, warunków zatrudnienia zgodnych z Kodeksem Pracy. Uważa, że dzieje mu się krzywda.

Tak wygląda w praktyce słynny „rynek pracownika” o którym tyle słyszymy. I tak kończy się doprowadzone do ściany konkurowanie niskimi kosztami zatrudnienia – staliśmy się krajem migracyjnym. Powyższe rzuca też pewne światło na żale pracodawców o rzekomym „braku rąk do pracy”. Otóż ręce do pracy jak najbardziej są, bo oficjalne dane o bezrobociu nijak się mają do rzeczywistości (spora część bezrobotnych zwyczajnie nie rejestruje się w urzędach pracy i przez to „znikają z radaru” statystyk) – po prostu, po niemal 30 latach transformacji Polacy mają dość głodowych pensji, zapewne swoje zrobił też efekt „500+” i możliwości związane z emigracją. Powtórzę to, co kiedyś już tu pisałem – w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę dane świadczące o wzroście udziału wynagrodzeń w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. Tymczasem pracodawcy przyzwyczajeni do rywalizacji kosztami pracy zwyczajnie nie wyobrażają sobie przejścia na bardziej cywilizowany model i wolą lobbować za sprowadzaniem pół-niewolników z coraz bardziej egzotycznych kierunków. A rządzący, sterroryzowani kasandrycznymi perspektywami zahamowania wzrostu gospodarczego, owemu szantażowi ulegają.

Teraz powróćmy do opracowania Beli Galgocziego „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac” wydanego przez Europejski Instytut Związkowy, którego omawianie zacząłem w poprzednim felietonie. Kraje naszego regionu, w tym Polska, mają „rezerwy” umożliwiające wzrost płac – chociażby dlatego, że wynagrodzenia całymi latami nie nadążały za wzrostem produktywności, a koszty pracy wciąż stanowią zaledwie ułamek tych znanych ze „starej” Unii. W efekcie, skorygowana o płace wydajność (zwłaszcza w sektorze produkcji) jest u nas znacznie wyższa niż w Europie Zachodniej.

Powie ktoś – wzrost płac poskutkuje odpływem inwestycji zagranicznych i bezrobociem. Niekoniecznie. Na przestrzeni minionych lat nasz region dopracował się bowiem całych „klastrów” w takich branżach jak chociażby motoryzacja (klaster obejmujący południową Polskę, Czechy, Słowację, Węgry i zachodnią Rumunię). Oznacza to sieć zależności - sprawdzeni dostawcy, przyuczeni i doświadczeni pracownicy, logistyka, nie mówiąc już o atrakcyjnym położeniu – bliskość Zachodu, dobra i wciąż poprawiająca się infrastruktura, brak granic. Taki „klaster” nie jest łatwo zdemontować z dnia na dzień i przenieść w inny region świata.

Najważniejsze jednak, że obecny model jest na dłuższą metę antyrozwojowy i skazuje nas na utrwalenie niekorzystnej pozycji w międzynarodowym podziale pracy. Idąc dalej dotychczasową ścieżką pozostaniemy krajem (i regionem) montowni – podwykonawców i dostawców, specjalizujących się w produkcji o niskiej wartości dodanej i bez perspektyw rozwoju. Kolejnym niekorzystnym aspektem jest zahamowanie popytu wewnętrznego – niskie płace, to niska konsumpcja. Wszystko razem zaś sprowadza się do petryfikowania „pułapki średniego rozwoju” w której nieustannie „gonimy króliczka”, czyli kraje rozwinięte, bez realnej możliwości ich dogonienia. Wzrost płac to także impuls modernizacyjny, którego dotąd nie mieliśmy, bo po co inwestować w unowocześnienie gospodarki, skoro zawsze można przebić konkurencję niskopłatnym Polakiem, a obecnie też i Hindusem, bądź Nepalczykiem? Dlatego należy skończyć z trendem polegającym na zbijaniu presji na wzrost wynagrodzeń poprzez masowy import pracowników z zagranicy. To droga donikąd. Ciekawe, co będzie następne – Bangladesz? Żyje tam ponad 160 mln. biedoty – to ci dopiero świetlane perspektywy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (17-23.11.2017)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Wyższe płace są możliwe

Urzędnicy Komisji Europejskiej ratowali konkurencyjność koncernów „starej Europy”, zapewniając im w naszym regionie tanią siłę roboczą.

NSZZ „Solidarność” udostępnił opracowanie powstałe pod egidą Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”. Oczywiście wiem, jaka przez ostatnie niemal 30 lat naszej prześwietnej „transformacji gospodarczej” przylgnęła opinia do związków zawodowych – pazernych, roszczeniowych i antyrozwojowych pasożytów, które najchętniej puściłyby pracodawcę-dobrodzieja z torbami. Pogląd ten łączy zarówno menedżera międzynarodowej korporacji nadzorującego „siłę roboczą” w tutejszych montowniach, jak i „Janusza biznesu” dla którego jedyny akceptowalny model zatrudnienia to minimalna pensja na papierze plus reszta pod stołem (a to wciąż u nas powszechna praktyka, szczególnie na prowincji). Niemniej, warto nad wspomnianą analizą nieco się pochylić, bo dane są danymi, a wyciągnięte na ich podstawie wnioski pokrywają się zarówno z codziennymi obserwacjami, jak i tym, co głoszą coraz liczniejsi ekonomiści oraz międzynarodowe instytucje (np. MFW) odnośnie spadającego udziału płac w PKB, czy rosnącego rozwarstwienia dochodów.

Otóż autor, Bela Galgoczi, zwraca uwagę, że o ile w pierwszym etapie transformacji w krajach postkomunistycznych będących obecnie członkami Unii Europejskiej nastąpiło załamanie płac, to już od 1993 r. mieliśmy do czynienia z ich dynamicznym wzrostem, co przekładało się na postępującą „płacową konwergencję” między naszym regionem, a państwami Europy Zachodniej. Autor jako punkt odniesienia podaje Niemcy ze względu na fakt, iż dla Europy Środkowej jest to główny partner handlowy oraz inwestor. I tak, w Czechach poziom płac w przeliczeniu na euro wzrósł z 8,3 proc. w 1993 do 35,1 proc. średniego niemieckiego wynagrodzenia w 2010 r. Z kolei np. w Polsce płace wzrosły z 13,7 proc. płacy niemieckiej w 1995 r. do 33 proc. w 2008 r. (moment szczytowy). Innymi słowy, w tym okresie faktycznie można było powiedzieć, że pod względem poziomu życia stopniowo doganiamy Zachód.

Trend ten uległ załamaniu po wybuchu kryzysu w 2008 r. W 2015 r. średnia płaca w Czechach spadła do 30,9 proc. płacy niemieckiej, a w Polsce – do 29,3 proc. Oznacza to, że zamiast doganiać Zachód, znów zaczęliśmy się od niego oddalać. Co ciekawe, największą dynamikę bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) nasz region odnotował właśnie w okresie największego wzrostu zarobków – oba czynniki były ze sobą ściśle powiązane, bowiem BIZ prowadziły chociażby do spadku bezrobocia i podniesienia produktywności. Na powyższe nałożyła się również emigracja zarobkowa – im więcej specjalistów z danej branży emigrowało, tym bardziej rosły zarobki tych, którzy zostali w kraju. Jednak, jak wspomniałem, po 2008 r. mieliśmy regres zarobkowy, co było efektem nie tyle samego kryzysu, ile nietrafionej polityki Komisji Europejskiej, która kraje Europy Środkowej potraktowała identycznie, jak rozwinięte gospodarki „starej unii”. Otóż zalecenia KE sprowadzały się m.in. do ograniczenia płac, by gospodarki „odzyskały konkurencyjność”. Efektem było m.in. zamrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym, brak podnoszenia (lub symboliczne) płacy minimalnej oraz „reformy instytucjonalne” umożliwiające korektę płac w dół, czyli (jak się domyślam) „uelastycznienie” rynku pracy.

Rzecz w tym, że traktowanie naszego regionu bez uwzględnienia jego specyfiki było absurdem – KE doszła do wniosku, że przez wzrost wynagrodzeń w poprzednich latach utraciliśmy swą konkurencyjność na równi z krajami Europy Zachodniej, co kompletnie nie pokrywało się z rzeczywistością. Koszty zatrudnienia wciąż były niskie, stanowiąc np. w Polsce ok. 1/3 kosztów niemieckich – a w rzeczywistości jeszcze niższe, bo autor posługuje się średnim wynagrodzeniem, które w polskich warunkach ze względu na drastyczne rozwarstwienie dochodów nie jest do końca adekwatne. Mówiąc obrazowo, „średnia krajowa” (zwłaszcza w „Polsce powiatowej”) jest jak Yeti – wszyscy o niej słyszeli, ale nikt jej nie widział na oczy. Tutaj bardziej pasowałoby oparcie porównań na medianie, a zwłaszcza – dominancie zarobków, która w 2015 r. wynosiła 2469,47 zł brutto, czyli niecałe 1800 zł netto. Do tego kompletnie nie wzięto pod uwagę dynamicznie rosnącej produktywności za którą nie nadążały płace – w Polsce wzrost płac w latach 2008-2015 tylko nieznacznie przekroczył połowę wzrostu produktywności. Podobnie zignorowano dramatycznie niski udział płac w PKB, koncentrując się jedynie na nominalnym wzroście jednostkowych kosztów pracy i automatycznie uznając je za nieprawidłowość zagrażającą konkurencyjności gospodarki. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by urzędnicy KE byli aż tak tępi. Podejrzewam raczej, iż w ten sposób świadomie ratowali konkurencyjność koncernów „starej Europy”, zapewniając im w naszym regionie tanią siłę roboczą.

Innymi słowy, gospodarki krajów Europy Środkowo-Wschodniej mają tak naprawdę dość dużą „rezerwę” jeśli chodzi o możliwości płacowe. Wyższe wynagrodzenia są zatem nie tylko możliwe, ale wręcz konieczne – o tym jednak za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 45 (10-16.11.2017)

czwartek, 11 września 2014

Niewolnicy Europy

Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas!

I. Nowoczesne niewolnictwo

„Są tylko dwa państwa w Europie z tak tanimi pracownikami: Polska i Albania” - tak chwalił sobie inwestycję w Polsce przedstawiciel włoskiego koncernu produkującego słodycze na spotkaniu z polskim biznesmenem. To była prywatna rozmowa o której doniosły mi wróbelki, więc nie podam nazwy tej firmy, ale każdy z Czytelników może sobie sprawdzić w internecie jakież to włoskie słodkości są wytwarzane w naszym kraju. Dodatkowym atutem w oczach italskiego inwestora jest brak mafii, czyli zmory włoskiej gospodarki, której trzeba się na każdym kroku okupywać, by móc w ogóle prowadzić jakąkolwiek działalność. Po prostu – żyć nie umierać.

Warto w tym kontekście przypomnieć prospekt „Investing in Poland 2014” w którym województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”. Innymi słowy – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas! Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – system pod pewnymi względami bardziej perfidny od niewolnictwa tradycyjnego. Niegdyś pan musiał niewolnika odziać, nakarmić, zapewnić dach nad głową, a nawet leczyć (niewolnik był drogi, trzeba było dbać o inwestycję). Dziś te wszystkie obowiązki odpadają. Dostajesz dziesięć złotych brutto za godzinę na śmieciówce i radź sobie człowieku – opłać czynsz, rachunki, nakarm się i ubierz. A jeśli ci mało, to spadaj na zmywak do Anglii, lub do bauera na pole.

II. Łże-liberalizm dla ubogich

Powyższe refleksje naszły mnie, gdy uświadomiłem sobie, że jakoś tak niepostrzeżenie minęła kolejna rocznica podpisania „Porozumień Sierpniowych”. Na ile współczesna Polska odzwierciedla pragnienia tych, którzy o nią walczyli, często przypłacając swa walkę zdrowiem, życiem, a co najmniej wykluczeniem, zepchnięciem na margines, a dziś nędzą na głodowej emeryturze? Z ciekawości zajrzałem sobie na stronę Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, by dowiedzieć się jakież to atrakcje prócz „bogatych zasobów taniej siły roboczej” ma do zaoferowania. I tu pytanie: co wspólnego z kapitalizmem, lub liberalizmem, który ponoć u nas panuje, mają dofinansowania z budżetu inwestycji przygotowywanych pod zatrudnienie „taniej siły roboczej” na umowach śmieciowych? A takowe oferuje wspomniana „strefa” – nie ona jedna zresztą. Spójrzmy: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników” .

Oto łże-liberalizm w całej swej okazałości. Łże-liberalizm, czyli po prostu kolejna mutacja socjalizmu. Ów neo-socjalizm polega na sprzęgnięciu „inwestorów” z władzą polityczno-urzędniczą w jeden organizm żerujący na reszcie społeczeństwa. Efekty? Prócz gnębienia nieuprzywilejowanych, najczęściej drobnych i średnich rodzimych przedsiębiorców (bo ktos jednak te podatki przeznaczone na udelektowanie wielkich inwestorów zapłacić musi) mamy postępującą pauperyzację, bo bogactwo nie ścieka w dół, tylko jest wyprowadzane – kapitał ma bowiem, wbrew popularnemu mitowi, narodowość. My zostajemy z papierowymi słupkami wzrostu PKB z którego nic nie wynika, bo jego owoce konsumuje nie ten, kto go realnie wypracował.

Albo jeszcze inaczej: liberalizm mamy dla biednych. Mamy liberalne koszty pracy i elastyczne formy zatrudnienia, często przez współczesne biura wynajmu niewolników, czyli agencje pracy tymczasowej, a dla uprzywilejowanych socjalizm - pomoc publiczną przy inwestycjach, zwolnienia z podatków, ulgi i preferencje. Wskutek tego pojawia się zjawisko tzw. working poor - „pracującej biedoty”, czyli ludzi, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Gwoli ścisłości – wspomniany na początku Włoch pomylił się o tyle, że wedle Eurostatu godzinny koszt pracy plasuje nas na szóstej pozycji od końca w UE, jednak marna to pociecha, zważywszy że według danych tegoż Eurostatu z 2012 roku w Polsce żyje ponad 10 mln ludzi (27,8%) spełniających kryteria ubóstwa, bądź zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym.

III. Widmo nędzy

A będzie jeszcze gorzej. Na horyzoncie rysuje się bowiem widmo nędzy niespotykanej chyba od czasów wojny - krach systemu emerytalnego. Już teraz wiadomo, że na emerytury ZUS-owskie nie ma co liczyć, w chwili obecnej przejadane są już nawet te pieniądze, które rząd niedawno zajumał z OFE. Zresztą OFE, które przez lata inwestowały w znacznej mierze w obligacje Skarbu Państwa, zajmowały się de facto finansowaniem z naszych składek długu publicznego, zaś poziom zwrotu jest tak mizerny, że bardziej opłacałoby się wrzucić te pieniądze na jakąkolwiek lokatę bankową. Tego jednak uczynić nie możemy, bo Sąd Najwyższy w wyroku z 04.06.2008 roku uznał, że „składki na ubezpieczenie emerytalne odprowadzane do funduszu nie są prywatną własnością członka funduszu”. Tak więc ze szczątkowego „drugiego filaru” otrzymamy jakieś grosze, a i to pod warunkiem, że kolejny światowy krach finansowy nie doprowadzi funduszy do bankructwa, lub rząd nie zabierze wszystkiego, by opędzić bieżące wydatki.

Z rozbrajającą szczerością przyznał to zresztą Waldemar Pawlak, który wprost oświadczył, że zabezpieczeniem na starość powinny być dzieci, bo emerytur nie będzie. O oszczędnościach również nie ma co myśleć, bo dla większości Polaków przy obecnych relacjach elementarnych kosztów utrzymania do zarobków odłożenie czegokolwiek jest zwyczajnie niemożliwe. Przeciwnie – jesteśmy permanentnie zadłużeni. Jak nie kredyt hipoteczny na kilkadziesiąt lat, to chwilówki. Jesteśmy zatem niewolnikami podwójnymi - „inwestorów” takich jak ci Włosi od czekoladek, oraz finansowych grandziarzy. Ale nic to – ci, którzy pełnią obecnie rolę nadzorców roboczego, polskiego bydła i tak nam powiedzą, że III RP to spełniony sen historycznej „Solidarności”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze.html

http://niepoprawni.pl/blog/346/lze-liberalizm

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (08.09-14.09.2014)