Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produktywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą produktywność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2017

Wyższe płace są możliwe

Urzędnicy Komisji Europejskiej ratowali konkurencyjność koncernów „starej Europy”, zapewniając im w naszym regionie tanią siłę roboczą.

NSZZ „Solidarność” udostępnił opracowanie powstałe pod egidą Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”. Oczywiście wiem, jaka przez ostatnie niemal 30 lat naszej prześwietnej „transformacji gospodarczej” przylgnęła opinia do związków zawodowych – pazernych, roszczeniowych i antyrozwojowych pasożytów, które najchętniej puściłyby pracodawcę-dobrodzieja z torbami. Pogląd ten łączy zarówno menedżera międzynarodowej korporacji nadzorującego „siłę roboczą” w tutejszych montowniach, jak i „Janusza biznesu” dla którego jedyny akceptowalny model zatrudnienia to minimalna pensja na papierze plus reszta pod stołem (a to wciąż u nas powszechna praktyka, szczególnie na prowincji). Niemniej, warto nad wspomnianą analizą nieco się pochylić, bo dane są danymi, a wyciągnięte na ich podstawie wnioski pokrywają się zarówno z codziennymi obserwacjami, jak i tym, co głoszą coraz liczniejsi ekonomiści oraz międzynarodowe instytucje (np. MFW) odnośnie spadającego udziału płac w PKB, czy rosnącego rozwarstwienia dochodów.

Otóż autor, Bela Galgoczi, zwraca uwagę, że o ile w pierwszym etapie transformacji w krajach postkomunistycznych będących obecnie członkami Unii Europejskiej nastąpiło załamanie płac, to już od 1993 r. mieliśmy do czynienia z ich dynamicznym wzrostem, co przekładało się na postępującą „płacową konwergencję” między naszym regionem, a państwami Europy Zachodniej. Autor jako punkt odniesienia podaje Niemcy ze względu na fakt, iż dla Europy Środkowej jest to główny partner handlowy oraz inwestor. I tak, w Czechach poziom płac w przeliczeniu na euro wzrósł z 8,3 proc. w 1993 do 35,1 proc. średniego niemieckiego wynagrodzenia w 2010 r. Z kolei np. w Polsce płace wzrosły z 13,7 proc. płacy niemieckiej w 1995 r. do 33 proc. w 2008 r. (moment szczytowy). Innymi słowy, w tym okresie faktycznie można było powiedzieć, że pod względem poziomu życia stopniowo doganiamy Zachód.

Trend ten uległ załamaniu po wybuchu kryzysu w 2008 r. W 2015 r. średnia płaca w Czechach spadła do 30,9 proc. płacy niemieckiej, a w Polsce – do 29,3 proc. Oznacza to, że zamiast doganiać Zachód, znów zaczęliśmy się od niego oddalać. Co ciekawe, największą dynamikę bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) nasz region odnotował właśnie w okresie największego wzrostu zarobków – oba czynniki były ze sobą ściśle powiązane, bowiem BIZ prowadziły chociażby do spadku bezrobocia i podniesienia produktywności. Na powyższe nałożyła się również emigracja zarobkowa – im więcej specjalistów z danej branży emigrowało, tym bardziej rosły zarobki tych, którzy zostali w kraju. Jednak, jak wspomniałem, po 2008 r. mieliśmy regres zarobkowy, co było efektem nie tyle samego kryzysu, ile nietrafionej polityki Komisji Europejskiej, która kraje Europy Środkowej potraktowała identycznie, jak rozwinięte gospodarki „starej unii”. Otóż zalecenia KE sprowadzały się m.in. do ograniczenia płac, by gospodarki „odzyskały konkurencyjność”. Efektem było m.in. zamrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym, brak podnoszenia (lub symboliczne) płacy minimalnej oraz „reformy instytucjonalne” umożliwiające korektę płac w dół, czyli (jak się domyślam) „uelastycznienie” rynku pracy.

Rzecz w tym, że traktowanie naszego regionu bez uwzględnienia jego specyfiki było absurdem – KE doszła do wniosku, że przez wzrost wynagrodzeń w poprzednich latach utraciliśmy swą konkurencyjność na równi z krajami Europy Zachodniej, co kompletnie nie pokrywało się z rzeczywistością. Koszty zatrudnienia wciąż były niskie, stanowiąc np. w Polsce ok. 1/3 kosztów niemieckich – a w rzeczywistości jeszcze niższe, bo autor posługuje się średnim wynagrodzeniem, które w polskich warunkach ze względu na drastyczne rozwarstwienie dochodów nie jest do końca adekwatne. Mówiąc obrazowo, „średnia krajowa” (zwłaszcza w „Polsce powiatowej”) jest jak Yeti – wszyscy o niej słyszeli, ale nikt jej nie widział na oczy. Tutaj bardziej pasowałoby oparcie porównań na medianie, a zwłaszcza – dominancie zarobków, która w 2015 r. wynosiła 2469,47 zł brutto, czyli niecałe 1800 zł netto. Do tego kompletnie nie wzięto pod uwagę dynamicznie rosnącej produktywności za którą nie nadążały płace – w Polsce wzrost płac w latach 2008-2015 tylko nieznacznie przekroczył połowę wzrostu produktywności. Podobnie zignorowano dramatycznie niski udział płac w PKB, koncentrując się jedynie na nominalnym wzroście jednostkowych kosztów pracy i automatycznie uznając je za nieprawidłowość zagrażającą konkurencyjności gospodarki. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by urzędnicy KE byli aż tak tępi. Podejrzewam raczej, iż w ten sposób świadomie ratowali konkurencyjność koncernów „starej Europy”, zapewniając im w naszym regionie tanią siłę roboczą.

Innymi słowy, gospodarki krajów Europy Środkowo-Wschodniej mają tak naprawdę dość dużą „rezerwę” jeśli chodzi o możliwości płacowe. Wyższe wynagrodzenia są zatem nie tylko możliwe, ale wręcz konieczne – o tym jednak za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 45 (10-16.11.2017)

niedziela, 18 czerwca 2017

Produktywny jak w Mercedesie?

Polacy są z owoców swej pracy zwyczajnie okradani. I dopóki nie zmienimy półkolonialnego modelu naszej gospodarki, tak zostanie – choćbyśmy sprowadzili tutaj sto następnych międzynarodowych koncernów.



Do kontynuacji tematu z ubiegłotygodniowego felietonu – czyli absurdu jakim jest opieranie wysokości płac na zmistyfikowanej do cna „produktywności” - skłoniła mnie wiadomość o rozpoczęciu budowy słynnej fabryki silników Mercedesa w Jaworze na Dolnym Śląsku. Być może niektórzy z Państwa pamiętają, że od początku byłem na tę inwestycję cięty, czemu dałem przed rokiem wyraz w tekście „Nie cieszę się z Mercedesa” („GF” 22/2016). Może nawet nie tyle psioczyłem na samą inwestycję, ile na neokolonialny model jej realizacji i doprowadzający do szału triumfalizm doniesień spod znaku jak to wysoka technologia zrobi łaskę i zawita do naszego bantustanu. Przypomnę, że ochy i achy ileż to koncern Daimler u nas „zainwestuje”, to bujda na resorach. Z tych 500 mln. euro (ponad 2 mld. zł.) niemiecka firma najprawdopodobniej nie wyłoży ani centa. Wszystko pokryją różne formy pomocy publicznej – przygotowana, uzbrojona i skomunikowana działka za darmo, do tego środki unijne oraz polska pomoc rządowa ze specjalnego funduszu, lokalizacja w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej co oznacza ulgi i zwolnienia podatkowe, do tego „opieka poinwestycyjna”... Słowem, ściągając do siebie prestiżowego inwestora wygraliśmy z innymi krajami w konkursie „kto najlepiej dogodzi bogatemu”.

Ale to jeszcze nic, bowiem ze względu na wspomniane ulgi podatkowe zasadnym staje się pytanie, co polskie państwo tak naprawdę będzie z tej fabryki miało. Papierowy wzrost wartości eksportu polegającego na transporcie wyprodukowanych w Polsce niemieckich silników między oddziałami tej samej firmy położonymi w różnych krajach? Lepszy wskaźnik „inwestycji zagranicznych”, które sami w znacznej mierze sfinansujemy? Kolejny okruszek do równie iluzorycznego wzrostu PKB? Napływ „nowoczesnych technologii” polegający w praktyce na tym, że polscy robotnicy nauczą się montować jeden konkretny typ silników? Doprawdy - brawo my!

I pomyśleć, że wszystko po to, by stworzyć ok. 500 miejsc pracy. A skoro już o pracy mowa, to przejdźmy do głównego wątku. Oto będziemy mieli okazję po raz kolejny się przekonać, jak polski pracownik funkcjonujący w hipernowoczesnej, zrobotyzowanej fabryce okaże się żałośnie mało wydajny na tle swego niemieckiego odpowiednika – a co za tym idzie, po prostu będzie musiał być opłacany adekwatnie do swojego statusu taniej siły roboczej. Mechanizm ten dobrze opisał niedawno Piotr Wójcik w artykule „Rynek ślepy na jedno oko. Rynkowa wycena pracy do naprawy” opublikowanym na stronach związanego z Instytutem Jagiellońskim portalu „jagielloński24.pl”. Otóż ceny wyprodukowanych w Jaworze silników nie będzie dyktował mityczny „rynek” ze swą „niewidzialną ręką”, tylko jak najbardziej widzialni decydenci Daimlera, którzy będą negocjowali sami ze sobą. Jak łatwo się domyślić, marża narzucona na „polskie” silniki będzie minimalna – ot, aby oddział w Polsce nie był deficytowy i starczyło na pensje dla pracowników. Reszta ceny to oczywiście koszty pracy, materiałów, utrzymania fabryki itd. - wszystko na możliwie najniższym poziomie, tak by silnik był jak najtańszy – bo dzięki temu będzie można zmaksymalizować marżę produktu finalnego, czyli gotowego samochodu. To się uczenie nazywa „polityka zarządzania wartością dodaną”. Ja mam na to prostsze i bardziej adekwatne określenie – zdzierstwo.

Oczywiście, wszystko to odbije się negatywnie na „produktywności” polskiego pracownika (czyli wartości wytworzonego towaru podzielonej przez liczbę godzin pracy), za to wywinduje „produktywność” w niemieckiej centrali – od szeregowych pracowników (robotników „liniowych”, ale też chociażby sekretarki) po najwyższy management. Okaże się nagle, że polska pani Basia z sekretariatu mniej efektywnie parzy kawę i kseruje papiery, za to niemiecka Helga – ho, ho! Widzimy zatem, że tak rozumiana produktywność nie ma nic wspólnego z rzeczywistą jakością pracy, za to bardzo wiele z miejscem w łańcuchu produkcji.

Tak na marginesie – przypomina mi się casus Roberta Lewandowskiego, który w Borussii Dortmund zarabiał nieproporcjonalnie mało w stosunku do umiejętności, bo szefostwu klubu nie mogło pomieścić się w głowie, że Polak-gastarbeiter mógłby mieć kontrakt taki sam jak Niemiec – mimo że pan Robert był już absolutnie kluczowym piłkarzem drużyny, obiektywnie o wiele bardziej „produktywnym” od innych.

Media i min. Morawiecki nadymają się, że wraz z fabryką wkroczy do Polski „Przemysł 4.0” - czyli daleko posunięta robotyzacja i automatyzacja miejsc pracy. Normalnie oznaczałoby to produktywność na niemieckim poziomie oraz pensje na pułapie Lewandowskiego w Bayernie Monachium. Jak będzie w praktyce – patrz powyżej. To właśnie miałem na myśli pisząc przed tygodniem, że lwią część naszej produktywności zagarnia ktoś inny. Inaczej rzecz ujmując – Polacy są z owoców swej pracy zwyczajnie okradani. I dopóki nie zmienimy półkolonialnego modelu naszej gospodarki, tak zostanie – choćbyśmy sprowadzili tutaj sto następnych międzynarodowych koncernów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (16-22.06.2017)

niedziela, 11 czerwca 2017

Mit produktywności

Jesteś mało produktywny, bo wyprodukowane przez ciebie dobra są tanie – a są tanie, ponieważ mało zarabiasz i dzięki temu towar ma niższą cenę.


Dziś odejdę nieco od spraw bieżących na rzecz zajęcia się kolejnym fetyszem ekonomistów, za pomocą którego różne mądre głowy zwykły nam tłumaczyć, dlaczego Polacy muszą mało zarabiać, zaś wszelka presja na zwyżkę wynagrodzeń (jak choćby podnoszenie płacy minimalnej) jest „sztuczna” i „szkodliwa dla gospodarki”. Tyczy się to szczególnie co bardziej twardogłowych dogmatyków, nazwijmy to umownie, „balcerowiczowskiego” chowu, których świeżym reprezentantem na scenie politycznej jest prof. Andrzej Rzońca objawiony nam jako ekonomiczny guru ugrupowania Ryszarda Petru. Tym fetyszem jest mit „produktywności”. Polscy pracownicy rzekomo są mało wydajni na tle bardziej rozwiniętych państw, zatem odpowiednio mniej zarabiają. Proste? Proste.

Otóż powyższe ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co inny mit – wzrostu PKB jako wyroczni opisującej stan gospodarki i zamożność obywateli (PKB per capita), czym – jako co wytrwalsi Czytelnicy może pamiętają – zająłem się swojego czasu w felietonie „Puste kalorie”. Generalnie produktywność oblicza się dzieląc PKB przez liczbę przepracowanych godzin. Im większa jest wartość towarów i usług wypracowanych w ciągu godziny, tym produktywność wyższa. A im szybciej w stosunku do liczby przepracowanych godzin rośnie PKB, tym większy jest wzrost produktywności. Patrząc w ten sposób, faktycznie powinniśmy się wstydzić – wg Eurostatu Polak wytwarza w ciągu godziny dobra o wartości 10,6 euro, przy unijnej średniej 32,1 – czyli jesteśmy o blisko 1/3 mniej wydajni. Jeżeli dodamy do tego informację, że zarobki w Polsce wynoszą 40 proc. unijnej średniej, to można wręcz stwierdzić, że w stosunku do naszej żałosnej produktywności zarabiamy za dużo i trzeba nam zredukować pensje o jakieś 7 proc.!

Tak wygląda w praktyce ilustracja słynnego stwierdzenia Churchilla o „kłamstwach, cholernych kłamstwach i statystyce”. Traktowanie nazbyt serio różnych wskaźników prowadzi do jawnie absurdalnych wniosków – to tak, jakby założyć, że rekordowe zyski sektora finansowego napędzające PKB sprawiają, że Polacy stają się bogatsi. Podobnie z produktywnością. Załóżmy, że mamy dwie fabryki wykałaczek – w Polsce i w Niemczech. Przyjmijmy dla uproszczenia, że oba zakłady używają identycznych technologii, a do wyprodukowania tej samej ilości wykałaczek w obu fabrykach potrzeba tyle samo czasu i takiej samej liczby pracowników. Mimo to, polskie wykałaczki (chociażby ze względu na niższe koszty pracy) będą tańsze od wykałaczek niemieckich – mimo tej samej ilości i jakości. Wynika z tego, że polski pracownik jest mniej produktywny od niemieckiego kolegi, bo wytworzony przez niego towar jest tańszy. Idźmy dalej – polski, żenująco nieefektywny pracownik od wykałaczek wyjeżdża do Niemiec i podejmuje pracę w tamtejszej fabryce, w której robi dokładnie to samo co w Polsce i wytwarza identyczną ilość towaru w takim samym czasie. Ale produktywność jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki idzie mu w górę, bo „jego” wykałaczki będą droższe. Inny przykład – powiedzmy, że kraje „starej unii” zlikwidują „dumping socjalny” i przeforsują nowelizację dyrektywy o pracownikach delegowanych w wyniku czego polscy kierowcy TIR-ów jadący do Niemiec będą wynagradzani za czas pobytu w tym kraju tak samo jak kierowcy niemieccy. Okaże się wówczas, że z chwilą przekroczenia granicy naszemu kierowcy produktywność skoczy w cudowny sposób aż pod niebo.

Rozumiemy już w czym rzecz? Jesteś mało produktywny, bo wyprodukowane przez ciebie dobra są tanie – a są tanie, ponieważ mało zarabiasz i dzięki temu towar ma niższą cenę. I z drugiej strony - ponieważ towar jest tani, to znaczy, że jesteś mało produktywny i dlatego mało zarabiasz... Błędne koło.

Osobną kwestią jest specyfika gospodarek „półperyferyjnych”, takich jak Polska. Ponieważ specjalizujemy się w podwykonawstwie i np. dostarczamy podzespoły do zagranicznych fabryk, gdzie dopiero wytwarzany jest produkt finalny – oczywiście odpowiednio droższy – to wynika z tego, że polski pracownik skręcający silnik przy taśmie montażowej jest mniej wydajny od pracownika fabryki w Niemczech, który wkłada ten silnik do samochodu. A jeszcze wahania kursowe – ten sam produkt w relacji do euro ma różną „wartość” w zależności od aktualnego kursu... Przykłady można mnożyć. Zresztą, nawet zakładając, że pracujemy nieco gorzej (co nie jest prawdą), to te braki powinny zostać nadrobione czasem pracy – a tu jesteśmy na drugim miejscu w Europie. Krótko mówiąc, pracujemy dużo i wydajnie – wbrew zaklęciom różnych mądralińskich.

No i wreszcie, wisienka na torcie – wg OECD nasza produktywność, nawet liczona tak kulawą metodą, jaką przyjęto stosować, wbrew wszelkim przeciwnościom, dynamicznie rośnie. W latach 2009-2014 wzrost wyniósł 3 proc., co daje nam drugą lokatę – za Litwą (4 proc.). Jest jednak coś, co konsekwentnie spada – to udział płac w PKB, co oznacza, że relatywnie, mimo wzrostu nominalnych wynagrodzeń, lwią część naszej produktywności zagarnia kto inny. I tu leży pies pogrzebany.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (09-15.06.2017)