Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc publiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc publiczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Gospodarcza „pandemonia”

Mamy narastający kryzys, warto więc wyciągnąć wnioski – tak na dziś, jak i na przyszłość. Na początek przyjrzyjmy się „koronawirusowej” rzeczywistości w Polsce.

A więc zawisło nad nami gospodarcze pandemonium, które niedawno pozwoliłem sobie nazwać „najgłupszym kryzysem w historii”. „Najgłupszym” dlatego, że patrząc od strony statystycznej – odsetka zachorowań i zgonów w odniesieniu do populacji – trudno uzasadnić tak drastyczne obostrzenia, prowadzące często w praktyce do „wyłączania” całych państw. Aż nie chce się przytaczać, że w bieżącym sezonie grypowym odnotowano w samej Polsce już 3,5 mln zachorowań i 50 zgonów. Zamiast odseparować i otoczyć opieką osoby starsze, pozwalając reszcie w miarę normalnie funkcjonować (no, może ograniczając jeszcze imprezy masowe) zdecydowano się w szeregu krajów na totalny „lockdown”, bez żadnej gwarancji powodzenia takiej strategii. Swoje zrobiło tutaj zapewne egzotyczne pochodzenie koronawirusa, przywołujące w wyobraźni wizje rodem z filmów katastroficznych oraz systematycznie nakręcana medialna panika, skutecznie przyczyniająca się do zagnieżdżenia się pandemii w ludzkich głowach. Niemniej, gdybyśmy np. mieli do czynienia z wyjątkowo zjadliwą mutacją wirusa grypy sezonowej (a grypa wszak mutuje z roku na rok) idę o zakład, że aż tak ekstraordynaryjnych kroków by nie podejmowano.

No dobrze, jednak mamy narastający kryzys spowodowany przerwanymi łańcuchami dostaw i przymusowym wygaszaniem całych sektorów gospodarki. Warto więc wyciągnąć wnioski – tak na dziś, jak i na przyszłość. Na początek przyjrzyjmy się „koronawirusowej” rzeczywistości w Polsce.

Wniosek numer jeden – już teraz widać, że obecne restrykcje trzeba będzie wkrótce złagodzić. Po pierwsze, ze względu na ograniczoną cierpliwość i wytrzymałość materiału ludzkiego. Na dłuższą metę po prostu niemożliwością jest utrzymanie ludzi w domach. Po drugie, dlatego, że za chwilę zacznie się fala bankructw, szczególnie wśród drobnych przedsiębiorców, której nie zapobiegną rządowe ulgi, zwolnienia podatkowe czy dofinansowania. Po trzecie wreszcie – również za chwilę pojawi się rzesza ludzi pozbawionych środków do życia. Nie wszyscy mogą pracować zdalnie, a w szczególnie dramatycznej sytuacji jest słabo opłacany prekariat na różnych „elastycznych formach zatrudnienia” (w Polsce, przypomnę, 2,6 mln. pracowników, z czego pracujący na umowach o dzieło nie mają nawet ubezpieczenia zdrowotnego). Do tego należy doliczyć „kredytową klasę średnią”, która – nawet jeśli banki pójdą jej na rękę i prolongują 2-3 raty – również będzie musiała spłacać swoje zobowiązania. W Polsce większość drobnych biznesów nawet w normalnych warunkach działa „na styk”, na granicy płynności finansowej. To samo dotyczy „zwykłych” Polaków – blisko 40 proc. albo nie ma w ogóle oszczędności, albo ma je na minimalnym poziomie, nie pozwalającym utrzymać się przez dłuższy czas. Wyjątkowo nieodpowiedzialnie w tym kontekście brzmią apele o zaprzestanie „rozdawnictwa” w rodzaju 500+ - czyli często jedynej poduszki bezpieczeństwa dla wielu rodzin. Krótko mówiąc, nie widzę możliwości, by obecne rygory utrzymać w mocy dłużej, niż do świąt wielkanocnych – i to niezależnie od tego, czy wirus będzie wciąż szalał, czy nie.

A skoro wspomnieliśmy o rozdawnictwie. Z apeli rozmaitych środowisk i organizacji biznesowych wynika, że – cóż za zaskoczenie – owo „rozdawnictwo”, rozumiane jako rozmaite formy pomocy publicznej, jest dobre. Oczywiście, pod warunkiem, że trafia do nich, a nie do jakichś „nierobów”. I jakoś nikt nie powie, że te wszystkie związki pracodawców domagające się różnych ulg i zwolnień, dopłat do pensji i „elastyczności” w zwalnianiu pracowników oraz cacka z dziurką na dokładkę to „roszczeniowa hołota”. A mówimy tu nie o panu Józku ze sklepiku, tylko o często wielkich korporacjach, mających rezerwy pochomikowane w różnych rajach podatkowych. Czyli klasyczne prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat – a warto przypomnieć, że ze względu na regresywny system podatkowy, gros ciężarów utrzymania państwa ponoszą już teraz szarzy wyrobnicy, którzy i tak dostaną kryzysem najbardziej po plecach i portfelach. Dlatego – i to wniosek numer dwa – pomoc publiczną należy skoncentrować na drobnych przedsiębiorcach i pracownikach, bo jak oni padną, to za chwilę cały rynek przejmą bez reszty wielkie koncerny. Nie mówiąc już o tym, jak zubożenie Polaków wpłynie na koniunkturę, a co za tym idzie – możliwości wyjścia z kryzysu.

I ostatnia rzecz – najprawdopodobniej wzrośnie bezrobocie, czyli skończy się osławiony „rynek pracownika”, który i tak był w znacznej mierze publicystyczną wydmuszką. Oznacza to bezwzględną konieczność pożegnania się z „siłą roboczą” z Ukrainy i krajów azjatyckich. Nie wyobrażam sobie, by w najlepsze funkcjonowało u nas 1,5 mln. zagranicznych pracowników w warunkach dwucyfrowego bezrobocia, jakim jesteśmy obecnie straszeni. Poza wszystkim, jest to gotowy przepis na społeczne napięcia o potencjalnie tragicznych konsekwencjach. Praca w Polsce ma być przede wszystkim dla Polaków. Na teraz to tyle, w kolejnym felietonie temat będzie kontynuowany – bo też jest o czym pisać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14-15 (03-16.04.2020)

niedziela, 18 czerwca 2017

Produktywny jak w Mercedesie?

Polacy są z owoców swej pracy zwyczajnie okradani. I dopóki nie zmienimy półkolonialnego modelu naszej gospodarki, tak zostanie – choćbyśmy sprowadzili tutaj sto następnych międzynarodowych koncernów.



Do kontynuacji tematu z ubiegłotygodniowego felietonu – czyli absurdu jakim jest opieranie wysokości płac na zmistyfikowanej do cna „produktywności” - skłoniła mnie wiadomość o rozpoczęciu budowy słynnej fabryki silników Mercedesa w Jaworze na Dolnym Śląsku. Być może niektórzy z Państwa pamiętają, że od początku byłem na tę inwestycję cięty, czemu dałem przed rokiem wyraz w tekście „Nie cieszę się z Mercedesa” („GF” 22/2016). Może nawet nie tyle psioczyłem na samą inwestycję, ile na neokolonialny model jej realizacji i doprowadzający do szału triumfalizm doniesień spod znaku jak to wysoka technologia zrobi łaskę i zawita do naszego bantustanu. Przypomnę, że ochy i achy ileż to koncern Daimler u nas „zainwestuje”, to bujda na resorach. Z tych 500 mln. euro (ponad 2 mld. zł.) niemiecka firma najprawdopodobniej nie wyłoży ani centa. Wszystko pokryją różne formy pomocy publicznej – przygotowana, uzbrojona i skomunikowana działka za darmo, do tego środki unijne oraz polska pomoc rządowa ze specjalnego funduszu, lokalizacja w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej co oznacza ulgi i zwolnienia podatkowe, do tego „opieka poinwestycyjna”... Słowem, ściągając do siebie prestiżowego inwestora wygraliśmy z innymi krajami w konkursie „kto najlepiej dogodzi bogatemu”.

Ale to jeszcze nic, bowiem ze względu na wspomniane ulgi podatkowe zasadnym staje się pytanie, co polskie państwo tak naprawdę będzie z tej fabryki miało. Papierowy wzrost wartości eksportu polegającego na transporcie wyprodukowanych w Polsce niemieckich silników między oddziałami tej samej firmy położonymi w różnych krajach? Lepszy wskaźnik „inwestycji zagranicznych”, które sami w znacznej mierze sfinansujemy? Kolejny okruszek do równie iluzorycznego wzrostu PKB? Napływ „nowoczesnych technologii” polegający w praktyce na tym, że polscy robotnicy nauczą się montować jeden konkretny typ silników? Doprawdy - brawo my!

I pomyśleć, że wszystko po to, by stworzyć ok. 500 miejsc pracy. A skoro już o pracy mowa, to przejdźmy do głównego wątku. Oto będziemy mieli okazję po raz kolejny się przekonać, jak polski pracownik funkcjonujący w hipernowoczesnej, zrobotyzowanej fabryce okaże się żałośnie mało wydajny na tle swego niemieckiego odpowiednika – a co za tym idzie, po prostu będzie musiał być opłacany adekwatnie do swojego statusu taniej siły roboczej. Mechanizm ten dobrze opisał niedawno Piotr Wójcik w artykule „Rynek ślepy na jedno oko. Rynkowa wycena pracy do naprawy” opublikowanym na stronach związanego z Instytutem Jagiellońskim portalu „jagielloński24.pl”. Otóż ceny wyprodukowanych w Jaworze silników nie będzie dyktował mityczny „rynek” ze swą „niewidzialną ręką”, tylko jak najbardziej widzialni decydenci Daimlera, którzy będą negocjowali sami ze sobą. Jak łatwo się domyślić, marża narzucona na „polskie” silniki będzie minimalna – ot, aby oddział w Polsce nie był deficytowy i starczyło na pensje dla pracowników. Reszta ceny to oczywiście koszty pracy, materiałów, utrzymania fabryki itd. - wszystko na możliwie najniższym poziomie, tak by silnik był jak najtańszy – bo dzięki temu będzie można zmaksymalizować marżę produktu finalnego, czyli gotowego samochodu. To się uczenie nazywa „polityka zarządzania wartością dodaną”. Ja mam na to prostsze i bardziej adekwatne określenie – zdzierstwo.

Oczywiście, wszystko to odbije się negatywnie na „produktywności” polskiego pracownika (czyli wartości wytworzonego towaru podzielonej przez liczbę godzin pracy), za to wywinduje „produktywność” w niemieckiej centrali – od szeregowych pracowników (robotników „liniowych”, ale też chociażby sekretarki) po najwyższy management. Okaże się nagle, że polska pani Basia z sekretariatu mniej efektywnie parzy kawę i kseruje papiery, za to niemiecka Helga – ho, ho! Widzimy zatem, że tak rozumiana produktywność nie ma nic wspólnego z rzeczywistą jakością pracy, za to bardzo wiele z miejscem w łańcuchu produkcji.

Tak na marginesie – przypomina mi się casus Roberta Lewandowskiego, który w Borussii Dortmund zarabiał nieproporcjonalnie mało w stosunku do umiejętności, bo szefostwu klubu nie mogło pomieścić się w głowie, że Polak-gastarbeiter mógłby mieć kontrakt taki sam jak Niemiec – mimo że pan Robert był już absolutnie kluczowym piłkarzem drużyny, obiektywnie o wiele bardziej „produktywnym” od innych.

Media i min. Morawiecki nadymają się, że wraz z fabryką wkroczy do Polski „Przemysł 4.0” - czyli daleko posunięta robotyzacja i automatyzacja miejsc pracy. Normalnie oznaczałoby to produktywność na niemieckim poziomie oraz pensje na pułapie Lewandowskiego w Bayernie Monachium. Jak będzie w praktyce – patrz powyżej. To właśnie miałem na myśli pisząc przed tygodniem, że lwią część naszej produktywności zagarnia ktoś inny. Inaczej rzecz ujmując – Polacy są z owoców swej pracy zwyczajnie okradani. I dopóki nie zmienimy półkolonialnego modelu naszej gospodarki, tak zostanie – choćbyśmy sprowadzili tutaj sto następnych międzynarodowych koncernów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (16-22.06.2017)

sobota, 11 czerwca 2016

Nie cieszę się z Mercedesa

Może by tak całą Polskę przekształcić w jedną, wielką Specjalną Strefę Ekonomiczną? Tylko z czego wtedy utrzymali by się urzędnicy?

Obserwuję entuzjastyczne doniesienia mediów w sprawie fabryki silników Mercedesa, która ma być otwarta w Jaworze na Dolnym Śląsku i nie mogę się nadziwić, jakaż to aberracja umysłowa każe skakać pod sufit z radości, że niemiecki potentat postanowił łaskawie zaszczycić swą uwagą akurat nasz nadwiślański bantustan. Ja tam jakoś nie skaczę – i to dokładnie z tych samych powodów, z jakich nie płakałem w ubiegłym roku po Jaguarze. Przypomnijmy, że rozegrał się wówczas swoisty koncert ofert pomiędzy krajami naszego regionu, prześcigającymi się w udogodnieniach dla koncernu Jaguar Land Rover. A wymagania Jaguara były wysokie: pod budowę fabryki miała być przekazana (nieodpłatnie, rzecz jasna) działka z pełną infrastrukturą (również wybudowaną na koszt państwa), odpowiednio skomunikowana, zapewnione miały być określone ulgi podatkowe i dofinansowanie inwestycji, ponadto montownia miała zostać zlokalizowana w miejscu pozwalającym wybrać co dwudziestą ofertę spośród osób ubiegających się o podjęcie pracy. Cel jasny – zapewnienie taniej siły roboczej, która pod presją bezrobocia zgodzi się pracować za najniższe stawki w ramach „elastycznych form zatrudnienia”.

Mieliśmy zatem do czynienia z sytuacją w której rządy poszczególnych państw ustawione były w charakterze petentów zabiegających o uznanie motoryzacyjnego giganta. Trudno o lepsze zobrazowanie relacji na linii międzynarodowy biznes – państwo. Ostatecznie ów przetarg „wygrała” Słowacja, która zapewniła wsparcie finansowe w wysokości 360 mln euro. Jest to, ma się rozumieć „pomoc publiczna” i jako taka powinna zostać zatwierdzona przez Komisję Europejską dbającą troskliwie o „wolny rynek” - jakoś nie słychać, by KE zgłosiła zastrzeżenia. Co innego, gdyby Słowacja (albo Polska) chciała w ten sposób wspomóc jakieś własne przedsiębiorstwo, jak stało się u nas ze stoczniami – o, tutaj nie byłoby zmiłuj, „niedozwoloną pomoc publiczną” należałoby bezwzględnie zwrócić, zakłady zamknąć a pracowników zwolnić, tworząc tym samym przestrzeń dla różnych „jaguarów” europejskiego biznesu, których z kolei nie tylko wolno, ale wręcz należy współfinansować z publicznej kasy w ramach „przyciągania zagranicznych inwestycji”. Taka to, drodzy Państwo, „polityka gospodarcza”.

Podobnie rzecz się ma z Mercedesem. Tym razem to my dumnie prężymy pierś do medalu, bo wygraliśmy w tych specyficznych zawodach „kto lepiej dogodzi bogatemu”. Co ciekawe, Daimler zlokalizuje fabrykę na tej samej działce, którą w zeszłym roku odrzucił Jaguar, na dodatek w pokonanym polu zostawiliśmy właśnie Słowację. Brawo my? Niekoniecznie, jeśli spojrzymy, że inwestycja zlokalizowana będzie w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, co automatycznie oznacza zwolnienie z podatków (np. do 50 proc. podatku dochodowego, podatków lokalnych), możliwość korzystania z dotacji, a także z funduszy unijnych. Łącznie może to być nawet 70% kosztów inwestycji ocenianej na 500-800 mln euro, ale to nie koniec, koncern bowiem uzależnia finalizację kontraktu od uzyskania pomocy publicznej, może się więc okazać, że na fabrykę nie wyda ani grosza – wszystko zostanie opłacone w ten czy inny sposób pieniędzmi polskiego podatnika, oraz z funduszy europejskich. Sama działka oczywiście jest uzbrojona „pod klucz”, dochodzi do tego droga dojazdowa mająca połączyć teren z budowaną niedaleko drogą ekspresową S4. Ach, mamy jeszcze „opiekę poinwestycyjną” oraz obsługę organizacyjno-prawną ze strony władz strefy ekonomicznej, miejscowych urzędów oraz Ministerstwa Rozwoju. W zamian za to, jak cieszy się burmistrz Jawora, dolnośląskie miasto będzie „wymieniane jednym tchem” z Monachium, Berlinem, czy Stuttgartem. Taak, za taki zaszczyt z pewnością warto wyłożyć te kilkaset milionów „ojro”.

Produkcja ruszy w 2019 roku, a że bezrobocie w regionie jest bardzo wysokie (17%), to spodziewać się można, że większość pracowników (do 1,5 tys.) zostanie zatrudniona przez agencje pracy tymczasowej na „śmieciówkach” (fakt, akurat agencje zatrudnienia będą miały żniwa) za minimalną stawkę godzinową – i cała nadzieja w tym, że bezrobocie nie spadnie, bo inaczej Daimler gotów się wycofać i cały pogrzeb na nic.

Dlaczego tak się źlę? Ano dlatego, że te wszystkie udogodnienia łączy jedno - nie może na takowe liczyć żaden polski przedsiębiorca. Ktoś w końcu musi płacić te podatki, skoro nie zapłaci ich Mercedes. Nie widzę żadnych realnych korzyści – poza śmieciowymi miejscami pracy i ew. kilkoma lokalnymi kooperantami, które to korzyści można by uzyskać siłami polskich przedsiębiorców, gdyby państwo zechciało przychylić im nieba jak Daimlerowi, albo chociaż nie przeszkadzać. Tymczasem min. Morawiecki, tak zaangażowany w sprowadzenie niemieckiego koncernu, szansę dla polskiego małego i średniego biznesu upatruje... w umowie TTIP i ekspansji na amerykański rynek! Groteska. A ja mam inny pomysł: może by tak całą Polskę przekształcić w jedną, wielką Specjalną Strefę Ekonomiczną? Tylko z czego wtedy utrzymali by się urzędnicy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Dekolonizacja Polski

Niewolnicy Europy

Bangladesz Europy

Nowoczesna niewolnictwo

Czy Polskę stać na biedę?

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 22 (27.05-02.06.2016)