czwartek, 25 lutego 2016

Kontratak banksterów

W założeniu banki mają być „instytucjami zaufania publicznego”, zatem ich władze winny ponosić stosowną odpowiedzialność w przypadku naruszenia owego zaufania.

Ledwie Kancelaria Prezydenta skierowała do Komisji Nadzoru Finansowego projekt ustawy o frankowiczach z wnioskiem o zbadanie jej kosztów dla sektora finansowego, a już Narodowy Bank Polski ogłosił własne wyliczenia wedle których łączny koszt przewalutowania oraz zwrotu nadpłaconych spreadów walutowych wyniesie 44 mld zł. Imponujące tempo. Przypomnę jednak, że NBP nie jest pierwszy - uprzedził go już DM Trigon ogłaszając, że banki wskutek ustawy będą musiały się liczyć ze „stratą” w wysokości 40 mld zł. Natomiast eksperci ING raczyli podać kwotę 47 mld zł. Wygląda więc na to, że w kwestii oceny skutków ustawy „frankowej” mamy swoistą licytację – kto da więcej! Oczywiście, z perspektywy banków, im bardziej alarmujące doniesienia, tym lepiej – stwarzają bowiem dobrą podkładkę do rozmaitych nacisków lobbingowych wieszczących krach, zapaść gospodarczą i ogólną ruinę, jeżeli tylko ktoś poważy się naruszyć obecne status quo, którego centralnym założeniem jest nietykalność finansowych świętych krów. Otwartym tekstem stwierdziła to „Wyborcza”, argumentując, że skoro wg NBP fundusze własne banków stopnieją o 1/4, to te wstrzymają kredytową kreację pieniądza wywołując zatory płatnicze w całej gospodarce. Słowem – banki mogą robić de facto co chcą i nie ma sposobu, by zmusić je do ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. A jeśli ktoś mimo wszystko będzie próbował, to zawsze można weń uderzyć obniżeniem ratingu papierów dłużnych przez zaprzyjaźnioną agencję.

Oględnie dał to do zrozumienia rzecznik Kancelarii Prezydenta Marek Magierowski mówiąc: Jesteśmy pod bardzo silnym naciskiem sektora bankowego, który broni swoich interesów”. No, ja myślę - przecież chyba nikt się nie spodziewał, że banksterzy poddadzą się bez walki, rezygnując z walutowego kasyna przynoszącego im krociowe zyski? Warto dodać, że zgodnie z zasadą „kasyno zawsze wygrywa” całe ryzyko walutowe przerzucone było na klientów, podczas gdy banki zabezpieczały się transakcjami CIRS. Osobny kryminał mamy z LIBOR-em, ponieważ część banków nie respektowała ujemnych stawek i jednostronnie zmieniła umowy ustalając arbitralnie, że ujemny LIBOR liczony będzie jako zero. UOKiK nałożył już karę 6,5 mln zł na mBank, zobowiązując go jednocześnie do zwrotu klientom nadpłaconych kwot. W kolejce czekają następni, ale na dłuższą metę każdorazowe użeranie się z nieuczciwymi praktykami kolejnych banków przypomina połączenie ciuciubabki z walką z wiatrakami.

Prawda jest taka, że dopóki prezesi, zarządy i rady nadzorcze nie zaczną ponosić osobistej odpowiedzialności karnej za tego typu poczynania – choćby za stosowanie klauzul abuzywnych – będziemy mieli do czynienia z wiecznym korowodem na linii klient-bank-UOKiK-Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Wszak w założeniu banki mają być „instytucjami zaufania publicznego”, zatem ich władze winny również ponosić stosowną odpowiedzialność w przypadku naruszenia owego zaufania – i w tym kierunku powinny pójść zmiany w prawie, jako następny krok w walce z patologiami, zaraz po wprowadzeniu podatku bankowego i ustawy przewalutowującej kredyty frankowe.

Problem jednak w tym, że polski rząd nie mówi jednym głosem – szczególnie odznacza się tu Mateusz Morawiecki, sprawiający momentami wrażenie, jakby prowadził własną politykę. Weźmy chociażby takie wypowiedzi: „Pan Prezydent złożył ustawę, która według różnych obliczeń może być bardzo kosztowna dla sektora bankowego i po to są takie instytucje jak Narodowy Bank Polski, czy Komisja Nadzoru Finansowego żeby przyjrzeć się temu bardzo dokładnie i zastanowić się”; „najrozsądniej jest poczekać dwa, trzy, cztery miesiące na bardzo dokładne przebadanie algorytmu i zasad przez Komisję Nadzoru Finansowego”. Do tego postulat, by przewalutowanie odbyło się wedle formuły „debt to income” - czyli dotyczyło jedynie tych kredytobiorców, którym rata kredytu pożera określony procent miesięcznego wynagrodzenia (np. połowę). Ach, no i nie zapominajmy o obronie szefostwa PKO BP, które podniosło opłaty za usługi po wprowadzeniu podatku bankowego – przypomnijmy, że PKO BP miał być tym bankiem, który opłat nie zwiększy, wywierając tym samym presję na pozostałe podmioty. W czyjej drużynie gra pan wicepremier?

No dobrze, a jak jest naprawdę z tymi kosztami banków po przewalutowaniu? Po pierwsze, będą je sobie mogły odliczać od podatku bankowego (do 20 proc. miesięcznie w systemie „kroczącym”), po drugie – rzekome „straty” rozłożą się na kolejne lata, po trzecie wreszcie (wiem, że już o tym pisałem, lecz muszę się powtórzyć) – owe „straty” to po prostu zyski mniejsze od tych, które banki sobie założyły. Przykładowo – jeśli po uwolnieniu kursu franka zadłużenie kredytobiorców skokowo wzrosło o 30 mld zł i banki wskutek przewalutowania nie dostaną pieniędzy na które już ostrzyły sobie zęby – to czy można mówić tu o „stracie”, czy jedynie o pozbawieniu ich części zysków z walutowej ruletki?

CDN.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/en/%E2%80%9Ekurs-sprawiedliwy%E2%80%9D-dla-wszystkich

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3358-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 8 (19-25.02.2016)

„Cichociemni” uwierają Ukrainę

Skoro nie chcemy (lub zabroniono nam) konkurować o wpływy na Ukrainie z potęgami, które dziś tam rozdają karty, to przynajmniej zadbajmy o symetrię w relacjach na polu historycznym.

16 lutego w Starokonstantynowie w obwodzie chmielnickim miała odbyć się uroczystość upamiętnienia 75. rocznicy pierwszego zrzutu „Cichociemnych” na terytorium okupowanej Polski. Tamtejsza polska społeczność chciała uczcić dwóch „Cichociemnych” pochodzących z Wołynia - Wacława Kopisto ps. „Kra” i Leonarda Zub-Zdanowicza ps. „Ząb”. Ustalono z władzami miasta szczegóły, w tym odsłonięcie pamiątkowych tablic, udział mieli wziąć m.in. polscy i ukraińscy oficjele, no a przede wszystkim – liczni Polacy... po czym rozpoczęła się fala odgórnych nacisków zainicjowana przez szefa ukraińskiego IPN, Wołodymyra Wiatrowycza. Wedle relacji Jerzego Wójcickiego, prezesa stowarzyszenia „Kresowiacy” i członka zarządu Związku Polaków na Ukrainie, Wiatrowycz „na początku dzwonił do burmistrza i domagał się odwołania uroczystości. Potem napisał list, w którym określił Wacława Kopisto i Zub-Zdanowicza jako osoby, które mogły być zamieszane w akcje odwetowe na ludności ukraińskiej”. Owe „akcje odwetowe” w tym przypadku polegały na zorganizowaniu przez Wacława Kopisto obrony Przebraża i uchronieniu tej wsi przed banderowcami. Z kolei Zub-Zdanowicz miał brać udział w karnych operacjach przeciw ludności ukraińskiej w okolicach Zamościa. Wiatrowycz, zresztą znany „negacjonista wołyński”, nie poprzestał na liście i telefonach, lecz uruchomił także władze obwodowe i przedstawicieli administracji prezydenta Poroszenki. W efekcie, organizatorzy poproszeni przez burmistrza Melnyczuka zrezygnowali z uroczystości. Pamiątkowe tablice zostały poświęcone w starkonstantynowskim kościele i pozostaną tam do czasu wyjaśnienia sytuacji.

Cała ta sprawa jak w soczewce skupia asymetrię w stosunkach polsko-ukraińskich, w szczególności, jeśli chodzi o politykę historyczną. Na Ukrainie mamy bowiem do czynienia ze swoistym paradoksem. Ugrupowania odwołujące się do banderowszczyzny oficjalnie pozostają na politycznym marginesie, lecz zarazem ukraińskie władze realizują ich agendę ideowo-historyczną, podnosząc de facto banderowską spuściznę do rangi mitu założycielskiego „samostijnej Ukrainy”. Opisywana sytuacja jest kolejnym symbolicznym policzkiem wymierzonym polskiemu państwu i Polakom – przypomnijmy chociażby uchwalenie ustawy uznającej członków ludobójczych organizacji OUN i UPA za „bojowników o wolność i niezależność Ukrainy” zaraz po tym, jak w ukraińskim parlamencie przemawiał ówczesny polski prezydent Bronisław Komorowski, czy umieszczenie w wydawnictwie edukacyjnym tamtejszego IPN wśród wrogów Ukrainy „kotwicy” Polski Walczącej - obok swastyki i czerwonej gwiazdy. Stepan Bandera i Roman Szuchewycz czczeni są jako bohaterowie narodowi, którym stawia się pomniki.

Teraz pytanie retoryczne: czy polskie władze zdobędą się na jakąkolwiek oficjalną reakcję? Choćby w postaci noty dyplomatycznej wyrażającej „zaniepokojenie”? Oczywiście, że nie. Polską politykę względem Ukrainy cechuje bowiem czystej wody masochizm. Koronnym argumentem jaki z reguły się pojawia przy tego typu okazjach jest stwierdzenie, że odgrzewanie polsko-ukraińskich antagonizmów działa na korzyść Rosji i wpycha Ukrainę w ramiona Putina. Cóż, najwyraźniej sami Ukraińcy nie mają takich oporów. Zresztą, ten paternalistyczny stosunek do naszych „braci”, każący nam postrzegać siebie w kategoriach adwokatów ukraińskiej niepodległości, to nic innego jak mesjanistyczne urojenia. Twarde realia są takie, że strategicznym partnerem dla Ukrainy są Niemcy i ewentualnie USA – to przed nimi ukraińskie władze spowiadają się z wdrożonych reform, to ich przedstawiciele nadzorują wydawanie pomocy międzynarodowej, wreszcie - Poroszenko „wisi na telefonie” do Angeli Merkel, a nie do Warszawy, „konsultując” z niemiecką kanclerz swoje poczynania. Ewentualny prorosyjski zwrot Ukrainy, którego tak się obawiamy, nastąpi jedynie wtedy, gdy tak zechcą Niemcy, kiedy już skończą z Putinem szarpaninę w Donbasie o zasięg stref wpływów, lub gdy geopolityka skłoni Zachód do kolejnego „resetu”.

Konsekwencją powyższego jest to, że im bardziej Ukraina będzie ubezwłasnowolniona (a że jest bankrutem, więc trudno by było inaczej), im bardziej będzie państwem-wydmuszką uzależnionym od poparcia różnych „wielkich braci”, tym intensywniej będzie sobie rekompensowała swoje położenie antypolskimi prowokacjami i ekscytowaniem nacjonalistycznych nastrojów. Przychodzi jej to tym łatwiej, że sparaliżowani mentalnie giedroyciowską mitologią polityczną godzimy się z tym i ukraińskie władze doskonale zdają sobie z tego sprawę. Skoro zatem nie chcemy (lub zabroniono nam) konkurować o wpływy na Ukrainie z potęgami, które dziś tam rozdają karty, to przynajmniej zadbajmy o symetrię w relacjach na polu historycznym. Ocalmy elementarną godność. Chociaż tyle.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3358-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (19-25.02.2016)

wtorek, 23 lutego 2016

Batalia o polską rodzinę

Warto postawić przed PiS kolejne ambitne zadanie – uporządkowania polityki prorodzinnej i połączenia jej w jeden spójny i efektywny system, którego częścią stałby się program „500 plus”.

I. „500 plus”, czyli groźny precedens

Uchwalenie ustawy inicjującej program „Rodzina 500 plus” z perspektywy czasu będzie się jawiło nam jako kopernikański przewrót w polskiej polityce. Piszę to bez cienia przesady. Oto bowiem doczekaliśmy się u władzy ugrupowania traktującego poważnie swój program wyborczy – a co za tym idzie, również wyborców. Do tej pory mieliśmy do czynienia z niepisaną zasadą: składamy w czasie kampanii deklaracje przychylenia wszystkim nieba, zagoniona w ten sposób do urn wyborcza tłuszcza wrzuca te karteczki, następnie zaś gładko o wszystkim zapominamy i pomagamy zapomnieć elektoratowi, ekscytując emocje wokół różnych tematów zastępczych. Gdyby natomiast jakiś pamiętliwy oszołom wciąż próbował się czepiać – zakrzykujemy go przy pomocy zblatowanego układu medialnego. No, może dla przyzwoitości wspomnimy coś o napiętych finansach państwa i obiektywnej niemożności realizacji tego co się tam akurat w ferworze kampanii obiecało. Schemat ten do perfekcji opanowała Platforma podczas dwóch kadencji swych rządów, stąd też jak się zdaje mainstream III RP potraktował obietnice PiS w podobnych kategoriach, z góry zacierając ręce na okoliczność nagonki jaką będzie można rozpętać pod hasłem: „obiecali, a nie dali”.

W przekonaniu, że taki był właśnie plan, utrzymuje mnie narracja opozycyjno-medialna wdrażana od pierwszych dni po wyborach. „PiS nie dotrzymuje obietnic” - tym przekazem w różnych wariantach opinia publiczna była młotkowana jeszcze przed zaprzysiężeniem rządu Beaty Szydło i w kolejnych tygodniach. A tu zdziwko. Jednak uchwalili. Będzie program „500 plus”, wprowadzono podatek bankowy, trwają prace (acz w bólach) nad ustawą o podatku od handlu, ustawą o kredytach walutowych, Ministerstwo Finansów przystępuje do łatania gigantycznej dziury w ściągalności VAT... Niezależnie od tego jak oceniać program PiS, jedno trzeba oddać – w odróżnieniu od poprzedników stara się wcielać go w życie, zamiast wyrzucić do kosza dzień po wyborach, albo po cichu zmielić – jak zrobiła to Platforma z podpisami w sprawie wprowadzenia JOW-ów.

I sądzę, że z punktu widzenia obozu III RP to jest właśnie groźnym precedensem. Społeczeństwo bowiem przekona się, że jednak można. Można brać serio wyborcze obietnice i to wbrew trzęsącym dotąd Polską potężnym grupom interesu. To bardzo ogranicza pole manewru, bo rozzuchwalony w ten sposób „lud” może się w przyszłości domagać równie poważnego traktowania od ewentualnych następców. Zgroza.

II. Prorodzinny chaos

Stąd też groteskowa nagonka na program „500 plus”. Najpierw miał być to przepis na „drugą Grecję” i katastrofę finansów publicznych, cyniczna gra na przywiązanie do siebie „roszczeniowego” i „socjalnego” elektoratu. Gdy okazało się, że to nie skutkuje – gładko przeskoczono w drugą skrajność, wylewając żale nad losem samotnych matek, żądając wypłat również na pierwsze dziecko, czasami nawet - rozciągnięcia programu powyżej 18-go roku życia. A z trzeciej strony – podnoszono, że pieniądze trafią do meneli na wódkę oraz bogaczy, którym są niepotrzebne.

Spróbujmy dla porządku rozbroić te propagandowe miny. Po pierwsze - najbogatsi i patologiczny margines to jedynie cienka warstwa. Zresztą, w środowiskach patologicznych najczęściej się nie kalkuluje - dzieci, że tak powiem, robi się „na żywca”, niezależnie, czy jest kasa, czy nie. Najbogatsi zaś (przyjmijmy dla uproszczenia, że są to osoby zarabiające powyżej 10 tys. zł brutto/mies.) to raptem 4,01%. Po drugie i ważniejsze - program „500 plus” nie jest formą kosztownej, socjalnej zapomogi, tylko inwestycją mającą na celu zapobieżenie katastrofie demograficznej. Czy skuteczną – czas pokaże, niemniej warto pamiętać, że w sferze polityki prorodzinnej Polska póki co wlecze się w ogonie Europy i to także jeśli wziąć pod uwagę państwa naszego regionu. Zerknijmy do miażdżącego raportu NIK z lipca 2015 roku. Wynika z niego, że w świadczeniach rodzinnych panuje kompletny chaos – funkcjonują one każde sobie, nie są spięte w żaden całościowy program i to mimo tego, że istnieją odpowiednie opracowania, jak choćby dokument Rządowej Rady Ludnościowej „Założenia polityki ludnościowej Polski 2013”, który... nie został nawet rozpatrzony przez rząd. I jeszcze znamienne kuriozum: „Brak koordynacji i kompleksowego planowania działań państwa na rzecz rodziny sprawiły np., że doszło do osobliwej sytuacji: do 2012 r. wspieranie rodziny było jednym z trzech zadań priorytetowych, wskazanych w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa. Usunięto je spośród zadań priorytetowych w roku 2013 - ogłoszonym Rokiem Rodzin” - czytamy na stronach NIK.

Nadmieńmy, że jedyną inicjatywą rządu PO, mającą doraźnie zaklajstrować dziurę demograficzną było posłanie do szkół sześciolatków – minister Katarzyna Hall otwartym tekstem mówiła, że chodzi tu o wypchnięcie na rynek pracy dodatkowego rocznika, który wcześniej zacząłby płacić podatki. Ponadto dotychczasowe wydatki na cele rodzinne były w znacznej mierze nieefektywne i marnotrawione. Tu jeszcze jeden przykład z raportu NIK: wprowadzone w 2004 świadczenia rodzinne pierwotnie miały funkcjonować niezależnie od pomocy społecznej, „jednak wysokość kryterium dochodowego, warunkującego uzyskanie świadczenia, ustalono na tak niskim poziomie, że mogli z niego skorzystać tylko najubożsi. Dlatego wbrew pierwotnym założeniom, system świadczeń rodzinnych staje się dzisiaj w istocie elementem pomocy społecznej”.

Ile wydajemy na politykę prorodzinną? Dobre pytanie. Wedle danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w 2012 roku wydano na różnego rodzaju świadczenia i ulgi 32,3 mld zł – co jednak w żaden sposób nie przełożyło się na poprawę bytu polskich rodzin. Przy doliczeniu wydatków na ochronę zdrowia otrzymujemy 42,2 mld zł, czyli prawie 2% PKB. Z kolei wg OECD przeznaczamy na politykę prorodzinną 1,76% PKB, natomiast z danych Eurostatu wynika, że jest to 1,3% PKB, przy unijnej średniej 2,2%. GUS podaje dane fragmentarycznie, w ośmiu różnych działach „Rocznika Statystycznego”. Wszystko to razem wzięte powoduje, że tak naprawdę nie wiemy, ile środków państwo przeznacza na wsparcie rodzin.

III. Program uniwersalny

Z tej perspektywy warto postawić przed PiS kolejne ambitne zadanie – uporządkowania polityki prorodzinnej i połączenia jej w jeden spójny i efektywny system, którego częścią stałby się program „500 plus”. Weźmy taką Wielką Brytanię, gdzie Polkom opłaca się rodzić dzieci, a w kraju nie, mimo że na przykładzie powyższych danych widać, iż dotąd przeznaczano w liczbach bezwzględnych na rodziny całkiem sporo. Jednak, jak podnosi NIK, „nie bada się systematycznie efektów, jakie przynoszą (działania prorodzinne - PL) i brakuje udokumentowanej wiedzy na temat ich skuteczności i przydatności”. Według badań TNS Polska główne oczekiwania rodzin wobec państwa to: zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego (41%), tworzenie miejsc pracy dla młodych (41%), pomoc rodzinom w trudnej sytuacji materialnej (32%) i pomoc w bezpiecznym powrocie matek małych dzieci do pracy (23%).

Tu przytoczę inne ciekawe badanie - „Edukacja Finansowa Dzieci”, zrealizowane przez Millward Brown dla Biura Informacji Kredytowej w kwietniu 2015 r., w którym matki odpowiadały na szereg pytań związanych z utrzymaniem dzieci. Miesięczne wydatki w zależności od przedziału wiekowego wynoszą: 3-5 lat – 586 zł, 6-9 lat – 631 zł, 10-12 lat – 673 zł, 13-15 lat – 557 zł. Średnio – 607 zł miesięcznie. Skonfrontujmy to z problemem ubóstwa. Wskaźnik zagrożenia ubóstwem u rodzin z trojgiem dzieci wynosi 34,4%, u rodzin z jednym dzieckiem – 11%. Powyższe pokazuje, jak znaczącym zastrzykiem finansowym, mogącym potencjalnie zaważyć na decyzji o posiadaniu kolejnego dziecka może stać się dodatkowe 500 złotych. Tym bowiem, co odróżnia program „500 plus” od dotychczasowych przedsięwzięć jest jego uniwersalność. Po raz pierwszy gros funduszy trafi do rodzin średnio zamożnych, czyli w przełożeniu na polskie realia – utrzymujących się z mniejszym lub większym trudem na powierzchni.

Wg. raportu GUS „Struktura wynagrodzeń wg zawodów w październiku 2014 roku” mediana zarobków w Polsce wynosiła 3291,56 zł brutto, dominanta (najczęstsze zarobki) - 2469,47 zł brutto – przyznają Państwo, że nie są to kokosy. A dodać trzeba, że 10% zatrudnionych zarabia kwotę do 1718,00 zł brutto. To takie właśnie rodziny najczęściej kalkulują, czy je stać na kolejne dziecko i często odkładają decyzję na „święty nigdy”. Do świadczeń rodzinnych najczęściej się nie kwalifikują z powodu „zbyt wysokich” dochodów, lub po prostu nie występują o nie w obawie przed stygmatyzacją – bo „wiadomo”, że „socjal” ciągnie tylko „patologia”. Program adresowany z założenia do wszystkich grup społecznych może pomóc w przełamaniu tego „piętna wstydu”, podobnie jak obiegowych opinii na temat nieodpowiedzialnych „dzieciorobów”. I kto wie, czy zmiana powszechnego podejścia do dzietności nie będzie na dłuższą metę jednym z głównych sukcesów „500 plus”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3358-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 7 (17-23.02.2016)

Pod-Grzybki 39

Proszę Państwa, taka kombinacja: zły haker podszył się na Twitterze pod sędziego Łączewskiego i Tomasza Lisa (jednocześnie), prowadził następnie przez jakiś czas dyskusję uradzając sam ze sobą nad tym, jak by tu zaszkodzić PiS, następnie przejął kontrolę nad laptopem sędziego by móc robić mu fotki kamerką i przesyłać pomiędzy dwoma „fejkowymi” profilami. W końcu zaś zaprosił sam siebie na spotkanie, na którym – cóż za niespodzianka – pojawił się prawdziwy sędzia Łączewski. Nadążacie Państwo? Nie? Nic dziwnego, bo to z pewnością wielopiętrowa gra operacyjna obliczona na skompromitowanie nieposzlakowanego rycerza Temidy. Albo ostra schizofrenia, kiedy to różne osobowości przejmują na zmianę kontrolę, nie wiedząc o sobie nawzajem. Ewentualnie, jak kto woli, tak zwane głupie tłumaczenie.

*

Sędzia Łączewski oprócz tego, że skazał Mariusza Kamińskiego na trzy lata odsiadki wsławił się również tym, że nakazał kibolom w ramach pokuty za „antysemityzm” obejrzeć film Izabeli Cywińskiej „Cud Purymowy”. Przyznam się, że widziałem to dzieło zaangażowanej kinematografii w czasach, gdy korzystałem jeszcze z wynalazku zwanego telewizją. Fabuła, z tego co pamiętam idzie tak: rodzina złych, ciemnych i nienawistnych polskich antysemitów z synkiem-kibolem odkrywa nagle swe żydowskie korzenie i pod wpływem wstrząsu zmienia się w dobrych i łagodnych Żydów, pląsających z uduchowionymi minami po mieszkaniu. Poważnie. Całość zaś nakręcona jest tak topornie, że nawet w socrealistycznych produkcyjniakach znalazłoby się więcej finezji. Resocjalizacyjne walory tego czegoś mogłyby się ujawnić tylko w jednym przypadku: gdyby wzorem „Mechanicznej pomarańczy” trzymać kogoś siłą całymi dniami przed ekranem uniemożliwiwszy mu zamknięcie oczu. I sądzę, że właśnie sędzia Łączewski musiał paść ofiarą takiego eksperymentu, co tłumaczyłoby jego zaburzenia osobowości.

*

No proszsz... Premier Francji, jak mu tam... a, już wiem – Manuel Valls - zadeklarował, że jest przeciwny dalszemu przyjmowaniu tzw. „uchodźców”, w szczególności zaś – stworzeniu stałego mechanizmu podziału, o co zabiegają Niemcy. Skrytykował też politykę Merkel w tej materii. No to teraz czekamy na wrzaski, że należy odebrać subwencje dla francuskiego rolnictwa, a w ogóle to niewdzięcznych żabojadów należałoby siłą wytresować do europejskiej solidarności. Schulz, Schulz! Gdzie pan się podział?

*

Przy okazji – wyciekły stenogramy z „negocjacji” Junckera i Tuska z Erdoganem, z których wynika, że turecki przywódca solidnie przeczołgał obu euro-eunuchów. Beształ ich jak gówniarzy i otwarcie szantażował wypuszczeniem nowej fali migrantów, jeśli nie otrzyma z UE 3 mld euro rocznie. A oto próbka: „Tak naprawdę nie potrzebujemy waszych pieniędzy. Możemy po prostu otworzyć granice do Bułgarii i Grecji i wsadzić imigrantów do autobusów”. O co zakład, że Erdogan dostanie czego chce? Tak się negocjuje z politycznymi kastratami cierpiącymi na manię wielkości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 7 (17-23.02.2016)

niedziela, 21 lutego 2016

„500 plus” - czyli apokalipsa

Oni się zwyczajnie boją, że to się może udać, a Polska się nie zawali. I okaże się, że jednak można.

Rząd Beaty Szydło ogłosił program „Rodzina 500 plus” i zabrzmiał dźwięk trąby zwiastujący Apokalipsę. Tak przynajmniej można by wnosić z medialnych doniesień, wypowiedzi opozycyjnych polityków, tudzież telewizyjnych specjalistów od wszystkiego. Rekordy pobili Ryszard Petru do spółki z Platformą - jeszcze niedawno prorokowali, że inicjatywa PiS jest receptą na „drugą Grecję”, by następnie – zapewne po jakimś przyśpieszonym kursie wrażliwości społecznej – domagać się wielkim głosem świadczeń nie tylko na „drugie i kolejne”, lecz także zniesienia kryterium dochodowego na pierwsze dziecko. Mamy więc sytuację następującą: wdrożenie rządowego programu jest klęską, bo doprowadzi Polskę do bankructwa, ale zarazem spodziewany krach należy przyśpieszyć obejmując świadczeniami wszystkie dzieci, może nawet po 18 roku życia, bo jak już osiągną pełnoletność – to co wtedy? Ot, logika.

Przy okazji wyroiła się chmara nagle objawionych Katonów dyscypliny finansowej państwa. Tych samych, którzy patrzyli starannie w innym kierunku, gdy PO kradła z OFE ponad 153 mld zł, by na papierze zbić jawny dług publiczny metodą powiększenia długu ukrytego – bo do tego sprowadzała się ta operacja. Przed „reformą” dług publiczny wynosił 945 mld zł, po przelaniu pieniędzy z OFE zmalał do 844 mld, dziś zaś wynosi... prawie 969 mld. zł. Środków z OFE starczyło na dwa lata. Na co poszły? Dobre pytanie. Na co poszły pieniądze z kumulujących się przez 8 lat rządów PO deficytów, w efekcie których zadłużyliśmy się na niemal drugie tyle co przez wszystkie poprzednie lata po '89 roku? To również doskonałe pytanie. Gdzie byli ci, co biją dziś na alarm, gdy z roku na rok powiększała się dziura w ściągalności VAT aż do poziomu 53 mld. zł – czyli sumy przekraczającej przeciętny deficyt budżetowy z ostatnich lat? A czy rozdzierali szaty, gdy docierały do nas kolejne raporty „Global Financial Integrity” o skali wyprowadzania z Polski kapitału?

Nie rozdzierali szat. Najwyraźniej Polskę na to było stać. Stać nas było, by nie ściągać skutecznie podatków, zadłużać państwo, bezproduktywnie przejadać pieniądze – zarówno te pożyczone, jak i „przeniesione” z funduszy emerytalnych. Mogliśmy sobie pozwolić, by patrzeć przez palce na systematyczne drenowanie Polski z kapitału. Ba – stać nas było, by wielkopańskim gestem dorzucić się do pomocy dla Grecji, czyli w praktyce dla banków, które „umoczyły” w greckich papierach dłużnych. Ostatnio zaś okazuje się, że stać nas na miliard euro linii kredytowej dla Ukrainy – też na „wieczne nieoddanie”. Tu również nie było protestów, choć zrobił to już „niesłuszny” rząd PiS. Najwyraźniej skądś wiadomo, że pomocy dla „bratniej” Ukrainy czepiać się nie należy. Ale nie – to program „500 plus” będzie przyczyną plajty państwa. Na to nas nie stać.

Na co jeszcze nas nie stać? Nie stać nas na podniesienie kwoty wolnej od podatku sytuującej się dziś poniżej minimum socjalnego i sprawiającej – Boże, nie zliczę, ile już razy to pisałem – że znaczna część Polaków płaci de facto podatek od nędzy. Nie stać nas na wiek emerytalny 60-65 lat. Nie stać nas na służbę zdrowia na cywilizowanym poziomie, ani generalnie – na sektor usług publicznych. Nie stać nas na emerytury w wysokości nie zmuszającej do wyboru między opłaceniem rachunków, a kupnem lekarstw. Ileż razy to słyszeliśmy - nie da się, zbyt kosztowne, budżet nie jest z gumy... Za to na systematyczny przyrost armii urzędników osiągającej dziś blisko półmilionowe pogłowie – proszę bardzo.

Ile kosztował będzie program „500 plus”? W tym roku 17,2 mld zł, w latach kolejnych – ok. 20 mld. zł. Ułamek tego, co rokrocznie państwo traci na VAT, CIT i transferze nieopodatkowanego kapitału. I tu podnoszą się głosy z innej strony: że generalnie słusznie, ale zamiast „dawać” lepiej np. wprowadzić system ulg podatkowych – bo, że trzeba coś zrobić i to szybko, by uniknąć katastrofy demograficznej, widzi już niemal każdy. Ok, nie neguję, sam byłem zwolennikiem wspólnego rozliczania się rodziców z dziećmi – analogicznie jak robią to małżonkowie. Tyle, że każde takie rozwiązanie kosztuje – w tym przypadku, zmniejszeniem wpływów z PIT. Przykładowo, podwyższenie kwoty wolnej do 8 tys zł (finansowo efekt dla kieszeni podobny co „500+”) zmniejszyłoby wpływy do budżetu o ok. 21,5 mld zł. rocznie. Tyle, że wszyscy alarmiści nie patrzą na to, że owe 20 mld „na dzieci” będzie rok w rok trafiać do obrotu gospodarczego i częściowo wracać w postaci podatków – choćby VAT, czy „obrotowego”. Wreszcie – że dla wielu rodzin zwyczajnie będzie to realna pomoc, bodaj pierwsza jakiej się doczekały.

I wiecie Państwo, co sądzę? Oni się zwyczajnie boją, że to się może udać, a Polska się nie zawali. I okaże się, że jednak można. Ta świadomość jest dla nich nie do zniesienia, podobnie jak to, że jeśli jakimś cudem wrócą kiedyś do władzy, to nie będą mogli tego odkręcić, bo ludzie ich zwyczajnie rozszarpią. No i że tych 20 miliardów rocznie nie da się już rozkraść wspólnie z kolesiami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Podatek od nędzy

Czy Polskę stać na biedę

Podatkowa ruletka

Bangladesz Europy

Drenaż kolonialny

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (12-18.02.2016)

Cameron szachuje Brukselę

Unia Europejska sypie się na naszych oczach i to sprawia, że brukselscy mandaryni robią się bardziej skłonni do ustępstw.

Wygląda na to, że David Cameron dostanie to, czego chciał. Stan „kompromisu” w negocjacjach UE – Wielka Brytania na dzień dzisiejszy wygląda bowiem następująco: ustanowiono „mechanizm zabezpieczający” wedle którego będzie można na maksymalnie cztery lata ograniczyć nowo przybyłym imigrantom z innych krajów UE prawo do świadczeń socjalnych; imigrant, który nie znajdzie pracy w ciągu pół roku, będzie musiał wrócić skąd przybył; ograniczona zostanie dostępność pomocy społecznej dla pracujących przybyszów; zasiłki na dzieci pozostawione w krajach pochodzenia rodziców zostaną obniżone stosownie do poziomu życia w tychże krajach; wprowadzenie „mechanizmu zabezpieczającego” dotyczyć ma sytuacji, gdy imigranci zbytnio obciążają system socjalny kraju przyjmującego, ich napływ zagraża rynkowi pracy, bądź funkcjonowaniu służb publicznych; „mechanizm” zostaje wprowadzony na wniosek danego państwa złożony do Komisji Europejskiej, po czym Rada UE będzie zatwierdzać go kwalifikowaną większością głosów. Powyższe ograniczenia nie dotyczą osób już przebywających w danym państwie.

Z pozostałych kwestii: inicjatywy podejmowane w ramach strefy euro mają być otwarte dla krajów spoza eurogrupy; parlamenty państw członkowskich będą mogły oddalić unijny projekt legislacyjny większością 55 proc. przyznanych im w traktatach europejskich głosów, jeśli uznają, że godzi on w zasadę pomocniczości – oznacza to wzmocnienie parlamentów krajów członkowskich.

Powyższe uzgodnienia mają zostać przyjęte na unijnym szczycie 18-19 lutego. Następnie, najprawdopodobniej 23 czerwca w Wlk. Brytanii ma odbyć się referendum w sprawie „brexitu” - przy czym, o ile projekt zostanie przyjęty przez kraje UE, Cameron namawiać ma rodaków do głosowania za pozostaniem w Unii. Słowem – brytyjski premier zjadł ciastko i ma ciastko. Jak to możliwe?

Otóż Unia Europejska sypie się na naszych oczach i to sprawia, że brukselscy mandaryni robią się bardziej skłonni do ustępstw. David Cameron znakomicie wykorzystał tę sytuację – z jednej strony chaos spowodowany zalewaniem Europy przez hordy barbarii, obnażający słabość instytucjonalną Europy, z drugiej natomiast wzrost tendencji nacjonalistycznych. Do powyższego dochodzi niepewność co do przyszłości europejskiej gospodarki, bowiem kryzys chwilowo jedynie zażegnany wciąż czai się za rogiem i w każdej chwili może powrócić niczym fala niszczącego przypływu, czego symptomy widzimy choćby w Chinach. Wszystko zaś razem bije w Niemcy i przywódczą pozycję Angeli Merkel, która borykać musi się nie tylko z krnąbrnymi „uczniami” w postaci krajów Europy Środkowej i pełzającym buntem Mitteleuropy, ale także z narastającą rebelią w samych Niemczech, a nawet w szeregach własnej partii. W tej sytuacji groźba dalszej dekompozycji Unii poprzez wyjście Wlk. Brytanii jawi się eurokratom niczym senny koszmar – tym bardziej, że wywołać może efekt domina, w europejskich społeczeństwach narasta bowiem zmęczenie kolejnymi władczymi uroszczeniami brukselskich biurokratów, na dodatek, co pokazał kryzys imigracyjny, coraz bardziej oderwanych od rzeczywistości i poruszających się w zaklętym kręgu własnej europoprawnej retoryki.

To wszystko pozwoliło Cameronowi postąpić wedle maksymy Winstona Churchilla „jedyne czego oczekuję, to przyznanie mi racji po rozsądnej dyskusji”. Inna sprawa, że na końcowym etapie do tej „dyskusji” został wydelegowany taki „bulterier” jak Donald Tusk – z tym, że jak się zdaje, miał błogosławieństwo do poczynienia daleko idących ustępstw, o czym świadczą wcześniejsze wypowiedzi innych unijnych dygnitarzy, powtarzających jak mantrę słowo „kompromis”. Okazało się wtedy, że ten sam Martin Schulz tak skory do łajania Polski, wobec Camerona nagle robi się wielce konstruktywny i ugodowy. Brytyjski polityk zagrał twardo i wygrał. Na dodatek Tusk ma go wspierać w czerwcowej kampanii referendalnej, by broń Boże Brytyjczykom nie strzeliło coś do głowy i nie zagłosowali przeciw dalszemu członkostwu w UE. Cameron rzecz jasna nawet nie kryje się z tym, że działa w partykularnym interesie swojego państwa. „Mechanizm zabezpieczający” oznacza bowiem: możesz u nas harować na nasze PKB i dobrobyt, w tym zasilać brytyjski system socjalny swymi składkami, ale jeśli w ciągu czterech lat powinie ci się noga i stracisz robotę – won do siebie, nic tu po tobie. Typowo brytyjski cynizm, lecz może i my powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski dla siebie?

No i jeszcze jedno. Niemiecka prasa, by zamaskować porażkę zaczęła pisać o „wzroście znaczenia Tuska”, oraz „dyplomatycznym majstersztyku”. Nie – dyplomatyczny majstersztyk to działania Camerona, Tusk został jedynie wydelegowany do firmowania własną twarzą kapitulacji Brukseli, bo nikt inny nie miał na taką rolę ochoty.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 6 (12-18.02.2016)

czwartek, 18 lutego 2016

Ukraiński koncert mocarstw

Niemcy powtarzają na Ukrainie schemat przećwiczony już w Polsce i pozostałych krajach naszego regionu.

I. USA wchodzą do gry

Jak doniósł niedawno Grzegorz Górny na portalu wPolityce.pl, były prezydent Gruzji, a obecnie gubernator obwodu odeskiego Micheil Saakaszwili rozpoczął „marsz po władzę” na Ukrainie. Trampoliną ma być założony niedawno Ruch Antykorupcyjny wykorzystujący społeczne rozczarowanie do post-majdanowego rządu. Notowania zarówno prezydenta Poroszenki, jak i premiera Jaceniuka pikują, ludzie są rozgoryczeni brakiem rzeczywistych reform, wszechobecną korupcją i bezkarnością oligarchów. Generalnie, rzeczywistość ukraińska potwierdza, że „musi się wiele zmienić, by wszystko zostało po staremu”. Mieliśmy zatem majdanową rewolucję, słuszny gniew ludu krwawiącego na ulicach, żeby wszystko wyglądało odpowiednio dramatycznie i wiarygodnie, przepędzenie złego dyktatora Janukowycza, falę narodowego entuzjazmu, walkę z rosyjską interwencją w Donbasie... a w międzyczasie niepostrzeżenie wszystko powróciło w dawne koleiny. Oligarchowie jak kradli, tak kradną – tyle, że teraz na wierzchu są ci od Poroszenki, a nie od Janukowycza. Wymuszone przez Zachód reformy buksują w miejscu i pełnią rolę modernizacyjnej fasady na użytek zagranicznej opinii publicznej – przypomina mi się picowna uroczystość powołania w Kijowie „nowej” i „nieskorumpowanej” policji z mundurami wzorowanymi na amerykańskich glinach gdzieś z lat 50-tych, chłopaki wyglądali w nich niczym policjanci z „Batmana”.

Tymczasem w „realu” wszystko zostało po staremu – nie załatwisz niczego bez łapówki, symbolicznym przykładem stały się tu rozliczne paroksyzmy wokół powołania Narodowego Biura Antykorupcyjnego i Prokuratury Antykorupcyjnej. Wieść gminna niesie, że stanowisko w nowych organach kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów, skonstruowane zaś zostały tak, by stały się wygodnym narzędziem do niszczenia biznesu konkurującego z podwieszonymi pod obecną władzę oligarchami. Szara strefa obejmuje wedle różnych szacunków od 47 do 56 proc. gospodarki, za najbardziej przekupne niezmiennie uchodzą sądy, prokuratury, policja, służba celna i wszelkie organy kontrolne, których działalność sprowadza się do wymuszania haraczy. Krótko mówiąc – korupcja ukraińska ma wymiar strukturalny, zaś zmiana sprowadziła się do wymiany beneficjentów tego systemu. Czyli, mamy powtórkę z kaca po „pomarańczowej rewolucji” - nic dziwnego, że radykalne, antykorupcyjne hasła stają się wyjątkowo nośne wśród sfrustrowanej ludności. Na powyższe nakłada się faktyczne bankructwo państwa, wiszącego na zagranicznych kredytach pomocowych.

Saakaszwili nie może być wprawdzie ani deputowanym, ani prezydentem (za krótko mieszka na Ukrainie), ale premierem – jak najbardziej. Cóż jednak oznacza nagła ofensywa gruzińskiego gubernatora? Ano to, że najwyraźniej do politycznej gry postanowiły wkroczyć Stany Zjednoczone, aktywizując swojego człowieka, póki co bowiem dominującą rolę na Ukrainie odgrywają Niemcy stojące za obecnym układem władzy z Petro Poroszenką na czele. Jeśli misja Saakaszwilego się powiedzie, może to oznaczać pewną korektę wpływów, w skrajnym przypadku zaś Ukraina stanie się w regionie Gruzją-bis – czyli amerykańską kartą szachującą Rosję.

II. Niemcy przejmują Ukrainę

Z punktu widzenia USA, czas był najwyższy, bowiem Niemcy nie zasypiały gruszek w popiele intensywnie przekształcając Ukrainę w kolejną prowincję Mitteleuropy. Dla Kijowa to właśnie Berlin jest „strategicznym partnerem”, co tamtejsi politycy konsekwentnie podkreślają. Przekłada się to nie tylko na polityczny patronat Berlina, przekształcający się niekiedy w ręczne sterowanie, ale i na wymierne wpływy gospodarcze oraz kulturalne. Poroszenko wedle własnych deklaracji stale „konsultuje się” z kanclerz Merkel - polecam artykuł byłego oficera Agencji Wywiadu Roberta Chedy „Pakt Poroszenko-Merkel” dostępny na stronach „Gazety Finansowej”, gdzie wyczerpująco omówiona jest skala wielowymiarowej infiltracji ukraińskiego państwa przez Niemcy. Tu pokrótce streszczę, że Niemcy zawiadując w praktyce finansową pomocą dla Ukrainy sprawiły, iż to ich eksperci nadzorują reformy gospodarcze, administracyjne, przekształcenia własnościowe, dotacje dla poszczególnych sektorów, szkolenie nowych kadr zarządzających, modernizację infrastruktury itd. Powołano wspólną Izbę Przemysłowo-Handlową oraz niemiecko-ukraińskie forum gospodarcze. Jednocześnie - również poprzez naciski via Bruksela - zaczęto przykręcać śrubę jeśli chodzi o warunki dalszej pomocy. Zażądano powołania specjalnego wicepremiera ds. integracji europejskiej, który systematycznie raportowałby postępy we wdrażaniu wymaganych reform. W praktyce ma się to przekładać na zabezpieczenie niemieckich interesów gospodarczych na Ukrainie. Austriacki eurokomisarz ds. polityki sąsiedztwa, Johannes Hahn, stwierdził wprost: „zbyt często zdarza się, że finansujemy obiecanki Kijowa i czas z tym skończyć”. W efekcie Ukrainę czekają regularne wizytacje wysokich europejskich urzędników - „rewizorów”, przed którymi władze w Kijowie będą systematycznie spowiadać się z dotychczasowych osiągnięć na polu modernizacji.

To jednak nie wszystko. Niemcy stawiają bowiem również na wszechstronną współpracę kulturalno-oświatową i społeczną. Programem partnerskim objęto 60 ukraińskich miast, w 8,5 tys. szkół uczy się języka niemieckiego pod edukacyjnym patronatem Berlina (ocenia się, że rocznie uczy się niemieckiego ok. miliona Ukraińców). Do do tego dochodzi program stypendialny, wymiana naukowa i zakrojony na szeroką skalę program badawczy ukrainistyki realizowany przez niemieckie uczelnie. Mamy więc systemowe budowanie niemieckiej „soft power” i proniemieckiego lobby na Ukrainie. Tak wygląda profesjonalna realizacja „strategicznego partnerstwa” z prawdziwego zdarzenia.

III. Polityczne frajerstwo

Piszę to wszystko zgrzytając zębami, bo Niemcy powtarzają schemat przećwiczony już w Polsce i pozostałych krajach naszego regionu. Do brania przykładu z Berlina zachęcałem zresztą kilka miesięcy temu w tekście „Budujmy polską soft power na Ukrainie”. Chodziło w skrócie o stworzenie poprzez odpowiednio ukierunkowane inicjatywy społeczno-kulturalne propolskiego lobby, skorumpowanie tamtejszych elit za pomocą grantów, stypendiów i dotacji – czyli robienie dokładnie tego, co teraz na naszych oczach czynią Niemcy. Niestety, w stosunku do Ukrainy prowadziliśmy - i prowadzimy nadal - politykę skrajnie frajerską. Zapatrzeni w giedroyciowską mitologię polityczną, uparcie ignorujemy realia. Jak ktoś trafnie zauważył – prędzej można w Polsce skrytykować papieża niż Giedroycia, zaś każdy kto na takową krytykę się poważy ryzykuje okrzyknięcie „ruskim agentem” i „V kolumną Putina”. Wygląda to tak, jakbyśmy chcieli obłaskawić Ukrainę przyjaznymi gestami w nadziei, że ta się nam odwdzięczy. Tymczasem w naszym interesie leży Ukraina skonfliktowana z Rosją i pozostająca z nią w permanentnym klinczu, lecz zarazem słaba, na wpół zdechła i nieco tylko bardziej uporządkowana wewnętrznie, tak by się całkiem nie rozleciała. Taka Ukraina będzie musiała się siłą rzeczy orientować na pomoc zewnętrzną od której będzie trwale uzależniona. I ten scenariusz właśnie się realizuje, tyle że korzyści z niego odnoszą Niemcy, a jeśli dywersja z Saakaszwilim się powiedzie – również Stany Zjednoczone.

Niedawnym przykładem owego frajerstwa jest popisana umowa na otwarcie dla Ukrainy linii kredytowej (SWAP) w wysokości 1 mld euro „na wieczne nieoddanie”. Ukraińcy oczywiście wezmą pieniądze, spokojnie je sobie rozkradną i wypną się na nas, nie zmieniając ani o jotę swej polityki. Prowokacyjna wobec Polski postawa Kijowa i gloryfikacja banderyzmu ma bowiem istotny walor praktyczny - kompensuje wasalny stosunek wobec Berlina i odwraca uwagę tamtejszej opinii publicznej od niemieckiego dyktatu. Zastanawiam się czasem na ile nasza polityka wobec Ukrainy wynika z indolencji i mrzonek, na ile zaś jest podyktowana przez naszych patronów – czy to z Berlina, czy z Waszyngtonu. Faktem pozostaje, że na Ukrainie odbywa się koncert mocarstw i to jakieś dwa piętra ponad naszymi głowami. Świadczy o tym choćby niedawny list zachodnich ambasadorów w Kijowie wyrażający zaniepokojenie dymisją Aivarasa Abromavicziusa – ministra gospodarki i handlu, który ustąpił w proteście przeciw sabotowaniu reform. Do podpisania listu, samego w sobie kuriozalnego, bo ingerującego w sprawy wewnętrzne nominalnie suwerennego państwa (co pokazuje jaką wydmuszką jest Ukraina z którą my obchodzimy się niczym ze śmierdzącym jajkiem) nie zaproszono ambasadora Polski...

Podsumowując, jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieli Niemcy zarówno od zachodu, jak i od wschodu. Owszem, lepsze to niż Rosja - tyle, że gdy tylko będą wymagały tego okoliczności, nasi „zachodni partnerzy” w ramach kolejnego „resetu” przehandlują Ukrainę Putinowi i to bez mrugnięcia okiem. A my, zamiast zdobywać tam choćby przyczółki do ewentualnego wykorzystania w przypadku zmiany koniunktury, zostaniemy z otwartymi gębami, pytając bezsilnie „jak to się stało?”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Budujmy polską „soft power” na Ukrainie

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 6 (10-16.02.2016)

Pod-Grzybki 38

Im bliżej startu programu „Rodzina 500+”, tym większy kociokwik: że niesprawiedliwy, dyskryminuje samotne matki, rujnuje budżet, zwiększa biurokrację... Szczególną uwagę zwraca tu nadaktywność nowoczesnego Swetru. Nic dziwnego – Swetru wolałby, żeby rodzice zamiast darmochy, brali na dzieci 18-letni kredyt walutowy.

*

A tak w ogóle, po co Polakom pieniądze? Kupią swoim bachorom jakieś beciki, kaftaniki... Słowem, cała kasa w błoto – a przecież te miliardy mógłby sobie zajumać Swetru z kolegami po zdobyciu władzy. Cóż się dziwić, że szlag ich trafia?

*

Prześwietni senatorowie głowili się niedawno, czy z okazji jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski należy się Mieszkowi I „hołd”, czy tylko „cześć”. Odznaczyła się tu „senatorka” Zdrojewska Barbara, wedle której ten cały Mieszko, to rabuś, gwałciciel, podpalacz i nicpotem. A fe – zły Mieszko, niegrzeczny Mieszko! Proszę Mieszka, by teraz posiedział sobie na karnym jeżyku i przemyślał swoje postępowanie!

*

A poza tym, to chyba wiem, co gryzie naszych eurofolksdojczów: gdyby Mieszko nie przyjął chrztu, to Niemcy wcześniej by nas ucywilizowali – niczym Słowian połabskich, Obodrytów, Wieletów i Prusów – i teraz bylibyśmy europejczykami całą gębą, a nie zaściankowym „tymkrajem”. A tak, choroba, mamy tysiąc lat w plecy i nasze elity muszą nadrabiać gorliwością, by zasłużyć na łaskawe słowo od niemieckich białych ubermenschen.

*

Niemcy zapłacą Tunezji, Algierii i Maroku, by te zechciały łaskawie przyjąć z powrotem swoich migrantów. To jest, proszę Państwa, słynny niemiecki praktycyzm w działaniu – wpuszczamy do siebie dzikie hordy, utrzymujemy je, a gdy te już sobie pokradną i pogwałcą, zapłacimy z kolei ich krajom, by móc „uchodźców” odesłać tam skąd przyszli. Złoty interes!

*

Hmm, a może Makrela myśli o otwarciu na emeryturze własnego biura podróży „nur für muslime” i teraz po prostu testuje rynek? Mam nawet nazwę: „Herzlich Willkommen!”.

*

Powyższa hipoteza jest tym bardziej prawdopodobna, że niemieccy kanclerze dostają głodowe emerytury. Taki Schroeder musi teraz dorabiać jako ochroniarz w Gazpromie. Nie dziwota, że kobiecina kombinuje jak może.

*

A co z Kohlem? - ktoś spyta. Ano nic – Helmut był mądrzejszy i przewalał kasę jeszcze gdy był kanclerzem. Miał o te lewizny nawet jakiś proces, ale nic mu się nie stało. Teraz jest ustawiony. Siedzi jak panisko w fotelu, patrzy na Merkel ze Schroederem i ma z frajerów polewkę.

*

„Szechter Cajtung” biadoli, że między PO i Nowoczesnym Swetru „brakuje chemii” – co oznacza, że gryzą się jak wściekłe psy o resztówki społecznego poparcia. Do tego Michał Karnowski wieszczy, że oba ugrupowania „rozpoczęły akcję likwidacji KOD”, gdy tylko okazało się, że jednak nie dojdzie do rychłej rewolucji. Jeżeli dodać agonię postkomunistów, to wychodzi, że polityczny mainstream III RP zapadł na chorobę prawicy lat 90-tych – czyli swary, wzajemne podsr...nie się i ogólną niemożność. Ech, mogą nas czekać piękne czasy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 6 (10-16.02.2016)

niedziela, 14 lutego 2016

Ręce precz od Gintrowskiego

Celebryckie, medialne, wymuskane twarzyczki” usiłują podeprzeć się legendą artysty i każą nam wierzyć, że dziś poszedłby z nimi w jednym szeregu pod medialnym patronatem TVN-u i „Wyborczej”.

Rodzina Przemysława Gintrowskiego zaprotestowała przeciw wykorzystywaniu jego utworu „Modlitwa o wschodzie słońca” podczas demonstracji KOD. Na to Krzysztof Łoziński – współzałożyciel KOD – odpowiedział bezczelnym listem w którym niedwuznacznie sugerował, że skoro w czasach „Solidarności” „staliśmy po tej samej stronie”, to i dziś śp. Gintrowski poszedłby na demonstracje „w obronie wolności i demokracji” razem z sierotami po III RP, a przynajmniej by ich wspierał – obok Wałęsy, Borowczaka, Borusewicza, Frasyniuka, Onyszkiewicza, Bujaka, Bogdana Lisa i Henryki Krzywonos. A poza tym, ponieważ śpiewali pieśni Gintrowskiego w stanie wojennym, „pod celą”, więc mogą i teraz. Powtarzam – arogancja, tupet i bezczelność wyjątkowej miary, Łoziński bowiem przechodzi do porządku dziennego nad całym okresem po 1989 roku, kiedy to Gintrowski jednoznacznie określił swój negatywny stosunek do realiów III RP – choćby w udzielanych wywiadach.

Zresztą spójrzmy (cytaty za www.gintrowski.art.pl, wytłuszczenia i skróty moje).

O patriotyzmie - „obecnie obserwujemy w Polsce tendencję do zanikania uczuć patriotycznych. Dziś, kiedy zaczynasz mówić o patriotyzmie, to większość patrzy na ciebie jak na głupka. Wszystkich nas powinno to niepokoić, bo to narusza podstawy naszej tożsamości” („Rzeczpospolita”, nr 97 z 24.04.2008 r ).

O przywódcach „Solidarności” - „Ci, których nazywa się przywódcami "S" - a ja twierdzę, że oni przywłaszczyli sobie te funkcje - po prostu podpisali z komunistami pewien układ polityczno-ekonomiczny. Dlatego uważam, że Okrągły Stół był de facto zdradą narodową. („Nasz Dziennik” nr 249 z 23-24.10.2010 r.).

O PiS - „Ale przekonałem się do PiS w okresie jego rządów, ponieważ to właśnie wtedy doszło do ukrócenia korupcji w Polsce. Może nie był to rząd idealny, ale przynajmniej próbował coś robić.” („NDz”).

O mediach - „(...) to pełne wyższości przekonanie mediów właśnie irytuje najbardziej. Obok manipulacji i omijania niewygodnych dla obecnie rządzących wiadomości to najbardziej irytujące w polskich mediach zjawisko. Są stacje, jak TVN 24, które w ogóle wyrzuciłem z pamięci telewizora i do nich nie zaglądam. Głównie poruszam się po niezależnych mediach i portalach internetowych (...)” (Rzeczpospolita”, nr 20 z 24.01.2009 r.).

O „hamulcowych” zmian w Polsce - „najmocniejszym hamulcem są ludzie którzy dobrze się mieli w czasach komunizmu a i dzisiaj niczego im nie brak - tym na zmianach nie zależy a wręcz odwrotnie - boją się ich (polskaxxi.pl, 4.07.2008 r.).

O dawnych kolegach - „mój były kolega z czasów studenckich - Jacek Żakowski. Jego droga również w pewnym momencie rozeszła się z moją. (…) Zastanawiam się często nad ludźmi, których znałem, a których dziś nie lubię, i zadaję sobie pytanie: co się z nimi stało? W którym momencie skręcili w tę uliczkę, w którą nie powinni wchodzić? („NDz”).

Można by tak cytować jeszcze długo. Jedno jest jasne: to rodzina Przemysława Gintrowskiego dochowała wierności jego dorobkowi, również życiowemu i wyznawanym przezeń ideałom, zaś KOD-owska hucpa pozostaje niczym innym, jak hucpą właśnie. Gintrowski zresztą zapłacił za swą postawę marginalizacją i zamilczaniem – podobnie jak inny „twórca niezłomny”, Zbigniew Herbert, którego wiersze Gintrowski tak poruszająco interpretował. Wtręt osobisty – pan Przemysław udzielił zgody na nieodpłatne wykorzystywanie swoich utworów w Niepoprawnym Radiu PL, które mam przyjemność współtworzyć. To był królewski, bezinteresowny dar dla niezależnej, internetowej inicjatywy, jasno przy tym pokazujący z kim twórcy było po drodze.

Dla kontrastu - przypomina mi się „wspomnieniowy” materiał z „Wiadomości” TVP wyemitowany po śmierci artysty. Ponieważ wypadało coś pokazać, a redakcja nie chciała wpuścić na wizję żadnego „oszołoma”, więc postawiono przed kamerą... Tomasza Jastruna, który o Gintrowskim miał do powiedzenia mniej więcej tyle, że „lubił wypić”. I to jest kwintesencja mentalności tego towarzycha, które dziś ma jedno przesłanie zwerbalizowane przez Agnieszkę Holland: „żeby było tak, jak było”. „Celebryckie, medialne, wymuskane twarzyczki” usiłują podeprzeć się legendą artysty i każą nam wierzyć, że dziś poszedłby z nimi w jednym szeregu pod medialnym patronatem TVN-u i „Wyborczej”. Obrzydliwe.

W komentarzach pod listem Łozińskiego ktoś wrzucił fragment z przywołanego wyżej wywiadu dla „Naszego Dziennika”, na co tamtejszy webmaster zareagował słowami: „W towarzystwie nie cytuje się (ani nie czytuje) prawicowych szczujni i śmieci. Oni cuchną”. A Gintrowski, który owym „szczujniom” udzielał wywiadów, wam nie cuchnie? Jakim wszarzem trzeba być, by zawłaszczać dorobek człowieka, dla którego, gdy jeszcze oddychał, mieliście tylko wzgardę i zapomnienie? Precz.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 5 (05-11.02.2016)

Wojna o handel - doniesienia z frontu

Ciekawe, czy „złote żniwa” i sute transfery za granicę dotyczą nie tylko sklepów wielkopowierzchniowych, ale również należących do obcego kapitału sieci franczyzowych?

Przyznam się, że gdy przeglądam kolejne doniesienia w takich sprawach, jak podatek od handlu, podatek bankowy, czy program „Rodzina 500+”, odnoszę często wrażenie jakbym śledził komunikaty z linii frontu – i to takiego, na którym znaczna część działań wojennych toczy się w głębokim podziemiu, skrzętnie skrywana przed wzrokiem korespondentów. Gdzieś tam, za kulisami, różne lobbies rozgrywają swoje interesy na linii biznes-władza, do nas zaś docierają okruchy z których możemy (jeśli ktoś ma cierpliwość) mozolnie sklejać jakąś większą całość.

Przykładowo, Polska Izba Handlu ruszyła z kampanią przeciw objęciu podatkiem obrotowym sieci franczyzowych, ponieważ uderzy to w polski handel – franczyzobiorców, którymi są przeważnie rodzimi drobni przedsiębiorcy. Na pozór racja, tyle, że jak niedawno napisałem, franczyzy i ajencje są atrapą prawdziwego polskiego handlu. Formalnie właścicielem „Żuczka” cy innej „Fasolki” jest Jan Kowalski, ale bardzo często w praktyce jego pozycja niewiele się różni od pozycji kierownika sklepu w sieci zintegrowanej – podobny zakres obowiązków (ekspozycja towaru według narzuconego wzorca, obowiązkowe programy promocyjne, zatowarowanie, sprawozdawczość do centrali, a wszystko obciążone słonymi karami za niewypełnienie któregoś z zawartych w umowie obowiązków) i podobny zysk „na rękę”. Owszem, nie musi martwić się o dostawy, marketing i know-how, ale z rzeczywistym samodzielnym biznesem niewiele ma to wspólnego.

Kogo natomiast zrzesza Polska Izba Handlu? Rzut oka na stronę internetową mówi nam, że w przytłaczającej większości są to właśnie sieci franczyzowe, w dużym stopniu, mimo swojsko brzmiących nazw, należące do zagranicznego kapitału. Są tu różne sklepowe formaty – od dużych do małych. Znajdziemy francuską Grupę Muszkieterów („Inter Marche”, „Bricomarche”), fundusz Mid Europa (m.in. „Żabka”, „Freshmarket”, „Kefirek”), portugalskie Eurocash („ABC”, „Delikatesy Centrum”, „Lewiatan”, „Groszek”, „Eurosklep”, „Koliber”), chińską sieć dystrybucyjną „Max-Trade”, holenderski „SPAR”... Z polskich poważniejszych podmiotów franczyzowych mamy „Eden”, „Społem”, „Piotr i Paweł” oraz „Jabłuszko”. Krótko mówiąc – PIH jest organizacją lobbingową sieci franczyzowych (tak jak Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji lobbuje za największymi graczami sieci zintegrowanych), przy czym troska o interes „polskiego handlu” staje się w świetle powyższych danych cokolwiek problematyczna.

Warto ponadto zwrócić uwagę, że modele franczyzowe rozwijają również inne sieci - „Carrefour Express” (Carrefour), „Simply” (Auchan) itd. Mnie szczególnie wzruszyło oświadczenie francuskiego giganta E. Leclerc biadającego nad losem „rodzinnych przedsiębiorstw”. Oczywiście, swoje dokłada zrzeszająca największe podmioty zagraniczne Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji. Gdyby potraktować poważnie głosy zarówno sieci franczyzowych, jak i „zintegrowanych”, okazałoby się, że jakiekolwiek naruszenie obecnego status quo będzie skutkowało handlową apokalipsą – wszyscy zbankrutują i zostanie pustynia. Przypomnijmy sobie, jakimi konsekwencjami dla gospodarki straszono nas przy wprowadzaniu zakazu handlu w dni świąteczne.

Słowem – wojna. POHiD już się odgraża, że będzie szukać sprawiedliwości w Brukseli. Natomiast PIH postuluje wprowadzenie dodatkowego progu podatkowego, lub zwiększenie kwoty wolnej (a przypomnijmy, że jeszcze niedawno PIH domagała się całkowitego zwolnienia sieci franczyzowych od podatku handlowego). Ministerstwo Finansów póki co nie ujawnia projektu ustawy. Wedle stanu „na teraz” kwota wolna wynosić ma 1,5 mln zł obrotów miesięcznie, przy obrotach do 300 mln/mies – 0,7 proc., nadwyżka przychodów powyżej 300 mln zł objęta ma być stawką 1,3 proc., plus jednolity podatek od obrotu w soboty, niedziele i inne dni ustawowo wolne od pracy – 1,9 proc. Szczególnie to ostatnie zabolało wszystkich – i sieci „tradycyjne” i te „franczyzowe”.

Generalnie, wiele będzie zależało od szczegółów pobierania podatku – tak, by Kowalski z „Żuczka” nie przekraczający kwoty wolnej nie został zmuszony do partycypowania w kosztach podatkowych całej sieci niewspółmiernie do uzyskiwanego obrotu. No i nie zapominajmy, że pułap 1,5 mln zabezpiecza przed wejściem w podatek niezrzeszonych mikroprzedsiębiorców, czyli tych, którzy do tej pory byli najbardziej poszkodowani patologiczną strukturą handlu w Polsce. Ja natomiast chciałbym poznać odpowiedź na pytanie – jakie podatki do tej pory płacili właściciele marek franczyzowych? Nie wspomniany Kowalski, tylko właśnie sprzedawca „licencji”? Niestety, takich zestawień brak, a szkoda. Ciekawe, czy nie okazałoby się, że „złote żniwa” i sute transfery za granicę dotyczą nie tylko sklepów wielkopowierzchniowych, ale również należących do obcego kapitału sieci franczyzowych? Podejrzewam bowiem, że cała histeria na tle „ochrony drobnych przedsiębiorców” jest zwykłym PR-owskim mydleniem oczu w interesie potężnych grup kapitałowych, które tym biznesem kręcą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Partycypacja podatkowa

Bitwa o handel

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 6 (05-11.02.2016)

wtorek, 9 lutego 2016

Pod-Grzybki 37



Posłanka „Nowoczesnej”, Joanna Scheuring-Wielgus, najpierw pouczyła z mównicy „pana marszałka” w kwestii poprawnej wymowy jej nazwiska, następnie zaś jęła pilnie rozglądać się po sali plenarnej, by zlokalizować „posła Terleckiego”. Sejmowa gawiedź zanosiła się śmiechem, bowiem Terlecki – ma się rozumieć – siedział tuż za nią, w marszałkowskim fotelu. Bidulka, nie skojarzyła, że „pan marszałek” i „poseł Terlecki” to ta sama osoba. Na plus posłanki należy zapisać, że przynajmniej wie jak się nazywa, a może nawet potrafi się podpisać.

*

Dawnymi czasy na sabatach czarownice oddawały się cieleśnie diabłu, uprzednio całując go w tyłek. I coś w tym guście można było zaobserwować podczas dziennikarskiej sabaty... to jest, debaty w siedzibie „Wyborczej”, tyle że w roli obiektu uwielbienia wystąpili Piotr Kraśko i Karolina Lewicka, ledwie co wyegzorcyzmowani z TVP. Reszta, z grubsza rzecz biorąc, się zgadzała.

*

Zły język Patryka Jakiego ogłosił z sejmowej mównicy, jakoby w mieszkaniu należącym do posła PO Roberta Kropiwnickiego funkcjonował, z przeproszeniem, burdel. Otóż nie, sprawa ma drugie dno – burdel jest jedynie przykrywką dla lokalu konspiracyjnego, w którym Swetru i Kijowski spółkowali... to jest, spiskowali z belgijskim Guyem, jak tu skutecznie zasadzić się i zniewolić premier Beatę Szydło podczas debaty w PE. Niestety, w decydującym momencie Guyowi wszystko zmiękło i do raptu na pani Beacie w siedzibie europarlamentu nie doszło, wskutek czego Guy zaczął się strasznie pieklić i wygrażać piąstką. Tak to już jest, z tymi Guyami.

*

Tratwa ratunkowa o nazwie „Nowoczesna” właśnie się rozłamała - odchodzi z niej 200 działaczy z lokalnych struktur. I tak się właśnie pruje swetru – od dołu. Medialny golfik myśli sobie, że byczo jest, a tu już od spodu ktoś spruwa mu wełenkę na szaliczek.

*

U KODziaków, jak wieść gminna niesie, również narasta ferment w strukturach – a to z powodu narzucanego przez kijowską „warszawkę” autorytarnego drylu, to znów przez niechęć lidera do pokazywania faktur... No i o co ten krzyk? Jakie faktury? Przecież Kijowski jasno powiedział, że wszystko kupuje mu żona.

*

Dr Kazimierz Wóycicki nazwał w Polskim Radiu ks. Isakowicza-Zaleskiego „agentem wpływu” Kremla, co oczywiście skwapliwie przedrukował „Frondelek”. Poszło rzecz jasna o Ukrainę, której ksiądz Tadeusz nie jest, delikatnie mówiąc, entuzjastą. Kimże jest pan Wóycicki? Ano, stypendystą Fundacji Adenauera i uczestnikiem licznych polsko-niemieckich „dialogowych” inicjatyw - czyli modelowym produktem korumpowania polskich elit opiniotwórczych przez niemiecki system stypendialno-grantowy. A że Niemcy właśnie intensywnie poszerzają Mitteleuropę o ukraińską „Lebensraum”, drocząc się przy tym z Putinem o zasięg stref wpływów, to nic dziwnego, że każdy kto gada inaczej niż Berlin przykazał z definicji musi być „ruskim agentem”. W przeciwieństwie do niemieckiej agentury wpływu – ta, jak wiadomo, nie istnieje.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 5 (03.02-09.02.2016)

Jak ograć eurokołchoz, czyli lęki sierot po III RP

Obóz III RP nie tylko przegrał doraźną bitwę - może przegrać również proeuropejskie nastawienie Polaków nad którym tak usilnie pracował przez ostatnie ćwierć wieku.

I. Lęki sierot po III RP

Hmm, wygląda na to, że nie tylko ja rozważam ewentualność wystąpienia Polski z Unii Europejskiej – możliwość ta brana jest również pod uwagę po drugiej stronie barykady. Oczywiście, tam gdzie ja upatruję szansę na odzyskanie przez Polskę podmiotowej pozycji, oni widzą siedem plag egipskich i ziszczenie swych sennych koszmarów, przy czym owe lęki ubierają w paranoidalny kostium narracyjny spod znaku „Kaczyński wyprowadzi nas z Europy i zamontuje tutaj faszyzm”. Nie powiem, po swoim poprzednim tekście w „Polsce Niepodległej” („Exodus z domu niewoli”) poczułem się przez moment jakbym wywołał ducha, a może raczej – upiora straszącego „okołowyborczy” Salon. Ale, jak mawiał partyjniak z peerelowskiej anegdoty, przejdźmy „do adremu”. Przeglądając sobie strony „Wyborczej” natrafiłem oto na opublikowany 28 stycznia tekst Kazimierza Żórawskiego („krytyka filmowego i analityka telewizyjnego”) zatytułowany: „Czas powiedzieć: sprawdzam! Czy chcesz, by Polska wystąpiła z Unii europejskiej?”. Mając świadomość, że prawicowych „szczujni” w tamtych kręgach się nie czyta, traktuję tekst Żórawskiego właśnie w kategoriach zwerbalizowania wspólnotowo-środowiskowych strachów i obsesji, co nie zmienia faktu, że jego artykuł mimowolnie koresponduje z tym, co napisałem przed tygodniem.

Otóż autor słusznie skądinąd zwracając uwagę, że „debata strasburska” „będzie się podskórnie toczyć nadal” postuluje, by już teraz „zwrócić się do Polaków o potwierdzenie lub zaprzeczenie ich woli przynależenia do europejskiej rodziny w drodze referendum. Zanim będzie za późno. Cóż oznacza to „zanim będzie za późno”? Sądzę, że chodzi tu nie tyle o obawę, że PiS bez pytania narodu o zdanie, samowolnie nagle trzaśnie w Brukseli drzwiami, ile o strach, że poparcie społeczne dla UE może w kolejnych latach osłabnąć na tyle, że należy zastosować uderzenie wyprzedzające, póki jeszcze pozytywne skutki integracji przeważają w zbiorowej świadomości nad różnymi zagrożeniami.

W „salonie” nie wszyscy są głupcami i zapewne co bardziej kumaci z tego towarzystwa zdają sobie sprawę, że nawała imigrantów, arogancja Berlina i Brukseli – tych różnych Schulzów i Guyów – w połączeniu chociażby z coraz bardziej upowszechniającą się wiedzą o skali wyzysku Polski przez zagraniczne koncerny finansowe i handlowe, odbierane są przez Polaków negatywnie. Pokrzykiwania w stylu „wzięliście dopłaty, więc teraz siedźcie cicho”, czy próba przeczołgania polskiej premier na forum europarlamentu godzi w nasze czułe punkty. Mamy bowiem to do siebie, że po dobroci można nas zaprowadzić za rączkę nawet wprost do przepaści i na tym, między innymi, jechała przez osiem lat Platforma – przeciętny Polak, słysząc jak nas chwalą i widząc wyniesienie Tuska na eksponowane stanowisko sam poniekąd czuł się pogłaskany i wyróżniony. Jednak nadeptywać na odcisk i poszturchiwać nas nie należy, bo wtedy nagle przypominamy sobie skąd nasz ród, a skąd ród Merkel, słowem – odzywa się zakodowany gdzieś w tyle głowy bagaż historycznych doświadczeń. Chamskie połajanki jakiegoś belgijskiego pajaca wobec polskiej kobiety – no cóż, to najlepszy sposób na pobudzenie resztek rycerskiego etosu dawnych Polaków, nakazującego bronić kobiecej czci przed agresją. No i wreszcie – bieganie opozycji i miejscowych elit do obcych stolic na skargę. Z racji historycznych uwarunkowań donosicielstwo jest u nas w pogardzie, a tym bardziej – wynoszenie na zewnątrz tego, co się dzieje w domu.

II. Pakiet propagandowy

To i wiele więcej powoduje, że „obóz III RP” nie tylko przegrał doraźną bitwę, ale może przegrać również proeuropejskie nastawienie Polaków nad którym tak usilnie pracował przez ostatnie ćwierć wieku. I z pewnością ta świadomość do nich dociera, czego dowodem jest jest przytoczony postulat z omawianego artykułu – nie ulega bowiem wątpliwości, że stanowi on odprysk toczonych w tamtejszym środowisku dyskusji. Dlatego referendum – traktowane również jako miernik społecznego poparcia dla władzy i ew. zmiany konstytucji – chcieliby przeprowadzić jak najszybciej, zanim będzie za późno. I dokładnie z tych samych powodów napisałem, że należy opracować wpierw solidną strategię, „mapę drogową” naszego „exitu”, referendum zaś poprzedzić wszechstronną kampanią informacyjno-propagandową, mającą na celu rozwianie różnych lęków związanych z opuszczeniem UE. Innymi słowy, chodzi o doprowadzenie do sytuacji, w której to nie „władza” ciągnie za sobą „lud” do wyjścia, lecz by to „lud” „sam z siebie” żądał od władzy wystąpienia z eurokołchozu.

Taki „pakiet propagandowy”, tylko w drugą stronę, mający ostudzić antyeuropejskie nastroje Polaków, zaproponował Kazimierz Żórawski, pisząc, że referendum winno poprzedzić uświadomienie „konsekwencji”: zamknięcie rynków pracy, granic, koniec partnerstwa energetycznego, wstrzymanie środków pomocowych, odcięcie od zachodnich rynków zbytu dla polskiego rolnictwa, zakończenie programów edukacyjnych typu Erasmus. Ta „dyscyplinująca” agenda realizowana jest zresztą już teraz i dlatego właśnie trzeba ją obezwładnić uświadamiając, że warunki naszej przyszłej współpracy z Unią zależą w znacznej mierze od negocjacji poprzedzających wyjście z eurostruktur. Wskazać, że państwa zrzeszone w EFTA współtworzą z UE Europejski Obszar Gospodarczy - z wolnym przepływem osób, wymianą handlową, jak najbardziej należą do strefy Schengen i korzystają z różnych form współpracy w szeregu obszarów. Podkreślać wątpliwą wydajność unijnych funduszy i ich negatywny wpływ na różne aspekty gospodarki – począwszy od finansowania nieefektywnych przedsięwzięć (symboliczne aquaparki); inwestowania pod presją wskaźników „absorpcji” środków nie w to czego potrzebujemy, tylko w to, czego chce Bruksela; wreszcie – pokazać mechanizm napędzający zadłużenie państwa i samorządów, które zaciągają kredyty, by móc sfinansować z nich „wkład własny” w ramach różnych unijnych „programów”. Wykazywać fikcję „europejskiej solidarności” np. w dziedzinie energetyki, sprowadzającej się do narzucania nam rujnującego „pakietu klimatycznego”. Uzmysłowić absurdalny, kosztowny wysiłek wkładany w „implementację” stosu biurokratycznej makulatury produkowanej w Brukseli. No a nade wszystko – mówić głośno, że wraz z końcem obowiązywania obecnego eurobudżetu (2020 rok), manna z brukselskiej kasy drastycznie się skurczy i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa staniemy się płatnikiem netto. To, w połączeniu z drenowaniem naszej gospodarki przez międzynarodowe koncerny dla których jesteśmy kolonialnym rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej sprawi, że zaczniemy słono dopłacać do tego europejskiego interesu. Koniecznie trzeba też podkreślać, że pozostajemy w NATO i w jego ramach będziemy współtworzyć możliwie ścisły sojusz państw środkowoeuropejskich.

Słowem, jest o czym mówić do ludzi. Tylko, kto to zrobi?

III. Horyzont polityczny

No właśnie. Sęk w tym, że PiS absolutnie nie ma zamiaru nawet przebąkiwać o możliwości wyjścia z UE. Odstawiony od koryta „obóz III RP” przypisując mu takie intencje częściowo daje upust swym obsesjom, częściowo zaś czyni to z cynizmu, by zmusić obecną władzę do tłumaczenia raz po raz, że nie jest wielbłądem – co było widać nawet podczas debaty w PE. Horyzont polityczny Prawa i Sprawiedliwości to wytargowanie nieco większej przestrzeni w ramach unijnych struktur, nic ponadto. Jest to błąd, o czym można przekonać się obserwując poczynania Wlk. Brytanii i premiera Camerona, szantażującego Unię groźbą „brexitu”. Proszę sobie wyobrazić, że ci sami groźni eurokomisarze i inni prominentni brukselscy czynownicy z Martinem Schulzem włącznie, trak skorzy do pohukiwania pod naszym adresem, w rozmowach z Londynem nagle robią się bardzo konstruktywni i skłonni do ustępstw. Miast sztorcowania, mamy gładkie komunikaty o negocjacjach, kompromisie i porozumieniu. I wszystko wskazuje na to, że David Cameron osiągnie znakomitą większość tego na czym mu zależy – następnie zaś zrobi obiecane referendum, w którym obłaskawieni Brytyjczycy, acz z pewnymi oporami, zagłosują za pozostaniem w Unii. No, chyba że antyunijne nastroje zostały tak rozbujane, że zrobią wszystkim niespodziankę...

Powyższe pokazuje, jak silną bronią może być groźba wyjścia z UE. Skoro zatem PiS nie chce tego oręża wykorzystać, to może warto, by taką narrację możliwie głośno podchwycili antysystemowcy z Kukiz'15, zwłaszcza narodowcy? Nigdy nie ukrywałem, że z ruchem Kukiza wiążę nadzieję, iż stanie się siłą flankującą PiS z radykalnych pozycji – najwyższa pora, by tak się stało. Nawet głos ugrupowania nie pozostającego w rządzie może na Brukselę i Berlin podziałać trzeźwiąco, tym bardziej, że i PiS może to obrócić na korzyść Polski na zasadzie – lepiej spuśćcie z tonu i się z nami dogadajcie, bo jak nie, to do władzy dojdzie radykalna „ekstrema” i wtedy dopiero zobaczycie, co to są prawdziwe problemy. Tylko czy ktoś tam, po prawej stronie, jest w ogóle zdolny do rozumowania w tego typu kategoriach?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Na podobny temat:
Exodus z domu niewoli

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 5 (03.02-09.02.2016)

poniedziałek, 8 lutego 2016

Imigranci nie zarobią na nasze emerytury

W przedziale wiekowym 20-64 lat pracuje 70 proc. europejczyków. Imigranci z krajów spoza Unii Europejskiej – 57 proc.

Jak donosi „Deutsche Welle”, niemiecki Federalny Urząd Statystyczny obwieścił, iż obecny poziom imigracji jest niezadowalający i nie wystarczy, by powstrzymać proces starzenia się społeczeństwa. Wedle statystyków, by zahamować obecną tendencję trzeba, by rocznie do Niemiec przybywało o 470 tys więcej osób niż z nich wyjeżdża. Przy tym, w 2014 roku ilość osób o „ściśle imigracyjnym pochodzeniu” wynosiła 16,4 mln, czyli 20,3 proc. ogółu ludności. Mamy tu zatem jedną z odpowiedzi na politykę „herzlich willkommen” forsowaną z samobójczym uporem przez kanclerz Angelę Merkel. Po prostu niemieckie elity państwowe nie widzą innego sposobu na uporanie się z kryzysem demograficznym. Instytut Badań nad Rynkiem Pracy i Działalnością Zawodową mówi o imigrantach jako o „kuracji odmładzającej”. Wtórują kręgi wielkiego biznesu, wyrażające nadzieję, że przy odpowiedniej polityce integracyjnej rządu na rynek trafi wiele nowych rąk do pracy. Jeżeli już mają jakieś pretensje to właśnie o kształt owej polityki – niewystarczająco skutecznej, by zasilić gospodarkę nowymi fachowcami. A jak przyznaje z kolei Centrum Europejskich Badań nad Gospodarką, kwalifikacje zawodowe przybyszów „w ekstremalny sposób sprowadzają na ziemię”.

Jak to wygląda w świetle dotychczasowych doświadczeń? Czy faktycznie można liczyć, że „świeża krew” przyczyni się do rozwoju gospodarczego i załata dziurę demograficzną? Sprawdźmy, bo i u nas słychać głosy, że imigracja jest koniecznością, ponieważ inaczej nie będzie komu „zarabiać na nasze emerytury”. Z pomocą przychodzi opublikowany na portalu „euroislam.pl” tekst wystąpienia Grzegorza Lindenberga wygłoszonego na konferencji „Europejski kryzys migracyjny – szanse i zagrożenia dla Polski” zorganizowanej przez Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie. Autor jest socjologiem i dziennikarzem, m.in. współzałożycielem „Gazety Wyborczej” co jest warte podkreślenia, ponieważ okazuje się, że nawet w lewicowo-liberalnym „salonie” można znaleźć wyjątki podchodzące do zagadnienia zdroworozsądkowo, posługując się konkretnymi danymi, stroniąc zarazem od „multikulturowej” ideologii.

Otóż okazuje się, że w świetle danych Eurostatu w przedziale wiekowym 20-64 lat pracuje 70 proc. europejczyków, lecz w grupie imigrantów z krajów spoza Unii Europejskiej odsetek ten wynosi zaledwie 57 proc. Szczegółowo wygląda to następująco: Wielka Brytania – 77 proc. zatrudnionych Brytyjczyków i jedynie 63 proc. imigrantów; proporcje w Niemczech – 79 proc. do 57 proc.; Francja – 71 do 48 proc.; Holandia – 77 do 51 proc.; Szwecja - 82 do 52 proc. Przy czym podkreślić należy, iż w grupie przybyszów muzułmańskich (a więc tych, którzy właśnie masowo napływają do Europy) te wskaźniki są jeszcze niższe. Przykładowo, w Danii wśród imigrantów z Iraku pracuje tylko 34 proc. Trzeba nadmienić, że według wyliczeń szwedzkiego ekonomisty Jana Ekberga wykonanych w 2009 roku dla tamtejszego ministerstwa finansów, imigracja zaczyna się dla kraju przyjmującego opłacać przy przekroczeniu 72 proc. zatrudnienia wśród przybyłych.

Na dodatek, imigranci charakteryzują się o wiele mniejszą wydajnością pracy, wynikającą zarówno z różnic kulturowych, jak i niskich kwalifikacji. Ilość miejsc pracy dla nisko wykwalifikowanych robotników jest ograniczona, zaś rosnący poziom zaawansowania technologicznego europejskiego przemysłu stwarza głównie popyt na odpowiednio kompetentnych fachowców. Opowieści o znakomitych syryjskich lekarzach, którzy będą nas leczyć należy włożyć między bajki – pracownicy tej klasy są kompletnie pomijalnym marginesem w tłumie „uchodźców”. Inną wartość do gospodarki wnosi hinduski informatyk, a inną pomywacz w restauracji. Zresztą – i tu wracamy do różnic kulturowych – po co podejmować słabo płatną pracę przy przysłowiowym „kopaniu rowów”, skoro porównywalne świadczenia można otrzymać żyjąc na „socjalu”?

Co więcej – imigranci nie są również inwestycją na przyszłość. Drugie pokolenie nie zdobywa bowiem wykształcenia lepszego od swych rodziców, ba – zmniejsza się w nim odsetek pracujących! Przykładowo, w Niemczech w pierwszym pokoleniu imigrantów z Turcji (mężczyźni) pracuje 69 proc., w drugim – już tylko 54 proc. U kobiet mamy tylko 1 proc. wzrostu zatrudnienia – 43 do 44 proc.

Co to oznacza? Ano to, że migracja nie przyczynia się do wzrostu gospodarczego, a wręcz jest szkodliwa. Konieczność utrzymywania rzesz przybyszów obniża PKB na głowę, niska wydajność (i tym samym niższe wynagrodzenia, a więc i składki emerytalne) powoduje, że możemy zapomnieć o tym, że zapracują na nasze emerytury. Przeciwnie – to do imigranckich emerytur będzie musiała w przyszłości dopłacać starzejąca się „biała Europa”. Konsekwencje dla gospodarki i ogólnego poziomu życia łatwo sobie wyobrazić. Jest w tym również nauczka i dla nas – nie powielajmy cudzych błędów. O wiele lepszą inwestycją jest polityka pronatalistyczna i sprowadzenie chociażby Polaków mieszkających w krajach byłego ZSRS. Za niemieckie cudowne recepty dziękujemy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Ilustracja: http://euroislam.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 5 (29.01-04.02.2016)