Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frankowicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frankowicze. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lipca 2019

TSUE – bat na bankierów

Niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.

Trudno nie odczuwać pewnej schadenfreude na widok paniki w szeregach bankierów, po tym, jak rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapowiedział, iż można spodziewać się orzeczenia rozwiązującego problem tzw. kredytów frankowych po myśli kredytobiorców – i wszystko wskazuje na to, że ogłoszenie wyroku zbliża się wielkimi krokami, najprawdopodobniej dojdzie do niego jeszcze w lipcu. Przypomnijmy, że chodzi o pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów dotyczące klauzul niedozwolonych (abuzywnych), w szczególności klauzuli indeksacyjnej, określającej sposób przeliczania kursu walutowego franków na złotówki i co za tym idzie – kwoty kredytu i wysokości rat. Po latach sądowych batalii wiadomo, że umowy w znacznej mierze były formułowane w sposób skrajnie niekorzystny dla klientów. Zapisy indeksacyjne były niejasne, często odwoływały się do bankowych tabel kursowych ustalanych w nieprzejrzysty sposób, w oderwaniu od kursów rynkowych czy średniego kursu NBP. Dochodziło do sytuacji, gdy bank sporządzał dwie odrębne tabele – jedną na użytek „normalnego” obrotu walutami, drugą zaś specjalnie pod „frankowiczów”, przy czym ta druga cechowała się zawyżonym spreadem, tzn. różnicą między ceną kupna i ceną sprzedaży franka. Rodziło to dwojaki skutek – po pierwsze, klient do końca żył w niepewności ile przyjdzie mu zapłacić w danym miesiącu; po drugie – bank w ten sposób naliczał „ukryte oprocentowanie”, rekompensując sobie niskie odsetki i ujemny LIBOR. W połączeniu z ogólnie rosnącym kursem franka oznaczało to dla wielu konsumentów wplątanie się w istną pętlę niemożliwego do spłacenia długu. W sumie doprowadzało to do sytuacji, gdy po latach spłacania rat kwota kredytu była wyższa od pierwotnej i niejednokrotnie znacznie przekraczała rynkową wartość nieruchomości – a to z kolei np. wykluczało możliwość sprzedaży mieszkania czy domu i uwolnienia się w ten sposób od zobowiązania. W skrajnych przypadkach prowadziło to do ludzkich tragedii – bankructw, czasem nawet samobójstw niewypłacalnych dłużników. Słowem, klasyczna lichwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Problem w pewnym momencie nabrzmiał do tego stopnia, że do polityków dotarła świadomość konieczności wdrożenia jakiegoś systemowego rozwiązania. I tu do akcji wkroczyło lobby bankowe, konsekwentnie sabotując kolejne projekty ustaw – zarówno te poselskie, jak i te wychodzące (w coraz łagodniejszych wersjach) z Kancelarii Prezydenta. W ruch poszła medialna machina strasząca zapaścią sektora bankowego, wstrzymaniem akcji kredytowej i paraliżem całej gospodarki. Podawano coraz to nowe wyliczenia bankowych „strat” mających wg autorów iść w dziesiątki miliardów złotych. Uruchomiono również internetową „szeptankę” z zakresu „czarnego PR-u” przedstawiającą „frankowiczów” jako pazernych cwaniaków, którzy teraz chcą się niesłusznie wzbogacić kosztem podatników i kredytobiorców złotówkowych. To ostatnie jest zresztą podręcznikowym przykładem skutecznej socjotechniki polegającej na napuszczaniu na siebie i konfliktowaniu dwóch grup - „złotówkowiczów” i „frankowiczów”. Wystarczy zajrzeć na internetowe fora pod artykułami o kredytach frankowych, by uświadomić sobie jaką falę bazującej na najniższych instynktach i emocjach nienawiści udało się w ten sposób wykreować - zupełnie, jakby dotąd było mało społecznych podziałów.

Jednocześnie miejscowe filie banków należących do obcego kapitału zupełnie jawnie zaczęły szantażować polskie władze groźbami pozwów przed międzynarodowy arbitraż na bazie umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji (BIT's – Bilateral Investment Treaties), w czym uzyskały wsparcie swoich ambasad, wysyłających pod adresem rządu listy z pogróżkami. Co grosza, polskie państwo uległo tym bandyckim metodom, czego dowodem jest uchwalona właśnie w „kadłubkowej” formie ustawa z której na ostatniej prostej wykreślono kluczowe przepisy o powołaniu tzw. Funduszu Konwersji na który miały składać się banki i korzystać z niego przy przewalutowywaniu kredytów na złotówki. Czy trzeba dodawać, że i temu banki były przeciwne?

A tu nagle – zgroza. Wszystko wskazuje bowiem, że TSUE w orzeczeniu ogłosi, iż nieważność abuzywnych klauzul indeksacyjnych nie uchyla reszty umowy – a to w praktyce oznacza przewalutowanie całego kredytu na złotówki i to przy zachowaniu „frankowego” oprocentowania oraz przeliczenie wszystkich zapłaconych dotąd rat z mocą wsteczną. Podobnie zresztą orzekł niedawno Sąd Najwyższy. Nic więc dziwnego, że na bankierów padł blady strach i zaczęli jęczeć o 60 mld. zł. „strat” oraz domagać się od rządu interwencji – dodajmy, tego samego rządu, któremu wcześniej buńczucznie wygrażali. Powiedzmy więc sobie jasno: nie ma mowy o żadnych „stratach”, tylko o pozbawieniu banków nienależnych, bezprawnie osiągniętych zysków, kosztem dojonych bezkarnie przez lata klientów. No i wreszcie – niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-29 (12-25.07.2019)

czwartek, 7 marca 2019

Frankowe przepychanki

Problem „kredytów frankowych” wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach. To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności.

Od kilku dni znów narasta gęsta atmosfera wokół tzw. kredytów frankowych. 19 lutego ambasady Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii wystosowały wspólny list do Andrzeja Szlachty, przewodniczącego sejmowej komisji finansów publicznych, w którym przestrzegają przed przyjęciem ustawy frankowej. Autorzy pisma nie ukrywają, że zostali zaalarmowani w tej sprawie przez banki, pisząc: „Banki wyraziły wobec nas obawy, że z projektem legislacyjnym może się wiązać ryzyko naruszenia fundamentalnych zasad prawa UE”, dalej podnosząc m.in. kwestię kosztów mających sięgać miliardów złotych rocznie, a także okoliczność, iż obowiązkowe wpłaty na rzecz planowanego, kontrolowanego przez państwo funduszu restrukturyzacyjnego, mające stanowić odsetek od ich portfela kredytowego, mogą zostać uznane za „wywłaszczenie”. Tu przypomnijmy, iż procedowany projekt ustawy zakłada, że banki swoje „wkłady” do funduszu mogłyby odzyskać po przewalutowaniu kredytów na złotówki, co ma je „zachęcić” do negocjacji z frankowiczami. W związku z tym, piszą dyplomaci, „spółki dominujące banków, które zainwestowały w Polsce, mogłyby na podstawie dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT) rozważać wystąpienie z pozwem” (cyt. za wPolityce.pl). Z kolei, jak podał „Dziennik Gazeta Prawna”, Raiffeisen Bank rozesłał list m.in. do prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Mateusza Morawieckiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego, w którym ostrzega, iż będzie domagał się rekompensat za spodziewane „szkody”.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z niedwuznacznymi pogróżkami, choć trzeba przyznać, że sformułowanymi bardziej dyplomatycznie, niż słynny list ambasador Mosbacher w obronie TVN. Na marginesie – to aż niewiarygodne, że przez tyle lat pozwalaliśmy sobie wmawiać, że „kapitał nie ma narodowości”. Jak się okazuje, ma i to bardzo konkretną, a gdy zachodzi potrzeba potrafi zaprząc do obrony swych interesów służby dyplomatyczne – najbardziej bowiem na ustawie ucierpiałyby właśnie banki zagraniczne z wymienionych na wstępie krajów. Druga rzecz, to wciąż nie rozwiązany problem umów BIT (na ich likwidację naciska nawet KE) zawierających procedurę ISDS pozwalającą pozywać zagranicznemu inwestorowi państwo przed międzynarodowy arbitraż na praktycznie dowolną kwotę (wystarczy, że banki wylicza sobie księżycowe „straty”, jak to miało miejsce przy poprzednich projektach ustaw frankowych). Jest to permanentny miecz Damoklesa wiszący nad głową rządu, dający o sobie znać przy różnych okazjach – pozwami grożą też np. zagraniczne koncerny medialne, ilekroć powraca sprawa dekoncentracji mediów.

Kolejna kwestia, to lobbying Związku Banków Polskich, postulującego ograniczenie zmian jedynie do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (czyli w praktyce, pożyczek na spłatę kredytów frankowych). Co więcej, z uczestnictwa w pracach sejmowej komisji wycofało się reprezentujące klientów stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”. Wedle relacji stowarzyszenia, podczas posiedzenia komisji przewodniczący Andrzej Szlachta nie dopuszczał jego przedstawicieli do głosu – w przeciwieństwie do ZBP oraz Konfederacji Lewiatan. Jak już informowałem na tych łamach, frankowicze jednak nie odpuszczają i przygotowują pozew zbiorowy przeciw Skarbowi Państwa – jak na ironię wykorzystując zalecenie Jarosława Kaczyńskiego, by kredytobiorcy „brali sprawy we własne ręce” i dochodzili sprawiedliwości w sądach.

Jest tajemnicą poliszynela, że PiS-owi w sprawie problemu frankowego „wychłódło”, kiedy okazało się, że frankowicze są w większości zwolennikami opozycji (głównie PO – 29 proc., na PiS głosuje jedynie 19 proc. frankowiczów - sondaż Kantar dla Instytutu Jagiellońskiego). Jest to o tyle zdumiewające, że PiS-owi można co najwyżej zarzucić bierność i stopniowe łagodzenie kolejnych projektów ustaw, podczas gdy Platforma nie dość, że kompletnie ignoruje temat, to podczas swych rządów aktywnie przeciwdziałała rozwiązaniu problemu na forum międzynarodowym. Przypomnijmy, że kiedy Sąd Najwyższy Węgier skierował sprawę kredytów frankowych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, rząd Ewy Kopacz wystosował pismo straszące zapaścią sektora bankowego – zachował się więc niczym branżowy lobbysta. Złośliwie powiem, że takie preferencje polityczne ugruntowują wizerunek frankowiczów, jako lemingów z „Miasteczka Wilanów”, którzy uważają, że PiS to „obciach”, bo tak usłyszeli w TVN-ie.

Niezależnie jednak od tego, co można sądzić o frankowiczach, problem wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach (i systemy bankowe jakoś się nie zawaliły). To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności – są dalece posunięte wątpliwości co do samej natury i legalności produktu, umowy zawierane z klientami są najeżone klauzulami abuzywnymi, co znajduje potwierdzenie w kolejnych wyrokach sądowych, wreszcie – w wielu przypadkach owe „kredyty” są nie do spłacenia, co czyni je, cytując klasyka, „nowoczesną formą niewolnictwa”. To chyba wystarczające powody, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (01-07.03.2019)

poniedziałek, 22 października 2018

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Ciekawe, czy prezes Kaczyński jest zadowolony, że frankowicze „wzięli sprawy w swoje ręce”?

Gdy Jarosław Kaczyński w lutym 2017 r. w wywiadzie dla „Sygnałów Dnia” radiowej Jedynki oznajmiał frankowiczom, że nie mają co liczyć na systemową pomoc rządu i w związku z tym „powinni oni wziąć sprawy we własne ręce i walczyć w sądach”, zapewne nie przewidywał długofalowego efektu swych słów. A jest on taki, że frankowicze postanowili nie ograniczać się jedynie do „walki w sądach” z bankami (co i tak robili bez światłych porad Prezesa), lecz zamierzają wnieść pozew zbiorowy... przeciw Skarbowi Państwa za niedostateczną ochronę praw konsumenckich.

Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, przypomnijmy tło całej sprawy. Otóż ustawę regulującą kompleksowo kwestię tzw. kredytów frankowych zapowiedział w swej kampanii obecny prezydent Andrzej Duda, wątek ten przewijał się również w wypowiedziach innych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Po pewnym czasie światło dzienne ujrzał prezydencki projekt zakładający przewalutowanie kredytów po tzw. kursie sprawiedliwym i zwrot części spreadów – czyli podzielenie się z bankami ryzykiem kursowym, obciążającym dotąd wyłącznie kredytobiorców. Oczywiście lobby bankowe przystąpiło do natychmiastowego kontrataku strasząc miliardowymi stratami, załamaniem sektora, tudzież pozwaniem Polski przed międzynarodowy arbitraż. Otwartym tekstem powiedział o tym rzecznik Kancelarii Prezydenta Marek Magierowski: „Jesteśmy pod bardzo silnym naciskiem sektora bankowego, który broni swoich interesów”. Na domiar złego, jawnie sceptyczne stanowisko zajął ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki. Gwoździem do trumny stała się opinia KNF wyliczająca na podstawie danych przesłanych z banków koszty ustawy na 67 mld. zł. Tajemnicą poliszynela jest, że PiS-owi ostatecznie „wychłódło”, gdy badania wykazały, że większość frankowiczów było wyborcami PO i Nowoczesnej. Wszelkie nadzieje zaś ucięła wspomniana na wstępie wypowiedź Kaczyńskiego, po której nota bene akcje banków wystrzeliły w górę. Oto popis sprawczości: jednym zdaniem podnieść giełdową wartość całej branży... Obecnie jakaś kadłubkowa wersja ustawy jest procedowana w komisji sejmowej – i zapewne pozostanie tam do końca kadencji. Wrobionym we franki kredytobiorcom pozostały ciągnące się latami, kosztowne procesy sądowe.

Nowy impuls do działania przyniósł jednak niedawny raport NIK (pisałem o nim w felietonie „Kredyty frankowe – granda i bezradność”) dotyczący ochrony konsumenckiej frankowiczów w latach 2005-2017, w którym kontrolerzy zmiażdżyli zarówno nieuczciwe praktyki banków, jak i legislacyjną oraz urzędniczą indolencję organów państwa. Generalnie, nadzór nad poczynaniami banków był niewystarczający, działania zaradcze niepełne i spóźnione, co pozwoliło bankom np. na czerpanie korzyści z klauzul niedozwolonych czy manipulowanie klientami poprzez przedstawianie im symulacji rat przy założeniu, że złoty osłabi się w stosunku do franka maksymalnie o 20 proc. We wnioskach końcowych NIK postuluje m.in. ustawowe wyeliminowanie skutków pobierania przez banki nienależnych świadczeń z tytułu klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego na obie strony, wzmocnienie pozycji KNF, usprawnienie zasad postępowania cywilnego w zakresie dochodzenia roszczeń konsumenckich w postępowaniu indywidualnym i grupowym oraz wprowadzenie indywidualnej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów (to ostatnie – osobistą odpowiedzialność karną - postulowałem zresztą na tych łamach już w lutym 2016 r. w felietonie „Kontratak banksterów”).

I właśnie ten raport stał się jedną z podstaw na których zostanie oparty pozew zbiorowy przygotowywany przez stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu przy współpracy z kancelarią radcy prawnego Radosława Górskiego. Kolejnym istotnym elementem pozwu ma być wykazanie, że państwo polskie w sposób wadliwy i niepełny implementowało dyrektywę Rady Wspólnot Europejskich 93/13/EWG, nie zapewniając konsumentom właściwej ochrony. Przypomnę, że dyrektywa ta w art.7 p.1 stanowi, iż: „Zarówno w interesie konsumentów, jak i konkurentów Państwa Członkowskie zapewnią stosowne i skuteczne środki mające na celu zapobieganie stałemu stosowaniu nieuczciwych warunków w umowach zawieranych przez sprzedawców i dostawców z konsumentami”. Polskie państwo ewidentnie nie wywiązało się z tego zobowiązania, czego raport NIK jest krzyczącym dowodem. Jak czytamy na stronach Kancelarii: „Celem pozwu grupowego jest przede wszystkim przesądzenie o tym, że za szkodę konsumentów, którzy zaciągnęli umowy objęte ryzykiem walutowym, odpowiedzialność ponosi Skarb Państwa. Takie rozstrzygnięcie otworzy członkom postępowania grupowego drogę do uzyskania odszkodowania w uproszczonym procesie, w którym wykazać należy wyłącznie wysokość szkody”.

No cóż, państwo postanowiło schować głowę w piasek, to teraz będą kłopociki, mogące się zakończyć nawet w Trybunale Sprawiedliwości UE. Ciekawe, czy prezes Kaczyński jest zadowolony, że frankowicze „wzięli sprawy w swoje ręce”?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (19-25.10.2018)

niedziela, 22 lipca 2018

PiS w trybie wyborczym

Bez oddolnego nacisku „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.

I. Czas „ciepłej wody”

Jak powiadają wtajemniczeni, Jarosław Kaczyński zarządził przestawienie PiS-u w tryb wyborczy, co oznacza w praktyce wyciszenie najbardziej kontrowersyjnych tematów – i to kto wie, czy nie do końca kadencji, albo i dłużej. Determinuje to kalendarz: jesienią mamy wybory samorządowe, a wiosną następnego roku odbędą się wybory do europarlamentu. W tymże 2019 r. czekają nas także absolutnie kluczowe wybory parlamentarne, no i wreszcie w 2020 r. będziemy mieli wyścig o prezydenturę – najprawdopodobniej z Andrzejem Dudą ubiegającym się o reelekcję. To ostatnie, szczerze mówiąc, wywołuje u mnie mieszane uczucia – Beata Szydło chyba już definitywnie poszła w odstawkę i czeka ją honorowe (za to lukratywne) zesłanie do Parlamentu Europejskiego. Szkoda.

W każdym razie, przed nami długi okres ocieplania wizerunku, łagodzenia kantów i unikania konfrontacji oraz podkreślania sukcesów, głównie gospodarczych. Czas więc przygotować się na pisowską wersję polityki „ciepłej wody w kranie” (inna sprawa, że w odróżnieniu od poprzedników, partia rządząca akurat ma się czym pochwalić). Zwiastunem powyższego może być wypowiedź posłanki Joanny Lichockiej podczas spotkania z wyborcami w Radomiu, że kwestia repolonizacji mediów najprawdopodobniej będzie musiała poczekać do następnej kadencji. Zatem, pora ogłosić koniec sezonu – a skoro tak, to już dziś, na ponad rok przed wyborami sejmowymi, można się pokusić o podsumowanie pierwszej kadencji rządów „dobrej zmiany”.


II. Lista błędów i zaniechań

Nie ukrywam, że zajmę się głównie listą porażek, rozczarowań i zaniechań – bo sukcesami władza pochwali się sama, również poprzez sponsorowane hojnie media. Generalnie, „potencjał rewolucyjny” partii rządzącej okazał się o wiele mniejszy niż można się było spodziewać i szybko wytracił impet w konfrontacji z systemowym oporem III RP, wpływami różnych lobbies, ośrodkami zagranicznymi tudzież własnymi ograniczeniami.

Jednym z symboli bezradności stała się sprawa frankowiczów niemiłosiernie dojonych przez banki. Tu swoją siłę pokazało lobby finansowe przy cichym poparciu Mateusza Morawieckiego – najpierw jako „superministra” od gospodarki, obecnie zaś premiera. Od początku scedowano problem na prezydenta Dudę, który wtedy po raz pierwszy pokazał, że jest politykiem ulepionym z miękkiej gliny. Bombardowany wizjami zapaści sektora bankowego, w kolejnych wersjach ustawy de facto zrezygnował z odwalutowania produktów frankowych (nazywanie tego czegoś „kredytami” jest nieporozumieniem, są to bowiem w istocie długoterminowe produkty spekulacyjne wysokiego ryzyka). Kropkę nad „i” postawił w jednym z wywiadów Jarosław Kaczyński zalecając frankowiczom, by dochodzili swego w sądach – co robili i robią bez tych światłych porad. Obecnie ustawa znajduje się w sejmowej podkomisji i zapewne tam już pozostanie. Trzeba dodać, że problem ten został załatwiony w szeregu krajów (z Węgrami na czele) i jakoś nigdzie nie zakończyło się to finansową katastrofą.

Ciekawą sprawą jest schizofreniczne podejście do imigracji, o czym pisałem przed tygodniem. Z jednej strony rząd twardo sprzeciwia się narzucanym nam przez Niemcy i UE kwotom migracyjnym, z drugiej zaś sprowadza niemal dwumilionową rzeszę migrantów zarobkowych stosując coraz to nowe udogodnienia i otwierając się na kolejne kraje, w tym również muzułmańskie. W tej chwili natomiast trwają prace nad przepisami mającymi ułatwić osiedlanie się migrantów ekonomicznych na stałe wraz z rodzinami. W efekcie, jesteśmy dziś światowym liderem jeśli chodzi o sprowadzanie cudzoziemskich pracowników i szykujemy sobie podobny scenariusz, jakiego doświadczyły kraje Europy Zachodniej. Tu rząd stał się zakładnikiem lobby biznesowego pragnącego utrzymać model bazujący na taniej sile roboczej. Zapłacą za to kolejne pokolenia zmuszone do egzystencji w „multikulturowym” tyglu.

Z powyższym jaskrawo kontrastują zaniechania wobec Polaków z Litwy i Ukrainy poddawanych przy naszej bierności konsekwentnej polityce wynaradawiania. Można wręcz odnieść wrażenie, że nasi rodacy są dla rządzących zawadą w budowaniu „strategicznych relacji” z Wilnem i Kijowem. O ściąganiu repatriantów z obszarów dawnego ZSRR szkoda w ogóle mówić. Podobnie, prócz gołosłownych zachęt nie zrobiono niemal nic, by zachęcić do powrotu falę emigrantów z ostatnich lat. Skutkiem jest swoista „podmiana populacji” - w miejsce tych co wyjechali przyjmujemy Ukraińców, a także coraz liczniejszych przybyszy z innych państw.

Tu dochodzimy do wiecznie żywej giedroyciowskiej mitologii politycznej. Jedyna zmiana w stosunku do poprzednich ekip, to wymuszone oddolną presją społeczną pewne utwardzenie polskiego stanowiska w kwestiach historycznych, czego symbolem była sejmowa uchwała wreszcie nazywająca po imieniu kresowe ludobójstwo dokonane przez banderowców na Polakach. Jednak w pozostałych sprawach wciąż popieramy Ukrainę „za bezdurno” - dając jej obywatelom pracę, otwierając rynek dla produktów rolnych czy bezwarunkowo wspierając politykę Kijowa i udzielając ukraińskiemu bankrutowi pomocy ekonomicznej. Nakłada się na to jednostronna polityka zagraniczna skutkująca podległością wobec „bezalternatywnego” hegemona, czyli USA – przypomnę, że sami w ten sposób pozbawiamy się pola manewru, co może się na nas srogo zemścić, chociażby w przypadku, gdy Stany Zjednoczone znów postanowią zrobić „reset” w relacjach z Rosją. Na osłodę mamy krzepiące bajki George'a Friedmana o Międzymorzu.

Kolejna porażka, to niedawna rejterada w sprawie przypisywania Polsce i Polakom współodpowiedzialności za Holocaust. Okazało się, że stosowne ustawy musimy przedkładać do uprzedniej akceptacji naszych „strategicznych partnerów” czyli Izraela, żydowskiej diaspory oraz Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji nie dziwi, że leży również nasza polityka wizerunkowa. W przypadkach szkalowania Polski w zagranicznych mediach ograniczamy się do dyplomatycznych not, które albo są uwzględniane przez redakcje, albo nie. Nie ma systemowej współpracy z kancelariami prawnymi w USA czy Europie Zachodniej, a co za tym idzie – nie ma też procesów. O bezradności Polskiej Fundacji Narodowej aż żal wspominać. Na dodatek hojnie sponsorujemy antypolskie jaczejki w rodzaju muzeum POLIN. Odesłanie do zamrażarki projektu ustawy reprywatyzacyjnej pod jawną presją organizacji „przemysłu holokaust” dopełnia ponurego obrazu.


III. „Dobra zmiana” czy „mniejsze zło”?

Do powyższego można by dodać jeszcze stopniowo kastrowaną reformę sądownictwa (tu szczególne „podziękowania” dla prezydenta Dudy) i kilka innych spraw, jak wspomniana na wstępie rezygnacja z repolonizacji mediów, zaniechanie publikacji aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI, wyciszenie niemieckich reparacji za II Wojnę Światową czy wyrzucenie do kosza nowego Kodeksu Pracy, który miał „odśmieciowić” rynek zatrudnienia. A wszak wszystkie te kwestie cieszyły się i cieszą poparciem wyborców – trzeba było jedynie determinacji by je przeprowadzić. Tej jednak najwyraźniej zabrakło – i ciekaw jestem, czy po 2019 r. znajdzie się słynna „wola polityczna” by naprawić zaniechania, czy też PiS ostatecznie zamieni się w typową partię „tłustych kotów” okraszających swe kunktatorstwo patriotyczną retoryką.

Żeby być sprawiedliwym – są też i sukcesy. Udało się w znacznej mierze uszczelnić system podatkowy i poprawić kondycję budżetu państwa, dzięki czemu są pieniądze na sztandarowy program „500+”. Warto zauważyć, że ma on walor nie tylko socjalny, ale również godnościowy. Generalnie, rządy PiS to w warstwie symbolicznej dowartościowanie spychanych dotąd na margines i stygmatyzowanych grup społecznych, co zresztą elity III RP odczuły bodaj najboleśniej. I jeżeli z kolejną kadencją „dobrej zmiany” wiążę jakieś nadzieje, to dlatego, że właśnie ów obudzony elektorat może stać się skuteczną, oddolną ostrogą mobilizującą władzę do działania. Inaczej „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (20-26.07.2018)

niedziela, 2 lipca 2017

Frankowy odlot

Frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.


Być może pamiętają Państwo przełomowy wyrok sądu I instancji z kwietnia 2016 r. w sprawie wytoczonej mBankowi przez „frankowicza”. Na wszelki wypadek przypomnę, że za sprawą uchylenia abuzywnej klauzuli indeksacyjnej dotyczącej sposobu naliczania rat doszło do faktycznego przewalutowania kredytu na złotówki – bo bez tego zapisu nie sposób było określić wartości zobowiązania we frankach. Niestety, przed kilkoma dniami (22 czerwca) orzeczenie to zostało odwrócone o niemal 180 stopni przez sąd apelacyjny. Wyrok w II instancji (prawomocny, bo wartość sporu nie przekraczała 50 tys. zł.) trudno określić inaczej, niż jako kuriozalny. Sąd stwierdził w nim mianowicie, że wprawdzie rzeczona klauzula jest niedozwolona, lecz nie zmienia to samego charakteru umowy jako kredytu waloryzowanego kursem waluty obcej. Na dodatek uznał, iż klauzula wg której naliczano raty w oparciu o bankowe tabele kursowe była... uzgadniana z klientem indywidualnie i to na kliencie spoczywał obowiązek zaproponowania alternatywnego sposobu naliczania zobowiązania (np. w oparciu o średni kurs NBP). Ponieważ klient tego nie zrobił, pozew został oddalony w całości.

Mamy tu do czynienia z jakimś kompletnym odlotem logiki i zdrowego rozsądku. Już pomijam, że sąd kompletnie zignorował europejskie orzecznictwo w tej materii, podobnie jak istotne poglądy formułowane przez UOKiK oraz Rzecznika Finansowego – formalnie nie musiał ich brać pod uwagę, aczkolwiek dla samej przejrzystości mógłby się do nich odnieść w uzasadnieniu, skoro sąd I instancji częściowo właśnie na nich oparł swój wyrok. Ale jakim cudem sąd uznał, że klauzula będąca przedmiotem sporu była ustalana „indywidualnie”, skoro był to nie podlegający negocjacjom wzorzec umowy przedstawiany klientowi do podpisania – zabij, nie zgadniesz. Klient miał do wyboru – podpisać, albo zrezygnować z kredytu. Czy na orzeczenie sądu wpłynęłaby informacja, że klient zgłosił bankowi sposób innego naliczania rat, a bank tę propozycję zignorował (skoro to rzekomo na kliencie spoczywał obowiązek wykazania się taką inicjatywą)? Toż to jakiś absurd.

Jak podkreśla na stronie pomocfrankowiczom.pl dr Jacek Czabański, mamy obecnie sytuację, w której nie sposób wyliczyć wartości należnego świadczenia. Z jednej strony bowiem mamy uchyloną klauzulę, która to ustalała, a z drugiej – sama waloryzacja pozostaje w mocy, tylko że nie wiadomo według jakiego mechanizmu i jakiego kursu. Jest to więc scenariusz na kolejny proces, bo można się domyślać, że bank zaproponuje jakiś własny, arbitralny przelicznik, klient się na niego nie zgodzi – i cała zabawa zacznie się od początku. Dr Czabański zwraca ponadto uwagę, iż „Wyrok powiela niestety błędną argumentację SN o częściowej skuteczności klauzul abuzywnych, a więc przyjmuje, że w miejsce zakwestionowanego postanowienia umownego (tu: określającego mechanizm ustalania właściwego kursu) należy wprowadzić inny mechanizm oparty o zwyczaje rynkowe (nie istniejące wszak w tym zakresie, o ile pominąć nieuczciwe praktyki banków)”. Na zdrowy rozum, skoro sąd zdecydował się już na formułę „częściowej skuteczności” klauzul abuzywnych, to powinien powołać biegłego do ustalenia „właściwego” kursu – tego jednak nie uczynił. W konsekwencji, „frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.

I na zakończenie historia z życia wzięta, obrazująca jakie skutki w wielu przypadkach kryją się za poczynaniami banków. Pewna moja znajoma została zmuszona do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Kilkanaście lat temu wzięła niby-kredyt frankowy na kupno niedużego, dwupokojowego mieszkania w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dziś, po latach spłacania haraczu, rzeczoznawca wycenił mieszkanie na 120 tys. zł. - a do spłaty wciąż pozostaje wielokrotność wartości nieruchomości. Znajoma po latach szarpaniny stwierdziła, że dalej zwyczajnie nie da rady, doszła do ściany. Słowem - dramat, jakich przypuszczalnie wśród „frankowiczów” zdarza się wiele, bo wystarczy jakiś splot niefortunnych życiowych okoliczności, by uczciwy, ciężko pracujący człowiek stał się praktycznie bankrutem. I tu warto postawić kilka cisnących się na usta pytań: czy można uznać, że produkt finansowy oparty w ogromnej mierze na spekulacji kursem obcej waluty jest dostosowany do profilu przeciętnego klienta? Nie finansisty, nie giełdowego gracza, lecz zwykłego Kowalskiego – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę obecną płynność rynku pracy? Czy oferowanie klientom długoletniego produktu wysokiego ryzyka w walucie w której nie zarabiają można uznać za zgodne z zasadami współżycia społecznego? Jak nazwać w cywilizowany sposób taki proceder, urągający poczuciu elementarnej uczciwości, którym trudnią się podmioty pragnące w społecznym odbiorze uchodzić za – uwaga - instytucje zaufania publicznego? Zostawiam to pod rozwagę Czytelników – i, mam nadzieję, sądów do których trafiają sprawy takie, jak opisana w niniejszym felietonie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26-27 (30.06-13.07.2017)

wtorek, 8 marca 2016

Kontratak banksterów – c.d.

Jeżeli Polska się ugnie, to pozostaniemy kolonialnym bantustanem. Jeśli zwycięży – zostanie złamany kręgosłup banksterskiej dominacji.

Pozwolę sobie dziś kontynuować temat sprzed tygodnia, jako że nie zmieściłem kilku istotnych kwestii dotyczących wojny na linii polskie państwo – banksterzy. Na początek będzie teoria spiskowa, na koniec zaś mała polemika.

Teoria spiskowa dotyczy styczniowej wizyty w Polsce amerykańskiego dyplomaty, Daniela Frieda. Formalnie chodziło o politykę sankcji wobec Rosji, mniej formalnie – o zdyscyplinowanie rządu PiS, by ten nie „niszczył demokracji” i nie zaostrzał stosunków z UE. Ja jednak zaryzykuję jeszcze jedną hipotezę: otóż Daniel Fried w latach 1987-1989 nadzorował z ramienia Departamentu Stanu polską transformację ustrojową, w tym również przemiany gospodarcze wedle planu Jeffreya Sachsa, którego podwykonawcą był George Soros, podwykonawcą Sorosa zaś – Leszek Balcerowicz. W konsekwencji owych przemian polski sektor bankowy trafił niemal w całości w zagraniczne ręce i pozostaje w nich do tej pory, przynosząc właścicielom krociowe zyski. Czy zatem nieprawdopodobne będzie przypuszczenie, że pan Fried, jako patron transformacji, zatroszczył się również o los jej beneficjentów sugerując polskim władzom, by te nie robiły bankom kuku? O ile jeszcze podatek od instytucji finansowych usiłują rekompensować sobie podwyższeniem opłat, o tyle już przewalutowania kredytów frankowych zrekompensować się w ten sposób zwyczajnie nie da – zbyt wielka skala. A to odbije się na miłych dywidendach i co za tym idzie – transferach wydębionej od polskich frankowiczów gotówki do zagranicznych właścicieli działających u nas banków.

Oczywiście, transfery za pomocą dywidendy są w pełni legalne, co nie znaczy jednak, że rozmach tego procederu nie powinien budzić w nas pewnego niepokoju. Spójrzmy. Ogółem banki odnotowały w 2014 roku zysk ponad 15 mld zł netto. Z tego banki polskie - 4,63 mld zł, zaś banki zagraniczne - 10,47 mld zł. Na uwagę zasługuje tu różnica w wypłacaniu dywidendy – o ile banki polskie wypłaciły ok. 8 proc. zysku (ok. 370 mln zł), o tyle banki zagraniczne były o wiele bardziej hojne wypłacając sobie 39,5 proc (4,1 mld zł ). A trzeba wziąć pod uwagę, że ze względu na obostrzenia KNF, ten rok i tak był „chudy”. Za zyski z 2013 banki polskie wypłaciły 936 mln zł (25,1 proc. zysku), banki zagraniczne – 6,5 mld (65,8 proc.). W każdym razie, w 2015 za granicę wyprowadzono w ten sposób 2,5 mld zł – głównie do Włoch, USA, Holandii. Przykładowo, amerykański City Handlowy wypłacił dywidendę w wysokości 970,8 mln zł, z czego część, ma się rozumieć, poszła za granicę.

Czy zatem można się dziwić, że wizja „strat” na przewalutowaniu kredytów frankowych, które NBP błyskawicznie oszacował na 44 mld zł wywołuje wściekłą furię? Tyle kasy zostanie w kieszeniach klientów i nie trafi na przestrzeni kolejnych lat do zagranicznych większościowych udziałowców... Zrozumiałe więc, że banki się pieklą i grożą Polsce sądami arbitrażowymi na podstawie umów BIT ( Bilateral Investment Treaties – bilateralne umowy o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji) w które wmontowany jest mechanizm ISDS pozwalający koncernom zaskarżać państwo np. o zmiany w prawie potencjalnie niekorzystne dla ich rentowności. Kompletny kryminał, acz funkcjonujący powszechnie w świecie, stawiający ponadnarodowe podmioty gospodarcze w uprzywilejowanej pozycji.

Nic więc dziwnego, że KNF poproszona przez Kancelarię Prezydenta o ocenę skutków finansowych ustawy liczy, liczy i doliczyć się nie może. Ponieważ KNF została zobligowana do zasięgnięcia od banków konkretnych danych (np. ile do tej pory zarobiły na kredytach walutowych), można śmiało zakładać celową obstrukcję – aż do momentu, gdy zmasowany lobbing przyniesie efekt. Na dodatek trudno mieć pewność po czyjej stronie stoi sama KNF...

Co do jednego musimy mieć pełną świadomość – to jedna z najpoważniejszych batalii toczonych przez państwo polskie, wprost dotycząca tego, kto jest prawdziwym suwerenem – państwo i obywatele, czy wielkie finansowe korporacje. Jeżeli Polska się ugnie, to w znacznej mierze pozostaniemy kolonialnym bantustanem. Jeśli zwycięży – zostanie złamany kręgosłup banksterskiej dominacji i kto wie – może otworzy to wrota do repolonizacji sektora.

Na zakończenie dwa słowa polemiki z – pozwolę sobie na drobną poufałość – kolegą z łamów, Jakubem Wozińskim, którego artykuły zresztą czytuję z nieodmiennym zainteresowaniem. W tekście „Sprawiedliwość po franku” napisał: „Dla tysięcy Polaków nowe realia finansowe, z wyższą ratą kredytu, powinny się stać bolesną, ale konieczną lekcją ostrożności i gospodarności, która ogromnie ułatwiłaby uniknięcie podobnej sytuacji w przyszłości”. A może by napisać tak: „Dla sektora bankowego nowe realia finansowe zaistniałe po wprowadzeniu podatku bankowego i ustawy przewalutowującej kredyty po kursie sprawiedliwym powinny stać się bolesną, ale konieczną lekcją uczciwości i odpowiedzialności zarówno wobec państwa w którym działają, jak i swoich klientów”? Sądzę, że dopiero przy takim podejściu przestawimy całą rzecz z głowy na nogi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3396-pod-grzybki-czyli-agent-0-700-nadaje

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 9 (26.02-03.03.2016)

czwartek, 25 lutego 2016

Kontratak banksterów

W założeniu banki mają być „instytucjami zaufania publicznego”, zatem ich władze winny ponosić stosowną odpowiedzialność w przypadku naruszenia owego zaufania.

Ledwie Kancelaria Prezydenta skierowała do Komisji Nadzoru Finansowego projekt ustawy o frankowiczach z wnioskiem o zbadanie jej kosztów dla sektora finansowego, a już Narodowy Bank Polski ogłosił własne wyliczenia wedle których łączny koszt przewalutowania oraz zwrotu nadpłaconych spreadów walutowych wyniesie 44 mld zł. Imponujące tempo. Przypomnę jednak, że NBP nie jest pierwszy - uprzedził go już DM Trigon ogłaszając, że banki wskutek ustawy będą musiały się liczyć ze „stratą” w wysokości 40 mld zł. Natomiast eksperci ING raczyli podać kwotę 47 mld zł. Wygląda więc na to, że w kwestii oceny skutków ustawy „frankowej” mamy swoistą licytację – kto da więcej! Oczywiście, z perspektywy banków, im bardziej alarmujące doniesienia, tym lepiej – stwarzają bowiem dobrą podkładkę do rozmaitych nacisków lobbingowych wieszczących krach, zapaść gospodarczą i ogólną ruinę, jeżeli tylko ktoś poważy się naruszyć obecne status quo, którego centralnym założeniem jest nietykalność finansowych świętych krów. Otwartym tekstem stwierdziła to „Wyborcza”, argumentując, że skoro wg NBP fundusze własne banków stopnieją o 1/4, to te wstrzymają kredytową kreację pieniądza wywołując zatory płatnicze w całej gospodarce. Słowem – banki mogą robić de facto co chcą i nie ma sposobu, by zmusić je do ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. A jeśli ktoś mimo wszystko będzie próbował, to zawsze można weń uderzyć obniżeniem ratingu papierów dłużnych przez zaprzyjaźnioną agencję.

Oględnie dał to do zrozumienia rzecznik Kancelarii Prezydenta Marek Magierowski mówiąc: Jesteśmy pod bardzo silnym naciskiem sektora bankowego, który broni swoich interesów”. No, ja myślę - przecież chyba nikt się nie spodziewał, że banksterzy poddadzą się bez walki, rezygnując z walutowego kasyna przynoszącego im krociowe zyski? Warto dodać, że zgodnie z zasadą „kasyno zawsze wygrywa” całe ryzyko walutowe przerzucone było na klientów, podczas gdy banki zabezpieczały się transakcjami CIRS. Osobny kryminał mamy z LIBOR-em, ponieważ część banków nie respektowała ujemnych stawek i jednostronnie zmieniła umowy ustalając arbitralnie, że ujemny LIBOR liczony będzie jako zero. UOKiK nałożył już karę 6,5 mln zł na mBank, zobowiązując go jednocześnie do zwrotu klientom nadpłaconych kwot. W kolejce czekają następni, ale na dłuższą metę każdorazowe użeranie się z nieuczciwymi praktykami kolejnych banków przypomina połączenie ciuciubabki z walką z wiatrakami.

Prawda jest taka, że dopóki prezesi, zarządy i rady nadzorcze nie zaczną ponosić osobistej odpowiedzialności karnej za tego typu poczynania – choćby za stosowanie klauzul abuzywnych – będziemy mieli do czynienia z wiecznym korowodem na linii klient-bank-UOKiK-Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Wszak w założeniu banki mają być „instytucjami zaufania publicznego”, zatem ich władze winny również ponosić stosowną odpowiedzialność w przypadku naruszenia owego zaufania – i w tym kierunku powinny pójść zmiany w prawie, jako następny krok w walce z patologiami, zaraz po wprowadzeniu podatku bankowego i ustawy przewalutowującej kredyty frankowe.

Problem jednak w tym, że polski rząd nie mówi jednym głosem – szczególnie odznacza się tu Mateusz Morawiecki, sprawiający momentami wrażenie, jakby prowadził własną politykę. Weźmy chociażby takie wypowiedzi: „Pan Prezydent złożył ustawę, która według różnych obliczeń może być bardzo kosztowna dla sektora bankowego i po to są takie instytucje jak Narodowy Bank Polski, czy Komisja Nadzoru Finansowego żeby przyjrzeć się temu bardzo dokładnie i zastanowić się”; „najrozsądniej jest poczekać dwa, trzy, cztery miesiące na bardzo dokładne przebadanie algorytmu i zasad przez Komisję Nadzoru Finansowego”. Do tego postulat, by przewalutowanie odbyło się wedle formuły „debt to income” - czyli dotyczyło jedynie tych kredytobiorców, którym rata kredytu pożera określony procent miesięcznego wynagrodzenia (np. połowę). Ach, no i nie zapominajmy o obronie szefostwa PKO BP, które podniosło opłaty za usługi po wprowadzeniu podatku bankowego – przypomnijmy, że PKO BP miał być tym bankiem, który opłat nie zwiększy, wywierając tym samym presję na pozostałe podmioty. W czyjej drużynie gra pan wicepremier?

No dobrze, a jak jest naprawdę z tymi kosztami banków po przewalutowaniu? Po pierwsze, będą je sobie mogły odliczać od podatku bankowego (do 20 proc. miesięcznie w systemie „kroczącym”), po drugie – rzekome „straty” rozłożą się na kolejne lata, po trzecie wreszcie (wiem, że już o tym pisałem, lecz muszę się powtórzyć) – owe „straty” to po prostu zyski mniejsze od tych, które banki sobie założyły. Przykładowo – jeśli po uwolnieniu kursu franka zadłużenie kredytobiorców skokowo wzrosło o 30 mld zł i banki wskutek przewalutowania nie dostaną pieniędzy na które już ostrzyły sobie zęby – to czy można mówić tu o „stracie”, czy jedynie o pozbawieniu ich części zysków z walutowej ruletki?

CDN.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/en/%E2%80%9Ekurs-sprawiedliwy%E2%80%9D-dla-wszystkich

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3358-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 8 (19-25.02.2016)

czwartek, 4 lutego 2016

„Kurs sprawiedliwy” - dla wszystkich!

Wojenka podjazdowa na linii banksterzy – państwo polskie rozkręca się w najlepsze i to pomimo tego, że prezydencki projekt wychodzi bankom naprzeciw.

W rocznicę „czarnego czwartku”, 16 stycznia, kancelaria prezydenta Andrzeja Dudy przedstawiła projekt ustawy mającej rozwiązać problem kredytów walutowych – w tym przede wszystkim „frankowych”. Cudzysłów jest w pełni uzasadniony, bowiem żadnych franków realnie nie było tu w obiegu – ani bank nie wypłacał ich kredytobiorcy, ani kredytobiorca nie spłacał ich bankowi. Szwajcarska waluta stanowiła jedynie wirtualny przelicznik służący ustaleniu kwoty kredytu i wysokości rat. W każdym razie, prezydencki projekt opracowany przy współudziale środowisk „frankowiczów” (acz nie uwzględniający w pełni ich postulatów) zakłada przeliczenie kredytu po „kursie sprawiedliwym”, wyliczanym według określonego algorytmu, indywidualnie dla każdego kredytobiorcy. Generalnie chodzi o ustalenie różnicy między sumą spłacanych dotąd faktycznie rat, a hipotetyczną sumą rat, gdyby kredyt zaciągnięty został w złotówkach. Różnica byłaby odejmowana od kapitału pozostającego jeszcze do spłaty. Tym samym, zarzucono pomysł prostego przewalutowania kredytów po kursie z dnia zawarcia umowy. Kolejnym elementem jest uporządkowanie spreadów walutowych, często naliczanych przez banki według własnych tabel kursowych oderwanych choćby od średniego kursu NBP. Tu również wyliczana będzie różnica pomiędzy kursem danego banku a kursem NBP, która to różnica zostanie odjęta od kwoty kapitału. Jak dowiadujemy się z komunikatu na stronie prezydent.pl, istniałyby trzy ścieżki restrukturyzacji kredytu: dobrowolna (bank z własnej woli dokonuje zmiany umowy zgodnie z warunkami przewidzianymi w ustawie), przymusowa (bank dokonuje zmian na wniosek klienta) oraz przeniesienie własności nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu (również na wniosek klienta).

Teraz projekt trafi do Komisji Nadzoru Finansowego, która ma oszacować skutki ustawy dla systemu finansowego, a dopiero w dalszej kolejności do Sejmu. I tu zaczynają się wątpliwości – czy KNF nie ulegnie bankowemu lobby wieszczącemu siedem plag egipskich w przypadku przewalutowania kredytów, jak miało to miejsce przy okazji projektu nad którym procedował parlament poprzedniej kadencji? Przypomnę, iż wówczas analitycy z Trigon DM wyliczyli „stratę” banków na 19 mld zł, czym potem chętnie szermował Związek Banków Polskich strasząc kryzysem sektora, wstrzymaniem akcji kredytowej i zamrożeniem gospodarki. Rząd Ewy Kopacz w liście wystosowanym do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości podawał nawet wielkość „kilkudziesięciu miliardów zł” (chodziło o postępowanie zainicjowane przez Sąd Najwyższy Węgier). Dziś ten sam Trigon wylicza spodziewaną „stratę” banków na 34 mld zł, a wraz ze zwrotem spreadów – na 40 mld (zakładając „kurs sprawiedliwy” na poziomie 4 zł). Analitycy z Trigona spodziewają się w związku z tym negatywnej rekomendacji KNF. Niestety, z oficjalnych komunikatów nie dowiadujemy się, czy w prezydenckim wniosku zobowiązano KNF do uzyskania od banków szczegółowych danych dotyczących tego, ile do tej pory zarobiły na kredytach frankowych, co postulowali m.in. frankowicze ze stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu” - a szkoda, mielibyśmy bowiem materiał porównawczy co do ew. „strat”, obecnie bowiem poruszamy się w sferze przybliżonych szacunków.

Jak widać, wojenka podjazdowa na linii banksterzy – państwo polskie rozkręca się w najlepsze i to pomimo tego, że prezydencki projekt wychodzi bankom naprzeciw – nie tylko stosunkowo łagodną formą przewalutowania, lecz także przewidując możliwość bilansowania sobie „strat” z podatkiem bankowym – miesięcznie bank będzie mógł odliczyć do 20 proc. podatku, przy czym nie wykorzystana kwota przechodziłaby na kolejne miesiące, aż do pełnej „amortyzacji”. Słówko „strata” również nie bez przyczyny biorę w cudzysłów – bo to nie żadna „strata”, tylko pozbawienie banku niesprawiedliwej części zysku, którego osiągnięcie sobie założył kosztem klienta. Kredyt, odsetki, a nawet część zysku pochodzącego z wahań kursowych banki jak najbardziej zainkasują.

Niepokój budzi również postulat Mateusza Morawieckiego, by zastosować formułę „debt to income” - czyli, by z „kursu sprawiedliwego” mogli skorzystać jedynie ci „frankowicze”, którym np. miesięczna rata zabiera ponad 50 proc. pensji. Nie może być na to zgody - „kurs sprawiedliwy” to nie jest bowiem forma pomocy socjalnej, tylko pozbawienie bankowego szulera tego, co – mówiąc wprost – ukradł, z premedytacją wprowadzając w błąd swe ofiary.

Poza wszystkim - wbrew temu, co wmawiają nam sami bankowcy, na sektorze bankowym gospodarka się nie kończy. Biorąc za dobrą monetę wyliczenia Trigona, oznaczają one, że w kolejnych latach do realnego obrotu gospodarczego trafi owe 40 mld zł, „utracone” przez banki. Po prostu klient, zamiast przynosić co miesiąc w zębach zawyżoną ratę, by bank mógł ją sobie następnie „wytransferować”, wyda te pieniądze na towary i usługi - przede wszystkim na krajowym rynku. I to, proszę Państwa, będzie najlepsza forma „kredytowania” polskiej gospodarki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3202-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/wytarza%C4%87-bankster%C3%B3w-w-smole-i-pierzu

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.Vcj7MbVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.Vcj83LVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/banksterska-wojna

http://niepoprawni.pl/blog/346/gra-kredytem

http://blog-n-roll.pl/pl/kredytowa-szulernia

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 4 (22-28.01.2016)

czwartek, 26 listopada 2015

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Lobby bankowe postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów.

W sumie, jako komentator powinienem być przyzwyczajony do różnych draństw i nieprawości – bo wszak opisywanie takowych siłą rzeczy stanowi większość produkowanej przeze mnie masy tekstowej, ale mimo wszystko co jakiś czas trafia się coś takiego, do czego nie jestem w stanie odnieść się bez emocji. Tym razem była to informacja, że Związek Banków Polskich postanowił wytoczyć proces Maciejowi Pawlickiemu – szefowi stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu” zrzeszającego nabitych we łże-kredyty „frankowiczów” i lobbującego za spec-ustawą mającą przewalutować frankowe produkty finansowe na złotówki. Żeby była jasność – Macieja Pawlickiego nie znam, nie mam również kredytu we frankach szwajcarskich. Nie jestem jednak impregnowany na rzeczywistość i widzę jakim problemem zarówno społecznym jak i gospodarczym stała się kwestia toksycznych produktów finansowych oferowanych pod nazwą „kredytu walutowego” i jak potwornym są oszustwem. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski – w szeregu krajów usiłuje się na różne sposoby wywikłać ludzi z tej pułapki, o czym zresztą co jakiś czas donosiłem w swych felietonach.

O co konkretnie poszło Związkowi Banków Polskich? Otóż Maciej Pawlicki jest jednocześnie publicystą portalu „wPolityce.pl” i tygodnika „wSieci”, gdzie zamieścił szereg tekstów demaskujących banksterski proceder. ZBP w związku z tym uznał, iż naruszone zostały jego dobra osobiste i zwrócił się do Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem, by ten nakazał spółce Fratria (wydawcy „wPolityce” i „wSieci”) zablokowanie dostępu w internecie do artykułów Pawlickiego, w których rzekomo miał owe „dobra” naruszać. Prócz tego Pawlicki miałby opublikować przeprosiny w których znalazłyby się słowa:Maciej Pawlicki przeprasza bankierów za określenie ich rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Ponadto sąd ma zakazać Pawlickiemu i „Fratrii” publikowania informacji, „jakoby Związek banków Polskich i zrzeszone w nim banki okradały Polaków oraz okłamywały, ogłupiały i korumpowały media”. W uzasadnieniu jest również szereg innych kuriozów – kto ciekaw, niech zajrzy na stronę www.bankowebezprawie.pl. Naprawdę warto.

Na szczęście sąd wykazał się przytomnością umysłu i wniosek oddalił, stwierdzając m.in.: Krytyczna analiza działań podejmowanych przez banki oraz władzę publiczną leży w interesie publicznym. (…) Uwzględnienie przedmiotowego wniosku prowadziłoby do sytuacji całkowitego wyłączenia z dostępnych mediów podejmowanej we wskazanych artykułach krytyki. A tym samym doprowadziłoby do eliminacji wszelkich niekorzystnych dla wnioskodawcy ocen i opinii ze strony zobowiązanych, znacznie ograniczając przy tym ramy debaty społecznej”. Nie jest to jednak koniec sprawy, bo ZBP ani myśli odpuścić.

Cóż to oznacza? Ano, lobby bankowe najwyraźniej postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów i zakaz publikowania krytycznych opinii o swej działalności. Równocześnie, nagle okazało się, że przygotowywany w Kancelarii Prezydenta przy współudziale „frankowiczów” niemal gotowy projekt ustawy okazał się „niekonstytucyjny” (bez wskazania co konkretnie jest sprzeczne z Konstytucją, pisałem o tym tydzień temu), co wedle Pawlickiego wiąże się z ofensywą bankowych lobbystów. Osobiście podejrzewam, że za nagłą aktywnością Związku Banków Polskich mógł stać postulat stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”, by wydostać z Komisji Nadzoru Finansowego twarde, konkretne dane, ile każdy z banków do tej pory zarobił na walutowym przekręcie – dotąd bowiem poruszamy się w sferze przybliżonych szacunków. Przypomnijmy tylko, że wedle statystyk Biura Informacji Kredytowej (dane za listopad 2014) udzielono 566 tys. kredytów frankowych, co przekłada się na 954 tys. zadłużonych. Innymi słowy – banki przechwytują znaczną część zarobków blisko miliona Polaków. Pieniądze te w dużej mierze transferowane są do zagranicznych central. Tak wygląda kolonialny drenaż.

A poza wszystkim - do opisanej tu sytuacji jak rzadko kiedy pasuje cytat z „Dobrego wojaka Szwejka” - „nachalne są te k...y i zuchwałe”. Oto bowiem banda złodziei i szulerów domaga się zakneblowania poszkodowanych, bo przeszkadza im to w kontynuowaniu lichwiarskiej działalności i psuje „imidż”. Trudno o przykład większego tupetu i bezczelności. Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach czytuje się jeszcze „Przygody Hucka” Marka Twaina, ale przypomnę – pojawia się tam dwóch oszustów o ksywkach „Król” i „Książę”. Para tych cwaniaków na różne sposoby naciąga napotykanych ludzi zbijając na tym całkiem niezły grosz. Do czasu. W końcu, za którymś razem wpadają, a mieszkańcy miasteczka, dobrym amerykańskim zwyczajem przepędzają ich po uprzednim wytarzaniu wydrwigroszy w smole i pierzu. Może taka operacja przeprowadzona na przedstawicielach ZBP stanowiłaby dobrą nauczkę dla banksterskiej mafii i memento, że Polacy nie pozwolą się bezkarnie doić międzynarodówce hochsztaplerów? Ech, marzenia...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (20-26.11.2015)

piątek, 21 sierpnia 2015

„Repolonizacja” franka

Zważywszy, iż sektor bankowy wykazuje co roku 15-16 mld zł zysku, to banki naprawdę mają z czego chudnąć.

Wybory parlamentarne coraz bliżej, toteż nagle okazało się, że jednak da się pomóc frankowiczom, i to - wbrew kłamliwej propagandzie banksterów oraz zblatowanej z nimi Platformy – bez angażowania budżetu państwa. Oto głosami posłów SLD, PSL i PiS udało się przegłosować w Sejmie poprawki do stosownej ustawy wedle których bank przy przewalutowaniu kredytu frankowego na złotówki umorzy aż 90 proc. różnicy między obecnym zadłużeniem, a hipotetycznym długiem jaki miałby klient biorąc kredyt w złotówkach. Pozostałe 10 proc. zostanie zamienione na preferencyjny kredyt oprocentowany wg stopy referencyjnej NBP (obecnie – 1,5 proc.). Jest to w sumie rozwiązanie zbliżone do tego, które proponowałem w tekście z początku roku pt. „Walutowy hazard” - czyli przewalutowania po kursie franka z dnia zawarcia umowy (takie przewalutowanie przyjął właśnie parlament Czarnogóry, z tym że tam podatnik jednak dorzuci się do różnicy), lub po uśrednionym kursie z dotychczasowego okresu jej trwania. No i co – można? Można. Do tego typu pomocy będą uprawnione osoby mające mieszkanie do 100 m2 lub dom do 150 m2 (limity te nie obejmują rodzin z minimum trójką dzieci), zaś stosunek wartości kredytu do wartości nieruchomości wynosi minimum 80 proc – ogółem ustawa ma objąć swym działaniem ok. 80 proc. wszystkich frankowiczów. Teraz zobaczymy co zrobi zdominowany przez PO Senat do którego trafił projekt, lecz jeśli „frankowa koalicja” SLD-PSL-PiS się utrzyma, to ewentualne senackie antykonsumenckie „popsujki” zostaną oddalone, gdy ustawa powróci do Sejmu.

Pouczające są reakcje na wieść o obecnym kształcie projektu. Oto szef Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, uznał za stosowne przestrzec Warszawę, iż „wprowadzenie ustawy o przewalutowaniu kredytów frankowych w Polsce przyniesie sektorowi bankowemu obciążenia finansowe”, a także „będzie skutkowało obniżeniem zyskowności banków”, oraz „pogorszeniem nastawienia inwestorów z powodu rosnącego ryzyka regulacyjnego w kraju” i generalnie ucierpieć ma na tym gospodarka. No cóż, zważywszy, iż sektor bankowy wykazuje co roku 15-16 mld zł zysku, to banki naprawdę mają z czego chudnąć, tym bardziej, że ów zysk w dużej mierze jest generowany przez toksyczne produkty takie jak wspomniane kredyty frankowe (a w zasadzie – żadne kredyty, tylko instrumenty spekulacyjne), czy polisolokaty – a więc wynika z bezwzględnego żerowania na krwawicy bankowych niewolników. Tymczasem Mario Draghi ostrzega przed „obniżeniem akcji kredytowej”. Dobrze, my za takie „akcje” dziękujemy, tym bardziej, że i tak w Polsce koszta kredytów tudzież opłat bankowych należą do najwyższych w Europie – i to również jest jedna z przyczyn rekordowej rentowności sektora.

A tak poza tym – EBC zajmuje się przede wszystkim nadzorowaniem strefy euro. Co zatem europejski ober-bankster ma do Polski, która do strefy euro nie należy? No tak, ale w tejże strefie mają swe siedziby centrale banków praktykujących walutowy szwindel, traktujące Polskę i inne kraje regionu jako kolonię, dojną krowę i skarbonkę. Pan Draghi troska się zatem nie tyle o stan polskiej gospodarki, ile o kondycję banków eurolandu. Zresztą, przestrogi Draghiego współbrzmią ze stanowiskiem rządu Ewy Kopacz, który nie daje się nikomu prześcignąć w robieniu dobrze banksterskim grandziarzom (np. PO konsekwentnie stosuje obstrukcję w sprawie zniesienia Bankowego Tytułu Egzekucyjnego, co nakazał Trybunał Konstytucyjny – ostateczny termin to 1.08.2016) i być może jego oświadczenie ma stanowić dla Platformy rodzaj alibi – na zasadzie „bo Europa nam każe”. Takie koło ratunkowe nie byłoby niczym dziwnym, zważywszy, iż jeszcze w 2014 roku rząd PO skierował do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu pismo sprzeciwiające się uznaniu kredytów frankowych za nieważne, czego przed ETC domagał się Sąd Najwyższy Węgier. W tamtym liście również padły argumenty jakby pisane pod dyktando bankowego lobby o „stratach” i „negatywnych konsekwencjach dla rynku finansowego”.

Te konsekwencje zresztą faktycznie następują, tylko pytanie, czy koniecznie musimy się z tego powodu smucić. Oto po uchwaleniu opisanych tu poprawek potężne „tąpnięcie” zaliczyły na giełdzie takie banki jak Getin Noble Bank, Millenium, mBank, PKO BP, BZ WBK, Pekao – czyli „umoczone” we frankowe spekulacje. Warto w tym kontekście przypomnieć, że PKO BP przejął niedawno Nordeę, stanowiącą wręcz finansową „monokulturę” bazującą na kredytach frankowych, stąd też spadek kursu akcji. I w tym momencie dochodzimy do postulatu repolonizacji banków – czyli w praktyce nacjonalizacji zagranicznych podmiotów, bo jak pokazuje przykład Getin Noble Leszka Czarneckiego (rekordzista spadku), banki w rękach rodzimych oligarchów również nie cofają się przed łupieniem Polaków na wszelkie sposoby. Spokojnie. Poczekajmy aż zacznie obowiązywać ustawa o frankowiczach i pęknie banieczka kredytowa. Wtedy te „wydmuszki” będzie można przejąć za bezcen.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/repolonizacja-bank%C3%B3w-%E2%80%93-tak-ale-z-g%C5%82ow%C4%85#.Vcj7CbVvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.Vcj7MbVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w#.Vcj7-bVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.Vcj83LVvAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (14-20.08.2015)

środa, 17 czerwca 2015

Platforma banksterów

Banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”.

„Prognozy, że frank będzie niedługo kosztował 4 zł są oderwane od rzeczywistości. Szwajcarzy bowiem już parę lat temu zablokowali kurs franka na poziomie: 1,22 franka =1 euro, i bronią tego kursu. Ponieważ mocny frank oznacza problemy dla szwajcarskiej gospodarki” - tak na początku listopada 2014 mówił na antenie programu pierwszego Polskiego Radia Ryszard Petru. W tym czasie przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich miał własny kredyt we frankach już od wielu lat przewalutowany na złotówki. Zrobił to w październiku 2008, po wybuchu kryzysu finansowego. Jak widać, cwana z niego gapa – jako bankowy „insider” doskonale zdawał sobie sprawę w którą stronę wieje wiatr, a mimo to do samego końca w publicznych wystąpieniach utrzymywał wersję „dla maluczkich”, wedle której kredyty frankowe są bezpiecznym rozwiązaniem dla milionów Polaków. Kurs franka bił kolejne pułapy, zaś Petru, który przewalutował dwie części kredytu, gdy frank odpowiednio był po 2,79 i 2,81 zł, konsekwentnie zapewniał, że cena szwajcarskiej waluty teraz to już z pewnością nie wzrośnie. „Jeżeli nie będzie jakiejś megakatastrofy, typu upadek Ukrainy, to jest duża szansa, że poziomu 3,20 zł za franka już nie zobaczymy” - wypowiedź dla PAP w 2008, po wybuchu kryzysu. „Zbytnie umocnienie franka zabije szwajcarską gospodarkę. Nie może się więc utrzymać w dłuższej perspektywie czasu” - to z kolei rozmowa z „Super Expressem” z 2011, gdy frank jest już po 3,9 zł. Dwa miesiące po cytowanej na wstępie wypowiedzi, Szwajcarzy uwolnili walutę i frank poszybował w okolice 5 zł.

Petru twierdzi, iż na przewalutowaniu „stracił”. Owszem, doraźnie tak – tyle, że zarazem uchronił się przed większymi stratami w przyszłości, zatem adekwatnym określeniem byłoby „zminimalizował straty” - i to w samą porę, zanim kurs franka zaczął naprawdę szaleć. Jednocześnie wciąż namawiał Polaków do pozostania przy szwajcarskiej walucie, czyli do brnięcia w powiększające się lawinowo zadłużenie, z którego sam w ostatniej chwili się wywikłał. Innymi słowy, mamy do czynienia z bankowym lobbystą, funkcjonującym w przestrzeni publicznej i wykorzystującym dostęp do mediów (a jego aktywność medialna była bardzo intensywna), by w interesie sektora bankowego uspokajać nastroje kredytobiorców pozostających w pułapce zastawionej za pomocą toksycznego produktu finansowego. Jednocześnie opowiadał się przeciw jakiejkolwiek ingerencji państwa w sprawę kredytów walutowych: „oczekiwanie, że w tej sytuacji może coś zrobić polski rząd – jest nierealistyczne. Zgodnie z naszym prawem nie ma bowiem żadnych możliwości” - to dalsza część wypowiedzi dla radiowej „Jedynki” z listopada 2014. I dalej: „problem z frankiem szwajcarskim polega na tym, że zmienił się kurs. Ale to nie oznacza wcale, że państwo ma pomagać. (…) Chyba, że będziemy pomagać tak jak na Węgrzech, poprzez interwencję i zapłacą za to banki, a potem banki przerzucą te koszty ma klientów”.

Dziś tenże Petru zakłada ugrupowanie polityczne, będące w zasadzie jawną ekspozyturą interesów finansowej oligarchii i generalnie - wielkiego biznesu. Ich celem jest utrzymanie obecnego status quo – czyli systemowego drenowania Polski z kapitału i zakonserwowanie pozycji milionów Polaków jako taniej siły roboczej. Wszystko to zaś pod atrakcyjnie brzmiącymi hasłami rozwoju, wolności gospodarczej, wzmocnionymi straszeniem, że jakakolwiek interwencja państwa przyniesie opłakane skutki. Obecność na konwencji założycielskiej Rafał Brzóski – właściciela firmy „InPost”, zwanego „królem śmieciówek” nie jest przypadkiem. Przedsięwzięciu, jak całej karierze Ryszarda Petru, patronuje w tle Leszek Balcerowicz – czyli podwykonawca planu Jeffreya Sachsa zwanego na użytek miejscowych „planem Balcerowicza” i stróż patologicznego modelu naszej transformacji. Na marginesie warto zauważyć, że inicjatywa Ryszarda Petru - „Nowoczesna.pl” - zaczęła swe funkcjonowanie od plagiatu. Pretensje w sprawie myląco podobnej nazwy zgłasza lewicowa fundacja „Nowoczesna Polska” Jarosława Lipszyca, związanego z „Krytyką Polityczną”.

Podsumowując, najwyraźniej banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”, grupującą strażników i beneficjentów kompradorskiego systemu III RP. Warto tu przypomnieć, że rok 2006 – za rządów PiS – był jedynym, w którym nie odnotowano znaczącego wypływu kapitału z Polski i perspektywa powtórki musi zleceniodawców pana Petru bardzo niepokoić. Już teraz wg „Rzeczpospolitej” sektor bankowy boi się scenariusza węgierskiego – korzystnego dla państwa i obywateli, lecz godzącego w miliardowe zyski branży (ponad 16 mld zł netto w 2014). Frazesy o wolności gospodarczej i przyjaznym państwie są warte tyle samo co analogiczna retoryka KL-D, czy Platformy Obywatelskiej. Tu są konkretne geszefty do przypilnowania i właśnie do tego zadania został oddelegowany pan Petru ze swoją ekipą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1815-pod-grzybki-7

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (12-18.06.2015)