Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2019

Odwalutowanie – czy banki dostaną po nosie?

Czy Sąd Najwyższy pogroził bankom palcem, by przestały się wygłupiać, bo mogą się na swoim cwaniactwie zdrowo przejechać?


W dzisiejszym felietonie powrócimy raz jeszcze do tematu tzw. kredytów frankowych, bo też po pamiętnym wyroku TSUE z 3 października w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18) zaczyna robić się coraz ciekawiej. Niedawno opublikowane zostało uzasadnienie do orzeczenia Sądu Najwyższego z 29 października 2019 r. (Sygn. akt IV CSK 309/18) uchylającego wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku unieważniający umowę „frankową”. Przełomem jest to, że bodaj po raz pierwszy na tym poziomie orzeczono „odwalutowanie” kredytu denominowanego we frankach szwajcarskich (wcześniej zdarzało się to jedynie w odniesieniu do kredytów indeksowanych). Otóż w omawianym przypadku zawarto w 2004 r. umowę na 25 tys. CHF. Klient przestał spłacać kredyt w 2008 r., zaś w 2015 r. bank wypowiedział umowę i zaczął na drodze sądowej domagać się uregulowania należności. Sądy w dwóch kolejnych instancjach odrzucały roszczenie banku, stwierdzając nieważność umowy kredytowej ze względu na abuzywność klauzuli waloryzacyjnej, odwołującej się do bankowej tabeli kursowej, mającej stanowić podstawę do naliczania rat kredytu. Abuzywność klauzuli została potwierdzona również przez SN, który podkreślił m.in., iż skutkowała ona zachwianiem równorzędnej pozycji stron umowy, jako że podmiot silniejszy (czyli bank) mógł dzięki niej dowolnie i jednostronnie kształtować wysokość rat kredytu, co uderzało w interes ekonomiczny klienta. Czyli, jak dotąd „klasyk”, typowy dla „frankowych” umów stawiających banki dzięki odwołaniom do tabel kursowych w uprzywilejowanej pozycji i przerzucających całe ryzyko na klientów - dobrze się jednak stało, iż mamy po raz kolejny podkreśloną czarno na białym asymetrię relacji klient-bank.

W każdym razie, bank wniósł w końcu kasację do Sądu Najwyższego – i tu spotkała go dość niemiła niespodzianka. SN stwierdził bowiem, iż mimo nieważności klauzuli waloryzacyjnej umowę da się utrzymać jako złotową – ale oprocentowaną wg stawki LIBOR (czyli „frankowej”), znacznie niższej, niż stosowana przy kredytach złotowych stawka WIBOR. SN wyszedł z założenia, że da się określić kwotę zobowiązania – jest nią po prostu suma realnie wypłacona przez bank w złotówkach, a i sposób naliczania odsetek jest w umowie jasno określony (LIBOR). Sąd Najwyższy zwracając sprawę Sądowi Apelacyjnemu do ponownego rozpatrzenia polecił zatem, by ten wziął pod uwagę możliwość utrzymania umowy w mocy z pominięciem niedozwolonej klauzuli waloryzacyjnej, uznając jednocześnie za kwotę kredytu sumę wypłaconą w złotych. Innymi słowy, nastąpiło sądowe „odfrankowienie” kredytu – niczym w najdalej idących postulatach legislacyjnych środowisk „frankowiczów”! Rewelacja...

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół uzasadnienia. Mianowicie, umowa w ogóle nie przewidywała wypłaty kredytu we frankach szwajcarskich, ani zwrotu w tej walucie. Kwota w CHF pojawia się w całej umowie zaledwie jeden raz, co „wobec całej pozostałej treści umowy i jej załączników jest tylko niezasługującym na ochronę kamuflażem rzeczywistych intencji tego Banku”. Nie wiem, jak Państwu, ale mnie bardzo się to sformułowanie podoba: niezasługujący na ochronę kamuflaż rzeczywistych intencji banku. Spróbujmy sobie ową „intencję” zrekonstruować – czyżby chodziło o to, że bank wypłacił złotówki, a zamierzał odzyskać de facto franki – i to wg własnej tabeli kursowej, ignorującej chociażby średni kurs NBP?

Wyrok SN stanowi ewidentne pokłosie orzeczenia TSUE z 3 października. Przypomnijmy, iż padło w nim zalecenie, by w miarę możności utrzymywać umowy w mocy, jednak nie jest możliwe zastępowanie wadliwych zapisów przez sąd innymi, działającymi podobnie, generalnie zaś kluczowy powinien być interes klienta – i wszystkie te postulaty znalazły tu swoje odzwierciedlenie. Jest oczywiście otwartym pytaniem, w jakim stopniu orzeczenie SN wpłynie na szerszą linię rozstrzygnięć sądowych w tego typu sprawach – niemniej, odnotujmy niedwuznaczną sugestię, iż kredyty denominowane w istocie należałoby zrównać z kredytami indeksowanymi, uznając techniczne różnice za nie zasługujący na ochronę „kamuflaż”.

Na koniec jeszcze jedna kwestia. Jak wiemy, banki zaczęły się odgrażać, iż w przypadku sądowego unieważniania umów będą występowały z żądaniami „odszkodowań” z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału”. Takie ostrzeżenie sformułował już Raiffeisen Bank wobec państwa Dziubaków. O stanowisku banków było głośno, więc można założyć, że SN był świadom powagi sytuacji. Czyżby więc SN swym wyrokiem chciał tu dać coś do zrozumienia? Nasuwa się przypuszczenie, że intencją tego orzeczenia jest, by sądy rozstrzygając sprawy „frankowiczów” o ile to tylko możliwe nie unieważniały umów, lecz szły właśnie w kierunku „odwalutowania”. W takiej sytuacji umowa pozostawałyby dalej w mocy, co z miejsca czyniłoby bankowe roszczenia bezzasadnymi. No i wreszcie – może Sąd Najwyższy pogroził tu bankom palcem, by przestały się wygłupiać, bo mogą się na swoim cwaniactwie zdrowo przejechać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowa ośmiornica

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (06-12.12.2019)

środa, 27 listopada 2019

Frankowa ośmiornica

Czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?

Zgodnie z wcześniejszymi pogróżkami przedstawicieli sektora bankowego formułowanymi po przełomowym wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18), banki postanowiły przystąpić w batalii z frankowiczami do kontrataku – i to z użyciem broni atomowej. Otóż Raiffeisen Bank poinformował, iż w przypadku unieważnienia umowy zażąda 477 tys. zł. z tytułu bezumownego korzystania z kapitału przez 11 lat, do tego 321 tys. zł. odsetek. Łącznie daje to blisko 800 tys. zł., ponadto bank zagroził przejęciem mieszkania. Jest to o tyle kuriozalne, iż państwo Dziubakowie zawarli w 2008 r. 40-letnią umowę indeksowaną do franka (wzdragam się przed nazwaniem tego „kredytem”) opiewającą na 400 tys. zł. Dotąd małżeństwo oddało 230 tys. zł., a do spłaty wciąż pozostaje 520 tys. zł. Na wniosek państwa Dziubaków do sprawy włączył się Rzecznik Praw Obywatelskich, a sąd odroczył rozprawę do 3 stycznia 2020 r.

Teraz kilka pytań. Na jakiej podstawie bank wyliczył 800 tys. zł.? Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że jest to kwota wzięta z kapelusza, nijak mająca się do sumy na jaką opiewała umowa, tego co zostało już spłacone, jak i tego co ewentualnie pozostawałoby do spłaty, gdyby umowa pozostała w mocy na dotychczasowych warunkach. No chyba, że bank prognozuje w dalszej perspektywie takie kształtowanie się kursu franka, że do końca trwania umowy państwo Dziubakowie mieliby zapłacić właśnie dodatkowo te 800 tys. zł. - a finalnie musieliby jeszcze oddać obłożone hipoteką mieszkanie, bo zwyczajnie nie byliby w stanie podołać takiemu obciążeniu. Jeżeli jednak powyższa hipoteza jest trafna, to pozostaje pytanie, dlaczego bank przed zaoferowaniem swojego produktu nie poinformował ich o takim zagrożeniu? Może z obawy, że klienci postawieni wobec scenariusza typu „będziemy was doić przez 40 lat, doprowadzimy do ruiny, a na koniec i tak przejmiemy wasz dom”, zastanowiliby się dwa razy przed złożeniem podpisów na takim cyrografie? Zamiast tego lepiej opowiadać bajki o „najstabilniejszej walucie świata”, pomijając informację, że frank, mimo krótkookresowych wahań, na przestrzeni dziesięcioleci zawsze znacząco zyskiwał na wartości – i dlatego jest tak pożądaną walutą na rynkach finansowych.

Ale mniejsza nawet o to. Ważniejsze jest co innego – na jakiej podstawie bank w ogóle występuje z tego typu roszczeniem? Logicznie jest ono absurdem. Sedno pozwów odnoszących się do klauzul indeksacyjnych polega wszak na tym, że banki wykorzystując tzw. asymetrię informacji, czyli swoją fachową przewagę w zakresie wiedzy prawniczej i finansowej, sporządzały wadliwe umowy, zawierające klauzule abuzywne, dające im możliwość arbitralnego ustalania kursu CHF służącego za „wirtualny przelicznik” dla ustalania wysokości kolejnych rat. Czyli, najpierw dawały klientom do podpisania nielegalne umowy (i trudno przypuszczać, by czyniły to nieświadomie, w myśl zasady „widziały gały, co udzielały”) – a teraz mają żądać z tytułu ich nieważności dodatkowych świadczeń? Na jakiej zatem podstawie w ogóle wydawały „bezumownie” kapitał? Klienci przychodzili masowo z rewolwerami i zmuszali bankierów do dokonania przelewu? To klienci sporządzali bezprawne umowy i podtykali przedstawicielom banków do podpisania? No i w końcu, na jakiej zasadzie banki „bezumownie” pobierały do tej pory np. odsetki od udzielonego kapitału? Klienci siłą wciskali im pieniądze? Kompletny nonsens, tym bardziej, że banki stoją na stanowisku, iż bieg przedawnienia roszczenia z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału” należy liczyć od momentu stwierdzenia nieważności przez sąd. Otóż nie, moi drodzy wydrwigrosze – sąd jedynie stwierdza nieważność umowy, która, jako obciążona kluczową wadą prawną, była nieważna od samego początku. A więc, następuje tu proste rozliczenie na zasadzie wzajemnego potrącenia dotychczasowych świadczeń.

Tego jednak banki boją się najbardziej, dlatego zabieg z „bezumownym korzystaniem” ma na celu przede wszystkim zastraszenie klientów i zniechęcenie ich do wkraczania na długą i żmudną drogę sądową. A tym, którzy już procesują się z bankami, bankowy „kontrpozew” ma przysporzyć dodatkowych trudności, kosztów i mitręgi. Doprawdy, trudno w języku ludzi cywilizowanych znaleźć słowa adekwatnie opisujące takie postępowanie. Jak stwierdza Rzecznik Finansowy, prof. Mariusz Golecki (cyt. za stroną bankowebezprawie.pl): „Jaki bank obawiałby się stosować niedozwolone klauzule w umowie, skoro w razie wpadki i tak odzyskałby kapitał, i to jeszcze z bliżej nieokreślonym wynagrodzeniem?Mam wrażenie, że stanowisko ZBP (to właśnie ZBP jako pierwszy po ogłoszeniu wyroku TSUE „ostrzegł” przed bankowymi roszczeniami z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału – przyp. PL) ma na celu odstraszenie klientów od dochodzenia roszczeń”. Jak widać, sprawa jest rozwojowa. Kto wie, być może znów trzeba będzie zaangażować TSUE – tym razem w kwestii, czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (15-21.11.2019)

piątek, 11 października 2019

Widziały gały, co udzielały?

Sektor bankowy przez całe lata zachowywał się tak, jakby dyrektywa 93/13/EWG go nie dotyczyła. Sądzili, że im się upiecze? Że kwestia klauzul abuzywnych nie dotrze prędzej czy później do TSUE?

A więc stało się – wiszący w powietrzu topór wreszcie opadł. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) ogłosił wyrok w sprawie tzw. kredytów frankowych. Piszę „tak zwanych”, ponieważ w istocie nie były to ani kredyty, tylko jakaś dziwaczna hybryda kredytu i opcji walutowej zabezpieczanej hipoteką i majątkiem klienta, ani tym bardziej „frankowe”, bo franków szwajcarskich nie było w obrocie – stanowiły one jedynie wirtualny przelicznik dla wypłacanej przez banki kwoty w złotówkach i ustalania późniejszych zobowiązań „kredytobiorcy”. I właśnie o owe przeliczniki w znacznej mierze chodzi, bowiem stosowne klauzule w umowach dawały często bankom pełną dowolność w ustalaniu wysokości rat w oparciu o wewnętrzne tabele kursowe. Na tym jednak repertuar nieczystych chwytów się nie kończy, na co swojego czasu zwracał uwagę m.in. raport Rzecznika Finansowego czy raport NIK z 2018 r., w którym wprost określono praktyki banków jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”.

No dobrze, ale co zrobić w przypadku stwierdzenia abuzywności zapisów umowy? Tego zagadnienia dotyczyły pytania prejudycjalne skierowane do TSUE przez Sąd Okręgowy w Warszawie rozpatrujący sprawę państwa Dziubaków przeciw Raiffeisen Bank. Państwo Dziubakowie wzięli w 2008 r. 40-letni „kredyt” indeksowany do franka w kwocie 400 tys. zł. i po latach wciąż pozostawało im do spłaty 520 tys. zł. Wnieśli więc pozew o unieważnienie umowy z tytułu nieuczciwych zasad indeksowania. Wątpliwości sądu dotyczyły m.in. wykładni dyrektywy EWG (93/13/EWG) w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. W szczególności – czy sąd jest władny „ratować” umowę poprzez zastąpienie niedozwolonych warunków zapisami wynikającymi z prawa krajowego lub zasad współżycia społecznego; czy wolno utrzymać w mocy niedozwolone zapisy, jeśli w chwili rozstrzygnięcia byłyby korzystne dla klienta; wreszcie – czy umowa może pozostawać w mocy po usunięciu klauzul uznanych za abuzywne.

TSUE - zgodnie zresztą z wcześniejszą zapowiedzią rzecznika Trybunału i swą dotychczasową, prokonumencką linią orzecznictwa – stwierdził, iż kluczowy jest tutaj interes klienta. Po pierwsze, sądy nie mogą „uzupełniać” umów wstawiając w miejsce klauzul abuzywnych innych zapisów działających podobnie, ale nie obarczonych wadą (np. średniego kursu NBP w miejsce bankowych tabel kursowych). Po drugie – może unieważnić całość umowy, jeżeli znajdują się w niej zapisy skrajnie niekorzystne dla konsumenta. Po trzecie – umowę można utrzymać w mocy, ale tylko wtedy jeśli życzy sobie tego konsument.

Co to oznacza w praktyce? W przypadku unieważnienia umowy strony zwracają sobie nawzajem dotychczasowe świadczenia – w efekcie może się okazać, że klient już dawno spłacił swoje zobowiązanie i to z nadwyżką, którą powinien zwrócić mu bank. W wyniku takiego rozliczenia państwo Dziubakowie otrzymaliby 180 tys. zł. - i w podobnej sytuacji mogą być rzesze innych klientów. Wyrok TSUE nie zamyka też drogi do sądowego przewalutowania kredytów – umowa obowiązywałaby bez klauzuli indeksacyjnej, przy zachowaniu dotychczasowego oprocentowania. Krótko mówiąc, w jednym i drugim przypadku banki zostałyby zmuszone do zwrotu nieuczciwie osiągniętych korzyści.

Reakcja sektora bankowego? Tradycyjnie – mieszanina płaczu i pogróżek. Banki szacują swoje „straty” (o ile „stratą” można nazwać zwrot nienależnych świadczeń i zyski mniejsze od założonych) na 60 mld. zł., zaś Związek Banków Polskich niedwuznacznie zasugerował, iż banki zaczną się domagać zwrotu wypłaconego kapitału na podstawie przepisów o nienależnym świadczeniu. Dobre sobie, zważywszy, że tak jak w przypadku państwa Dziubaków, ów „kapitał” został już dawno spłacony.

Generalnie, do całej sytuacji jak ulał pasuje trawestacja ulubionego tekstu trolli internetowych: widziały gały, co udzielały? Sektor bankowy przez całe lata zachowywał się tak, jakby dyrektywa 93/13/EWG go nie dotyczyła. Sądzili, że im się upiecze? Że kwestia klauzul abuzywnych nie dotrze prędzej czy później do TSUE? Natomiast co do owych 60 mld. - trzeba pamiętać, że pieniądze te będą spływały w rytmie zapadających wyroków. I jest to bardzo dobra wiadomość, oznacza bowiem, że w najbliższych latach realna gospodarka zostanie zasilona bankową „kroplówką”. Zważywszy, że rocznie branża notuje zyski rzędu 15 mld. zł., nie jest to jakieś gigantyczne wyrzeczenie – trochę mniej kasy pójdzie na dywidendy (tylko w tym roku za granicę ma trafić ponad 2 mld. zł.) - i tyle.

I na zakończenie jeszcze jedna sprawa. W 2017 r. ABW wszczęła odnośnie „kredytów frankowych” śledztwo z art. 286 par. 1 KK w zw. z art. 294 par. 1 KK. - doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, czyli oszustwo. Jestem szalenie ciekaw, czy doczekamy się wreszcie posadzenia odpowiedzialnych osób z bankowego managementu na ławie oskarżonych? W końcu, biorąc za dobrą monetę wyliczenia bankowych „strat”, rzecz dotyczy 60 mld. zł., co wyczerpuje znamiona przestępstwa w stosunku do mienia znacznej wartości...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (11-17.10.2019)

środa, 17 lipca 2019

TSUE – bat na bankierów

Niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.

Trudno nie odczuwać pewnej schadenfreude na widok paniki w szeregach bankierów, po tym, jak rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapowiedział, iż można spodziewać się orzeczenia rozwiązującego problem tzw. kredytów frankowych po myśli kredytobiorców – i wszystko wskazuje na to, że ogłoszenie wyroku zbliża się wielkimi krokami, najprawdopodobniej dojdzie do niego jeszcze w lipcu. Przypomnijmy, że chodzi o pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów dotyczące klauzul niedozwolonych (abuzywnych), w szczególności klauzuli indeksacyjnej, określającej sposób przeliczania kursu walutowego franków na złotówki i co za tym idzie – kwoty kredytu i wysokości rat. Po latach sądowych batalii wiadomo, że umowy w znacznej mierze były formułowane w sposób skrajnie niekorzystny dla klientów. Zapisy indeksacyjne były niejasne, często odwoływały się do bankowych tabel kursowych ustalanych w nieprzejrzysty sposób, w oderwaniu od kursów rynkowych czy średniego kursu NBP. Dochodziło do sytuacji, gdy bank sporządzał dwie odrębne tabele – jedną na użytek „normalnego” obrotu walutami, drugą zaś specjalnie pod „frankowiczów”, przy czym ta druga cechowała się zawyżonym spreadem, tzn. różnicą między ceną kupna i ceną sprzedaży franka. Rodziło to dwojaki skutek – po pierwsze, klient do końca żył w niepewności ile przyjdzie mu zapłacić w danym miesiącu; po drugie – bank w ten sposób naliczał „ukryte oprocentowanie”, rekompensując sobie niskie odsetki i ujemny LIBOR. W połączeniu z ogólnie rosnącym kursem franka oznaczało to dla wielu konsumentów wplątanie się w istną pętlę niemożliwego do spłacenia długu. W sumie doprowadzało to do sytuacji, gdy po latach spłacania rat kwota kredytu była wyższa od pierwotnej i niejednokrotnie znacznie przekraczała rynkową wartość nieruchomości – a to z kolei np. wykluczało możliwość sprzedaży mieszkania czy domu i uwolnienia się w ten sposób od zobowiązania. W skrajnych przypadkach prowadziło to do ludzkich tragedii – bankructw, czasem nawet samobójstw niewypłacalnych dłużników. Słowem, klasyczna lichwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Problem w pewnym momencie nabrzmiał do tego stopnia, że do polityków dotarła świadomość konieczności wdrożenia jakiegoś systemowego rozwiązania. I tu do akcji wkroczyło lobby bankowe, konsekwentnie sabotując kolejne projekty ustaw – zarówno te poselskie, jak i te wychodzące (w coraz łagodniejszych wersjach) z Kancelarii Prezydenta. W ruch poszła medialna machina strasząca zapaścią sektora bankowego, wstrzymaniem akcji kredytowej i paraliżem całej gospodarki. Podawano coraz to nowe wyliczenia bankowych „strat” mających wg autorów iść w dziesiątki miliardów złotych. Uruchomiono również internetową „szeptankę” z zakresu „czarnego PR-u” przedstawiającą „frankowiczów” jako pazernych cwaniaków, którzy teraz chcą się niesłusznie wzbogacić kosztem podatników i kredytobiorców złotówkowych. To ostatnie jest zresztą podręcznikowym przykładem skutecznej socjotechniki polegającej na napuszczaniu na siebie i konfliktowaniu dwóch grup - „złotówkowiczów” i „frankowiczów”. Wystarczy zajrzeć na internetowe fora pod artykułami o kredytach frankowych, by uświadomić sobie jaką falę bazującej na najniższych instynktach i emocjach nienawiści udało się w ten sposób wykreować - zupełnie, jakby dotąd było mało społecznych podziałów.

Jednocześnie miejscowe filie banków należących do obcego kapitału zupełnie jawnie zaczęły szantażować polskie władze groźbami pozwów przed międzynarodowy arbitraż na bazie umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji (BIT's – Bilateral Investment Treaties), w czym uzyskały wsparcie swoich ambasad, wysyłających pod adresem rządu listy z pogróżkami. Co grosza, polskie państwo uległo tym bandyckim metodom, czego dowodem jest uchwalona właśnie w „kadłubkowej” formie ustawa z której na ostatniej prostej wykreślono kluczowe przepisy o powołaniu tzw. Funduszu Konwersji na który miały składać się banki i korzystać z niego przy przewalutowywaniu kredytów na złotówki. Czy trzeba dodawać, że i temu banki były przeciwne?

A tu nagle – zgroza. Wszystko wskazuje bowiem, że TSUE w orzeczeniu ogłosi, iż nieważność abuzywnych klauzul indeksacyjnych nie uchyla reszty umowy – a to w praktyce oznacza przewalutowanie całego kredytu na złotówki i to przy zachowaniu „frankowego” oprocentowania oraz przeliczenie wszystkich zapłaconych dotąd rat z mocą wsteczną. Podobnie zresztą orzekł niedawno Sąd Najwyższy. Nic więc dziwnego, że na bankierów padł blady strach i zaczęli jęczeć o 60 mld. zł. „strat” oraz domagać się od rządu interwencji – dodajmy, tego samego rządu, któremu wcześniej buńczucznie wygrażali. Powiedzmy więc sobie jasno: nie ma mowy o żadnych „stratach”, tylko o pozbawieniu banków nienależnych, bezprawnie osiągniętych zysków, kosztem dojonych bezkarnie przez lata klientów. No i wreszcie – niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-29 (12-25.07.2019)

poniedziałek, 26 listopada 2018

Bank za złotówkę? Tak, poproszę.

Mamy paradoksalną sytuację: sektor bankowy generuje rok po roku zyski rzędu kilkunastu mld. zł., lecz jeśli głębiej poskrobać, to banki okazują się wydmuszką i potencjalnymi bankrutami.

Można tylko przyklasnąć przyjętej przez Sejm nowelizacji prawa bankowego, zezwalającej na przejęcie zagrożonego banku przez inny podmiot na mocy decyzji KNF. Warto przypomnieć, że podobne rozwiązanie sprawdziło się przy okazji przejmowania przez banki zagrożonych niewypłacalnością SKOK-ów. Ale przyznam się, że chętnie widziałbym kroki idące jeszcze dalej, albowiem dotychczasowe reakcje – czy to organów nadzoru finansowego, czy inicjatywy ustawodawcze podejmowane w rytmie wykrywania kolejnych nadużyć – przypominają leczenie objawów, przy starannym unikaniu zajęcia się źródłem choroby. A główny problem polega na tym, że cały współczesny system finansowy postawiony jest na głowie: mamy do czynienia z osobliwym połączeniem kasyna, piramidy finansowej i wydmuszki, nakręcanym nieopanowaną kreacją fikcyjnego pieniądza - i to właśnie jest praprzyczyną rozmaitych patologii. Nie bez powodu kolejne światowe kryzysy swoje początki mają właśnie w świecie banków i funduszy – i następny, zbliżający się wielkimi krokami, również tam się zacznie. Po prostu - zdemoralizowane bezkarnością elity finansowe nie widzą powodu, by hamować swoje apetyty. Należałoby więc je do tego zmusić – i są na to sposoby, trzeba jedynie determinacji.

Po pierwsze, należy skończyć z oburzającą i z gruntu niemoralną zasadą, że istnieją gracze „zbyt wielcy, by upaść”, co kończy się każdorazowo zasypywaniem „rynków” górami pieniędzy, zachęcającymi jedynie do kontynuowania spekulacji i pompowania kolejnych „baniek”. W minionym kryzysie tego typu operację przeczyszczającą zastosowała Islandia, pozwalając zbankrutować swoim bankom, by następnie objąć je zarządem komisarycznym, zaś pomoc publiczną skierowano bezpośrednio w stronę poszkodowanych obywateli. Po drugie, trzeba wprowadzić osobistą odpowiedzialność karną dla zarządów instytucji finansowych za działalność na szkodę konsumentów (co zresztą postulował niedawno NIK w raporcie dotyczącym ochrony konsumenckiej w kwestii kredytów frankowych). Tu również prekursorem jest Islandia, gdzie na szefostwo tamtejszych banków posypały się wyroki więzienia.

Jednak najważniejszą sprawą jest pozbawienie banków możliwości kreowania pieniądza. Obecnie bowiem sytuacja wygląda tak, że przytłaczająca większość pieniędzy pozostających w obiegu jest efektem radosnej twórczości instytucji finansowych. Umożliwia to model rezerwy cząstkowej, pozwalający na produkowanie pieniądza „ex nihilo”, za pomocą tworzenia zapisów księgowych, czego dowiódł prof. Richard A. Werner z Uniwersytetu w Southampton w opisywanym na tych łamach eksperymencie, badającym w jaki sposób powstaje kredyt. Okazało się w nim, przypomnijmy, że bank udzielając kredytu na żadnym etapie nie sprawdzał swoich depozytów i rezerw – a więc niemal dosłownie „wypłukał złoto z powietrza”. Skutek powyższego jest taki, że obecnie globalna gospodarka jest zadłużona na 247 bln. dolarów – czyli 318 proc. w relacji do światowego PKB. Nic więc dziwnego, że na Islandii grupa obywateli wniosła swojego czasu pozew przeciw wszystkim działającym tam bankom o... fałszowanie pieniądza – bo wszak nominalnie jedynym emitentem winien być bank centralny.

Receptą może tu być koncepcja pieniądza suwerennego, w myśl której to państwo emituje pieniądze, a banki komercyjne mogą się zajmować jedynie ich alokacją – z takim pomysłem wystąpił islandzki ekonomista Frosti Sigurjónsson w swym raporcie opracowanym w 2015 r. na zlecenie tamtejszego rządu (znów ta Islandia!). W naszych warunkach mogłoby to wyglądać następująco: jeżeli bank chce udzielić kredytu ponad stan posiadanych rezerw, występuje do NBP. W drugim kroku to NBP sporządzałby zapis księgowy kreujący nowy pieniądz, który następnie „przekazywałby” bankowi komercyjnemu – ale jako pożyczkę, którą ten musiałby bankowi centralnemu zwrócić z odsetkami (np. zgodnie ze stopą procentową). Tym samym, to bankierzy byliby pozadłużani u państwa, a nie państwo u bankierów. Takie rozwiązanie przestawiałoby z miejsca cały układ finansowy z głowy na nogi, ponadto państwo miałoby instrument dyscyplinujący banki np. skłaniając je poprzez własną, suwerenną politykę kredytową do inwestowania w realną gospodarkę, a nie w instrumenty finansowe (co z kolei byłoby zgodne z koncepcją „wytycznych kredytowych” postulowanych przez prof. Wernera). Banki niewypłacalne byłyby w tym układzie nacjonalizowane za długi przez swojego głównego wierzyciela, czyli państwo – co stanowi nieco bardziej radykalną wersję wspomnianych na wstępie nowych kompetencji KNF.

Dziś bowiem mamy paradoksalną sytuację: sektor bankowy generuje rok po roku zyski rzędu kilkunastu mld. zł., lecz jeśli głębiej poskrobać, to banki okazują się wydmuszką i potencjalnymi bankrutami – a zatem stanowią nieustanne zagrożenie dla stabilności państwa. Silne są jedynie potencjalnymi pieniędzmi swoich dłużników. Lepiej zatem wziąć je na krótką smycz i w razie czego przejmować za symboliczna złotówkę – w końcu, realnie i tak nie są wiele więcej warte.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ukrócić bankową kreację pieniądza

Wirtualny pieniądz i realny dług

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Nikt nie może być zbyt wielki, by upaść


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (23-29.11.2018)

czwartek, 20 września 2018

Instytucje zaufania publicznego

Skoro banki chcą być „instytucjami zaufania publicznego” to należy sprawić, by stały się nimi nie tylko z nazwy – nawet jeśli miałyby zostać do tego zmuszone.

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Marek Niechciał wydał komunikat o wszczęciu postępowania w sprawie pobierania przez banki zawyżonych opłat za wystawienie zaświadczeń o historii spłaty kredytu. Takie zaświadczenia są niezbędne, gdy klient wchodzi z bankiem w spór prawny – np. podważając legalność klauzul zawartych w umowie kredytu. Jak łatwo się domyślać, powyższe dotyczy szczególnie „frankowiczów” procesujących się z bankami o zwrot zawyżonych rat, spreadów czy nienależnie pobranych odsetek. Słowem – całego repertuaru „pułapek” zastawianych na klientów w formie celowo nieprecyzyjnych i niezrozumiałych postanowień umownych, co niedawno podkreśliła w swym raporcie dotyczącym ochrony konsumentów Najwyższa Izba Kontroli. UOKiK wziął pod lupę 15 działających w Polsce banków - Alior, BGŻ BNP Paribas, BPH, BZ WBK, Credit Agricole, Deutsche Bank Polska, Euro Bank, Getin Noble Bank, ING, mBank, Millennium, Pekao, PKO BP, PKO Bank Hipoteczny, Raiffeisen Bank Polska. Nie ma co, sama śmietanka. Póki co, zarzuty postawiono Deutsche Bank Polska – instytucja ta pobierała za szczegółową historię spłaty jednorazowo 200 zł plus 100 zł za każdy kolejny rok. Oznacza to, że klient spłacający kredyt od 2001 r. musiałby za zaświadczenie zapłacić nawet 1800 zł. - czyli coś w rodzaju nadprogramowej „raty”. W oczywisty sposób tak wysokiej opłaty nie da się uzasadnić kosztami przygotowania historii kredytu, a co za tym idzie, stanowi ona nieuzasadniony dochód banku. Od siebie dodam, że w istocie przypomina to formę szykany wobec klienta, który ma zamiar dochodzić swych praw w sądzie i w wielu przypadkach może być wręcz kwotą zaporową, zniechęcającą do wytoczenia bankowi procesu. A że bez historii spłaty kredytu w ręku konsument nie może określić przed sądem wysokości swojego żądania, to – jak podkreśla prezes UOKiK – mamy do czynienia z „błędnym kołem”. Jak czytamy w komunikacie, postępowanie wobec Deutsche Bank może zakończyć się nałożeniem kary do wysokości 10 proc. obrotu, lub nakazem zrekompensowania konsumentom poniesionych strat – przy czym bank może uniknąć kary, jeśli sam się zobowiąże do wynagrodzenia klientowi szkód. Nie wyklucza się również podobnych kroków wobec pozostałych sprawdzanych banków.

Mamy zatem kolejny punkt w coraz szerszym spektrum nieczystych chwytów stosowanych przez banki, których wspólnym mianownikiem jest arbitralność, nieprzejrzystość reguł oraz przerzucanie całości kosztów i ryzyka na klienta. Jest to o tyle charakterystyczne, że banki pragną w społecznym odbiorze uchodzić za „instytucje zaufania publicznego” i w związku z tym są bardzo wrażliwe na swoim punkcie, alergicznie reagując na wszelkie pojawiające się w przestrzeni publicznej głosy, które mogłyby, choćby czysto teoretycznie, podważyć owo „zaufanie” jakim rzekomo się cieszą i narazić na szwank prowadzenie dalszej działalności. Przy tym wszystkim, jak widzimy, poczynania te przypominają raczej prasę do wyciskania z klientów wszystkich soków życiowych i permanentną działalność na ich szkodę, o czym świadczą kolejne wyroki w sprawie klauzul abuzywnych, decyzje UOKiK, opinie Rzecznika Finansowego czy wspomniana już kontrola NIK. Innymi słowy, ze statusu „instytucji zaufania publicznego” banki pragnęłyby zachować wyłącznie przywileje, takie jak wysoki prestiż społeczny, „zapominając” o wynikających z ich pozycji obowiązkach – w tym tak elementarnych, jak dochowanie należytej staranności, oferowanie klientowi produktu dostosowanego do jego profilu i powstrzymanie się od wpisywania do umów potencjalnie rujnujących dla kredytobiorcy „haczyków”.

Co jakiś czas dowiadujemy się o karach nakładanych na banki przez UOKiK lub o orzeczeniach sądów negujących kolejne postanowienia umowne – niedawno, o czym doniósł na swoim blogu „Pomoc frankowiczom” mec. dr Jacek Czabański, Sąd Okręgowy w Łodzi wydał prawomocny wyrok uchylający zastosowaną przez mBank klauzulę dowolnego oprocentowania, a także negujący spread walutowy, uznając, że należy zastosować średni kurs NBP. Zdarzają się także wyroki generalnie kwestionujące sam mechanizm indeksacji/denominacji – tyle, że są to działania jednostkowe, doraźne, często wyprocesowane po długich latach. Należy w związku z tym jasno powiedzieć, że problem niby-kredytów frankowych wymaga pilnie kompleksowej, ustawowej regulacji – nie wspominając już o tym, że wystarczy kolejny kryzys, by nastąpiła powtórka ze skokowego wzrostu franka szwajcarskiego. Nade wszystko zaś należy wprowadzić – zgodnie z pokontrolną rekomendacją NIK de lege ferenda – „osobistą odpowiedzialność zarządzających instytucjami finansowymi za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów”. Póki co bowiem, mamy sytuację taką, że banki płacą kary, stosują się do tego czy innego wyroku, ale na dłuższą metę nie zmieniają swojego postępowania. Skoro chcą być „instytucjami zaufania publicznego” to należy sprawić, by stały się nimi nie tylko z nazwy – nawet jeśli miałyby zostać do tego zmuszone.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kredyty frankowe – granda i bezradność


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 35 (07-13.09.2018)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów.

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport dotyczący skuteczności ochrony konsumentów w kwestii tzw. kredytów frankowych w latach 2005-2017. Wyniki są miażdżące – zarówno dla banków, jak i dla organów państwa. Przykładowo, praktyki banków zostały określone jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”. Dobrze, że zostało to napisane czarno na białym – dzięki temu otrzymaliśmy bowiem oficjalne potwierdzenie, że banki z premedytacją działały na niekorzyść klientów. Paleta nieczystych chwytów obejmowała np. niedozwolone postanowienia umowne pozwalające bankom kształtować kurs waluty czy oprocentowanie na kompletnie nieprzejrzystych dla kredytobiorców zasadach; podobnie rzecz się miała z ubezpieczeniami niskiego wkładu własnego „na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu”. Warto również dodać przerzucenie całości ryzyka kursowego na klienta.

W efekcie, jak podkreśla NIK, „banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców”. Co więcej, nawet w przypadku interwencji organów państwa skutkiem było na ogół zaprzestanie „stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów”. I znów – dobrze, że padło stwierdzenie o „nienależnych korzyściach” osiąganych kosztem klientów. Ogólnie rzecz biorąc, otrzymujemy obraz szalbierczego procederu, którego ofiarą padło blisko milion polskich rodzin, a łączna wartość łże-kredytów wynosiła w szczytowym momencie (2011 r.) ok. 200 mld. zł (obecnie jest to 135 mld.).

Na tym tle państwo wykazało zadziwiającą bezradność. Jak podnosi NIK, organy typu UOKiK czy KNF z różnych względów działały opieszale i mało skutecznie. Uwagę zwraca również trwająca latami sytuacja, gdy instytucje publiczne miały w znacznej mierze związane ręce wskutek ograniczenia ich ustawowych kompetencji. Np. prezes UOKiK dopiero w 2016 r. został wyposażony w możliwość ochrony konsumentów na drodze administracyjnej, zamiast przewlekłej ścieżki sądowej. Pozytywnie ocenione zostało powołanie Rzecznika Finansowego, lecz – i tu znów kamyczek do bankierskiego ogródka – jego bezpośrednie interwencje okazywały się mało skuteczne „z uwagi na postawę banków”. Rzecznikowi pozostawało więc wspieranie frankowiczów za pomocą tzw. istotnych poglądów formułowanych na użytek procesów sądowych. Jeżeli dodać do tego fakt, że stosowne instytucje publiczne nie wykorzystywały w pełni nawet tych uprawnień, jakimi dysponowały, rysuje się nam wyraźna dysproporcja sił między państwem a sektorem bankowym. Jak np. wytłumaczyć, że rekomendacja „S” KNF zalecała bankom przedstawianie symulacji rat kredytu do granicy zaledwie 20 proc. osłabienia się złotego względem franka? Jakim cudem zakładano, że na przestrzeni 30 lat nie dojdzie do poważniejszych zawirowań? Wystarczy sobie porównać kurs szwajcarskiej waluty z okresu największego boomu niby-kredytów frankowych (a w istocie, zawsze będę to powtarzał, produktów spekulacyjnych wysokiego ryzyka) i obecny, by uświadomić sobie księżycowość takiego założenia.

Jak konkluduje NIK, saldo nieuczciwych praktyk banków i zaniechań ze strony państwa jest takie, że obecnie nie bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić, gdyż „wyeliminowanie ryzyk (…) wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli”. We wnioskach końcowych formułuje jednak pewne zalecenia, takie jak ustawowe uniemożliwienie bankom czerpania zysków z klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego między obie strony, wzmocnienie pozycji KNF czy chociażby zwiększenie osobistej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów.

W kontekście powyższego na kiepski dowcip zakrawają wypowiedzi przedstawicieli sektora o „politycznych naciskach” na KNF czy NBP, by nie ograniczać udzielania kredytów frankowych. Ale, jak rozumiem, ci źli politycy nie kazali na siłę bankom oferować toksycznego produktu? Tymczasem banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów. Wysłały tym samym sygnał – jesteśmy jacy jesteśmy i trzeba dopiero ustawowego bata, żebyśmy przestali nabijać ludzi w butelkę. Co więcej, dziś politycy są równie „niedobrzy” - np. postulując przewalutowanie kredytów po kursie sprawiedliwym (vide - prezydencki projekt ustawy), zmuszając tym samym banki do wzięcia na siebie części ryzyka. Cóż, tzw. „ustawa frankowa” ma ujrzeć światło dzienne jesienią – zobaczymy, czy rządzący wyciągną z raportu NIK wnioski, czy też po staremu okaże się, że bankom, broń Boże, nie można nastąpić na odcisk.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (24.08-06.09.2018)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Syndrom „drzwi obrotowych”

Szkolenie sędziowskie, czyli jak orzekać metodą „na gotowca”.

Jedną z patologii życia publicznego (nie tylko w Polsce, żeby była jasność) jest zjawisko tzw. „drzwi obrotowych”, czyli przechodzenia z biznesu do pracy w instytucjach państwowych i z powrotem. Pół biedy, jeśli dana osoba na nowym miejscu pracy nie ma związku z branżą w której uprzednio funkcjonowała – ale to są wyjątkowe przypadki. Na ogół jest odwrotnie – opisywałem tutaj swojego czasu przypadek Andrzeja Jakubiaka, który z funkcji wiceprezydenta Warszawy przeskoczył na fotel przewodniczącego KNF, a po zakończeniu kadencji znalazł pracę na stanowisku dyrektora działu prawnego w mBanku, czyli instytucji, którą jeszcze przed momentem nadzorował. Nawiasem, dziedzictwem pana Jakubiaka jest przegrany przez Polskę w międzynarodowym arbitrażu spór z luksemburską grupą ABRIS Capital Partners, który może nas kosztować ponad 2 mld. zł – spór, dodajmy, sięgający jeszcze czasów warszawskiej wiceprezydentury Jakubiaka. W każdym razie, konflikt interesów bije po oczach, podobnie jak w przypadku obecnego premiera Mateusza Morawieckiego – jako prezes Banku Zachodniego WBK „wszedł” w udzielanie frankowych łże-kredytów, zaś już jako prominentny superszef gospodarczych resortów dał się poznać z niechęci do systemowego rozwiązania tego problemu. To, że prace nad stosowną ustawą jakoś nie mogą ruszyć z miejsca nie jest dziełem przypadku, czego widomym dowodem były słynne słowa Jarosława Kaczyńskiego, że frankowicze powinni sprawiedliwości dochodzić w sądach – i można podejrzewać, że to umycie rąk odbyło się za sprawą właśnie Mateusza Morawieckiego, który całą rzecz przedstawił prezesowi w odpowiednim świetle.

A skoro już jesteśmy przy frankowiczach i sądach. Oto mamy kolejny, dość bulwersujący przypadek „obrotowych drzwi” i to sięgający samych szczytów sądowej hierarchii, bo dotyczący sędziego Sądu Najwyższego. Jak ustaliło stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”, w grudniu ub.r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyło się szkolenie z udziałem stołecznych sędziów, które poprowadził sędzia Sądu Najwyższego Mirosław Bączyk. Przedmiotem szkolenia były wyroki SN w sprawach frankowych wydawane z udziałem tegoż sędziego. I teraz najciekawsze – otóż na poprzednim etapie swojej kariery Mirosław Bączyk był związany jako prawnik z sektorem bankowym. Jak czytamy: „SSN Mirosław Bączyk w latach 1990–1991 był pierwszym w Polsce Rzecznikiem Spraw Klientów Bankowych i doradcą Prezesa NBP w Warszawie. W latach 1995–1999 doradcą prawnym Przewodniczącego Rady Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w Warszawie. Był również arbitrem Sadu Polubownego działającego przy Związku Banków Polskich, instytucji powołanej i utrzymywanej przez banki”. Równolegle, jako wykładowca jest kierownikiem Katedry Prawa Cywilnego i Bankowego na Wydziale Prawa i Administracji UMK w Toruniu.

Można zapytać – co w tym złego, że specjalista od prawa bankowego orzeka w sprawach frankowiczów? Wskazana powyżej działalność np. przy ZBP, to jedno. Ale wątpliwości budzą także wyroki SN omawiane podczas szkolenia – były one bowiem, jak podkreśla stowarzyszenie SBB, albo niekorzystne dla frankowiczów, albo co najmniej ambiwalentne. Przykładowo, wyrok SN z 14 maja 2015 (sygn. II CSK 768/14) dotyczący klauzuli zmiennego oprocentowania doczekał się krytycznej glosy dr Jacka Czabańskiego (Palestra 1-2/2016). W sprawie tej Sąd Apelacyjny uznał, iż ze względu na nieprecyzyjne kryteria pozwalające bankowi dowolnie modyfikować oprocentowanie (z czego bank skwapliwie korzystał) klauzula jest nieważna. Sąd Najwyższy natomiast uchylił jedynie część zaskarżonej klauzuli, uznając zarazem, że pozostaje ona wiążąca w aspekcie odwoływania się „do kryteriów ustalania (weryfikowania) stopy procentowej w czasie trwania stosunku kredytowego” - co idzie pod prąd zarówno dotychczasowego orzecznictwa, jak i chociażby Dyrektywy 93/13/EWG. Powyższe oznacza bowiem (co SN wprost zawarł w uzasadnieniu), że należałoby powołać biegłego, który zbadałby zasadność kolejnych zmian oprocentowania w trakcie trwania umowy. Oczywisty absurd – choćby ze względu na rozległość potencjalnych kryteriów oceny.

I tu powstaje zasadnicza wątpliwość – czy ów „instruktaż” nie narusza zasady niezawisłości sędziowskiej, chociażby biorąc pod uwagę autorytet szkolącego? Nie jest tajemnicą, że w sądach niższych instancji od pewnego czasu kształtuje się linia orzecznictwa korzystna dla kredytobiorców – czyli przeciwna wobec poglądów sędziego Bączyka. Nie sposób nie odnieść tu wrażenia, że szkolenie może mieć na celu swoistą korektę tego dość bolesnego dla banków trendu. Jak podnoszą frankowicze, już teraz w II Wydziale Cywilnym Sądu Okręgowego w Warszawie orzeka sędzia nagminnie oddalający pozwy poszkodowanych – odwołując się właśnie do orzeczeń SN wydawanych z udziałem sędziego Bączyka. Teraz owa metoda orzekania „na gotowca” może się upowszechnić, co sprawi, że przytaczana tu dobra rada prezesa Kaczyńskiego o dochodzeniu przez klientów banków sprawiedliwości w sądach zabrzmi jak ponura drwina.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (02-08.02.2018)

niedziela, 17 grudnia 2017

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

W sprzyjających warunkach nawet pojedynczy bank jest w stanie wykazać nadzorowi niemal dowolną wartość kapitału” - prof. Richard A. Werner.

Powszechnie przyjmowana zasada głosi, że banki funkcjonują w oparciu o system rezerwy cząstkowej – tzn. pożyczając pieniądze muszą jednocześnie zadbać o pewien minimalny poziom rezerw, powyżej którego nie wolno im udzielać kredytów. W ten sposób regulowana i ograniczana ma być (przynajmniej w teorii) radosna twórczość związana z bankową kreacją pieniądza. Inne założenie, zwane „teorią pośrednictwa finansowego” mówi, iż banki generalnie są jedynie pośrednikami pomiędzy tymi, którzy mają pieniądze, a tymi, którzy ich potrzebują i nie różnią się w tym aspekcie działalności od innych instytucji finansowych. Te dwie komplementarne wobec siebie teorie były w minionych dziesięcioleciach kamieniem węgielnym myślenia o bankowości.

Tyle, że najprawdopodobniej obie są błędne, zaś banki de facto kreują pieniądze z niczego, nie przejmując się poziomem zabezpieczeń i depozytów. Do takiego wniosku doszedł profesor Richard A. Werner z Katedry Bankowości Uniwersytetu w Southampton. Twierdzi on, że jedyną prawdziwą i zgodną z empirycznym doświadczeniem jest „bankowa teoria kreacji kredytu”, wedle której każdy bank z osobna tworzy pieniądz w momencie udzielenia kredytu. Szczegółowo mechanizm ten został opisany w pracy „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód” dostępnej w internecie w polskim tłumaczeniu dzięki Fundacji „Jesteśmy Zmianą”.

Otóż zespół prof. Wernera we współpracy z niemieckim bankiem spółdzielczym Raiffeisenbank Wilderberg e.G. z dolnej Bawarii przeprowadził test finansowy polegający na zbadaniu procedur udzielania kredytu i jego rachunkowych konsekwencji. Bank zgodził się na potrzeby testu udzielić kredytu w wysokości 200 tys. euro. Technicznie odbyło się to następująco: jako punkt wyjścia posłużyły rozliczenia roczne za rok 2013 do których ręcznie „doksięgowano” w systemie informatycznym wspomniany kredyt – tak, jakby był udzielony w 2013 r. Takie sytuacje mają miejsce w realnej działalności bankowej w przypadku transakcji zawartych realnie przed 31 grudnia danego roku, lecz których nie zdążono wprowadzić do systemu przed końcem roku kalendarzowego. Wszystko odbyło się na oficjalnym bankowym oprogramowaniu z zachowaniem wszelkich przewidzianych na tę okoliczność procedur – innymi słowy, kredyt został naprawdę udzielony i przelany na rachunek prof. Wernera. W efekcie w bankowych zestawieniach wzrosły zarówno aktywa (czyli kredyt udzielony Wernerowi), jak i pasywa (depozyt Wernera pochodzący z kredytu).

Co to oznacza? Ano to, że bank udzielając kredytu na żadnym etapie nie badał swoich depozytów i rezerw, co obala zarówno teorię rezerwy cząstkowej, jak i teorię pośrednictwa finansowego – bo w żaden sposób nie pośredniczył pomiędzy wpłacającymi pieniądze do banku, a kredytobiorcą. Krótko mówiąc, do udzielenia kredytu, jego zaksięgowania i sfinalizowania operacji na kontach nie były potrzebne żadne inne transakcje i procedury. A zatem, bank wykreował pieniądze „z powietrza”.

Ta empiryczna obserwacja ma doniosłe znaczenie praktyczne, co autor udowadnia na przykładzie specyficznej akcji kredytowej podjętej przez bank Credit Suisse, przygnieciony kryzysem 2008 r. Mianowicie bank zaoferował w październiku 2008 r. inwestorom z Zatoki Perskiej (głównie z Kataru) preferencyjne akcje o wartości 7 mld. funtów, co uratowało jego płynność finansową. Dowcip w tym, że do banku nie trafiły żadne „zewnętrzne” pieniądze od szejków, bowiem nabywcom akcji bank zaproponował... kredyty gotówkowe. A zatem katarscy inwestorzy „nabyli” akcje banku finansując je z kredytu udzielonego przez tenże bank, który dzięki tej „inżynierii finansowej” zwiększył kapitał własny – w istocie kreując pieniądz ex nihilo (formalnie jako „zabezpieczenie” dla tych 7 mld. funtów kredytu posłużyły... własne preferencyjne udziały Credit Suisse – czyli bank pożyczył pieniądze pod zastaw zaufania do samego siebie, z pełnym błogosławieństwem szwajcarskich organów nadzorczych). „Dzięki temu wiemy, że w sprzyjających warunkach nawet pojedynczy bank jest w stanie wykazać nadzorowi niemal dowolną wartość kapitału” - konkluduje Werner.

Opisywana tu „alchemia finansowa” ma daleko idące konsekwencje dla państw, szczególnie rozwijających się. Otóż, by kraje te uzyskały odpowiedni poziom finansowania rozwoju, zmuszone są do zadłużania się – i to przeważnie w walutach obcych. A skąd zagraniczne banki-wierzyciele mają pieniądze? Ano, pozyskują je z powietrza w drodze „magicznych” kliknięć w swych systemach informatycznych – w zamian za co dostają pieniądze realnie wypracowane w zadłużonych gospodarkach. W związku z tym Werner postuluje zmianę finansowania rządów z emisji obligacji na pożyczanie od banków centralnych – czyli, by banki centralne miały prawo robić to samo, co opisywany tu Credit Suisse. Tylko na czym wówczas zarabialiby banksterzy? W końcu, jak podczas jednego ze spotkań w Parlamencie Europejskim stwierdził George Soros, „dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych”...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (15-21.12.2017)

piątek, 15 września 2017

Pod-Grzybki 113



Die Tageszeitung” wysłał do Polski swojego korespondenta, by ten zbadał nową formę życia, znaną u nas pod kryptonimem „Ryszard Petru”. Wyniki badań są zaiste wstrząsające: okazuje się, iż Ryszard Petru to „kompetentny ekspert gospodarczy i ambitny polityk, który szybko myśli i mówi”. Przypomnę, mówimy o tym samym „ekspercie”, który nie odróżnia procentów od punktów procentowych i słynie z różnych odkrywczych rewelacji historycznych. Cóż, istnieje teoria mówiąca, że sam proces obserwacji wpływa na obserwowany obiekt, zatem niewykluczone, iż to właśnie pod wpływem spotkania z niemieckim badaczem Petru nagle nabrał polotu, ostrości i wigoru intelektualnego – inaczej tego fenomenu wyjaśnić nie sposób, bo to przecież niemożliwe, by słynąca z rzetelności niemiecka gazeta wciskała ludziom kit, nieprawdaż?

*
Na dodatek, niemiecki uczony zwraca uwagę na „głęboki, monotonny głos”, który „zmusza słuchacza do wzmożonej uwagi”. O tak, jeśli chodzi o mnie, to zawsze słucham Ryszarda Petru ze wzmożoną uwagą, podobnie jak pół narodu – w końcu darmowa uciecha, jakiej nam wszystkim pan Ryszard dostarcza za każdym razem gdy tylko otworzy usta, jest w tych smutnych i niebezpiecznych czasach nie do pogardzenia.

*
Inna forma życia sejmowego, czyli poseł Michał Szczerba raczył się wyjęzyczyć, iż „1 września ŚWIĘTUJEMY napad Niemiec na Polskę”. To nic nowego – podobne freudowskie przejęzyczenie przytrafiło się reporterce TVN24 podczas pamiętnych obchodów na Westerplatte 1 września 2009 r. z udziałem Putina i Merkel. Wtedy też, wedle jej relacji, „europejscy przywódcy” pojawili się w Polsce, by „świętować” rocznicę wybuchu II wojny światowej. I ja sądzę, że oni w głębi ducha naprawdę tak uważają – w końcu, jak by nie patrzeć, byliśmy wówczas przez 5 lat członkami Europy zjednoczonej pod panowaniem Niemiec. I gdyby nie pechowy przebieg wojny, wszyscy mówilibyśmy dziś po niemiecku, a może nawet nosilibyśmy tak urokliwe nazwiska, jak pani Róża von Wurst und Schmaletz.

*
Nagłówek z internetu: „Serena Williams urodziła. Znamy płeć dziecka”. Też mi sensacja. Sensacją byłoby, gdybyśmy poznali płeć Sereny...

*
Z gospodarki: jak donoszą media, działające w Polsce banki ochoczo inwestują w rządowe obligacje, bo te - w przeciwieństwie do akcji kredytowych - nie są objęte „podatkiem bankowym”. I już wiadomo, dlaczego nie wolno było ruszać kredytów frankowych - bo banki muszą mieć pieniądze na wykupywanie papierów skarbowych. Frankowicze z pewnością czują się dowartościowani, że z ich haraczy finansowana jest „dobra zmiana” i plan Morawieckiego.

*
Ustępujący ambasador Holandii obraził Węgry, przyrównując rząd Orbana do terrorystów z ISIS. W odpowiedzi rząd Węgier zawiesił stosunki dyplomatyczne z Holandią na szczeblu ambasadorskim, odwołując swojego przedstawiciela do kraju „na konsultacje”. I tak właśnie należy postępować. A ja mam pytanie: kiedy wreszcie polski rząd uzna Fransa Timmermansa za persona non grata?
Gadający Grzyb

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)