Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzecznik Finansowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzecznik Finansowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2019

Frankowa ośmiornica

Czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?

Zgodnie z wcześniejszymi pogróżkami przedstawicieli sektora bankowego formułowanymi po przełomowym wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18), banki postanowiły przystąpić w batalii z frankowiczami do kontrataku – i to z użyciem broni atomowej. Otóż Raiffeisen Bank poinformował, iż w przypadku unieważnienia umowy zażąda 477 tys. zł. z tytułu bezumownego korzystania z kapitału przez 11 lat, do tego 321 tys. zł. odsetek. Łącznie daje to blisko 800 tys. zł., ponadto bank zagroził przejęciem mieszkania. Jest to o tyle kuriozalne, iż państwo Dziubakowie zawarli w 2008 r. 40-letnią umowę indeksowaną do franka (wzdragam się przed nazwaniem tego „kredytem”) opiewającą na 400 tys. zł. Dotąd małżeństwo oddało 230 tys. zł., a do spłaty wciąż pozostaje 520 tys. zł. Na wniosek państwa Dziubaków do sprawy włączył się Rzecznik Praw Obywatelskich, a sąd odroczył rozprawę do 3 stycznia 2020 r.

Teraz kilka pytań. Na jakiej podstawie bank wyliczył 800 tys. zł.? Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że jest to kwota wzięta z kapelusza, nijak mająca się do sumy na jaką opiewała umowa, tego co zostało już spłacone, jak i tego co ewentualnie pozostawałoby do spłaty, gdyby umowa pozostała w mocy na dotychczasowych warunkach. No chyba, że bank prognozuje w dalszej perspektywie takie kształtowanie się kursu franka, że do końca trwania umowy państwo Dziubakowie mieliby zapłacić właśnie dodatkowo te 800 tys. zł. - a finalnie musieliby jeszcze oddać obłożone hipoteką mieszkanie, bo zwyczajnie nie byliby w stanie podołać takiemu obciążeniu. Jeżeli jednak powyższa hipoteza jest trafna, to pozostaje pytanie, dlaczego bank przed zaoferowaniem swojego produktu nie poinformował ich o takim zagrożeniu? Może z obawy, że klienci postawieni wobec scenariusza typu „będziemy was doić przez 40 lat, doprowadzimy do ruiny, a na koniec i tak przejmiemy wasz dom”, zastanowiliby się dwa razy przed złożeniem podpisów na takim cyrografie? Zamiast tego lepiej opowiadać bajki o „najstabilniejszej walucie świata”, pomijając informację, że frank, mimo krótkookresowych wahań, na przestrzeni dziesięcioleci zawsze znacząco zyskiwał na wartości – i dlatego jest tak pożądaną walutą na rynkach finansowych.

Ale mniejsza nawet o to. Ważniejsze jest co innego – na jakiej podstawie bank w ogóle występuje z tego typu roszczeniem? Logicznie jest ono absurdem. Sedno pozwów odnoszących się do klauzul indeksacyjnych polega wszak na tym, że banki wykorzystując tzw. asymetrię informacji, czyli swoją fachową przewagę w zakresie wiedzy prawniczej i finansowej, sporządzały wadliwe umowy, zawierające klauzule abuzywne, dające im możliwość arbitralnego ustalania kursu CHF służącego za „wirtualny przelicznik” dla ustalania wysokości kolejnych rat. Czyli, najpierw dawały klientom do podpisania nielegalne umowy (i trudno przypuszczać, by czyniły to nieświadomie, w myśl zasady „widziały gały, co udzielały”) – a teraz mają żądać z tytułu ich nieważności dodatkowych świadczeń? Na jakiej zatem podstawie w ogóle wydawały „bezumownie” kapitał? Klienci przychodzili masowo z rewolwerami i zmuszali bankierów do dokonania przelewu? To klienci sporządzali bezprawne umowy i podtykali przedstawicielom banków do podpisania? No i w końcu, na jakiej zasadzie banki „bezumownie” pobierały do tej pory np. odsetki od udzielonego kapitału? Klienci siłą wciskali im pieniądze? Kompletny nonsens, tym bardziej, że banki stoją na stanowisku, iż bieg przedawnienia roszczenia z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału” należy liczyć od momentu stwierdzenia nieważności przez sąd. Otóż nie, moi drodzy wydrwigrosze – sąd jedynie stwierdza nieważność umowy, która, jako obciążona kluczową wadą prawną, była nieważna od samego początku. A więc, następuje tu proste rozliczenie na zasadzie wzajemnego potrącenia dotychczasowych świadczeń.

Tego jednak banki boją się najbardziej, dlatego zabieg z „bezumownym korzystaniem” ma na celu przede wszystkim zastraszenie klientów i zniechęcenie ich do wkraczania na długą i żmudną drogę sądową. A tym, którzy już procesują się z bankami, bankowy „kontrpozew” ma przysporzyć dodatkowych trudności, kosztów i mitręgi. Doprawdy, trudno w języku ludzi cywilizowanych znaleźć słowa adekwatnie opisujące takie postępowanie. Jak stwierdza Rzecznik Finansowy, prof. Mariusz Golecki (cyt. za stroną bankowebezprawie.pl): „Jaki bank obawiałby się stosować niedozwolone klauzule w umowie, skoro w razie wpadki i tak odzyskałby kapitał, i to jeszcze z bliżej nieokreślonym wynagrodzeniem?Mam wrażenie, że stanowisko ZBP (to właśnie ZBP jako pierwszy po ogłoszeniu wyroku TSUE „ostrzegł” przed bankowymi roszczeniami z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału – przyp. PL) ma na celu odstraszenie klientów od dochodzenia roszczeń”. Jak widać, sprawa jest rozwojowa. Kto wie, być może znów trzeba będzie zaangażować TSUE – tym razem w kwestii, czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (15-21.11.2019)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów.

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport dotyczący skuteczności ochrony konsumentów w kwestii tzw. kredytów frankowych w latach 2005-2017. Wyniki są miażdżące – zarówno dla banków, jak i dla organów państwa. Przykładowo, praktyki banków zostały określone jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”. Dobrze, że zostało to napisane czarno na białym – dzięki temu otrzymaliśmy bowiem oficjalne potwierdzenie, że banki z premedytacją działały na niekorzyść klientów. Paleta nieczystych chwytów obejmowała np. niedozwolone postanowienia umowne pozwalające bankom kształtować kurs waluty czy oprocentowanie na kompletnie nieprzejrzystych dla kredytobiorców zasadach; podobnie rzecz się miała z ubezpieczeniami niskiego wkładu własnego „na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu”. Warto również dodać przerzucenie całości ryzyka kursowego na klienta.

W efekcie, jak podkreśla NIK, „banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców”. Co więcej, nawet w przypadku interwencji organów państwa skutkiem było na ogół zaprzestanie „stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów”. I znów – dobrze, że padło stwierdzenie o „nienależnych korzyściach” osiąganych kosztem klientów. Ogólnie rzecz biorąc, otrzymujemy obraz szalbierczego procederu, którego ofiarą padło blisko milion polskich rodzin, a łączna wartość łże-kredytów wynosiła w szczytowym momencie (2011 r.) ok. 200 mld. zł (obecnie jest to 135 mld.).

Na tym tle państwo wykazało zadziwiającą bezradność. Jak podnosi NIK, organy typu UOKiK czy KNF z różnych względów działały opieszale i mało skutecznie. Uwagę zwraca również trwająca latami sytuacja, gdy instytucje publiczne miały w znacznej mierze związane ręce wskutek ograniczenia ich ustawowych kompetencji. Np. prezes UOKiK dopiero w 2016 r. został wyposażony w możliwość ochrony konsumentów na drodze administracyjnej, zamiast przewlekłej ścieżki sądowej. Pozytywnie ocenione zostało powołanie Rzecznika Finansowego, lecz – i tu znów kamyczek do bankierskiego ogródka – jego bezpośrednie interwencje okazywały się mało skuteczne „z uwagi na postawę banków”. Rzecznikowi pozostawało więc wspieranie frankowiczów za pomocą tzw. istotnych poglądów formułowanych na użytek procesów sądowych. Jeżeli dodać do tego fakt, że stosowne instytucje publiczne nie wykorzystywały w pełni nawet tych uprawnień, jakimi dysponowały, rysuje się nam wyraźna dysproporcja sił między państwem a sektorem bankowym. Jak np. wytłumaczyć, że rekomendacja „S” KNF zalecała bankom przedstawianie symulacji rat kredytu do granicy zaledwie 20 proc. osłabienia się złotego względem franka? Jakim cudem zakładano, że na przestrzeni 30 lat nie dojdzie do poważniejszych zawirowań? Wystarczy sobie porównać kurs szwajcarskiej waluty z okresu największego boomu niby-kredytów frankowych (a w istocie, zawsze będę to powtarzał, produktów spekulacyjnych wysokiego ryzyka) i obecny, by uświadomić sobie księżycowość takiego założenia.

Jak konkluduje NIK, saldo nieuczciwych praktyk banków i zaniechań ze strony państwa jest takie, że obecnie nie bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić, gdyż „wyeliminowanie ryzyk (…) wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli”. We wnioskach końcowych formułuje jednak pewne zalecenia, takie jak ustawowe uniemożliwienie bankom czerpania zysków z klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego między obie strony, wzmocnienie pozycji KNF czy chociażby zwiększenie osobistej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów.

W kontekście powyższego na kiepski dowcip zakrawają wypowiedzi przedstawicieli sektora o „politycznych naciskach” na KNF czy NBP, by nie ograniczać udzielania kredytów frankowych. Ale, jak rozumiem, ci źli politycy nie kazali na siłę bankom oferować toksycznego produktu? Tymczasem banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów. Wysłały tym samym sygnał – jesteśmy jacy jesteśmy i trzeba dopiero ustawowego bata, żebyśmy przestali nabijać ludzi w butelkę. Co więcej, dziś politycy są równie „niedobrzy” - np. postulując przewalutowanie kredytów po kursie sprawiedliwym (vide - prezydencki projekt ustawy), zmuszając tym samym banki do wzięcia na siebie części ryzyka. Cóż, tzw. „ustawa frankowa” ma ujrzeć światło dzienne jesienią – zobaczymy, czy rządzący wyciągną z raportu NIK wnioski, czy też po staremu okaże się, że bankom, broń Boże, nie można nastąpić na odcisk.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (24.08-06.09.2018)

czwartek, 23 czerwca 2016

„Głośne” przejęcie!

Należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego.

Niedawno zespół prezydenckich ekspertów przedstawił nowe propozycje rozwiązania problemów tzw. kredytów frankowych – delikatnie mówiąc, dość zagmatwane, bo mamy tam i cztery warianty „kursu sprawiedliwego”, i przewalutowanie po obecnym kursie, i zwrot nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu... Jednak ciekawsze było to, co działo się na marginesie prac i w debacie publicznej dotyczącej zagadnienia. Związek Banków Polskich na spotkaniu u prezydenta prezentował nieodmiennie znakomite samopoczucie wskazując na dobroczynne skutki frankowych produktów i prezentując banki niemal niczym instytucje charytatywne. Nieco wcześniej znacznie dalej poszedł prezes mBanku, Cezary Stypułkowski, stwierdzając w tekście na stronach „Rzeczpospolitej”, iż mBank jest wręcz stratny i dopłaca do kredytów frankowych! („W sumie od lat ekonomiczny wynik na portfelu frankowym jest u nas ujemny”). Hmm... zważywszy, że umowy opiewają np. na 30 lat, to może klienci posiadający rachunki w bankach „umoczonych” we franki powinni się czym prędzej ewakuować – bo jak długo bank może wozić się ze swoim wiodącym produktem, który generuje straty i nie zbankrutować? Pan prezes Stypułkowski propozycję odwalutowania kredytów nazywa „rabunkiem” i lokuje ją „poza obszarem rozwiązań, jakie mogłyby zostać uznane za kompromis przez banki”, wskazując ponadto, iż taki „precedens” miałby „demolujące, długookresowe skutki dla dyscypliny zobowiązań w Polsce”.

Z powyższego wynika, iż Cezary Stypułkowski nie słyszał o tego typu „precedensach” na Węgrzech czy w Chorwacji – jak z tamtejszą „dyscypliną zobowiązań”? Generalnie, banki „zabetonowały się”, co na pierwszy rzut oka może się wydawać nieco dziwne – czyżby naprawdę nie widziały, że tak dalej funkcjonować zwyczajnie się nie da? Skąd ten kurs na totalną konfrontację na zasadzie „wszystko albo nic” i to pomimo z jednej strony, stosunkowo kompromisowych propozycji Kancelarii Prezydenta, a z drugiej – niekorzystnych dla banków wyroków sądów powszechnych, decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (klauzule abuzywne), ostatnio zaś miażdżącego raportu Rzecznika Finansowego podważającego wręcz legalność produktów frankowych? Być może jest to próba sił – jeśli banki wygrają, umocnią się na pozycji finansowych właścicieli Polski. Może jednak po prostu z zachodnich central przyszedł rozkaz „ani kroku wstecz” - banki kredyty frankowe finansowały m.in. pożyczając walutę u swych zagranicznych właścicieli, stając się tym samym gigantyczną przepompownią pieniędzy i de facto pośrednikiem na linii kieszeń kredytobiorcy – zachodnia centrala. W tym ujęciu „na papierze” taki mBank faktycznie może „tracić” - ale też od samego początku to nie on miał zyskiwać, tylko poprzez spłatę zobowiązań zaciągniętych na pokrycie kosztów akcji kredytowej zasilać swoich zagranicznych wierzycieli i/lub centralę.

Ale to nie wszystko. W międzyczasie bowiem pojawił się pomysł, by banki na pokrycie „strat” wynikających z odwalutowania, tak by nie trzeba było ich księgować jednorazowo, emitowały akcje, które wykupywałby np. NBP. Akcje byłyby „nieme” - NBP nie miałby w związku z nimi żadnych uprawnień władczych, ani prawa do dywidendy. Akcje te byłyby następnie stopniowo odkupywane przez banki przez najbliższe 20-30 lat. W operacji użyto by m.in. rezerw walutowych NBP – czyli banki zrobiłyby „skok” na rezerwy, a międzynarodowi spekulanci przypuściliby atak na złotówkę. Coś pięknego. Ostatnio z kolei pojawiła się inna koncepcja – banki miałyby założyć spółkę–wydmuszkę do której „wypchnęłyby” toksyczne produkty walutowe i której byłyby akcjonariuszami. Znów: chodzi o rozłożenie „strat” na kilkudziesięcioletnie „raty”.

To ja już wolę pierwszy z wariantów – z wykupem akcji przez NBP, z jednym zastrzeżeniem: to mają być jak najbardziej „głośne” akcje – z pełnią przysługujących im uprawnień. Jak niedawno napisałem – przewalutowanie kredytów frankowych może być znakomitym sposobem na repolonizację sektora i to tanim kosztem. Przypomnijmy, że wcześniejsze projekty skutkowały każdorazowo zachwianiem kursu akcji „umoczonych” banków. Tym razem byłoby podobnie – uchwalenie stosownej ustawy spowodowałoby przecenę akcji, zatem i wykup emisji przeznaczonych na pokrycie „strat” stanowiłby okazję do przejęcia znacznej części sektora za bezcen. Dodatkowym plusem jest, że im bardziej restrykcyjna (a korzystna dla kredytobiorców) byłaby ustawa, tym spadek cen akcji większy i koszty operacji niższe. Powtórzę: zamiast „cichego” wykupu niczego nie dających „niemych” akcji należy uskutecznić jak najbardziej „głośne” przejęcie. Innej sensownej opcji dla repolonizacji nie widzę – przewalutowanie zatem należy postrzegać jako szansę, a nie problem.

Nade wszystko jednak należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego, będącym swoistym „gotowcem” do wykorzystania. To naprawdę jest do zrobienia – wystarczy nieco odporności na lobbing i zdecydowania.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (17-23.06.2016)