Pokazywanie postów oznaczonych etykietą repolonizacja banków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą repolonizacja banków. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2016

„Głośne” przejęcie!

Należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego.

Niedawno zespół prezydenckich ekspertów przedstawił nowe propozycje rozwiązania problemów tzw. kredytów frankowych – delikatnie mówiąc, dość zagmatwane, bo mamy tam i cztery warianty „kursu sprawiedliwego”, i przewalutowanie po obecnym kursie, i zwrot nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu... Jednak ciekawsze było to, co działo się na marginesie prac i w debacie publicznej dotyczącej zagadnienia. Związek Banków Polskich na spotkaniu u prezydenta prezentował nieodmiennie znakomite samopoczucie wskazując na dobroczynne skutki frankowych produktów i prezentując banki niemal niczym instytucje charytatywne. Nieco wcześniej znacznie dalej poszedł prezes mBanku, Cezary Stypułkowski, stwierdzając w tekście na stronach „Rzeczpospolitej”, iż mBank jest wręcz stratny i dopłaca do kredytów frankowych! („W sumie od lat ekonomiczny wynik na portfelu frankowym jest u nas ujemny”). Hmm... zważywszy, że umowy opiewają np. na 30 lat, to może klienci posiadający rachunki w bankach „umoczonych” we franki powinni się czym prędzej ewakuować – bo jak długo bank może wozić się ze swoim wiodącym produktem, który generuje straty i nie zbankrutować? Pan prezes Stypułkowski propozycję odwalutowania kredytów nazywa „rabunkiem” i lokuje ją „poza obszarem rozwiązań, jakie mogłyby zostać uznane za kompromis przez banki”, wskazując ponadto, iż taki „precedens” miałby „demolujące, długookresowe skutki dla dyscypliny zobowiązań w Polsce”.

Z powyższego wynika, iż Cezary Stypułkowski nie słyszał o tego typu „precedensach” na Węgrzech czy w Chorwacji – jak z tamtejszą „dyscypliną zobowiązań”? Generalnie, banki „zabetonowały się”, co na pierwszy rzut oka może się wydawać nieco dziwne – czyżby naprawdę nie widziały, że tak dalej funkcjonować zwyczajnie się nie da? Skąd ten kurs na totalną konfrontację na zasadzie „wszystko albo nic” i to pomimo z jednej strony, stosunkowo kompromisowych propozycji Kancelarii Prezydenta, a z drugiej – niekorzystnych dla banków wyroków sądów powszechnych, decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (klauzule abuzywne), ostatnio zaś miażdżącego raportu Rzecznika Finansowego podważającego wręcz legalność produktów frankowych? Być może jest to próba sił – jeśli banki wygrają, umocnią się na pozycji finansowych właścicieli Polski. Może jednak po prostu z zachodnich central przyszedł rozkaz „ani kroku wstecz” - banki kredyty frankowe finansowały m.in. pożyczając walutę u swych zagranicznych właścicieli, stając się tym samym gigantyczną przepompownią pieniędzy i de facto pośrednikiem na linii kieszeń kredytobiorcy – zachodnia centrala. W tym ujęciu „na papierze” taki mBank faktycznie może „tracić” - ale też od samego początku to nie on miał zyskiwać, tylko poprzez spłatę zobowiązań zaciągniętych na pokrycie kosztów akcji kredytowej zasilać swoich zagranicznych wierzycieli i/lub centralę.

Ale to nie wszystko. W międzyczasie bowiem pojawił się pomysł, by banki na pokrycie „strat” wynikających z odwalutowania, tak by nie trzeba było ich księgować jednorazowo, emitowały akcje, które wykupywałby np. NBP. Akcje byłyby „nieme” - NBP nie miałby w związku z nimi żadnych uprawnień władczych, ani prawa do dywidendy. Akcje te byłyby następnie stopniowo odkupywane przez banki przez najbliższe 20-30 lat. W operacji użyto by m.in. rezerw walutowych NBP – czyli banki zrobiłyby „skok” na rezerwy, a międzynarodowi spekulanci przypuściliby atak na złotówkę. Coś pięknego. Ostatnio z kolei pojawiła się inna koncepcja – banki miałyby założyć spółkę–wydmuszkę do której „wypchnęłyby” toksyczne produkty walutowe i której byłyby akcjonariuszami. Znów: chodzi o rozłożenie „strat” na kilkudziesięcioletnie „raty”.

To ja już wolę pierwszy z wariantów – z wykupem akcji przez NBP, z jednym zastrzeżeniem: to mają być jak najbardziej „głośne” akcje – z pełnią przysługujących im uprawnień. Jak niedawno napisałem – przewalutowanie kredytów frankowych może być znakomitym sposobem na repolonizację sektora i to tanim kosztem. Przypomnijmy, że wcześniejsze projekty skutkowały każdorazowo zachwianiem kursu akcji „umoczonych” banków. Tym razem byłoby podobnie – uchwalenie stosownej ustawy spowodowałoby przecenę akcji, zatem i wykup emisji przeznaczonych na pokrycie „strat” stanowiłby okazję do przejęcia znacznej części sektora za bezcen. Dodatkowym plusem jest, że im bardziej restrykcyjna (a korzystna dla kredytobiorców) byłaby ustawa, tym spadek cen akcji większy i koszty operacji niższe. Powtórzę: zamiast „cichego” wykupu niczego nie dających „niemych” akcji należy uskutecznić jak najbardziej „głośne” przejęcie. Innej sensownej opcji dla repolonizacji nie widzę – przewalutowanie zatem należy postrzegać jako szansę, a nie problem.

Nade wszystko jednak należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego, będącym swoistym „gotowcem” do wykorzystania. To naprawdę jest do zrobienia – wystarczy nieco odporności na lobbing i zdecydowania.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (17-23.06.2016)

czwartek, 16 czerwca 2016

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa.

Czytam o propozycji Związku Banków Polskich odnośnie tzw. „kredytów frankowych” (czyli, nigdy dość przypominania, toksycznych produktów spekulacyjnych łączących elementy kredytu hipotecznego z opcją walutową) i przecieram oczy. Czy jest to wykwit czystej głupoty, czy przeciwnie – desperacka próba piarowskiego zamydlenia oczu poprzez okazanie tzw. „dobrej woli” sektora bankowego? Oto ZBP wspólnie z agencją doradczą EY proponuje przewalutowanie kredytu po aktualnym kursie franka szwajcarskiego, z tym że rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, którym po zapłaceniu raty zostaje mniej niż 30 proc. pensji netto „na życie” (wyliczenia dokonywano by na podstawie PIT-u za ubiegły rok). Dodatkowo, rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, które zakupiły mieszkanie do 75 m2, lub dom do 150 m2 i do tej pory nie miały opóźnień w spłacie. Powstały w ten sposób nowy kredyt oprocentowany byłby na zasadzie połączenia stopy WIBOR i marży z kredytu „frankowego”. Możliwe byłoby również wydłużenie okresu spłaty o maksymalnie 5 lat, lub – opcjonalnie – o 20 proc. pozostałego czasu obowiązywania umowy, ponadto, gdyby rata wciąż była wyższa niż 70 proc. dochodów kredytobiorcy, możliwe byłoby częściowe umorzenie długu. Przewalutowanie następowałoby wyłącznie z inicjatywy banku. Wedle bankierów powyższe rozwiązanie miałoby pomóc osobom pozostającym w najcięższej sytuacji.

Cynizm? Bezczelność? Hucpa? Doprawdy, trudno znaleźć odpowiednie słowa w języku ludzi cywilizowanych, by opisać ten kolejny przejaw banksterskiej arogancji. Już pobieżny przegląd tej „oferty” pokazuje bowiem, że tak skonstruowane „przewalutowanie” mimo niższej jednorazowej raty skutkuje potężnym wzrostem pozostałej do spłacenia sumy – i to przy wyższym oprocentowaniu. Krótko mówiąc, będziesz spłacał, frankowiczu, nieco mniej miesięcznie, ale za to dłużej i w konsekwencji – więcej. Proszę, jacy łaskawcy. Być może to wynik paniki, bowiem lobby bankowemu grunt zaczyna pomału usuwać się spod nóg, jako że na finiszu są prace w Kancelarii Prezydenta nad nową wersją ustawy „o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki”. Z pewnością zostanie oprotestowana i to w atmosferze szantażu, jak poprzedni projekt, ale mam nadzieję, że po pierwsze – tym razem jednak Kancelaria nie ugnie się przed naciskami lobbystów i histerią kreowaną przez sprzedajne media, po drugie – czego prezydencki projekt by nie zawierał i tak z pewnością będzie lepszy niż to... „coś” przedstawione przez ZBP. Do tego śmielej do ofensywy przystępuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta w sprawie różnego rodzaju niedozwolonych praktyk, a i niedawny wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście w istocie „przewalutowujący” kredyt klienta mBanku i to z zachowaniem oprocentowania wg stawki LIBOR oraz nakazujący mBankowi zwrot nadpłaconych rat (przez 10 lat uzbierało się 19 tys. zł. „nadwyżki”), może być jaskółką zwiastującą uwalnianie się sądów spod banksterskiej presji. Warto przypomnieć, że w Sejmie znajduje się projekt ustawy zgłoszony przez środowiska „frankowiczów” za pośrednictwem klubu Kukiz'15 zakładający przewalutowanie po kursie z dnia zawarcia umowy. No i rzecz po której sobie naprawdę dużo obiecuję w perspektywie dekolonizacji Polski spod panowania lichwy – jeżeli potwierdzi się, że nowym szefem Komisji Nadzoru Finansowego, zamiast jakiegoś „kandydata rynków” zostanie Janusz Szewczak, to objawy paniki wszechwładnego do tej pory „sektora finansowego” stają się więcej niż zrozumiałe...

Oczywiście za chwilę zostaniemy zaatakowani kolejnymi „wyliczeniami” bankowych „strat” wziętymi już nawet nie z Księżyca, lecz wprost z Saturna i groźbami fali bankructw. Cóż, jeżeli jest tutaj jakiekolwiek racjonalne jądro i faktycznie te banki, które za bardzo sobie „poszalały” wpędzając klientów w pułapki „łże-kredytów”, mogą czekać kłopoty, odpowiem – tym lepiej! Wiąże się to z tytułowym „sposobem na repolonizację” bankowej branży. Otóż przewalutowanie frankowych produktów może stać się katalizatorem odzyskania przez państwo polskie tej strategicznej gałęzi gospodarki. Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa. Po co przepłacać, wykupując teraz banki po zawyżonej cenie, jak jeszcze za poprzednich rządów zrobił to PKO BP przejmując Nordeę? O wiele lepiej przejąć bankruta za bezcen, może nawet za symboliczną złotówkę. Państwo na tym nie straci – „przewalutowani” kredytobiorcy i tak będą musieli spłacić kredyt, tyle, że już na normalnych, uczciwych zasadach, zyski banków wreszcie pozostaną w Polsce (coroczne zestawienia świadczą o gigantycznej rentowności sektora) zamiast wędrować na wyspy Bergamuty. Stracą jedynie międzynarodowi lichwiarze dojący dziś bez zmiłowania polskich kredytowych niewolników. No a nade wszystko, na miejscu żadnej władzy nie lekceważyłbym elektoratu „frankowiczów” - a właśnie zaczyna im się kończyć cierpliwość.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Repolonizacja banków – tak, ale z głową

„Repolonizacja franka

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (03-09.06.2016)

czwartek, 30 lipca 2015

Repolonizacja banków – tak, ale z głową

Polski kapitał nie jest od ratowania zagranicznych banków, lecz służyć ma przede wszystkim naszemu rozwojowi.

Temat repolonizacji banków nie jest nowy, przewija się w publicznej debacie od kilku lat. Za czasów rządów Donalda Tuska pojawił się nawet projekt utworzenia polskiego konsorcjum finansowego z udziałem m.in. KGHM i PZU, które dokonałoby „udomowienia” sektora bankowego poprzez wykupywanie polskich oddziałów międzynarodowych instytucji finansowych, ale jak to u Tuska – na gadaniu się skończyło. Zamiast zagranicznych banków „udomowiono” środki zgromadzone w OFE, bo to łatwiejsze, niż zadzierać z potężnym lobby u którego zadłużająca w ekspresowym tempie kraj ekipa siedzi w kieszeni.

W każdym razie, pomysł repolonizacji powrócił ostatnio ze zdwojoną siłą za sprawą dwóch okoliczności – drastycznego pogorszenia się sytuacji „frankowiczów” oraz danych dotyczących wyprowadzania kapitału z Polski. Okazało się, że wbrew wcześniejszej pseudoliberalnej propagandzie (pseudoliberalnej, bo ani w Polsce ani w Europie nie mamy do czynienia z gospodarczym liberalizmem, tylko z plutokracją podporządkowującą sobie organa władzy państwowej, u nas na dodatek w sposób typowy dla bantustanów), kapitał jednak ma narodowość, co szczególnie widoczne jest w latach kryzysu. Pozostaje pytanie, czy obserwowany od 2008 roku skokowy wzrost transferów kapitałowych jest efektem kryzysu i ratowania central pieniędzmi drenowanymi z peryferii, czy może w ten sposób PO spłaca jakieś swoje zobowiązania, czy też doszło do koincydencji obu czynników – niemniej faktem jest, że rocznie polska gospodarka traci w ten sposób średnio ponad 5 mld USD, a w rekordowym 2008 roku było to ponad 12 mld USD. Jak można się domyślać, gdyby sektor bankowy pozostawał w polskich rękach podobny proceder miałby miejsce na zdecydowanie mniejszą skalę.

Na powyższe nakłada się praktyka wciskania klientom toksycznych produktów finansowych – głównie przez filie zagranicznych banków. Kiedyś były to opcje walutowe, których ofiary nierzadko procesują się z bankami po dziś dzień. Potem przyszedł czas boomu kredytów frankowych, kiedy to okazywało się, że ta sama rodzina nie mająca zdolności kredytowej w złotówkach nagle w cudowny sposób ową zdolność zyskuje, jeśli weźmie kredyt we frankach. Jak podnoszą specjaliści, w zasadzie trudno mówić tu nawet o kredycie w świetle polskiego prawa – jest to instrument spekulacyjny, swoisty hazard polegający na zakładzie o wydarzenie przyszłe i niepewne, jakim jest długoletnie kształtowanie się kursu obcej waluty. Do powyższego dochodzą jeszcze polisolokaty oferowane przez banki i firmy ubezpieczeniowe. Znamienne są przypadki 70- i 80-latków namówionych np. na 15-letnią „inwestycję”, przy czym w wypadku rezygnacji lwią część z wpłaconych pieniędzy zatrzymuje bank, bądź „ubezpieczyciel”. I znów pojawia się pytanie – czy banki z centralami w Polsce byłyby tak skore do łupienia obywateli przy jakimś niezrozumiałym paraliżu struktur państwa i organów kontrolnych? Bo warto przypomnieć, że drugą stroną medalu jest bierność np. Komisji Nadzoru Finansowego, która momentami sprawia wręcz wrażenie organu wykonawczego bankowego lobby.

W tym samym czasie branża bankowa notowała rekordowe zyski: w 2012 – 15,52 mld zł, 2013 – 15,4 mld, 2014 – 16,23 mld zł. Czy znalazło to przełożenie na rozwój gospodarczy, czy też działające w Polsce banki (a więc w praktyce klienci) były jedynie „skarbonkami” dla firm-matek? Jeszcze w 2014 na 20 największych banków tylko 4 były w polskich rękach (PKO BP, BOŚ, BGK – Skarb Państwa, Getin Noble Bank – Leszek Czarnecki). Od tego czasu PKO BP kupił wprawdzie Nordeę, a PZU przejęło kontrolę nad Alior Bankiem, lecz wciąż ogółem funkcjonują 32 banki zagraniczne i 6 polskich. Kapitałowo (III kwartał 2014) 40,5% sektora należy do inwestorów polskich, 59,5% do zagranicznych.

Warto jednak zaakcentować pewne niebezpieczeństwa związane z repolonizacją, o czym mówi np. Janusz Szewczak. Chodzi o to, byśmy nie przejęli „wydmuszek” obarczonych na dodatek toksycznym portfelem kredytowym. Również Fundacja Republikańska w swym raporcie z 2013 roku była wobec repolonizacji sceptyczna (inna sprawa, czy nie była to polityczna akcja Wiplera, który wtedy akurat odszedł z PiS, a postulat repolonizacji podnosił wówczas Jarosław Kaczyński). Zatem, „udomowienie” sektora bankowego tak – ale z głową. Nie od rzeczy byłoby poczekać na wdrożenie prokonsumenckich rozwiązań przez nową władzę, ucywilizowanie palącej kwestii kredytów frankowych, wprowadzenie podatku bankowego i uczynienie z KNF prawdziwego organu kontrolnego w miejsce obecnej banksterskiej ekspozytury. Wtedy wyjaśni się, które z zagranicznych filii warto przejąć – bo np. kupno Nordei przez PKO BP można odbierać wręcz jako rzucenie koła ratunkowego bankowi nastawionemu przez lata na kredyty walutowe, które mogą wkrótce radykalnie stracić na wartości. Pamiętajmy więc, że polski kapitał nie jest od ratowania zagranicznych banków, lecz służyć ma przede wszystkim naszemu rozwojowi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2135-pod-grzybki-13

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (24-30.07.2015)