Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Związek Banków Polskich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Związek Banków Polskich. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 marca 2019

Frankowe przepychanki

Problem „kredytów frankowych” wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach. To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności.

Od kilku dni znów narasta gęsta atmosfera wokół tzw. kredytów frankowych. 19 lutego ambasady Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii wystosowały wspólny list do Andrzeja Szlachty, przewodniczącego sejmowej komisji finansów publicznych, w którym przestrzegają przed przyjęciem ustawy frankowej. Autorzy pisma nie ukrywają, że zostali zaalarmowani w tej sprawie przez banki, pisząc: „Banki wyraziły wobec nas obawy, że z projektem legislacyjnym może się wiązać ryzyko naruszenia fundamentalnych zasad prawa UE”, dalej podnosząc m.in. kwestię kosztów mających sięgać miliardów złotych rocznie, a także okoliczność, iż obowiązkowe wpłaty na rzecz planowanego, kontrolowanego przez państwo funduszu restrukturyzacyjnego, mające stanowić odsetek od ich portfela kredytowego, mogą zostać uznane za „wywłaszczenie”. Tu przypomnijmy, iż procedowany projekt ustawy zakłada, że banki swoje „wkłady” do funduszu mogłyby odzyskać po przewalutowaniu kredytów na złotówki, co ma je „zachęcić” do negocjacji z frankowiczami. W związku z tym, piszą dyplomaci, „spółki dominujące banków, które zainwestowały w Polsce, mogłyby na podstawie dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT) rozważać wystąpienie z pozwem” (cyt. za wPolityce.pl). Z kolei, jak podał „Dziennik Gazeta Prawna”, Raiffeisen Bank rozesłał list m.in. do prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Mateusza Morawieckiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego, w którym ostrzega, iż będzie domagał się rekompensat za spodziewane „szkody”.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z niedwuznacznymi pogróżkami, choć trzeba przyznać, że sformułowanymi bardziej dyplomatycznie, niż słynny list ambasador Mosbacher w obronie TVN. Na marginesie – to aż niewiarygodne, że przez tyle lat pozwalaliśmy sobie wmawiać, że „kapitał nie ma narodowości”. Jak się okazuje, ma i to bardzo konkretną, a gdy zachodzi potrzeba potrafi zaprząc do obrony swych interesów służby dyplomatyczne – najbardziej bowiem na ustawie ucierpiałyby właśnie banki zagraniczne z wymienionych na wstępie krajów. Druga rzecz, to wciąż nie rozwiązany problem umów BIT (na ich likwidację naciska nawet KE) zawierających procedurę ISDS pozwalającą pozywać zagranicznemu inwestorowi państwo przed międzynarodowy arbitraż na praktycznie dowolną kwotę (wystarczy, że banki wylicza sobie księżycowe „straty”, jak to miało miejsce przy poprzednich projektach ustaw frankowych). Jest to permanentny miecz Damoklesa wiszący nad głową rządu, dający o sobie znać przy różnych okazjach – pozwami grożą też np. zagraniczne koncerny medialne, ilekroć powraca sprawa dekoncentracji mediów.

Kolejna kwestia, to lobbying Związku Banków Polskich, postulującego ograniczenie zmian jedynie do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (czyli w praktyce, pożyczek na spłatę kredytów frankowych). Co więcej, z uczestnictwa w pracach sejmowej komisji wycofało się reprezentujące klientów stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”. Wedle relacji stowarzyszenia, podczas posiedzenia komisji przewodniczący Andrzej Szlachta nie dopuszczał jego przedstawicieli do głosu – w przeciwieństwie do ZBP oraz Konfederacji Lewiatan. Jak już informowałem na tych łamach, frankowicze jednak nie odpuszczają i przygotowują pozew zbiorowy przeciw Skarbowi Państwa – jak na ironię wykorzystując zalecenie Jarosława Kaczyńskiego, by kredytobiorcy „brali sprawy we własne ręce” i dochodzili sprawiedliwości w sądach.

Jest tajemnicą poliszynela, że PiS-owi w sprawie problemu frankowego „wychłódło”, kiedy okazało się, że frankowicze są w większości zwolennikami opozycji (głównie PO – 29 proc., na PiS głosuje jedynie 19 proc. frankowiczów - sondaż Kantar dla Instytutu Jagiellońskiego). Jest to o tyle zdumiewające, że PiS-owi można co najwyżej zarzucić bierność i stopniowe łagodzenie kolejnych projektów ustaw, podczas gdy Platforma nie dość, że kompletnie ignoruje temat, to podczas swych rządów aktywnie przeciwdziałała rozwiązaniu problemu na forum międzynarodowym. Przypomnijmy, że kiedy Sąd Najwyższy Węgier skierował sprawę kredytów frankowych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, rząd Ewy Kopacz wystosował pismo straszące zapaścią sektora bankowego – zachował się więc niczym branżowy lobbysta. Złośliwie powiem, że takie preferencje polityczne ugruntowują wizerunek frankowiczów, jako lemingów z „Miasteczka Wilanów”, którzy uważają, że PiS to „obciach”, bo tak usłyszeli w TVN-ie.

Niezależnie jednak od tego, co można sądzić o frankowiczach, problem wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach (i systemy bankowe jakoś się nie zawaliły). To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności – są dalece posunięte wątpliwości co do samej natury i legalności produktu, umowy zawierane z klientami są najeżone klauzulami abuzywnymi, co znajduje potwierdzenie w kolejnych wyrokach sądowych, wreszcie – w wielu przypadkach owe „kredyty” są nie do spłacenia, co czyni je, cytując klasyka, „nowoczesną formą niewolnictwa”. To chyba wystarczające powody, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (01-07.03.2019)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Syndrom „drzwi obrotowych”

Szkolenie sędziowskie, czyli jak orzekać metodą „na gotowca”.

Jedną z patologii życia publicznego (nie tylko w Polsce, żeby była jasność) jest zjawisko tzw. „drzwi obrotowych”, czyli przechodzenia z biznesu do pracy w instytucjach państwowych i z powrotem. Pół biedy, jeśli dana osoba na nowym miejscu pracy nie ma związku z branżą w której uprzednio funkcjonowała – ale to są wyjątkowe przypadki. Na ogół jest odwrotnie – opisywałem tutaj swojego czasu przypadek Andrzeja Jakubiaka, który z funkcji wiceprezydenta Warszawy przeskoczył na fotel przewodniczącego KNF, a po zakończeniu kadencji znalazł pracę na stanowisku dyrektora działu prawnego w mBanku, czyli instytucji, którą jeszcze przed momentem nadzorował. Nawiasem, dziedzictwem pana Jakubiaka jest przegrany przez Polskę w międzynarodowym arbitrażu spór z luksemburską grupą ABRIS Capital Partners, który może nas kosztować ponad 2 mld. zł – spór, dodajmy, sięgający jeszcze czasów warszawskiej wiceprezydentury Jakubiaka. W każdym razie, konflikt interesów bije po oczach, podobnie jak w przypadku obecnego premiera Mateusza Morawieckiego – jako prezes Banku Zachodniego WBK „wszedł” w udzielanie frankowych łże-kredytów, zaś już jako prominentny superszef gospodarczych resortów dał się poznać z niechęci do systemowego rozwiązania tego problemu. To, że prace nad stosowną ustawą jakoś nie mogą ruszyć z miejsca nie jest dziełem przypadku, czego widomym dowodem były słynne słowa Jarosława Kaczyńskiego, że frankowicze powinni sprawiedliwości dochodzić w sądach – i można podejrzewać, że to umycie rąk odbyło się za sprawą właśnie Mateusza Morawieckiego, który całą rzecz przedstawił prezesowi w odpowiednim świetle.

A skoro już jesteśmy przy frankowiczach i sądach. Oto mamy kolejny, dość bulwersujący przypadek „obrotowych drzwi” i to sięgający samych szczytów sądowej hierarchii, bo dotyczący sędziego Sądu Najwyższego. Jak ustaliło stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”, w grudniu ub.r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyło się szkolenie z udziałem stołecznych sędziów, które poprowadził sędzia Sądu Najwyższego Mirosław Bączyk. Przedmiotem szkolenia były wyroki SN w sprawach frankowych wydawane z udziałem tegoż sędziego. I teraz najciekawsze – otóż na poprzednim etapie swojej kariery Mirosław Bączyk był związany jako prawnik z sektorem bankowym. Jak czytamy: „SSN Mirosław Bączyk w latach 1990–1991 był pierwszym w Polsce Rzecznikiem Spraw Klientów Bankowych i doradcą Prezesa NBP w Warszawie. W latach 1995–1999 doradcą prawnym Przewodniczącego Rady Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w Warszawie. Był również arbitrem Sadu Polubownego działającego przy Związku Banków Polskich, instytucji powołanej i utrzymywanej przez banki”. Równolegle, jako wykładowca jest kierownikiem Katedry Prawa Cywilnego i Bankowego na Wydziale Prawa i Administracji UMK w Toruniu.

Można zapytać – co w tym złego, że specjalista od prawa bankowego orzeka w sprawach frankowiczów? Wskazana powyżej działalność np. przy ZBP, to jedno. Ale wątpliwości budzą także wyroki SN omawiane podczas szkolenia – były one bowiem, jak podkreśla stowarzyszenie SBB, albo niekorzystne dla frankowiczów, albo co najmniej ambiwalentne. Przykładowo, wyrok SN z 14 maja 2015 (sygn. II CSK 768/14) dotyczący klauzuli zmiennego oprocentowania doczekał się krytycznej glosy dr Jacka Czabańskiego (Palestra 1-2/2016). W sprawie tej Sąd Apelacyjny uznał, iż ze względu na nieprecyzyjne kryteria pozwalające bankowi dowolnie modyfikować oprocentowanie (z czego bank skwapliwie korzystał) klauzula jest nieważna. Sąd Najwyższy natomiast uchylił jedynie część zaskarżonej klauzuli, uznając zarazem, że pozostaje ona wiążąca w aspekcie odwoływania się „do kryteriów ustalania (weryfikowania) stopy procentowej w czasie trwania stosunku kredytowego” - co idzie pod prąd zarówno dotychczasowego orzecznictwa, jak i chociażby Dyrektywy 93/13/EWG. Powyższe oznacza bowiem (co SN wprost zawarł w uzasadnieniu), że należałoby powołać biegłego, który zbadałby zasadność kolejnych zmian oprocentowania w trakcie trwania umowy. Oczywisty absurd – choćby ze względu na rozległość potencjalnych kryteriów oceny.

I tu powstaje zasadnicza wątpliwość – czy ów „instruktaż” nie narusza zasady niezawisłości sędziowskiej, chociażby biorąc pod uwagę autorytet szkolącego? Nie jest tajemnicą, że w sądach niższych instancji od pewnego czasu kształtuje się linia orzecznictwa korzystna dla kredytobiorców – czyli przeciwna wobec poglądów sędziego Bączyka. Nie sposób nie odnieść tu wrażenia, że szkolenie może mieć na celu swoistą korektę tego dość bolesnego dla banków trendu. Jak podnoszą frankowicze, już teraz w II Wydziale Cywilnym Sądu Okręgowego w Warszawie orzeka sędzia nagminnie oddalający pozwy poszkodowanych – odwołując się właśnie do orzeczeń SN wydawanych z udziałem sędziego Bączyka. Teraz owa metoda orzekania „na gotowca” może się upowszechnić, co sprawi, że przytaczana tu dobra rada prezesa Kaczyńskiego o dochodzeniu przez klientów banków sprawiedliwości w sądach zabrzmi jak ponura drwina.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (02-08.02.2018)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Art. 212 – knebel na dziennikarzy

Po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Wśród wielu reliktów komuny jakie wciąż funkcjonują w polskim prawodawstwie warto zwrócić uwagę na artykuł 212 Kodeksu Karnego penalizujący przestępstwo zniesławienia. Przepis ów, jak niekiedy się uzasadnia jego istnienie, ma np. służyć osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. W praktyce jednak, ze względu na szeroki zakres (pomówić można nie tylko osobę prywatną, ale też organizację, instytucję, osobę prawną itp.), jak i wykładnię mówiącą, że wystarczy potencjalnie narazić na szwank czyjąś reputację, by ponieść odpowiedzialność karną – niezależnie od rzeczywistych skutków inkryminowanej wypowiedzi - regulacja ta stała się poręcznym narzędziem dla różnych pieniaczy chcących zakneblować niepożądaną krytykę pod swoim adresem. Szczególnie restrykcyjny jest par. 2 art. 212 definiujący kwalifikowany typ zniesławienia – czyli dokonanie go „za pomocą środków masowego komunikowania”, co skutkować może nie tylko grzywną czy ograniczeniem wolności, lecz nawet karą bezwzględnego pozbawienia wolności do roku.

Właśnie ów kwalifikowany typ przestępstwa jest ze szczególną lubością wykorzystywany do tłumienia medialnej krytyki oraz ciągania po sądach dziennikarzy i publicystów. W oczywisty sposób ma to budować efekt zastraszenia - zarówno dziennikarz jak i redakcja mają pomyśleć dwa razy zanim zaczepią jakąś wpływową osobę lub organizację działającą w przestrzeni publicznej, bo bez względu na finał takiej sprawy, proces karny i występowanie w charakterze oskarżonego jest już dolegliwością samą w sobie. Zwraca uwagę „nierównomierność ryzyka”: oskarżyciel zawsze może potencjalnie wygrać, oskarżony – co najwyżej nie przegrać. Taka konstrukcja sprawia, że art. 212 KK stanowi znakomite pole do szykanowania dziennikarzy za upublicznianie różnych niewygodnych treści.

Rzecz jasna nawiązuję tutaj do wytoczonego mi przez Związek Banków Polskich procesu – właśnie z art. 212 – za moje dwa felietony do „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich”. Trzeba podkreślić, że ZBP nie skorzystał z możliwości sprostowania, polemiki, czy wszczęcia procedury cywilnoprawnej, wytaczając od razu najcięższe działa – intencja jest więc jasna: o bankach pisać można tylko dobrze, albo wcale. Niemniej, pozostawiając na boku moją sądową utarczkę z bankami (też swoją drogą ciekawe, czy aby na pewno wszystkie banki działające w Polsce są zachwycone działalnością obecnego kierownictwa ZBP, bo w kredyty frankowe, które były tematem obu felietonów, umoczone jest zaledwie kilka najbardziej „toksycznych” podmiotów) – zaznaczyć należy, że problem z art. 212 KK istnieje od dawna i od dawna przepis ten jest obiektem krytyki organizacji pozarządowych, dziennikarskich oraz instytucji międzynarodowych – od lewa do prawa.

Sięgnijmy dla przykładu po opublikowany jeszcze w 2009 r. wspólny raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Izby Wydawców Prasy „Paragraf 212. Karanie dziennikarzy za zniesławienie w polskiej praktyce”. Mamy tam m.in. odniesienia do orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wskazującego na efekt zbliżony do cenzury prewencyjnej obowiązywania art. 212 KK, czy stanowisko OBWE wzywające Polskę do usunięcia przepisów godzących w wolność słowa. Nade wszystko jednak – opis szeregu spraw, w których dziennikarzy (często z niewielkich, lokalnych mediów) skazano, bo nieopatrznie zadarli z przedstawicielami urzędniczego establishmentu. W momencie publikacji raportu na mocy art. 212 KK skazano 1069 osób, w tym 241 na karę pozbawienia wolności. Nierzadko stosowano również środki zabezpieczające w postaci aresztu tymczasowego.

Jak do tej pory, apele środowisk dziennikarskich, wydawców, czy krytyczne wobec polskiego ustawodawstwa konkluzje Trybunału w Strasburgu trafiały w próżnię. ETPC podnosił niejednokrotnie, że prawnokarna penalizacja zniesławienia jest nie do pogodzenia z Europejską Konwencją Praw Człowieka, prowadzi bowiem do zjawiska „zamrożenia” („chilling effect”) i stosowania autocenzury: „Swoboda wypowiedzi jest jednym z filarów społeczeństwa demokratycznego (...) Nie może ona ograniczać się do informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie albo postrzegane jako nieszkodliwe lub obojętne, lecz odnosi się w równym stopniu do takich, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój”.

Co ciekawe, różne siły polityczne, dopóki znajdują się w opozycji, podzielają pogląd o nadmiernej represyjności przepisów dotyczących zniesławienia i zagrożeń jakie się z tym wiążą dla zagwarantowanej konstytucyjnie wolności słowa oraz interesu publicznego. Jednak po dojściu do władzy ich punkt widzenia dostosowuje się błyskawicznie do punktu siedzenia (na zasadzie: a może ten „bat na pismaków” kiedyś nam posłuży) i zapominają o deklarowanych chwilę wcześniej poglądach. Póki co, kodeksowy „knebel” funkcjonuje w najlepsze – w końcu, po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3942-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 26 (24-30.06.2016)

czwartek, 23 czerwca 2016

Depresja bankstera

O bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces.

„Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba / A tam zachodnim bankierom to włosy stają dęba” - śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz, pochylając się nad ciężkim losem zachodnich finansistów, którzy nieopatrznie utopili spore pieniądze w PRL-owskim cudzie gospodarczym doby Edwarda Gierka. Obecnie mamy sytuację podobną, z tą różnicą, że działający u nas zachodni i częściowo rodzimi bankierzy nawciskali ludziom na lewo i prawo toksycznych produktów finansowych w rodzaju walutowych opcji, kredytów niby-frankowych i polisolokat, a teraz przeżywają zgryzoty („A teraz zachodnim bankierom / Zgryzoty, jeno zgryzoty”), bo i ludzie nie pozwalają się dalej bezkarnie doić i – co gorsza – również władza zmieniła się na taką, dla której opinia tzw. „rynków”, czyli giełdowych spekulantów niekoniecznie stanowi ostateczną wyrocznię. Taka nagła zmiana musiała spowodować wśród nasłanej tu do drenowania Polaków szajki finansowej niemały wstrząs i niedowierzanie, te zaś szybko zamieniły się we wściekłość połączoną z objawami paniki, bo oto sypie się cudowny, obliczony na dziesięciolecia plan kolonialnej eksploatacji nadwiślańskiego bantustanu.

Jak napisał prof. Witold Modzelewski we wstępie do książki Janusza Szewczaka „Banksterzy. Kulisy globalnej zmowy”, lobby bankowe przyzwyczaiło się, że wszelkie regulacje prawne pisze „pod siebie” i wręcza kolejnym układom rządzącym do przyklepania. A tu szok – na horyzoncie rysuje się widmo odwalutowania kredytów frankowych, lada chwila ktoś pochyli się nad procederem polisolokat, a i niedawna opinia Rzecznika Finansowego miażdżąca łże-kredyty oraz niepokojące wieści z sali sądowej – sąd przyznał rację klientowi mBanku i uchylił klauzulę waloryzacyjną, co w praktyce oznacza przewalutowanie kredytu i zwrot nadpłaconych rat - nie napawają optymizmem.

„A tam zachodnim bankierom / Za wcześnie siwieją włosy” - śpiewał Andrzej Rosiewicz, co jako żywo pasuje do zszarpanych nerwów lokalnych namiestników banksterskiej międzynarodówki. Nic więc dziwnego, że państwo ci zaczynają wykonywać jakieś groteskowe, nieskoordynowane ruchy, charakterystyczne dla działania w stanie długotrwałego, wyniszczającego stresu. Tylko w ten sposób potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć, że zostałem pozwany przez Związek Banków Polskich o zniesławienie – w trybie art. 212 Kodeksu Karnego – za swoje dwa felietony dla „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich” (do znalezienia w internecie). W felietonach, jak to w felietonach, pojechałem „na ostro”, nie pisząc jednakże niczego, czego nie mówiono by i nie pisano w różnych mediach - o tym co mówią między sobą ludzie, szczególnie ofiary frankowych produktów spekulacyjnych, nie wspominając.

Przykładowo (by nie odkrywać swoich kart przed procesem poprzestanę na tym jednym exemplum) – zarzucono mi, iż naraziłem ZBP, zrzeszone w nim banki i pracowników „na utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej działalności”. No cóż, aby coś utracić, trzeba najpierw to „coś” mieć – w tym przypadku „zaufanie potrzebne dla...” - i tak dalej. Przepraszam, ale czy są na sali osoby, które jeszcze do niedawna miały bezgraniczne zaufanie do banków, uważały je za wzorzec z Sevres uczciwości, rzetelności i temu podobnych przymiotów, a dopiero pod wpływem moich dwóch skromnych felietonów, owo zaufanie uległo zachwianiu, a może nawet nieodwracalnej destrukcji? Proszę się zgłaszać, palec pod budkę... Ano właśnie.

Pochlebiam sobie, że znalazłem się w dobrym towarzystwie – uprzednio bowiem ZBP próbował zakneblować pozwem cywilnym pana Macieja Pawlickiego – prezesa zrzeszającego frankowiczów stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”. Pan Pawlicki (którego sprawa stała się zresztą inspiracją dla jednego z inkryminowanych felietonów) miał odszczekać spod stołu opinię, że bankierzy są „rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Na szczęście sąd wniosek związku zawodowego banksterów oddalił. Podobnie pan wiceprezes ZBP Jerzy Bańka, którego podpis widnieje pod pełnomocnictwem procesowym również w mojej sprawie, próbował zaciągnąć do sądu dr Janusza Szewczaka, gdy ten wyraził przypuszczenie, że mogło dojść do manipulacji stawkami WIBOR.

Jak twierdzi wspomniany Janusz Szewczak o bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces. Jest to rozpaczliwa próba zakneblowania negatywnych opinii o funkcjonowaniu banków w Polsce i jednocześnie dążenie do ustawienia sądu w uwłaczającej polskiemu wymiarowi sprawiedliwości roli cenzora. Słowem – panika. Ale cóż: Żal mi zachodnich bankierów / Liczyli te swoje procenty / Chcieli trochę zarobić / Wpłynęli w ciemne odmęty...”.

A teraz czekam na pozew za cytowanie Rosiewicza.

*
A poza tym:

Gadający Grzyb

http://archiwum.gf24.pl/wytarzac-banksterow-w-smole-i-pierzu/

http://archiwum.gf24.pl/kurs-sprawiedliwy-dla-wszystkich/

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (17-23.06.2016)

„Głośne” przejęcie!

Należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego.

Niedawno zespół prezydenckich ekspertów przedstawił nowe propozycje rozwiązania problemów tzw. kredytów frankowych – delikatnie mówiąc, dość zagmatwane, bo mamy tam i cztery warianty „kursu sprawiedliwego”, i przewalutowanie po obecnym kursie, i zwrot nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu... Jednak ciekawsze było to, co działo się na marginesie prac i w debacie publicznej dotyczącej zagadnienia. Związek Banków Polskich na spotkaniu u prezydenta prezentował nieodmiennie znakomite samopoczucie wskazując na dobroczynne skutki frankowych produktów i prezentując banki niemal niczym instytucje charytatywne. Nieco wcześniej znacznie dalej poszedł prezes mBanku, Cezary Stypułkowski, stwierdzając w tekście na stronach „Rzeczpospolitej”, iż mBank jest wręcz stratny i dopłaca do kredytów frankowych! („W sumie od lat ekonomiczny wynik na portfelu frankowym jest u nas ujemny”). Hmm... zważywszy, że umowy opiewają np. na 30 lat, to może klienci posiadający rachunki w bankach „umoczonych” we franki powinni się czym prędzej ewakuować – bo jak długo bank może wozić się ze swoim wiodącym produktem, który generuje straty i nie zbankrutować? Pan prezes Stypułkowski propozycję odwalutowania kredytów nazywa „rabunkiem” i lokuje ją „poza obszarem rozwiązań, jakie mogłyby zostać uznane za kompromis przez banki”, wskazując ponadto, iż taki „precedens” miałby „demolujące, długookresowe skutki dla dyscypliny zobowiązań w Polsce”.

Z powyższego wynika, iż Cezary Stypułkowski nie słyszał o tego typu „precedensach” na Węgrzech czy w Chorwacji – jak z tamtejszą „dyscypliną zobowiązań”? Generalnie, banki „zabetonowały się”, co na pierwszy rzut oka może się wydawać nieco dziwne – czyżby naprawdę nie widziały, że tak dalej funkcjonować zwyczajnie się nie da? Skąd ten kurs na totalną konfrontację na zasadzie „wszystko albo nic” i to pomimo z jednej strony, stosunkowo kompromisowych propozycji Kancelarii Prezydenta, a z drugiej – niekorzystnych dla banków wyroków sądów powszechnych, decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (klauzule abuzywne), ostatnio zaś miażdżącego raportu Rzecznika Finansowego podważającego wręcz legalność produktów frankowych? Być może jest to próba sił – jeśli banki wygrają, umocnią się na pozycji finansowych właścicieli Polski. Może jednak po prostu z zachodnich central przyszedł rozkaz „ani kroku wstecz” - banki kredyty frankowe finansowały m.in. pożyczając walutę u swych zagranicznych właścicieli, stając się tym samym gigantyczną przepompownią pieniędzy i de facto pośrednikiem na linii kieszeń kredytobiorcy – zachodnia centrala. W tym ujęciu „na papierze” taki mBank faktycznie może „tracić” - ale też od samego początku to nie on miał zyskiwać, tylko poprzez spłatę zobowiązań zaciągniętych na pokrycie kosztów akcji kredytowej zasilać swoich zagranicznych wierzycieli i/lub centralę.

Ale to nie wszystko. W międzyczasie bowiem pojawił się pomysł, by banki na pokrycie „strat” wynikających z odwalutowania, tak by nie trzeba było ich księgować jednorazowo, emitowały akcje, które wykupywałby np. NBP. Akcje byłyby „nieme” - NBP nie miałby w związku z nimi żadnych uprawnień władczych, ani prawa do dywidendy. Akcje te byłyby następnie stopniowo odkupywane przez banki przez najbliższe 20-30 lat. W operacji użyto by m.in. rezerw walutowych NBP – czyli banki zrobiłyby „skok” na rezerwy, a międzynarodowi spekulanci przypuściliby atak na złotówkę. Coś pięknego. Ostatnio z kolei pojawiła się inna koncepcja – banki miałyby założyć spółkę–wydmuszkę do której „wypchnęłyby” toksyczne produkty walutowe i której byłyby akcjonariuszami. Znów: chodzi o rozłożenie „strat” na kilkudziesięcioletnie „raty”.

To ja już wolę pierwszy z wariantów – z wykupem akcji przez NBP, z jednym zastrzeżeniem: to mają być jak najbardziej „głośne” akcje – z pełnią przysługujących im uprawnień. Jak niedawno napisałem – przewalutowanie kredytów frankowych może być znakomitym sposobem na repolonizację sektora i to tanim kosztem. Przypomnijmy, że wcześniejsze projekty skutkowały każdorazowo zachwianiem kursu akcji „umoczonych” banków. Tym razem byłoby podobnie – uchwalenie stosownej ustawy spowodowałoby przecenę akcji, zatem i wykup emisji przeznaczonych na pokrycie „strat” stanowiłby okazję do przejęcia znacznej części sektora za bezcen. Dodatkowym plusem jest, że im bardziej restrykcyjna (a korzystna dla kredytobiorców) byłaby ustawa, tym spadek cen akcji większy i koszty operacji niższe. Powtórzę: zamiast „cichego” wykupu niczego nie dających „niemych” akcji należy uskutecznić jak najbardziej „głośne” przejęcie. Innej sensownej opcji dla repolonizacji nie widzę – przewalutowanie zatem należy postrzegać jako szansę, a nie problem.

Nade wszystko jednak należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego, będącym swoistym „gotowcem” do wykorzystania. To naprawdę jest do zrobienia – wystarczy nieco odporności na lobbing i zdecydowania.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (17-23.06.2016)

czwartek, 16 czerwca 2016

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa.

Czytam o propozycji Związku Banków Polskich odnośnie tzw. „kredytów frankowych” (czyli, nigdy dość przypominania, toksycznych produktów spekulacyjnych łączących elementy kredytu hipotecznego z opcją walutową) i przecieram oczy. Czy jest to wykwit czystej głupoty, czy przeciwnie – desperacka próba piarowskiego zamydlenia oczu poprzez okazanie tzw. „dobrej woli” sektora bankowego? Oto ZBP wspólnie z agencją doradczą EY proponuje przewalutowanie kredytu po aktualnym kursie franka szwajcarskiego, z tym że rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, którym po zapłaceniu raty zostaje mniej niż 30 proc. pensji netto „na życie” (wyliczenia dokonywano by na podstawie PIT-u za ubiegły rok). Dodatkowo, rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, które zakupiły mieszkanie do 75 m2, lub dom do 150 m2 i do tej pory nie miały opóźnień w spłacie. Powstały w ten sposób nowy kredyt oprocentowany byłby na zasadzie połączenia stopy WIBOR i marży z kredytu „frankowego”. Możliwe byłoby również wydłużenie okresu spłaty o maksymalnie 5 lat, lub – opcjonalnie – o 20 proc. pozostałego czasu obowiązywania umowy, ponadto, gdyby rata wciąż była wyższa niż 70 proc. dochodów kredytobiorcy, możliwe byłoby częściowe umorzenie długu. Przewalutowanie następowałoby wyłącznie z inicjatywy banku. Wedle bankierów powyższe rozwiązanie miałoby pomóc osobom pozostającym w najcięższej sytuacji.

Cynizm? Bezczelność? Hucpa? Doprawdy, trudno znaleźć odpowiednie słowa w języku ludzi cywilizowanych, by opisać ten kolejny przejaw banksterskiej arogancji. Już pobieżny przegląd tej „oferty” pokazuje bowiem, że tak skonstruowane „przewalutowanie” mimo niższej jednorazowej raty skutkuje potężnym wzrostem pozostałej do spłacenia sumy – i to przy wyższym oprocentowaniu. Krótko mówiąc, będziesz spłacał, frankowiczu, nieco mniej miesięcznie, ale za to dłużej i w konsekwencji – więcej. Proszę, jacy łaskawcy. Być może to wynik paniki, bowiem lobby bankowemu grunt zaczyna pomału usuwać się spod nóg, jako że na finiszu są prace w Kancelarii Prezydenta nad nową wersją ustawy „o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki”. Z pewnością zostanie oprotestowana i to w atmosferze szantażu, jak poprzedni projekt, ale mam nadzieję, że po pierwsze – tym razem jednak Kancelaria nie ugnie się przed naciskami lobbystów i histerią kreowaną przez sprzedajne media, po drugie – czego prezydencki projekt by nie zawierał i tak z pewnością będzie lepszy niż to... „coś” przedstawione przez ZBP. Do tego śmielej do ofensywy przystępuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta w sprawie różnego rodzaju niedozwolonych praktyk, a i niedawny wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście w istocie „przewalutowujący” kredyt klienta mBanku i to z zachowaniem oprocentowania wg stawki LIBOR oraz nakazujący mBankowi zwrot nadpłaconych rat (przez 10 lat uzbierało się 19 tys. zł. „nadwyżki”), może być jaskółką zwiastującą uwalnianie się sądów spod banksterskiej presji. Warto przypomnieć, że w Sejmie znajduje się projekt ustawy zgłoszony przez środowiska „frankowiczów” za pośrednictwem klubu Kukiz'15 zakładający przewalutowanie po kursie z dnia zawarcia umowy. No i rzecz po której sobie naprawdę dużo obiecuję w perspektywie dekolonizacji Polski spod panowania lichwy – jeżeli potwierdzi się, że nowym szefem Komisji Nadzoru Finansowego, zamiast jakiegoś „kandydata rynków” zostanie Janusz Szewczak, to objawy paniki wszechwładnego do tej pory „sektora finansowego” stają się więcej niż zrozumiałe...

Oczywiście za chwilę zostaniemy zaatakowani kolejnymi „wyliczeniami” bankowych „strat” wziętymi już nawet nie z Księżyca, lecz wprost z Saturna i groźbami fali bankructw. Cóż, jeżeli jest tutaj jakiekolwiek racjonalne jądro i faktycznie te banki, które za bardzo sobie „poszalały” wpędzając klientów w pułapki „łże-kredytów”, mogą czekać kłopoty, odpowiem – tym lepiej! Wiąże się to z tytułowym „sposobem na repolonizację” bankowej branży. Otóż przewalutowanie frankowych produktów może stać się katalizatorem odzyskania przez państwo polskie tej strategicznej gałęzi gospodarki. Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa. Po co przepłacać, wykupując teraz banki po zawyżonej cenie, jak jeszcze za poprzednich rządów zrobił to PKO BP przejmując Nordeę? O wiele lepiej przejąć bankruta za bezcen, może nawet za symboliczną złotówkę. Państwo na tym nie straci – „przewalutowani” kredytobiorcy i tak będą musieli spłacić kredyt, tyle, że już na normalnych, uczciwych zasadach, zyski banków wreszcie pozostaną w Polsce (coroczne zestawienia świadczą o gigantycznej rentowności sektora) zamiast wędrować na wyspy Bergamuty. Stracą jedynie międzynarodowi lichwiarze dojący dziś bez zmiłowania polskich kredytowych niewolników. No a nade wszystko, na miejscu żadnej władzy nie lekceważyłbym elektoratu „frankowiczów” - a właśnie zaczyna im się kończyć cierpliwość.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Repolonizacja banków – tak, ale z głową

„Repolonizacja franka

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (03-09.06.2016)

czwartek, 9 czerwca 2016

Związek Banków Polskich wytoczył mi proces

To nie żart. Związek Banków Polskich wytoczył mi proces karny w trybie prywatnoskargowym ze słynnego art. 212 Kodeksu Karnego – o zniesławienie. Poszło o moje dwa felietony zamieszczone w „Gazecie Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich”.

Oczywiście, nie omieszkam w stosownym czasie odnieść się publicznie do tego, co zawarte jest w poniższym dokumencie. Póki co, zostawiam Państwa sam na sam z aktem oskarżenia (wraz z uzasadnieniem). Tym, którzy będą mieli cierpliwość, by przebrnąć przez te siedem stron życzę owocnej lektury :)
Aha - "Gazeta Finansowa" zachowała się naprawdę świetnie - mam pełne poparcie i zapewnioną pomoc prawną. Powalczymy :)

Gadający Grzyb

PS. Dokument w PDF można sobie pobrać stąd: https://drive.google.com/file/d/0BwxoYVChBusgcW1WZzF4YmpibFU/view?usp=sharing

czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozpędzić KNF!

Należy rozgonić na cztery wiatry Komisję Nadzoru Finansowego, skopawszy tej banksterskiej jaczejce solidnie tyłki na do widzenia.

I. Banksterska wścieklizna

„Opinia” Komisji Nadzoru Finansowego dotycząca skutków prezydenckiej ustawy o przewalutowaniu kredytów frankowych po tzw. „kursie sprawiedliwym” ostatecznie obnażyła rolę tego organu jako ekspozytury lobby banksterskiego. Słowo „opinia” wziąłem tu w cudzysłów nie bez przyczyny, bowiem w istocie nie jest to żadne wypracowane samodzielnie stanowisko – KNF jedynie powtórzyła własnymi słowami to, co przekazały jej banki. Gdyby tego typu wyliczenia przedstawił chociażby Związek Banków Polskich, to publiczność mogłaby nabrać podejrzeń, że bankierzy celowo zawyżają konsekwencje ustawy, by ją storpedować. Ponieważ jednak szacunki przedstawiono za pośrednictwem „niezależnego” i „obiektywnego” organu kontrolnego, to media z miejsca rzuciły się z alarmistycznym gardłowaniem, jakoby KNF „zmiażdżyła” projekt ustawy frankowej, jak raczyła się wyjęzyczyć niezawodna w takich razach „Wyborcza”. Otóż nie. Jeżeli KNF cokolwiek „zmiażdżyła”, to resztki własnego prestiżu, próbując nam wcisnąć ewidentną ciemnotę. Swoją drogą, sytuacja musi być naprawdę podbramkowa, skoro banksterska agentura została zmuszona do tak ostentacyjnego zrzucenia masek i autokompromitacji.

Ale po kolei. Projekt opracowany w Kancelarii Prezydenta zakłada przewalutowanie po „kursie sprawiedliwym” wyliczanym indywidualnie dla każdego kredytobiorcy wedle ustawowego algorytmu. Algorytm ten służy określeniu różnicy między sumą spłaconych dotąd rat, a ratami, gdyby dany kredyt zaciągnięto w złotówkach. Powstałą w ten sposób różnicę odliczanoby od kapitału pozostałego do spłaty. Drugi element mechanizmu przewalutowania polegałby na dostosowaniu spreadów walutowych, często ustalanych uznaniowo przez banki, do kursów NBP w danym okresie – tu również różnica odejmowana byłaby do kapitału kredytu. Modyfikacja kredytu przebiegałaby na jeden z trzech sposobów: dobrowolny (bank sam przystosowuje umowę do warunków określonych w ustawie), przymusowy (zmiany dokonywane są na wniosek klienta), ewentualnie klient zostaje uwolniony od kredytu poprzez przeniesienie własności nieruchomości na bank. Co więcej, miesięcznie z tytułu „strat” banki mogłyby odliczać sobie do 20 proc. kwoty podatku bankowego i to w systemie „kroczącym” - tzn. niewykorzystane odliczenia przechodziłyby na kolejne miesiące, aż do pełnej amortyzacji „straty”.

Jak widać, projekt jest stosunkowo łagodny, odchodzi np. od pomysłu przewalutowania kredytu po kursie z dnia zawarcia umowy, co byłoby bardziej na miejscu, bo w istocie nie mieliśmy do czynienia z kredytami, lecz instrumentami finansowymi wysokiego ryzyka złożonymi z dwóch elementów – kredytu hipotecznego i opcji walutowej. Innymi słowy, klient zakładał się z bankiem, niczym u bukmachera, o przyszły kurs waluty. Nie wspomnę już o takim drobiazgu, że przy tej okazji „fizycznie” nie było w obrocie żadnych franków szwajcarskich. Ani nie otrzymywał ich klient, ani deweloper, ani same banki nie znajdowały się w ich posiadaniu. Dodatkowo, ryzyko walutowe w całości zostało przerzucone na kredytobiorców, ponieważ banki dysponowały rozmaitymi zabezpieczeniami (swapy, CIRS-y) niedostępnymi dla większości klientów – czyli w praktyce zastosowano zasadę „kasyno zawsze wygrywa”. Ale nawet tak łagodne – moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie – potraktowanie ewidentnych wydrwigroszy wystarczyło, by banki dostały wścieklizny.

II. „Bez kozery powiem: pińćset”

Festiwal straszenia konsekwencjami przewalutowania rozpoczął się jeszcze w poprzedniej kadencji, kiedy to parlament również procedował ustawę kredytową. Szczytem wszystkiego był list rządu Ewy Kopacz do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (przy okazji sprawy wniesionej przez węgierski Sąd Najwyższy), grożący że delegalizacja kredytów walutowych naraziłaby polski sektor finansowy na kilkudziesięciomiliardowe „straty”. Od tej pory co i rusz atakowano nas kolejnymi „szacunkami”. Dom maklerski „Trigon” mówił o 19 mld. zł, tenże „Trigon” po ogłoszeniu prezydenckiego projektu podniósł stawkę do 40 mld. zł, niedawno NBP przebił licytację podając kwotę 44 mld. zł spodziewanych „strat” sektora, ING natomiast rzucił na stół 47 mld. No a teraz KNF zakasowała wszystkich sumą 66,9 – 103,4 mld. zł. Przepraszam, ale przy takich rozpiętościach nie sposób traktować całej tej szopki poważnie.

W jaki właściwie sposób, według jakiej metodologii obliczane były kolejne kwoty? Pytanie takie zadał na posiedzeniu Narodowej Rady Rozwoju prof. Witold Modzelewski – nie żaden „oszołom” przecież, tylko uznany fachowiec od finansów i prawa podatkowego – i nie doczekał się odpowiedzi. Z „opinii” KNF wynika, że banki zwyczajnie zrobiły prostą symulację: jeśli frank będzie w przyszłości kosztował tyle a tyle, to nasza „strata” wyniesie „pierdylion” peelenów. Jak w znanym skeczu Laskowika i Smolenia: „bez kozery powiem pińćset! Dziesięć tysięcy! Pięćdziesiąt! Milion!”. Ot i cała „metodologia” - zakładamy, że kurs franka wrośnie o 25 proc. i otrzymujemy ponad 103 miliardy „straty”, czyli „trup baronowo, grób baronowo, plajta, klapa, koniec, krach!”. Dlatego owo kuriozum spłodzone w KNF-ie należy potraktować właśnie jako skecz kabaretowy trzeciej świeżości i w całości wyrzucić do kosza. Kolejnym bulwersującym elementem tego żenującego przedstawienia jest to, że Komisja Nadzoru Finansowego grzecznie zwróciła się do banków z ankietami, banki wpisały w nie to, co im było wygodne, zaś KNF nie raczyła tego w żaden sposób zweryfikować. Taki to „organ kontrolny”. Wyobraźmy sobie np. kontrolę skarbową, która zadowala się wypełnieniem przez przedsiębiorcę ankiety...

Jest jeszcze jeden charakterystyczny szczegół. Kancelaria Prezydenta zwróciła się także z zapytaniem o podanie danych ile banki do tej pory zarobiły na swych łże-kredytach. Pytanie to zostało bezczelnie zignorowane – zarówno przez banki, jak i samą KNF.

III. Pogonić banksterską jaczejkę

Jednak w tym wszystkim jedno jest pocieszające. Otóż w reakcji na banksterską hucpę wreszcie pojawił się w dyskursie publicznym argument, który podnosiłem do tej pory kilkakrotnie m.in. w felietonach dla „Gazety Finansowej” - taki mianowicie, że owe „straty”, to nie są żadne „straty”, tylko spodziewane zyski, jakie banki planowały zainkasować ze swojego toksycznego produktu. Krótko mówiąc, mimowolnie banki wysypały się, na jaką skalę zamierzają wydoić Polaków, zaś Komisja Nadzoru Finansowego posłużyła za pas transmisyjny, do czego dołączył się medialny jazgot. W efekcie do obywateli, nawet tych nie umoczonych w „łże-kredyty” dotarł rozmach całego procederu. Tak oto nakręcając medialną histerię banksterzy dokonali samozaorania – i to na kilku poziomach. Kolejnym poziomem jest bowiem mit o wyśmienitej kondycji sektora bankowego – jakaż to „kondycja” jeżeli całą potężną ponoć branżę może położyć modyfikacja jednego produktu i to amortyzowana odliczeniami podatkowymi? Wniosek jest taki, że mamy do czynienia z jakimiś wirtualnymi projekcjami – banki udzielały kredytów, wpisywały sobie je po stronie przychodów, na to konto kreowały następne poziomy finansowej piramidy... po czym okazuje się, że wystarczy wyjąć jeden klocek i cała „potęga” sypie się jak domek z kart.

Dodatkowo, warto zwrócić uwagę, że przecież nie mówimy o „stratach” (czy może raczej – zmniejszonych zyskach) w skali jednego roku. Nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę któreś z tych wyliczeń płodzonych na zasadzie „kto da więcej”, to wszak owe korzyści utracone na skutek ukrócenia możliwości walutowej spekulacji (bo do tego całe przewalutowanie się sprowadza) zostaną rozłożone na kolejnych 20 lat. Nikt bankom nie każe sięgać nagle do sejfów i oddawać kilkudziesięciu miliardów. Kwotę kredytu plus odsetki jak najbardziej zainkasują. Gdzie więc jest ta „strata”?

No i wreszcie – owe 40, 44, 47, 67 miliardów (za każdym razem się śmieję, gdy patrzę na ten rozrzut) zostanie w kieszeniach Polaków. Zamiast przynieść je bankom w zębach, przeznaczą je na towary i usługi – co ważne, na realnym rynku. Takie jest prognozowane zasilenie gospodarki uwolnionym pieniądzem, finansowymi „mocami przerobowymi” obywateli. Od tego budżet państwa ściągnie podatki, choćby VAT. Jeśli „500+” ma nakręcić koniunkturę, to wyobraźmy sobie pobudzenie gospodarcze wskutek przewalutowania.

A że banki mogą zacząć się zwijać? Tym lepiej. Jeśli stracą na wartości, lub wręcz kilka z nich padnie, otworzy to na oścież wrota do repolonizacji sektora – tak stało się na Węgrzech po wprowadzeniu podatku od instytucji finansowych, możemy powtórzyć to i u nas. Potem pogonimy banksterów wytarzawszy ich uprzednio dla przykładu w smole i pierzu, na czele z szantażystami ze Związku Banków Polskich, już teraz natomiast należy rozgonić na cztery wiatry Komisję Nadzoru Finansowego, skopawszy tej banksterskiej jaczejce solidnie tyłki na do widzenia. Na jej miejsce trzeba powołać nowy organ kontrolny z daleko idącymi uprawnieniami, złożony z ludzi nie związanych z bankową mafią, którzy tę bandę oszustów mocno chwycą za mordy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Ekurs-sprawiedliwy%E2%80%9D-dla-wszystkich

http://www.blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w-%E2%80%93-cd

http://blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/wytarza%C4%87-bankster%C3%B3w-w-smole-i-pierzu

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.Vcj7MbVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.Vcj83LVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/banksterska-wojna

http://niepoprawni.pl/blog/346/gra-kredytem

http://blog-n-roll.pl/pl/kredytowa-szulernia

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 12-13 (23.03-05.04.2016)

czwartek, 24 grudnia 2015

„Pomysły rodem z Budapesztu” jednak przejdą?

Nową władzę czeka w relacjach z bankami stan permanentnej zimnej wojny – i nie ma co się łudzić, że będzie inaczej.

„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - grzmiał w 2012 r. z sejmowej mównicy Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Czytelnicy obdarzeni co lepszą pamięcią może kojarzą tę sytuację, ale na wszelki wypadek przypomnę. Otóż Platforma rozpaczliwie poszukując pieniędzy forsowała wtedy „chwilową” podwyżkę VAT z 22 na 23 proc., co miało przynieść budżetowi państwa ok. 5 mld zł dodatkowych wpływów. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość zgłosiło projekt podatku bankowego od aktywów w wysokości 0,39 proc., który skutkować miał wpływami w identycznej wysokości pochodzącymi od banków, zakładów ubezpieczeń i funduszy inwestycyjnych. Oczywiście, opozycja została przegłosowana, podwyżka VAT, zgodnie z przewidywaniami nie okazała się bynajmniej „tymczasowa”, natomiast dziura w ściągalności tego podatku systematycznie powiększała się z roku na rok, sięgając w 2015 r. wg niedawnych wyliczeń firmy doradczej PwC 3 proc. PKB, czyli 53 mld zł. Podatek bankowy trafił do kosza.

I ta właśnie inicjatywa, która wówczas tak rozemocjonowała bankowego lobbystę na stanowisku ministra finansów, dzisiaj powraca – zgodnie zresztą z zapowiedziami z kampanii wyborczej. Do marszałka Sejmu trafił niedawno poselski projekt ustawy o podatku od instytucji finansowych. Wedle założeń, podatek dla banków naliczany ma być miesięcznie w wysokości 0,0325 proc., co w skali roku da 0,39 proc. Z kolei podatek od firm ubezpieczeniowych wynieść ma 0,05 proc. miesięcznie, czyli 0,6 proc. rocznie. Wedle słów szefa sejmowej komisji finansów Wojciecha Jasińskiego, podatek przynieść ma budżetowi 5-6 mld. zł rocznie. Z kolei minister rozwoju Mateusz Morawiecki szacuje większą rozpiętość – od 3 do 6 mld. zł. Z podatku będą wyłączone instytucje o aktywach mniejszych niż 4 mld zł, nie obejmie on również funduszy inwestycyjnych, co stanowi znaczące złagodzenie w stosunku do pierwotnych planów (daniny unikną dzięki temu np. małe banki spółdzielcze i SKOK-i). Ponadto PiS wycofało się z pomysłu opodatkowania transakcji finansowych (koncepcja ta była rozważana jako rozwiązanie alternatywne). Podatek bankowy miałby obowiązywać już od 1 lutego 2016.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie. Do tej pory bowiem bankierzy, będący we własnych oczach solą ziemi oraz koroną wszelkiego stworzenia, mieli w Polsce istne Eldorado – włącznie z rządami na swych usługach. Sektor bankowy rok w rok notował rekordowe zyski, aż po pułap 16 mld zł w 2014. To nie tylko efekt bezlitosnego dojenia „frankowiczów”, czy ofiar „polisolokat”, ale również jednych z najwyższych w Europie prowizji i opłat bankowych. Według raportu Goldman Sachs z 2014 zajmujemy pod tym względem 4 miejsce – opłaty i prowizje stanowią 27 proc. łącznych przychodów banków w Polsce – wyżej plasują się jedynie Austria (29 proc.), Portugalia (35 proc.) i Włochy (36 proc.). Te horrendalne haracze dały zresztą asumpt analitykom Goldmana do obniżenia rekomendacji większości banków z „neutralnej” na „sprzedaj”. Powód? Uznano, że w żyłowaniu klientów polski sektor doszedł do ściany i zwyczajnie nie da się więcej wycisnąć. Nic dziwnego, skoro w samym 2014 przychody tego typu dały 13,51 mld zł – i to przy stale malejących kosztach działalności.

Krótko mówiąc, banki mają się czym dzielić. Jednak nawet opisana wyżej, stosunkowo łagodna wersja podatku, spotkała się z miejsca ze skrajnie negatywną reakcją finansowego lobby. Nową władzę czeka więc w relacjach z bankami stan permanentnej zimnej wojny – i nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. To kwestia pokazania kto tu rządzi – jak na Węgrzech, gdzie banki zamroziły akcję kredytową (spadek o 30 proc.) i Orban od przyszłego roku zamierza analogiczny podatek obniżyć. U nas z kolei Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich już wcześniej odgrażał się, że „przestrzeń dla podatku bankowego nie istnieje” - charakterystyczny dla przedstawicieli branży wykwit bezczelności. Zamiast podatku bankowego proponował podwyżkę CIT, co przy wysublimowanych metodach „optymalizacji” było rzecz jasna zwykłym mydleniem oczu. Oczywiście pojawia się stały repertuar gróźb i szantaży w rodzaju podwyżki kosztów usług bankowych, ograniczenia kredytów, obniżenia tempa wzrostu PKB – i to w sytuacji, gdy wg Pawła Szałamachy, opodatkowane aktywa mają być liczone z pominięciem funduszy własnych banków, będących podstawą akcji kredytowych. Ba, Cezary Mech podaje (inf. za portalem wGospodarce.pl), że jeszcze na przedwyborczym posiedzeniu Rady Rozwoju Rynku Finansowego prezes ZBP postulował m.in. obniżenie opodatkowania produktów bankowych i ograniczenie uprawnień KNF. Pokazuje to, jak pewnie czują się bankierzy w roli władców polskiej gospodarki. Wygląda na to, że nadzór finansowy, UOKiK i rząd będą miały pełne ręce roboty. Tę batalię jednak zwyczajnie trzeba wygrać i w znacznej mierze będzie to pojedynek siły woli – sytuacja w której banksterski ogon kręci psem na dłuższą metę jest nie do pomyślenia, bo koszta takiego stanu rzeczy ponosimy wszyscy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3022-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/kres-bankowej-samowoli

http://niepoprawni.pl/blog/346/budapeszt-czy-ateny

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (11-17.12.2015)

czwartek, 26 listopada 2015

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Lobby bankowe postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów.

W sumie, jako komentator powinienem być przyzwyczajony do różnych draństw i nieprawości – bo wszak opisywanie takowych siłą rzeczy stanowi większość produkowanej przeze mnie masy tekstowej, ale mimo wszystko co jakiś czas trafia się coś takiego, do czego nie jestem w stanie odnieść się bez emocji. Tym razem była to informacja, że Związek Banków Polskich postanowił wytoczyć proces Maciejowi Pawlickiemu – szefowi stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu” zrzeszającego nabitych we łże-kredyty „frankowiczów” i lobbującego za spec-ustawą mającą przewalutować frankowe produkty finansowe na złotówki. Żeby była jasność – Macieja Pawlickiego nie znam, nie mam również kredytu we frankach szwajcarskich. Nie jestem jednak impregnowany na rzeczywistość i widzę jakim problemem zarówno społecznym jak i gospodarczym stała się kwestia toksycznych produktów finansowych oferowanych pod nazwą „kredytu walutowego” i jak potwornym są oszustwem. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski – w szeregu krajów usiłuje się na różne sposoby wywikłać ludzi z tej pułapki, o czym zresztą co jakiś czas donosiłem w swych felietonach.

O co konkretnie poszło Związkowi Banków Polskich? Otóż Maciej Pawlicki jest jednocześnie publicystą portalu „wPolityce.pl” i tygodnika „wSieci”, gdzie zamieścił szereg tekstów demaskujących banksterski proceder. ZBP w związku z tym uznał, iż naruszone zostały jego dobra osobiste i zwrócił się do Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem, by ten nakazał spółce Fratria (wydawcy „wPolityce” i „wSieci”) zablokowanie dostępu w internecie do artykułów Pawlickiego, w których rzekomo miał owe „dobra” naruszać. Prócz tego Pawlicki miałby opublikować przeprosiny w których znalazłyby się słowa:Maciej Pawlicki przeprasza bankierów za określenie ich rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Ponadto sąd ma zakazać Pawlickiemu i „Fratrii” publikowania informacji, „jakoby Związek banków Polskich i zrzeszone w nim banki okradały Polaków oraz okłamywały, ogłupiały i korumpowały media”. W uzasadnieniu jest również szereg innych kuriozów – kto ciekaw, niech zajrzy na stronę www.bankowebezprawie.pl. Naprawdę warto.

Na szczęście sąd wykazał się przytomnością umysłu i wniosek oddalił, stwierdzając m.in.: Krytyczna analiza działań podejmowanych przez banki oraz władzę publiczną leży w interesie publicznym. (…) Uwzględnienie przedmiotowego wniosku prowadziłoby do sytuacji całkowitego wyłączenia z dostępnych mediów podejmowanej we wskazanych artykułach krytyki. A tym samym doprowadziłoby do eliminacji wszelkich niekorzystnych dla wnioskodawcy ocen i opinii ze strony zobowiązanych, znacznie ograniczając przy tym ramy debaty społecznej”. Nie jest to jednak koniec sprawy, bo ZBP ani myśli odpuścić.

Cóż to oznacza? Ano, lobby bankowe najwyraźniej postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów i zakaz publikowania krytycznych opinii o swej działalności. Równocześnie, nagle okazało się, że przygotowywany w Kancelarii Prezydenta przy współudziale „frankowiczów” niemal gotowy projekt ustawy okazał się „niekonstytucyjny” (bez wskazania co konkretnie jest sprzeczne z Konstytucją, pisałem o tym tydzień temu), co wedle Pawlickiego wiąże się z ofensywą bankowych lobbystów. Osobiście podejrzewam, że za nagłą aktywnością Związku Banków Polskich mógł stać postulat stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”, by wydostać z Komisji Nadzoru Finansowego twarde, konkretne dane, ile każdy z banków do tej pory zarobił na walutowym przekręcie – dotąd bowiem poruszamy się w sferze przybliżonych szacunków. Przypomnijmy tylko, że wedle statystyk Biura Informacji Kredytowej (dane za listopad 2014) udzielono 566 tys. kredytów frankowych, co przekłada się na 954 tys. zadłużonych. Innymi słowy – banki przechwytują znaczną część zarobków blisko miliona Polaków. Pieniądze te w dużej mierze transferowane są do zagranicznych central. Tak wygląda kolonialny drenaż.

A poza wszystkim - do opisanej tu sytuacji jak rzadko kiedy pasuje cytat z „Dobrego wojaka Szwejka” - „nachalne są te k...y i zuchwałe”. Oto bowiem banda złodziei i szulerów domaga się zakneblowania poszkodowanych, bo przeszkadza im to w kontynuowaniu lichwiarskiej działalności i psuje „imidż”. Trudno o przykład większego tupetu i bezczelności. Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach czytuje się jeszcze „Przygody Hucka” Marka Twaina, ale przypomnę – pojawia się tam dwóch oszustów o ksywkach „Król” i „Książę”. Para tych cwaniaków na różne sposoby naciąga napotykanych ludzi zbijając na tym całkiem niezły grosz. Do czasu. W końcu, za którymś razem wpadają, a mieszkańcy miasteczka, dobrym amerykańskim zwyczajem przepędzają ich po uprzednim wytarzaniu wydrwigroszy w smole i pierzu. Może taka operacja przeprowadzona na przedstawicielach ZBP stanowiłaby dobrą nauczkę dla banksterskiej mafii i memento, że Polacy nie pozwolą się bezkarnie doić międzynarodówce hochsztaplerów? Ech, marzenia...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (20-26.11.2015)

czwartek, 26 marca 2015

Polska na banksterskiej smyczy

Jacy szatani są czynni na zapleczu polityki, że władza publiczna z problemem łże-kredytów obchodzi się jak z jajkiem?

Wygląda na to, że banki ani myślą ustąpić w kwestii kredytów frankowych i postanowiły iść, jak to mówią w kręgach więziennych, „w zaparte”. Swoją drogą, jest to znakomite potwierdzenie diagnoz dotyczących instytucji finansowych, zamykających się w określeniu ludzi nimi zawiadujących mianem „banksterów”. Okazuje się, że nasi banksterzy z całym knajackim tupetem ani myślą poczuwać się do jakiejkolwiek odpowiedzialności za los 560 tysięcy „frajerów” (wraz z najbliższymi jest to kilka milionów osób, wszak kredyt spłaca de facto cała rodzina), których z pełną premedytacją wrobiły w coś, co pod nazwą kredytu hipotecznego kryło w istocie instrument spekulacyjny i to wysokiego ryzyka. Tak przynajmniej stwierdził barceloński sąd w 2013 roku, uwzględniając pozew kredytobiorcy i rozwiązując umowę. Nawiasem mówiąc, w ten sposób rozumiany kredyt podpada pod unijną dyrektywę MiFID (Markets in Financial Instruments Directive) nakładającą na instytucje finansowe obowiązek wszechstronnego informowania klientów o charakterze oferowanych produktów oraz związanym z tym ryzykiem.

Jak wynika z różnych medialnych przecieków, banki doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że w dłuższej perspektywie czasowej cena franka będzie rosnąć i to znacznie, w efekcie czego odbiją sobie po wielokroć stosunkowo krótki okres taniej waluty. Tak więc podział ryzyka kursowego między banki a klientów był czystą fikcją – ryzykiem obarczeni zostali wyłącznie kredytobiorcy, dodatkowo naganiani na franki zaporowymi warunkami kredytów złotówkowych. Dziś wychodzi na jaw, że pracownicy banków byli obligowani odgórnymi zarządzeniami i motywowani wysokimi premiami do sprzedawania naiwnym właśnie kredytów w szwajcarskiej walucie, zatem nie może być tu mowy o nieświadomym działaniu – był to celowy proceder wprowadzania ludzi w błąd, hodowanie sobie dojnych krów - i to nierzadko na dziesięciolecia. Jak zdradził cytowany przez „Wyborczą” jeden z doradców finansowych: „Mówiło się – idę na ubojnię, obrabiać kolejnego frajera”. No i obrobili – na łączną kwotę ok. 40 mld CHF. Mnie na szczęście opatrzność ustrzegła przed tą pułapką, ale są znajomi, którym naprawdę nie zazdroszczę obecnego położenia.

Tymczasem, co dziś robią banki? Ledwie udało się na nich wydębić uwzględnianie ujemnej stawki LIBOR, a już Związek Banków Polskich wyskakuje z propozycją powołania „funduszu stabilizacyjnego”. Na ów fundusz złożyłyby się po 1/3 Narodowy Bank Polski, Bankowy Fundusz Gwarancyjny i banki. Czyli, mamy do czynienia z przerzuceniem odpowiedzialności za toksyczny produkt na sektor publiczny, kieszenie podatników i wszystkich konsumentów. Ani słowa choćby o klauzulach abuzywnych stwierdzanych orzeczeniami Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Inaczej mówiąc – nie ważne jak, ale bankster swoje ma zarobić. Przypomina to zasadę - „kasyno zawsze wygrywa”. Jest jednak drobna różnica – wchodząc do szulerni wiem czym ryzykuję, przychodząc zaś do banku oczekuję rzetelnej i uczciwej usługi.

Osobną sprawą, nad którą warto się zastanowić, jest pytanie, dlaczego banksterzy czują się pewnie na tyle, że dyktują swoje rozwiązania rządowi, tudzież organom kontrolnym w rodzaju Komisji Nadzoru Finansowego i nie chcą słyszeć np. o przewalutowaniu kredytów na złotówki po kursie z dnia zawarcia umowy? Jacy szatani są czynni na zapleczu polityki, że władza publiczna z problemem łże-kredytów obchodzi się jak z jajkiem? Mam tu swoją hipotezę – otóż centrale zdecydowanej większości banków mieszczą się za granicą: w Holandii (ING), Portugalii (Millenium), Hiszpanii (WBK), Szwecji (Nordea), Austrii (Reiffeisen), Niemczech (mBank, BRE), Francji (Credit Agricole, Paris Bas), Włoszech (PKO SA), Belgii (Kredyt Bank), USA (BPH-GE). Tak się składa, że z tymi krajami łączą nas bilateralne umowy w sprawie popierania i wzajemnej ochrony inwestycji (BIT), których elementem jest mechanizm ISDS pozwalający inwestorowi pozywać kraj przed międzynarodowy arbitraż i dochodzić odszkodowania np. z tytułu utraconych zysków, przy czym wysokość roszczenia nie podlega żadnym ograniczeniom. Czyżby zatem tu tkwił problem? Czy rząd wzdraga się np. przed ustawą nakazującą przewalutowanie kredytów w obawie przed falą pozwów ze strony zagranicznych bankowych central? A chodzić tu może o niebagatelne kwoty, bowiem w 2014 roku padł rekord – sektor bankowy zanotował zysk 16,2 mld zł. Nie trzeba chyba dodawać, że część tych pieniędzy pochodzi właśnie z kredytów walutowych, jak i tego, że zostaną one w znacznej mierze wytransferowane z Polski do macierzystych krajów.

Warto na koniec odnotować kolejny przejaw zastanawiającej gorliwości rządzących w robieniu bankom dobrze kosztem obywateli – oto rząd Ewy Kopacz pracuje nad nowelizacją prawa, która ma uniemożliwić osobom fizycznym występowanie na drogę sądową przeciw podmiotom stosującym klauzule abuzywne – akurat wtedy, gdy szykują się kolejne pozwy zbiorowe „frankowiczów”. Innymi słowy, banksterzy trzymają nas na coraz krótszej smyczy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/isds-czyli-korpo-dyktat#.VRRYUY6NAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.VRRYnY6NAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 12 (20-26.03.2015)