Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sąd Najwyższy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sąd Najwyższy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

TSUE na bambus!

Toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych.

I. Legalizacja sędziowskiej anarchii

Okazało się, że koronawirus nie zatrzymał luksemburskich młynów sprawiedliwości. Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wydał „postanowienie o zabezpieczeniu” w sprawie wytoczonej Polsce przez Komisję Europejską odnośnie reformy wymiaru sprawiedliwości (sprawa C-791/19). Chodzi konkretnie o model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, w tym przede wszystkim funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zgodnie z orzeczonymi 8 kwietnia „środkami tymczasowymi” Polska powinna zawiesić działalność Izby Dyscyplinarnej i powstrzymać się od kierowania spraw dyscyplinarnych do rozpoznania przez składy orzekające, które „nie spełniają wymogów niezależności”. Ponadto polski rząd ma w ciągu miesiąca powiadomić TSUE o podjętych działaniach mających na celu urzeczywistnienie wymaganych środków tymczasowych. Obowiązywać mają one do czasu wydania przez TSUE ostatecznego wyroku, który spodziewany jest w drugiej połowie 2020 r. W praktyce oznacza to kilkumiesięczny paraliż sądownictwa dyscyplinarnego.

Kolejną konsekwencją będzie pogłębienie chaosu wokół wyboru nowego I prezesa SN (kadencja Małgorzaty Gersdorf upływa 30 kwietnia), tym bardziej, że ze względów epidemiologicznych Sąd Najwyższy jest obecnie „wyłączony”. Na powyższe nakłada się jeszcze kuriozalna uchwała „lojalnych” wobec Gersdorf izb SN z 23 stycznia 2020 r. wyłączająca od orzekania w Sądzie Najwyższym wszystkich sędziów wyłonionych przez nową KRS (a więc również sędziów Izby Dyscyplinarnej) oraz unieważniająca wszystkie przeszłe i przyszłe orzeczenia Izby Dyscyplinarnej. Postanowienie TSUE zatem poniekąd „legalizuje” na poziomie europejskim sędziowską anarchię i antypaństwowy rokosz „nadzwyczajnej kasty”, co stanowi twórcze rozwinięcie myśli objawionej przez prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato podczas „marszu tysiąca tóg”: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. To nic innego, jak próba uprawomocnienia post factum, za pomocą pseudoprawnego bełkotu i mętnych frazesów, sędziowskiego puczu i alternatywnej wobec pozostałych władz „sądokracji” pod dożywotnim przewodnictwem Małgorzaty Gersdorf.


II. Brukselscy uzurpatorzy

Jak na takie dictum ma zareagować strona polska? Jedynym rozwiązaniem jest ogłoszenie wszem i wobec, że Polska nie uznaje uprawnień TSUE w zakresie orzekania o kwestiach ustrojowych państw członkowskich – co, nawiasem mówiąc, powinniśmy byli zrobić już na samym starcie tej farsy i odmówić udziału w postępowaniu przed luksemburskim trybunałem. Należy podkreślić z całą mocą – organizacja wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą państwa, sprawą ustrojową, podobnie jak analogiczne zagadnienia dotyczące funkcjonowania władzy ustawodawczej czy wykonawczej. Natomiast organy Unii Europejskiej - niezależnie od tego czy to jest Komisja Europejska, czy TSUE – usiłując mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy uzurpują sobie nienależne im, kompletnie pozatraktatowe kompetencje. W istocie bowiem toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych, zawłaszczając prawem kaduka kolejne obszary władzy. Podobnie rzecz ma się z TSUE – gdyby unijny trybunał faktycznie stał na gruncie traktatów, powinien z miejsca oddalić skargę Komisji Europejskiej, stwierdzając swą niewłaściwość do rozstrzygania tego typu spraw. Jednak, podobnie jak KE, również TSUE dostrzegł w sporze o „polską praworządność” znakomitą okazję do uzurpatorskiego poszerzenia zakresu swojego orzecznictwa. „Mułłowie w togach” są wszędzie tacy sami – czy to w Warszawie, czy w Luksemburgu.

Nie da się ukryć, że polski rząd popełnił na samym starcie błąd w ogóle godząc się na uczestnictwo w tej hucpie. Należało już na wstępie jasno zanegować uroszczenia brukselskich mandarynów, zamiast naiwnie wchodzić w tę grę, licząc, że uda się coś wynegocjować, wyjaśnić... Po pierwsze – po tamtej stronie nikt nie zamierzał nas słuchać, postępowanie Brukseli od początku nacechowane było skrajnie złą wolą polityczną i zmierzało do destabilizacji wewnętrznej sytuacji w Polsce, docelowo zaś obalenia obecnego, niewygodnego rządu. Po drugie – podejmując brukselską grę znaczonymi kartami, składając wyjaśnienia, nieledwie tłumacząc się niczym przed zwierzchnikami, sprawiliśmy wrażenie, że milcząco akceptujemy kompetencyjne uzurpacje unijnej biurokracji, co w przyszłości z całą pewnością odbije się jeszcze nie raz czkawką. Po trzecie wreszcie – otworzyliśmy w ten sposób drzwi do dalszych tego typu bezprawnych ingerencji. Idę o zakład, że KE i TSUE nie przepuszczą chociażby takiej okazji, jak kontrowersje wokół zbliżających się wyborów prezydenckich – tym bardziej, że mają na swe usługi tutejszą „totalną targowicę”, która z pewnością narobi w Europie rabanu. I co, nasi przedstawiciele znów będą się tłumaczyć na forum Parlamentu Europejskiego przed różnymi Verhofstadtami, a ministrowie jeździć z wyjaśnieniami do eurokomisarz Jourovej?

A pierwsze sygnały już się pojawiły – Vera Jourova zdążyła wyrazić „zaniepokojenie” wyborami w Polsce. Tylko patrzeć, jak na jej wniosek Komisja Europejska zechce wdrożyć napisaną ad hoc procedurę „kontroli demokratycznych standardów” i skieruje sprawę do TSUE. A że bezprawnie? A kogo to, skoro w ten sposób unijni mandaryni zyskają możliwość kontroli procedur wyborczych w krajach członkowskich, a Trybunał w Luksemburgu ochoczo to „klepnie” ustawiając się w roli samozwańczego „rewizora” od którego będzie zależała ostateczna prawomocność wyborów? To zbyt łakomy kąsek, by z niego rezygnować. Zresztą spójrzmy – w sprawie Izby Dyscyplinarnej TSUE wyraził obiekcje co do „niezawisłości” sędziów, bo zostali oni nominowani przez KRS, która z kolei została wybrana przez Sejm. Jeżeli, przy naszej bierności, bądź wręcz milczącej zgodzie, Komisja Europejska i TSUE roztrząsają takie szczegóły ustawiając nas w charakterze tłumaczących się petentów, to co stoi na przeszkodzie, by podobnie drobiazgowo nie wzięły się za analizowanie wyborów, uznaniowo „zatwierdzając” je, albo „unieważniając”?


III. Bojkot TSUE!

To wszystko, powtarzam, jest pokłosiem „grzechu pierworodnego”, jakim była nasza zgoda na narzucenie nam groteskowej brukselskiej „procedury”. Na szczęście, nie jest jeszcze za późno, by z tego się wymiksować, trzeba tylko minimum asertywności i woli politycznej. Trzeba, krótko mówiąc, wysłać ten cały operetkowy trybunalik z jego uroszczeniami na bambus. Należy, jak nadmieniłem wcześniej, jasno i dobitnie, w sposób nie pozostawiający miejsca na jakiekolwiek niedomówienia i wątpliwości stwierdzić, iż TSUE nie ma żadnych uprawnień do orzekania w sprawach organizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości (ani żadnych innych kwestiach ustrojowych), zaś prawem nadrzędnym w Polsce jest Konstytucja, a nie widzimisię unijnych czynowników, tudzież samozwańczych „ajatollahów prawa” z Luksemburga. Co za tym idzie, strona Polska nie uznaje orzeczonego „środka zabezpieczającego” - ani tym bardziej przyszłego „ostatecznego wyroku” TSUE. Izba Dyscyplinarna ma procedować normalnie, a TSUE należy od tej pory konsekwentnie bojkotować, ogłaszając ponadto, iż Polska nie przyjmuje do wiadomości żadnych ewentualnych „kar” za niezastosowanie się do samowolnych i bezprawnych „orzeczeń”. W ostateczności, jak już tu niegdyś sugerowałem, należy zagrozić Brukseli wstrzymaniem naszej składki członkowskiej. Idę o zakład, że spanikowani kryzysem wokół koronawirusa unijni dygnitarze nie będą chcieli sobie dokładać kolejnego bólu głowy – trochę powrzeszczą i przestaną. Jeżeli zaś ulegniemy, jedynie zachęcimy ich do eskalacji kolejnych żądań, grzęznąc w tym biurokratyczno-sądowym bagnie na dobre i oddając po kawałku kolejne obszary naszej suwerenności. To jest ostatni dzwonek – my albo oni, tertium non datur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Z Brukselą trzeba twardo

Sędziowska anarchia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Z Brukselą trzeba twardo

Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.

I. Zasada domniemania kompetencji

Przed Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027. W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I może zacznę od tego drugiego wątku.

Otóż źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na jej warunkach. Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez TSUE. Trzeba tu z całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich. Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i nic ponadto. A rebours – jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania kompetencji”. A o sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani słowa. „Praworządność” i „unijne standardy” dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich – np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.

Jak wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy sposób. W Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i samorządu sędziowskiego. Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny” układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np. władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za „nieprawomyślny” wyrok.


II. Brukselskie bezprawie

Wszystkie te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest wyłącznie efektem woli politycznej. Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w której podważa legalność procedury „kontroli praworządności” - czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans. Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”, pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i zostawią w spokoju?

Jeżeli nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” - kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci, stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na szereg różnych sposobów. Już zresztą się mści, o czym za chwilę.

Jak wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia ustrojowa. Dając Brukseli prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa. Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową „procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof. Wojciecha Popiołka, iż W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”? A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”, kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato ogłosił: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.

Takie stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami” i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie. Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty” zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać” co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie stosować i w jaki sposób. Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...

Powtarzam – sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji” unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny „land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.


III. Uzurpatorzy z TSUE

Jak wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw członkowskich. Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam – przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób przydać sobie znaczenia. Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego, TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS „nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi „mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż TSUE. Tak to działa.

Dlatego należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ – podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto, w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja (art.8 p.1:Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku dotyczącym traktatu akcesyjnego. Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć udział w tej szopce.


IV. Suwerenność, głupcy!

Jednak KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie, toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”. Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65 proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury” wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest opcją łagodniejszą.

Otóż nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy, mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y. Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc. naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód – 5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.

Jeszcze trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie” naszej „praworządności”. Pierwsza – Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do sądów... Druga – lewackie organizacje przy wsparciu „swoich” eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I trzecia – w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne” procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj. „zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego” kraju. Jak łatwo zauważyć, oznacza to de facto „wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.

To nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”. Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.

To niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do eskalacji swych uroszczeń. Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie. Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu, chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Totalna „kasta” - czyli sędziowska rebelia

Nadzwyczajna kasta” uznała się za suwerena, otwarcie negując porządek konstytucyjny - mamy więc do czynienia z rebelią „ajatollahów prawa”.

I. Konsekwencje kunktatorstwa

„To nie kryzys, to rezultat” - tak można najkrócej opisać kolejną odsłonę rokoszu „nadzwyczajnej kasty”, zainicjowaną wyrokiem Izby Pracy Sądu Najwyższego, która z wyroku TSUE oraz zasad prawa europejskiego tudzież aktualnej fazy Księżyca wyinterpretowała sobie, że obecna Krajowa Rada Sądownictwa nie daje wystarczającej rękojmi niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej, a Izba Dyscyplinarna tegoż Sądu Najwyższego nie jest sądem w rozumieniu prawa europejskiego i krajowego. Na powyższe nałożyło się odwołanie z Sądu Okręgowego w Olsztynie sędziego Pawła Juszczyszyna, który rozpatrując apelację w pospolitej sprawie cywilnej nagle „nabrał wątpliwości”, czy aby sędzia sądu niższej instancji (nominowany przez obecną KRS) został prawidłowo powołany i w związku z tym zażądał od Kancelarii Sejmu wydania list poparcia kandydatów do KRS. Krótko mówiąc, ewidentna polityczna prowokacja, mająca pod pozorem troski o „praworządność” ujawnić we własnych szeregach „odszczepieńców” popierających obecną KRS i poddać ich środowiskowej dintojrze. PiS odpowiedział błyskawicznie projektem ustawy dyscyplinującej „nadzwyczajną kastę” i mającej zapobiec rysującej się coraz wyraźniej anarchizacji wymiaru sprawiedliwości. No i się zaczęło – protesty, „wolne sądy”, świeczki i ogólnie - „OTUA”. Słowem, powtórka z gorącego lata 2017, kiedy to partia rządząca usiłowała przeforsować pierwszą reformę sądownictwa.

Powracam do 2017 r., bowiem wszystkie późniejsze paroksyzmy wokół wymiaru sprawiedliwości są pokłosiem ówczesnego kunktatorstwa obozu władzy – na czele z niesławnym wetem prezydenta Dudy. Przypomnijmy, że dla własnych, partykularnych, wizerunkowo-politycznych celów Andrzej Duda storpedował wówczas ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym. Po pierwsze, usiłował udrapować się w szaty politycznego patrona władzy sądowniczej, licząc zapewne na jakąś wzajemność. Po drugie, chciał w oczach opinii publicznej zdjąć z siebie odium bezwolnego „Adriana”. Po trzecie wreszcie, uznał, że nadarza się okazja by wybić się na podmiotowość i zaznaczyć swą autonomiczną pozycję w stosunku do rządu oraz partyjnej centrali.

Wszystkie te rachuby spaliły na panewce – prawnicze elity jak nim pogardzały, tak gardzą nadal, podobnie jak „uliczna opozycja”, a i polityczne wzmocnienie Pałacu Prezydenckiego jako samodzielnego politycznego ośrodka nie mogło się udać z powodu oczywistego uzależnienia od partyjnego zaplecza dzierżonego twardą ręką przez Jarosława Kaczyńskiego. Ujawnił się ponadto brak asertywności w obliczu zewnętrznych nacisków – weto zostało ogłoszone wkrótce po 45-minutowej rozmowie telefonicznej Andrzeja Dudy z Angelą Merkel, podczas której, co przemilczała w komunikacie Kancelaria Prezydenta, a ujawnił rzecznik niemieckiego rządu, jednym z głównych tematów była kwestia praworządności. Za tę chwilę chwiejności polskie państwo płaci do dzisiaj pełzającą wojną domową ze zrewoltowanymi środowiskami prawniczymi i permanentnym użeraniem się z Brukselą i Luksemburgiem. Komentując wówczas na gorąco prezydenckie weta nawiązałem do słynnego stwierdzenia Churchilla mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”, dodając, iż polityka appeasementu sprawi jedynie, że zamiast blitzkriegu czeka nas wyczerpująca wojna pozycyjna.


II. Rebelia uzurpatorów w togach

Teraz nastąpił kolejny etap owej batalii. „Nadzwyczajna kasta” porzucając ostatnie pozory apolityczności jawnie wystąpiła jako siła opozycyjna – i na dzień dzisiejszy należy ją traktować jako największą partię obozu „anty-PiS”. Działa tym gwałtowniej, że w kwietniu 2020 r. kończy się kadencja Małgorzaty Gersdorf na stanowisku I Prezesa Sądu Najwyższego. Cel jest jasny – doprowadzić wymiar sprawiedliwości do stanu totalnej anarchii. Można tu wyróżnić trzy podstawowe metody: 1) kierowanie pod byle pretekstem „pytań prejudycjalnych” do TSUE, by następnie z wyroków luksemburskiego trybunału „wyinterpretowywać” sobie korzystne rozstrzygnięcia (casus wspomnianego na wstępie orzeczenia Izby Pracy SN); 2) podważanie prawnego statusu sędziów nominowanych przez obecną KRS; 3) stosowanie tzw. „rozproszonej kontroli konstytucyjności”.

Powyższe metody mają wspólny mianownik – wprowadzenie powszechnego poczucia niepewności prawa oraz instytucjonalnego umocowania sędziów. Prosty przykład: pod rządami obecnej ustawy o KRS mianowano już ok. 300 sędziów. Podważenie prawomocności ich nominacji stawia pod znakiem zapytania wszystkie wydane przez nich dotąd i w przyszłości orzeczenia – a już teraz szacuje się ich liczbę na 70 tysięcy. Każdy niezadowolony z wyroku, będzie mógł go podważyć argumentując, iż orzekał nieuprawniony do tego sędzia. Tyczy się to wszystkich spraw – cywilnych, karnych, administracyjnych... Oznacza to ogólny chaos. Więcej – za podszeptem różnych środowiskowych autorytetów, część sędziów zaczyna na własną rękę oceniać „konstytucyjność” przepisów ustaw odnoszących się do rozpatrywanych przez nich spraw. Tym samym uzurpują sobie prerogatywy Trybunału Konstytucyjnego – do tego sprowadza się przytoczona przed chwilą doktryna „rozproszonej kontroli konstytucyjności”. Jej zwolennicy powiadają: ponieważ Trybunał Konstytucyjny jest „upolityczniony”, to sędziowie muszą wziąć sprawy we własne ręce. Czyli, parlament uchwala ustawę, prezydent podpisuje, cała procedura zostaje przeprowadzona de lege artis – a tu zbuntowany sędzia (ale za to ze starego, „słusznego” rozdania) z Pcimia Dolnego uznaniowo stwierdza, iż wg niego ustawa jest „niekonstytucyjna”, więc nie będzie jej stosował... Na dłuższą metę grozi to kompletnym paraliżem państwa. Na powyższe nakłada się aktywność sędziowskich stowarzyszeń pokroju „Iustitia” i „Themis”, otwarcie już prowadzących działalność polityczną i traktujących formułę prawną stowarzyszenia jako kamuflaż dla stricte partyjnej działalności.

Wszystko to, ma się rozumieć, obudowane jest zaklęciami o „ochronie niezawisłości sądów” i „praworządności”. Tyle, że to nieprawda. „Nadzwyczajna kasta” bowiem uznała się za suwerena, otwarcie negując porządek konstytucyjny, zgodnie z zaleceniem prof. Wojciecha Popiołka wygłoszonym na Kongresie Prawników Polskich w maju 2017 r. („w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”). Mamy więc do czynienia z rebelią „ajatollahów prawa” - że strawestuję słynne określenie sędziego amerykańskiego Sądu Najwyższego śp. Antonina Scalii („mułłowie w togach”). Obecnie obserwujemy ostentacyjne przekraczanie granic pomiędzy interpretacją prawa, a prawotwórstwem: sędziowie bezprawnie, „na rympał” przywłaszczają sobie nienależne im kompetencje, wchodząc w rolę dwóch pozostałych władz – ustawodawczej i wykonawczej, czując za plecami mocne wsparcie nie tylko „ulicy”, ale przede wszystkim „zagranicy”, do której odwołują się z iście targowickim zapamiętaniem. Zresztą, rzecz nie dotyczy jedynie sędziów – również samorząd adwokacki przyłączył się do „bojkotu” Izby Dyscyplinarnej SN, wnosząc do Małgorzaty Gersdorf, by ich sprawy kierować do Izby Karnej SN. Chaos się rozszerza...


III. Ustawa dyscyplinująca – teraz!

Pozostaje mieć nadzieję, że zarówno PiS, jak i przede wszystkim prezydent Duda, zdali sobie ostatecznie sprawę, że z prawniczym establishmentem nie ma pola do rozmów i jakichkolwiek negocjacji – podobnie, jak z ich brukselskimi poplecznikami. Oni nie pójdą na najmniejsze ustępstwa, a ich jedynym celem jest „żeby było tak, jak było”. Tę antypaństwową rewoltę należy bezwzględnie zdławić, dlatego „ustawa dyscyplinująca” powinna zostać uchwalona jak najszybciej. I tylko szkoda, że zmarnowano tyle lat na bezproduktywne korowody i połowiczne próby reform - bo teraz, na domiar złego, tamci mają po swojej stronie również Senat, który niewątpliwie będzie próbował obstrukcji. A mogliśmy mieć to wszystko już dawno za sobą...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51-52 (20.12.2019-02.01.2020)

niedziela, 8 grudnia 2019

Odwalutowanie – czy banki dostaną po nosie?

Czy Sąd Najwyższy pogroził bankom palcem, by przestały się wygłupiać, bo mogą się na swoim cwaniactwie zdrowo przejechać?


W dzisiejszym felietonie powrócimy raz jeszcze do tematu tzw. kredytów frankowych, bo też po pamiętnym wyroku TSUE z 3 października w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18) zaczyna robić się coraz ciekawiej. Niedawno opublikowane zostało uzasadnienie do orzeczenia Sądu Najwyższego z 29 października 2019 r. (Sygn. akt IV CSK 309/18) uchylającego wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku unieważniający umowę „frankową”. Przełomem jest to, że bodaj po raz pierwszy na tym poziomie orzeczono „odwalutowanie” kredytu denominowanego we frankach szwajcarskich (wcześniej zdarzało się to jedynie w odniesieniu do kredytów indeksowanych). Otóż w omawianym przypadku zawarto w 2004 r. umowę na 25 tys. CHF. Klient przestał spłacać kredyt w 2008 r., zaś w 2015 r. bank wypowiedział umowę i zaczął na drodze sądowej domagać się uregulowania należności. Sądy w dwóch kolejnych instancjach odrzucały roszczenie banku, stwierdzając nieważność umowy kredytowej ze względu na abuzywność klauzuli waloryzacyjnej, odwołującej się do bankowej tabeli kursowej, mającej stanowić podstawę do naliczania rat kredytu. Abuzywność klauzuli została potwierdzona również przez SN, który podkreślił m.in., iż skutkowała ona zachwianiem równorzędnej pozycji stron umowy, jako że podmiot silniejszy (czyli bank) mógł dzięki niej dowolnie i jednostronnie kształtować wysokość rat kredytu, co uderzało w interes ekonomiczny klienta. Czyli, jak dotąd „klasyk”, typowy dla „frankowych” umów stawiających banki dzięki odwołaniom do tabel kursowych w uprzywilejowanej pozycji i przerzucających całe ryzyko na klientów - dobrze się jednak stało, iż mamy po raz kolejny podkreśloną czarno na białym asymetrię relacji klient-bank.

W każdym razie, bank wniósł w końcu kasację do Sądu Najwyższego – i tu spotkała go dość niemiła niespodzianka. SN stwierdził bowiem, iż mimo nieważności klauzuli waloryzacyjnej umowę da się utrzymać jako złotową – ale oprocentowaną wg stawki LIBOR (czyli „frankowej”), znacznie niższej, niż stosowana przy kredytach złotowych stawka WIBOR. SN wyszedł z założenia, że da się określić kwotę zobowiązania – jest nią po prostu suma realnie wypłacona przez bank w złotówkach, a i sposób naliczania odsetek jest w umowie jasno określony (LIBOR). Sąd Najwyższy zwracając sprawę Sądowi Apelacyjnemu do ponownego rozpatrzenia polecił zatem, by ten wziął pod uwagę możliwość utrzymania umowy w mocy z pominięciem niedozwolonej klauzuli waloryzacyjnej, uznając jednocześnie za kwotę kredytu sumę wypłaconą w złotych. Innymi słowy, nastąpiło sądowe „odfrankowienie” kredytu – niczym w najdalej idących postulatach legislacyjnych środowisk „frankowiczów”! Rewelacja...

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół uzasadnienia. Mianowicie, umowa w ogóle nie przewidywała wypłaty kredytu we frankach szwajcarskich, ani zwrotu w tej walucie. Kwota w CHF pojawia się w całej umowie zaledwie jeden raz, co „wobec całej pozostałej treści umowy i jej załączników jest tylko niezasługującym na ochronę kamuflażem rzeczywistych intencji tego Banku”. Nie wiem, jak Państwu, ale mnie bardzo się to sformułowanie podoba: niezasługujący na ochronę kamuflaż rzeczywistych intencji banku. Spróbujmy sobie ową „intencję” zrekonstruować – czyżby chodziło o to, że bank wypłacił złotówki, a zamierzał odzyskać de facto franki – i to wg własnej tabeli kursowej, ignorującej chociażby średni kurs NBP?

Wyrok SN stanowi ewidentne pokłosie orzeczenia TSUE z 3 października. Przypomnijmy, iż padło w nim zalecenie, by w miarę możności utrzymywać umowy w mocy, jednak nie jest możliwe zastępowanie wadliwych zapisów przez sąd innymi, działającymi podobnie, generalnie zaś kluczowy powinien być interes klienta – i wszystkie te postulaty znalazły tu swoje odzwierciedlenie. Jest oczywiście otwartym pytaniem, w jakim stopniu orzeczenie SN wpłynie na szerszą linię rozstrzygnięć sądowych w tego typu sprawach – niemniej, odnotujmy niedwuznaczną sugestię, iż kredyty denominowane w istocie należałoby zrównać z kredytami indeksowanymi, uznając techniczne różnice za nie zasługujący na ochronę „kamuflaż”.

Na koniec jeszcze jedna kwestia. Jak wiemy, banki zaczęły się odgrażać, iż w przypadku sądowego unieważniania umów będą występowały z żądaniami „odszkodowań” z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału”. Takie ostrzeżenie sformułował już Raiffeisen Bank wobec państwa Dziubaków. O stanowisku banków było głośno, więc można założyć, że SN był świadom powagi sytuacji. Czyżby więc SN swym wyrokiem chciał tu dać coś do zrozumienia? Nasuwa się przypuszczenie, że intencją tego orzeczenia jest, by sądy rozstrzygając sprawy „frankowiczów” o ile to tylko możliwe nie unieważniały umów, lecz szły właśnie w kierunku „odwalutowania”. W takiej sytuacji umowa pozostawałyby dalej w mocy, co z miejsca czyniłoby bankowe roszczenia bezzasadnymi. No i wreszcie – może Sąd Najwyższy pogroził tu bankom palcem, by przestały się wygłupiać, bo mogą się na swoim cwaniactwie zdrowo przejechać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowa ośmiornica

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (06-12.12.2019)

czwartek, 16 sierpnia 2018

Rebelia, czyli sędziokracja w działaniu

Sąd Najwyższy demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej.


I. Sędziowska hucpa

Jak zapewne Państwo wiedzą, Sąd Najwyższy skierował do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu (TSUE) pięć tzw. pytań prejudycjalnych (czyli zadawanych przed wydaniem orzeczenia) i w ramach „środka zabezpieczającego” tymczasowo „zawiesił” (powołując się na art. 755 §1 kpc) stosowanie przepisów Ustawy o Sądzie Najwyższym dotyczących zasad przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku.

Zanim rozłożymy na łopatki ten wykwit bezczelności „nadzwyczajnej kasty”, wyjaśnijmy wpierw kruczek prawny, do jakiego uciekli się sędziowie (z góry proszę o cierpliwość, ale jest to konieczne do naświetlenia całej hucpy). Otóż do wchodzącej w skład SN Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych wpłynęło 18 lipca br. pytanie odnośnie podlegania systemom rentowym w różnych krajach UE (sygn. III UZP 4/18). Do rozstrzygnięcia tego specjalistycznego zagadnienia z dziedziny harmonizacji unijnych ubezpieczeń społecznych wydelegowano skład orzekający w liczbie siedmiu sędziów, w tym - uwaga, bo to jest clou – dwóch, którzy ukończyli już 65 rok życia i zgodnie ze znowelizowaną ustawą o Sądzie Najwyższym powinni przejść z mocy prawa w stan spoczynku lub zwrócić się do prezydenta z wnioskiem o przedłużenie sprawowania funkcji. I to właśnie posłużyło składowi za pretekst do wysłania słynnych zapytań do TSUE. Następnie owych siedmiu sędziów uchwaliło wspomniane „zawieszenie” stosowania przepisów w odniesieniu do wszystkich członków SN którzy ukończyli 65 lat na czas rozpatrywania sprawy przez unijny trybunał.

Dla porządku przypomnijmy jeszcze te pytania. Pierwsze dotyczyło rzekomego złamania przez ustawę o SN zasady nieusuwalności sędziów poprzez obniżenie wieku emerytalnego. Drugie odnosiło się do niezawisłości sędziów i niezależności sądów, które jakoby ma naruszać konieczność uzyskania zgody prezydenta na dalsze orzekanie po osiągnięciu wieku emerytalnego. Pytania trzecie i czwarte sugerują „dyskryminację ze względu na wiek” przy czym SN domaga się od TSUE uznania, że każdy skład orzekający z udziałem sędziego powyżej 65 roku życia ma prawo odmówić stosowania odnośnych przepisów Ustawy o SN. No i wreszcie, w pytaniu piątym, SN domaga się potwierdzenia dopuszczalności użycia środka zabezpieczającego pod postacią odmowy stosowania przepisów krajowych „sprzecznych z prawem unijnym”. Innymi słowy – TSUE ma potwierdzić, że SN miał prawo zrobić to, co zrobił. Zwróćmy uwagę – owe pytania nie mają nic wspólnego z meritum sprawy do której powołano skład orzekający, a koncentrują się jedynie na samych sędziach z niedwuznaczną intencją wysadzenia w powietrze cudzymi rękami całej reformy Sądu Najwyższego.


II. „Nemo iudex in causa sua”

Jest to oczywiście ciąg dalszy pełzającego rokoszu „nadzwyczajnej kasty”. Charakterystyczne, że SN nie odwołuje się w swych „zapytaniach” (a w zasadzie tezach, bowiem sformułowane są one w sposób sugerujący z góry odpowiedź) do prawa polskiego, w tym Konstytucji. Ta bowiem jasno stanowi, że w przypadku reorganizacji sądów można przenieść sędziego w stan spoczynku (art. 180 p.5), a także, że granicę wieku przechodzenia w stan spoczynku określa ustawa (art. 180 p.4). A zatem, rzekoma „dyskryminacja ze względu na wiek” wynika wprost z delegacji ustawowej zawartej w najwyższym akcie normatywnym Rzeczpospolitej. Jeśli zaś chodzi o słynną „niezależność” i „niezawisłość”, to wystarczy spojrzeć chociażby na Niemcy, gdzie sędziowie najwyższych organów sądowniczych powoływani są w tajnym głosowaniu przez specjalną komisję złożoną z 16 landowych ministrów i 16 delegatów Bundestagu, a jej skład i wynik głosowania bezpośrednio odzwierciedlają układ sił politycznych i są efektem zakulisowych targów. Sędziowie SN doskonale o tym wiedzą, dlatego też w swym piśmie wolą się odwoływać do ogólnikowych zasad UE i orzecznictwa luksemburskiego trybunału. Jest tylko jeden szkopuł – orzecznictwo unijnych sądów obowiązuje jedynie w konkretnych sprawach i nie stanowi w Polsce źródła prawa. Tymczasem SN zdaje się przechodzić nad tym do porządku dziennego i traktuje wyroki TSUE na wzór anglosaskiego prawa precedensowego, co jest kompletnie sprzeczne z polskim systemem prawnym.

Największym skandalem jest jednak uzurpowanie sobie uprawnienia do „czasowego zawieszania” przepisów. Należy powiedzieć jasno: Sąd Najwyższy (ani żaden inny) nie ma takich kompetencji! Tu mamy wprost złamanie prawa, a odwoływanie się do art. 755 §1 kpc (traktującego o zabezpieczeniu roszczeń cywilnych) zakrawa na kpinę – nie ma tam bowiem słowa o tym, że w ramach „zabezpieczenia” sąd może lekceważyć przepisy jakiejkolwiek ustawy. Wspomniany artykuł mówi o „środkach zabezpieczających” - ale przecież w granicach obowiązującego prawa! W przeciwnym razie otrzymalibyśmy swoistą prawniczą anarchię i „sędziokrację”, kiedy to sąd pod byle pretekstem mógłby stawiać się ponad ustawami. Zresztą, generalnie, stosowanie regulacji cywilnoprawnej na zasadzie jakiejś zadziwiającej pseudo-analogii w odniesieniu do materii konstytucyjnej stanowi kuriozalne pomieszanie porządków.

Mamy zatem do czynienia z dalece posuniętym zawłaszczeniem nienależnych prerogatyw. Po pierwsze, Sąd Najwyższy wkroczył w kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, który jako jedyny może orzekać w kwestii obowiązywania i zgodności ustaw z Konstytucją. Po drugie, SN przywłaszczył sobie kompetencje władzy ustawodawczej tworząc nieistniejącą w polskim prawie konstrukcję „tymczasowego zwieszenia stosowania przepisów”. W związku z tym – po trzecie - SN demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej. Jest to moim zdaniem materiał dla powstającej właśnie Izby Dyscyplinarnej – sędziowie, którzy dopuścili się tak rażącej obrazy przepisów prawa w sposób oczywisty udowodnili bowiem, że nie ma dla nich dłużej miejsca w tym zawodzie. A co do „nieskazitelności charakteru” mającej cechować sędziego – wystarczy przypomnieć, że ta skandaliczna uchwała stanowi jawne naruszenie pamiętającej prawo rzymskie zasady „nemo iudex in causa sua” („nikt nie może być sędzią we własnej sprawie”), będącej jednym z fundamentów naszej cywilizacji.


III. Sędziokracja w działaniu

No dobrze, ale skąd w ogóle przyszedł sędziom do głowy ten pomysł? Już wyjaśniam. Otóż podczas zeszłorocznego Kongresu Prawników Polskich prof. Wojciech Popiołek wystąpił z obrażającą rozum, antykonstytucyjną koncepcją „suwerena”, głosząc iż „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Pozostaje to oczywiście w jaskrawej sprzeczności z art.4 p.1 Konstytucji stwierdzającym, że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Z kolei prof. Marek Safjan roztaczał wizję „alternatywnego” Trybunału Konstytucyjnego – w myśl tego pomysłu, to sędziowie mieliby prowadzić „stały monitoring” i wydawać „swoiste orzeczenia o konstytucyjności regulacji”. Wszystko to bez jakichkolwiek podstaw prawnych, a nawet wbrew nim. Tym samym, obaj panowie proklamowali „sędziokrację”. Jak wówczas pisałem, „nadzwyczajna kasta” ogłosiła się suwerenem. Dziś widzimy efekty: omawiana uchwała Sądu Najwyższego jest prostą kontynuacją i praktyczną realizacją tamtych postulatów. Nawiasem mówiąc, prof. Safjan jest obecnie sędzią Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej do którego jego koledzy z SN skierowali „do zatwierdzenia” swe „pytania”. Ot, i wszystko ładnie się zazębia...

Na zakończenie jeszcze dwie uwagi. Pierwsza to taka, że obecne sędziowskie rozwydrzenie jest pokłosiem weta Andrzeja Dudy z lipca zeszłego roku - polityczni zagończycy w togach poczuli się dzięki niemu aż nazbyt pewnie. I uwaga druga – należy bezwzględnie wpisać do Konstytucji zasadę nadrzędności polskiego prawa nad prawem unijnym. Bez tego nasza suwerenność będzie bezustannie podważana przez różnych sprzedawczyków rozzuchwalonych poparciem „zagranicy”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kasta w amoku

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (10-16.08.2018)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kasta w amoku

Ciekawe, czy Timmermans pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?

I. Sędziowscy hunwejbini

Zadyma wokół reformy wymiaru sprawiedliwości ma jeden niewątpliwie pozytywny aspekt: opadły maski apolityczności, dystansu i obiektywizmu, jakie sędziowie dotąd chętnie zakładali na użytek opinii publicznej. Przedstawiciele „nadzwyczajnej kasty” lubili się bowiem przed społeczeństwem drapować w szaty Katonów – niezłomnych mędrców dumających dniem i nocą o praworządności, do których nie mają przystępu niskie instynkty, co zresztą zostało zadekretowane ustawowo dogmatem o „nieskazitelności charakteru”. W tym kontekście nie dziwi oburzenie środowiska wywołane projektem utworzenia w Sądzie Najwyższym Izby Dyscyplinarnej – no bo, skoro sędzia jest „nieskazitelny” z mocy prawa, to taka Izba jest po pierwsze zbędna, po drugie zaś może w głowach maluczkich zasiać szkodliwy zamęt sugerując samym swym istnieniem, że z tą nieskazitelnością nie wszystko jest tak do końca w porządku. Jednak, jako się rzekło, owe katońskie stylizacje okazały się tanią komedią, bo gdy „kasta” poczuła się zagrożona w swych partykularnych, korporacyjnych interesach, bez ceregieli cisnęła w kąt wszystkie kabotyńskie pozy przeistaczając się w jednej chwili w pospolitych wiecowych krzykaczy. Tym samym, spod togi dostojeństwa wyleźli zacietrzewieni hunwejbini, ani na jotę nie odstający od najbardziej zajadłych polityków „totalnej opozycji”, tudzież osobników pokroju płk. Mazguły, „Farmazona” czy „obywatela RP” Kasprzaka.

Niedawnym przejawem powyższego był list dyscyplinujący, jaki Stowarzyszenie Sędziów THEMIS pod wodzą sędzi Beaty Morawiec zamieściło na swej stronie internetowej. Zagroziło w nim prawnikom startującym w konkursie na sędziów Sądu Najwyższego wiekuistym potępieniem, albowiem „udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”. Wedle stanowiska THEMIS „Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Podobny okólnik z wytycznymi opublikowało stowarzyszenie „Iustitia” grożąc, iż „prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”.


II. Niezawisłość wczoraj i dziś

Oba oświadczenia rzucają snop światła na podejście prawniczego establishmentu do kwestii słynnej „niezawisłości” sędziowskiej oraz sposobu postrzegania własnego środowiska. Gdyby potraktować je przez chwilę serio, to należałoby przyjąć, iż w optyce władz obu stowarzyszeń przynajmniej część ich kolegów i koleżanek to chwiejne indywidua o nader podejrzanej konduicie moralnej – bowiem po pierwsze, można ich skutecznie zaszantażować groźbą towarzysko-zawodowego ostracyzmu, po drugie zaś – są łasi na zaszczyty i urzędy dla których gotowi są wysługiwać się każdej władzy (a nie tylko tej „właściwej”). Teraz poprosiłbym szanownych luminarzy prawa o wyjaśnienie – jak to się ma do słów o „nadzwyczajnej kaście ludzi”, wspomnianej wyżej „nieskazitelności charakteru” czy „niezawisłości”, skoro trzeba się wobec nich uciekać do tego rodzaju pogróżek? Czy nie zachodzi tu pewna rozbieżność między kreowanym publicznie wizerunkiem, a rzeczywistą kondycją naszych „orłów Temidy”? A skoro tak, to czy dotychczasowy stan polskiego sądownictwa w którym orzekali ludzie tak marni, faktycznie był taki idealny, jak się nam przedstawia – i dopiero PiS przyszedł i rozwalił kwitnącą praworządność? Tu pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej, która w 2016 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdziła, że „sprawiedliwość trzeba sobie u nas wyszarpać”. Czyżby prof. Łętowska stała się „pisówą”? Czy ktoś potrafi przekonująco wytłumaczyć te sprzeczności?

Tak to bywa, gdy histeria przesłania racjonalne myślenie – autorzy cytowanych oświadczeń w politycznym amoku zwyczajnie nie pomyśleli jakie świadectwo wystawiają własnej „kaście”. Tymczasem niezawisłość to nie tylko gwarancje prawne, lecz przede wszystkim stan ducha i umysłu. Jeżeli sędzia jest niezwisły, to zachowa się przyzwoicie również w trudnych okolicznościach – co najwyżej nie zrobi wielkiej kariery. Nawet w PRL-u nie wszyscy sędziowie byli służalczy wobec komuny, co oczywiście przypłacili brakiem awansu i szykanami. Ich kosztem kariery robili ci rozumiejący kolejne „mądrości etapu” - i to oni kształtowali w roli mentorów dalsze pokolenia sędziowskiego narybku, czego emblematycznym przykładem może być sędzia kapitan Iwulski szkolony przez WSW i z żoną w bezpiece.

Nawiasem mówiąc, gdy trzeba było bronić kolegów orzekających w stanie wojennym, Sąd Najwyższy wykazał się w kwestii niezawisłości daleko idącą elastycznością, stwierdzając w niesławnej uchwale z dn. 20 grudnia 2007 r., że skoro PRL nie była państwem prawa i obowiązywał w niej np. dekret o stanie wojennym, to nie wolno czepiać się sędziów, że ten dekret stosowali. Na bazie tej żelaznej logiki nie pociągnięto do odpowiedzialności bodaj żadnego sądowego zbrodniarza. Kiedy wytknął to sędziom wiceminister Marcin Warchoł przemawiając 20 maja 2017 na Zjeździe Prawników Polskich, ci zaczęli demonstracyjnie wychodzić z sali. Najwyraźniej niezawisłość i nieskazitelność charakteru przewidziane są jedynie na czas dobrej pogody. Tak więc otrzymujemy kolejny paradoks – dyspozycyjni sędziowie z czasów PRL nie sprzeniewierzyli się niezawisłości, ale sędziowie którzy dziś ośmieliliby się kandydować do Sądu Najwyższego są ohydnymi sługusami „pisowskiego reżimu”, których należy przykładnie napiętnować. Trzeba dodać, że podobne groźby sędziowskie stowarzyszenia formułowały również wcześniej – przy okazji zmian na stanowiskach prezesów sądów i wyłaniania nowej KRS.


III. Pełzający rokosz

Generalnie, można odnieść wrażenie, że prawniczy establishment trzęsie się w posadach, bo oto na naszych oczach zapoczątkowany zostaje proces wymiany elit – dotychczasowe autorytety stopniowo są odsyłane do lamusa, przez co ulega przerwaniu proceder uzupełniania się przez kooptację gwarantujący ciągłość układu. Symbolem może być tu wzmiankowana przewodnicząca stowarzyszenia „THEMIS” sędzia Beata Morawiec odwołana z funkcji prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie przez min. Ziobrę. Stąd odpowiedzią tracących wpływy prawników jest pełzający rokosz do którego jawnie wzywają kolejne uchwały i wystąpienia. Lojalni wobec odwołanej prezes sędziowie SO w Krakowie uchwalili „wotum nieufności” wobec jej następczyni wzywając ją do ustąpienia, albowiem przyjmując funkcję „wspiera zmiany, których celem jest zniszczenie trójpodziału władzy i niezależności sądownictwa”. Z kolei sędzia SN Wojciech Katner oznajmił w TVN24, iż ma nadzieję, że nie znajdzie się osoba, która zgodziłaby się zastąpić ex-prezes Gersdorf. Wcześniej jeszcze, na przywołanym Zjeździe Prawników Polskich prof. Safjan snuł wizje alternatywnego Trybunału Konstytucyjnego prowadzącego „stały monitoring” i wydającego własne orzeczenia o konstytucyjności przepisów, co jest wprost dążeniem do anarchizacji państwa. Z kolei prof. Wojciech Popiołek wsławił się jawnie sprzeczną z art.4 Konstytucji („władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”) wykładnią pojęcia suwerena, głosząc ni mniej ni więcej, tylko że „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Czystej wody uzurpacja - to bowiem „nadzwyczajna kasta” „odkrywałaby” i wdrażała owe „wartości”. Otrzymalibyśmy zatem rządy swoistych „ajatollahów prawa”. Jak widać, sędziowie podążają tą drogą, czego dowodem są uroszczenia dotychczasowego składu Sądu Najwyższego do recenzowania zgodności z Konstytucją ustaw o sądownictwie.

Sędziowski rokosz jednak nie przetrwa bez wsparcia zagranicy – stąd nie może dziwić występ prof. Gersdorf przed niemieckimi sędziami federalnymi w Karlsruhe podczas którego błagała o ratunek dla upadającego „państwa prawa” ogłaszając się przy okazji „pierwszym prezesem na uchodźstwie”. Z poparciem oczywiście pośpieszyło niemieckie MSZ każąc nadal tytułować Małgorzatę Gersdorf „prezesem”. Nota bene, akcję prof. Gersdorf interpretuję jako otwarcie kolejnego etapu kariery – liczy na to, że lansując się na swym męczeństwie zostanie dokooptowana do ekskluzywnej, europejskiej prawniczej międzynarodówki, demonstruje więc zawczasu swoją użyteczność. W ciąg zdradzieckiej żebraniny o zewnętrzną interwencję wpisał się również prof. Jerzy Zajadło z Uniwersytetu Gdańskiego apelując do Fransa Timmermansa o podjęcie „jeszcze bardziej radykalnych kroków” przeciw Polsce. Swoją drogą, jak ten Timmermans musi gardzić Polakami widząc te tabuny łaszących się do niego codziennie sprzedawczyków... Ciekawe tylko, czy pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (01-21.08.2018)