Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma sądownictwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma sądownictwa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

TSUE na bambus!

Toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych.

I. Legalizacja sędziowskiej anarchii

Okazało się, że koronawirus nie zatrzymał luksemburskich młynów sprawiedliwości. Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wydał „postanowienie o zabezpieczeniu” w sprawie wytoczonej Polsce przez Komisję Europejską odnośnie reformy wymiaru sprawiedliwości (sprawa C-791/19). Chodzi konkretnie o model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, w tym przede wszystkim funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zgodnie z orzeczonymi 8 kwietnia „środkami tymczasowymi” Polska powinna zawiesić działalność Izby Dyscyplinarnej i powstrzymać się od kierowania spraw dyscyplinarnych do rozpoznania przez składy orzekające, które „nie spełniają wymogów niezależności”. Ponadto polski rząd ma w ciągu miesiąca powiadomić TSUE o podjętych działaniach mających na celu urzeczywistnienie wymaganych środków tymczasowych. Obowiązywać mają one do czasu wydania przez TSUE ostatecznego wyroku, który spodziewany jest w drugiej połowie 2020 r. W praktyce oznacza to kilkumiesięczny paraliż sądownictwa dyscyplinarnego.

Kolejną konsekwencją będzie pogłębienie chaosu wokół wyboru nowego I prezesa SN (kadencja Małgorzaty Gersdorf upływa 30 kwietnia), tym bardziej, że ze względów epidemiologicznych Sąd Najwyższy jest obecnie „wyłączony”. Na powyższe nakłada się jeszcze kuriozalna uchwała „lojalnych” wobec Gersdorf izb SN z 23 stycznia 2020 r. wyłączająca od orzekania w Sądzie Najwyższym wszystkich sędziów wyłonionych przez nową KRS (a więc również sędziów Izby Dyscyplinarnej) oraz unieważniająca wszystkie przeszłe i przyszłe orzeczenia Izby Dyscyplinarnej. Postanowienie TSUE zatem poniekąd „legalizuje” na poziomie europejskim sędziowską anarchię i antypaństwowy rokosz „nadzwyczajnej kasty”, co stanowi twórcze rozwinięcie myśli objawionej przez prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato podczas „marszu tysiąca tóg”: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. To nic innego, jak próba uprawomocnienia post factum, za pomocą pseudoprawnego bełkotu i mętnych frazesów, sędziowskiego puczu i alternatywnej wobec pozostałych władz „sądokracji” pod dożywotnim przewodnictwem Małgorzaty Gersdorf.


II. Brukselscy uzurpatorzy

Jak na takie dictum ma zareagować strona polska? Jedynym rozwiązaniem jest ogłoszenie wszem i wobec, że Polska nie uznaje uprawnień TSUE w zakresie orzekania o kwestiach ustrojowych państw członkowskich – co, nawiasem mówiąc, powinniśmy byli zrobić już na samym starcie tej farsy i odmówić udziału w postępowaniu przed luksemburskim trybunałem. Należy podkreślić z całą mocą – organizacja wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą państwa, sprawą ustrojową, podobnie jak analogiczne zagadnienia dotyczące funkcjonowania władzy ustawodawczej czy wykonawczej. Natomiast organy Unii Europejskiej - niezależnie od tego czy to jest Komisja Europejska, czy TSUE – usiłując mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy uzurpują sobie nienależne im, kompletnie pozatraktatowe kompetencje. W istocie bowiem toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych, zawłaszczając prawem kaduka kolejne obszary władzy. Podobnie rzecz ma się z TSUE – gdyby unijny trybunał faktycznie stał na gruncie traktatów, powinien z miejsca oddalić skargę Komisji Europejskiej, stwierdzając swą niewłaściwość do rozstrzygania tego typu spraw. Jednak, podobnie jak KE, również TSUE dostrzegł w sporze o „polską praworządność” znakomitą okazję do uzurpatorskiego poszerzenia zakresu swojego orzecznictwa. „Mułłowie w togach” są wszędzie tacy sami – czy to w Warszawie, czy w Luksemburgu.

Nie da się ukryć, że polski rząd popełnił na samym starcie błąd w ogóle godząc się na uczestnictwo w tej hucpie. Należało już na wstępie jasno zanegować uroszczenia brukselskich mandarynów, zamiast naiwnie wchodzić w tę grę, licząc, że uda się coś wynegocjować, wyjaśnić... Po pierwsze – po tamtej stronie nikt nie zamierzał nas słuchać, postępowanie Brukseli od początku nacechowane było skrajnie złą wolą polityczną i zmierzało do destabilizacji wewnętrznej sytuacji w Polsce, docelowo zaś obalenia obecnego, niewygodnego rządu. Po drugie – podejmując brukselską grę znaczonymi kartami, składając wyjaśnienia, nieledwie tłumacząc się niczym przed zwierzchnikami, sprawiliśmy wrażenie, że milcząco akceptujemy kompetencyjne uzurpacje unijnej biurokracji, co w przyszłości z całą pewnością odbije się jeszcze nie raz czkawką. Po trzecie wreszcie – otworzyliśmy w ten sposób drzwi do dalszych tego typu bezprawnych ingerencji. Idę o zakład, że KE i TSUE nie przepuszczą chociażby takiej okazji, jak kontrowersje wokół zbliżających się wyborów prezydenckich – tym bardziej, że mają na swe usługi tutejszą „totalną targowicę”, która z pewnością narobi w Europie rabanu. I co, nasi przedstawiciele znów będą się tłumaczyć na forum Parlamentu Europejskiego przed różnymi Verhofstadtami, a ministrowie jeździć z wyjaśnieniami do eurokomisarz Jourovej?

A pierwsze sygnały już się pojawiły – Vera Jourova zdążyła wyrazić „zaniepokojenie” wyborami w Polsce. Tylko patrzeć, jak na jej wniosek Komisja Europejska zechce wdrożyć napisaną ad hoc procedurę „kontroli demokratycznych standardów” i skieruje sprawę do TSUE. A że bezprawnie? A kogo to, skoro w ten sposób unijni mandaryni zyskają możliwość kontroli procedur wyborczych w krajach członkowskich, a Trybunał w Luksemburgu ochoczo to „klepnie” ustawiając się w roli samozwańczego „rewizora” od którego będzie zależała ostateczna prawomocność wyborów? To zbyt łakomy kąsek, by z niego rezygnować. Zresztą spójrzmy – w sprawie Izby Dyscyplinarnej TSUE wyraził obiekcje co do „niezawisłości” sędziów, bo zostali oni nominowani przez KRS, która z kolei została wybrana przez Sejm. Jeżeli, przy naszej bierności, bądź wręcz milczącej zgodzie, Komisja Europejska i TSUE roztrząsają takie szczegóły ustawiając nas w charakterze tłumaczących się petentów, to co stoi na przeszkodzie, by podobnie drobiazgowo nie wzięły się za analizowanie wyborów, uznaniowo „zatwierdzając” je, albo „unieważniając”?


III. Bojkot TSUE!

To wszystko, powtarzam, jest pokłosiem „grzechu pierworodnego”, jakim była nasza zgoda na narzucenie nam groteskowej brukselskiej „procedury”. Na szczęście, nie jest jeszcze za późno, by z tego się wymiksować, trzeba tylko minimum asertywności i woli politycznej. Trzeba, krótko mówiąc, wysłać ten cały operetkowy trybunalik z jego uroszczeniami na bambus. Należy, jak nadmieniłem wcześniej, jasno i dobitnie, w sposób nie pozostawiający miejsca na jakiekolwiek niedomówienia i wątpliwości stwierdzić, iż TSUE nie ma żadnych uprawnień do orzekania w sprawach organizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości (ani żadnych innych kwestiach ustrojowych), zaś prawem nadrzędnym w Polsce jest Konstytucja, a nie widzimisię unijnych czynowników, tudzież samozwańczych „ajatollahów prawa” z Luksemburga. Co za tym idzie, strona Polska nie uznaje orzeczonego „środka zabezpieczającego” - ani tym bardziej przyszłego „ostatecznego wyroku” TSUE. Izba Dyscyplinarna ma procedować normalnie, a TSUE należy od tej pory konsekwentnie bojkotować, ogłaszając ponadto, iż Polska nie przyjmuje do wiadomości żadnych ewentualnych „kar” za niezastosowanie się do samowolnych i bezprawnych „orzeczeń”. W ostateczności, jak już tu niegdyś sugerowałem, należy zagrozić Brukseli wstrzymaniem naszej składki członkowskiej. Idę o zakład, że spanikowani kryzysem wokół koronawirusa unijni dygnitarze nie będą chcieli sobie dokładać kolejnego bólu głowy – trochę powrzeszczą i przestaną. Jeżeli zaś ulegniemy, jedynie zachęcimy ich do eskalacji kolejnych żądań, grzęznąc w tym biurokratyczno-sądowym bagnie na dobre i oddając po kawałku kolejne obszary naszej suwerenności. To jest ostatni dzwonek – my albo oni, tertium non datur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Z Brukselą trzeba twardo

Sędziowska anarchia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Ani kroku wstecz!

Rząd musi uświadomić sobie jedno – to próba sił. To jest walka o naszą elementarną suwerenność. A w takiej walce nie można robić ani jednego kroku wstecz.

I. Rozbetonować kastę

Prezydent Andrzej Duda pokazał charakter i wbrew wrzaskom „ulicy i zagranicy” podpisał tzw. ustawę dyscyplinującą. Brawo, uniknęliśmy zamieszania i polityczno-prawnych korowodów w stylu tych pamiętanych z 2017 r. po podwójnym wecie do ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym, co pokazuje, że prezydent potrafi uczyć się na błędach. O ile wtedy, przy pewnej dozie dobrej woli, weto można jeszcze było tłumaczyć chęcią deeskalacji konfliktu i wypracowania jakiegoś kompromisu ze środowiskami prawniczymi, o tyle obecnie podobne złudzenia należało stanowczo porzucić – i tak też się stało. Przebieg wydarzeń pokazał jasno, jak naiwna była wiara, że z prawniczym establishmentem można cokolwiek konstruktywnie wynegocjować. „Nadzwyczajna kasta” w międzyczasie zademonstrowała w sposób nie pozostawiający cienia wątpliwości, że nie chodzi jej o kształt reformy, lecz o to, by żadnych reform nie było. Sędziowie mieliby się po staremu sami powoływać, pozostawiając prezydentowi jedynie dekoracyjną rolę wręczającego nominacje, sami wybierać na stanowiska i sami przed sobą odpowiadać. Krótko mówiąc – stanowić państwo w państwie, uzurpując sobie na dodatek prerogatywy do recenzowania pozostałych władz i wkraczania w ich kompetencje, co uwidoczniła omawiana tutaj niedawno uchwała Sądu Najwyższego z 23 stycznia, w której „mułłowie w togach” urościli sobie prawo do decydowania, jacy sędziowie mogą orzekać, a jacy nie. Tyle dobrego, że rozwój wypadków zmusił sędziowski establishment do swoistej autodemaskacji – zrzucenia masek „apolityczności” i objawienia przed opinią publiczną swej rzeczywistej roli, jako głównego zwornika postokrągłostołowego systemu. Chyba dla wszystkich jest już jasne, że tak szeroki zakres autonomii przyznano sędziom właśnie dlatego, że wywodząca się wprost z komuny środowiskowa wierchuszka dawała gwarancję „długiego trwania” modelu „PRL-bis” wraz z bezkarnością i uprzywilejowaną pozycją różnych grup interesu – i to na przestrzeni międzypokoleniowej, poprzez odpowiednie kształtowanie młodego sędziowskiego narybku.

Ten system mógł sprawnie działać tylko pod jednym warunkiem – absolutnej szczelności. Na szczelność tę składały się nie tylko gwarancje prawno-ustrojowe, lecz także bezwzględna wewnętrzna presja wymuszająca konformizm i bezwarunkowe podporządkowanie środowiskowym „autorytetom”. I stąd właśnie wziął się obserwowany obecnie histeryczny opór przed jakimikolwiek zmianami – prowadzą bowiem one do rozbetonowania tego chorego układu i zburzenia zadekretowanej, wewnętrznej hierarchii. Dlatego też, pisząc o „nadzwyczajnej kaście” podkreślam, że chodzi o sędziowski establishment, wierchuszkę – bo to w jej partykularny interes uderzają wdrażane reformy, a nie w ogół sędziów, czy ich niezawisłość jako taką. Władza wykonawcza jak do tej pory nie będzie mogła ingerować w wyroki, a raz powołany sędzia pozostanie nieusuwalny – za wyjątkiem ściśle określonych sytuacji, kiedy to sprzeniewierzający się elementarnym standardom sędzia będzie odpowiadał przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego.


II. Uzurpatorzy w togach

Zresztą, z patologicznych cech dotychczasowego modelu zdawano sobie świetnie sprawę, o czym świadczy przytoczona przez Jana Rokitę niegdysiejsza wypowiedź prof. Rzeplińskiego (potwierdzona w innym wywiadzie przez samego zainteresowanego), że w sądownictwie nic się nie zmieni, dopóki sędziom nie odbierze się Krajowej Rady Sądownictwa. To właśnie dlatego rozpętano awanturę wokół ujawnienia list poparcia dla nowych członków KRS – chodziło o to, by publicznie napiętnować popierających i zmusić ich do „wycofania” swych podpisów. Prof. Matczak ukuł nawet na tę okazję specjalną „wykładnię” - taką mianowicie, że poparcie było rzekomo tylko takim „pełnomocnictwem”, które można w dowolnym momencie „wycofać”. Oczywiste prawne horrendum – w ten sposób nie można by przeprowadzić żadnych wyborów, bo każdy obywatel mógłby w każdej chwili „wycofać” swój podpis np. pod listą poparcia kandydata na prezydenta. Ale cóż, przedstawiciele „kasty” udowodnili już nie raz, że nie cofną się przed niczym. Znamienne są tu słowa sędzi Ireny Kamińskiej (autorki określenia „nadzwyczajna kasta ludzi”), która podczas konferencji zorganizowanej przez Fundację Batorego wyznała szczerze, iż „pragnie zemsty” na obecnej władzy (co równie szczerze potwierdziła prof. Monika Płatek). A jak tę „zemstę” osiągnąć? Ano, wystarczy odpowiednie rozwiązania sobie „wyinterpretować, nie naciągając tego zbytnio”. Jest to nic innego, jak eufemistyczne określenie prawotwórstwa, czyli wkroczenia w kompetencje władzy ustawodawczej. Innymi słowy – prawo ma obowiązywać maluczkich, natomiast dla „mułłów w togach” jest jedynie zbiorem luźnych sugestii, które można sobie naginać po uważaniu w imię własnych interesów. Jak to może wyglądać w praktyce pokazał wielokrotnie już tu wspominany bulwersujący przypadek prof. Wojciecha Popiołka, który otwartym tekstem zanegował ustrojowe fundamenty Rzeczypospolitej, twierdząc, iż „W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”.

Dla odmiany, odnotujmy wypowiedź sędzi Barbary Piwnik dla Polskiego Radia 24, której jako żywo trudno zarzucić „pisowskość” (była ministrem sprawiedliwości w rządzie Leszka Millera). W kontekście „ustawy dyscyplinującej” przypomniała ona uchwałę KRS z 19 lutego 2003 r. ustanawiającą „Zbiór zasad etyki zawodowej sędziów”. Co ciekawe, uchwała ta zniknęła z internetowych stron KRS – ale, że w internecie nic nie ginie, zacytujmy tu § 16, jak ulał pasujący do obecnej sędziowskiej rebelii: „Sędzia nie może żadnym swoim zachowaniem stwarzać nawet pozorów nierespektowania porządku prawnego”. Polecam ten punkt wszystkim „ajatollahom prawa”, uważającym, iż są władni „wyinterpretowywać” sobie wszystko według własnego widzimisię.


III. Ani kroku wstecz!

Opisanym tu próbom anarchizacji państwa ma położyć kres ustawa dyscyplinująca. Przed rządem jednak kolejne starcie – tym razem na poziomie europejskim. Zarówno „nadzwyczajna kasta”, jak i „totalna opozycja” nie ukrywają, w iście targowickim duchu, że liczą na unijne sankcje i orzeczenie TSUE mające na Polskę nałożyć karę dzienną nawet w wysokości 2 mln. euro, co jest efektem wniosku wniesionego przez Komisję Europejską o zastosowanie przeciw Polsce środków tymczasowych mających „zamrozić” funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej SN. Na porządku dziennym stoi również sprawa powiązania przyszłych funduszy unijnych z „przestrzeganiem praworządności”. Wszystko z inspiracji rodzimych „targowiczątek”, nie ukrywających nawet, że właśnie tą drogą mają zamiar – nie, wcale nie ocalić „praworządność”, tylko doprowadzić do obalenia legalnych, demokratycznie wybranych władz polskiego państwa. Taki sam cel przyświeca również unijnym władzom, dla których rząd PiS jest skrajnie niewygodny. Unijna kasta mandarynów ma do ugrania jeszcze jedno – stworzenie precedensu, na mocy którego przywłaszczyłaby sobie kompletnie pozatraktatowe kompetencje do mieszania się pod byle pozorem w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. TSUE z kolei liczy na „poszerzenie” prawem kaduka zakresu swojego orzecznictwa o arbitralne ustalanie porządku prawnego w krajach UE.

Rząd musi uświadomić sobie jedno – to próba sił. Tu nie pomogą żadne „wyjaśnienia”, bo po drugiej stronie nikt nie zamierza naszych tłumaczeń wysłuchiwać. Dlatego nie wolno się cofnąć – nie może powtórzyć się casus z wycinką Puszczy Białowieskiej, kiedy to ugięliśmy się pod zewnętrznym naciskiem, stwarzając nader niebezpieczny precedens. W skrajnej sytuacji (kara dzienna, sankcje) należy wręcz zagrozić, iż Polska w ramach retorsji zamrozi swoją składkę członkowską, przekierowując ją bezpośrednio na inwestycje, które miały być współfinansowane z unijnych funduszy. To jest walka o naszą elementarną suwerenność. A w takiej walce nie można robić ani jednego kroku wstecz.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (14-20.02.2020)

Sędziowska anarchia

Wzywam legalne władze Rzeczypospolitej, by położyły kres temu prawniczemu bezprawiu i anarchizacji kraju. Ten z gruntu antypaństwowy rokosz należy stłumić wszelkimi możliwymi sposobami.


I. Manifest „nadzwyczajnej kasty”

Furda prawo, furda Trybunał Konstytucyjny i trójpodział władz, furda Konstytucja – liczy się „najmojsza” racja „nadzwyczajnej kasty” i jej partykularny interes. Tak można najkrócej podsumować uchwałę Sądu Najwyższego, w której poprzebierani w „fartuszki” podopieczni pani przedszkolanki Małgorzaty Gersdorf ostentacyjnie postawili się ponad prawem. Przypomnijmy, że 23 stycznia 59 sędziów z połączonych składów Izb Cywilnej, Karnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego ogłosiło, iż... prawo obowiązuje wtedy, gdy im się tak podoba. Inaczej tego wewnętrznie sprzecznego kuriozum zinterpretować nie sposób. Czteropunktowy manifest sędziowskiej elity stanowi bowiem, co następuje: po pierwsze - w odniesieniu do Sądu Najwyższego „nienależyta obsada sądu” zachodzi wówczas, gdy w składzie orzekającym zasiada sędzia powołany przez „nową” KRS; po drugie – również w odniesieniu do sądów powszechnych i wojskowych „nienależyta obsada sądu” ma miejsce, gdy w składzie znajdzie się sędzia powołany przez obecną KRS, ale – uwaga – tylko wtedy, gdy „wadliwość procesu powoływania prowadzi, w konkretnych okolicznościach, do naruszenia standardu niezawisłości i bezstronności”; po trzecie – uchwała nie ma zastosowania do orzeczeń wydanych przed jej ogłoszeniem; i po czwarte – ale za to w przypadku Izby Dyscyplinarnej SN uchwała ma zastosowanie do orzeczeń bez względu na datę ich wydania.


II. Anarchizacja prawa

Jednym słowem, kompletny chaos. Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Najbardziej rygorystyczny jest punkt pierwszy, odnoszący się do samego Sądu Najwyższego. Tu przynajmniej nie ma wątpliwości – wg stanowiska SN sędzia powołany do tegoż Sądu Najwyższego na mocy znowelizowanych przepisów o Krajowej Radzie Sądownictwa nie może orzekać i koniec. Inna rzecz, że SN jest tu „sędzią we własnej sprawie”, co już samo przez się może budzić wątpliwości.

Ale już w kolejnym punkcie, odnoszącym się do „zwykłych” sądów (a więc tych, z którymi najczęściej mają kontakt przeciętni Polacy) robi się istny bajzel, bowiem w przypadku „nowych” sędziów należałoby każdorazowo badać, czy aby „wadliwość” ich powołania nie prowadzi „w konkretnych okolicznościach” „do naruszenia standardów niezawisłości i bezstronności”. Rozumieją Państwo coś z tego? Kto miałby o tym rozstrzygać? Jaki organ? Prezes danego sądu? Sąd Najwyższy? Sąd Ostateczny? Na mocy jakich przepisów i w jakim trybie? Proszę przy tym zwrócić uwagę, że chodzi o „konkretne okoliczności” - a zatem, w jednej sprawie dany sędzia mógłby orzekać, bo pomimo „wadliwości procesu powołania” nie stwierdzono by zagrożeń dla „standardów niezawisłości”, ale w innej sprawie, gdy takie „zagrożenia” by „stwierdzono” - już nie. Przecież to absurd, nie mówiąc już o tym, że jest to czysta uzurpacja – sędziowie SN stworzyli sobie kompletnie uznaniową pseudo-procedurę nie mającą odzwierciedlenia w żadnych obowiązujących przepisach, by wedle własnego widzimisię decydować, czy sędzia ma prawo do orzekania w konkretnych sprawach. Łatwo sobie wyobrazić ten chaos – do tej pory na mocy obecnych przepisów powołano już ponad 380 sędziów i asesorów. I co – kto i na jakiej podstawie ma decydować, czy dany sędzia może orzekać np. w sprawie o kradzież z włamaniem, ale już nie w sprawie o zabójstwo?

Żeby było jeszcze ciekawiej – uchwała SN nie dotyczy sądów administracyjnych. Więc jak to jest? Tych kilkunastu sędziów, których powołano na wniosek nowej KRS do sądów administracyjnych zostało powołanych „wadliwie”, czy „niewadliwie”? Mogą orzekać, czy nie? Czym ich status różni się od sędziów sądów cywilnych, karnych i wojskowych? Bo to są kompetencje Naczelnego Sądu Administracyjnego? A cóż to szkodzi – jak już iść na rympał w uzurpowaniu sobie prerogatyw, to na całego...

Lecz to dalece nie koniec. Jak czytamy w punkcie trzecim uchwały, jej postanowienia nie mają zastosowania do już wydanych wyroków. A to niby dlaczego? Bo prawo nie działa wstecz? Ale skoro sędziowie zostali powołani „wadliwie”, to znaczy, że ich wyroki nie były ważne od samego początku! A tych wyroków mogło się już nagromadzić, bagatela, kilkaset tysięcy. Więc co – do momentu wydania uchwały byli „ważni”, a teraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wróżki Gersdorf zrobili się nagle „wadliwie powołani” i „nieważni”? I dopiero od teraz należy sprawdzać, czy „w konkretnych okolicznościach” nie naruszą aby „standardów”? Wynikałoby z tego, iż są to sędziowie „pół-wadliwi” - raz tak, raz inaczej – w zależności od samopoczucia instancji oceniającej. Tyle że, jak nadmieniłem, dowcip w tym, że nie wiadomo, kto i jaki organ miałby być ową instancją... No dobrze, przyjmijmy, że w trybie nadzoru w zakresie orzekania byłby to Sąd Najwyższy – oznaczałoby to, że SN musiałby od dzisiaj zajmować się wyłącznie sprawami owych „pół-wadliwych” ponad 380 sędziów i na nic innego nie wystarczyłoby już mu mocy przerobowych.

No i wreszcie, kwestia Izby Dyscyplinarnej. Tutaj już wyroki są „nieważne” od samego początku – a zatem, w kontraście do opisanych wyżej prawnych konwulsji, mamy iście poruszającą jednoznaczność. Tylko znów, do kurki wodnej, dlaczego? Czym akurat Izba Dyscyplinarna zasłużyła sobie na tak surowe potraktowanie, a sądy powszechne już nie? Czym różnią się wydane dotąd orzeczenia jednego z 380 sędziów sądów powszechnych od tych wydanych przez Izbę Dyscyplinarną? Gdzie tu sens, gdzie logika i elementarna konsekwencja? Oczywiście, wiemy w czym rzecz – Izba Dyscyplinarna burzy poczucie bezpieczeństwa i bezkarności „nadzwyczajnej kasty”, więc należy ją „unieważnić” „po całości”. A z sędziami niższych instancji, powiada nam „kasta”, damy sobie radę punktowo, spacyfikujemy ich poczuciem niepewności co do prawomocności ich statusu. Niech no tylko który bryknie...


III. Sędziowska dyktatura

Podsumowując, mamy do czynienia z anarchizacją prawa. Stworzono oto ad hoc nie istniejącą dotąd w systemie sądowniczym nową kategorię – sędziów „półlegalnych”, teoretycznie zachowujących swój status (choć „wadliwy”), ale arbitralnie pozbawionych prawa do orzekania. Co to oznacza? Otóż Sąd Najwyższy powiedział nam: możemy pod pozorem „interpretacji” bawić się w prawotwórstwo, tworzyć takie prawo, jakie nam pasuje – a wy możecie nam skoczyć. Możemy wchodzić w kompetencje władzy ustawodawczej, wykonawczej, Trybunału Konstytucyjnego – a wy możecie nam skoczyć. Możemy podważać i nie stosować się do obowiązujących i prawidłowo uchwalonych ustaw – a wy możecie nam skoczyć. Możemy mieć gdzieś konstytucyjne prerogatywy prezydenta powołującego sędziów – a wy możecie nam skoczyć. Możemy to wszystko, bo jesteśmy nadzwyczajną kastą – mułłami w togach i ajatollahami prawa. Nie odpowiadamy przed nikim i niczym, a już zwłaszcza przed społeczeństwem i jego przedstawicielami - sami się wybieramy i powołujemy, bo to MY jesteśmy prawdziwym suwerenem i chrzanimy głęboko to, że Konstytucja mówi co innego.

Innymi słowy, Sąd Najwyższy poszedł za wezwaniem prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato, który podczas „marszu tysiąca tóg” powiedział: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. Tłumacząc na nasze: zamiast prawa będziemy kierowali się własnymi „objawieniami”, decydując co jest „praworządne”, a co nie. Tak podbechtany prawniczy establishment ogłosił zatem ni mniej, ni więcej, tylko zmianę ustroju z demokracji na sędziowską dyktaturę – sądokrację. To jest pucz – i to zrobiony pod ewidentnie polityczne zamówienie nie tylko „totalnej opozycji”, ale wprost zagranicy. Wzywam więc legalne władze Rzeczypospolitej, by położyły kres temu prawniczemu bezprawiu i anarchizacji kraju. Ten z gruntu antypaństwowy rokosz należy stłumić wszelkimi możliwymi sposobami. To nie jest już tylko gra o to, kto będzie rządził – to jest kwestia suwerenności państwa. Jeśli się cofniecie, jeśli zadrży wam ręka – naród i historia wam tego nie wybaczą.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (31.01-06.02.2020)

wtorek, 11 grudnia 2018

Koniec rewolucji?

Na polskiej scenie politycznej brakuje liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania.

I. Taktyczne ustępstwo?

Pragnę zwrócić uwagę wysokiej izby, że wycofywanie się ze słusznych reform w obszarze wymiaru sprawiedliwości, pod naciskiem instytucji unijnych wykorzystanych do walki politycznej, wyznacza granice naszej suwerenności w bardzo nieciekawym miejscu” - te słowa posłanki Anny Siarkowskiej wygłoszone z sejmowej trybuny podczas dyskusji nad „denowelizacją” ustawy o Sądzie Najwyższym mogą służyć za podsumowanie fiaska „rewolucyjnego” etapu rządów Zjednoczonej Prawicy. Nie dziwi więc, że Jarosław Kaczyński schodzącej z mównicy pani poseł znacząco pogroził palcem. Oczywiście, przywrócenie emerytowanych sędziów z (eks)prezes Gersdorf na czele przedstawione zostało jako taktyczny manewr, „krok do tyłu” mający umożliwić „dwa kroki wprzód” czy wręcz majstersztyk neutralizujący Brukselę oraz narrację totalnej opozycji o „polexicie” i wygaszający jeden z gorących frontów przed przyszłorocznymi wyborami. I można by nawet od biedy takie tłumaczenie przyjąć, gdyby owo rzekome „taktyczne ustępstwo” nie wpisywało się w szerszą tendencję.

W zasadzie, należałoby zacząć od weta prezydenta Dudy z lipca 2017 wobec ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. To wtedy po raz pierwszy z pełną jaskrawością okazało się, że drużyna „dobrej zmiany” nie jest bynajmniej jednorodna i w pełni zdeterminowana by pogrzebać „republikę okrągłego stołu”, że pod dywanem buzują partykularne ambicje, walka o władzę i wpływy, wreszcie – że dalece nie wszyscy dorośli charakterologicznie do twardej walki o polskie interesy. Symbolem chwiejnej postawy stał się nasz „Hamlet belwederski”, podejmujący decyzję o wecie pod wpływem telefonicznej rozmowy z Angelą Merkel, ulicznych protestów i nacisków prawniczego establishmentu - o groteskowym zasłanianiu się opinią Zofii Romaszewskiej nie wspominając. Skutki tego fatalnego kroku były dwojakie – raz, że reforma sądownictwa odwlekła się w czasie (dziś już byłoby dawno „pozamiatane”); dwa – okazało się, że można obóz PiS rozgrywać od środka i skutecznie grillować.

Kolejnym błędem była rekonstrukcja rządu z przełomu 2017 i 2018 roku. Tłumaczenie było takie, że Mateusz Morawiecki będzie lepiej odbierany w Brukseli, międzynarodowych kręgach gospodarczych i generalnie na światowych salonach. Rychło okazało się, że były to złudzenia. Komisja Europejska nie cofnęła się ani o krok, podobnie Berlin, jasno dający do zrozumienia za pośrednictwem swych mediów, że oczekuje od nas wyłącznie bezwarunkowej kapitulacji. Po prostu, jedyna Polska, jaka interesuje Europę, to Polska kolonialna, podporządkowana politycznie i gospodarczo „centrali” i zainteresowane ośrodki nie spoczną, dopóki nie przywrócą pożądanego z ich punktu widzenia stanu rzeczy - tym bardziej, że na miejscu mogą liczyć na V kolumnę targowiczan i folksdojczów. Tego nie da się odwrócić wizerunkowymi sztuczkami.


II. Wygaszanie rewolucji

Potem poszło już z górki. Zaczęliśmy wysyłać światu kolejne sygnały, że wystarczy na nas zdrowo huknąć, postraszyć „kryzysem relacji”, „pogorszeniem stosunków”, jakimiś bliżej nieokreślonymi „konsekwencjami” i „sankcjami”, byśmy podkulili ogon pod siebie równie skwapliwie, jak wcześniej zarzekaliśmy się, że nikt nie będzie mieszał się w nasze wewnętrzne sprawy. Efektem były kolejne większe i mniejsze rejterady – a to w sprawie nowych wzorów paszportów z których wycofano Ostrą Bramę i Cmentarz Orląt Lwowskich pod naciskiem naszych „strategicznych sojuszników” z Litwy i Ukrainy; to cofnięcie art. 55a ustawy o IPN dogadywane w placówkach Mossadu; zamrożenie kwestii reparacji wojennych od Niemiec; wycofanie się rakiem z postulatu repolonizacji mediów; wreszcie – niedawna „denowelizacja” ustawy o Sądzie Najwyższym. W tym kontekście absolutnie nie dziwią ostatnie wyskoki ambasador Mosbacher – skoro na szczytach władzy mógł się tyle czasu ostentacyjnie panoszyć nasz „przyjaciel” sierżant Jonny Daniels... Jak mawiał Kisiel – to nie kryzys, to rezultat. Nawet kwestia relokacji migrantów na poziomie unijnym umarła śmiercią naturalną głównie ze względu na zmianę ogólnoeuropejskich nastrojów i wzrost popularności ugrupowań antysystemowych. Za to już sami, z własnej woli, po cichu zezwoliliśmy pod naciskiem lobby biznesowego na masowe sprowadzanie migrantów ekonomicznych – i to bynajmniej nie tylko z Ukrainy.

Wszystko to składa się na obraz końca rewolucji, która nawet, poza retorycznymi szarżami, nie zdążyła się na dobre rozpocząć. I tu pytanie: na co liczy PiS? Że „totalni” i zagranica dadzą mu spokój? Otóż nie, nie dadzą. Wracając jeszcze do sprawy reformy sądownictwa, od której zaczęliśmy. Na pozór ustępstwo jest niewielkie: wracają starzy sędziowie, ale jest przecież nowa KRS, do tego Izba Dyscyplinarna oraz Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Tyle, że to nie kończy sprawy, a Bruksela nie odpuści. Wiadomo już, że Komisja Europejska nie zamierza wycofać się z procedury „kontroli praworządności”. Co więcej, idę o zakład, że im bliżej wyborów, tym grillowanie rządu będzie narastać w akompaniamencie wrzasków o „polexicie” – przedsmak mieliśmy w tym roku przed wyborami samorządowymi. O to, by nie zabrakło pretekstów zadba miejscowa „nadzwyczajna kasta” - już teraz NSA wysłał do TSUE dwa pytania prejudycjalne, tym razem godzące w obecną Krajową Radę Sądownictwa. Nie łudźmy się - ten spektakl będzie trwał dopóki cała reforma nie zostanie spacyfikowana.

Rząd PiS jest dla Brukseli ciałem obcym, błędem w matrixie – a ostatnie ustępstwo sprawiło jedynie, że wszystkie „guye” i timmermansy zwietrzyły krew, podobnie jak antypolskie ośrodki ulokowane na krajowym podwórku. Nie spoczną, dopóki ów „błąd” nie zostanie „naprawiony”, a w Polsce nie wrócą do władzy ci, co trzeba. A my, godząc się na dowolną, rozszerzającą wykładnię „wartości europejskich”, sami wkładamy im w ręce narzędzia. Jak to możliwe, że nawet nie próbowaliśmy powołać się na opinię Służby Prawnej Rady UE z 27 maja 2014 podważającej umocowanie traktatowe procedury kontroli praworządności? Dlaczego w postępowaniu przed TSUE nie podnieśliśmy tzw. protokołu brytyjskiego do którego przystąpiliśmy przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, i który – przypomnę – miał nas uchronić przed uroszczeniami unijnego trybunału? Czy nikt nie widzi, że godząc się na uznanie polskich sędziów sędziami „unijnymi” otwieramy na oścież wrota do kolejnych, coraz dalej idących ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy? Na dodatek, nasze ustępstwa przypadają na czas, gdy rośnie nacisk na likwidację państw narodowych, co niedawno otwartym tekstem ogłosiła Angela Merkel, mówiąc, że „państwa narodowe powinny być gotowe do przekazania suwerenności”.


III. Po co nam PiS?

Poza wszystkim, PiS popełnia ogromny błąd polityczny na arenie krajowej. Przypomnę, że dopóki rząd stawiał się twardo Brukseli to słupki poparcia rosły, a „totalni” z PO i Nowoczesnej dołowali, jako sprzedawczycy donoszący na własny kraj. Co gorsza, PiS dał się zaszantażować opozycyjną narracją o „polexicie” i na wyprzódki rzucił się udowadniać, że nie jest wielbłądem. Tymczasem Polacy, owszem, są prounijni – ale tylko wtedy, gdy Polska jest w Unii krajem podmiotowym i ma coś do powiedzenia, co przed dwoma laty musiała z troską przyznać nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”.

Słyszymy, że teraz czas na wygaszanie konfliktów, bo w przyszłym roku mamy podwójne wybory – tak, tyle że z kolei w 2020 będą wybory prezydenckie i znów nie będzie dobrej pory na konfliktogenne reformy, a jeszcze później... obóz „dobrej zmiany” będzie już tak zużyty (i zdeprawowany) władzą, że zwyczajnie nie będzie mu się chciało czegokolwiek ruszać. A pretekst do zaniechań zawsze się znajdzie. Widać, jak bardzo brakuje na polskiej scenie politycznej liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania. Bo bez radykalnych zmian, z „wygaszoną” rewolucją, po co nam PiS? Żeby mógł sobie porządzić?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (07-12.12.2018)

czwartek, 16 sierpnia 2018

Rebelia, czyli sędziokracja w działaniu

Sąd Najwyższy demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej.


I. Sędziowska hucpa

Jak zapewne Państwo wiedzą, Sąd Najwyższy skierował do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu (TSUE) pięć tzw. pytań prejudycjalnych (czyli zadawanych przed wydaniem orzeczenia) i w ramach „środka zabezpieczającego” tymczasowo „zawiesił” (powołując się na art. 755 §1 kpc) stosowanie przepisów Ustawy o Sądzie Najwyższym dotyczących zasad przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku.

Zanim rozłożymy na łopatki ten wykwit bezczelności „nadzwyczajnej kasty”, wyjaśnijmy wpierw kruczek prawny, do jakiego uciekli się sędziowie (z góry proszę o cierpliwość, ale jest to konieczne do naświetlenia całej hucpy). Otóż do wchodzącej w skład SN Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych wpłynęło 18 lipca br. pytanie odnośnie podlegania systemom rentowym w różnych krajach UE (sygn. III UZP 4/18). Do rozstrzygnięcia tego specjalistycznego zagadnienia z dziedziny harmonizacji unijnych ubezpieczeń społecznych wydelegowano skład orzekający w liczbie siedmiu sędziów, w tym - uwaga, bo to jest clou – dwóch, którzy ukończyli już 65 rok życia i zgodnie ze znowelizowaną ustawą o Sądzie Najwyższym powinni przejść z mocy prawa w stan spoczynku lub zwrócić się do prezydenta z wnioskiem o przedłużenie sprawowania funkcji. I to właśnie posłużyło składowi za pretekst do wysłania słynnych zapytań do TSUE. Następnie owych siedmiu sędziów uchwaliło wspomniane „zawieszenie” stosowania przepisów w odniesieniu do wszystkich członków SN którzy ukończyli 65 lat na czas rozpatrywania sprawy przez unijny trybunał.

Dla porządku przypomnijmy jeszcze te pytania. Pierwsze dotyczyło rzekomego złamania przez ustawę o SN zasady nieusuwalności sędziów poprzez obniżenie wieku emerytalnego. Drugie odnosiło się do niezawisłości sędziów i niezależności sądów, które jakoby ma naruszać konieczność uzyskania zgody prezydenta na dalsze orzekanie po osiągnięciu wieku emerytalnego. Pytania trzecie i czwarte sugerują „dyskryminację ze względu na wiek” przy czym SN domaga się od TSUE uznania, że każdy skład orzekający z udziałem sędziego powyżej 65 roku życia ma prawo odmówić stosowania odnośnych przepisów Ustawy o SN. No i wreszcie, w pytaniu piątym, SN domaga się potwierdzenia dopuszczalności użycia środka zabezpieczającego pod postacią odmowy stosowania przepisów krajowych „sprzecznych z prawem unijnym”. Innymi słowy – TSUE ma potwierdzić, że SN miał prawo zrobić to, co zrobił. Zwróćmy uwagę – owe pytania nie mają nic wspólnego z meritum sprawy do której powołano skład orzekający, a koncentrują się jedynie na samych sędziach z niedwuznaczną intencją wysadzenia w powietrze cudzymi rękami całej reformy Sądu Najwyższego.


II. „Nemo iudex in causa sua”

Jest to oczywiście ciąg dalszy pełzającego rokoszu „nadzwyczajnej kasty”. Charakterystyczne, że SN nie odwołuje się w swych „zapytaniach” (a w zasadzie tezach, bowiem sformułowane są one w sposób sugerujący z góry odpowiedź) do prawa polskiego, w tym Konstytucji. Ta bowiem jasno stanowi, że w przypadku reorganizacji sądów można przenieść sędziego w stan spoczynku (art. 180 p.5), a także, że granicę wieku przechodzenia w stan spoczynku określa ustawa (art. 180 p.4). A zatem, rzekoma „dyskryminacja ze względu na wiek” wynika wprost z delegacji ustawowej zawartej w najwyższym akcie normatywnym Rzeczpospolitej. Jeśli zaś chodzi o słynną „niezależność” i „niezawisłość”, to wystarczy spojrzeć chociażby na Niemcy, gdzie sędziowie najwyższych organów sądowniczych powoływani są w tajnym głosowaniu przez specjalną komisję złożoną z 16 landowych ministrów i 16 delegatów Bundestagu, a jej skład i wynik głosowania bezpośrednio odzwierciedlają układ sił politycznych i są efektem zakulisowych targów. Sędziowie SN doskonale o tym wiedzą, dlatego też w swym piśmie wolą się odwoływać do ogólnikowych zasad UE i orzecznictwa luksemburskiego trybunału. Jest tylko jeden szkopuł – orzecznictwo unijnych sądów obowiązuje jedynie w konkretnych sprawach i nie stanowi w Polsce źródła prawa. Tymczasem SN zdaje się przechodzić nad tym do porządku dziennego i traktuje wyroki TSUE na wzór anglosaskiego prawa precedensowego, co jest kompletnie sprzeczne z polskim systemem prawnym.

Największym skandalem jest jednak uzurpowanie sobie uprawnienia do „czasowego zawieszania” przepisów. Należy powiedzieć jasno: Sąd Najwyższy (ani żaden inny) nie ma takich kompetencji! Tu mamy wprost złamanie prawa, a odwoływanie się do art. 755 §1 kpc (traktującego o zabezpieczeniu roszczeń cywilnych) zakrawa na kpinę – nie ma tam bowiem słowa o tym, że w ramach „zabezpieczenia” sąd może lekceważyć przepisy jakiejkolwiek ustawy. Wspomniany artykuł mówi o „środkach zabezpieczających” - ale przecież w granicach obowiązującego prawa! W przeciwnym razie otrzymalibyśmy swoistą prawniczą anarchię i „sędziokrację”, kiedy to sąd pod byle pretekstem mógłby stawiać się ponad ustawami. Zresztą, generalnie, stosowanie regulacji cywilnoprawnej na zasadzie jakiejś zadziwiającej pseudo-analogii w odniesieniu do materii konstytucyjnej stanowi kuriozalne pomieszanie porządków.

Mamy zatem do czynienia z dalece posuniętym zawłaszczeniem nienależnych prerogatyw. Po pierwsze, Sąd Najwyższy wkroczył w kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, który jako jedyny może orzekać w kwestii obowiązywania i zgodności ustaw z Konstytucją. Po drugie, SN przywłaszczył sobie kompetencje władzy ustawodawczej tworząc nieistniejącą w polskim prawie konstrukcję „tymczasowego zwieszenia stosowania przepisów”. W związku z tym – po trzecie - SN demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej. Jest to moim zdaniem materiał dla powstającej właśnie Izby Dyscyplinarnej – sędziowie, którzy dopuścili się tak rażącej obrazy przepisów prawa w sposób oczywisty udowodnili bowiem, że nie ma dla nich dłużej miejsca w tym zawodzie. A co do „nieskazitelności charakteru” mającej cechować sędziego – wystarczy przypomnieć, że ta skandaliczna uchwała stanowi jawne naruszenie pamiętającej prawo rzymskie zasady „nemo iudex in causa sua” („nikt nie może być sędzią we własnej sprawie”), będącej jednym z fundamentów naszej cywilizacji.


III. Sędziokracja w działaniu

No dobrze, ale skąd w ogóle przyszedł sędziom do głowy ten pomysł? Już wyjaśniam. Otóż podczas zeszłorocznego Kongresu Prawników Polskich prof. Wojciech Popiołek wystąpił z obrażającą rozum, antykonstytucyjną koncepcją „suwerena”, głosząc iż „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Pozostaje to oczywiście w jaskrawej sprzeczności z art.4 p.1 Konstytucji stwierdzającym, że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Z kolei prof. Marek Safjan roztaczał wizję „alternatywnego” Trybunału Konstytucyjnego – w myśl tego pomysłu, to sędziowie mieliby prowadzić „stały monitoring” i wydawać „swoiste orzeczenia o konstytucyjności regulacji”. Wszystko to bez jakichkolwiek podstaw prawnych, a nawet wbrew nim. Tym samym, obaj panowie proklamowali „sędziokrację”. Jak wówczas pisałem, „nadzwyczajna kasta” ogłosiła się suwerenem. Dziś widzimy efekty: omawiana uchwała Sądu Najwyższego jest prostą kontynuacją i praktyczną realizacją tamtych postulatów. Nawiasem mówiąc, prof. Safjan jest obecnie sędzią Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej do którego jego koledzy z SN skierowali „do zatwierdzenia” swe „pytania”. Ot, i wszystko ładnie się zazębia...

Na zakończenie jeszcze dwie uwagi. Pierwsza to taka, że obecne sędziowskie rozwydrzenie jest pokłosiem weta Andrzeja Dudy z lipca zeszłego roku - polityczni zagończycy w togach poczuli się dzięki niemu aż nazbyt pewnie. I uwaga druga – należy bezwzględnie wpisać do Konstytucji zasadę nadrzędności polskiego prawa nad prawem unijnym. Bez tego nasza suwerenność będzie bezustannie podważana przez różnych sprzedawczyków rozzuchwalonych poparciem „zagranicy”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kasta w amoku

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (10-16.08.2018)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kasta w amoku

Ciekawe, czy Timmermans pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?

I. Sędziowscy hunwejbini

Zadyma wokół reformy wymiaru sprawiedliwości ma jeden niewątpliwie pozytywny aspekt: opadły maski apolityczności, dystansu i obiektywizmu, jakie sędziowie dotąd chętnie zakładali na użytek opinii publicznej. Przedstawiciele „nadzwyczajnej kasty” lubili się bowiem przed społeczeństwem drapować w szaty Katonów – niezłomnych mędrców dumających dniem i nocą o praworządności, do których nie mają przystępu niskie instynkty, co zresztą zostało zadekretowane ustawowo dogmatem o „nieskazitelności charakteru”. W tym kontekście nie dziwi oburzenie środowiska wywołane projektem utworzenia w Sądzie Najwyższym Izby Dyscyplinarnej – no bo, skoro sędzia jest „nieskazitelny” z mocy prawa, to taka Izba jest po pierwsze zbędna, po drugie zaś może w głowach maluczkich zasiać szkodliwy zamęt sugerując samym swym istnieniem, że z tą nieskazitelnością nie wszystko jest tak do końca w porządku. Jednak, jako się rzekło, owe katońskie stylizacje okazały się tanią komedią, bo gdy „kasta” poczuła się zagrożona w swych partykularnych, korporacyjnych interesach, bez ceregieli cisnęła w kąt wszystkie kabotyńskie pozy przeistaczając się w jednej chwili w pospolitych wiecowych krzykaczy. Tym samym, spod togi dostojeństwa wyleźli zacietrzewieni hunwejbini, ani na jotę nie odstający od najbardziej zajadłych polityków „totalnej opozycji”, tudzież osobników pokroju płk. Mazguły, „Farmazona” czy „obywatela RP” Kasprzaka.

Niedawnym przejawem powyższego był list dyscyplinujący, jaki Stowarzyszenie Sędziów THEMIS pod wodzą sędzi Beaty Morawiec zamieściło na swej stronie internetowej. Zagroziło w nim prawnikom startującym w konkursie na sędziów Sądu Najwyższego wiekuistym potępieniem, albowiem „udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”. Wedle stanowiska THEMIS „Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Podobny okólnik z wytycznymi opublikowało stowarzyszenie „Iustitia” grożąc, iż „prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”.


II. Niezawisłość wczoraj i dziś

Oba oświadczenia rzucają snop światła na podejście prawniczego establishmentu do kwestii słynnej „niezawisłości” sędziowskiej oraz sposobu postrzegania własnego środowiska. Gdyby potraktować je przez chwilę serio, to należałoby przyjąć, iż w optyce władz obu stowarzyszeń przynajmniej część ich kolegów i koleżanek to chwiejne indywidua o nader podejrzanej konduicie moralnej – bowiem po pierwsze, można ich skutecznie zaszantażować groźbą towarzysko-zawodowego ostracyzmu, po drugie zaś – są łasi na zaszczyty i urzędy dla których gotowi są wysługiwać się każdej władzy (a nie tylko tej „właściwej”). Teraz poprosiłbym szanownych luminarzy prawa o wyjaśnienie – jak to się ma do słów o „nadzwyczajnej kaście ludzi”, wspomnianej wyżej „nieskazitelności charakteru” czy „niezawisłości”, skoro trzeba się wobec nich uciekać do tego rodzaju pogróżek? Czy nie zachodzi tu pewna rozbieżność między kreowanym publicznie wizerunkiem, a rzeczywistą kondycją naszych „orłów Temidy”? A skoro tak, to czy dotychczasowy stan polskiego sądownictwa w którym orzekali ludzie tak marni, faktycznie był taki idealny, jak się nam przedstawia – i dopiero PiS przyszedł i rozwalił kwitnącą praworządność? Tu pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej, która w 2016 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdziła, że „sprawiedliwość trzeba sobie u nas wyszarpać”. Czyżby prof. Łętowska stała się „pisówą”? Czy ktoś potrafi przekonująco wytłumaczyć te sprzeczności?

Tak to bywa, gdy histeria przesłania racjonalne myślenie – autorzy cytowanych oświadczeń w politycznym amoku zwyczajnie nie pomyśleli jakie świadectwo wystawiają własnej „kaście”. Tymczasem niezawisłość to nie tylko gwarancje prawne, lecz przede wszystkim stan ducha i umysłu. Jeżeli sędzia jest niezwisły, to zachowa się przyzwoicie również w trudnych okolicznościach – co najwyżej nie zrobi wielkiej kariery. Nawet w PRL-u nie wszyscy sędziowie byli służalczy wobec komuny, co oczywiście przypłacili brakiem awansu i szykanami. Ich kosztem kariery robili ci rozumiejący kolejne „mądrości etapu” - i to oni kształtowali w roli mentorów dalsze pokolenia sędziowskiego narybku, czego emblematycznym przykładem może być sędzia kapitan Iwulski szkolony przez WSW i z żoną w bezpiece.

Nawiasem mówiąc, gdy trzeba było bronić kolegów orzekających w stanie wojennym, Sąd Najwyższy wykazał się w kwestii niezawisłości daleko idącą elastycznością, stwierdzając w niesławnej uchwale z dn. 20 grudnia 2007 r., że skoro PRL nie była państwem prawa i obowiązywał w niej np. dekret o stanie wojennym, to nie wolno czepiać się sędziów, że ten dekret stosowali. Na bazie tej żelaznej logiki nie pociągnięto do odpowiedzialności bodaj żadnego sądowego zbrodniarza. Kiedy wytknął to sędziom wiceminister Marcin Warchoł przemawiając 20 maja 2017 na Zjeździe Prawników Polskich, ci zaczęli demonstracyjnie wychodzić z sali. Najwyraźniej niezawisłość i nieskazitelność charakteru przewidziane są jedynie na czas dobrej pogody. Tak więc otrzymujemy kolejny paradoks – dyspozycyjni sędziowie z czasów PRL nie sprzeniewierzyli się niezawisłości, ale sędziowie którzy dziś ośmieliliby się kandydować do Sądu Najwyższego są ohydnymi sługusami „pisowskiego reżimu”, których należy przykładnie napiętnować. Trzeba dodać, że podobne groźby sędziowskie stowarzyszenia formułowały również wcześniej – przy okazji zmian na stanowiskach prezesów sądów i wyłaniania nowej KRS.


III. Pełzający rokosz

Generalnie, można odnieść wrażenie, że prawniczy establishment trzęsie się w posadach, bo oto na naszych oczach zapoczątkowany zostaje proces wymiany elit – dotychczasowe autorytety stopniowo są odsyłane do lamusa, przez co ulega przerwaniu proceder uzupełniania się przez kooptację gwarantujący ciągłość układu. Symbolem może być tu wzmiankowana przewodnicząca stowarzyszenia „THEMIS” sędzia Beata Morawiec odwołana z funkcji prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie przez min. Ziobrę. Stąd odpowiedzią tracących wpływy prawników jest pełzający rokosz do którego jawnie wzywają kolejne uchwały i wystąpienia. Lojalni wobec odwołanej prezes sędziowie SO w Krakowie uchwalili „wotum nieufności” wobec jej następczyni wzywając ją do ustąpienia, albowiem przyjmując funkcję „wspiera zmiany, których celem jest zniszczenie trójpodziału władzy i niezależności sądownictwa”. Z kolei sędzia SN Wojciech Katner oznajmił w TVN24, iż ma nadzieję, że nie znajdzie się osoba, która zgodziłaby się zastąpić ex-prezes Gersdorf. Wcześniej jeszcze, na przywołanym Zjeździe Prawników Polskich prof. Safjan snuł wizje alternatywnego Trybunału Konstytucyjnego prowadzącego „stały monitoring” i wydającego własne orzeczenia o konstytucyjności przepisów, co jest wprost dążeniem do anarchizacji państwa. Z kolei prof. Wojciech Popiołek wsławił się jawnie sprzeczną z art.4 Konstytucji („władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”) wykładnią pojęcia suwerena, głosząc ni mniej ni więcej, tylko że „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Czystej wody uzurpacja - to bowiem „nadzwyczajna kasta” „odkrywałaby” i wdrażała owe „wartości”. Otrzymalibyśmy zatem rządy swoistych „ajatollahów prawa”. Jak widać, sędziowie podążają tą drogą, czego dowodem są uroszczenia dotychczasowego składu Sądu Najwyższego do recenzowania zgodności z Konstytucją ustaw o sądownictwie.

Sędziowski rokosz jednak nie przetrwa bez wsparcia zagranicy – stąd nie może dziwić występ prof. Gersdorf przed niemieckimi sędziami federalnymi w Karlsruhe podczas którego błagała o ratunek dla upadającego „państwa prawa” ogłaszając się przy okazji „pierwszym prezesem na uchodźstwie”. Z poparciem oczywiście pośpieszyło niemieckie MSZ każąc nadal tytułować Małgorzatę Gersdorf „prezesem”. Nota bene, akcję prof. Gersdorf interpretuję jako otwarcie kolejnego etapu kariery – liczy na to, że lansując się na swym męczeństwie zostanie dokooptowana do ekskluzywnej, europejskiej prawniczej międzynarodówki, demonstruje więc zawczasu swoją użyteczność. W ciąg zdradzieckiej żebraniny o zewnętrzną interwencję wpisał się również prof. Jerzy Zajadło z Uniwersytetu Gdańskiego apelując do Fransa Timmermansa o podjęcie „jeszcze bardziej radykalnych kroków” przeciw Polsce. Swoją drogą, jak ten Timmermans musi gardzić Polakami widząc te tabuny łaszących się do niego codziennie sprzedawczyków... Ciekawe tylko, czy pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (01-21.08.2018)

niedziela, 8 kwietnia 2018

Zawsze jest z kim przegrać

Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.

I. Powtórka z „27:1”?

„Zawsze jest z kim przegrać – jeśli nie z przeciwnikiem, to z samym sobą” - mniej więcej taką sentencję działacze Zjednoczonej Prawicy powinni sobie oprawić w ramki i powiesić nad biurkami. Oczywiście, sondaż Kantar Millward Brown dla TVN pokazujący spadek poparcia o 12 punktów procentowych nie jest jeszcze powodem do paniki – wiele wskazuje na to, że faktycznie został „podkręcony” pytaniami naprowadzającymi w rodzaju sprawy nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło – ale inne badania z końca marca również wskazują na kilkuprocentowe „tąpniecie” notowań partii rządzącej. Przykładowo, u „Estymatora” (dla „DoRzeczy.pl”) jest to tylko 3,4 pkt. proc., ale już „Pollster” (dla „Wiadomości” TVP) pokazuje spadek aż o 8 „oczek” - w każdym razie, widać, że coś jest na rzeczy. Owszem, można, jak rzeczniczka PiS Beata Mazurek, składać niekorzystne wyniki na karb okresowego osłabienia dotykającego każdą partię rządzącą na przednówku; prawdą jest również, że obecne straty są jak najbardziej do odrobienia – warto jednak zastanowić się nad przyczynami, bowiem sądzę, że obecny „dołek” ma bardziej racjonalne powody, niż ogólne pogorszenie samopoczucia wyborców.

Przypomnijmy sobie w tym miejscu sytuację sprzed roku, kiedy to PiS również zaliczyło w marcu sondażową klapę związaną z przegraną batalią o zablokowanie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej. Jak pamiętamy, dało to mediom „totalnej opozycji” asumpt do triumfalnego epatowania hasłem o porażce „27:1” (do annałów przeszedł niesławny newsletter Marka Dekana do polskich pracowników Ringier Axel Springer), co chwilowo odbiło się na politycznych notowaniach „dobrej zmiany”. Dziś wprawdzie nie da się wskazać jednego, spektakularnego wydarzenia - przyczyny „obsuwy” są bardziej złożone, nawarstwiło się tutaj kilka czynników – niemniej, mechanizm jest podobny. Otóż wspólnym mianownikiem marca 2017 i marca 2018 jest utrata poczucia sprawczości – a tego wyborcy bardzo nie lubią.


II. Kara za porażkę

W 2017 r. ludzie ukarali rząd PiS obniżonymi sondażami nie dlatego, że ten wdał się w wojenkę „o Tuska” - ale dlatego, że tę konfrontację przegrał. Przeciętny wyborca natomiast lubi skuteczność w której może symbolicznie partycypować – nie obchodzą go „moralne zwycięstwa” i gadanie w stylu „postawiliśmy się dzielnie, ale musieliśmy ulec pod naporem przeważających sił wroga”. Taki przekaz może przekonać (a nawet na swój sposób dowartościowywać) jedynie twardy elektorat, to zaś stanowczo za mało do wygranej w wyborach. W polityce koniec końców zawsze liczy się sukces – i na to zorientowany jest potencjalny wyborca. Właśnie ta prawidłowość przez lata niosła Tuska – potrafił sprzedać się jako polityk skuteczny, „rozprowadzający” w kraju miotającą się bezsilnie prawicową opozycję, za granicą zaś – jako postać przyjmowana na salonach. To właśnie z tego wizerunku głosujący na PO czerpali poczucie wartości – jako współuczestniczący w swoistym „spektaklu mocy”. I dlatego też, kiedy wskutek nieudolności Kopacz i Komorowskiego Platformie powinęła się noga, została porzucona bez sentymentów. Ten trend pogłębił się już po wyborach 2015 r. - nieporadność i kolejne wpadki „totalnej opozycji”, nakręcały jednocześnie słupki poparcia obozowi Zjednoczonej Prawicy.

Powtórzmy jeszcze raz: wyborca może wybaczyć wiele, ale jednego nie wybacza – przegranej, bo partycypuje w niej emocjonalnie, a to jest zabójcze dla samooceny. Nikt nie lubi czuć się jak frajer i kibicować nieudacznikom. I odwrotnie: świadomość udziału w triumfie dowartościowuje, buduje poczucie wyższości nad „tamtymi” - a to bardzo silny magnes, przyciągający kolejnych zwolenników. Można tu użyć analogii sportowej – zwycięska drużyna zawsze ma pełne trybuny. Zespół za którym ciągnie się ogon porażek dopinguje jedynie garstka najwierniejszych z wiernych.


III. Utrata powagi

Dziś mamy właśnie taką sytuację – PiS poniosło w ostatnim czasie szereg porażek, które stopniowo odkładały się w zbiorowej świadomości. Wszystkie łączy jeden schemat: atak z gromkim „hurra”, a następnie po chwili niezbornej szamotaniny – rejterada z podkulonym ogonem. A kto rejteruje, ten obrywa po tyłku. Wyróżniłbym tutaj trzy podstawowe elementy – spór z Komisją Europejską o reformę sądownictwa, nowelizację ustawy o IPN i „zamrożoną” ustawę reprywatyzacyjną. Proszę zwrócić uwagę, że dopóki PiS twardo stawiało się różnym Timmermansom, elektorat również był „twardy” i stał po stronie rządu. Bruksela straszyła nas słynnym artykułem 7 Traktatu Lizbońskiego i sankcjami – a słupki ani drgnęły. Więcej nawet – w miarę zaogniania się sporu, rósł odsetek osób dopuszczających możliwość „polexitu”. Tak samo było przy okazji batalii o przymusową relokację „uchodźców”: tu również widmo sankcji nie robiło na wyborcach wrażenia, zaś milczące zarzucenie przez Brukselę poronionego pomysłu pokazało, że warto było pójść na konfrontację. Podobnie ze sprawą art. 55a ustawy o IPN umożliwiającego ściganie za kłamliwe przypisywanie nam niemieckich zbrodni – międzynarodowy wrzask środowisk żydowskich i naciski ze strony USA nie zrobiły na opinii publicznej wrażenia. Przyczyniły się wręcz do przebudzenia i uświadomienia społeczeństwu, jakie jest prawdziwe nastawienie Izraela oraz żydowskiej diaspory do Polski. Również projekt ustawy reprywatyzacyjnej eliminujący groźbę wypłacenia przez Polskę miliardowych odszkodowań organizacjom „holocaust industry” został przyjęty pozytywnie – szczególnie w kontekście forsowanej w amerykańskim Kongresie ustawy 447/1226.

Problem zaczął się, gdy politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli mięknąć, dając tym samym dowód małej odporności na zewnętrzną presję. Zapowiedzi złagodzenia ustaw sądowych pod groźbą obcięcia eurofunduszy i kolejne pojednawcze wycieczki premiera Morawieckiego do Brukseli stały się w społecznym odbiorze świadectwem braku asertywności i niezdecydowania. Nawet lipcowe weto prezydenta Dudy nie narobiło tyle zamieszania – bo wtedy jeszcze kształt ustaw był wciąż naszą wewnętrzną sprawą. Analogicznie z ustawą o IPN: odesłanie przez prezydenta przepisów do Trybunału Konstytucyjnego to jedno. Gorzej, że poszły sygnały ze strony prominentnych postaci z obozu władzy, iż ustawa nie będzie de facto stosowana, plus zapowiedzi „nowelizacji do nowelizacji” sprowadzające się do wykastrowania dopiero co uchwalonych przepisów. Wszystko to pod ewidentnym naciskiem zagranicznych ośrodków, co w połączeniu ze sloganem o „wstawaniu z kolan” i zapewnieniami, że nikt nie będzie dyktował nam ustaw, musiało zrobić wrażenie ogólnej błazenady. Rząd stracił powagę na własne życzenie. Wstrzymanie prac nad tzw. „dużą ustawą reprywatyzacyjną” po gniewnych pomrukach organizacji żydowskich i amerykańskiego Departamentu Stanu dopełniło obrazu odwrotu na wszystkich frontach.


IV. Powrót do korzeni

Biorąc powyższe pod uwagę, ciągnąca się miesiącami w atmosferze frakcyjnych wojenek rekonstrukcja rządu czy nagrody dla ministrów z gabinetu Beaty Szydło miały znaczenie wtórne. Śmiem twierdzić, że w innej sytuacji po medialnej „trzydniówce” sprawa nagród rozeszłaby się po kościach, a wyborcy generalnie kupiliby tłumaczenie, że ministrom należy się premia za ciężką pracę – tak samo, jak w innych okolicznościach wybaczyliby Platformie „ośmiorniczki”. Ale tego typu, w gruncie rzeczy błahostki, działają jak płachta na byka, gdy obóz rządzący zaczyna jawić się jako słaby i pogrążony w chaosie. W konsekwencji, może się okazać, że obecne wahnięcie sondaży ma większy ciężar gatunkowy, niż mogłoby się wydawać i zapoczątkować trwały trend. Jak zaznaczyłem na wstępie – jeszcze jest czas, by ten stan rzeczy odwrócić. Ale potrzeba wewnętrznej mobilizacji i powrotu do korzeni: wizerunku zwartej i zdecydowanej drużyny, nade wszystko zaś – porzucenia kompletnie nieprzejrzystego dla przeciętnego odbiorcy chwiejnego lawiranctwa. Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antypolonizm sponsorowany

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium, czyli uspokajactwo stosowane


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (06-12.04.2018)