Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Gersdorf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Gersdorf. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

TSUE na bambus!

Toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych.

I. Legalizacja sędziowskiej anarchii

Okazało się, że koronawirus nie zatrzymał luksemburskich młynów sprawiedliwości. Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wydał „postanowienie o zabezpieczeniu” w sprawie wytoczonej Polsce przez Komisję Europejską odnośnie reformy wymiaru sprawiedliwości (sprawa C-791/19). Chodzi konkretnie o model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, w tym przede wszystkim funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zgodnie z orzeczonymi 8 kwietnia „środkami tymczasowymi” Polska powinna zawiesić działalność Izby Dyscyplinarnej i powstrzymać się od kierowania spraw dyscyplinarnych do rozpoznania przez składy orzekające, które „nie spełniają wymogów niezależności”. Ponadto polski rząd ma w ciągu miesiąca powiadomić TSUE o podjętych działaniach mających na celu urzeczywistnienie wymaganych środków tymczasowych. Obowiązywać mają one do czasu wydania przez TSUE ostatecznego wyroku, który spodziewany jest w drugiej połowie 2020 r. W praktyce oznacza to kilkumiesięczny paraliż sądownictwa dyscyplinarnego.

Kolejną konsekwencją będzie pogłębienie chaosu wokół wyboru nowego I prezesa SN (kadencja Małgorzaty Gersdorf upływa 30 kwietnia), tym bardziej, że ze względów epidemiologicznych Sąd Najwyższy jest obecnie „wyłączony”. Na powyższe nakłada się jeszcze kuriozalna uchwała „lojalnych” wobec Gersdorf izb SN z 23 stycznia 2020 r. wyłączająca od orzekania w Sądzie Najwyższym wszystkich sędziów wyłonionych przez nową KRS (a więc również sędziów Izby Dyscyplinarnej) oraz unieważniająca wszystkie przeszłe i przyszłe orzeczenia Izby Dyscyplinarnej. Postanowienie TSUE zatem poniekąd „legalizuje” na poziomie europejskim sędziowską anarchię i antypaństwowy rokosz „nadzwyczajnej kasty”, co stanowi twórcze rozwinięcie myśli objawionej przez prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato podczas „marszu tysiąca tóg”: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. To nic innego, jak próba uprawomocnienia post factum, za pomocą pseudoprawnego bełkotu i mętnych frazesów, sędziowskiego puczu i alternatywnej wobec pozostałych władz „sądokracji” pod dożywotnim przewodnictwem Małgorzaty Gersdorf.


II. Brukselscy uzurpatorzy

Jak na takie dictum ma zareagować strona polska? Jedynym rozwiązaniem jest ogłoszenie wszem i wobec, że Polska nie uznaje uprawnień TSUE w zakresie orzekania o kwestiach ustrojowych państw członkowskich – co, nawiasem mówiąc, powinniśmy byli zrobić już na samym starcie tej farsy i odmówić udziału w postępowaniu przed luksemburskim trybunałem. Należy podkreślić z całą mocą – organizacja wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą państwa, sprawą ustrojową, podobnie jak analogiczne zagadnienia dotyczące funkcjonowania władzy ustawodawczej czy wykonawczej. Natomiast organy Unii Europejskiej - niezależnie od tego czy to jest Komisja Europejska, czy TSUE – usiłując mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy uzurpują sobie nienależne im, kompletnie pozatraktatowe kompetencje. W istocie bowiem toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych, zawłaszczając prawem kaduka kolejne obszary władzy. Podobnie rzecz ma się z TSUE – gdyby unijny trybunał faktycznie stał na gruncie traktatów, powinien z miejsca oddalić skargę Komisji Europejskiej, stwierdzając swą niewłaściwość do rozstrzygania tego typu spraw. Jednak, podobnie jak KE, również TSUE dostrzegł w sporze o „polską praworządność” znakomitą okazję do uzurpatorskiego poszerzenia zakresu swojego orzecznictwa. „Mułłowie w togach” są wszędzie tacy sami – czy to w Warszawie, czy w Luksemburgu.

Nie da się ukryć, że polski rząd popełnił na samym starcie błąd w ogóle godząc się na uczestnictwo w tej hucpie. Należało już na wstępie jasno zanegować uroszczenia brukselskich mandarynów, zamiast naiwnie wchodzić w tę grę, licząc, że uda się coś wynegocjować, wyjaśnić... Po pierwsze – po tamtej stronie nikt nie zamierzał nas słuchać, postępowanie Brukseli od początku nacechowane było skrajnie złą wolą polityczną i zmierzało do destabilizacji wewnętrznej sytuacji w Polsce, docelowo zaś obalenia obecnego, niewygodnego rządu. Po drugie – podejmując brukselską grę znaczonymi kartami, składając wyjaśnienia, nieledwie tłumacząc się niczym przed zwierzchnikami, sprawiliśmy wrażenie, że milcząco akceptujemy kompetencyjne uzurpacje unijnej biurokracji, co w przyszłości z całą pewnością odbije się jeszcze nie raz czkawką. Po trzecie wreszcie – otworzyliśmy w ten sposób drzwi do dalszych tego typu bezprawnych ingerencji. Idę o zakład, że KE i TSUE nie przepuszczą chociażby takiej okazji, jak kontrowersje wokół zbliżających się wyborów prezydenckich – tym bardziej, że mają na swe usługi tutejszą „totalną targowicę”, która z pewnością narobi w Europie rabanu. I co, nasi przedstawiciele znów będą się tłumaczyć na forum Parlamentu Europejskiego przed różnymi Verhofstadtami, a ministrowie jeździć z wyjaśnieniami do eurokomisarz Jourovej?

A pierwsze sygnały już się pojawiły – Vera Jourova zdążyła wyrazić „zaniepokojenie” wyborami w Polsce. Tylko patrzeć, jak na jej wniosek Komisja Europejska zechce wdrożyć napisaną ad hoc procedurę „kontroli demokratycznych standardów” i skieruje sprawę do TSUE. A że bezprawnie? A kogo to, skoro w ten sposób unijni mandaryni zyskają możliwość kontroli procedur wyborczych w krajach członkowskich, a Trybunał w Luksemburgu ochoczo to „klepnie” ustawiając się w roli samozwańczego „rewizora” od którego będzie zależała ostateczna prawomocność wyborów? To zbyt łakomy kąsek, by z niego rezygnować. Zresztą spójrzmy – w sprawie Izby Dyscyplinarnej TSUE wyraził obiekcje co do „niezawisłości” sędziów, bo zostali oni nominowani przez KRS, która z kolei została wybrana przez Sejm. Jeżeli, przy naszej bierności, bądź wręcz milczącej zgodzie, Komisja Europejska i TSUE roztrząsają takie szczegóły ustawiając nas w charakterze tłumaczących się petentów, to co stoi na przeszkodzie, by podobnie drobiazgowo nie wzięły się za analizowanie wyborów, uznaniowo „zatwierdzając” je, albo „unieważniając”?


III. Bojkot TSUE!

To wszystko, powtarzam, jest pokłosiem „grzechu pierworodnego”, jakim była nasza zgoda na narzucenie nam groteskowej brukselskiej „procedury”. Na szczęście, nie jest jeszcze za późno, by z tego się wymiksować, trzeba tylko minimum asertywności i woli politycznej. Trzeba, krótko mówiąc, wysłać ten cały operetkowy trybunalik z jego uroszczeniami na bambus. Należy, jak nadmieniłem wcześniej, jasno i dobitnie, w sposób nie pozostawiający miejsca na jakiekolwiek niedomówienia i wątpliwości stwierdzić, iż TSUE nie ma żadnych uprawnień do orzekania w sprawach organizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości (ani żadnych innych kwestiach ustrojowych), zaś prawem nadrzędnym w Polsce jest Konstytucja, a nie widzimisię unijnych czynowników, tudzież samozwańczych „ajatollahów prawa” z Luksemburga. Co za tym idzie, strona Polska nie uznaje orzeczonego „środka zabezpieczającego” - ani tym bardziej przyszłego „ostatecznego wyroku” TSUE. Izba Dyscyplinarna ma procedować normalnie, a TSUE należy od tej pory konsekwentnie bojkotować, ogłaszając ponadto, iż Polska nie przyjmuje do wiadomości żadnych ewentualnych „kar” za niezastosowanie się do samowolnych i bezprawnych „orzeczeń”. W ostateczności, jak już tu niegdyś sugerowałem, należy zagrozić Brukseli wstrzymaniem naszej składki członkowskiej. Idę o zakład, że spanikowani kryzysem wokół koronawirusa unijni dygnitarze nie będą chcieli sobie dokładać kolejnego bólu głowy – trochę powrzeszczą i przestaną. Jeżeli zaś ulegniemy, jedynie zachęcimy ich do eskalacji kolejnych żądań, grzęznąc w tym biurokratyczno-sądowym bagnie na dobre i oddając po kawałku kolejne obszary naszej suwerenności. To jest ostatni dzwonek – my albo oni, tertium non datur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Z Brukselą trzeba twardo

Sędziowska anarchia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Pod-Grzybki 197

Klaudia Jachira nie ustaje w swych żenujących prowokacjach. Tym razem wystąpiła z repliką tablic z Dekalogiem, plotąc przy tym jakieś dyrdymały, mające w zamierzeniu ośmieszyć PiS i jego wyborców. Teksty były tak nędzne i bez krzty polotu, że daruję sobie cytaty. Frapuje mnie natomiast jedno – czy parodiowanie Mojżesza i tekstu ze świętej księgi judaizmu nie podpada aby pod antysemityzm?


*

Jak wiadomo, według „totalnych” mamy obecnie faszyzm, stalinizm i stan wojenny – nie wiadomo tylko, czy opcje te są do wyboru, czy też dostępne łącznie, w wersji „all inclusive”. O stanie wojennym gardłowali ostatnio sędziowie podczas marszu tysiąca fartuszków pod przewodem pani przedszkolanki Małgorzaty Gersdorf. Jest to o tyle zastanawiające, że to właśnie sędziowie szli w awangardzie junty Jaruzelskiego, soląc posłusznie „piękne wyroki” na różnych antysocjalistycznych wichrzycieli oraz „elementy antypaństwowe”. Bez nich Jaruzelowi byłoby o wiele trudniej. No i teraz mam zagwozdkę – czy mówiąc o „stanie wojennym dla sędziów” oni nas ostrzegają, czy wyrażają tęsknotę za latami młodości?


*

Jeszcze chwila o tym „stanie wojennym” - tyle, że w nietypowym kontekście... dzietności. Otóż po chwilowym skoku urodzeń, jaki nastąpił wskutek wprowadzenia „500+”, znów mamy regres demograficzny. Mam na to radę, zbieżną przy okazji z wyrażonym wyżej pragnieniem „nadzwyczajnej kasty”. Mianowicie, ostatnim przywódcą, który sobie poradził z tym problemem był Wojciech Jaruzelski. Nie zrobił tego wprawdzie celowo, tak po prostu wyszło, ale liczy się efekt. Tak się składa, że ostatni znaczący boom urodzeń w Polsce to początek lat '80 – czyli okres stanu wojennego. Powiadają, że w Polsce było wtedy tak biednie, beznadziejnie, szaro i ponuro (a do tego godzina policyjna), że ludzie siedzieli w domach i z nudów... robili dzieci. A zatem, panie Naczelniku, jak by to powiedzieć... do dzieła! Wprowadzić godzinę policyjną, odciąć telewizję i internet, ludzi zamknąć w domach – i niech ten... zajmą się sobą...


*

Przez mediodajnie przetacza się festiwal „agenta Tomka”, który w stylu „skruszonego gangstera” sypie swoich byłych zwierzchników z CBA – przez co z miejsca stał się bohaterem wszelkiej maści „totalsów”. Jego gadanina wprawdzie warta jest tyle, co niejakiego „Masy”, który też znany jest z nadawania na zlecenie, ale ja o czym innym. „Agent Tomek” to mianowicie były „człowiek roku” „Gazety Polskiej” - za „bezkompromisową walkę z korupcją”. Hm, „Sakiewka” coś nie ma ręki do tych swoich „człowieków roku” - jak nie „Zdradek” Sikorski, to „agent Tomek”. Może dlatego w ostatnich pięciu (!) latach wolał „bezpiecznie” przyznawać swoje wyróżnienie na zmianę Kaczyńskiemu i Morawieckiemu? Teraz jednak pan „Tomek” jest ulubieńcem organu Michnika, dlatego zgłaszam postulat - „agent Tomek” na człowieka roku „Gazety Wyborczej”! Koniecznie razem z Beatą Sawicką – może odżyje dawna miłość? To byłby piękny ślub...


*

Polskę odwiedził francuski Makaron (wiecie, ten co ma taką fajną babcię) – ale nie po to, by spotkać się z prezydentem czy premierem, gdzie tam! Oto Trzecia Osoba (póki co, jeszcze nie-Boska), czyli generalissimus Grodzki oznajmił, iż Makaron przyjechał specjalnie do niego: „Zgodziliśmy się, że i Francja, i Polska, jako ważne kraje UE, powinny stać na straży europejskiego ładu”. Tylko europejskiego? A dlaczego nie kosmicznego? Galaktyczny Senat pod wodzą Imperatora Palpatin... to jest, generalissimusa Grodzkiego – oto prawdziwie godne miejsce dla Trzeciej Osoby!


*

Taka sprawa. Władze Warszawy miały wybudować mur przeciwpowodziowy na Wybrzeżu Helskim. Niestety, przed rozpoczęciem inwestycji trzeba było wyciąć ok. 500 drzew, przeciwko czemu zaprotestowali ekologiści, ruchy miejskie i inni lewaccy popaprańcy – bo „Natura 2000” nie pozwala. Trzaskowski oczywiście ugiął się przed lewakami. Zatem przy okazji najbliższej powodzi Warszawiacy będą mieli sposobność, by podziękować „Czaskoskiemu” za możliwość bezpośredniego obcowania z siłami „Natury 2000”. A jeśli na dokładkę wybije jakieś g...o, to już będzie pełnia szczęścia. Ale co tam – grunt, że nie rządzi PiS, prawda?


*

Eko-faszyzm w natarciu. Sylwia Spurek zapowiedziała debatę w Parlamencie Europejskim na temat „sprawiedliwych cen mięsa”. Od razu wyjaśniam: w rozumieniu dzisiejszych lewaków „sprawiedliwe ceny” oznaczają „droższe”. Według eko-oszołomów mięso jest obecnie „zbyt tanie”, więc należy opodatkować rolników, żeby odpowiednio zdrożało, stając się produktem luksusowym. Jest to twórcza kontynuacja wypowiedzi Olgi Tokarczuk, która całkiem niedawno prorokowała, że niedługo na mięso będzie stać tylko najbogatszych – cała reszta będzie żarła szczaw i mirabelki, niczym młody Niesiołowski. A ja się pytam: po co takie półśrodki? Nie lepiej od razu wprowadzić kartki na mięso? Kurczę, wychodzi na to, że myśmy nie docenili tego epokowego wynalazku komuny! I po co było obalać, skoro dziś do tego wracamy – tyle, że okrężną drogą, przez Brukselę?


*

Jest też inny patent. W USA za czasów prohibicji funkcjonowała tzw. medyczna whisky, którą sprzedawano... w aptekach. Wyglądało to tak: spragniony delikwent szedł do jakiegoś rozumiejącego ludzkie potrzeby lekarza, ten wystawiał receptę zaświadczającą, że pacjent z przyczyn zdrowotnych musi sobie golnąć drinka – po czym wystarczyło udać się do monopolo... to jest, do apteki po flaszkę – i gotowe. I tak samo można zrobić z mięsem – tylko na receptę! Potem z druczkiem w garści idziemy do mięsn... to jest, do apteki – a pani farmaceutka odważy nam kilo schabu czy innej „medycznej karkówki”. Dobrze przy tym byłoby, żeby Ministerstwo Zdrowia wpisało mięso na listę leków refundowanych (a dla emerytów za złotówkę) – totalitarnym lewakom na pohybel!


*

Powyższe pokazuje, że Wielka Brytania wymiksowała się z tego brukselskiego kołchozu w ostatnim momencie. Nawiązując zatem do słów Nigela Farage'a, że w ślady Brytyjczyków pójdą niedługo kolejne kraje, w tym Polska – rzucam hasło: Poland Next!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (07-13.02.2020)

Sędziowska anarchia

Wzywam legalne władze Rzeczypospolitej, by położyły kres temu prawniczemu bezprawiu i anarchizacji kraju. Ten z gruntu antypaństwowy rokosz należy stłumić wszelkimi możliwymi sposobami.


I. Manifest „nadzwyczajnej kasty”

Furda prawo, furda Trybunał Konstytucyjny i trójpodział władz, furda Konstytucja – liczy się „najmojsza” racja „nadzwyczajnej kasty” i jej partykularny interes. Tak można najkrócej podsumować uchwałę Sądu Najwyższego, w której poprzebierani w „fartuszki” podopieczni pani przedszkolanki Małgorzaty Gersdorf ostentacyjnie postawili się ponad prawem. Przypomnijmy, że 23 stycznia 59 sędziów z połączonych składów Izb Cywilnej, Karnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego ogłosiło, iż... prawo obowiązuje wtedy, gdy im się tak podoba. Inaczej tego wewnętrznie sprzecznego kuriozum zinterpretować nie sposób. Czteropunktowy manifest sędziowskiej elity stanowi bowiem, co następuje: po pierwsze - w odniesieniu do Sądu Najwyższego „nienależyta obsada sądu” zachodzi wówczas, gdy w składzie orzekającym zasiada sędzia powołany przez „nową” KRS; po drugie – również w odniesieniu do sądów powszechnych i wojskowych „nienależyta obsada sądu” ma miejsce, gdy w składzie znajdzie się sędzia powołany przez obecną KRS, ale – uwaga – tylko wtedy, gdy „wadliwość procesu powoływania prowadzi, w konkretnych okolicznościach, do naruszenia standardu niezawisłości i bezstronności”; po trzecie – uchwała nie ma zastosowania do orzeczeń wydanych przed jej ogłoszeniem; i po czwarte – ale za to w przypadku Izby Dyscyplinarnej SN uchwała ma zastosowanie do orzeczeń bez względu na datę ich wydania.


II. Anarchizacja prawa

Jednym słowem, kompletny chaos. Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Najbardziej rygorystyczny jest punkt pierwszy, odnoszący się do samego Sądu Najwyższego. Tu przynajmniej nie ma wątpliwości – wg stanowiska SN sędzia powołany do tegoż Sądu Najwyższego na mocy znowelizowanych przepisów o Krajowej Radzie Sądownictwa nie może orzekać i koniec. Inna rzecz, że SN jest tu „sędzią we własnej sprawie”, co już samo przez się może budzić wątpliwości.

Ale już w kolejnym punkcie, odnoszącym się do „zwykłych” sądów (a więc tych, z którymi najczęściej mają kontakt przeciętni Polacy) robi się istny bajzel, bowiem w przypadku „nowych” sędziów należałoby każdorazowo badać, czy aby „wadliwość” ich powołania nie prowadzi „w konkretnych okolicznościach” „do naruszenia standardów niezawisłości i bezstronności”. Rozumieją Państwo coś z tego? Kto miałby o tym rozstrzygać? Jaki organ? Prezes danego sądu? Sąd Najwyższy? Sąd Ostateczny? Na mocy jakich przepisów i w jakim trybie? Proszę przy tym zwrócić uwagę, że chodzi o „konkretne okoliczności” - a zatem, w jednej sprawie dany sędzia mógłby orzekać, bo pomimo „wadliwości procesu powołania” nie stwierdzono by zagrożeń dla „standardów niezawisłości”, ale w innej sprawie, gdy takie „zagrożenia” by „stwierdzono” - już nie. Przecież to absurd, nie mówiąc już o tym, że jest to czysta uzurpacja – sędziowie SN stworzyli sobie kompletnie uznaniową pseudo-procedurę nie mającą odzwierciedlenia w żadnych obowiązujących przepisach, by wedle własnego widzimisię decydować, czy sędzia ma prawo do orzekania w konkretnych sprawach. Łatwo sobie wyobrazić ten chaos – do tej pory na mocy obecnych przepisów powołano już ponad 380 sędziów i asesorów. I co – kto i na jakiej podstawie ma decydować, czy dany sędzia może orzekać np. w sprawie o kradzież z włamaniem, ale już nie w sprawie o zabójstwo?

Żeby było jeszcze ciekawiej – uchwała SN nie dotyczy sądów administracyjnych. Więc jak to jest? Tych kilkunastu sędziów, których powołano na wniosek nowej KRS do sądów administracyjnych zostało powołanych „wadliwie”, czy „niewadliwie”? Mogą orzekać, czy nie? Czym ich status różni się od sędziów sądów cywilnych, karnych i wojskowych? Bo to są kompetencje Naczelnego Sądu Administracyjnego? A cóż to szkodzi – jak już iść na rympał w uzurpowaniu sobie prerogatyw, to na całego...

Lecz to dalece nie koniec. Jak czytamy w punkcie trzecim uchwały, jej postanowienia nie mają zastosowania do już wydanych wyroków. A to niby dlaczego? Bo prawo nie działa wstecz? Ale skoro sędziowie zostali powołani „wadliwie”, to znaczy, że ich wyroki nie były ważne od samego początku! A tych wyroków mogło się już nagromadzić, bagatela, kilkaset tysięcy. Więc co – do momentu wydania uchwały byli „ważni”, a teraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wróżki Gersdorf zrobili się nagle „wadliwie powołani” i „nieważni”? I dopiero od teraz należy sprawdzać, czy „w konkretnych okolicznościach” nie naruszą aby „standardów”? Wynikałoby z tego, iż są to sędziowie „pół-wadliwi” - raz tak, raz inaczej – w zależności od samopoczucia instancji oceniającej. Tyle że, jak nadmieniłem, dowcip w tym, że nie wiadomo, kto i jaki organ miałby być ową instancją... No dobrze, przyjmijmy, że w trybie nadzoru w zakresie orzekania byłby to Sąd Najwyższy – oznaczałoby to, że SN musiałby od dzisiaj zajmować się wyłącznie sprawami owych „pół-wadliwych” ponad 380 sędziów i na nic innego nie wystarczyłoby już mu mocy przerobowych.

No i wreszcie, kwestia Izby Dyscyplinarnej. Tutaj już wyroki są „nieważne” od samego początku – a zatem, w kontraście do opisanych wyżej prawnych konwulsji, mamy iście poruszającą jednoznaczność. Tylko znów, do kurki wodnej, dlaczego? Czym akurat Izba Dyscyplinarna zasłużyła sobie na tak surowe potraktowanie, a sądy powszechne już nie? Czym różnią się wydane dotąd orzeczenia jednego z 380 sędziów sądów powszechnych od tych wydanych przez Izbę Dyscyplinarną? Gdzie tu sens, gdzie logika i elementarna konsekwencja? Oczywiście, wiemy w czym rzecz – Izba Dyscyplinarna burzy poczucie bezpieczeństwa i bezkarności „nadzwyczajnej kasty”, więc należy ją „unieważnić” „po całości”. A z sędziami niższych instancji, powiada nam „kasta”, damy sobie radę punktowo, spacyfikujemy ich poczuciem niepewności co do prawomocności ich statusu. Niech no tylko który bryknie...


III. Sędziowska dyktatura

Podsumowując, mamy do czynienia z anarchizacją prawa. Stworzono oto ad hoc nie istniejącą dotąd w systemie sądowniczym nową kategorię – sędziów „półlegalnych”, teoretycznie zachowujących swój status (choć „wadliwy”), ale arbitralnie pozbawionych prawa do orzekania. Co to oznacza? Otóż Sąd Najwyższy powiedział nam: możemy pod pozorem „interpretacji” bawić się w prawotwórstwo, tworzyć takie prawo, jakie nam pasuje – a wy możecie nam skoczyć. Możemy wchodzić w kompetencje władzy ustawodawczej, wykonawczej, Trybunału Konstytucyjnego – a wy możecie nam skoczyć. Możemy podważać i nie stosować się do obowiązujących i prawidłowo uchwalonych ustaw – a wy możecie nam skoczyć. Możemy mieć gdzieś konstytucyjne prerogatywy prezydenta powołującego sędziów – a wy możecie nam skoczyć. Możemy to wszystko, bo jesteśmy nadzwyczajną kastą – mułłami w togach i ajatollahami prawa. Nie odpowiadamy przed nikim i niczym, a już zwłaszcza przed społeczeństwem i jego przedstawicielami - sami się wybieramy i powołujemy, bo to MY jesteśmy prawdziwym suwerenem i chrzanimy głęboko to, że Konstytucja mówi co innego.

Innymi słowy, Sąd Najwyższy poszedł za wezwaniem prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato, który podczas „marszu tysiąca tóg” powiedział: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. Tłumacząc na nasze: zamiast prawa będziemy kierowali się własnymi „objawieniami”, decydując co jest „praworządne”, a co nie. Tak podbechtany prawniczy establishment ogłosił zatem ni mniej, ni więcej, tylko zmianę ustroju z demokracji na sędziowską dyktaturę – sądokrację. To jest pucz – i to zrobiony pod ewidentnie polityczne zamówienie nie tylko „totalnej opozycji”, ale wprost zagranicy. Wzywam więc legalne władze Rzeczypospolitej, by położyły kres temu prawniczemu bezprawiu i anarchizacji kraju. Ten z gruntu antypaństwowy rokosz należy stłumić wszelkimi możliwymi sposobami. To nie jest już tylko gra o to, kto będzie rządził – to jest kwestia suwerenności państwa. Jeśli się cofniecie, jeśli zadrży wam ręka – naród i historia wam tego nie wybaczą.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (31.01-06.02.2020)

czwartek, 7 marca 2019

Pod-Grzybki 149

Szwedzki sąd oddalił wydany przez Polskę europejski nakaz aresztowania Stefana Michnika, powołując się m.in. na jego szwedzkie obywatelstwo. Wniosek z tego, że wraz ze szwedzkim obywatelstwem Stefan Michnik nabył prawa „honorowego Nordyka”. A to z kolei oznacza, że jako przedstawiciel wyższej rasy nie może być sądzony przez jakichś słowiańskich podludzi – byłoby to wbrew prawom natury.


*

PiS ogłosił „jedynki” i „dwójki” na listach wyborczych do europarlamentu – wylądowała na nich w charakterze lokomotyw wyborczych sama partyjna śmietanka. Cały efekt jednak zepsuła rzeczniczka PiS Beata Mazurek (nr 2 z okręgu lubelskiego), mówiąc: „Jak zdobędziemy mandat, to będziemy decydować, czy będziemy go obejmować”. No, z takim rzecznikiem, pisowi nie potrzeba wrogów. To może od razu zagłosować na kandydatów z dalszych miejsc? Oszczędzimy w ten sposób pani Mazurek et consortes rozterek i dylematów.


*

Nowy szczyt hipokryzji. Na marginesie ostatniej zadymy na linii Polska-Izrael, amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo „wyraził zrozumienie” dla polskiego stanowiska. Ten sam Pompeo podczas antyirańskiego sabatu w Warszawie dyscyplinował nas w sprawie żydowskich roszczeń i stręczył nam jako nowego bohatera narodowego ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana. Niestety, opinii Mike'a Pompeo na temat wypowiedzi Mike'a Pompeo nie poznamy. Może dlatego, że strona polska nie odważyła się tu zająć żadnego „stanowiska”.


*

I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Werwolf... to jest, Gersdorf, otrzymała niemiecką nagrodę im. Theodora Heussa za to, że „sprzeciwiła się rozwojowi sytuacji w Polsce”. Przewodniczącą fundacji wręczającej nagrodę jest Gesine Schwein... to jest, Schwan – prominentna polityk SPD i była pełnomocnik ds. stosunków z Polską. To tyle, jeśli chodzi o „apolityczność” nadzwyczajnej kasty. Okazuje się, że jeśli sędzia w Polsce jest zarazem aktywnym członkiem V kolumny, to wtedy może liczyć na uznanie i protekcję w Berlinie. A swoją drogą, Niemcy mogłyby przestać się krygować, tylko wprost ufundować odznakę „honorowego volksdeutscha” do nagradzania swych kolaborantów. Chętnych nie zabraknie.


*

Krzysztof Bosak ujawnił raport eksperckiego zaplecza Roberta Gwiazdowskiego i Cezarego Kaźmierczaka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, wg którego do Polski należy sprowadzić 10 mln. migrantów. Mam w związku z tym pewną refleksję. Przez długie lata byłem przeciwnikiem rojeń o włączeniu Lwowa wraz z przyległościami do Polski - bo mielibyśmy wówczas w granicach miliony nienawidzących nas Ukraińców. Tyle, że sytuacja uległa zmianie, odkąd zaczęliśmy masowo importować ukraińskich pracowników. Dziś i tak mamy te miliony Ukraińców - tyle, że bez Lwowa. A skoro tak, to równie dobrze można pójść na całość i dokonać tej aneksji - tym bardziej, że Ukraina jest w stanie rozkładu. Może nawet wielki biznes, tak złakniony ukraińskiej taniej siły roboczej, byłby skłonny zasponsorować tę „małą, zwycięską wojenkę”?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (01-07.03.2019)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kasta w amoku

Ciekawe, czy Timmermans pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?

I. Sędziowscy hunwejbini

Zadyma wokół reformy wymiaru sprawiedliwości ma jeden niewątpliwie pozytywny aspekt: opadły maski apolityczności, dystansu i obiektywizmu, jakie sędziowie dotąd chętnie zakładali na użytek opinii publicznej. Przedstawiciele „nadzwyczajnej kasty” lubili się bowiem przed społeczeństwem drapować w szaty Katonów – niezłomnych mędrców dumających dniem i nocą o praworządności, do których nie mają przystępu niskie instynkty, co zresztą zostało zadekretowane ustawowo dogmatem o „nieskazitelności charakteru”. W tym kontekście nie dziwi oburzenie środowiska wywołane projektem utworzenia w Sądzie Najwyższym Izby Dyscyplinarnej – no bo, skoro sędzia jest „nieskazitelny” z mocy prawa, to taka Izba jest po pierwsze zbędna, po drugie zaś może w głowach maluczkich zasiać szkodliwy zamęt sugerując samym swym istnieniem, że z tą nieskazitelnością nie wszystko jest tak do końca w porządku. Jednak, jako się rzekło, owe katońskie stylizacje okazały się tanią komedią, bo gdy „kasta” poczuła się zagrożona w swych partykularnych, korporacyjnych interesach, bez ceregieli cisnęła w kąt wszystkie kabotyńskie pozy przeistaczając się w jednej chwili w pospolitych wiecowych krzykaczy. Tym samym, spod togi dostojeństwa wyleźli zacietrzewieni hunwejbini, ani na jotę nie odstający od najbardziej zajadłych polityków „totalnej opozycji”, tudzież osobników pokroju płk. Mazguły, „Farmazona” czy „obywatela RP” Kasprzaka.

Niedawnym przejawem powyższego był list dyscyplinujący, jaki Stowarzyszenie Sędziów THEMIS pod wodzą sędzi Beaty Morawiec zamieściło na swej stronie internetowej. Zagroziło w nim prawnikom startującym w konkursie na sędziów Sądu Najwyższego wiekuistym potępieniem, albowiem „udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”. Wedle stanowiska THEMIS „Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Podobny okólnik z wytycznymi opublikowało stowarzyszenie „Iustitia” grożąc, iż „prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”.


II. Niezawisłość wczoraj i dziś

Oba oświadczenia rzucają snop światła na podejście prawniczego establishmentu do kwestii słynnej „niezawisłości” sędziowskiej oraz sposobu postrzegania własnego środowiska. Gdyby potraktować je przez chwilę serio, to należałoby przyjąć, iż w optyce władz obu stowarzyszeń przynajmniej część ich kolegów i koleżanek to chwiejne indywidua o nader podejrzanej konduicie moralnej – bowiem po pierwsze, można ich skutecznie zaszantażować groźbą towarzysko-zawodowego ostracyzmu, po drugie zaś – są łasi na zaszczyty i urzędy dla których gotowi są wysługiwać się każdej władzy (a nie tylko tej „właściwej”). Teraz poprosiłbym szanownych luminarzy prawa o wyjaśnienie – jak to się ma do słów o „nadzwyczajnej kaście ludzi”, wspomnianej wyżej „nieskazitelności charakteru” czy „niezawisłości”, skoro trzeba się wobec nich uciekać do tego rodzaju pogróżek? Czy nie zachodzi tu pewna rozbieżność między kreowanym publicznie wizerunkiem, a rzeczywistą kondycją naszych „orłów Temidy”? A skoro tak, to czy dotychczasowy stan polskiego sądownictwa w którym orzekali ludzie tak marni, faktycznie był taki idealny, jak się nam przedstawia – i dopiero PiS przyszedł i rozwalił kwitnącą praworządność? Tu pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej, która w 2016 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdziła, że „sprawiedliwość trzeba sobie u nas wyszarpać”. Czyżby prof. Łętowska stała się „pisówą”? Czy ktoś potrafi przekonująco wytłumaczyć te sprzeczności?

Tak to bywa, gdy histeria przesłania racjonalne myślenie – autorzy cytowanych oświadczeń w politycznym amoku zwyczajnie nie pomyśleli jakie świadectwo wystawiają własnej „kaście”. Tymczasem niezawisłość to nie tylko gwarancje prawne, lecz przede wszystkim stan ducha i umysłu. Jeżeli sędzia jest niezwisły, to zachowa się przyzwoicie również w trudnych okolicznościach – co najwyżej nie zrobi wielkiej kariery. Nawet w PRL-u nie wszyscy sędziowie byli służalczy wobec komuny, co oczywiście przypłacili brakiem awansu i szykanami. Ich kosztem kariery robili ci rozumiejący kolejne „mądrości etapu” - i to oni kształtowali w roli mentorów dalsze pokolenia sędziowskiego narybku, czego emblematycznym przykładem może być sędzia kapitan Iwulski szkolony przez WSW i z żoną w bezpiece.

Nawiasem mówiąc, gdy trzeba było bronić kolegów orzekających w stanie wojennym, Sąd Najwyższy wykazał się w kwestii niezawisłości daleko idącą elastycznością, stwierdzając w niesławnej uchwale z dn. 20 grudnia 2007 r., że skoro PRL nie była państwem prawa i obowiązywał w niej np. dekret o stanie wojennym, to nie wolno czepiać się sędziów, że ten dekret stosowali. Na bazie tej żelaznej logiki nie pociągnięto do odpowiedzialności bodaj żadnego sądowego zbrodniarza. Kiedy wytknął to sędziom wiceminister Marcin Warchoł przemawiając 20 maja 2017 na Zjeździe Prawników Polskich, ci zaczęli demonstracyjnie wychodzić z sali. Najwyraźniej niezawisłość i nieskazitelność charakteru przewidziane są jedynie na czas dobrej pogody. Tak więc otrzymujemy kolejny paradoks – dyspozycyjni sędziowie z czasów PRL nie sprzeniewierzyli się niezawisłości, ale sędziowie którzy dziś ośmieliliby się kandydować do Sądu Najwyższego są ohydnymi sługusami „pisowskiego reżimu”, których należy przykładnie napiętnować. Trzeba dodać, że podobne groźby sędziowskie stowarzyszenia formułowały również wcześniej – przy okazji zmian na stanowiskach prezesów sądów i wyłaniania nowej KRS.


III. Pełzający rokosz

Generalnie, można odnieść wrażenie, że prawniczy establishment trzęsie się w posadach, bo oto na naszych oczach zapoczątkowany zostaje proces wymiany elit – dotychczasowe autorytety stopniowo są odsyłane do lamusa, przez co ulega przerwaniu proceder uzupełniania się przez kooptację gwarantujący ciągłość układu. Symbolem może być tu wzmiankowana przewodnicząca stowarzyszenia „THEMIS” sędzia Beata Morawiec odwołana z funkcji prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie przez min. Ziobrę. Stąd odpowiedzią tracących wpływy prawników jest pełzający rokosz do którego jawnie wzywają kolejne uchwały i wystąpienia. Lojalni wobec odwołanej prezes sędziowie SO w Krakowie uchwalili „wotum nieufności” wobec jej następczyni wzywając ją do ustąpienia, albowiem przyjmując funkcję „wspiera zmiany, których celem jest zniszczenie trójpodziału władzy i niezależności sądownictwa”. Z kolei sędzia SN Wojciech Katner oznajmił w TVN24, iż ma nadzieję, że nie znajdzie się osoba, która zgodziłaby się zastąpić ex-prezes Gersdorf. Wcześniej jeszcze, na przywołanym Zjeździe Prawników Polskich prof. Safjan snuł wizje alternatywnego Trybunału Konstytucyjnego prowadzącego „stały monitoring” i wydającego własne orzeczenia o konstytucyjności przepisów, co jest wprost dążeniem do anarchizacji państwa. Z kolei prof. Wojciech Popiołek wsławił się jawnie sprzeczną z art.4 Konstytucji („władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”) wykładnią pojęcia suwerena, głosząc ni mniej ni więcej, tylko że „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Czystej wody uzurpacja - to bowiem „nadzwyczajna kasta” „odkrywałaby” i wdrażała owe „wartości”. Otrzymalibyśmy zatem rządy swoistych „ajatollahów prawa”. Jak widać, sędziowie podążają tą drogą, czego dowodem są uroszczenia dotychczasowego składu Sądu Najwyższego do recenzowania zgodności z Konstytucją ustaw o sądownictwie.

Sędziowski rokosz jednak nie przetrwa bez wsparcia zagranicy – stąd nie może dziwić występ prof. Gersdorf przed niemieckimi sędziami federalnymi w Karlsruhe podczas którego błagała o ratunek dla upadającego „państwa prawa” ogłaszając się przy okazji „pierwszym prezesem na uchodźstwie”. Z poparciem oczywiście pośpieszyło niemieckie MSZ każąc nadal tytułować Małgorzatę Gersdorf „prezesem”. Nota bene, akcję prof. Gersdorf interpretuję jako otwarcie kolejnego etapu kariery – liczy na to, że lansując się na swym męczeństwie zostanie dokooptowana do ekskluzywnej, europejskiej prawniczej międzynarodówki, demonstruje więc zawczasu swoją użyteczność. W ciąg zdradzieckiej żebraniny o zewnętrzną interwencję wpisał się również prof. Jerzy Zajadło z Uniwersytetu Gdańskiego apelując do Fransa Timmermansa o podjęcie „jeszcze bardziej radykalnych kroków” przeciw Polsce. Swoją drogą, jak ten Timmermans musi gardzić Polakami widząc te tabuny łaszących się do niego codziennie sprzedawczyków... Ciekawe tylko, czy pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (01-21.08.2018)

piątek, 6 października 2017

Pod-Grzybki 115

Za Odrą płacz i zgrzytanie zębów. CDU i SPD zaliczyły spektakularny zjazd, a na dodatek trzecią siłą Bundestagu została AfD. Z tej okazji „Lisweek” uraczył nas okładką z Angelą Merkel wpatrującą się z rozpaczą w dal, opatrzoną tytułem: „nasz ostatni sojusznik”. O tak, redaktorze Lis – to z pewnością WASZ ostatni sojusznik, dziękujemy za szczerość i prosimy o więcej.


*

W Niemczech zawiązuje się „koalicja jamajska”, bo Schulz się zbiesił i mutter Angela będzie musiała zadać się z liberałami z FDP i lewakami od Zielonych. „Jamajska” dlatego, że partyjne kolory CDU, FPD i Zielonych układają się w czarno-zielono-żółte barwy tej sympatycznej wyspy. Spoko - włączą sobie Boba Marleya, podadzą w obieg skręta, zapuszczą dredy i wszystko się ułoży w harmonijny jamajski przekładaniec. Może nawet pozwolą frywolnej mamuśce Angeli od czasu do czasu być na wierzchu.


*

Oby tylko ten jamajski przekładaniec nie zamienił się w kanapkę, bo wtedy ani chybi Angela Merkel musiałaby robić za wkładkę mięsną.


*

Tymczasem u nas prezydent Duda zgłosił projekty „reform” sądownictwa w takiej formie, że zabetonują układ w KRS przynajmniej do końca tej kadencji. Słowem, Andrzej Duda pokazał, że mentalnie wciąż pozostał w Unii Wolności i „krakówku”. Nie wiem, może bał się, że jego profesorowie przestaną go poznawać na ulicy, a Kornhauserowie zapraszać na obiad? I to jest problem z tymi krakowskimi chłopcami z dobrych domów, na których daje się nabierać prezes Kaczyński (Ziobro też już raz zdradził). Pozują na twardych, bezkompromisowych gości, a na koniec tak czy owak wyłazi z takiego filister i heca kończy się jak buncik Zbyszka z „Moralności pani Dulskiej”.


*

Prezes SN Małgorzata Gersdorf odkąd w lipcu spotkała się z Dudą, łazi po mieście jak oczadziała i zaniosło ją na ślubowanie sędziego TK Justyna Piskorskiego, które odbierał właśnie Andrzej Duda. Rzecznik SN tłumaczył później, że z przepracowania sędzia Gersdorf nie wie co robi. A gdzie tam - jest tylko jeden powód dla którego kobieta, nawet w jesieni wieku, zachowuje się w ten sposób. Pani Małgorzata po prostu chciała raz jeszcze, choćby z daleka, zobaczyć swego Andrzeja. No co? To teraz modne - francuski Makaron mógł się ożenić z własną babcią, a my mamy zostać w ogonie postępowej Europy?


*

Wypisy z genderyzmu. Wiedzą Państwo co to jest „cadengender”? A „feagender”? Otóż „cadengender” oznacza tożsamość płciową zmieniającą się pod wpływem... muzyki, a „feagender” - tożsamość płciową zmieniającą się w zależności od pór roku. Poważnie, wyczytałem to na stronach „Kretyniki Politycznej” - a oni akurat na tym się znają. A zatem: słuchasz jesienią Beethovena – jesteś mężczyzną, słuchasz wiosną Mozarta – jesteś kobietą. Słuchasz jesienią Mozarta – jesteś trans, słuchasz wiosną Beethovena – jesteś męską lesbijką. Słuchasz obu latem – jesteś „transwestytą z transseksualnej Transylwanii”, jak śpiewał bohater „Rocky Horror Picture Show”. Prawda, jakie to proste?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (04-17.10.2017)

piątek, 11 sierpnia 2017

Pod-Grzybki 109



To już zaczyna zakrawać na obłęd. Dosłownie przed momentem w ramach akcji „Lato żywych trupów” Borys Budka & Co. napastowali plażowiczów nad Bałtykiem, a już po chwili horda platformerskich zombies postanowiła zaatakować nieletnią publiczność hulającą beztrosko na Przystanku Woodstock. Zważywszy na przeciętny stopień przytomności woodstockowiczów, rad bym wysłuchać tych rozmów godnych zapewne bliskich spotkań III stopnia. Prochy wszędzie, Budka wszędzie, co to będzie, co to będzie...

*
Przy okazji – teraz już wiadomo, dlaczego Woodstock zakwalifikowano jako imprezę podwyższonego ryzyka. Wystarczy ujrzeć krokodyli uśmiech Schetyny na widok małoletnich ofiar, by postawić na nogi nie tylko całą policję, ale przede wszystkim – służby weterynaryjne i dyrekcję najbliższego ZOO.

*
Poczynaniami Platformy zbulwersował się sam Zbigniew Hołdys („Hołdys gniewa się / i pieniążków chce...” - jak śpiewała niegdyś punkowa kapela „WC” w numerze „Młoda generacja”). W każdym razie, Hołdys nagabywanie młodzianków w przerwach między rują a poróbstwem nazwał „polityczną agitką”, co jest o tyle dziwne, że wcześniej nie miał nic przeciwko politycznym agitkom w ramach aranżowanej przez niego „Akademii Sztuk Przepięknych”, a już zupełnie niedawno lekkim palcem wystukiwał tweety podburzające młodzież do zrobienia w Warszawie drugiego Hamburga. Do tego, jako dumny i blady absolwent podstawówki („pewnego dnia / zrozumiałem, że ja / nie umiem nic”), narzekał na „brak wyedukowania” polskiego społeczeństwa. No, ale nie bądźmy małostkowi – proponuję zwrócić się do ministerstwa edukacji, by zaangażowanie i obywatelską postawę pana eks-muzyka nagrodzić jakimś tytułem – chociażby „maturzysty honoris causa”.

*
Na warszawskiej manifestacji w obronie sądów powitano prezes Gersdorf i prof. Strzembosza słowami „cześć i chwała bohaterom”. Wniosek z tego, iż Żołnierze Wyklęci walczyli o „niezawisłe sądy” - te same, które skazywały ich na śmierć w procesach kiblowych. Uczestnicy owej orgii praworządności dożyli swych dni pod ochroną immunitetu jako członkowie „nadzwyczajnej kasty ludzi”, zaś ich potomkowie w różnorakich togach po dziś dzień naprzykrzają się Temidzie. Zapewne Żołnierze Wyklęci walczyli również o to, by środowisko mogło „samo się oczyścić”, co tak znakomicie się udało - nieprawdaż, panie profesorze Strzembosz?

*
Tomasz Lis przegrał (a właściwie oddał walkowerem, bo nie stawił się na żadnej rozprawie) proces wytoczony mu przez Krystynę Pawłowicz. Sam Lis twierdzi, że o sprawie „nic nie wiedział”. Hm, zważywszy, iż zawiadomienie z sądu odebrała małżonka–Lisica, sugerowałoby to, że z premedytacją wsadziła męża na minę. Czyli – Lisy gryzą się nie na żarty, a w Konstancinie rozrzucane są kulki ze szczepionkami przeciw wściekliźnie. Co ciekawe, 40 tys. zł zadośćuczynienia ponoć pokryje koncern Ringer Axel Springer. Skomentuję to optymistyczną fraszką: „Lis opluje / Niemiec spłaci / a Pawłowicz się wzbogaci”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32-33 (09-22.08.2017)

niedziela, 4 czerwca 2017

„Nadzwyczajna kasta” ogłasza się suwerenem

Po raz kolejny okazało się, że jedyną autentyczną emocją napędzającą „nadzwyczajną kastę ludzi” jest atawistyczna nienawiść do PiS-u.


I. Bunt „mafii w togach”

Kongres Prawników Polskich, który odbył się 20 maja w Katowicach, potwierdził kompletny zanik samokrytycyzmu prawniczych elit oraz związaną z nim predylekcję do tzw. „samozaorania”. Panujące na kongresie nastroje jakim dawali wyraz uczestnicy przekształciły spotkanie w rodzaj antyrządowego wiecu - wymachiwanie konstytucją, okrzyki, buczenie, demonstracyjne wychodzenie z sali, mówiły same za siebie. Wystarczyło, że przedstawiciele Kancelarii Prezydenta (Andrzej Dera) i Ministerstwa Sprawiedliwości (Marcin Warchoł) przypomnieli (w wyważonym tonie) o patologiach drążących środowisko – braku rozliczeń z okresem PRL, skłonności do ferowania politycznych ocen wobec innych organów władzy publicznej, źle rozumianej korporacyjnej solidarności, faktycznej bezkarności sędziów dopuszczających się różnych nadużyć, emocjonalnym odrzucaniu głosów krytyki – by wywołać histeryczne reakcje charakterystyczne raczej dla co ostrzejszych incydentów sejmowych, niż dla przedstawicieli warstwy społecznej pragnącej uchodzić za ostoję umiarkowania i rozsądku. Ostentacyjne opuszczanie miejsc w momencie, gdy wiceminister Warchoł przypomniał nazwiska stalinowskich sędziów, którym włos nie spadł z głowy, trudno odebrać inaczej niż polityczną deklarację. Jeżeli społeczeństwo potrzebowało dowodu impregnacji prawniczej „kasty” na jakiekolwiek głosy zewnętrznej krytyki oraz immanentnego braku zdolności do autorefleksji, to lepszego symbolu nie trzeba.

Aż nie chce się w tym miejscu przypominać nieszczęsnych słów profesora Adama Strzembosza, iż „środowisko samo się oczyści”. Cóż jednak począć, skoro dziś ten sam prof. Strzembosz - również na katowickim kongresie - całkowicie i bez zastrzeżeń staje po stronie kolegów, broniąc ich rzekomo zagrożonej „niezależności” (a w praktyce – bezkarności i nieodpowiedzialności)? Nie słyszałem, by w jakiejkolwiek publicznej wypowiedzi odniósł się krytycznie do swej diagnozy sprzed lat, teraz natomiast zaangażował bez reszty swój autorytet w obronie korporacyjnych interesów. Niestety, nie pierwszy to przypadek, gdy zasłużona skądinąd osoba brzydko się starzeje.

Obecna pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf narzekała swojego czasu, że sędziowie postrzegani są w społecznym odbiorze jako „mafia w togach”. Trudno, by było inaczej, jeśli ludzie widzą obrazki w rodzaju tych opisanych powyżej, nie wspominając już o codziennej praktyce funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Dorzucę jeszcze jeden: otóż w momencie, gdy min. Warchoł przypomniał, iż „niezależny sąd ma być wolny od politycznych nacisków, ale też od korporacyjnych interesów środowiska prawniczego” na sali rozległ się wedle medialnych relacji „pomruk niezadowolenia”. Tylko na taką reakcję było stać urażoną w swym samozadowoleniu „nadzwyczajną kastę ludzi”.

Bo tak naprawdę na omawianym tu kongresie mieliśmy do czynienia z kolejną odsłoną pełzającego rokoszu – używając terminologii przywołanej przez prezes Gersdorf, był to bunt „mafii w togach”.


II. Kongres uzurpatorów

Jednym z jaskrawszych przejawów owej rebelii była sformułowana przez prof. Marka Safjana wizja równoległego, samozwańczego Trybunału Konstytucyjnego prowadzącego „stały monitoring” oraz wydającego „swoiste orzeczenia o konstytucyjności regulacji”. Patrząc od strony prawno-konstytucyjnej, jest to istne kuriozum polegające na budowaniu struktur alternatywnych wobec oficjalnych organów państwa, a wręcz otwarcie wobec tychże zrewoltowanych. Przypuśćmy, że wobec danego aktu prawnego dwa trybunały – ten oficjalny i ten „sędziowski”, postulowany przez prof. Safjana - wydadzą dwa różne „orzeczenia”. Które ma być stosowane przez sądy? A co zrobią, jeśli PiS zgodnie z zapowiedzią prezydenta Dudy doprowadzi do uchwalenia nowej konstytucji? Zignorują ją, bo „pisowska” i będą stosowali starą? Gołym okiem widać, że to recepta na anarchię prawną – a wszystko dlatego, że obecna władza i skład Trybunału Konstytucyjnego wywołuje u środowiskowych prowodyrów motywowany politycznie nerwowy szczękościsk.

Ale najdalej posunął się w swym słynnym wystąpieniu prof. Wojciech Popiołek z Uniwersytetu Śląskiego. Przypomnijmy ów historyczny cytat: „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Tu już mamy otwarte zanegowanie porządku konstytucyjnego, bowiem w Art.4 p.1 Konstytucja stanowi, iż „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”, precyzując w kolejnym punkcie, że „Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”. Tymczasem dla prof. Popiołka suwerenem są bliżej nieokreślone „wartości” strzeżone przez władzę sądowniczą.

Cóż to oznacza w praktyce? Ano ni mniej, ni więcej, tylko na naszych oczach „nadzwyczajna kasta ludzi” ogłosiła się suwerenem. To bowiem do niej należałoby „odkrywanie” oraz interpretacja „wartości” zapisanych w prawie oraz orzekanie na ich podstawie – co zresztą współgra z przytoczonym wyżej postulatem prof. Safjana „sędziowskiej”, oddolnej „kontroli konstytucyjności” aktów normatywnych. Krótko mówiąc, stanowisko luminarzy prawa sprowadza się do zlikwidowania granicy między stosowaniem prawa, a prawotwórstwem. Jest to czystej wody uzurpacja środowisk prawniczych - obojętnie kogo tam motłoch wybierze do Sejmu i co władza ustawodawcza sobie uchwali, ostatnie słowo ma należeć do nas. Nic dziwnego, że wystąpienie prof. Popiołka spotkało się z entuzjastyczną reakcją sali – nie musiał nawet wykładać wszystkiego kawa na ławę, tam siedzieli przecież inteligentni, kuci na cztery nogi wyjadacze, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z implikacji takiego postawienia sprawy.

Miarą arogancji i tupetu owych uzurpatorów jest to, że ci sami ludzie wymachiwali konstytucją, a zarazem niemal, przepraszam, pierdzieli na wargach na widok przedstawicieli konstytucyjnych organów państwa – by za chwilę obwieścić wszem i wobec, że jeden z kluczowych zapisów tejże konstytucji, o którą ponoć się upominają, mają w głębokim poważaniu. W sumie, nic dziwnego - środowisko prawnicze traktuje znajomość prawa, umiejętność jego interpretacji oraz rozumienia aktów prawnych w kategoriach magicznego wtajemniczenia, co we własnych oczach stawia ich nieskończenie wyżej od całej reszty profanów. Po prostu - mentalność sekty. To dlatego napompowane poczuciem własnej ważności ichniejsze autorytety zachowują się tak, jakby ktoś im wsadził w d... słomki i nadmuchał niczym żaby.


III. Ajatollahowie prawa

Nieżyjący już sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego, Antonin Scalia, komentując prawotwórcze uroszczenia swych kolegów (bo nie jest to tylko polska specyfika) mówił, iż są to „mułłowie w togach” – i coś w tym guście mieliśmy możność właśnie zaobserwować w przypadku naszych rodzimych „ajatollahów prawa”. I na nic się zdały rozpaczliwe napomnienia kolportowane przez biuro prasowe kongresu, by nie poruszać tematów „mogących mieć negatywny wpływ na postrzeganie zawodów adwokatów, radców prawnych i sędziów”. Nie pomogły instrukcje, by unikać „słów w rodzaju: kasta, nasza korporacja i podobnych znaczeń, które mogą zostać użyte przeciwko nam”, a także by skupić się na propagandowym przekazie, iż uczestnicy „działają w interesie obywatela a nie własnym” oraz zachować „powagę i uważność (!)”.

Już samo to, że służby medialne uznały za konieczne wydać ów kuriozalny instruktaż wiele nam mówi, ale i tak wszystko na nic. Zachowanie elementarnej samodyscypliny i opanowania okazało się ponad siły uczestników, kładąc na łopatki cały wizerunkowy efekt kongresu – skutkiem było wspomniane na wstępie „samozaoranie” prawniczego środowiska. Po raz kolejny okazało się, że jedyną autentyczną emocją napędzającą „nadzwyczajną kastę ludzi” jest atawistyczna nienawiść do PiS-u, zaś te wszystkie konstytucje, niezależność i inne takie służą wyłącznie racjonalizacji tych pierwotnych, zwierzęcych instynktów.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (02-08.06.2017)

wtorek, 24 maja 2016

Sędziowski rokosz

Mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

A więc stało się. Od momentu uchwały Sądu Najwyższego, wspartej następnie przez sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego mamy do czynienia ze stanem pełnego rokoszu władzy sądowniczej, która samowolnie przyznała sobie prawo do rozstrzygania o prawomocności orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Tym samym, w wymiarze instytucjonalnym, władza sądownicza przekroczyła cienką granicę oddzielającą interpretację prawa od prawotwórstwa (wchodząc tą drogą w domenę władzy ustawodawczej), w wymiarze politycznym zaś ostentacyjnie spozycjonowała się jako jedna ze stron sporu. Przy czym sędziowie SN uchwalając wytyczne dla sądów powszechnych, by te stosowały się do orzeczeń TK niezależnie od ich publikacji w dzienniku urzędowym, przeszli do porządku dziennego nad tym, że orzecznictwo sądów nie należy u nas do katalogu źródeł prawa – mamy więc próbę wprowadzenia tylnymi drzwiami prawa precedensowego oraz pełzającą anarchizację systemu prawnego państwa. Od tej pory władza sądownicza będzie mogła rękami Sądu Najwyższego wedle własnego widzimisię uzurpować sobie prawo do „rozstrzygania” o domniemaniu konstytucyjności ustaw.

W zasadzie można było się tego spodziewać, bowiem już w listopadzie 2015 podczas branżowej konferencji urządzonej pod szumną nazwą „Niezależność sądownictwa jako gwarant praw i wolności jednostki” wzywano w lekko tylko zawoalowany sposób do jakiejś formy buntu i od tej pory jedynie kwestią czasu pozostawało otwarte wystąpienie trzeciej władzy przeciw własnemu państwu. Przykładowo, na wspomnianej konferencji zorganizowanej pod egidą Krajowej Rady Sądownictwa, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz stowarzyszenia sędziowskiego „Themis”, prezes stowarzyszenia Irena Kamińska wzywała: „Musimy bronić demokracji, choć nastroje społeczne nie sprzyjają budowaniu zaufania do sądów. Musimy walczyć o naszą niezależność. Będziemy jej mieli tyle, ile sami wywalczymy”. W podobnym duchu wypowiadali się prof. Zoll, rzecznik Adam Bodnar – ten sam, który wsławił się niedawno ubolewaniem, iż „ONR-owcy nauczyli się przestrzegać prawa” i nie ma pretekstu do ich delegalizacji, czy pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf biadająca, że sądy przedstawiane są jako „mafia w togach”. Zatem teraz mamy jedynie skonkretyzowanie w postaci uchwały tego, z czym „trzecia władza” nosiła się od dawna.

Charakterystyczne, że prominentni przedstawiciele środowiska zdając sobie sprawę ze społecznego odbioru ich poczynań („mafia w togach”) nie raczą wykazać cienia elementarnej autorefleksji, prezentując nieodmiennie znakomite samopoczucie. Owo samozadowolenie z własnego funkcjonowania pozostaje typową cechą, mocno ugruntowaną w świadomości sędziów. Tymczasem władza sądownicza, nie poddana nawet szczątkowej weryfikacji (przywoływana jest tu często wypowiedź prof. Adama Strzembosza, że sędziowie „sami się oczyszczą”) pozostaje jedną z najdoskonalszych reprezentacji szeroko rozumianego establishmentu III RP ze wszystkimi typowymi dla tegoż establishmentu patologiami. Obecnie jest jedną z ostatnich linii obrony przegrywającego obozu beneficjentów III RP. Wymiana pokoleniowa sprowadziła się do korporacyjno-rodzinnego dziedziczenia, natomiast tam, gdzie przyszedł ktokolwiek z zewnątrz, kształtowany był przez PRL-owskich sędziów z wszelkimi tego konsekwencjami. Krótko mówiąc, „mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

Jednocześnie sędziowie uwielbiają gardłować o niezawisłości i popisywać się nią przy każdej okazji. Oczywiście jest to „niezawisłość” bardzo szczególnego sortu - skrupulatnie przestrzegająca granic konformizmu polityczno-intelektualnego wedle wytycznych mainstreamu III RP, który ich uformował na swój obraz i podobieństwo, oraz - naturalnie - środowiskowej, korporacyjnej lojalności. Sędziom nie przeszkadzał Jan Bury w KRS, nie przeszkadzali im komunistyczni zbrodniarze we własnych szeregach, czy dyspozycyjny sędzia Ryszard Milewski z Gdańska tak skory do ustawiania procesu Ambr Gold „na telefon”. Przeszkadza zaś im nawet śladowa krytyka w mediach, czy jakiekolwiek próby choćby werbalnego zdyscyplinowania po co bardziej bulwersujących orzeczeniach – wtedy rozdzieraniu szat i wrzaskom o zamachu na „niezawisłość” nie ma końca.

Prawda natomiast jest taka, że polskie sądy są zdeprawowane i zdegenerowane. Są ostoją systemowych nieprawości III RP. Sami sędziowie zaś, to w dużej mierze banda obłudnych, zakłamanych kanalii - co by tam prof. Strzembosz nie opowiadał. Korupcja w wymiarze sprawiedliwości sięga najwyższych szczebli – z tak panoszącym się dziś Sądem Najwyższym włącznie. Nadeszła pora, by ktoś wziął to całe towarzycho, tę bandę nadętych łajdaków i hipokrytów za twarze i wysłał do szorowania więziennych kibli. Tam jest ich miejsce.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (06-12.05.2016)