Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trybunał Konstytucyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trybunał Konstytucyjny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Europejskie zgryzoty

„Kontrola praworządności” jest kompletnie bezprawną, samowolnie napisaną przez KE procedurą nie mającą umocowania w unijnych traktatach.

I. Spór o TK w cieniu „Brexitu”

No proszę, wygląda na to, że jednak można – tzn. można postawić się wszechmocnej Komisji Europejskiej i jakoś świat się od tego nie zawalił. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała w obronie suwerenności i mocne wystąpienie premier Szydło w odpowiedzi na bezczelne ultimatum wzywające „polskich faszystów” do bezwarunkowej kapitulacji (bo tak należy rozumieć czterodniowy termin wyznaczony przez KE na spełnienie jej żądań w sprawie Trybunału Konstytucyjnego), by ci wszyscy nadęci euro-mandaryni schowali dudy w miech. Ultimatum? Co, gdzie? Jakie ultimatum? Pan wypluj to słowo! Prowadzimy cały czas „dobre rozmowy”, jak kupiec z kupcem, z poszanowaniem podmiotowości partnera, nikt nikogo nie naciska, ani nie strofuje, a ten cały projekt ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej, co to „wyciekł”, to była ot, taka sobie niewinna wprawka w ramach treningu asertywności i podbudowania cech charakterologicznych europejskich „guyów”, by przypadkiem przy jakiejś okazji nie rozbeczeli się publicznie, jak to niefortunnie przytrafiło się pani Mogherini. Widać, że do brukselskich decydentów dotarło, iż sytuacja wcale nie musi przedstawiać się tak, jak suflowali im liderzy opozycji – że niby to wystarczy docisnąć jeszcze trochę i polski „narodowo-konserwatywny” rząd się ugnie, a może nawet i upadnie pod skumulowanym naciskiem zagranicznych stolic i weekendowych marszy targowiczątek. Kto wie, może nawet ktoś im uświadomił, że te „ćwierć miliona” uczestników demonstracji 7 maja to była zwykła, propagandowa lipa, zaś Schetyna, Petru i Kijowski zwyczajnie robili ich w konia przekonując, że cały naród stoi murem za Trybunałem Konstytucyjnym, a już za panem Rzeplińskim w szczególności?

Oczywiście, mogło być też tak, jak sugeruje to Stanisław Michalkiewicz, że do pana Fransa Timmermansa zadzwoniła Angela Merkel i w trybie pilnym postawiła go do pionu – tutaj za pasem referendum w sprawie „Brexitu”, a pan tu lejesz wodę na młyn secesjonistów? Wstrzymaj się pan łaskawie, przynajmniej do 23 czerwca i w ogóle najlepiej nic pan nie rób, dopóki nie dam sygnału. Fakt, wedle sondaży kwestia „Brexitu” wisi na włosku, przy czym warto zauważyć, że nie tylko w brytyjskim społeczeństwie ścierają się ze sobą dwie frakcje – tak jest również w tamtejszych elitach politycznych, a także – co równie ważne – w Berlinie i Brukseli. Mówi się wręcz, że opuszczenie Unii przez Wlk. Brytanię mogłoby być Niemcom na rękę, bo dzięki temu łatwiej byłoby i wziąć za twarz resztę kontynentu. Być może nawet sama kanclerz nie bardzo jeszcze wie, jakie ma w tej sprawie stanowisko, bo wyjście Londynu wcale nie musi oznaczać więcej władzy Berlina w UE, tylko wręcz zapoczątkować efekt domina – i stąd właśnie polecenie taktycznego złagodzenia tonu wobec Warszawy.

II. Austriackie „leśne dziadki”

Wszystko ponadto rozgrywało się w kontekście wyborów w Austrii, której groziło objęcie prezydentury przez złowrogiego Norberta Hofera – tu również zbyt ostre potraktowanie Polski mogłoby zostać źle odebrane i napędzić głosów kandydatowi Partii Wolności (FPO). No, już my wam damy „wolność” pomyśleli sobie fachowcy od liczenia głosów i okazało się, że Hofer wprawdzie wygrał, ale jednak przegrał – tzn. zgodnie z niegdysiejszą wykładnią Wałęsy po porażce z Kwaśniewskim w 1995 r. „przegrał liczenie głosów”. Dokładnie, przegrał o 32 tys głosów oddanych korespondencyjnie i prezydentem został zielony lewak Alexander Van der Bellen. Ktoś uznał, że zwycięstwo niesłusznych sił na Węgrzech i w Polsce plus „Brexit” to wystarczający kłopot i Austria ma zagłosować jak należy, w ramach samoświadomej, europejskiej dyscypliny. Siły postępu zostały postawione w stan pełnej gotowości, zupełnie jak do niedawna było to u nas – i być może nawet pobierały lekcje u tych samych nauczycieli co nasze „leśne dziadki” z PKW. Proszę zauważyć – w wielu okręgach frekwencja wyniosła grubo ponad 100 proc., w domach starców głosy w imieniu zniedołężniałych, chorych na alzheimera podopiecznych oddawały pielęgniarki, w jednym z lokali znaleziono stertę nieuwzględnionych głosów oddanych na Hofera, zaś liczba głosów nieważnych sięgnęła 165 tysięcy. Brzmi znajomo? Mimo tych fałszerstw, w głosach oddanych metodą tradycyjną wciąż nieznacznie prowadził Hofer, zatem trzeba było uruchomić ostatnią linię obrony w postaci 700 tys. głosów korespondencyjnych – i to one ostatecznie dały wygraną Bellenowi. Niezrozumiałym pozostaje, dlaczego FPO nie zdecydowała się zaskarżyć wyborów – u nas przynajmniej znalazło się kilkunastu odważnych, którzy protestem w PKW doprowadzili do dymisji „leśnych dziadków”, a powstały w reakcji na fałszerstwa Ruch Kontroli Wyborów wywołał psychologiczny efekt i atmosferę w której nie odważono się na „drukowanie” wyborów – a przynajmniej nie w skali, która zaważyłaby na ostatecznym wyniku. Można by w zasadzie zorganizować dla austriackich wolnościowców warsztaty z akcji bezpośredniej (Braun) i tworzenia obywatelskich struktur kontrolnych (Targalski).

Przy okazji uruchomiono austriacką odmianę „przemysłu pogardy” w połączeniu z propagandą sondażową. Oto natychmiast okazało się, że na „zielonego” Bellena głosowali lepiej wykształceni, otwarci i dobrze sytuowani mieszkańcy wielkich miast, natomiast na Hofera zakompleksiona, biedna, słabo wykształcona i bojąca się świata prowincja – czyli tamtejsze „mohery” i „pisiory”. Podtekst jest jasny – ilu by tam głosów nie oddali, są one z natury rzeczy mniej ważne, od głosów oddanych przez „elity”. Innymi słowy – za pomocą oszustw wyborczych w Austrii zaimplementowany został w praktyce system tzw. „głosów ważonych”, gdzie bardziej od liczby głosów ma liczyć się cenzus głosującego. Wszystko to zostało przypieczętowane sondażem tamtejszej publicznej telewizorni ORF z którego wynikała lekka przewaga Van der Bellena – zatem wszystko jest w najlepszym porządku, przy czym do porządku dziennego przechodzi się nad dramatycznymi wpadkami sondażowni sprzed I tury wyborów, kiedy to nie doszacowano popularności Hofera. I znów – czy czegoś nam to nie przypomina?

III. Wojenka podjazdowa

Ale zostawmy już Austrię i powróćmy na krajowe podwórko. Oto bowiem unijni komisarze, po wycofaniu się na z góry upatrzone pozycje i przegrupowaniu szyków, postanowili nas zażyć z innej strony. Mianowicie, Komisja Europejska ma zamiar wnieść przeciw Polsce dwa pozwy do Trybunału Sprawiedliwości UE. Pierwszy dotyczy ograniczeń w sprowadzaniu do Polski biopaliw i ich komponentów, a także preferencyjnego traktowania podmiotów z branży paliwowej zaopatrujących się przynajmniej w 70 proc. w biopaliwa u polskich producentów. Dopatrzono się tu „dyskryminacji” oraz niezgodności z zasadami wolnego rynku na którego straży, jak wiadomo, nieubłaganie stoją całe tabuny eurokratów. Druga sprawa dotyczy opóźnień we wdrożeniu przepisów mających zapewnić większą ochronę bankowych depozytów – żeby było ciekawiej, za opóźnienie to odpowiada jeszcze rząd PO-PSL, a właśnie PiS przyśpieszyło prace, przepisy już uchwalono i czekają tylko na zatwierdzenie w Senacie i prezydencki podpis. Podobnie z przepisami o biopaliwach – obowiązują od dawna, ale czemuś akurat teraz zaczęły Komisji Europejskiej przeszkadzać.

Wniosek jest jasny. Bruksela chwilowo przestała strzelać do nas z ciężkiej artylerii i postawiła na wojenkę podjazdową. Można przypuszczać, że szykuje się generalny przegląd polskiego prawodawstwa pod kątem opóźnień w „implementacji” miliardów dyrektyw, wskazówek i zarządzeń produkowanych w stachanowskim tempie w unijnych gabinetach (bo też każdy suto tuczony biurokrata musi za wszelką cenę uzasadnić swe istnienie, by dalej spijać tłuste euro-rosoły) - a także pod kątem zgodności polskich przepisów z unijno-prawną radosną twórczością. A że nie ma siły, by niezgodności i opóźnień nie stwierdzono, zatem czeka nas systematyczne nękanie pozwami i groźba kar finansowych.

Skoro tak, to nie możemy pozostać bierni i na tym odcinku. Nigdy dość przypominania, że Frans Timmermans to były premier Holandii w której nie ma żadnego odpowiednika Trybunału Konstytucyjnego, zatem występując jako gorliwy orędownik pana Rzeplińskiego, zwyczajnie się ośmiesza. Oznacza to zarazem, że istnienie sądownictwa konstytucyjnego nie jest żadnym dogmatem, ani gwarantem demokracji i praworządności – gdyby tak było, to za demokratyczny i praworządny należałoby uznać reżim Jaruzelskiego, który ten cały Trybunał powołał, żeby ładniej wyglądało. Nade wszystko jednak należy pozwać przed Trybunał w Luksemburgu Komisję Europejską, tak się bowiem składa, że cała ta groteskowa „kontrola praworządności” jest kompletnie bezprawną, samowolnie napisaną przez KE procedurą nie mającą umocowania w unijnych traktatach. Ekspertyzę stwierdzającą powyższe expressis verbis sporządzili jeszcze w 2014 r. prawnicy Rady Unii Europejskiej. Tutaj nie ma na co czekać, bo inaczej różni „guye” naprawdę gotowi uwierzyć, że są władni wybierać państwom członkowskim rządy po własnym uważaniu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 22 (01-07.06.2016)

Pod-Grzybki 52

Targowiczątka zapragnęły własnego święta państwowego – konkretnie miałby to być 4 czerwca, czyli rocznica „wolnych, demokratycznych wyborów”, co obwieścił piórem Jarosława Kurskiego „Szechter Cajtung”. Proponuję pójść za ciosem i ogłosić świętem również 18 czerwca – czyli rocznicę II tury wyborów, kiedy to przywódcy „strony społecznej” podali zdychającej komunie tlen; 19 lipca – rocznicę wyboru „człowieka honoru” Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta; oraz rzecz jasna – uczynić 4 czerwca świętem dubeltowym na pamiątkę „nocnej zmiany” i obalenia rządu Jana Olszewskiego. W ten sposób uczczenie „historycznego przełomu” zostanie spięte zgrabną klamrą, ku ukontentowaniu rzesz konfidentów i kolaborantów, tak ochoczo bawiących się dziś w obronę demokracji.

*

Kodowcy pragną również wzniesienia pomnika Władysława „profesora” Bartoszewskiego. Ja do kompletu dołożyłbym jeszcze Monument Ostatniej Laski Geremka.

*

Tymczasem niemiecko-turecki handel żywym towarem wkroczył w fazę wzajemnych pretensji. Oto, jak donosi „Der Spiegel”, chytry Erdogan wysyła do Europy chorych i najgorzej wykształconych „uchodźców”, sobie zostawiając inżynierów, lekarzy i wykwalifikowanych robotników. Innymi słowy, wciska Angeli wybrakowanych niewolników, bezużytecznych dla niemieckiej gospodarki. Hm, skoro już w Niemczech zaczęto kwaterować „uchodźców” w poobozowych budynkach, np. w Buchenwaldzie, to w zasadzie można przystąpić do „Akcji T4”, polegającej, przypomnijmy, na „eliminacji życia niewartego życia”. Niemcy mają w tym wprawę, a Europa po cichu odetchnie z ulgą, odwracając skwapliwie wzrok w innym kierunku – np. koncentrując się na zagrożeniach demokracji w Polsce i męczeństwie pana sędziego Andrzeja Rzeplińskiego.

*

A męczeństwo trwa w najlepsze albo raczej - w najgorsze, nad czym pochyla się „Sueddeutsche Zeitung” cytowany przez niezawodną polskojęzyczną gadzinówkę dla jurgieltników, czyli serwis „Deutsche Welle”. Oto Kaczyński w swej małpiej złośliwości posunął się do obcięcia Trybunałowi Konstytucyjnemu funduszy na rocznicową fetę. Cytuję: „Gdy zatem prezes Trybunału Andrzej Rzepliński zaprosił gości - po wykładzie Leszka Balcerowicza - na małe przyjęcie w siedzibie TK, zamiast łososia i szampana była kawa i trochę ciasteczek (...) - Nie mamy pieniędzy - przepraszał Rzepliński”. Teraz czekamy, aż sędziowie ogłoszą protestacyjną głodówkę o kawie i ciasteczkach. Nawiasem – izraelski uczony z uniwersytetu w Tel Awiwie, Shai Danziger, wykazał, że sędziowie na głodnego ferują surowsze wyroki, nic więc dziwnego, że pan Rzepliński tak się ciska. Apel do PiS – dajcie Rzeplińskiemu żreć, może wreszcie się uspokoi.

*

Saakaszwili, który w epoce Szewardnadzego napatrzył się w Gruzji na działalność Balcerowicza, określił go jako „najemnego wybielacza skorumpowanych reżimów”. No, to tylko czekać nowego „majdanu” pod swojskim hasłem „Balcerowicz musi odejść”. I nawet nie będzie można tego mieć banderowcom za złe.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 22 (01-07.06.2016)

wtorek, 24 maja 2016

Sędziowski rokosz

„Mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

A więc stało się. Od momentu uchwały Sądu Najwyższego, wspartej następnie przez sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego mamy do czynienia ze stanem pełnego rokoszu władzy sądowniczej, która samowolnie przyznała sobie prawo do rozstrzygania o prawomocności orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Tym samym, w wymiarze instytucjonalnym, władza sądownicza przekroczyła cienką granicę oddzielającą interpretację prawa od prawotwórstwa (wchodząc tą drogą w domenę władzy ustawodawczej), w wymiarze politycznym zaś ostentacyjnie spozycjonowała się jako jedna ze stron sporu. Przy czym sędziowie SN uchwalając wytyczne dla sądów powszechnych, by te stosowały się do orzeczeń TK niezależnie od ich publikacji w dzienniku urzędowym, przeszli do porządku dziennego nad tym, że orzecznictwo sądów nie należy u nas do katalogu źródeł prawa – mamy więc próbę wprowadzenia tylnymi drzwiami prawa precedensowego oraz pełzającą anarchizację systemu prawnego państwa. Od tej pory władza sądownicza będzie mogła rękami Sądu Najwyższego wedle własnego widzimisię uzurpować sobie prawo do „rozstrzygania” o domniemaniu konstytucyjności ustaw.

W zasadzie można było się tego spodziewać, bowiem już w listopadzie 2015 podczas branżowej konferencji urządzonej pod szumną nazwą „Niezależność sądownictwa jako gwarant praw i wolności jednostki” wzywano w lekko tylko zawoalowany sposób do jakiejś formy buntu i od tej pory jedynie kwestią czasu pozostawało otwarte wystąpienie trzeciej władzy przeciw własnemu państwu. Przykładowo, na wspomnianej konferencji zorganizowanej pod egidą Krajowej Rady Sądownictwa, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz stowarzyszenia sędziowskiego „Themis”, prezes stowarzyszenia Irena Kamińska wzywała: „Musimy bronić demokracji, choć nastroje społeczne nie sprzyjają budowaniu zaufania do sądów. Musimy walczyć o naszą niezależność. Będziemy jej mieli tyle, ile sami wywalczymy”. W podobnym duchu wypowiadali się prof. Zoll, rzecznik Adam Bodnar – ten sam, który wsławił się niedawno ubolewaniem, iż „ONR-owcy nauczyli się przestrzegać prawa” i nie ma pretekstu do ich delegalizacji, czy pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf biadająca, że sądy przedstawiane są jako „mafia w togach”. Zatem teraz mamy jedynie skonkretyzowanie w postaci uchwały tego, z czym „trzecia władza” nosiła się od dawna.

Charakterystyczne, że prominentni przedstawiciele środowiska zdając sobie sprawę ze społecznego odbioru ich poczynań („mafia w togach”) nie raczą wykazać cienia elementarnej autorefleksji, prezentując nieodmiennie znakomite samopoczucie. Owo samozadowolenie z własnego funkcjonowania pozostaje typową cechą, mocno ugruntowaną w świadomości sędziów. Tymczasem władza sądownicza, nie poddana nawet szczątkowej weryfikacji (przywoływana jest tu często wypowiedź prof. Adama Strzembosza, że sędziowie „sami się oczyszczą”) pozostaje jedną z najdoskonalszych reprezentacji szeroko rozumianego establishmentu III RP ze wszystkimi typowymi dla tegoż establishmentu patologiami. Obecnie jest jedną z ostatnich linii obrony przegrywającego obozu beneficjentów III RP. Wymiana pokoleniowa sprowadziła się do korporacyjno-rodzinnego dziedziczenia, natomiast tam, gdzie przyszedł ktokolwiek z zewnątrz, kształtowany był przez PRL-owskich sędziów z wszelkimi tego konsekwencjami. Krótko mówiąc, „mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

Jednocześnie sędziowie uwielbiają gardłować o niezawisłości i popisywać się nią przy każdej okazji. Oczywiście jest to „niezawisłość” bardzo szczególnego sortu - skrupulatnie przestrzegająca granic konformizmu polityczno-intelektualnego wedle wytycznych mainstreamu III RP, który ich uformował na swój obraz i podobieństwo, oraz - naturalnie - środowiskowej, korporacyjnej lojalności. Sędziom nie przeszkadzał Jan Bury w KRS, nie przeszkadzali im komunistyczni zbrodniarze we własnych szeregach, czy dyspozycyjny sędzia Ryszard Milewski z Gdańska tak skory do ustawiania procesu Ambr Gold „na telefon”. Przeszkadza zaś im nawet śladowa krytyka w mediach, czy jakiekolwiek próby choćby werbalnego zdyscyplinowania po co bardziej bulwersujących orzeczeniach – wtedy rozdzieraniu szat i wrzaskom o zamachu na „niezawisłość” nie ma końca.

Prawda natomiast jest taka, że polskie sądy są zdeprawowane i zdegenerowane. Są ostoją systemowych nieprawości III RP. Sami sędziowie zaś, to w dużej mierze banda obłudnych, zakłamanych kanalii - co by tam prof. Strzembosz nie opowiadał. Korupcja w wymiarze sprawiedliwości sięga najwyższych szczebli – z tak panoszącym się dziś Sądem Najwyższym włącznie. Nadeszła pora, by ktoś wziął to całe towarzycho, tę bandę nadętych łajdaków i hipokrytów za twarze i wysłał do szorowania więziennych kibli. Tam jest ich miejsce.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (06-12.05.2016)

środa, 18 maja 2016

Kukiz, po co ci to było?

Kukiz chciał zorganizować swój klub na zasadzie zespołu rockowego.

Niekiedy, przy różnych okazjach, zdarzało mi się Kukiza bronić - nie tym razem jednak. To co zrobił, jest po prostu nie do obrony. Wchodzenie w jakiekolwiek alianse z „opcją targowicką”, tuż po tym jak rzeczone targowiczątka zainspirowały antypolską rezolucję w Parlamencie Europejskim, nawet nie ukrywając, że ich celem jest doprowadzenie do jakiejś formy zewnętrznej interwencji mającej wysadzić w powietrze rząd, a co się przy okazji stanie z Polską, to już mniejsza, byleby to oni powrócili w nadwiślańskim bantustanie do władzy, znaczenia i kręcenia lodów – to jest zarówno polityczna zbrodnia, jak i błąd. Jeśli chodzi o przybijanie „grabulki” z nowoczesnym Swetru – cóż, kompromitacja, to mało powiedziane. Pod względem, powiedzmy, taktyki wizerunkowej, bije go tu na głowę „Jożin z bażin” polskiej lewicy, czyli Adrian Zandberg i jego partia „Razem”, która pozostając w radykalnej opozycji skrzętnie dba, by nie przykleiła się do niej łatka koalicjantów skompromitowanego establishmentu III RP. Stąd nigdy oficjalnie nie pojawia się na marszach KOD-u, a gdy podczas demonstracji, jak niedawno miało to miejsce pod KPRM, próbują się do niej przytulić politykierzy z PO i Nowoczesnej, są jednoznacznie wypraszani. Kukiz, ucz się.

Z drugiej strony, to co niektórzy komentatorzy - zarówno w mediach „oficjalnych” jak i w blogosferze - witają z nieukrywaną schadenfreude (na zasadzie „a, nie mówiłem, wreszcie wylazło szydło z worka!”), ja odbieram jednak z pewnym żalem i uczuciem rozczarowania. Wychodzę bowiem z założenia, że każda partia władzy - i PiS nie jest tu żadnym wyjątkiem - potrzebuje bata nad d... I to „bata” nie w postaci opozycji targowickiej i „totalnej”, lecz w postaci siły rozliczającej, ale nie tracącej zarazem z pola widzenia polskiej racji stanu. Pisałem kiedyś, że potrzeba w parlamencie kogoś, kto flankowałby PiS z radykalnych pozycji, tak by nie „wychłódł” mu reformatorski zapał – i zdanie to podtrzymuję. Taką, nazwijmy to, „opozycją propaństwową” mógł - i wciąż mimo doraźnego mezaliansu z PO i Nowoczesną - może wciąż być klub Kukiz'15. Poza parlamentem podobną rolę stara się pełnić wyrosłe na bazie części środowisk skupionych w Ruchu Kontroli Wyborów stowarzyszenie Ruch Kontroli Wyborów - Ruch Kontroli Władzy. Że ten propaństwowy potencjał, mimo histerycznej natury lidera, wciąż w kukizowcach jest, pokazuje przykład tych kilkorga sprawiedliwych, którzy nie wyjęli kart do głosowania – i uważam, że jest takich w klubie więcej, mimo tego, że dali się chwilowo spacyfikować nakazem zachowania dyscypliny. Na marginesie – zachowanie Kornela Morawieckiego i jego prośba, by koleżanka zagłosowała za niego na dwie ręce oraz późniejsze, powiedzmy to wprost, głupie tłumaczenie, że „moralnie wszystko jest w porządku”, zwyczajnie osobistości tego formatu nie przystoi.

Jeżeli prześledzimy dotychczasowe poczynania kukizowców, to na tle pozostałych ugrupowań jawią się oni pozytywnie. W niektórych sprawach popierali PiS, w innych głosowali przeciw, przeważnie starając się merytorycznie uzasadniać dane stanowisko. Słowem, normalna partia opozycyjna. Zarzuty, że Kukiz'15 nie głosuje za każdym razem równo z PiS-em i wrzaski o „zdradzie”, gdy tylko w jakiejś sprawie ma odmienne zdanie, uważam za kretynizm. Nie od tego są w Sejmie. Gdyby Polacy chcieli mieć w parlamencie więcej PiS-u, to zagłosowaliby na PiS. Z jakichś jednak względów część wyborców antysystemowych wolała poprzeć Kukiza i to ich reprezentacją jest jego „ruch” - a że nie był to wybór przypadkowy, świadczą dość stabilne słupki poparcia.

To stabilne dotąd poparcie może jednak po ostatnim wyskoku ulec zmianie – i mimo że na Kukiza nie głosowałem, wcale się z tego nie cieszę. Wolałbym bowiem w kolejnej kadencji widzieć PiS u władzy i Kukiza jako dominującą siłę opozycyjną, niż PiS i różne popłuczyny po III RP. Tymczasem lider zaplątuje się we własne nogi. Kukiz chciał być politykiem niepolitycznym, rządzącym niepartyjną partią, w której panuje samoświadoma dyscyplina bez formalnej dekretacji. Inaczej mówiąc - chciał zorganizować swój klub na zasadzie zespołu rockowego w którym niby pogrywa sobie kilku kumpli, wszystko fajnie, ale wiadomo kto jest liderem i do kogo należy ostatnie słowo - co gramy, a czego nie. Wyszło jednak na to, że tak się po prostu nie da. Ciekawe, czy wyciągnie wnioski z różnicy między polityką, a estradą.

Póki co, sejmowy rockandrollowiec obija się od ściany do ściany i przyznam się, że przestałem już nadążać za jego kolejnymi pomysłami. Zobaczymy gdzie ostatecznie wyląduje – może da mu do myślenia ten triumfalny ryk kolesi od Petru i Schetyny, zanim się okazało, że jednak nie udało się storpedować głosowania. A tak normalnie, po ludzku - Kukiz, po co ci to było?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (22-28.04.2016)

czwartek, 7 kwietnia 2016

W przededniu wojny domowej

Wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

I. Rokosz trybunalski

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nie tylko polityczną robótką na zamówienie opozycji (choć to, ma się rozumieć, również). To przede wszystkim podkładka na użytek zagranicy, ze szczególnym uwzględnieniem Komisji Europejskiej, mająca dać pretekst do dalszych wrogich kroków wobec Polski. Zarówno prezes Rzepliński, jak i reszta składu orzekającego w zasadzie poniechała jakichkolwiek pozorów bezstronności, jawnie pozycjonując się jako jedna ze stron politycznego sporu. Ciąg wydarzeń jest bowiem następujący: najpierw sędzia Rzepliński pisze „pod siebie” nową ustawę o TK, następnie koalicja PO-PSL metodą faktów dokonanych wybiera pięciu sędziów z czego dwóch nielegalnie nawet w świetle ówcześnie obowiązujących przepisów (koniec kadencji dwójki sędziów, profesorów Zbigniewa Cieślaka i Teresy Liszcz, przypadał na okres już po wyborach parlamentarnych – odpowiednio 2 i 8 grudnia). Nowa większość sejmowa postanawia odpłacić pięknym za nadobne i unieważnia uchwałą wybór całej piątki, powołując w jej miejsce innych kandydatów, następnie zaś uchwalając nową ustawę o TK, której Trybunał pod przewodnictwem sędziego Rzeplińskiego zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości, odmawiając jej domniemania konstytucyjności. Wskutek powyższego Trybunał obradując pod rządami dotychczasowej, „rzeplińskiej” ustawy, uznaje ustawę „pisowską” za niekonstytucyjną. W międzyczasie, jak się okazuje, sentencja końcowego orzeczenia konsultowana jest z politykami PO – na co najmniej dwa tygodnie przed ostateczną rozprawą i formalnym ogłoszeniem wyroku.

Mamy zatem nową jakość – jawny rokosz trybunalski. TK otwarcie postawił się ponad jakąkolwiek władzą, w tym władzą ustawodawczą Sejmu dysponującego demokratycznym mandatem. Od tej pory TK może w zasadzie przechodzić do porządku dziennego nad kolejnymi aktami prawnymi przyznając bądź odbierając im „po uważaniu” walor domniemania konstytucyjności. Jest to więc de facto wykreowanie nowej sytuacji ustrojowej – „trybunałokracji”, w której jeden z organów państwa samowolnie ustala swe kompetencje. Wszystko to poza porządkiem konstytucyjnym, bowiem obecna konstytucja zwyczajnie nie przewidziała takiego rozwoju wypadków. W tych okolicznościach Polsce de facto grozi dwuwładza – parlament będzie uchwalać ustawy zatwierdzane przez prezydenta i wdrażane przez rząd, natomiast Trybunał ostentacyjnie sprzymierzając się z opozycją – tak parlamentarną, jak i „uliczną” (KOD) - będzie je po kolei „uchylał” pod byle pretekstem, czego z kolei nie będzie uznawał rząd, odmawiając drukowania wyroków. Trybunał w konsekwencji zapewne stanie na stanowisku, że jego werdykty obowiązują „same z siebie” niezależnie od formalnego ogłoszenia w dziennikach urzędowych. Rodzi to naturalne pytanie, jak w takiej sytuacji będą zachowywały się sądy – wedle których przepisów zechcą orzekać? A administracja publiczna? Krótko mówiąc, wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

II. Bunt mainstreamu

Oczywiście, można teraz się zastanawiać, czy PiS-owi była potrzebna ta awantura – w swej początkowej fazie wyłącznie prestiżowa, bowiem nawet mianowanie pięciu sędziów nie dawało większości w 15-osobowym Trybunale. Czy nie lepiej było poprzestać na unieważnieniu wyboru dwójki sędziów, których kadencja upływała w grudniu? Najwyraźniej nie doceniono stopnia determinacji i politycznego zaangażowania sędziego Rzeplińskiego oraz stojącego za nim prawniczego establishmentu, przyzwyczajonego do samodzielnego ustalania reguł środowiskowych – nawet gdy dotyczą one nie tylko „prywatnych” korporacji, lecz również spraw sądownictwa i prokuratury. A że akurat w tej materii interes prawniczych luminarzy był zbieżny z interesem reszty odsuwanego właśnie od wpływów magdalenkowego mainstreamu – na zasadzie: dziś „pisowcy” wezmą się za nas, jutro za was, więc połączmy siły – toteż obserwowany obecnie wewnętrzny sojusz zjednoczonego obozu beneficjentów III RP w imię „obrony demokracji” narzucał się sam. Na powyższe nałożyły się antagonizmy, nazwijmy to, kastowo-kulturowe. Już samo podwójne zwycięstwo „pisiorów” pod wodzą „kurdupla” było dla dotychczasowej „klasy uprzywilejowanej” i jej społecznego zaplecza lubiącego siebie określać mianem „Polski jasnej” nie do zniesienia. Gdy zaś okazało się, że PiS ma zamiar na serio zabrać się za ich naturalne żerowiska, za nic mając ustalone przez ostatnie ćwierćwiecze hierarchie i nadęte autorytety, doszło do sprzężenia całkiem przyziemnych interesów z poczuciem urażonej godności. „Mohery” wkraczające z przytupem w zastrzeżone dotąd rewiry – to musiało zostać odebrane jako policzek i nieuprawnioną uzurpację. Szerzej ten typ emocji opisałem w świąteczno-noworocznym tekście „Portret KOD-owca” („Polska Niepodległa” nr 50-52 23.12.2015-12.01.2016) - polecam.

Kolejnym błędem, potencjalnie kosztownym politycznie, była „ucieczka do przodu” - czyli zaproszenie przez ministra Waszczykowskiego Komisji Weneckiej, co po czasie przyznał zresztą Jarosław Kaczyński. Mimo tego, że stanowisko Komisji ostatecznie wcale nie było tak miażdżące jak spodziewały się tego środowiska opozycyjne (Komisja przyznała m.in. że konstytucję naruszyła zarówno poprzednia jak i obecna władza, wezwała też obie strony w parlamencie do „znalezienia rozwiązania” kryzysu), to medialno-propagandowy przekaz na kraj i zagranicę oczywiście skoncentrował się tylko na elementach krytycznych wobec PiS. Reakcji różnych międzynarodowych gremiów tylko patrzeć.

III. W przededniu wojny domowej

Niezależnie jednak od wymienionych tu zastrzeżeń co do błędów Prawa i Sprawiedliwości, trzeba powiedzieć sobie jasno – za konsekwentne podgrzewanie atmosfery odpowiada Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP wraz z jego politycznymi emanacjami. Zresztą nic dziwnego, grają bowiem wedle schematu „im gorzej, tym lepiej”, czując za plecami poparcie płynące z obcych ośrodków, dla których obecny rząd dążący do odzyskania przez Polskę w kluczowych obszarach podmiotowości, stanowi zagrożenie różnorakich interesów. Toteż doprowadzenie do stanu wrzenia, wręcz wojny domowej, jest wspólnym celem uczestników „kodowskich” demonstracji, sił politycznych pozostających na obcym jurgielcie, Brukseli, Berlina, Moskwy, międzynarodowego biznesu... słowem – wszystkich, którym suwerenna Polska jest nie na rękę. Jak można sądzić po nagłaśnianych sygnałach zza Atlantyku, tyczy się to również Stanów Zjednoczonych – ktoś trafnie zauważył, że Waszyngton uwielbia przewerbowaną agenturę i zapewne chętniej widziałby w Warszawie kogoś pokroju Leszka Millera z czasów Starych Kiejkutów. Opcja niepodległościowa, pretendująca do samodzielności, stanowi tylko utrudnienie – i najwyraźniej w oczach USA PiS zaczęło za bardzo targać smyczą, choćby domagając się w zamian za poparcie gwarancji bezpieczeństwa w postaci stałych baz NATO.

Czeka nas zatem wiosenna wojna domowa połączona z obcą interwencją (oby tylko na polu dyplomatycznym i gospodarczym). Platforma, Nowoczesna, kodowcy itd. nawet nie ukrywają, że liczą właśnie na ingerencję – bo też, na podobieństwo Targowicy, silni są przede wszystkim zewnętrznym poparciem. Wyrok TK jest kolejnym krokiem na drodze do spodziewanej konfrontacji, dając wygodny asumpt do eskalowania wrogich działań w imię obrony „konstytucyjnego porządku” i „demokracji”. Wprawdzie Węgry ustami Viktora Orbana już zapowiedziały, że nie poprą żadnych sankcji przeciwko Polsce, ale zapewne Bruksela poszuka sposobów na ominięcie węgierskiego weta, tym bardziej, że Berlinowi zależy na zdyscyplinowaniu krnąbrnego wasala. Schetyna otwarcie mówi o „Majdanie w Warszawie”, a warto pamiętać, że taki Soros ma w organizowaniu i sponsorowaniu różnych „majdanów” spore doświadczenie. Możemy zatem spodziewać się chociażby ulicznych burd i prowokacji. KOD, który zdążył zarejestrować się jako stowarzyszenie, ma otwartą drogę do przyjmowania funduszy – zarówno oficjalnych, jak i nieoficjalnych, legalizowanych jako datki z „puszek”.

I tutaj dochodzimy do organizacji pozarządowych funkcjonujących w Polsce na zasadzie agentury wpływu podpiętej pod zagraniczne źródła finansowania – czasem, jak w przypadku darowizn z fundacji afiliowanych bądź przy CDU, bądź to przy SPD, wprost z niemieckiego budżetu. W tym kontekście nigdy dość przypominania o roli jaką odegrało założone przez Balcerowicza, a współpracujące m.in. z Fundacją Adenauera, Forum Obywatelskiego Rozwoju w kampanii wyborczej 2007 roku, co opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - FOR z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” zmobilizowało „grupę docelową” 3 mln młodych wyborców, co otworzyło Platformie drogę do wygranej. Aktywizacja chociażby „Amnesty International” i innych NGO'sów, które za PO siedziały cicho, nie pozostawia złudzeń co do ich politycznego oblicza. Na dobrą sprawę, należałoby organizacje korzystające z zagranicznego sponsoringu uznać za obcych dywersantów i stosownie do tego traktować. W końcu, jak wojna – to wojna!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/wi%C4%99c-wojna

http://blog-n-roll.pl/pl/portret-kod-owca

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (16-22.03.2016)

Pod-Grzybki 43

Okazało się, że orzeczenie, jakie Trybunał Konstytucyjny wydał we własnej sprawie, ignorując przy okazji obowiązującą ustawę, było poddane szerokim społecznym konsultacjom. Rolę biegłych odegrali politycy PO, wśród których projekt wyroku krążył przez co najmniej dwa tygodnie. Proponuję, by pan prezes Rzepliński poszedł za ciosem i po prostu dokooptował do składu TK np. zarząd Platformy in gremio. To byłaby i tak mniejsza kompromitacja niż odczytywanie wyroku z portalu „wPolityce” - i to na dodatek bez podania źródła.

*

Przy okazji ogłoszenia opinii klubu dyskusyjnego pod wezwaniem sędziego Rzeplińskiego, KOD-owcy zrobili pokaz slajdów na gmachu Kancelarii Premiera, domagając się nie wiedzieć czemu opublikowania efektów prywatnej zabawy pana Rzeplińskiego i grona jego znajomych w trybunał. Ja mam inną propozycję – opublikować wpierw aneks do raportu ws. rozwiązania WSI oraz zbiór zastrzeżony IPN. Podejrzewam, że przynajmniej część opozycyjnych luminarzy zaczęłaby wtedy śpiewać całkiem inaczej – a już na pewno cieniej.

*

Po wypadku prezydenckiej limuzyny min. Błaszczak ogłosił konieczność zmiany floty samochodowej. Teraz zobaczymy, który koncern wygra przetarg i będziemy wiedzieli, kto stoi za dywersją z „wystrzałem” opony.

*

A przy okazji: nie prościej byłoby zwyczajnie zadbać o to, by prezydencki samochód nie jeździł na sześcioletnich „dziadach”?

*

Przypadkiem odkryłem czym zajmuje się obecnie były minister Bartłomiej „kamieni kupa” Sienkiewicz. Otóż przemianował się na liberała i kokietuje na portalu „Kretyniki Politycznej” tzw. „młodą lewicę” wmawiając jej działaczom, że powinni bronić Wałęsy niczym genderu, bo inaczej przyjdzie PiS i ich zje. Póki co, młodzi lewicowcy kazali mu się, ogólnie mówiąc, wypchać sianem, bo afiszowanie się z przekazem typu „ja też donosiłem na kolegów z pracy”, to nawet jak jak na kawiarniane lewactwo zbyt wielki obciach. Pan Bartłomiej jednak się nie poddaje i nabył już kombinezon Pokraka na najbliższą gej-paradę, z czego wniosek, że dla demokracji gotów jest oddać dosłownie wszystko.

*

Z annałów postępowego zidiocenia. Trzy największe berlińskie orkiestry zorganizowały koncert dla „uchodźców” pod hasłem „Witamy wśród nas!”. Grano koncert fortepianowy Mozarta oraz symfonie Prokofiewa i Beethovena. Wzruszeni migranci obiecali, że w rewanżu postarają się ubogacić Niemcy zapładniając jak najwięcej tamtejszych kobiet.

*

Niemieckie Min. Zdrowia uruchomiło skierowaną do imigrantów stronę poświęconą promocji „seksu międzyrasowego”. Niech oni wreszcie przestaną bawić się w półśrodki i po prostu opublikują instruktaż „Gwałcenie w kilku prostych krokach”. Przynajmniej będzie jakoś przystawał do rzeczywistości.

*

Kronika sportowa: tenisistka Maria Szarapowa szprycowała się od lat specyfikiem podnoszącym wydolność organizmu, który od tego roku został wpisany na listę substancji zakazanych, wskutek czego została zawieszona za doping. Teraz pora na braci Williams?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (16-22.03.2016)

czwartek, 4 lutego 2016

Inwigilacja – bez zmian

Rzecz nie w tym, by utrzymać obecną, absurdalną ilość sięgania po nasze dane, lecz by ją konsekwentnie zmniejszać do jakiegoś cywilizowanego poziomu.

„Głupota, czy sabotaż” - pomyślałem sobie po tym, jak PiS przeforsowało nowelizację ustawy o policji mającą w założeniu uregulować kwestie inwigilacji obywateli przez służby. Trzeba przypomnieć, że w lipcu 2014 Trybunał Konstytucyjny na wniosek RPO i Prokuratora Generalnego zakwestionował w swym orzeczeniu szereg przepisów dotyczących gromadzenia, przechowywania i niszczenia danych zbieranych przez różne organy – a uprawnionych do tego rodzaju czynności służb mamy łącznie 10. TK wskazał ponadto na konieczność niezależnej kontroli pozyskiwania danych telekomunikacyjnych, stworzenia zamkniętego katalogu przestępstw w przypadku których takie dane mogłyby być zbierane, a także opracowania przejrzystej procedury ich niszczenia – do tej pory bowiem panowała w praktyce samowolka czyniąca z nas najbardziej inwigilowane społeczeństwo w Unii Europejskiej. TK dał na nowelizację przepisów 18 miesięcy – termin mija 6 lutego tego roku. Na marginesie, proszę sobie wyobrazić, że były czasy, gdy Trybunał zajmował się tym, czym powinien, zamiast wdawać się w polityczne awantury.

Za nowelizację zabrali się senatorowie Platformy, których projekt nie rozwiązywał żadnego z problemów i generalnie wyglądał na napisany przez zainteresowane służby. Skrytykowało go Biuro Analiz Sejmowych, organizacje pozarządowe, Sąd Najwyższy... a teraz PiS po pewnych tylko korektach „przejął” projekt PO z poprzedniej kadencji i wyraźnie działając pod presją czasu go uchwalił. Podstawowy zarzut, to możliwość niemal nieograniczonej inwigilacji poprzez pozyskiwanie od operatorów danych telekomunikacyjnych (w tym internetowych), takich jak dane abonenta, bilingi, ale też historia jego aktywności w internecie (czasy logowań, odwiedzane strony itp.) i to w oderwaniu od konkretnych postępowań – ustawa umożliwia bowiem tzw. śledzenie prewencyjne w celu wykrycia, bądź zapobiegania przestępstwu, czyli de facto bez ograniczeń. Na dodatek, kontrola takich działań będzie czysto iluzoryczna – polegać ma ona bowiem na składanych co pół roku do sądów okręgowych zbiorczych zestawieniach, które sąd może sobie analizować. Zważywszy, że w 2014 r. różne organy złożyły 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne, to od razu widać, że kontrola następcza stanie się fikcją.

Barierą ograniczającą skalę inwigilacji byłby obowiązek uprzedniego zwracania się do sądu (lub innego, specjalnie utworzonego do tego organu) o pozwolenie. PiS tłumaczyło, że taka procedura spowodowałaby paraliż sądów. Otóż nie, sądy wydawałyby po prostu mniej zezwoleń – i o to właśnie chodzi! Rzecz bowiem nie w tym, by utrzymać obecną, absurdalną ilość sięgania po nasze dane (która, nawiasem mówiąc, systematycznie z roku na rok rośnie), lecz by ją konsekwentnie zmniejszać do jakiegoś cywilizowanego poziomu. Narracji, że monitorowanie aktywności w sieci służyć ma zabezpieczeniu nas przed terroryzmem, zwyczajnie nie kupuję. Francuskie służby po masakrze w redakcji „Charlie Hebdo” dostały nadzwyczajne uprawnienia i nie były w stanie zapobiec niedawnym zamachom w Paryżu. Nasze nie zapobiegną tym bardziej, powiem więcej – właśnie owa gargantuiczna ilość pozyskanych danych zbieranych „na wszelki wypadek” sprawi, że utoną w informacyjnej magmie. I to nawet przy optymistycznym założeniu, że informacje gromadzone będą by zapobiegać przestępczości, a nie po to, by służby kolekcjonowały sobie różnego rodzaju haki i „kompromaty”.

Poza wszystkim – PiS dało do ręki opozycji wymarzony oręż. Nic tak bowiem nie działa na internautów jak próby ograniczania ich swobody w sieci, bądź państwowy monitoring. Przy skrajnie niekorzystnym scenariuszu, obecna władza może liczyć się z masowymi protestami w rodzaju tych przeciw ACTA, kiedy to rozpoczął się proces odwracanie się od Platformy i Donalda Tuska młodego pokolenia. A warto pamiętać, że gdyby nie wyborcy z przedziału wiekowego 18-29 lat, PiS o samodzielnej większości mogłoby tylko pomarzyć. Co najważniejsze, w tym przypadku ludzie ci będą mieli po prostu rację.

Na zakończenie – ponieważ rząd PiS podjął kroki (acz połowiczne) w celu ograniczenia państwowego sponsoringu prywatnych mediów, a także do finału zmierza kwestia rozwiązania problemu kredytów frankowych, zatem modyfikuję swoją listę postulatów, którą kończę od pewnego czasu swoje teksty. Wspomniane sprawy usuwam z katalogu, za to dodaję problem inwigilacji obywateli przez służby państwowe oraz ustawę „1066” zwaną „ustawą o bratniej pomocy”. Przypomnę, że przewiduje ona możliwość operowania na naszym terytorium służb obcych państw – i to z pełnymi uprawnieniami. Gdy ją uchwalano, PiS głosowało przeciw, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz wyrzucić ją do kosza, tym bardziej, że stosowny projekt złożyli już narodowcy z klubu Kukiz'15.

A zatem:

  • kiedy zostanie ograniczona możliwość inwigilacji obywateli przez organy państwa?

  • kiedy zostanie uchylona „ustawa 1066”?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3202-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polacy-na-pods%C5%82uchu

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (22-28.01.2016)

czwartek, 7 stycznia 2016

Pod-Grzybki 32

Niniejsze „Pod-Grzybki” piszę 13 grudnia i w związku z kolejną rocznicą wojny polsko-jaruzelskiej naszła mnie taka myśl: skoro, jak nam mówią, „zamach na Trybunał Konstytucyjny” to „nowy 13 grudnia”, to w takim razie Kaczyński jest nowym Jaruzelskim. A zatem przysługuje mu zaszczytny tytuł „człowieka honoru”, dożywotnia ochrona przed jakąkolwiek odpowiedzialnością, po śmierci zaś – uroczysty pogrzeb z wojskową asystą na Powązkach.

*

Okazało się, że Petru opłaca swoich „obrońców demokracji” za manifestowanie na ulicach. Nic nowego – na Ukrainie funkcjonuje nawet taki przedsiębiorca, rozczarowany uczestnik „pomarańczowej rewolucji” (ach, któż jeszcze to pamięta?), który z idealisty przedzierzgnął się w cynika i prowadzi firmę wynajmującą ludzi na demonstracje. Obojętnie komu, byle kasa się zgadzała. Również w Niemczech działa agencja oferująca demonstrantów do wynajęcia: przeciw energii nuklearnej, wojnie, cięciom socjalnym – do wyboru, do koloru. Słowem, nie ma to jak słuszny gniew ludu za rozsądną cenę.

*

Ulicami Warszawy przeszedł spóźniony, halloweenowy Marsz Zombich III RP. Od tradycyjnych umarlaków różnią się tym, że zamiast mózgów spożywają ośmiorniczki – i chcą, by tak zostało. Co zaskakujące, do manifestowania udało im się nakłonić również nieco osób, które ośmiorniczki mogą spożywać co najwyżej ustami swych przedstawicieli. „Ukąszenie Michnika” najwyraźniej w ich przypadku okazało się nieodwracalne.

*

Folksdojcze z „Szechter Cajtung” idą na całość - Michał Kokot, Paweł Wroński i Roman Imielski zostali „blogerami” niemieckiego tygodnika „Die Zeit”, w którym będą relacjonować budowę „prawicowo-nacjonalistycznego państwa” w Polsce. W sumie tak zdrowiej – przynajmniej nie będą mogli z powrotem przedrukowywać swoich donosów jako „głosu niemieckiej opinii publicznej”.

*

Skoro „Pod-Grzybki”, to musi być i „Deutsche Welle”. Tym razem mam coś naprawdę mocnego. Tytuł: „Przysposobienie do seksu po niemiecku. Pluszowa edukacja seksualna”, następnie zaś: „Pluszowy penis zamiast podręcznika? Zobacz jak może wyglądać lekcja wychowania seksualnego. W Niemczech uczą się już tego nawet przedszkolaki”. A na dołączonym zdjęciu jakiś oblech prezentuje narządy płciowe w formie maskotek. Dalej czytamy: „W zestawie znajduje zarówno męskie jak i żeńskie narządy płciowe jak macica, penis, jadra, czy nawet cykl rozrodczy kobiety. Wykonane z pluszu nazywają się »Paomi« czyli part of me, co w tłumaczeniu oznacza »część mnie«”. I właśnie dlatego budujemy tutaj „prawicowo-nacjonalistyczne państwo”, właśnie dlatego.

*

Z ostatniej chwili. Ma powstać Europejska Straż Graniczna i Przybrzeżna – formacja m.in. z własnymi oddziałami szybkiego reagowania, które - jeśli kraje graniczne UE sobie „nie radzą” – mają przejmować kontrolę nad granicami nawet wbrew ich woli. A u nas już czeka w gotowości uchwalona zawczasu w proroczym natchnieniu „ustawa 1066”. Powiem tyle: NIKT nie robi takich rzeczy bez rozkazu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 49 (16-22.12.2015)

środa, 9 grudnia 2015

PiS kontra system III RP

PiS wciąż pozostaje partią opozycyjną – opozycyjną wobec systemowych patologii III RP składających się na obóz władzy realnej.

I. PiS jako partia opozycyjna

Kilka tygodni temu w tekście pt. „Przetrwać bez zwycięstwa nie można” przypomniałem tytułowy cytat ze słynnego listu prof. Andrzeja Nowaka wystosowanego na konwencję wyborczą Andrzeja Dudy, twierdząc, że wygrana w wyborach prezydenckich i parlamentarnych to nie jest jeszcze sukces. PiS dopiero wygrał kwalifikacje, zajął pole position, lecz do zwycięstwa w wyścigu zostało jeszcze wiele okrążeń i to w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. Dziś widzimy, że tworzony pracowicie przez minione 25 lat system III RP nie zamierza łatwo złożyć broni. Jak do tej pory, PiS przejął jedynie, jak to ujmuje Stanisław Michalkiewicz, „zewnętrzne znamiona władzy”. Do przejęcia władzy rzeczywistej wciąż daleka droga. Innymi słowy, jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, mimo objęcia rządu i prezydentury, Prawo i Sprawiedliwość wciąż pozostaje partią opozycyjną – opozycyjną wobec systemowych patologii III RP składających się na obóz władzy realnej.

Owo stronnictwo, nazywane przeze mnie Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP to nic innego jak ściśle wyselekcjonowane grupy czerpiące korzyści z postmagdalenkowego porządku; kasta uprzywilejowanych, która zasiedliła różne habitaty jako najwyższe ogniwo łańcucha pokarmowego. Są to przyssane do mechanizmu funkcjonowania państwa organizmy pasożytnicze, których pozbycie się będzie równie trudne jak zwalczenie tasiemca. Imię ich – Legion. Znajdziemy tam watahy „resortowych dzieci”, służby specjalne, biznesmenów żyjących z szemranych geszeftów z aparatem państwa, medialnych macherów od wzbudzania masowych nastrojów, kliki urzędnicze, samorządowe, zawodowe korporacje, międzynarodowy biznes, jurgieltników na żołdzie obcych stolic... długo by wymieniać. Wszyscy oni żyją z dojenia Rzeczypospolitej, zaś ich ekspozyturą zapewniającą polityczną „kryszę” nieodmiennie są te same formacje, zmieniające jedynie co jakiś czas partyjne szyldy.

II. Widmo „sądokracji”

Jak łatwo doraźna wygrana może zmienić się w porażkę pokazuje obecna batalia o Trybunał Konstytucyjny. Zwycięstwo otworzy drogę do głębokich reform, porażka zablokuje zmiany na lata – a pamiętać należy, że wszak za chwilę TK będzie rozstrzygał we własnej sprawie, czyli wniosek o zbadanie konstytucyjności niedawnej ustawy przeforsowanej przez PiS. Przypomnijmy, że po przegranej Bronisława Komorowskiego, Platforma widząc możliwość utraty władzy, postanowiła zostawić po sobie instytucję permanentnego sabotażu, mającą blokować jakiekolwiek zmiany uderzające w interesy i spoistość obecnego systemu. Gdyby na dodatek PiS nie uzyskał samodzielnej większości i skazany zostałby na jakąś koalicję, lub rządy mniejszościowe, mielibyśmy powtórkę z lat 2005-2007 i nieustanną szarpaninę zakończoną przedterminowymi wyborami w których zmęczony elektorat zagłosowałby na jakąś „umiarkowaną” partię świętego spokoju w rodzaju Nowoczesnej. Tak się nie stało – partia Jarosława Kaczyńskiego zdobyła samodzielną większość a do tego, jak pokazały ostatnie głosowania, może liczyć na okazjonalnych sojuszników z ruchu Kukiza.

Tym większym priorytetem dla PO i jej zaplecza stała się obrona Trybunału w jego „czerwcowym” kształcie. Chodzi tu zarówno o skład personalny jak i o wynikający zeń mechanizm, czyniący z TK swoisty, nieodpowiedzialny przed nikim „nad-parlament”, mogący pod pozorem sprzeczności z Konstytucją uziemić wszelkie inicjatywy sanacyjne, a w ostateczności – odwołać prezydenta. Polskie państwo w tym układzie, przy zachowaniu pozorów „demokratycznego państwa prawnego”, przeistoczyłoby się w zakamuflowaną dyktaturę - „sądokrację” - w której ciężar władzy przeniósłby się do wąskiego, nieodwoływalnego grona. Parlament, Rada Ministrów i Prezydent stałyby się zaledwie ciałami administracyjnymi, władnymi co najwyżej mozolnie grzebać przy trzeciorzędnych szczegółach – fasadą rządów nieustannie wykładającą się na kolejnych starciach z „sądokratycznym” gremium. Dodatkowo, każda porażka przed Trybunałem byłaby pożywką dla propagandy na zasadzie – proszę, oto znowu PiS chciał się zamachnąć na „konstytucyjne wartości”, ale na szczęście strażnicy „państwa prawa” z TK mu to udaremnili.

O tym, że nie są to czcze obawy świadczy fakt, iż sędziowie Trybunału brali bezpośredni udział w pracach nad czerwcową ustawą. Pisali więc ją „pod siebie”. Każdy, kto choć otarł się o środowisko luminarzy prawa wie, jaki poziom pychy i arogancji ono sobą reprezentuje. W prezentowanej przez nich optyce jedynie ich środowiskowe autorytety upoważnione są do tworzenia i interpretacji prawa – przy czym interpretacje mogą być na tyle dowolne i szerokie, by przekraczać granice prawotwórstwa. Łatwo przewidzieć jak plastycznym narzędziem w ich rękach stałaby się obecna, rozwlekła i nieprecyzyjna konstytucja. Kolejną cechą środowiskową jest – wspólne zresztą dla całego obozu III RP – utożsamienie obecnej formy polityczno-ustrojowej państwa polskiego z demokracją jako taką, przy czym konstytucja z 1997 roku jest tu najwyższym, nienaruszalnym dogmatem. W konsekwencji, każda próba kontestacji i zmiany zastanego porządku jawi się w ich oczach jako zamach na demokrację – i w takim właśnie duchu orzekałby „czerwcowy” Trybunał.

III. Kapitał społeczny

Dlatego odbywająca się na naszych oczach bitwa o kształt Trybunału Konstytucyjnego jest absolutnie kluczowa dla kampanii uzdrawiania państwa. PiS w tej chwili próbuje niczym taran skruszyć bramy twierdzy w której schronili się beneficjenci systemu. Lub, jeśli kto woli, rozbić niczym lodołamacz zator niemożności i niewydolności państwa w którym nieuchronnie grzęźnie każda reformatorska inicjatywa. Jeśli wygramy, dalej będzie już o wiele łatwiej. Piszę „my” – ponieważ ta zmiana jest we wspólnym interesie wszystkich sił mających serdecznie dość zatęchłego, malarycznego bajora jakim stała się Polska - niezależnie od tego, czy ktoś jest zwolennikiem PiS, narodowców, Kukiza itd.

Tamci doskonale o tym wiedzą. Trybunał Konstytucyjny stał się ich ostatnią poważną instytucjonalną zaporą. Gdy ona padnie, nawet skamieniały aparat sądowniczy nie uchroni się przed reformami – a wówczas nastąpi ich koniec. Dlatego tak wyją. Stąd te histerie na tle „stalinizmu”, „III Rzeszy”, „putinizmu”, „faszyzmu” i czego tam jeszcze. Ale dobra nasza – im głośniej i głupiej wrzeszczą, tym lepiej. Wrzaski te bowiem nie wyrażają żadnych zbiorowych emocji, poza nerwowym rozedrganiem krzyczących. Oni po prostu czują, że za chwilę ich czas, jako uprzywilejowanej kasty, dobiegnie końca. Natomiast zwykli ludzie mają ich lęki i frustracje głęboko gdzieś. Elity III RP płacą w tej chwili cenę za dwudziestopięciolecie pogłębiającego się, społecznego wyobcowania. Za lata ojkofobicznej pogardy okazywanej własnemu narodowi i zbywania narastających społecznych problemów. Nie byli w stanie wiarygodnie wyjść z dotychczasowej roli podczas kampanii Komorowskiego, wyborów parlamentarnych, nie są w stanie uczynić tego i teraz. Stać ich w tej chwili jedynie na groteskowe akcje w rodzaju facebookowej „konspiracji”, która w realu zgromadziła na demonstracji kilkadziesiąt osób – i to w Warszawie, najbardziej platformerskim mieście w Polsce. Porównajmy to sobie z miesięcznicami smoleńskimi, demonstracjami narodowców, tłumami zgromadzonymi na uroczystościach Radia Maryja, że już o Marszu Niepodległości nie wspomnę.

Taka jest różnica między „obywatelskim” zapleczem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, a zgromadzonym przez lata opozycji społecznym kapitałem obozu patriotycznego. Dostrzega to nawet antysystemowa lewica. „Państwa nie było, gdy pracodawca nie wypłacał pensji, zatrudniał na czarno albo na śmieciówce. Ludzie nie będą bronić państwa, które ich nie broniło” - napisała Marcelina Zawisza z partii „Razem” - i tak to faktycznie wygląda. Większość społeczeństwa widzi, że „onych”, tam na górze, ogarnął strach. A skoro się boją, to znaczy że po pierwsze – są słabi, po drugie zaś – mają coś za uszami.

Jest jeszcze jedna rzecz. Otóż obóz patriotyczny był gotów przez ostatnie lata ryzykować – ostracyzmem, wyśmianiem, lecz także aresztem, spałowaniem, nalotem ABW na mieszkanie, procesami. Topniejące pokolenie „ciepłej wody w kranie” nie jest gotowe zaryzykować niczym – nawet katarem, jeśli demonstracja czy inny „event” przypadałby akurat w kiepską pogodę. Warto to jeszcze raz dobitnie unaocznić. Potrzebny jest czytelny sygnał poparcia dla zmian i sądzę, że masowa manifestacja – chociażby 13 grudnia, jak rok temu, po sfałszowanych wyborach, byłaby dobrym pomysłem. Niech jeszcze raz na nas popatrzą i poczują ten chłodek wędrujący wzdłuż kręgosłupa.

*

Nie zaprzeczając wadze opisanej powyżej batalii, nieustannie przypominam się ze swymi postulatami, których spełnienie nie wymaga niczego prócz woli i determinacji. A zatem:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 47 (02-08.12.2015)

poniedziałek, 30 listopada 2015

Pod-Grzybki 29

Paweł Kukiz z właściwą sobie konsekwencją najpierw zagłosował przeciw votum zaufania dla rządu Beaty Szydło, by zaraz potem poprzeć PiS-owską ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Teraz bukmacherzy powinni otworzyć zakłady jak Kukiz'15 będzie głosował w kolejnych posiedzeniach Sejmu. Sądzę, że w porównaniu z prognozowaniem zachowań „kukizowców”, trafienie „szóstki” w totka to będzie mały pikuś.

*

Ajajaj! Faszyzm, panie, faszyzm! Tak przynajmniej obwieściły naczelne autorytety salonowszczyzny po uchwaleniu ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, która – warto przypomnieć – odwraca jedynie skutki tego, co nawet w „Szechter Cajtung” określono mianem „politycznego skoku PO na Trybunał”. Od siebie dodam jeszcze, że Platforma na różne postulaty opozycyjnego wówczas PiS-u, tudzież obywatelskie inicjatywy, zwykła była reagować słowami: „wygrajcie sobie wybory”. No to sobie wygrali, a wam, drogie misie, zostało już tylko łkanie w poduszkę.

*

Jak donoszą postępowe mediodajnie, za zamachami w Paryżu stali jacyś bliżej niezidentyfikowani „Belgowie”. Wychodzi na to, że ci Belgowie to strasznie krwiożerczy naród. Pytanie tylko, dlaczego francuskie lotnictwo zbombardowało w odpowiedzi Państwo Islamskie, a nie Brukselę.

*

Ojojoj! Jedwabne, panie, i pogrom kielecki! Na antyislamskiej demonstracji narodowców we Wrocławiu pewien człowiek, znany jako współpracownik Stonogi i mający wśród antysystemowców opinię prowokatora, spalił kukłę Żyda, co wywołało w „Szechter Cajtung” stosowne paroksyzmy. Mniej więcej w tym czasie Tomasz Lis i Palikot dywagowali sobie w najlepsze na twitterze o prof. Janie Śpiewaku, że ten najpewniej, jako Żyd, bronił ustawy o Trybunale ze strachu przed PiS-em. Cóż, na miejscu narodowców uważałbym z kolejnymi demonstracjami, bo ani chybi będą pojawiać się na nich Lis z Palikotem, by palić kukłę Śpiewaka – i to dopiero będzie!

*

Mentalna bolszewia Platformy znów dała znać o sobie – tym razem okazało się, że doszczętnie rozszabrowano prezydencką willę w Klarysewie. Starsi Polacy jeszcze pamiętają, że w identyczny sposób zachowywali się sowieccy sołdaci w miejscach gdzie kwaterowali – co się dało, kradli, a czego nie mogli wynieść – niszczyli. Z Klarysewa ekipa Komorowskiego wyniosła więc blisko 400 różnych „trofiejnych” przedmiotów – od mebli i dywanów po sokowirówkę. Hm, przynajmniej nie rozpalili ogniska w salonie, żeby ugotować na nim bigos myśliwski.

*

Minęła 50 rocznica wystosowania pamiętnego listu polskich biskupów do niemieckich braci w wierze i w związku z tym naszła mnie taka refleksja – gdyby za kolejnych 50 lat biskupi chcieli napisać list, to zapewne musieliby go kierować do wielkiego muftiego Berlina, bo innych partnerów do dialogu za Odrą już nie będzie.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 46 (25.11-01.12.2015)

czwartek, 3 września 2015

Polacy na podsłuchu

Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie.

Co by nie mówić, Polska pod rządami PO ma jednak swe niezaprzeczalne osiągnięcia, ba – w niektórych obszarach jesteśmy wręcz europejskim liderem. Tak jest chociażby z inwigilacją obywateli przez licznie rozmnożone u nas „policje tajne, widne i dwupłciowe”. Już w 2011 roku Naczelna Rada Adwokacka alarmowała w swym raporcie, iż Polacy są najbardziej „prześwietlanym” przez służby społeczeństwem w Unii Europejskiej. W szczególności chodzi o dostęp do naszych danych telekomunikacyjnych. Oprócz klasycznych podsłuchów, kontrola służb obejmuje także SMS-y, bilingi, dane o logowaniu telefonów komórkowych do sieci itd. Przykładowo, w 2010 roku służby występowały o nasze dane telekomunikacyjne aż 1,3 mln razy, co jest absolutnym europejskim rekordem. Co ciekawe, informacje te udostępniła adwokaturze Komisja Europejska, bo nasza bezpieka odmówiła podania danych. Teoretycznie, uprawnienia służb powinny dotyczyć najcięższej przestępczości, w praktyce jednak, w ramach tzw. „kontroli operacyjnej” metody inwigilacyjne są stosowane często prewencyjnie i bez jakiegokolwiek nadzoru. Dotyczy to również zawodów, w których poufność odgrywa szczególną rolę – np. adwokatów, bądź lekarzy.

Warto dodać, że o ile w innych krajach tzw. retencja, czyli przetrzymywanie danych o połączeniach wynosi 6 miesięcy, to w Polsce operatorzy mają obowiązek przechowywać dane przez 2 lata. Przez jaki czas trzymają je służby tak naprawdę nie wiadomo, gdyż nie obejmuje ich pod tym względem żaden zewnętrzny nadzór – tzn. niby mają obowiązek dostarczać UKE informacje na temat zgłaszanych zapytań o dane retencyjne, ale taka SKW notorycznie się uchyla.. i nic. Podobnie jak nie sposób sprawdzić, do czego organy wykorzystały pozyskane informacje i czy je zniszczyły. Co więcej, katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja jest – w przeciwieństwie do innych krajów – otwarty i może dotyczyć wszystkich abonentów, niezależnie od tego, czy są podejrzani o popełnienie jakiegokolwiek czynu zabronionego. Czyli mamy wolną amerykankę, tym bardziej, że służb uprawnionych do pozyskiwania naszych danych telekomunikacyjnych jest łącznie dziesięć. O skali i trendzie tego procederu mogą świadczyć informacje pozyskane przez Fundację „Panoptykon” od Urzędu Komunikacji Elektronicznej, wedle których w 2014 uprawnione organy (służby, sądy i prokuratury) złożyły łącznie 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne. Porównajmy to sobie z 1,3 mln w 2010...

W 2011 Rzecznik Praw Obywatelskich złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek (wsparty następnie przez Prokuratora Generalnego) dotyczący m.in. określenia katalogu informacji zbieranych za pomocą środków technicznych w działaniach operacyjnych oraz zasad niszczenia pozyskanych danych. Trybunał wypowiedział się w tej kwestii w orzeczeniu z lipca 2014, kiedy to uznał za niezgodne z Konstytucją szereg przepisów ustaw regulujących działanie Policji, Straży Granicznej, Kontroli Skarbowej, Żandarmerii Wojskowej, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Celnej i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. TK wskazał ponadto na konieczność niezależnej kontroli pozyskiwania materiałów telekomunikacyjnych, stworzenie transparentnej procedury ich niszczenia oraz sformułowanie zamkniętego katalogu przestępstw w przypadku których służby mogłyby występować do operatorów po dane abonentów. Na uchwalenie nowych przepisów Trybunał dał termin 18 miesięcy.

No i niedawno doczekaliśmy się – Senat wyprodukował stosowny projekt, który... nie rozwiązuje żadnego z problemów. Na senackim projekcie suchej nitki nie zostawiło Biuro Analiz Sejmowych, organizacje pozarządowe i Sąd Najwyższy, za to entuzjastycznie przyjęło go do dalszych prac MSW. Przykładowo, o wykorzystaniu w postępowaniu karnym danych dotyczących tajemnicy zawodowej (np. adwokackiej, lekarskiej), lub objętych zakazem dowodowym ma na wniosek prokuratora decydować sąd, co prowadzi do osłabienia ochrony tajemnicy zawodowej. Co do kontroli pozyskiwanych danych – przewiduje się jedynie kontrolę następczą. Oznacza to, że służby nie będą musiały pytać sądu o zgodę, a jedynie co pół roku wysyłać zbiorcze sprawozdania, które sąd będzie mógł wyrywkowo sprawdzić. Katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja z sięgnięciem po dane teleinformatyczne został natomiast ujęty tak szeroko, że nie ma żadnej różnicy w porównaniu ze stanem dotychczasowym.

Krótko mówiąc – wiele musiało się zmienić, by wszystko zostało po staremu. Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie, co idealnie wpisuje się w konsekwentnie realizowany przez PO scenariusz pełzającego zamordyzmu. Na zakończenie refleksja – o tym, kto realnie rządzi Polską i skali zinfiltrowania przez służby „klasy politycznej” świadczą właśnie takie kwiatki, kiedy to senatorowie piszą prawo pod ewidentne dyktando bezpieki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (28.08-03.09.2015)

wtorek, 28 kwietnia 2015

Kres bankowej samowoli?

Bankowy Tytuł Egzekucyjny uprzywilejowuje bank, sytuując go w roli sędziego we własnej sprawie.

Nie powiem, przyjemnie zdziwiłem się czytając o orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego negującego zmorę kredytobiorców jaką jest Bankowy Tytuł Egzekucyjny. Wyrok TK idzie bowiem pod prąd polityki rządu RP dokładającego wszelkich starań, by w pierwszym rzędzie zabezpieczyć interesy bankowego lobby, nawet kosztem własnych obywateli. Wyjątkowo spektakularnym przykładem takich działań było (o czym pisałem niedawno w tekście „Ewa Kopacz - lobbystka banksterów”) skierowanie do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości pisma przestrzegającego przed stratami sektora bankowego „rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych”, na jakie mogłoby narazić banki unieważnienie kredytów walutowych. Była to odpowiedź na wniosek Sądu Najwyższego Węgier domagającego się od ETS zakazu stosowania tego typu produktów finansowych. Nader charakterystyczne przeciwieństwo priorytetów.

A tu proszę – w odpowiedzi na zapytanie Sądu Rejonowego w Koninie, wyrażającego wątpliwość co zgodności BTE z Konstytucją oraz Europejską konwencją o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, TK uznał, że owszem, BTE jest sprzeczny z konstytucyjną zasadą równości. Konkretnie TK zakwestionował dwa przepisy: art 96 ust. 1 i 97 ust. 1 Prawa bankowego, dające bankom przywilej wystawiania tytułu egzekucyjnego będącego podstawą do egzekucji należności po nadaniu przez sąd klauzuli wykonalności. Tu należy zwrócić uwagę, że banki nie są zobligowane do powiadamiania dłużnika o wszczęciu postępowania, zaś sądy badają wnioski jedynie od strony formalnej (w ciągu 3 dni), bez merytorycznego postępowania rozpoznawczego, przy czym odwołanie się dłużnika nie wstrzymuje windykacji. Tego typu nierównoprawność obu stron procedury jest szczególnie rażąca w sytuacji, gdy bank nalicza wierzytelność „po uważaniu” - np. stosując maksymalny spread w przypadku kredytów walutowych. Klient może się odwoływać, ale co z tego, skoro egzekucja już trwa... Brawa dla sędziego z Konina, Michała Jankowskiego, który nie „klepnął” automatycznie jak większość jego kolegów klauzuli wykonalności, tylko zdecydował się skierować sprawę do TK.

Trybunał nie unieważnił BTE natychmiastowo – ustawodawca ma poprawić przepisy do 1 sierpnia 2016, jednak dzięki wyrokowi klienci banków mogą przynajmniej widzieć światełko w tunelu. Na osobną uwagę zasługuje tu zdanie odrębne złożone przez sędziego Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa TK i prominentnego działacza Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, który lewitując w cudownym oderwaniu od rzeczywistości stwierdził, że to dłużnik nie spłacając należności narusza konstytucyjną zasadę równości, nie zaś bank, który wywiązał się z umowy udzielając kredytu. Cóż, od dawna podejrzewałem, że ta cała HFPC nie jest od żadnej obrony naszych „praw”, tylko przeciwnie – stanowi kolejne narzędzie tresury ideologicznej nadwiślańskich Aborygenów, a gdy trzeba – staje się również sojusznikiem kolonialnego układu III RP, którego jednym z filarów - prócz służb „tajnych, widnych i dwupłciowych” - jest banksterska międzynarodówka. Stanowisko profesora Rzeplińskiego w kwestii BTE tylko te podejrzenia potwierdza – w jego ujęciu solidarność establishmentu przeciw obywatelom okazuje się być zasadą nadrzędną nawet względem konstytucji.

Warto bowiem dopowiedzieć, co podniosła w uzasadnieniu sędzia Teresa Liszcz, a co kompletnie zignorował prezes Rzepliński, iż „bank jako wierzyciel i klient jako dłużnik - powinni mieć taką samą pozycję”. Tymczasem, klient zaciągając kredyt znajduje się na ogół w sytuacji przymusowej i chcąc nie chcąc musi wyrazić zgodę na stawiane przez banki warunki, włącznie z akceptacją BTE. BTE natomiast z miejsca uprzywilejowuje bank sytuując go w roli sędziego we własnej sprawie, który sam dokonuje merytorycznej oceny własnego roszczenia i tylko przedstawia je sądowi do formalnego zatwierdzenia. Prawo dłużnika do obrony jest sprowadzone do fikcji, bowiem przebiega ona w momencie, gdy komornik już zajmuje konta i wystawia majątek na licytację. Jak w takich okolicznościach dłużnik prowadzić ma długotrwałą i kosztowną batalię sądową przeciw potężnej instytucji finansowej – nad tym prof. Rzepliński pochylić się nie raczył.

Bankowy Tytuł Egzekucyjny jest ewenementem w skali Europy – zamiast skoncentrować się na reformie wydolności systemu sądowniczego w Polsce, ustawodawca wprowadził drogę na skróty w interesie jednej konkretnej branży, kosztem całej reszty uczestników obrotu gospodarczego. Nie sposób nie doszukiwać się tu zakulisowych praktyk charakterystycznych dla bantustanów, gdzie lokalne rządy i generalnie aparat państwa, funkcjonują jedynie na zasadzie wykonawców poleceń tych, u których siedzą w kieszeni, ze szczególnym uwzględnieniem międzynarodowych podmiotów eksploatujących swe „kolonie”. Pojawiające się co jakiś czas medialne doniesienia o kosztach przeforsowania takiej czy innej ustawy pokazują, że jest to inwestycja nader opłacalna. Jakby to powiedzieli panowie w białych kołnierzykach – o bardzo wysokiej stopie zwrotu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w#.VTZmRPBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.VTZmXfBvAmx

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17 (24.04-07.05.2015)

niedziela, 6 grudnia 2009

Śpiesz się, lokatorze!


Mieszkania spółdzielcze – co zrobią politycy, co zrobi Trybunał Konstytucyjny?

Niemal rok temu (27.12.2008 r.), pozwoliłem sobie w notce „Prezes, Prezes uber alles” skrytykować orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego (17.12.2008) blokujące możliwość wykupu mieszkań spółdzielczych za przysłowiową złotówkę (po uregulowaniu kosztów wybudowania mieszkania) (link poniżej). Wyrok ten zresztą stanowił kontynuację linii orzecznictwa przyjętej przez Trybunał już wcześniej, w 2001 roku bowiem TK zablokował możliwość wykupu mieszkań spółdzielczych za 3% ich wartości.

Krakowskim targiem (opinie sędziów były bowiem podzielone) ustalono, że korzystne dla spółdzielców przepisy będą obowiązywały jeszcze do końca 2009 r. w tym czasie zaś ustawodawca ma uchwalić nowelizację.

Ów deadline właśnie się zbliża, warto więc przyjrzeć się ustawodawczym poczynaniom. A dzieje się ciekawie.

Co zrobią politycy?

Otóż PO w ramach przychylania nieba obywatelom, zaproponowała nowelizację, która przewiduje m.in.:

1) Wnioski złożone do 29 grudnia b.r. mają zostać rozpatrzone do 30 marca 2010 na obecnie obowiązujących, korzystnych zasadach. Tu jednak pojawia się wątpliwość, bowiem TK w ubiegłorocznym orzeczeniu ze skutkiem natychmiastowym zniósł odpowiedzialność karną prezesów spółdzielni za niedopełnienie rozpatrzenia wniosku w terminie trzech miesięcy. Powstaje zatem pytanie, co jeśli władze spółdzielni będą przeciągały sprawę.

2) Walne zgromadzenie członków spółdzielni będzie mogło większością 2/3 głosów podjąć uchwałę, w której określi obowiązek wniesienia przez członka spółdzielni dodatkowej wpłaty z tytułu przeniesienia własności lokalu. Czyli, prawem kaduka, lokator może zostać zobligowany do złożenia dodatkowej daniny na rzecz spółdzielni na którą i tak łożył przez szereg lat.

I o ten drugi punkt toczy się obecnie batalia.

Znając metody „procedowania” spółdzielczych władz, jestem dziwnie spokojny, że dopłaty się pojawią, tak się bowiem składa, że spółdzielnie są po dziś dzień siedliskiem dawnej nomenklatury, tudzież krewnych i znajomych królika, którzy mają wieloletnią praktykę w trzymaniu się stołków i radzeniu sobie z niepokornymi lokatorami.

Odnotuję dla porządku, że także PiS zgłosiło swój projekt, który ma przewłaszczać lokale z mocy prawa. Tu kwestia jest jasna – sejmowa „zamrażarka” i szlus.

Nadzieję daje jednak inicjatywa posłanki PO Lidii Staroń, zasłużonej w walce ze spółdzielczym sobiepaństwem, która wraz z trzydziestoma „sprawiedliwymi” posłami Platformy zgłosiła w trybie poprawki rozwiązanie uniemożliwiające uchwalanie dopłat, czym solidnie wnerwiła naczalstwo swej partii. Ponieważ o sprawie zrobiło się dość głośno jest nadzieja, że poprawka posłanki Staroń jednak przejdzie wbrew lobbingowi prezesów spółdzielni, ku którym jak ćwierkają wróbelki chętnie nachylają ucha władze Platformy.

Widomym znakiem owego lobbingu jest niespodziewana propozycja wiceszefa klubu PO, Grzegorza Dolniaka, która nie tylko pozostawia możliwość dopłat, ale wyjmuje decyzję o ich ustanowieniu z rąk walnego zgromadzenia członków spółdzielni na rzecz zebrania „przedstawicieli” – czyli de facto spółdzielczej administracji, co automatycznie zmieni procedurę uchwalania dopłat w farsę.

Zdążyć przed Trybunałem.


Mimo wszystko jednak jestem przekonany, że nawet jeśli korzystne dla lokatorów przepisy uda się uchwalić, na straży interesów spółdzielczych władz stanie niezawodny Trybunał Konstytucyjny, tak jak czynił to już konsekwentnie w przeszłości.

Tak się bowiem składa, iż wyższość własności „społecznej” nad prywatną jest na tyle silnie wdrukowana w umysły naszych prawniczych luminarzy, że przełamać tej specyficznej mentalnej blokady nie sposób. Niejednokrotnie dawała temu wyraz np. sędzia TK, prof. Ewa Łętowska, która cieszy się wśród prawniczej braci wielkim mirem.

Oto próbka jej poglądów:

„W PRL otrzymali mieszkania sponsorowane przez państwo (sic!), teraz wykup sponsorowany przez spółdzielnie mieszkaniowe - mówiła w uzasadnieniu Łętowska” (cytat za zeszłoroczną „Gazetą Prawną ).


W podobnie pryncypialny sposób prof. Łętowska wypowiadała się również o reprywatyzacji, a że te opinie podziela większość sędziów Trybunału i wychodzących spod ich ręki kolejnych generacji prawników, to w dalszej perspektywie marnie widzę szanse lokatorów na pełną własność mieszkań.

Przypomnę ponadto, że sędziowie: Bohdan Zdziennicki – prezes, Ewa Łętowska, Janusz Niemcewicz oraz Mirosław Wyrzykowski rok temu optowali za natychmiastowym zablokowaniem możliwości wykupu mieszkań „za złotówkę”.

W obecnej chwili sytuacja wygląda następująco: ok.900 tys. mieszkań zostało już przewłaszczonych, zaś ok. 200 tys. wniosków jest w toku. Dla tych, którzy jeszcze nie złożyli wniosków, dobra rada: śpieszcie się, zanim Trybunał Konstytucyjny ruszy z odsieczą różnym towarzyszom Szmaciakom, którzy wciąż panoszą się w waszych spółdzielniach.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Fragment „Towarzysza Szmaciaka”, który jak ulał pasuje do mentalności sporej części naszego polityczno – prawniczego establishmentu:

„…A teraz, nędzny obiboku,

powiedz, w czym mieszkasz?

Mieszkasz w bloku!

A kto tych domów wzniósł ogromy?

No, proszę, kto wzniósł?

Właśnie — to my!

Co?! Twierdzić śmiesz, że dziesięć roków

już na mieszkanie czekasz w bloku,

a mieszkasz na przedmieściu w norze

z wspólną wygódką?! Ty potworze!

We łbie ci miesza się od wódki!

Lat dziesięć to jest termin krótki!

I jakie będziesz miał widoki,

gdy zbudujemy wreszcie bloki!”


www.niepoprawni.pl/blog/287/prezes-prezes-ueber-alles%E2%80%A6

Ilustracja: "Gazeta Olsztyńska".