Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacje pozarządowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacje pozarządowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

Euro-jurgielt

Bruksela zajmie się finansowaniem politycznej dywersji skierowanej przeciw rządom państw z którymi ma aktualnie na pieńku.

W projekcie unijnej perspektywy budżetowej na lata 2021-2027 znalazła się pewna arcyciekawa pozycja – chodzi o program „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości”. Z inicjatywą jego uruchomienia (wówczas jeszcze pod roboczą nazwą „Prawa i Wartości” z budżetem 642 mln. euro) wyszła w ubiegłym roku Komisja Europejska. W styczniu br. program został zatwierdzony i poszerzony przez Parlament Europejski (który też znacząco powiększył jego finansowanie – do 1,834 mld. euro), a następnie zyskał poparcie Rady Unii Europejskiej. Docelowo nowy unijny fundusz ma obejmować cztery obszary: „Równość i prawa” (upowszechnianie idei równości, w tym równości płci); przeciwdziałanie przemocy, ze szczególnym uwzględnieniem przemocy wobec kobiet; „Aktywność obywatelska” (propagujący obywatelską świadomość na temat znaczenia UE) oraz „Wartości Unii” (wspierający działalność na rzecz urzeczywistniania wartości zapisanych w art.2 Traktatu o Unii Europejskiej). Ostatecznie program i poziom jego finansowania ma zostać zatwierdzony jesienią.

Cóż jest w nim takiego niezwykłego? Otóż unijni urzędnicy nie ukrywają, że pragną sobie w ten sposób zafundować swoisty „fundusz propagandowy” mający w zamierzeniu przeciwdziałać niekorzystnym z ich punktu widzenia tendencjom w krajach członkowskich. Dotyczy to zwłaszcza takich państw jak Polska i Węgry, których „nieprawomyślne” rządy od dawna są na celowniku Brukseli. Podstawą do opracowania nowego unijnego programu stał się alarmistyczny raport europejskiej Agencji Praw Podstawowych, zarzucający Polsce i Węgrom sekowanie organizacji pozarządowych (NGO) – m.in. ograniczanie finansowania czy wprowadzanie niekorzystnych zmian w prawie. Dlatego też program „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości” powstał właśnie z myślą o wsparciu „trzeciego sektora” jakoby zagrożonego autorytarnymi zapędami władz. Główny nacisk ma zostać położony na punkt „Wartości Unii” - obszar ten, jak z nieskrywaną satysfakcją donosi opozycyjny portal OKO Press, dostanie proporcjonalnie największą pulę środków, bo aż 850 mln. euro.

No i wreszcie sprawa kluczowa – zarządzaniem projektem oraz dystrybucją środków ma zajmować się bezpośrednio Komisja Europejska, z pominięciem rządów państw członkowskich. Jest to bezprzykładne zerwanie z dotychczasowymi zasadami, gdyż dotąd unijne fundusze rozdzielane były za pośrednictwem rządów krajowych. Jak czytamy w komunikacie Parlamentu Europejskiego, organizacje pozarządowe będą mogły skorzystać z „przyśpieszonej procedury”, gdy „sytuacja w państwie członkowskim w zakresie przestrzegania zasad unijnych znacząco się pogarsza, a podstawowe wartości są zagrożone. Pozwoli to na wsparcie demokratycznego dialogu w kraju, którego władze są niechętne organizacjom pozarządowym”.

Innymi słowy, Bruksela zajmie się finansowaniem politycznej dywersji skierowanej przeciw rządom państw z którymi ma aktualnie na pieńku. Tak się bowiem składa, że owe rzekomo „prześladowane” organizacje mają jednoznacznie liberalno-lewicowy profil ideowo-polityczny i w obecnych warunkach stanowią po prostu integralną część szeroko rozumianej opozycji. Dodatkowe fundusze, przekazywane z ominięciem władz państwowych, mają na celu urobienie opinii publicznej w duchu pożądanym przez brukselską „centralę” i w konsekwencji wpłynięcie na wyniki wyborów. Mamy zatem do czynienia z lekko tylko zakamuflowaną ingerencją w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. To ma nawet swoją nazwę, doskonale znaną z polskiej historii: jurgielt.

W optyce zwolenników powyższego euro-jurgieltu, dotychczasowe działania Komisji Europejskiej, takie jak procedura kontroli praworządności, groźby sankcji czy skargi do TSUE, nie przyniosły zadowalających rezultatów. Co gorsza, zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech rządzące partie wciąż cieszą się społecznym poparciem. Dlatego powstała potrzeba działań „pozytywnych”, co w praktyce oznacza zintensyfikowanie antyrządowych akcji propagandowych pod sztandarami obrony „praworządności” i „demokracji” - czyli wzniecanie społecznych niepokojów rękoma lokalnych, lewicowych NGO'sów, systemowo futrowanych z zagranicy finansową kroplówką liczoną w grubych milionach euro. Jest to skrajnie niebezpieczny precedens, w ten sposób bowiem brukselska kasta polityczno-urzędnicza, sama nie posiadająca demokratycznego mandatu i uzupełniająca się de facto przez kooptację, dostaje do ręki narzędzie moderacji debaty publicznej w nominalnie suwerennych państwach. Można się spodziewać, że będzie to dopiero pierwszy krok, za którym pójdą kolejne – słyszeliśmy już przecież z ust opozycyjnych polityków wezwania, by Bruksela przekazywała fundusze strukturalne bezpośrednio samorządom, a także by Unia Europejska wspomagała grantami opozycyjne media w Polsce (Roman Imielski z „Gazety Wyborczej” w wywiadzie dla Euractiv.com). Przedstawiony tu unijny program idzie dokładnie w tym kierunku. Szykuje się zatem powtórka z XVIII wieku - z gromadą chętnych sprzedawczyków ustawionych w kolejce do szczodrej kiesy unijnego ambasadora.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Norweski okup

Fundusze norweskie pod lupą

Ideologiczna tresura za norweską kasę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (22-28.03.2019)

niedziela, 14 maja 2017

Norweski okup

Fundusze norweskie to nie jest żaden prezent od dobrego wujka z Oslo – Norwegia w ten sposób kupuje sobie dostęp do naszego rynku.

Dziś znów powrócę do tematu tzw. „funduszy norweskich”, jako że właśnie głos w tej sprawie zabrała norweska premier Erna Solberg, ogłaszając iż „nie może pozwolić, by Polska i Węgry kontrolowały środki na społeczeństwo obywatelskie”. Obecnie Polska negocjuje z Norwegią sposób rozdziału 809 mln. euro przewidzianych na lata 2017-2021. Do tej pory w Polsce „operatorem”, czyli podmiotem odpowiedzialnym za dystrybucję środków między krajowe organizacje pozarządowe była Fundacja Batorego wraz z Polską Fundacją Dzieci i Młodzieży – i Norwegowie chcą aby tak zostało. Polska natomiast stoi na stanowisku wyrażonym przez wicepremiera Glińskiego, iż są to fundusze publiczne, które powinny pozostawać w gestii polskiego rządu. Nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, bo podobny system funkcjonuje chociażby na Łotwie, gdzie operatorem jest podległa premierowi Fundacja Integracji Społecznej do której działań norweski rząd nie zgłasza zastrzeżeń. U nas analogiczną rolę miałoby pełnić rządowe Narodowe Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego – i tu już Oslo mówi zdecydowane „nie”, wskutek czego negocjacje znalazły się w impasie.

Formalnie Norwegom chodzi o to, by fundusze dzielone były przez „niezależne” podmioty – z tym, że jak wykazałem w felietonie „Międzynarodówka operatorów”, owa „niezależność” jest mocno problematyczna. Tak się bowiem składa, że rynek NGO'sów w zakresie zawiadywania funduszami EOG w naszym regionie zmonopolizowały filie „pozarządowej międzynarodówki” - czyli podmioty zależne od fundacyjnego „imperium” George'a Sorosa, tudzież innych gigantów z branży NGO's, będących w świecie III sektora odpowiednikami globalnych koncernów. Są to instytucje jednoznacznie sprofilowane światopoglądowo – w kierunku lewicowym – i wedle tego klucza rozdzielają będące w ich dyspozycji granty. Ten stan rzeczy odpowiada ideologicznej agendzie norweskiego rządu, stąd też dla premier Solberg nie do przyjęcia jest, by „łapę” na funduszach położyły prawicowe „reżimy” Kaczyńskiego i Orbana (Węgry do których trafić ma 215 mln. euro zażądały prawa veta przy wyborze operatora, na co Norwegia również nie chce wyrazić zgody). W efekcie, istnieje zagrożenie, że fundusze zostaną wstrzymane – tak jak stało się to już w 2014 r. w przypadku wspomnianych Węgier, co zmusiło Orbana do ustępstw, zaś środki po staremu zasilały niemal wyłącznie zasiedziałą na rynku sieć lewicowych NGO'sów.

Swoje nastawienie Erna Solberg zwerbalizowała zresztą otwartym tekstem, mówiąc o „nietolerancyjnych siłach” dybiących na norweskie środki. Wprawdzie zastrzega przy tym, że operator ma zostać wyłoniony w drodze „otwartego przetargu”, lecz w praktyce, zważywszy na instytucjonalną przewagę organizacji lewicowych hojnie sponsorowanych z zagranicy od początków III RP, oznacza to zachowanie status quo. Paradoksalnie, jedyną szansą na realną pluralizację światopoglądową III sektora jest powierzenie funduszy specjalnemu ośrodkowi rządowemu. Apel w tej sprawie wystosowało 50 organizacji skupionych w Konfederacji Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej, krytykując dodatkowo „centralizację” podziału środków (lwia część grantów trafia do podmiotów z największych miast, głównie Warszawy) – ale, jak widać, ta strona „społeczeństwa obywatelskiego” jest głęboko „niesłuszna”.

I teraz sprawa podstawowa, którą podnosiłem już w tekście „Bój o norweską kasę”. Fundusze o które toczy się batalia, to nie jest żaden prezent od dobrego wujka z Oslo. Kraje współtworzące wraz z Unią Europejską Europejski Obszar Gospodarczy – w tym Norwegia – kupują sobie w ten sposób prawo dostępu do wspólnego rynku i strefy Schengen, same pozostając poza strukturami UE. Innymi słowy, jest to odpowiednik składki członkowskiej dzięki któremu spijają integracyjną „śmietankę” (wspólny rynek, swoboda przepływu ludzi) bez ponoszenia różnorakich kosztów i konieczności podporządkowania się brukselskiej centrali.

Patrząc od tej strony, państwo polskie ma pełne prawo do nadzorowania „funduszy norweskich”, skoro Norwegia dzięki nim zyskuje przywilej wstępu na nasz rynek. Raport Polsko-Skandynawskiej Izby Gospodarczej informuje, że tylko w 2014 r. norwescy inwestorzy osiągnęli zysk z tytułu bezpośrednich inwestycji w wys. 59,8 mln. euro. Ogółem w tym samym roku wartość polsko-norweskiej wymiany handlowej wyniosła ponad 5 mld. euro. Całe szczęście, że notujemy przy tym lekką nadwyżkę, choć zważywszy, że importujemy z Norwegii głównie szprycowane nie wiadomo czym łososie z „aquakultur” (jesteśmy największym odbiorcą), to na dobrą sprawę powinni nam jeszcze dopłacać za groźbę uszczerbku na zdrowiu. Generalnie Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce najważniejszych partnerów handlowych Norwegii, zaś Norwegia dla nas sytuuje się dopiero pod koniec drugiej dziesiątki. Może zatem norweska premier przestałaby się tak bardzo sadzić, bo póki co, to ich gospodarka bardziej potrzebuje Polski niż odwrotnie, co niniejszym podrzucam naszemu rządowi w charakterze argumentu w dalszych negocjacjach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (12-18.05.2017)

sobota, 9 kwietnia 2016

Pozarządowe agentury wpływu

Organizacje pozarządowe są specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu.

Agentura wpływu, jak wiadomo, tym m.in. różni się od agentury „zwyczajnej”, że funkcjonuje jawnie, zaś sferą jej aktywności jest oddziaływanie na procesy decyzyjne w danym kraju – już to przez doradztwo odpowiednio ustawionych ekspertów, już to przez wygłaszanie opinii na forum publicznym, publikacje, media itd. Specyfiką tej „branży” jest również to, że agenta wpływu trudno złapać za rękę. Formalnie bowiem może to być intelektualista, twórca, naukowiec, autorytet w danej dziedzinie, bądź jakakolwiek osoba publiczna, która po prostu dzieli się swymi przemyśleniami i poglądami na szereg spraw. Nie wykrada tajemnic państwowych, często nawet nie pobiera wprost wynagrodzenia, kontentując się ułatwieniami w karierze, możliwością publikacji, grantami, stypendiami od różnych instytucji itd. Przykładowo, kilka lat temu Gazprom powołał wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim specjalny program stypendialny dla doktorantów. Wolno mu? Wolno. I kto po latach udowodni, że taki były stypendysta przekonując w mediach do korzyści płynących z kupowania rosyjskiego gazu, bądź kręcąc się w otoczeniu ministra, pod pozorem „eksperckich” analiz wypełnia w istocie zadania wyznaczone mu przez sponsora?

Specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu są organizacje pozarządowe (zwane też z angielska NGO - non-government organization). Po czym odróżnić organizację agenturalną od nieszkodliwej? M.in. po tym, że jej prawdziwe cele są odmienne od deklarowanych. „Statutowo” taka organizacja może zajmować się wymianą kulturalną, fundowaniem stypendiów dla młodych twórców, ochroną środowiska, „krzewieniem społeczeństwa obywatelskiego”, obroną praw człowieka – i faktycznie, na co dzień tym rzeczywiście się para, choćby po to, by się uwiarygodnić. Prawdziwe oblicze odkrywa z reguły w momencie jakiegoś kryzysu, przesilenia, gdy zagrożone są interesy jej mocodawców. A że w międzyczasie przywiązała do siebie tabun artystów, naukowców itd., dokładając do tego codzienny wysiłek propagandowy i urabiając różnymi kanałami w pożądanym duchu opinię publiczną – to i jej siła oddziaływania może być potężna.

Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie w Polsce. Proszę zwrócić uwagę na nagłą aktywizację tych wszystkich Fundacji Helsińskich, Amnesty International, Fundacji Batorego, Panoptykonów – wszyscy jak jeden stają nagle „w obronie demokracji” wspierając stricte polityczną akcję KOD-u i współmaszerujących partii opozycyjnych – PO i Nowoczesnej. Łączy ich jeden, podstawowy cel – obalić rząd PiS i przywrócić dotychczasowe statu quo, w którym to dziele wspiera je jednomyślnie niemiecki mainstream medialny. Rzeczone NGO'sy łączą także zagraniczne źródła finansowania. Za rządów PO-PSL siedziały cichutko, za nic mając chociażby próby policyjnego rozpędzania Marszy Niepodległości, aresztowania pod dętymi zarzutami ich uczestników, akcje policyjne wymierzone w środowiska kibicowskie, czy grzywny za „obrażanie konstytucyjnego organu państwa” hasłem „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Nie, wtedy ich główną troską była walka z „nietolerancją”, „homofobią”, tudzież innymi tego typu wynalazkami.

A teraz weźmy sam KOD. Ze sprawozdania finansowego na dzień 31.01.2016 wynika, iż z internetowego crowdfundingu organizacja zebrała 172 894,00 zł, z bezpośrednich wpłat na konto - 52 382,93 zł, ze zbiórek publicznych - 116 169,61 zł. Łącznie – 341 446,54 zł. Wszystko to w ciągu niecałych dwóch miesięcy – przypomnę, że „komitet społeczny” KOD-u powstał 07 grudnia 2015 r. Obecnie tylko na internetowej „zrzutce” widnieje kwota ponad 202 tys. zł. Ale to jeszcze nic – podczas marszu w obronie Wałęsy do „puszek” miano zebrać (podkreślę – jednorazowo!)... 165 tys. zł. I to wszystko przy frekwencji ok. 15 tys. osób (opowieści ratusza o 80 tys. można włożyć między bajki). Do czego zmierzam? Ano, do tego, że takie „puszki” są znakomitą metodą „legalizowania” funduszy płynących skądinąd. Wnioski wyciągnijcie sobie Państwo sami.

Bóg mi świadkiem, że nie należę do wielbicieli Putina, ale warto tu przypomnieć jego pacyfikację sponsorowanych z zagranicy różnych organizacji „obywatelskich” funkcjonujących w Rosji. Uznano je po prostu ustawowo za obcą agenturę, robiącą „podgatowkę” pod „kolorową rewolucję”. Oberwało się utrzymankom Sorosa, lecz także np. niemieckim fundacjom Adenauera i Friedricha Eberta afiliowanym przy CDU i SPD. Z naszego punktu widzenia źle się stało, bo lepiej, gdyby te agentury rozkładały wciąż Rosję od wewnątrz, lecz z perspektywy Rosji i samego Putina, był to ruch jak najbardziej zasadny. No i teraz pytanie – czy będziemy mieli dość determinacji, by zabrać się za działające u nas jaczejki, zanim urządzą nam tutaj finansowany przez nie-wiadomo-kogo „majdan”?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3591-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (18-24.03.2016)

czwartek, 7 kwietnia 2016

W przededniu wojny domowej

Wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

I. Rokosz trybunalski

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nie tylko polityczną robótką na zamówienie opozycji (choć to, ma się rozumieć, również). To przede wszystkim podkładka na użytek zagranicy, ze szczególnym uwzględnieniem Komisji Europejskiej, mająca dać pretekst do dalszych wrogich kroków wobec Polski. Zarówno prezes Rzepliński, jak i reszta składu orzekającego w zasadzie poniechała jakichkolwiek pozorów bezstronności, jawnie pozycjonując się jako jedna ze stron politycznego sporu. Ciąg wydarzeń jest bowiem następujący: najpierw sędzia Rzepliński pisze „pod siebie” nową ustawę o TK, następnie koalicja PO-PSL metodą faktów dokonanych wybiera pięciu sędziów z czego dwóch nielegalnie nawet w świetle ówcześnie obowiązujących przepisów (koniec kadencji dwójki sędziów, profesorów Zbigniewa Cieślaka i Teresy Liszcz, przypadał na okres już po wyborach parlamentarnych – odpowiednio 2 i 8 grudnia). Nowa większość sejmowa postanawia odpłacić pięknym za nadobne i unieważnia uchwałą wybór całej piątki, powołując w jej miejsce innych kandydatów, następnie zaś uchwalając nową ustawę o TK, której Trybunał pod przewodnictwem sędziego Rzeplińskiego zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości, odmawiając jej domniemania konstytucyjności. Wskutek powyższego Trybunał obradując pod rządami dotychczasowej, „rzeplińskiej” ustawy, uznaje ustawę „pisowską” za niekonstytucyjną. W międzyczasie, jak się okazuje, sentencja końcowego orzeczenia konsultowana jest z politykami PO – na co najmniej dwa tygodnie przed ostateczną rozprawą i formalnym ogłoszeniem wyroku.

Mamy zatem nową jakość – jawny rokosz trybunalski. TK otwarcie postawił się ponad jakąkolwiek władzą, w tym władzą ustawodawczą Sejmu dysponującego demokratycznym mandatem. Od tej pory TK może w zasadzie przechodzić do porządku dziennego nad kolejnymi aktami prawnymi przyznając bądź odbierając im „po uważaniu” walor domniemania konstytucyjności. Jest to więc de facto wykreowanie nowej sytuacji ustrojowej – „trybunałokracji”, w której jeden z organów państwa samowolnie ustala swe kompetencje. Wszystko to poza porządkiem konstytucyjnym, bowiem obecna konstytucja zwyczajnie nie przewidziała takiego rozwoju wypadków. W tych okolicznościach Polsce de facto grozi dwuwładza – parlament będzie uchwalać ustawy zatwierdzane przez prezydenta i wdrażane przez rząd, natomiast Trybunał ostentacyjnie sprzymierzając się z opozycją – tak parlamentarną, jak i „uliczną” (KOD) - będzie je po kolei „uchylał” pod byle pretekstem, czego z kolei nie będzie uznawał rząd, odmawiając drukowania wyroków. Trybunał w konsekwencji zapewne stanie na stanowisku, że jego werdykty obowiązują „same z siebie” niezależnie od formalnego ogłoszenia w dziennikach urzędowych. Rodzi to naturalne pytanie, jak w takiej sytuacji będą zachowywały się sądy – wedle których przepisów zechcą orzekać? A administracja publiczna? Krótko mówiąc, wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

II. Bunt mainstreamu

Oczywiście, można teraz się zastanawiać, czy PiS-owi była potrzebna ta awantura – w swej początkowej fazie wyłącznie prestiżowa, bowiem nawet mianowanie pięciu sędziów nie dawało większości w 15-osobowym Trybunale. Czy nie lepiej było poprzestać na unieważnieniu wyboru dwójki sędziów, których kadencja upływała w grudniu? Najwyraźniej nie doceniono stopnia determinacji i politycznego zaangażowania sędziego Rzeplińskiego oraz stojącego za nim prawniczego establishmentu, przyzwyczajonego do samodzielnego ustalania reguł środowiskowych – nawet gdy dotyczą one nie tylko „prywatnych” korporacji, lecz również spraw sądownictwa i prokuratury. A że akurat w tej materii interes prawniczych luminarzy był zbieżny z interesem reszty odsuwanego właśnie od wpływów magdalenkowego mainstreamu – na zasadzie: dziś „pisowcy” wezmą się za nas, jutro za was, więc połączmy siły – toteż obserwowany obecnie wewnętrzny sojusz zjednoczonego obozu beneficjentów III RP w imię „obrony demokracji” narzucał się sam. Na powyższe nałożyły się antagonizmy, nazwijmy to, kastowo-kulturowe. Już samo podwójne zwycięstwo „pisiorów” pod wodzą „kurdupla” było dla dotychczasowej „klasy uprzywilejowanej” i jej społecznego zaplecza lubiącego siebie określać mianem „Polski jasnej” nie do zniesienia. Gdy zaś okazało się, że PiS ma zamiar na serio zabrać się za ich naturalne żerowiska, za nic mając ustalone przez ostatnie ćwierćwiecze hierarchie i nadęte autorytety, doszło do sprzężenia całkiem przyziemnych interesów z poczuciem urażonej godności. „Mohery” wkraczające z przytupem w zastrzeżone dotąd rewiry – to musiało zostać odebrane jako policzek i nieuprawnioną uzurpację. Szerzej ten typ emocji opisałem w świąteczno-noworocznym tekście „Portret KOD-owca” („Polska Niepodległa” nr 50-52 23.12.2015-12.01.2016) - polecam.

Kolejnym błędem, potencjalnie kosztownym politycznie, była „ucieczka do przodu” - czyli zaproszenie przez ministra Waszczykowskiego Komisji Weneckiej, co po czasie przyznał zresztą Jarosław Kaczyński. Mimo tego, że stanowisko Komisji ostatecznie wcale nie było tak miażdżące jak spodziewały się tego środowiska opozycyjne (Komisja przyznała m.in. że konstytucję naruszyła zarówno poprzednia jak i obecna władza, wezwała też obie strony w parlamencie do „znalezienia rozwiązania” kryzysu), to medialno-propagandowy przekaz na kraj i zagranicę oczywiście skoncentrował się tylko na elementach krytycznych wobec PiS. Reakcji różnych międzynarodowych gremiów tylko patrzeć.

III. W przededniu wojny domowej

Niezależnie jednak od wymienionych tu zastrzeżeń co do błędów Prawa i Sprawiedliwości, trzeba powiedzieć sobie jasno – za konsekwentne podgrzewanie atmosfery odpowiada Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP wraz z jego politycznymi emanacjami. Zresztą nic dziwnego, grają bowiem wedle schematu „im gorzej, tym lepiej”, czując za plecami poparcie płynące z obcych ośrodków, dla których obecny rząd dążący do odzyskania przez Polskę w kluczowych obszarach podmiotowości, stanowi zagrożenie różnorakich interesów. Toteż doprowadzenie do stanu wrzenia, wręcz wojny domowej, jest wspólnym celem uczestników „kodowskich” demonstracji, sił politycznych pozostających na obcym jurgielcie, Brukseli, Berlina, Moskwy, międzynarodowego biznesu... słowem – wszystkich, którym suwerenna Polska jest nie na rękę. Jak można sądzić po nagłaśnianych sygnałach zza Atlantyku, tyczy się to również Stanów Zjednoczonych – ktoś trafnie zauważył, że Waszyngton uwielbia przewerbowaną agenturę i zapewne chętniej widziałby w Warszawie kogoś pokroju Leszka Millera z czasów Starych Kiejkutów. Opcja niepodległościowa, pretendująca do samodzielności, stanowi tylko utrudnienie – i najwyraźniej w oczach USA PiS zaczęło za bardzo targać smyczą, choćby domagając się w zamian za poparcie gwarancji bezpieczeństwa w postaci stałych baz NATO.

Czeka nas zatem wiosenna wojna domowa połączona z obcą interwencją (oby tylko na polu dyplomatycznym i gospodarczym). Platforma, Nowoczesna, kodowcy itd. nawet nie ukrywają, że liczą właśnie na ingerencję – bo też, na podobieństwo Targowicy, silni są przede wszystkim zewnętrznym poparciem. Wyrok TK jest kolejnym krokiem na drodze do spodziewanej konfrontacji, dając wygodny asumpt do eskalowania wrogich działań w imię obrony „konstytucyjnego porządku” i „demokracji”. Wprawdzie Węgry ustami Viktora Orbana już zapowiedziały, że nie poprą żadnych sankcji przeciwko Polsce, ale zapewne Bruksela poszuka sposobów na ominięcie węgierskiego weta, tym bardziej, że Berlinowi zależy na zdyscyplinowaniu krnąbrnego wasala. Schetyna otwarcie mówi o „Majdanie w Warszawie”, a warto pamiętać, że taki Soros ma w organizowaniu i sponsorowaniu różnych „majdanów” spore doświadczenie. Możemy zatem spodziewać się chociażby ulicznych burd i prowokacji. KOD, który zdążył zarejestrować się jako stowarzyszenie, ma otwartą drogę do przyjmowania funduszy – zarówno oficjalnych, jak i nieoficjalnych, legalizowanych jako datki z „puszek”.

I tutaj dochodzimy do organizacji pozarządowych funkcjonujących w Polsce na zasadzie agentury wpływu podpiętej pod zagraniczne źródła finansowania – czasem, jak w przypadku darowizn z fundacji afiliowanych bądź przy CDU, bądź to przy SPD, wprost z niemieckiego budżetu. W tym kontekście nigdy dość przypominania o roli jaką odegrało założone przez Balcerowicza, a współpracujące m.in. z Fundacją Adenauera, Forum Obywatelskiego Rozwoju w kampanii wyborczej 2007 roku, co opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - FOR z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” zmobilizowało „grupę docelową” 3 mln młodych wyborców, co otworzyło Platformie drogę do wygranej. Aktywizacja chociażby „Amnesty International” i innych NGO'sów, które za PO siedziały cicho, nie pozostawia złudzeń co do ich politycznego oblicza. Na dobrą sprawę, należałoby organizacje korzystające z zagranicznego sponsoringu uznać za obcych dywersantów i stosownie do tego traktować. W końcu, jak wojna – to wojna!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/wi%C4%99c-wojna

http://blog-n-roll.pl/pl/portret-kod-owca

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (16-22.03.2016)

piątek, 19 kwietnia 2013

Organizacje pozarządowe jako agentura wpływu

Pozornie apolityczne organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju, by realizować interesy swych mocodawców.

I. Pułkownik Putin... ma rację!

Od jakiegoś czasu tzw. „społeczność międzynarodowa” zapowietrza się z oburzenia na poczynania cara Władimira Władimirowicza Putina, który postanowił wziąć za twarz organizacje pozarządowe – zwłaszcza te, które finansowane są z zagranicy. „Siłowicy” robią kipisze w biurach, rekwirują twarde dyski, każą spowiadać się z dochodów i podatków – no, słowem, zgroza i rzecz nie do uwierzenia w „starych demokracjach”. Stary czekista uznał najwyraźniej, że „społeczeństwo obywatelskie” to wprawdzie wielce fajna rzecz dla międzynarodowego wizerunku i w ogóle, ale bez przesady i Rosja powinna paru pięknoduchom pokazać, że gołą d... nie nastraszą jeża, jak powiadają starzy knajacy. Ja oczywiście nie mam złudzeń, że zimnokrwisty satrapa nie robi tego w żadnym tam wzniosłym „interesie Rosji”, tylko w jak najbardziej przyziemnym interesie swoim i swojej czekistowskiej kliki, żeby mu się „raby” przypadkiem nie zbuntowały i nie urządziły jakiejś kolorowej rewolucji sponsorowanej przez nie wiadomo kogo - taki bowiem jest sens proklamowanej w Rosji „suwerennej demokracji”, która oznacza suwerenność władzy wobec społeczeństwa.

Dostało się nawet dwóm ekspozyturom „strategicznego partnera” w interesach – czyli niemieckim fundacjom: im. Konrada Adenauera (podpiętej pod CDU) oraz Fundacji im. Friedricha Eberta (której patronuje SPD). W związku z tym ponoć między Berlinem a Moskwą nastąpiła polityczna „epoka lodowcowa”, która jednakże nie przeszkadza obu stronom kręcić wspólnych biznesów. Kanclerz Angela Merkel podczas spotkania na Targach Przemysłowych w Hanowerze nie omieszkała nadmienić, iż „Niemcy opowiadają się za rozwojem (w Rosji) silnego społeczeństwa obywatelskiego z wieloma organizacjami pozarządowymi”, ale ponieważ jak wiadomo realizacja podobnych postulatów godziłaby w same podstawy „suwerennej demokracji”, to Putin odwinął się wypomnieniem, że NGO's (organizacje pozarządowe) otrzymały w ciągu ostatniego roku „28 mld rubli" (ok. 684 mln euro) z zagranicy. Tamci rzecz jasna protestują, że nieprawda i nie aż tyle, ale niewykluczone, że kremlowski kagiebista ma swoje dane o kwotach otrzymywanych przez żarliwych demokratów „pod stołem”.

Jak można się domyślać, ta masowa skala zagranicznego finansowania cokolwiek go niepokoi, w związku z czym on wolałby wiedzieć, choćby na wszelki wypadek, skąd pochodzą, jakimi kanałami i na co są przeznaczane te pieniądze. No i czy wszystkie „dotacje” są przez zachodnie jaczejki szczerze i uczciwie państwu rosyjskiemu deklarowane.

A teraz napiszę coś, co Czytelnikom znającym mój stosunek do Rosji i reżimu Putina może wydać się z lekka szokujące: otóż Putin w tym co robi ma cholernie dużo racji. Oczywiście, te szykany wobec rosyjskich NGO's uskutecznia w interesie swej dyktatury, czyli wspomnianej już „suwerennej demokracji”, ale nie zmienia to podstawowego faktu, że problem – w szerszym kontekście - jest realny.

II. NGO's, czyli „zabierz babci dowód”

Przyłóżmy bowiem sytuację do naszych uwarunkowań: u nas również działa od groma i ciut ciut pozapaństwowych instytucji krzewiących, a jakże, „społeczeństwo obywatelskie” i inne takie historie – i również w ogromnej mierze finansowane są z zagranicy.

No to usiądźmy i zastanówmy się: czy ich deklarowana działalność pokrywa się z realnymi celami, jakie chcą osiągnąć? Czy ich prominentni i potężni sponsorzy nie załatwiają w ten sposób jakichś swoich interesów? Czy, mówiąc krótko, nie mamy aby do czynienia z rozbudowanymi agenturami wpływu, finansowanymi tak przez tzw. „stare demokracje” i różne lobbies? Agenturami pozostającymi na dobrą sprawę poza kontrolą i bezkarnie korumpującymi miejscowe elity polityczne, biznesowe, naukowe i kulturalne? Jaki interes ma, dajmy na to, finansowa hiena George Soros w „rozwijaniu społeczeństwa obywatelskiego” w Polsce za pomocą Fundacji Batorego i indukowaniu Polakom do mózgownic różnych postępackich miazmatów rękoma nadwiślańskich kolaborantów? Albo dogmatu o konieczności przystąpienia do strefy euro?

Mnie osobiście, gdy usłyszałem o oburzeniu Angeli Merkel na wieść, że pułkownik Putin zrobił kuku rosyjskiej filii Fundacji Adenauera, przypomniał się pamiętny tekst Rewizora (czyli śp. Jacka Maziarskiego, dziś już chyba można to ujawnić) „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”.

Dla tych, którzy jakimś cudem nie znają jeszcze wspomnianego artykułu, przedstawię go w telegraficznym skrócie. Otóż Autor opisał jak to Fundacja Adenauera (finansowana zresztą niemal w całości z niemieckiego budżetu) rękami swego „partnera” czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju (m.in. Leszek Balcerowicz, Tadeusz Syryjczyk, Jan Wejchert, Władysław Bartoszewski, Andrzej Olechowski, Marek Safjan, Andrzej Zoll, Jacek Fedorowicz) rozpętała przed wyborami 2007 roku akcję „Zmień kraj. Idź na wybory”. Doproszono do tego przedsięwzięcia szereg innych organizacji zrzeszonych w ramach „koalicji 21 października.pl”, a spoty i reklamy prasowe zamieszczały bezpłatnie największe krajowe media. Cennikowy koszt – 3 mln zł.

Celem kampanii było zmobilizowanie młodych wyborców, z badań bowiem wynikało, iż są grupą najbardziej wspierającą Platformę. Przypomnę, że haniebne hasło „zabierz babci dowód” to właśnie dzieło rzeszy krajowych kolaborantów Fundacji im. Konrada Adenauera. Zamiar się powiódł. W raporcie końcowym czytamy: „3 mln wyborców, którzy zagłosowali pod wpływem kampanii, pokrywają się prawie całkowicie z wielkością grupy docelowej kampanii.” Istny majstersztyk. Umocowana w ten sposób u władzy Dyktatura Matołów z Ober-Matołem na czele rządzi nami po dziś dzień. Ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami.

III. O polską podmiotową demokrację

Opisany powyżej przykład pokazuje z jaką łatwością pozornie apolityczne i szermujące szczytnymi hasłami organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju i manipulować całymi segmentami społeczeństwa, by realizować interesy swych mocodawców. Szczególnie w Polsce - z jej długą tradycją jurgieltu, kolaboracji i zaprzaństwa – powinniśmy być wyczuleni na różne podchody zagranicznych wujków kokietujących nas brzęczącymi kusząco sakiewkami.

Swoją drogą, ciekaw jestem, czy powstają jakiekolwiek raporty zbiorcze dotyczące funkcjonowania „organizacji pozarządowych” uczestniczących w szeroko rozumianym życiu politycznym. W jaki sposób są finansowane, kto jest z nimi powiązany, jakie fundusze otrzymują z zagranicy, jakie podejmowały w ostatnim czasie inicjatywy i kto z nimi współpracował? Jeśli polskie służby specjalne powinny się czymś zajmować, to tego typu zagadnieniami w pierwszej kolejności. I publikować ogólnie dostępne raporty cyklicznie - rok do roku.

A wracając do pułkownika Putina, którego ostatnia działalność zainspirowała niniejszą notkę: ja tam oczywiście wszystkim agenturom pracującym w Rosji – tym całym „Adenauerom” i tak dalej - życzę długiej i owocnej działalności, bo im słabsza Rosja i im bardziej ciśnienie podbechtanego „społeczeństwa obywatelskiego” podminowuje tamtejszy system władzy, tym lepiej dla Polski. Ale uważam jednocześnie, że powinniśmy z tym zewnętrznie sponsorowanym i zadaniowanym tałatajstwem zrobić porządek na swoim podwórku. Po to, by stać się – tak, właśnie – prawdziwie suwerenną demokracją. Nie w znaczeniu putinowskim, lecz w naszym: własnym i podmiotowym – polskim.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

PS. Tekst Rewizora:

http://niepoprawni.pl/blog/80/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku