Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jurgielt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jurgielt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

Euro-jurgielt

Bruksela zajmie się finansowaniem politycznej dywersji skierowanej przeciw rządom państw z którymi ma aktualnie na pieńku.

W projekcie unijnej perspektywy budżetowej na lata 2021-2027 znalazła się pewna arcyciekawa pozycja – chodzi o program „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości”. Z inicjatywą jego uruchomienia (wówczas jeszcze pod roboczą nazwą „Prawa i Wartości” z budżetem 642 mln. euro) wyszła w ubiegłym roku Komisja Europejska. W styczniu br. program został zatwierdzony i poszerzony przez Parlament Europejski (który też znacząco powiększył jego finansowanie – do 1,834 mld. euro), a następnie zyskał poparcie Rady Unii Europejskiej. Docelowo nowy unijny fundusz ma obejmować cztery obszary: „Równość i prawa” (upowszechnianie idei równości, w tym równości płci); przeciwdziałanie przemocy, ze szczególnym uwzględnieniem przemocy wobec kobiet; „Aktywność obywatelska” (propagujący obywatelską świadomość na temat znaczenia UE) oraz „Wartości Unii” (wspierający działalność na rzecz urzeczywistniania wartości zapisanych w art.2 Traktatu o Unii Europejskiej). Ostatecznie program i poziom jego finansowania ma zostać zatwierdzony jesienią.

Cóż jest w nim takiego niezwykłego? Otóż unijni urzędnicy nie ukrywają, że pragną sobie w ten sposób zafundować swoisty „fundusz propagandowy” mający w zamierzeniu przeciwdziałać niekorzystnym z ich punktu widzenia tendencjom w krajach członkowskich. Dotyczy to zwłaszcza takich państw jak Polska i Węgry, których „nieprawomyślne” rządy od dawna są na celowniku Brukseli. Podstawą do opracowania nowego unijnego programu stał się alarmistyczny raport europejskiej Agencji Praw Podstawowych, zarzucający Polsce i Węgrom sekowanie organizacji pozarządowych (NGO) – m.in. ograniczanie finansowania czy wprowadzanie niekorzystnych zmian w prawie. Dlatego też program „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości” powstał właśnie z myślą o wsparciu „trzeciego sektora” jakoby zagrożonego autorytarnymi zapędami władz. Główny nacisk ma zostać położony na punkt „Wartości Unii” - obszar ten, jak z nieskrywaną satysfakcją donosi opozycyjny portal OKO Press, dostanie proporcjonalnie największą pulę środków, bo aż 850 mln. euro.

No i wreszcie sprawa kluczowa – zarządzaniem projektem oraz dystrybucją środków ma zajmować się bezpośrednio Komisja Europejska, z pominięciem rządów państw członkowskich. Jest to bezprzykładne zerwanie z dotychczasowymi zasadami, gdyż dotąd unijne fundusze rozdzielane były za pośrednictwem rządów krajowych. Jak czytamy w komunikacie Parlamentu Europejskiego, organizacje pozarządowe będą mogły skorzystać z „przyśpieszonej procedury”, gdy „sytuacja w państwie członkowskim w zakresie przestrzegania zasad unijnych znacząco się pogarsza, a podstawowe wartości są zagrożone. Pozwoli to na wsparcie demokratycznego dialogu w kraju, którego władze są niechętne organizacjom pozarządowym”.

Innymi słowy, Bruksela zajmie się finansowaniem politycznej dywersji skierowanej przeciw rządom państw z którymi ma aktualnie na pieńku. Tak się bowiem składa, że owe rzekomo „prześladowane” organizacje mają jednoznacznie liberalno-lewicowy profil ideowo-polityczny i w obecnych warunkach stanowią po prostu integralną część szeroko rozumianej opozycji. Dodatkowe fundusze, przekazywane z ominięciem władz państwowych, mają na celu urobienie opinii publicznej w duchu pożądanym przez brukselską „centralę” i w konsekwencji wpłynięcie na wyniki wyborów. Mamy zatem do czynienia z lekko tylko zakamuflowaną ingerencją w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. To ma nawet swoją nazwę, doskonale znaną z polskiej historii: jurgielt.

W optyce zwolenników powyższego euro-jurgieltu, dotychczasowe działania Komisji Europejskiej, takie jak procedura kontroli praworządności, groźby sankcji czy skargi do TSUE, nie przyniosły zadowalających rezultatów. Co gorsza, zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech rządzące partie wciąż cieszą się społecznym poparciem. Dlatego powstała potrzeba działań „pozytywnych”, co w praktyce oznacza zintensyfikowanie antyrządowych akcji propagandowych pod sztandarami obrony „praworządności” i „demokracji” - czyli wzniecanie społecznych niepokojów rękoma lokalnych, lewicowych NGO'sów, systemowo futrowanych z zagranicy finansową kroplówką liczoną w grubych milionach euro. Jest to skrajnie niebezpieczny precedens, w ten sposób bowiem brukselska kasta polityczno-urzędnicza, sama nie posiadająca demokratycznego mandatu i uzupełniająca się de facto przez kooptację, dostaje do ręki narzędzie moderacji debaty publicznej w nominalnie suwerennych państwach. Można się spodziewać, że będzie to dopiero pierwszy krok, za którym pójdą kolejne – słyszeliśmy już przecież z ust opozycyjnych polityków wezwania, by Bruksela przekazywała fundusze strukturalne bezpośrednio samorządom, a także by Unia Europejska wspomagała grantami opozycyjne media w Polsce (Roman Imielski z „Gazety Wyborczej” w wywiadzie dla Euractiv.com). Przedstawiony tu unijny program idzie dokładnie w tym kierunku. Szykuje się zatem powtórka z XVIII wieku - z gromadą chętnych sprzedawczyków ustawionych w kolejce do szczodrej kiesy unijnego ambasadora.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Norweski okup

Fundusze norweskie pod lupą

Ideologiczna tresura za norweską kasę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (22-28.03.2019)

niedziela, 3 grudnia 2017

Gorze zdrajcom!

Dziś zdrajcy kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji.


I. Widmo Targowicy

Narodowcy z ONR, Młodzieży Wszechpolskiej i Ruchu Narodowego zorganizowali 26 listopada w Katowicach pikietę-happening podczas której powiesili na atrapach szubienic zdjęcia szóstki eurodeputowanych PO, głosujących za antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego: Michała Boniego, Danuty Hubner, Róży von Thun und Hohenstein, Danuty Jazłowieckiej, Barbary Kudryckiej i Julii Pitery. Ta symboliczna akcja wymierzona w jawnych zdrajców została oczywiście okrzyknięta „nienawistną”, a lewacki publicysta Jakub Majmurek spytał dramatycznie na łamach „Wyborczej”: „Czy obudzimy się, kiedy zaczną wieszać naprawdę?”. Nie dziwię się, że rodzimym targowiczątkom zrobiło się na widok szubienic słabo – oni sami najlepiej wiedzą, ile mają za uszami; wiedzą również, że gorliwe zabieganie w Brukseli i Berlinie o kolejne wrogie wobec Polski kroki jest jednoznacznie potępiane przez społeczną większość. Zdają sobie także sprawę z tego, że kulturowo są tutaj ciałem obcym i jedyną drogą, by powrócili do wpływów i dawnego znaczenia jest obca interwencja – może nie tyle militarna (dziś raczej trudno sobie to wyobrazić), ale w formie permanentnego nacisku i międzynarodowego grillowania obecnego rządu.

Tymczasem, narodowcy dali po prostu adekwatną i zgodną z historycznym kontekstem odpowiedź – dawno bowiem nawiązania do Konfederacji Targowickiej nie były w naszym życiu publicznym tak czytelne. Dotyczy to zarówno szukania pomocy u obcych potęg – z zastrzeżeniem, że dzisiaj Moskwa i Berlin zamieniły się miejscami i obecna caryca Katarzyna rezyduje w Berlinie, a stary Fryc w Moskwie - jak i uzasadniania narodowego zaprzaństwa. Każdy, kto zechciałby wyszukać treść aktu Targowicy, musiałby się zadumać nad jego aktualnością. Gdyby tylko uwspółcześnić język i realia, mielibyśmy propagandę obecnych mediów w skali 1:1. W akcie konfederacji aż roi się od wyrazów troski o państwo, mamy odniesienia do zagrożenia swobód obywatelskich i rysujące się widmo rzekomej tyranii – wypisz wymaluj, nagłówki z „Wyborczej” czy funkcjonujących nad Wisłą niemieckich gazet dla Polaków. Przekaz zagranicznych ośrodków także pokrywa się z tym z okresu rozbiorów – Polacy to ciemny, nietolerancyjny motłoch i dla dobra nich samych oraz Europy powinni zostać wzięci pod kuratelę „oświeconych” władców, dziś uosabianych przez Komisję Europejską. Międzynarodowa histeria rozpętana po Marszu Niepodległości na tle kilku transparentów mówi tu sama za siebie – i ma podobny cel: zohydzenie i pacyfikację polskich narodowych aspiracji idących pod prąd interesów możnych tego świata.


II. Rachunek za zdradę

Pozostając jeszcze przy historycznych analogiach. Polacy „podziękowali” targowiczanom podczas Insurekcji Kościuszkowskiej. 25 kwietnia 1794 r. w Wilnie przed ratuszem miejskim powieszony został hetman wielki litewski Szymon Kossakowski. 9 maja tegoż roku na Rynku Starego Miasta w Warszawie straceni zostali Piotr Ożarowski (hetman wielki koronny), Józef Ankwicz (marszałek Rady Nieustającej), Józef Zabiełło (hetman polny litewski), do tego przed kościołem św. Anny zawisł biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski po uprzednim zdjęciu święceń kapłańskich. Wymienieni zawiśli po procesach sądowych, lecz 28 czerwca 1794 r. warszawski lud sam wymierzył sprawiedliwość kolejnym sprzedawczykom. Przed kościołem św. Anny zadyndali wówczas na powrozie m.in.: Ignacy Massalski (biskup wileński), Antoni Czetwertyński (kasztelan przemyski), szambelan Stefan Grabowski czy rosyjski szpieg Marceli Piętka.

Dodać trzeba, że targowicka „wierchuszka” w osobach Stanisława Szczęsnego Potockiego, Franciszka Ksawerego Branickiego, Stanisława Rzewuskiego i innych uniknęła śmierci, w porę uciekając przed sprawiedliwością. Wyrok na nich został wykonany „in effigie” - czyli poprzez powieszenie na szubienicy ich portretów. Taka „zastępcza egzekucja” była przyjęta w ówczesnym porządku prawnym, gdy skazany był nieosiągalny dla wymiaru sprawiedliwości. I do tych właśnie konotacji historycznych odwołali się narodowcy podczas wspomnianej na wstępie demonstracji w Katowicach. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie broni historycznych zdrajców – nawet tych, którzy padli ofiarą samosądu rozgniewanego tłumu. I jestem przekonany, że potomni należycie ocenią również dzisiejszych sprzedawczyków, którzy zarzuty o „współczesną targowicę” zwykli zbywać w poczuciu bezkarności ironicznym śmiechem, na zmianę z teatralnymi atakami histerii.


III. Gorze zdrajcom!

Warto nadmienić, że insurekcyjne procesy były możliwe dzięki zajęciu archiwum rosyjskiej ambasady, gdzie czarno na białym skrupulatnie odnotowano, kto, kiedy, ile i za co przyjął od ościennej potęgi. Teraz wszystko odbywa się „na legalu”. Współczesne jurgielty wypłacane są w postaci grantów, możliwości kariery, stanowisk w fundacjach, suto opłacanych publikacji itp. - co nie czyni zdrady mniej odrażającą. Ludzie ci dali wielokrotnie dowody zaniku elementarnych państwowych instynktów. Wystarczy wspomnieć, kto wspierał ubiegłoroczny „ciamajdan”, kto podżegał do siłowej rozprawy z legalnym rządem i kto słał wiernopoddańcze listy do obcych ośrodków, zachęcając do szczucia na własny kraj. Weźmy dla przykładu publicystę „Wyborczej”, Bartosza T. Wielińskiego, który słynie z tego, że w żadnej spornej sprawie nie staje po stronie Polski. To on w styczniu 2016 r. na łamach niemieckiego dziennika „Sueddeutsche Zeitung” wzywał „Nie milczcie, proszę”, prosząc „europejską rodzinę” o interwencję – trzeźwo przy tym zauważał, że zostanie okrzyknięty „folksdojczem”, lecz poczytywał to sobie za „wyróżnienie”, wyrażając zarazem żal, że niemieccy politycy „obawiają się napominać Polskę głośno”. Uspokajam pana Bartosza – od tego Angela Merkel ma swych politycznych kundli w Brukseli, z Verhofstadtem, Timmermansem, Junckerem i Tuskiem na czele, by wysługiwać się nimi przy tego typu brudnej robocie. Tenże dziennikarz po ostatnim sabacie w Strasburgu nawoływał polityków Platformy, by „podnieśli czoło i robili swoje”, dodając, że trzeba przywyknąć do nazywania zdrajcami, bo dziś to jest „komplement”. Wcześniej z kolei na łamach „New York Timesa” wzywał prezydenta Trumpa, by zbeształ polski rząd w swym warszawskim przemówieniu.

To od takich jak on popłynęły po Marszu Niepodległości sygnały skwapliwie podchwycone przez światowe ośrodki propagandowe głoszące że w Polsce rodzi się „faszyzm”, a ulicami Warszawy przeszło „60 tys. nazistów” i „zwolenników supremacji białej rasy”. Tu przypomnę, że w październiku 2010 r. zupełnie poważnie projekt swoistej „kulturowej segregacji” i „wewnątrzpolskiego apartheidu”, zgłosił salonowy politolog, prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik. „Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. Razem się już nie da” - stwierdził, postulując, że skoro „oświeceni” i „mohery” muszą już dzielić wspólne terytorium, to niech mają swoje oddzielne instytucje i niech osobno płacą na nie podatki. Mamy tu totalne wyobcowanie z poczucia narodowej wspólnoty i ten typ myślenia jest wciąż aktualny – dla „drugiej strony” Polska w której odsunięci są od wpływów nie jest ich Polską i skłonni są usprawiedliwić każde przeniewierstwo i zdradę, o ile ma ona na celu przywrócenie naturalnego w ich osądzie porządku rzeczy. Przekonanie to zresztą podzielają razem z europejskimi lewackimi elitami, z którymi czują powinowactwo bliższe i głębsze, niż z rodzimym „ciemnogrodem”, niczym komunistyczni internacjonaliści ze Związkiem Sowieckim.

Dziś kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji i dostając spektakularnych spazmów, gdy ktoś im pomacha przed nosem widmem targowickiej historii. Powiem tak – gdyby któregoś dnia zrewoltowany tłum wtargnął do tych wszystkich sprzedajnych redakcji i gabinetów, wywlókł na ulice ich rezydentów i udekorował nimi okoliczne latarnie, nawet nie drgnęła by mi powieka. Gorze zdrajcom!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (01-07.12.2017)

poniedziałek, 30 maja 2016

Sąd nad III RP

Byliśmy rządzeni przez klikę sprzedawczyków, której jurgieltem była możliwość grabienia państwa pod parasolem ochronnym zagranicy.

I. Dzień sądu

Za nami „dzień sądu”, jak można by określić sejmowy audyt ośmioletnich dokonań PO-PSL w wykonaniu poszczególnych ministrów rządu PiS. Wysłuchaliśmy w ciągu kilku godzin litanii większych lub mniejszych przekrętów, nieprawidłowości, marnotrawstwa i absurdów w rodzaju 30 tys. tablic Mendelejewa znalezionych w piwnicach MON. Ogółem koszt wszystkich patologii wyliczono na 340 mld zł, co daje średnio 42,5 mld zł na rok – proszę to sobie porównać z wysokością kolejnych deficytów budżetowych, to jest właśnie tego typu skala strat. Gdyby nie te setki różnych „wałków” rocznie, moglibyśmy się pokusić o zrównoważony budżet, a jeśli wziąć pod uwagę gigantyczne straty związane z dziurami w ściągalności VAT i CIT – mielibyśmy taką nadwyżkę, że dziś nie trzeba by się było martwić o sfinansowanie podwyższenia kwoty wolnej od podatku, obniżenia wieku emerytalnego i program 500+. Można powiedzieć – nic nowego, część afer była znana już wcześniej, innych spraw się domyślaliśmy, generalnie zaś wiadomo było, że rządzi mafia kolesi zgarniających ile wlezie pod siebie – co w internecie pracowicie dokumentował MarkD w ramach cyklu „Afery PO” - licznik zatrzymał się 22 października 2015 na pozycji 2598 (!).. Co innego jednak dowiadywać się co jakiś czas, wyrywkowo, a co innego usłyszeć wszystko naraz, oficjalnie, z sejmowej trybuny.

Generalnie można powiedzieć, że w środę 11 maja 2016 nareszcie rozpoczął się na poważnie sąd nad III RP i zgodnie z procesową procedurą najpierw zapoznaliśmy się z aktem oskarżenia. Tutaj podniosły się głosy, że niepotrzebnie zarzuty najcięższego kalibru przeplatane były rzekomo mniej poważnymi wtrętami w rodzaju „złotego mercedesa” dla prezesa jednej ze spółek Skarbu Państwa. Sądzę, że ta krytyka jest nietrafiona, gdyż – niezależnie od ewentualnych wyroków sądowych – ostatecznym sędzią w tym procesie będzie naród, wyborcy – a do elektoratu najlepiej trafiają właśnie takie symboliczne przypadki nadużyć. Z moich obserwacji bowiem wynika, że spora część tzw. „zwykłych ludzi” na afery powyżej pewnego pułapu finansowego najzwyczajniej w świecie nie reaguje. Informacje o miliardowych przewałach – czy to przy okazji inwestycji przed Euro 2012, budowy gazoportu, albo wyprowadzania kasy z KGHM – zazwyczaj zbywane są wzruszeniem ramion, bo padające kwoty dla przeciętnego odbiorcy tych rewelacji są zbyt abstrakcyjne. Podobnie było w przypadku alarmujących doniesień o wysokości długu publicznego. Można było bić na alarm, wieszać „licznik długu” na Marszałkowskiej – i nic. Bilion? Panie, a ile to jest zer? Jednak ci sami ludzie, którzy nie mają obowiązku wiedzieć ile zer ma miliard, o bilionie już nie wspominając, zareagują ostrym wnerwieniem na złotego mercedesa („taką bryką się złodziej woził za moje pieniądze!”), czy sute kolacyjki u „Sowy i Przyjaciół” z rachunkami opiewającymi na kilka tysięcy – to są apanaże i kwoty, które można jakoś przypasować do swojego doświadczenia: jakim ja jeżdżę samochodem i jak rachunek pana ministra z restauracji ma się do mojej miesięcznej wypłaty. Dlatego właśnie śmiem twierdzić, że najwięcej szkód Platformie przysporzyło przed ostatnimi wyborami nie tyle np. dywagowanie o pomocy NBP w sfinansowaniu kiełbasy wyborczej i łamanie Konstytucji, ile wypowiedź Bieńkowskiej o tym, że tylko „złodziej lub idiota” pracuje za 6 tys. zł.

II. Kamieni kupa

W przypadku audytu podobnie. To właśnie ten „złoty mercedes” i inne przypadki z podobnej półki (horoskopy dla psów) będą miały w społecznym odbiorze większą siłę rażenia, niż inwigilowanie dziennikarzy i blogerów, czy regularna przepompownia pieniędzy w jaką zmieniono Ministerstwo Skarbu. Najważniejsze jednak będzie tzw. „ogólne wrażenie” i gotowość Polaków by przyjąć do wiadomości to, co powiedziano z sejmowej mównicy. A generalnie rzecz ujmując, dokonano skonkretyzowania skrzydlatej myśli min. Sienkiewicza o „kamieni kupie”. Właśnie ową pozostawioną przez PO „kamieni kupę” wzięto do generalnego przeglądu i okazało się, że faktycznie „polskie państwo istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje”. W szerszym wymiarze – dokonano wiwisekcji ostatniego 25-lecia, jako że to właśnie Platforma z PSL-em doprowadziły do patologicznej perfekcji system żerowisk i koryt, zaś państwo jako takie – na skraj dezintegracji. Z jednej strony mieliśmy kolonialny drenaż czyniony często ręka w rękę z zagranicznym biznesem, z drugiej chociażby doprowadzenie armii do stanu bezbronności, czego symbolem stały się te nowoczesne moździerze bez amunicji, śmigłowce bez rakiet, czy 200 „Rosomaków” pozbawionych systemów łączności. Na marginesie – warto zwrócić uwagę na nerwowe wzdrygnięcie się Siemoniaka, gdy Macierewicz ogłosił, że żadna z grup lobbystycznych, które ścierały się między sobą o kontrakt na wyposażenie „Rosomaków” nie dostała tego zlecenia. Wygląda na to, że Siemoniak musiał aż za dobrze wiedzieć jakie tu potencje i środki zostały zaangażowane i kto teraz będzie mocno rozczarowany...

Potwierdziło się również, że służby specjalne nie służyły zabezpieczaniu strategicznych interesów państwa i ochronie obywateli przed zagrożeniami, lecz były kolejnym politycznym narzędziem do inwigilowania i zwalczania środowisk opozycyjnych, przy czym na tym odcinku wykazano się wręcz maniakalną skrupulatnością. Rozpracowywanie operacyjne tak „groźnych” środowisk, jak nieliczna grupa „obrońców krzyża”, uczestnicy patriotycznych manifestacji, dziennikarze czy blogerzy, nie wspominając już o nie biorącym od lat udziału w życiu publicznym byłym premierze Janie Olszewskim – trzeba przyznać, że mieli chłopaki rozmach, nie ma co. A wszak, w przypadku raportów przedstawionych przez Mariusza Kamińskiego czy Antoniego Macierewicza, trzeba mieć świadomość, że z racji specyfiki resortów przedstawili jedynie czubek góry lodowej.

I platformerska opozycja z pewnością taką świadomość ma. Symboliczne jest tu zachowanie podczas kolejnych wystąpień. Opozycyjne ławy w pewnym momencie nawet dały sobie spokój z pohukiwaniem i słuchały w coraz cięższym milczeniu, wbite w sejmowe fotele. Przekaz rządzących był jasny: możecie się tylko domyślać, do czego jeszcze się dogrzebaliśmy. Ponura mina eks-szefa MON, Tomasza Siemoniaka, podczas odkrywania kolejnych lipnych „zamówień” i obnażenia wielkiej ściemy jaką była rzekoma „modernizacja” armii, mówiła sama za siebie.

Charakterystyczne są również reakcje po audycie. Mediodajnie, z „Wyborczą” na czele wydały z siebie jedynie cieniutkie popiskiwania. Gdyby raporty kolejnych ministrów były humbugami, nie omieszkano by rozpętać histerii, a tu – ponura cisza i ogólnikowe stwierdzenia o „populizmie”. Podobnie PO – jałowe zaprzeczenia i brak jakiejkolwiek próby merytorycznej polemiki, poza biadoleniem, że to wszystko nieprawda, a poza tym nieładnie jest wyciągać brudy i „podważać wizerunek Polski”. Ich po prostu ogłuszyło – nic tylko siąść na kupie kamieni i płakać.

III. Nie może się skończyć na gadaniu

PiS-owi udało się również zneutralizować efekt wcześniejszego warszawskiego marszu Targowicy, co także nie jest bez znaczenia. Teraz istotne jest, by pójść za ciosem, tak by ów rozpoczęty „sąd nad III RP” nie skończył się na gadaniu. Mam nadzieję, że zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstw i inne wnioski składane do prokuratury zostaną dobrze przygotowane i udokumentowane, tak by nie dać sądom cienia pretekstu do umarzania postępowań. Jednym z głównych czynników psujących do tej pory życie publiczne w kraju i zaufanie obywateli do własnego państwa, była bezkarność ludzi ze świecznika – powstała swoista kasta uprzywilejowana, stojąca ponad prawem i najwyższy czas z tym skończyć. Puste straszenie, bez realnych konsekwencji będzie bowiem skutkowało jedynie jeszcze większą butą i rozzuchwaleniem tej złodziejskiej bandy. Chwilowo udało się zetrzeć z ich twarzy te obleśne, pełne samozadowolenia uśmieszki i należy dołożyć starań, by tak już zostało, a kolejne dni zaczynały się dla nich lekturą newsów, typu: zatrzymano Zdziśka, Wieśka, Maryśkę, postawiono zarzuty korupcyjne, defraudacji, niegospodarności... I ten chłodek wędrujący po plecach – przyjdą po mnie, czy nie przyjdą? Dziś, jutro, czy za tydzień?

Warto również zadbać o wydanie zbiorczej „białej księgi”, tak by poszczególne raporty zostały utrwalone na piśmie – zarówno w wersji drukowanej, jak i pliku do pobrania z rządowych stron w internecie. Tak stało się z raportem ws. rozwiązania WSI. Przy okazji – jeśli czegoś mi w audycie brakowało, to właśnie wspomnienia o tajnym aneksie do raportu. Jest, czy gdzieś zniknął? Jeśli jest, to czy zostanie w końcu odtajniony? Jeśli „wyparował”, to kto za to odpowiada?

A tak w ogóle, już na sam koniec. Byliśmy rządzeni przez klikę sprzedawczyków, której jurgieltem była możliwość grabienia państwa pod parasolem ochronnym zagranicy. Jurgielt ten, przypomnijmy, wynosił 42,5 mld zł. rocznie. Czy można się zatem dziwić, że oni wszyscy teraz tak potępieńczo wyją, gdy wreszcie oderwano ich od koryta?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (18-24.05.2016)

czwartek, 15 maja 2014

Berlińscy ciecie w Warszawie

Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat?

I. Nagły atak dobrej pamięci

To już wolno mówić o niemieckich pieniądzach? - pomyślałem sobie, gdy rozpętała się zadyma na tle „berlińskiej pożyczki” KL-D, czyli kuźni kadr „aferałów”. No, ale bez względu na to, że nagły atak dobrej pamięci Pawła „Lucky Casino” Piskorskiego ewidentnie podyktowany został przedwyborczymi rozgrywkami, dobrze się stało. Pierwsze tabu zostało przełamane, więc może medialny mainstream, zwłaszcza ten po prawej stronie, zainteresuje się również czasami nieco późniejszymi, a znalazłoby się sporo interesujących tropów, o czym za chwilę.

Rewelacja Piskorskiego jest dla mnie przede wszystkim potwierdzeniem tego, co wielu zapewne przeczuwało – mianowicie, że polska scena polityczna od samego zarania III RP formatowana była przez zewnętrzne potęgi na zasadzie jurgieltniczej. Moskiewską pożyczkę dostali postkomuniści, więc naturalną koleją rzeczy również i Berlin chciał mieć własnych konfidentów. Nie ma jak wyhodowanie u sąsiada politycznej agentury wpływu realizującej zlecone jej interesy.

II. Wybory 2007 i Fundacja Adenauera

W każdym razie, skoro już wolno mówić o różnych ciemnych sprawkach związanych z finansowaniem przez ościenne mocarstwa naszej rzeczywistości politycznej, to pozwolę sobie przypomnieć tekst Rewizora czyli śp. Jacka Maziarskiego „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Świadczy on bowiem, że „berlińska pożyczka” dla KL-D była zaledwie początkiem długofalowej współpracy.

W telegraficznym skrócie: w artykule opisana jest „kuchnia” akcji „Zmień kraj. Idź na wybory” ze słynnym hasłem „zabierz babci dowód”. Okazuje się, że mocodawcą była Fundacja Adenauera należąca do niemieckich chadeków i finansowana niemal w całości z niemieckiego budżetu. Jej polskim kolaborantem było Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau znane też pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju, założone przez Leszka Balcerowicza wraz z m.in. Tadeuszem Syryjczykiem, Janem Wejchertem, Władysławem Bartoszewskim, Andrzejem Olechowskim i innymi postaciami z podobnej politycznej parafii. FOR następnie powołało wraz z ponad 150 podmiotami do życia Koalicję „21 października.pl”.

W efekcie, pod wpływem kampanii której klipy emitowały bezpłatnie największe media w Polsce (koszt cennikowy reklam – ok. 3 mln. zł), zmobilizowano do udziału w wyborach ok 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową najsilniej popierającą Platformę. Ten właśnie elektorat przeważył szalę zwycięstwa wyborczego w 2007 roku na korzyść PO. Może warto by pójść tym tropem i prześledzić powiązania z Berlinem, głównie poprzez system fundacyjno-stypendialny, różnych środowisk wspierających partię Donalda Tuska? Podrzucam ten trop dziennikarzom śledczym zupełnie za darmo – w końcu, skoro można już mówić o pieniądzach KL-D, to może nadeszła pora, by posunąć się o krok dalej, tym bardziej, że tekst Rewizora, choć odbił się szerokim echem w internecie, to przez inne media, również te z pretensjami do niezależności, opozycyjności itd., został kompletnie zignorowany.

III. Berliński cieć w Warszawie

Polecam również przyjrzenie się historii powiązań Pawła Grasia z niemieckim biznesmenem Paulem Roglerem, które opisałem onegdaj w notce „Berliński łącznik?”. Zapewniam, że słynne cieciowanie w willi w Zabierzowie, na którym skoncentrowały się niegdyś media, jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Znajomość Grasia i Roglera sięga bowiem 1989 roku, kiedy to poznali się w ówczesnych Niemczech Zachodnich, zaś w 1990 roku Rogler, który wcześniej prowadził w bawarskim miasteczku Selb punkt ksero, pojawił się w Polsce jako właściciel firmy informatycznej Rotronik EDV-Entwicklungen i założył polską filię o nazwie Pro-Holding, której szefem został Graś. Graś następnie (1993 r.) kupił od sekretarza rady nadzorczej Pro-Holding spółkę Agemark. W 1994 Agemark kupuje słynną willę w Zabierzowie, a w końcu (1996 r.) Agemark wraz z willą odkupuje od Grasia Paul Rogler. Dodajmy, że Agemark praktycznie nie wykazywał żadnej biznesowej aktywności, często kończył rok „pod kreską” (podobnie jak Pro-Holding, który Rogler w końcu sprzedał – lecz tylko po to, by zwiększyć kapitał zakładowy Agemarku), zaś jedynym godnym uwagi majątkiem firmy jest właśnie znana willa.

Widzicie w tym jakikolwiek biznesowy sens? Podsumujmy. 1) Niemiecki „przedsiębiorca” (obecnie emeryt) ładuje pieniądze w działalność przynoszącą straty i nie wycofuje się z niej po dziś dzień, zaś jego „firma informatyczna” Rotronik nie ma nawet strony internetowej i adresu e-mail. 2) Firmy-krzak, którym patronuje w Polsce mają za zadanie wyłącznie zapewnić lokum Grasiowi. 3) Rogler nie sprzedaje willi w Zabierzowie, ani nie wynajmuje jej na rynkowych zasadach, by odzyskać choć część utopionych pieniędzy...

Nadmienię jeszcze, że miasteczko Selb położone w 1989 w pobliżu granic NRD i Czechosłowacji uchodziło za miejsce spotkań agentów służb specjalnych. Czego szukał tam w 1989 roku student Paweł Graś, który powrócił do Polski jako dyrektor filii „firmy informatycznej”? Przypomnijmy, że późniejsze polityczne zainteresowania Grasia oscylowały przeważnie wokół spec-służb i resortów siłowych. Może więc Graś jest starannie hodowanym niemieckim agentem, natomiast Rogler albo go prowadzi, albo jest „słupem” za którego plecami stoi ktoś jeszcze? Innymi słowy – czy Paweł Graś jest berlińskim okiem i uchem przy Donaldzie Tusku?

Na zakończenie – czy przy takich powiązaniach może dziwić fakt, iż Angela Merkel była w stanie skutecznie zakazać Tuskowi kandydowania na prezydenta, bo najwyraźniej potrzebny był jej na stanowisku premiera jako strażnik i gwarant niemieckich interesów w Polsce? Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat, jak miało to miejsce w przypadku „berlińskiej pożyczki” KL-D. Skoro już wolno mówić o niemieckich pieniądzach w polskim życiu publicznym...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

http://niepoprawni.pl/blog/346/berlinski-lacznik

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr.19 12.05-18.05.2014