Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Graś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Graś. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 września 2014

Brukselskie rosoły Donalda Tuska

Nominacja Tuska jest sygnałem dla wszystkich jurgieltników, że żadna zasługa nie pozostanie bez stosownej nagrody.

I. Tłuste rosoły

Nie ma co – to się nazywa „uciec spod stryczka”. I to uciec nie byle dokąd, bo prosto w brukselskie splendory i luksusy, w sutą pensyjkę, asystę kamerdynerów, świtę, klakę i tłuste rosoły – nie mówiąc już o ideowych półgęskach wędzonych w dymie dziękczynnych ofiar składanych przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Warto było wyrzec się pod naciskiem pani Angeli belwederskiego żyrandola, by po latach użerania się z tubylczą dziczą przejąć żyrandol w samej Brukseli. Tak, Donald Tusk może z pewnością sobie pogratulować. Pogratulujmy mu i my, bo w sumie, co nam szkodzi.

Oczywiście, zgodnie z przewidywaniami Stanisława Michalkiewicza, awans Tuska jest formą wynagrodzenia za rozmaite usługi, których nie szczędził swej politycznej patronce, ta zaś w podzięce obmyśliła mu „sutą trafikę”. Poza wszystkim innym, jest to sygnał dla pozostałych jurgieltników, że żadna zasługa nie pozostanie bez stosownej nagrody, jeśli tylko jeden z drugim zaprzeda się swemu mocodawcy do imentu, ciałem i duszą. Zasługi Tuska, trzeba przyznać, są niebagatelne. Począwszy od uprzejmej bierności w sprawie bankrutujących stoczni, przez co stocznie niemieckie pozbyły się konkurencji, poprzez milczącą akceptację gazociągu Nord Stream, sabotowanie gazoportu w Świnoujściu, aż po przeorientowanie polskiej polityki zagranicznej bo Niemcy nie życzyły sobie żadnych kwasów w regionie, „pojednanie” z Rosją na bazie smoleńskich trupów i generalnie – „pozostawanie w głównym nurcie europejskiej polityki”, czyli podżyrowywanie aktualnej linii Berlina. Nie bez znaczenia było też zapewne zwielokrotnienie polskiego długu publicznego, co na wiek wieków stanie się kulą u nogi naszej gospodarki i gwarancją, że „mitteleuropa” pozostanie peryferyjna wobec niemieckiej metropolii, tudzież promowanie genderowszczyzny, by uwiarygodnić się w oczach eurolewctwa.

II. Bezkarny jak Tusk

Za to wszystko - i zapewne za wiele więcej, bo wszak o wszystkim nie wiemy - germańska kanclerzyca przygotowała dla Tuska wyjątkowo miękkie lądowanie gwarantujące mu, prócz słodkiego życia, przede wszystkim bezkarność. Nie łudźmy się bowiem, że uda się pociągnąć Tuska do odpowiedzialności – czy to za Smoleńsk, czy za cokolwiek innego. Kto raz dołączył do prominentnej kasty brukselczyków, ten pozostanie nietykalny po wiek wieków. O sile brukselskiego immunitetu świadczy choćby przykład Bronisława Geremka. Jak pamiętamy, „nasz drogi Bronisław” oświadczył jak najbezczelniej, że nie podporządkuje się znowelizowanym przepisom lustracyjnym i znalazł w tym wsparcie u wszystkich unijnych świętych. Gdyby nie tragiczny wypadek, zapewne do tej pory brylowałby na eurosalonach w glorii „autorytetu moralnego” śmiejąc się polskiemu państwu i prawu w twarz. A Geremek był wszak formalnie jedynie prostym eurodeputowanym...

Toteż, nawet gdy skończy się kadencja, Tusk przeskoczy najprawdopodobniej na inne chronione immunitetem stanowisko, gdzie nie dosięgnie go sąd i kara, a nadwiślańskie mediodajnie będą nas nasładzały cukrową watą propagandy sukcesu – ile to, panie, znaczymy w Europie. Jeszcze więcej niż za Buzka i jego sławetnej połowy kadencji na stanowisku przewodniczącego europarlamentu. Następnie, o czym już ćwierkają ptaszki, opromieniony glorią swych brukselskich przewag wystartuje w wyborach prezydenckich 2020 i wygra je w cuglach żerując na europejskich kompleksach Polaków.

III. Kopacz na kamieni kupie

Nawiasem mówiąc, ciekawe jest, że o spodziewanej nominacji prócz samego Tuska wiedział zawczasu jedynie Paweł Graś. Wszyscy inni współpracownicy poruszali się wśród spekulacji, a ten jeden wiedział. Potwierdzałoby to moją teorię spiskową, że Graś jest berlińskim okiem i uchem przy premierze, co wyłożyłem niegdyś w notce „Berliński łącznik?”. Ciekawe, czy Graś zostanie w Warszawie, czy też powędruje za Tuskiem do Brukseli, by i tam z ramienia Berlina nadzorować protegowanego pani Angeli i raportować gdzie trzeba. Cóż bowiem, prócz spijania tłustych rosołów, będzie miał do roboty Tusk na nowym stanowisku? Ano, między innymi, zajmie się z unijnych wyżyn tresowaniem Polski w europejskiej poprawności pod dyktando Berlina. Już teraz przeczytałem na stronach „Wyborczej” wywiad z jakimś człowiekiem z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, że kadencja Tuska może stać się impulsem dla Polski do szybszego przystąpienia do strefy euro... Tak to będzie wyglądało.

Póki co jednak, będziemy musieli zmierzyć się z innym zmartwieniem. Jeśli prawdą okaże się, że następcą Tuska na premierowskim stołku ma być Ewa Kopacz – niechby i tylko przez niespełna rok – będzie to wyjątkowa, nawet jak na tę władzę, demonstracja pogardy wobec Polski i Polaków. To jak pożegnalne splunięcie: odchodzę, by zostać „dużym misiem” i „odseparować się od tego całego syfu”, a na premiera wyznaczę skrajnie niekompetentną idiotkę, która z sejmowej trybuny kłamała o wspólnych sekcjach zwłok i przekopywaniu ziemi na metr w głąb. Posadzę ją na tej kamieni kupie, którą zostawiam tu po sobie – i co mi zrobicie?. To jest również pewien sygnał – swój ciągnie swego: Merkel winduje Tuska, Tusk winduje Ewę Kopacz... warunkiem niezbędnym jest tylko doskonale wyprane sumienie. „Hej, posadzili Kopacz na kamieni kupę, hej, chodzili wokoło, całowali...” - zresztą, dośpiewajcie sobie Państwo sami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 15 maja 2014

Berlińscy ciecie w Warszawie

Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat?

I. Nagły atak dobrej pamięci

To już wolno mówić o niemieckich pieniądzach? - pomyślałem sobie, gdy rozpętała się zadyma na tle „berlińskiej pożyczki” KL-D, czyli kuźni kadr „aferałów”. No, ale bez względu na to, że nagły atak dobrej pamięci Pawła „Lucky Casino” Piskorskiego ewidentnie podyktowany został przedwyborczymi rozgrywkami, dobrze się stało. Pierwsze tabu zostało przełamane, więc może medialny mainstream, zwłaszcza ten po prawej stronie, zainteresuje się również czasami nieco późniejszymi, a znalazłoby się sporo interesujących tropów, o czym za chwilę.

Rewelacja Piskorskiego jest dla mnie przede wszystkim potwierdzeniem tego, co wielu zapewne przeczuwało – mianowicie, że polska scena polityczna od samego zarania III RP formatowana była przez zewnętrzne potęgi na zasadzie jurgieltniczej. Moskiewską pożyczkę dostali postkomuniści, więc naturalną koleją rzeczy również i Berlin chciał mieć własnych konfidentów. Nie ma jak wyhodowanie u sąsiada politycznej agentury wpływu realizującej zlecone jej interesy.

II. Wybory 2007 i Fundacja Adenauera

W każdym razie, skoro już wolno mówić o różnych ciemnych sprawkach związanych z finansowaniem przez ościenne mocarstwa naszej rzeczywistości politycznej, to pozwolę sobie przypomnieć tekst Rewizora czyli śp. Jacka Maziarskiego „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Świadczy on bowiem, że „berlińska pożyczka” dla KL-D była zaledwie początkiem długofalowej współpracy.

W telegraficznym skrócie: w artykule opisana jest „kuchnia” akcji „Zmień kraj. Idź na wybory” ze słynnym hasłem „zabierz babci dowód”. Okazuje się, że mocodawcą była Fundacja Adenauera należąca do niemieckich chadeków i finansowana niemal w całości z niemieckiego budżetu. Jej polskim kolaborantem było Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau znane też pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju, założone przez Leszka Balcerowicza wraz z m.in. Tadeuszem Syryjczykiem, Janem Wejchertem, Władysławem Bartoszewskim, Andrzejem Olechowskim i innymi postaciami z podobnej politycznej parafii. FOR następnie powołało wraz z ponad 150 podmiotami do życia Koalicję „21 października.pl”.

W efekcie, pod wpływem kampanii której klipy emitowały bezpłatnie największe media w Polsce (koszt cennikowy reklam – ok. 3 mln. zł), zmobilizowano do udziału w wyborach ok 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową najsilniej popierającą Platformę. Ten właśnie elektorat przeważył szalę zwycięstwa wyborczego w 2007 roku na korzyść PO. Może warto by pójść tym tropem i prześledzić powiązania z Berlinem, głównie poprzez system fundacyjno-stypendialny, różnych środowisk wspierających partię Donalda Tuska? Podrzucam ten trop dziennikarzom śledczym zupełnie za darmo – w końcu, skoro można już mówić o pieniądzach KL-D, to może nadeszła pora, by posunąć się o krok dalej, tym bardziej, że tekst Rewizora, choć odbił się szerokim echem w internecie, to przez inne media, również te z pretensjami do niezależności, opozycyjności itd., został kompletnie zignorowany.

III. Berliński cieć w Warszawie

Polecam również przyjrzenie się historii powiązań Pawła Grasia z niemieckim biznesmenem Paulem Roglerem, które opisałem onegdaj w notce „Berliński łącznik?”. Zapewniam, że słynne cieciowanie w willi w Zabierzowie, na którym skoncentrowały się niegdyś media, jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Znajomość Grasia i Roglera sięga bowiem 1989 roku, kiedy to poznali się w ówczesnych Niemczech Zachodnich, zaś w 1990 roku Rogler, który wcześniej prowadził w bawarskim miasteczku Selb punkt ksero, pojawił się w Polsce jako właściciel firmy informatycznej Rotronik EDV-Entwicklungen i założył polską filię o nazwie Pro-Holding, której szefem został Graś. Graś następnie (1993 r.) kupił od sekretarza rady nadzorczej Pro-Holding spółkę Agemark. W 1994 Agemark kupuje słynną willę w Zabierzowie, a w końcu (1996 r.) Agemark wraz z willą odkupuje od Grasia Paul Rogler. Dodajmy, że Agemark praktycznie nie wykazywał żadnej biznesowej aktywności, często kończył rok „pod kreską” (podobnie jak Pro-Holding, który Rogler w końcu sprzedał – lecz tylko po to, by zwiększyć kapitał zakładowy Agemarku), zaś jedynym godnym uwagi majątkiem firmy jest właśnie znana willa.

Widzicie w tym jakikolwiek biznesowy sens? Podsumujmy. 1) Niemiecki „przedsiębiorca” (obecnie emeryt) ładuje pieniądze w działalność przynoszącą straty i nie wycofuje się z niej po dziś dzień, zaś jego „firma informatyczna” Rotronik nie ma nawet strony internetowej i adresu e-mail. 2) Firmy-krzak, którym patronuje w Polsce mają za zadanie wyłącznie zapewnić lokum Grasiowi. 3) Rogler nie sprzedaje willi w Zabierzowie, ani nie wynajmuje jej na rynkowych zasadach, by odzyskać choć część utopionych pieniędzy...

Nadmienię jeszcze, że miasteczko Selb położone w 1989 w pobliżu granic NRD i Czechosłowacji uchodziło za miejsce spotkań agentów służb specjalnych. Czego szukał tam w 1989 roku student Paweł Graś, który powrócił do Polski jako dyrektor filii „firmy informatycznej”? Przypomnijmy, że późniejsze polityczne zainteresowania Grasia oscylowały przeważnie wokół spec-służb i resortów siłowych. Może więc Graś jest starannie hodowanym niemieckim agentem, natomiast Rogler albo go prowadzi, albo jest „słupem” za którego plecami stoi ktoś jeszcze? Innymi słowy – czy Paweł Graś jest berlińskim okiem i uchem przy Donaldzie Tusku?

Na zakończenie – czy przy takich powiązaniach może dziwić fakt, iż Angela Merkel była w stanie skutecznie zakazać Tuskowi kandydowania na prezydenta, bo najwyraźniej potrzebny był jej na stanowisku premiera jako strażnik i gwarant niemieckich interesów w Polsce? Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat, jak miało to miejsce w przypadku „berlińskiej pożyczki” KL-D. Skoro już wolno mówić o niemieckich pieniądzach w polskim życiu publicznym...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

http://niepoprawni.pl/blog/346/berlinski-lacznik

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr.19 12.05-18.05.2014

czwartek, 23 lutego 2012

Berliński łącznik?


Czy Paweł Graś pełni rolę „berlińskiego łącznika” Donalda Tuska?


I. Umorzenie przez ukręcenie

Jak niedawno poinformowały nas mediodajnie, śledztwo w sprawie spółki Agemark i państwa Grasiów zostało szczęśliwie umorzone (a właściwie - „ukręcone”). Przypomnijmy, iż chodziło o poświadczenie nieprawdy w oświadczeniach majątkowych, które Paweł Graś złożył w latach 2007-2008, kiedy pełnił w Kancelarii Premiera funkcję sekretarza stanu - pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatora służb specjalnych. W tym czasie Graś pozostawał członkiem zarządu spółki Agemark, o czym świadczą podpisywane przez niego dokumenty w latach 2007-2009.

Ponieważ oznaczało to złamanie przepisów ustawy antykorupcyjnej, Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo. Aby wywikłać się z kłopotów, Graś stwierdził, iż nie pamięta czy to jego podpisy, a do fałszerstwa przyznała się żona – Dagmara. Warszawska prokuratura w 2010 roku umorzyła śledztwo „z braku dowodów”, zaś wątek fałszerstwa został wyłączony do odrębnego postępowania i przekazany do Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Po roku badań (!) biegły grafolog stwierdził, iż podpisy Pawła Grasia na dokumentach spółki są autentyczne, jednak pani Dagmara nie poniesie konsekwencji karnych za składanie fałszywych zeznań, gdyż zgodnie z wykładnią Sądu Najwyższego osoba, która skłamie składając zeznania jako świadek, nie popełnia przestępstwa, w przypadku gdy zeznanie może godzić w jej prawa do obrony, lub zaszkodzić bliskiej osobie. Postępowanie w sprawie żony polityka umorzono, jednakże prokuratura warszawska najwyraźniej nie zamierza wznawiać postępowania w sprawie złamania ustawy antykorupcyjnej przez obecnego rzecznika rządu. Dlaczego? Bo nie.

Oczywiście, powyższe jest zaledwie odpryskiem grubszej sprawy związków Pawła Grasia ze spółką Agemark należącą do niemieckiego przedsiębiorcy Paula Roglera. Powszechnie znana jest historia słynnej zabytkowej willi z 1901 r. przy ul. Krakowskiej 149 w Zabierzowie, będącej formalnie siedzibą Agemarku, którą Graś wynajmuje nieodpłatnie, rzekomo na podstawie umowy o świadczeniu wzajemnym, w zamian za opiekowanie się posiadłością (czyli – za tzw. „cieciowanie”). Spółka ponosi wszelkie koszty (ogrzewanie, energia elektryczna, woda, ścieki, podatek od nieruchomości), a Graś wraz z żoną „użytkują”, gdyż oboje zameldowani są w domach swych rodziców. Sęk w tym, iż owej umowy nikt nie widział na oczy, żadna ze stron nie uiszcza z jej tytułu podatków, a oświęcimski urząd skarbowy, gdy o sprawie zrobiło się głośno wszczął postępowanie, które następnie... umorzył. Warto tu nadmienić, że wynajem takiej posiadłości (willa plus półhektarowy park) po cenach rynkowych to suma w okolicach 5 tys. złotych miesięcznie i od takiej kwoty należałoby uiścić podatek – wraz z odsetkami. A że Graś wynajmuje willę od 1996 roku, to zaczyna się zbierać nader ciekawa sumka...

II. Historia pewnej przyjaźni

Teraz wycieczka w historię. Znajomość Grasia i Roglera sięga 1989 roku, kiedy to poznali się w ówczesnych Niemczech Zachodnich. W 1990 roku Rogler, który jeszcze w 1987 roku prowadził punkt ksero w bawarskim Selb, pojawił się w Polsce jako właściciel informatycznej firmy Rotronik EDV-Entwicklungen i założył filię przedsiębiorstwa pod nazwą Pro-Holding. Jej dyrektorem został Graś, który w 1993 roku wykupił ponadto firmę Agemark (w latach '80 - Agencję Marketingową Agemark Spółdzielnia Pracy) od sekretarza rady nadzorczej w Pro-Holding za równowartość dzisiejszych 200 zł. Okazyjna cena, zważywszy, iż Agemark w tamtym momencie miała obroty w wysokości obecnych 71 tys. zł i 2,4 tys. zysku. W roku 1994 Agemark zakupiła willę w Zabierzowie, zaś część pomieszczeń w budynku wynajął Pro-Holding oraz Rogler, który początkowo był również prezesem zarządu Agemarku, lecz wkrótce zrezygnował na rzecz Pawła Grasia.

W 1996 roku Graś miał dosyć „sprawdzania się w biznesie” i postanowił postawić na politykę, a Rogler odkupił od niego Agemark – za identyczną kwotę, jak 3 lata wcześniej Graś – 200 zł. Był to czas montowania AWS-u w skład którego wszedł Ruch Stu z ramienia którego Graś kandydował do Sejmu. Początkowo bez powodzenia – posłem został „tylnymi drzwiami” w 1998 roku, kiedy przejął mandat po ustępującym Marku Nawarze. Graś do 2003 roku był jeszcze prezesem Pro-Holding, ale Rogler sprzedał firmę w związku z generowanymi przez nią stratami (57 tys. zł na minusie pod koniec działalności) i Graś musiał odejść. Co ciekawe, Rogler sprzedał Pro-Holding za 47,5 tys. zł i w tym samym, 2003 roku, podniósł kapitał zakładowy Agemarku o... 49 tys. 900 zł (!).

Do 2009 roku, gdy Graś złożył skuteczną rezygnację z funkcji w zarządzie, sytuacja Agemarku wyglądała następująco: 100% udziałów w spółce ma Paul Rogler; wiceprezesem zarządu i księgową na umowę-zlecenie z pensją ok. 150 zł/mies jest Dagmara Graś; pełnomocnikiem Roglera i członkiem zarządu był Paweł Graś. Walne zgromadzenie? „Pełnomocnik” referuje żonie stan spółki, zaś ta udziela mu absolutorium...

Przez cały ten czas Grasiowie zamieszkiwali w willi, zaś spółka Agemark praktycznie nie przynosiła dochodów, a często kończyła rok na minusie. Po skandalu w 2009 roku Graś wprawdzie zerwał formalne związki z Agemarkiem, jednak wciąż mieszka, gdzie mieszkał, natomiast jego żona jest aktualnie prezesem zarządu spółki.

III. Pytania biznesowe ze służbową karierą w tle

W świetle powyższego nadszedł chyba czas, by postawić kilka pytań.

- Jaki interes ma niewielki w sumie przedsiębiorca z małej bawarskiej mieściny w utrzymywaniu w Polsce niszczejącej willi i nieodpłatnym użyczaniu jej polskiemu politykowi?

- Jaki ma ponadto interes w utrzymywaniu firmy-krzak, która nie prowadzi żadnej realnej działalności, nie przynosi zysków, zaś jej jedynym godnym odnotowania majątkiem jest willa zajmowana przez państwo Grasiów?

- Dlaczego tenże biznesmen po sprzedaniu generującego straty przedsiębiorstwa ładuje całą kwotę z górką w fikcyjną firmę, której jedynym powodem istnienia jest zapewnienie lokum Grasiowi?

- Dlaczego wreszcie Paul Rogler (dziś ponoć emeryt) nie zwinie działalności w Polsce i nie spróbuje odzyskać choć części pieniędzy sprzedając prestiżową, zabytkową willę, lub wynajmując ją na rynkowych zasadach?

- Czy którekolwiek z opisanych tu posunięć ma uzasadnienie z biznesowego punktu widzenia?

Warto w tym kontekście przyjrzeć się politycznym zainteresowaniom Grasia, które niemal od zawsze lokowały się w okolicach służb specjalnych. Tak się bowiem składa, iż obecny rzecznik rządu ma za sobą szkolenia z dziedziny bezpieczeństwa i obronności w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie oraz w Centrum Marshalla w Bawarii. Ale nie tylko:

- W 1998 roku był doradcą premiera Buzka ds. bezpieczeństwa i obronności państwa (współpracował wtedy m.in. z GROM-em). A więc już wtedy musiał się odznaczać kompetencjami w tym zakresie. Gdzie i jak zdobytymi, skoro wcześniej był tylko przedsiębiorcą u pana Roglera?

- Jako poseł zasiadał m.in. w Komisji Spraw Zagranicznych, Komisji Obrony Narodowej, następnie w Sejmie IV kadencji był członkiem Komisji Nadzwyczajnej ds. rządowego projektu ustawy o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu.

- W Sejmie V kadencji przewodniczył stałej Podkomisji ds. Współpracy z Zagranicą i NATO.

- Od kwietnia do czerwca 2006 był wiceprzewodniczącym Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego i Służbie Wywiadu Wojskowego (jednocześnie likwidujących Wojskowe Służby Informacyjne).

- Od 26 czerwca 2007 był przewodniczącym Komisji ds. Służb Specjalnych.

- No i wreszcie od listopada 2007 do stycznia 2008 pełnił funkcję pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatora służb specjalnych.

Warto nadmienić, że w 2007 roku uczestniczył w słynnym spotkaniu u marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, wraz z Bondarykiem i płk Tobiaszem, od którego zaczęła się „afera marszałkowa”.

IV. Berliński łącznik? Pospekulujmy...

Sporo tego. I taki facet pielęgnuje długoletnią przyjaźń z tajemniczym niemieckim biznesmenem, który w Polsce nie prowadzi żadnych konkretnych interesów, za to latami sponsoruje mu luksusową chatę (nawiasem mówiąc, za komuny uważaną za miejsce libacji esbeków z którymi „zaprzyjaźniony” był jeden z poprzednich właścicieli). Przy okazji - „informatyczna” firma Rotronik nie ma nawet strony internetowej i adresu e-mail, zaś miasteczko Selb za komuny położone między RFN, NRD a Czechosłowacją jak raz nadawało się na miejsce kontaktów ówczesnych służb specjalnych. Ciekawią również okoliczności w których Graś poznał w 1989 roku Roglera. Wybrał się ni z tego ni z owego do Bawarii i rok później Rogler powierzył mu – wówczas studentowi – stanowisko dyrektora polskiej filii swojej firmy?

Pozwolę sobie teraz pospekulować. Otóż, wszystkie okoliczności nasuwają podejrzenie, że Graś jest starannie hodowanym agentem, natomiast Paul Rogler albo go prowadzi, albo jest „slupem” za którego plecami stoi ktoś jeszcze. Wskazuje na to wyraźnie pretekstowy charakter jego działalności gospodarczej, staranne unikanie kontaktu z mediami, czy podawanie nieaktualnych informacji przed niemieckim sądem, że jednym ze źródeł dochodów Agemarku jest czynsz od Pro-Holding, jakby wyleciało mu z głowy, że sprzedał tę firmę w 2003 roku...

Graś uznawany jest za „cień” Donalda Tuska i najwierniejszego z wiernych. I tego najwierniejszego pretorianina Tusk przesuwa ze stanowiska związanego ze spec-służbami na dekoracyjną funkcję rzecznika rządu, którą Graś demonstracyjnie lekceważy. Dziennikarzom trudno jest się do niego dodzwonić, a gdy już coś palnie przed kamerami, to ręce opadają. Do tego jeszcze „afera willowa”... Nie takich jak on Tusk wywalał bez sentymentów za mniejsze „pijarowskie” zbrodnie, tymczasem Graś trwa – zupełnie, jakby jego aktualne stanowisko było tylko przykrywką dla zupełnie innej funkcji.

Narzucają się wręcz porównania z innym „niezatapialnym” - szefem ABW Krzysztofem Bondarykiem - który trwa na stanowisku bez względu na wszystko i o którym mówi się, że nie tyle Tusk mógłby zwolnić jego, ile on Tuska. Zupełnie, jakby sprawował nad Dyktaturą Matołów nadzór z ramienia Niewidzialnej Ręki...

Co do Grasia, to jego rola może być nieco odmienna. Wiemy, jak drastycznemu przeorientowaniu uległa polska polityka zagraniczna po dojściu do władzy PO w 2007 roku, a zwłaszcza po Katastrofie Smoleńskiej. Widzimy jak Tusk, wbrew wszystkiemu, ze zdrowym rozsądkiem na czele, robi za „europejskiego prymusika”, co w praktyce przekłada się na realizowanie linii niemieckiej na wszelkich możliwych odcinkach. Czy możliwe zatem jest, że Graś pełni rolę „berlińskiego łącznika” dbającego o kontakty premiera z niemiecką „centralą”? A przy okazji jest aniołem-stróżem, mającym baczenie na to, co dzieje się w polskim rządzie? Czy Paweł Graś jest berlińskim okiem i uchem w Warszawie?

Spiskomania? To przypomnijmy sobie w jaki sposób niemiecka Fundacja Adenauera rękami polskich sprzedawczyków i pożytecznych idiotów zmanipulowała wybory w 2007 roku, co znakomicie opisał onegdaj Rewizor. Skoro nasz Wielki Brat zza Odry był w stanie „przekręcić” wybory za pomocą kampanii mobilizującej 3 mln wyborców we właściwej grupie docelowej, to jakim problemem jest postawić swojego „ciecia” przy polskim premierze? Premierze, który zawdzięcza temuż niemieckiemu Bratu swe rządy? Wszak kontrola jest najwyższą formą zaufania...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL