Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Maziarski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Maziarski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 sierpnia 2017

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Gołym okiem widać, że pokłosiem prezydenckiej decyzji jest powrót atmosfery rodem sprzed przyśpieszonych wyborów 2007 r.


I. Gorąca linia Merkel – Duda?

Po podwójnym vecie prezydenta Dudy burza wokół reformy sądownictwa wprawdzie nieco przycichła, ale wszystko wskazuje, że tylko po to, by jesienią powrócić ze zdwojoną siłą. Póki co jednak, obie strony przegrupowują się, dokonują przeglądu sił i przygotowują na kolejną odsłonę batalii. Skoro zatem mamy chwilę oddechu, warto przyjrzeć się zarówno dotychczasowej sytuacji, jak i sformułować przestrogi na najbliższą przyszłość.

Pierwszą sprawą, którą jakoś dziwnie pomija się w kontekście rozgrywki wokół sądów, jest 45-minutowa rozmowa telefoniczna na linii Angela Merkel – Andrzej Duda, do której doszło 18 lipca. Przypomnijmy, że tego samego dnia prezydent zgłosił swoją inicjatywę ustawodawczą dotyczącą wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa większością 3/5 głosów. Na uwagę zasługuje tutaj znamienna rozbieżność w relacjonowaniu rozmowy zachodząca między Kancelarią Prezydenta a niemieckim rządem. Szef gabinetu prezydenta, Krzysztof Szczerski, poinformował jedynie, że była mowa o wizycie Trumpa w Warszawie, szczycie G-20 oraz o inicjatywie Trójmorza, zaś kanclerz Merkel miała pogratulować Dudzie sukcesu warszawskiego szczytu. Istotne jest tu wymowne przemilczenie przez prezydenckiego ministra wątku praworządności, który także miał być podniesiony przez kanclerz Merkel. Z kolei rzecznik niemieckiego rządu, Steffen Seibert, w swym komunikacie główną uwagę poświęcił właśnie kwestii reformy sądownictwa i społecznych protestów, jedynie mimochodem wspominając o pozostałych tematach rozmowy. Trudno o większy kontrast w rozłożeniu akcentów.


II. Caryca Katarzyna i król Stasio

Ale jest jeszcze jeden intrygujący szczegół. Otóż podczas spotkania w Klubie Ronina w poniedziałek 24 lipca, już po ogłoszeniu prezydenckiego veta, Aleksandra Rybińska (dziennikarka specjalizująca się w tematyce międzynarodowej, w tym niemieckiej) poinformowała, że niemiecki dziennik „Bild” zamieścił na swoich stronach artykuł informujący, iż to właśnie kanclerz Angela Merkel miała namówić prezydenta Dudę do zawetowania ustaw. Co ciekawe, tekst ten bardzo szybko został zdjęty i dziś próżno go szukać w internecie. Sama Aleksandra Rybińska podała tę informację w nieco lekceważącym tonie, sugerując, iż „Bild” po prostu się pomylił i stąd szybkie wycofanie artykułu – ja jednak pozwolę sobie zaryzykować inną hipotezę. Owszem, „Bild” to bulwarówka, lecz dobrze poinformowana i należąca do żyjącego z Berlinem w symbiozie koncernu Axel Springer. Co więcej, w Niemczech normą są tzw. „kręgi” - nieformalne gremia dziennikarzy skupionych wokół prominentnych polityków, którzy podczas na poły towarzyskich spotkań prezentują przedstawicielom mediów swój punkt widzenia na szereg spraw – co następnie jest kolportowane do szerokiej publiczności jako głos „niezależnego dziennikarstwa”. Siłę oddziaływania „Bilda” najlepiej scharakteryzował kanclerz Schroeder: „Do zdobycia władzy potrzeba »Bilda«, niedzielnego wydania »Bilda« i telewidzów”. I taki tytuł w takiej sprawie miałby sobie pozwolić na niefrasobliwe wypuszczenie jakiegoś „fake newsa”?

Otóż sądzę, że „Bild” dobrze wiedział co publikuje, zaś artykuł zdjął, bo „ktoś” zadzwonił do redakcji z dyspozycją, by nie wybiegali przed szereg i nie płoszyli Polaków takimi rewelacjami. No bo jak to wygląda – niemiecka kanclerz mieszająca się do spraw sąsiedniego kraju i sugerująca polskiemu prezydentowi decyzje w kluczowych sprawach, niczym caryca Katarzyna królowi Stasiowi? Zwróćmy przy tym uwagę, że w sprawach Polski Angela Merkel wręcz ostentacyjnie trzyma się w cieniu, zostawiając ujadanie niemieckim mediom, drugorzędnym politykom i brukselskim urzędnikom pokroju Timmermansa. Niedawno tę taktykę potwierdził zresztą otwartym tekstem „Die Welt” pisząc, że Merkel szykuje w ten sposób grunt pod powrót Donalda Tuska i stwierdzając w innym miejscu a propos veta: Reakcja Dudy potwierdza, że w tym przypadku strategia niemieszania się też zafunkcjonowała”. Innymi słowy – „tisze jediesz, dalsze budiesz.

Jeszcze słowo wyjaśnienia – nie posądzam Dudy o jakąś intencjonalną zdradę. Po prostu popełnił błąd, pozwalając się wciągnąć w dyplomatyczną kombinację. Być może sądził, że dzięki swojemu vetu sprawi, iż Merkel wymusi na Timmermansie rezygnację z uruchomienia art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Ultimatum wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej pokazało, że dał się koncertowo ograć. Oczywiście, wszystko powyższe to jedynie moja hipoteza, jednak uważam, że całkowicie uprawniona – inaczej musiałbym przyjąć, że kanclerz Merkel zadzwoniła do Dudy tylko po to, by przez 45 minut gratulować mu udanej wizyty Donalda Trumpa.


III. Powtórka z 2007r.?

Natomiast gołym okiem widać, że pokłosiem prezydenckiej decyzji jest powrót atmosfery rodem sprzed przyśpieszonych wyborów 2007 r. - z tą różnicą, że wówczas obcięto PiS-owi „przystawki”, czyli LPR i Samoobronę, zaś teraz gra toczy się o rozbicie Zjednoczonej Prawicy. Nie milkną spekulacje wokół utworzenia jakiegoś „ośrodka prezydenckiego” w czym prócz mediów „totalnej opozycji” biorą udział również niektórzy publicyści kojarzeni z prawicą – tak się składa, że ci sami, którzy od dawna wyrażają tęsknotę za jakimś „ulepszonym” PiS-em (czytaj – bez Kaczyńskiego), a swojego czasu pokładali nadzieję w PJN i figurach pokroju Migalskiego, Jakubiakowej, Poncyliusza czy Kluzik-Rostkowskiej. Zastrzegają się wprawdzie, że nie chodzi im o partię prezydencką, lecz o rodzaj autonomicznego centrum politycznego skupionego wokół Pałacu, lecz naturalna dynamika wydarzeń zwyczajnie musiałaby sprawić, że taka inicjatywa skończyłaby się rozłamem.

Jeżeli Andrzej Duda pozwoli się uwieść tym syrenim śpiewom, to nie tylko będzie to katastrofą dla Polski, torującą drogę powrotu poprzedniemu układowi – lecz również dla niego samego będzie to oznaczać śmierć polityczną. Prócz losu „PJoN-ków” warto tu przypomnieć fiasko Lewicy i Demokratów mających być politycznym wehikułem dla come backu Aleksandra Kwaśniewskiego. Tym razem skończyłoby się podobnie, a Andrzej Duda z dnia na dzień stałby się bardzo młodym emerytem. Wyborcy w ogromnej większości głosowali na Dudę dlatego, że był kandydatem PiS i pracowała na niego cała partyjna maszyneria z Beatą Szydło jako szefową sztabu wyborczego – i dobrze byłoby, gdyby pan prezydent o tym nie zapominał, bo może się przekonać, że finalnie zagłosują na niego tylko Ziemkiewicz z Warzechą.

No i sprawa ostatnia: przy okazji demonstracji przeciw reformie sądownictwa ujawniły się dwa, uśpione do tej pory czynniki – w protesty zaangażowali się dotąd bierni politycznie młodzi ludzie (co z tego, że zmanipulowani), a do tego chęć wejścia do czynnej gry zgłosiły duże domy mediowe, zirytowane nieporadnością „totalnej opozycji”. To potencjalnie wybuchowa mieszanka, o czym świadczy historia kampanii „Zmień kraj, idź na wybory” ze słynnym spotem „Zabierz babci dowód”, co znakomicie opisał śp. Jacek Maziarski w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Mianowicie, stojąca za akcją „Koalicja 21 października.pl” skupiająca różne NGO'sy i firmy PR (z Fundacją Adenauera w tle), skierowała swój przekaz właśnie do młodych, skutecznie mobilizując tę część elektoratu, co ostatecznie przeważyło szalę, czym „Koalicja” nie omieszkała się pochwalić: „3 mln wyborców, którzy zagłosowali pod wpływem kampanii, pokrywają się prawie całkowicie z wielkością grupy docelowej kampanii”. Ten scenariusz może się powtórzyć.

Konkludując – podwójne veto prezydenta Dudy nie tylko nie wygasiło protestów, odkładając je jedynie do jesieni, lecz na dodatek uruchomiło w obozie rządzącym niebezpieczne tendencje odśrodkowe. Dziś mielibyśmy już całą awanturę za sobą, a tak niedługo czeka nas powtórka (bo każda ustawa będzie dla opozycji z zasady nie do przyjęcia) - na dodatek pod dyscyplinarnym ostrzałem z Brukseli i Angelą Merkel grającą za kulisami na obalenie rządu. No cóż, Panie Prezydencie – czekamy na obiecane ustawy....


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Między wojną, a hańbą

Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Timmermans – lewacki burak roku


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 31 (04-10.08.2017)

czwartek, 7 kwietnia 2016

W przededniu wojny domowej

Wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

I. Rokosz trybunalski

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nie tylko polityczną robótką na zamówienie opozycji (choć to, ma się rozumieć, również). To przede wszystkim podkładka na użytek zagranicy, ze szczególnym uwzględnieniem Komisji Europejskiej, mająca dać pretekst do dalszych wrogich kroków wobec Polski. Zarówno prezes Rzepliński, jak i reszta składu orzekającego w zasadzie poniechała jakichkolwiek pozorów bezstronności, jawnie pozycjonując się jako jedna ze stron politycznego sporu. Ciąg wydarzeń jest bowiem następujący: najpierw sędzia Rzepliński pisze „pod siebie” nową ustawę o TK, następnie koalicja PO-PSL metodą faktów dokonanych wybiera pięciu sędziów z czego dwóch nielegalnie nawet w świetle ówcześnie obowiązujących przepisów (koniec kadencji dwójki sędziów, profesorów Zbigniewa Cieślaka i Teresy Liszcz, przypadał na okres już po wyborach parlamentarnych – odpowiednio 2 i 8 grudnia). Nowa większość sejmowa postanawia odpłacić pięknym za nadobne i unieważnia uchwałą wybór całej piątki, powołując w jej miejsce innych kandydatów, następnie zaś uchwalając nową ustawę o TK, której Trybunał pod przewodnictwem sędziego Rzeplińskiego zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości, odmawiając jej domniemania konstytucyjności. Wskutek powyższego Trybunał obradując pod rządami dotychczasowej, „rzeplińskiej” ustawy, uznaje ustawę „pisowską” za niekonstytucyjną. W międzyczasie, jak się okazuje, sentencja końcowego orzeczenia konsultowana jest z politykami PO – na co najmniej dwa tygodnie przed ostateczną rozprawą i formalnym ogłoszeniem wyroku.

Mamy zatem nową jakość – jawny rokosz trybunalski. TK otwarcie postawił się ponad jakąkolwiek władzą, w tym władzą ustawodawczą Sejmu dysponującego demokratycznym mandatem. Od tej pory TK może w zasadzie przechodzić do porządku dziennego nad kolejnymi aktami prawnymi przyznając bądź odbierając im „po uważaniu” walor domniemania konstytucyjności. Jest to więc de facto wykreowanie nowej sytuacji ustrojowej – „trybunałokracji”, w której jeden z organów państwa samowolnie ustala swe kompetencje. Wszystko to poza porządkiem konstytucyjnym, bowiem obecna konstytucja zwyczajnie nie przewidziała takiego rozwoju wypadków. W tych okolicznościach Polsce de facto grozi dwuwładza – parlament będzie uchwalać ustawy zatwierdzane przez prezydenta i wdrażane przez rząd, natomiast Trybunał ostentacyjnie sprzymierzając się z opozycją – tak parlamentarną, jak i „uliczną” (KOD) - będzie je po kolei „uchylał” pod byle pretekstem, czego z kolei nie będzie uznawał rząd, odmawiając drukowania wyroków. Trybunał w konsekwencji zapewne stanie na stanowisku, że jego werdykty obowiązują „same z siebie” niezależnie od formalnego ogłoszenia w dziennikach urzędowych. Rodzi to naturalne pytanie, jak w takiej sytuacji będą zachowywały się sądy – wedle których przepisów zechcą orzekać? A administracja publiczna? Krótko mówiąc, wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

II. Bunt mainstreamu

Oczywiście, można teraz się zastanawiać, czy PiS-owi była potrzebna ta awantura – w swej początkowej fazie wyłącznie prestiżowa, bowiem nawet mianowanie pięciu sędziów nie dawało większości w 15-osobowym Trybunale. Czy nie lepiej było poprzestać na unieważnieniu wyboru dwójki sędziów, których kadencja upływała w grudniu? Najwyraźniej nie doceniono stopnia determinacji i politycznego zaangażowania sędziego Rzeplińskiego oraz stojącego za nim prawniczego establishmentu, przyzwyczajonego do samodzielnego ustalania reguł środowiskowych – nawet gdy dotyczą one nie tylko „prywatnych” korporacji, lecz również spraw sądownictwa i prokuratury. A że akurat w tej materii interes prawniczych luminarzy był zbieżny z interesem reszty odsuwanego właśnie od wpływów magdalenkowego mainstreamu – na zasadzie: dziś „pisowcy” wezmą się za nas, jutro za was, więc połączmy siły – toteż obserwowany obecnie wewnętrzny sojusz zjednoczonego obozu beneficjentów III RP w imię „obrony demokracji” narzucał się sam. Na powyższe nałożyły się antagonizmy, nazwijmy to, kastowo-kulturowe. Już samo podwójne zwycięstwo „pisiorów” pod wodzą „kurdupla” było dla dotychczasowej „klasy uprzywilejowanej” i jej społecznego zaplecza lubiącego siebie określać mianem „Polski jasnej” nie do zniesienia. Gdy zaś okazało się, że PiS ma zamiar na serio zabrać się za ich naturalne żerowiska, za nic mając ustalone przez ostatnie ćwierćwiecze hierarchie i nadęte autorytety, doszło do sprzężenia całkiem przyziemnych interesów z poczuciem urażonej godności. „Mohery” wkraczające z przytupem w zastrzeżone dotąd rewiry – to musiało zostać odebrane jako policzek i nieuprawnioną uzurpację. Szerzej ten typ emocji opisałem w świąteczno-noworocznym tekście „Portret KOD-owca” („Polska Niepodległa” nr 50-52 23.12.2015-12.01.2016) - polecam.

Kolejnym błędem, potencjalnie kosztownym politycznie, była „ucieczka do przodu” - czyli zaproszenie przez ministra Waszczykowskiego Komisji Weneckiej, co po czasie przyznał zresztą Jarosław Kaczyński. Mimo tego, że stanowisko Komisji ostatecznie wcale nie było tak miażdżące jak spodziewały się tego środowiska opozycyjne (Komisja przyznała m.in. że konstytucję naruszyła zarówno poprzednia jak i obecna władza, wezwała też obie strony w parlamencie do „znalezienia rozwiązania” kryzysu), to medialno-propagandowy przekaz na kraj i zagranicę oczywiście skoncentrował się tylko na elementach krytycznych wobec PiS. Reakcji różnych międzynarodowych gremiów tylko patrzeć.

III. W przededniu wojny domowej

Niezależnie jednak od wymienionych tu zastrzeżeń co do błędów Prawa i Sprawiedliwości, trzeba powiedzieć sobie jasno – za konsekwentne podgrzewanie atmosfery odpowiada Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP wraz z jego politycznymi emanacjami. Zresztą nic dziwnego, grają bowiem wedle schematu „im gorzej, tym lepiej”, czując za plecami poparcie płynące z obcych ośrodków, dla których obecny rząd dążący do odzyskania przez Polskę w kluczowych obszarach podmiotowości, stanowi zagrożenie różnorakich interesów. Toteż doprowadzenie do stanu wrzenia, wręcz wojny domowej, jest wspólnym celem uczestników „kodowskich” demonstracji, sił politycznych pozostających na obcym jurgielcie, Brukseli, Berlina, Moskwy, międzynarodowego biznesu... słowem – wszystkich, którym suwerenna Polska jest nie na rękę. Jak można sądzić po nagłaśnianych sygnałach zza Atlantyku, tyczy się to również Stanów Zjednoczonych – ktoś trafnie zauważył, że Waszyngton uwielbia przewerbowaną agenturę i zapewne chętniej widziałby w Warszawie kogoś pokroju Leszka Millera z czasów Starych Kiejkutów. Opcja niepodległościowa, pretendująca do samodzielności, stanowi tylko utrudnienie – i najwyraźniej w oczach USA PiS zaczęło za bardzo targać smyczą, choćby domagając się w zamian za poparcie gwarancji bezpieczeństwa w postaci stałych baz NATO.

Czeka nas zatem wiosenna wojna domowa połączona z obcą interwencją (oby tylko na polu dyplomatycznym i gospodarczym). Platforma, Nowoczesna, kodowcy itd. nawet nie ukrywają, że liczą właśnie na ingerencję – bo też, na podobieństwo Targowicy, silni są przede wszystkim zewnętrznym poparciem. Wyrok TK jest kolejnym krokiem na drodze do spodziewanej konfrontacji, dając wygodny asumpt do eskalowania wrogich działań w imię obrony „konstytucyjnego porządku” i „demokracji”. Wprawdzie Węgry ustami Viktora Orbana już zapowiedziały, że nie poprą żadnych sankcji przeciwko Polsce, ale zapewne Bruksela poszuka sposobów na ominięcie węgierskiego weta, tym bardziej, że Berlinowi zależy na zdyscyplinowaniu krnąbrnego wasala. Schetyna otwarcie mówi o „Majdanie w Warszawie”, a warto pamiętać, że taki Soros ma w organizowaniu i sponsorowaniu różnych „majdanów” spore doświadczenie. Możemy zatem spodziewać się chociażby ulicznych burd i prowokacji. KOD, który zdążył zarejestrować się jako stowarzyszenie, ma otwartą drogę do przyjmowania funduszy – zarówno oficjalnych, jak i nieoficjalnych, legalizowanych jako datki z „puszek”.

I tutaj dochodzimy do organizacji pozarządowych funkcjonujących w Polsce na zasadzie agentury wpływu podpiętej pod zagraniczne źródła finansowania – czasem, jak w przypadku darowizn z fundacji afiliowanych bądź przy CDU, bądź to przy SPD, wprost z niemieckiego budżetu. W tym kontekście nigdy dość przypominania o roli jaką odegrało założone przez Balcerowicza, a współpracujące m.in. z Fundacją Adenauera, Forum Obywatelskiego Rozwoju w kampanii wyborczej 2007 roku, co opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - FOR z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” zmobilizowało „grupę docelową” 3 mln młodych wyborców, co otworzyło Platformie drogę do wygranej. Aktywizacja chociażby „Amnesty International” i innych NGO'sów, które za PO siedziały cicho, nie pozostawia złudzeń co do ich politycznego oblicza. Na dobrą sprawę, należałoby organizacje korzystające z zagranicznego sponsoringu uznać za obcych dywersantów i stosownie do tego traktować. W końcu, jak wojna – to wojna!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/wi%C4%99c-wojna

http://blog-n-roll.pl/pl/portret-kod-owca

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (16-22.03.2016)

piątek, 23 października 2015

Cisza przed wojną

Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą.

I. Droga ku kondominium

Wiem, że już o tym pisałem, ale sądzę, że warto tuż przed wyborami pewne sprawy przypomnieć, by kampanijna ekscytacja nie przesłoniła nam właściwych kontekstów i proporcji. Otóż, gdy po dwuletniej szarpaninie PiS zdecydował się na przedterminowe wybory, do gry postanowiły wkroczyć Niemcy uznając najwyraźniej, że pora „na twardo” zainstalować w Warszawie swoją polityczną ekspozyturę w charakterze kolonialnych nadzorców gwarantujących, że Polska nie będzie sprawiać więcej kłopotów. Mechanizm zdobycia władzy opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w swym legendarnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie – Niemcy uruchomili afiliowaną przy CDU Fundację Adenauera, ta zaś za pośrednictwem swego kolaboranta-podwykonawcy, czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju należącego do Leszka Balcerowicza sformowała „Koalicję 21 października” grupującą kilkaset podmiotów, które z kolei wystartowały z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” z pamiętnym hasłem „zabierz babci dowód”. W efekcie, zmobilizowano 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową akcji - którzy gremialnie zagłosowali na Platformę, przesądzając o wyniku wyborów.

Na powyższe nałożyło się słabnięcie pozycji USA w Europie Środkowo-Wschodniej – administracja George'a W. Busha była już praktycznie na wylocie, za oceanem czuło się wiatr zmian spersonifikowany wkrótce w osobie Baracka Obamy i jego „change”. Bushowi zależało już w zasadzie na jednym – dopiąć projekt tarczy antyrakietowej, tak, by jego następca nie mógł się z niego wycofać. I właśnie na sabotowaniu amerykańskiej tarczy skupiła się polityka zagraniczna ekipy Tuska w pierwszym okresie rządów. Przyjęto taktykę „przeczekać Busha” i dotrwać do zmiany warty w Waszyngtonie, co z oczywistych względów było na rękę Niemcom i Rosji. Wreszcie, symbolicznego 17 września 2009 nastąpiło ostateczne przyklepanie przez Obamę jego „resetu” w relacjach z Rosją – czyli oficjalne wycofanie się USA z projektu tarczy, co równało się rezygnacji Stanów Zjednoczonych z prowadzenia czynnej polityki w naszej części Europy (w domyśle – w zamian za ustępstwa Kremla w innych częściach świata). Innymi słowy – Niemcy i Rosja dostały wolną rękę w kształtowaniu swoich stref wpływów. Droga do budowy Mitteleuropy i Eurazji stanęła otworem. Tak oto wkroczyliśmy w epokę niemiecko-rosyjskiego kondominium.

II. Kolonia niemiecko-rosyjska

Każdy z naszych zarządców spożytkował sytuację na swój sposób. Putin wykorzystał okazję, by do spółki z ludźmi WSI zlikwidować Lecha Kaczyńskiego i patriotyczną elitę (będę się upierał, że gdyby nie „reset” Obamy, Rosjanie na zamach w Smoleńsku by się jednak nie odważyli – Obama, świadomie lub nie, wydał na Kaczyńskiego wyrok śmierci) oraz ulokować Komorowskiego jako „swojego człowieka pod żyrandolem”. Merkel natomiast dokończyła przekształcanie naszego kraju w ekonomiczną przybudówkę Niemiec pod zarządem Tuska. Nawiasem mówiąc, tłumaczyłoby to nagłą „rezygnację” Donalda Tuska z ambicji prezydenckich. Zapewne wytłumaczono mu, iż logika układanki wpływów wymaga, by „duży pałac” pozostawał w gestii Moskwy.

Relacje niemiecko-rosyjskie przypieczętowane budową Nord Streamu przeżywały rozkwit. My ze swej strony posłusznie zrezygnowaliśmy z regionalnych aspiracji na rzecz „polityki piastowskiej”, „płynięcia z głównym nurtem UE”, tudzież „hołdu berlińskiego”, wyrzekając się tym samym podmiotowości na rzecz statusu kolonialnego. Odzwierciedleniem powyższego był również tuskowy „mini-resecik” w relacjach z Moskwą, szczególnie po zamachu smoleńskim – Niemcy chciały mieć „spokój na dzielnicy” i go otrzymały. Co szczególnie przykre, w ów „resecik” dał się wmanipulować także polski Kościół podpisując z rosyjską Cerkwią w 2012 roku „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, którego sygnatariuszami byli abp. Józef Michalik oraz agent KGB, patriarcha Cyryl. Abp. Michalik w wywiadzie dla KAI stwierdził wówczas: „jestem absolutnie przekonany, że na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić”.

Rzecz jasna, wykonawcami tej polityki na polskim podwórku były „bezpieczniackie watahy”, jak określa Stanisław Michalkiewicz różne sitwy tajnych służb zarządzające Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, na który to obóz składa się sprzedajna klasa polityczna, media, koterie biznesowe – słowem, szeroko rozumiany aparat władzy wraz z przybudówkami. Owe hordy, zakorzenione w głębokim PRL-u i reprodukujące się w kolejnych pokoleniach mają cudowną właściwość przewerbowywania się pod skrzydła kolejnych protektorów w zależności od aktualnej geopolitycznej koniunktury – równie dobrze mogą wysługiwać się Moskwie, Berlinowi jak i Waszyngtonowi. Oczywiście, czasem dochodzi do wojen tych mafijnych klanów o, mówiąc Szmaciakiem, „forsę i włości”, co na zewnątrz objawia się różnymi politycznymi paroksyzmami, ale zasada ich funkcjonowania pozostaje niezmienna, podobnie jak „organizatorska rola” naszego życia, z przeproszeniem, publicznego.

III. Wyrok na Platformę

I tu pomału dochodzimy do spraw teraźniejszych. Ni z tego ni z owego bowiem Niemcy i Rosja pożarły się przy podziale łupów – poszło mianowicie o Ukrainę i rozgraniczenie Mitteleuropy oraz Eurazji. Widomym znakiem toczącego się sporu było przeciąganie Janukowycza pomiędzy Unią Europejską a rosyjską Unią Celną. Jak wiemy, Janukowycz został przez Putina skutecznie zdyscyplinowany, na co Niemcy odwinęły się Majdanem i osadzeniem na kijowskim stolcu człowieka Angeli Merkel, czyli Petro Poroszenki. Rosja odpowiedziała aneksją Krymu i wojną w Donbasie... i w tym momencie kanclerz Angela mimo wszystkich sankcji, formatów normandzkich itd. poczuła, że jednak ma zbyt krótkie ręce. Potrzebowała sojusznika – na takowego zaś nadawały się jedynie Stany Zjednoczone, które w międzyczasie zdążyły już zmontować na Ukrainie własną frakcję uosabianą przez premiera Jaceniuka. USA zresztą postanowiły generalnie powrócić do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej flankując Rosję, która nie pozwalała rozwinąć im w pełni skrzydeł na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Syrii. Jednak, by takie zaangażowanie miało ręce i nogi, Waszyngton potrzebował spełnienia podstawowego warunku: na bezpośrednim zapleczu ukraińskiego frontu, czyli w Warszawie, muszą rządzić „nasze sukinsyny”. Jak mniemam, taki właśnie warunek postawiono Angeli Merkel - i ta, rada - nierada, musiała nań przystać, wskutek czego na fali wznoszącej znalazł się tradycyjnie sprzyjający Amerykanom PiS, upatrujący w USA zabezpieczenia przeciw Rosji i politycznego „dopalacza” windującego naszą regionalną pozycję.

Skoro ze świata popłynął właśnie taki sygnał, to przynajmniej część naszych bezpieczniackich hord postanowiła na powrót przewerbować się na amerykański jurgielt i rozpoczęła krzątaninę przygotowującą zmianę władzy. Sądzę, iż odpalenie oraz konsekwentne „grzanie” „afery taśmowej” jest właśnie elementem takiej podgatowki. Angela Merkel ewakuowała jeszcze Donalda Tuska do Brukseli na dekoracyjną posadę „prezydenta Europy”, dbając tym samym, by nie spłonął w ogniu krajowych walk politycznych, bo w przyszłości może się jeszcze na polskim odcinku przydać, jednak sama Platforma skazana została na zatonięcie. Pierwszą konkretną ofiarą nowego rozdania stał się Bronisław Komorowski, który jako polityczny relikt po epoce niemiecko-rosyjskiego kondominium tylko zawadzał i nie było żadnych powodów, by trzymać go na kolejną kadencję. Co ciekawe, sam Komorowski najprawdopodobniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy czego tak naprawdę padł ofiarą i potrafi tylko bredzić o „fali nienawiści”.

IV. Cisza przed wojną

Pojawia się pytanie – czy Waszyngton postawi na oddanie PiS-owi pełni władzy, czy też będzie chciał zachować na wszelki wypadek „pakiet kontrolny” w postaci zmuszenia PiS do utworzenia rządu mniejszościowego, bądź jakiejś niewygodnej koalicji? Z amerykańskiego punktu widzenia istnieje ryzyko, że uzyskanie absolutnej większości przez obóz patriotyczny może skutkować urwaniem się Polski ze smyczy i prowadzeniem samodzielnej polityki, to zaś Wujowi Samowi jest potrzebne jak dziura w moście. Jak niedawno stwierdził Jerzy Targalski w rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL – Amerykanie uwielbiają przewerbowaną agenturę. Zbyt samodzielny sojusznik to zbędny kłopot.

I w tym momencie dochodzimy do sedna – 25 października warto spłatać naszemu „strategicznemu sojusznikowi” figla i dać PiS-owi (przy wszystkich jego wadach) samodzielną większość. Tylko w ten sposób możemy mieć szansę na realne wyemancypowanie się spod wpływów różnych handlujących nami „patronów”. Trzeba mieć bowiem świadomość, że obecny układ i stojąca za nim część bezpieki nie poddadzą się bez walki. Zaraz po wyborach rozpocznie się wojna. Tak, tak – prawdziwa wojna dopiero przed nami. Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą. I dlatego warto na tę wojnę wyposażyć naszą polityczną armię w jak największą liczbę szabel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Kolej na Ewę

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Opuścić Eurokołchoz

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

czwartek, 15 maja 2014

Berlińscy ciecie w Warszawie

Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat?

I. Nagły atak dobrej pamięci

To już wolno mówić o niemieckich pieniądzach? - pomyślałem sobie, gdy rozpętała się zadyma na tle „berlińskiej pożyczki” KL-D, czyli kuźni kadr „aferałów”. No, ale bez względu na to, że nagły atak dobrej pamięci Pawła „Lucky Casino” Piskorskiego ewidentnie podyktowany został przedwyborczymi rozgrywkami, dobrze się stało. Pierwsze tabu zostało przełamane, więc może medialny mainstream, zwłaszcza ten po prawej stronie, zainteresuje się również czasami nieco późniejszymi, a znalazłoby się sporo interesujących tropów, o czym za chwilę.

Rewelacja Piskorskiego jest dla mnie przede wszystkim potwierdzeniem tego, co wielu zapewne przeczuwało – mianowicie, że polska scena polityczna od samego zarania III RP formatowana była przez zewnętrzne potęgi na zasadzie jurgieltniczej. Moskiewską pożyczkę dostali postkomuniści, więc naturalną koleją rzeczy również i Berlin chciał mieć własnych konfidentów. Nie ma jak wyhodowanie u sąsiada politycznej agentury wpływu realizującej zlecone jej interesy.

II. Wybory 2007 i Fundacja Adenauera

W każdym razie, skoro już wolno mówić o różnych ciemnych sprawkach związanych z finansowaniem przez ościenne mocarstwa naszej rzeczywistości politycznej, to pozwolę sobie przypomnieć tekst Rewizora czyli śp. Jacka Maziarskiego „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Świadczy on bowiem, że „berlińska pożyczka” dla KL-D była zaledwie początkiem długofalowej współpracy.

W telegraficznym skrócie: w artykule opisana jest „kuchnia” akcji „Zmień kraj. Idź na wybory” ze słynnym hasłem „zabierz babci dowód”. Okazuje się, że mocodawcą była Fundacja Adenauera należąca do niemieckich chadeków i finansowana niemal w całości z niemieckiego budżetu. Jej polskim kolaborantem było Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau znane też pod nazwą Forum Obywatelskiego Rozwoju, założone przez Leszka Balcerowicza wraz z m.in. Tadeuszem Syryjczykiem, Janem Wejchertem, Władysławem Bartoszewskim, Andrzejem Olechowskim i innymi postaciami z podobnej politycznej parafii. FOR następnie powołało wraz z ponad 150 podmiotami do życia Koalicję „21 października.pl”.

W efekcie, pod wpływem kampanii której klipy emitowały bezpłatnie największe media w Polsce (koszt cennikowy reklam – ok. 3 mln. zł), zmobilizowano do udziału w wyborach ok 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową najsilniej popierającą Platformę. Ten właśnie elektorat przeważył szalę zwycięstwa wyborczego w 2007 roku na korzyść PO. Może warto by pójść tym tropem i prześledzić powiązania z Berlinem, głównie poprzez system fundacyjno-stypendialny, różnych środowisk wspierających partię Donalda Tuska? Podrzucam ten trop dziennikarzom śledczym zupełnie za darmo – w końcu, skoro można już mówić o pieniądzach KL-D, to może nadeszła pora, by posunąć się o krok dalej, tym bardziej, że tekst Rewizora, choć odbił się szerokim echem w internecie, to przez inne media, również te z pretensjami do niezależności, opozycyjności itd., został kompletnie zignorowany.

III. Berliński cieć w Warszawie

Polecam również przyjrzenie się historii powiązań Pawła Grasia z niemieckim biznesmenem Paulem Roglerem, które opisałem onegdaj w notce „Berliński łącznik?”. Zapewniam, że słynne cieciowanie w willi w Zabierzowie, na którym skoncentrowały się niegdyś media, jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Znajomość Grasia i Roglera sięga bowiem 1989 roku, kiedy to poznali się w ówczesnych Niemczech Zachodnich, zaś w 1990 roku Rogler, który wcześniej prowadził w bawarskim miasteczku Selb punkt ksero, pojawił się w Polsce jako właściciel firmy informatycznej Rotronik EDV-Entwicklungen i założył polską filię o nazwie Pro-Holding, której szefem został Graś. Graś następnie (1993 r.) kupił od sekretarza rady nadzorczej Pro-Holding spółkę Agemark. W 1994 Agemark kupuje słynną willę w Zabierzowie, a w końcu (1996 r.) Agemark wraz z willą odkupuje od Grasia Paul Rogler. Dodajmy, że Agemark praktycznie nie wykazywał żadnej biznesowej aktywności, często kończył rok „pod kreską” (podobnie jak Pro-Holding, który Rogler w końcu sprzedał – lecz tylko po to, by zwiększyć kapitał zakładowy Agemarku), zaś jedynym godnym uwagi majątkiem firmy jest właśnie znana willa.

Widzicie w tym jakikolwiek biznesowy sens? Podsumujmy. 1) Niemiecki „przedsiębiorca” (obecnie emeryt) ładuje pieniądze w działalność przynoszącą straty i nie wycofuje się z niej po dziś dzień, zaś jego „firma informatyczna” Rotronik nie ma nawet strony internetowej i adresu e-mail. 2) Firmy-krzak, którym patronuje w Polsce mają za zadanie wyłącznie zapewnić lokum Grasiowi. 3) Rogler nie sprzedaje willi w Zabierzowie, ani nie wynajmuje jej na rynkowych zasadach, by odzyskać choć część utopionych pieniędzy...

Nadmienię jeszcze, że miasteczko Selb położone w 1989 w pobliżu granic NRD i Czechosłowacji uchodziło za miejsce spotkań agentów służb specjalnych. Czego szukał tam w 1989 roku student Paweł Graś, który powrócił do Polski jako dyrektor filii „firmy informatycznej”? Przypomnijmy, że późniejsze polityczne zainteresowania Grasia oscylowały przeważnie wokół spec-służb i resortów siłowych. Może więc Graś jest starannie hodowanym niemieckim agentem, natomiast Rogler albo go prowadzi, albo jest „słupem” za którego plecami stoi ktoś jeszcze? Innymi słowy – czy Paweł Graś jest berlińskim okiem i uchem przy Donaldzie Tusku?

Na zakończenie – czy przy takich powiązaniach może dziwić fakt, iż Angela Merkel była w stanie skutecznie zakazać Tuskowi kandydowania na prezydenta, bo najwyraźniej potrzebny był jej na stanowisku premiera jako strażnik i gwarant niemieckich interesów w Polsce? Może na odkrycie szczegółów relacji wzajemnych na linii Berlin – Platforma Obywatelska nie będziemy musieli czekać ponad 20 lat, jak miało to miejsce w przypadku „berlińskiej pożyczki” KL-D. Skoro już wolno mówić o niemieckich pieniądzach w polskim życiu publicznym...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

http://niepoprawni.pl/blog/346/berlinski-lacznik

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr.19 12.05-18.05.2014

piątek, 19 kwietnia 2013

Organizacje pozarządowe jako agentura wpływu

Pozornie apolityczne organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju, by realizować interesy swych mocodawców.

I. Pułkownik Putin... ma rację!

Od jakiegoś czasu tzw. „społeczność międzynarodowa” zapowietrza się z oburzenia na poczynania cara Władimira Władimirowicza Putina, który postanowił wziąć za twarz organizacje pozarządowe – zwłaszcza te, które finansowane są z zagranicy. „Siłowicy” robią kipisze w biurach, rekwirują twarde dyski, każą spowiadać się z dochodów i podatków – no, słowem, zgroza i rzecz nie do uwierzenia w „starych demokracjach”. Stary czekista uznał najwyraźniej, że „społeczeństwo obywatelskie” to wprawdzie wielce fajna rzecz dla międzynarodowego wizerunku i w ogóle, ale bez przesady i Rosja powinna paru pięknoduchom pokazać, że gołą d... nie nastraszą jeża, jak powiadają starzy knajacy. Ja oczywiście nie mam złudzeń, że zimnokrwisty satrapa nie robi tego w żadnym tam wzniosłym „interesie Rosji”, tylko w jak najbardziej przyziemnym interesie swoim i swojej czekistowskiej kliki, żeby mu się „raby” przypadkiem nie zbuntowały i nie urządziły jakiejś kolorowej rewolucji sponsorowanej przez nie wiadomo kogo - taki bowiem jest sens proklamowanej w Rosji „suwerennej demokracji”, która oznacza suwerenność władzy wobec społeczeństwa.

Dostało się nawet dwóm ekspozyturom „strategicznego partnera” w interesach – czyli niemieckim fundacjom: im. Konrada Adenauera (podpiętej pod CDU) oraz Fundacji im. Friedricha Eberta (której patronuje SPD). W związku z tym ponoć między Berlinem a Moskwą nastąpiła polityczna „epoka lodowcowa”, która jednakże nie przeszkadza obu stronom kręcić wspólnych biznesów. Kanclerz Angela Merkel podczas spotkania na Targach Przemysłowych w Hanowerze nie omieszkała nadmienić, iż „Niemcy opowiadają się za rozwojem (w Rosji) silnego społeczeństwa obywatelskiego z wieloma organizacjami pozarządowymi”, ale ponieważ jak wiadomo realizacja podobnych postulatów godziłaby w same podstawy „suwerennej demokracji”, to Putin odwinął się wypomnieniem, że NGO's (organizacje pozarządowe) otrzymały w ciągu ostatniego roku „28 mld rubli" (ok. 684 mln euro) z zagranicy. Tamci rzecz jasna protestują, że nieprawda i nie aż tyle, ale niewykluczone, że kremlowski kagiebista ma swoje dane o kwotach otrzymywanych przez żarliwych demokratów „pod stołem”.

Jak można się domyślać, ta masowa skala zagranicznego finansowania cokolwiek go niepokoi, w związku z czym on wolałby wiedzieć, choćby na wszelki wypadek, skąd pochodzą, jakimi kanałami i na co są przeznaczane te pieniądze. No i czy wszystkie „dotacje” są przez zachodnie jaczejki szczerze i uczciwie państwu rosyjskiemu deklarowane.

A teraz napiszę coś, co Czytelnikom znającym mój stosunek do Rosji i reżimu Putina może wydać się z lekka szokujące: otóż Putin w tym co robi ma cholernie dużo racji. Oczywiście, te szykany wobec rosyjskich NGO's uskutecznia w interesie swej dyktatury, czyli wspomnianej już „suwerennej demokracji”, ale nie zmienia to podstawowego faktu, że problem – w szerszym kontekście - jest realny.

II. NGO's, czyli „zabierz babci dowód”

Przyłóżmy bowiem sytuację do naszych uwarunkowań: u nas również działa od groma i ciut ciut pozapaństwowych instytucji krzewiących, a jakże, „społeczeństwo obywatelskie” i inne takie historie – i również w ogromnej mierze finansowane są z zagranicy.

No to usiądźmy i zastanówmy się: czy ich deklarowana działalność pokrywa się z realnymi celami, jakie chcą osiągnąć? Czy ich prominentni i potężni sponsorzy nie załatwiają w ten sposób jakichś swoich interesów? Czy, mówiąc krótko, nie mamy aby do czynienia z rozbudowanymi agenturami wpływu, finansowanymi tak przez tzw. „stare demokracje” i różne lobbies? Agenturami pozostającymi na dobrą sprawę poza kontrolą i bezkarnie korumpującymi miejscowe elity polityczne, biznesowe, naukowe i kulturalne? Jaki interes ma, dajmy na to, finansowa hiena George Soros w „rozwijaniu społeczeństwa obywatelskiego” w Polsce za pomocą Fundacji Batorego i indukowaniu Polakom do mózgownic różnych postępackich miazmatów rękoma nadwiślańskich kolaborantów? Albo dogmatu o konieczności przystąpienia do strefy euro?

Mnie osobiście, gdy usłyszałem o oburzeniu Angeli Merkel na wieść, że pułkownik Putin zrobił kuku rosyjskiej filii Fundacji Adenauera, przypomniał się pamiętny tekst Rewizora (czyli śp. Jacka Maziarskiego, dziś już chyba można to ujawnić) „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”.

Dla tych, którzy jakimś cudem nie znają jeszcze wspomnianego artykułu, przedstawię go w telegraficznym skrócie. Otóż Autor opisał jak to Fundacja Adenauera (finansowana zresztą niemal w całości z niemieckiego budżetu) rękami swego „partnera” czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju (m.in. Leszek Balcerowicz, Tadeusz Syryjczyk, Jan Wejchert, Władysław Bartoszewski, Andrzej Olechowski, Marek Safjan, Andrzej Zoll, Jacek Fedorowicz) rozpętała przed wyborami 2007 roku akcję „Zmień kraj. Idź na wybory”. Doproszono do tego przedsięwzięcia szereg innych organizacji zrzeszonych w ramach „koalicji 21 października.pl”, a spoty i reklamy prasowe zamieszczały bezpłatnie największe krajowe media. Cennikowy koszt – 3 mln zł.

Celem kampanii było zmobilizowanie młodych wyborców, z badań bowiem wynikało, iż są grupą najbardziej wspierającą Platformę. Przypomnę, że haniebne hasło „zabierz babci dowód” to właśnie dzieło rzeszy krajowych kolaborantów Fundacji im. Konrada Adenauera. Zamiar się powiódł. W raporcie końcowym czytamy: „3 mln wyborców, którzy zagłosowali pod wpływem kampanii, pokrywają się prawie całkowicie z wielkością grupy docelowej kampanii.” Istny majstersztyk. Umocowana w ten sposób u władzy Dyktatura Matołów z Ober-Matołem na czele rządzi nami po dziś dzień. Ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami.

III. O polską podmiotową demokrację

Opisany powyżej przykład pokazuje z jaką łatwością pozornie apolityczne i szermujące szczytnymi hasłami organizacje mogą korumpować elity nominalnie suwerennego kraju i manipulować całymi segmentami społeczeństwa, by realizować interesy swych mocodawców. Szczególnie w Polsce - z jej długą tradycją jurgieltu, kolaboracji i zaprzaństwa – powinniśmy być wyczuleni na różne podchody zagranicznych wujków kokietujących nas brzęczącymi kusząco sakiewkami.

Swoją drogą, ciekaw jestem, czy powstają jakiekolwiek raporty zbiorcze dotyczące funkcjonowania „organizacji pozarządowych” uczestniczących w szeroko rozumianym życiu politycznym. W jaki sposób są finansowane, kto jest z nimi powiązany, jakie fundusze otrzymują z zagranicy, jakie podejmowały w ostatnim czasie inicjatywy i kto z nimi współpracował? Jeśli polskie służby specjalne powinny się czymś zajmować, to tego typu zagadnieniami w pierwszej kolejności. I publikować ogólnie dostępne raporty cyklicznie - rok do roku.

A wracając do pułkownika Putina, którego ostatnia działalność zainspirowała niniejszą notkę: ja tam oczywiście wszystkim agenturom pracującym w Rosji – tym całym „Adenauerom” i tak dalej - życzę długiej i owocnej działalności, bo im słabsza Rosja i im bardziej ciśnienie podbechtanego „społeczeństwa obywatelskiego” podminowuje tamtejszy system władzy, tym lepiej dla Polski. Ale uważam jednocześnie, że powinniśmy z tym zewnętrznie sponsorowanym i zadaniowanym tałatajstwem zrobić porządek na swoim podwórku. Po to, by stać się – tak, właśnie – prawdziwie suwerenną demokracją. Nie w znaczeniu putinowskim, lecz w naszym: własnym i podmiotowym – polskim.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

PS. Tekst Rewizora:

http://niepoprawni.pl/blog/80/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku