Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefy wpływów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefy wpływów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

Cisza przed wojną

Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą.

I. Droga ku kondominium

Wiem, że już o tym pisałem, ale sądzę, że warto tuż przed wyborami pewne sprawy przypomnieć, by kampanijna ekscytacja nie przesłoniła nam właściwych kontekstów i proporcji. Otóż, gdy po dwuletniej szarpaninie PiS zdecydował się na przedterminowe wybory, do gry postanowiły wkroczyć Niemcy uznając najwyraźniej, że pora „na twardo” zainstalować w Warszawie swoją polityczną ekspozyturę w charakterze kolonialnych nadzorców gwarantujących, że Polska nie będzie sprawiać więcej kłopotów. Mechanizm zdobycia władzy opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w swym legendarnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie – Niemcy uruchomili afiliowaną przy CDU Fundację Adenauera, ta zaś za pośrednictwem swego kolaboranta-podwykonawcy, czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju należącego do Leszka Balcerowicza sformowała „Koalicję 21 października” grupującą kilkaset podmiotów, które z kolei wystartowały z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” z pamiętnym hasłem „zabierz babci dowód”. W efekcie, zmobilizowano 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową akcji - którzy gremialnie zagłosowali na Platformę, przesądzając o wyniku wyborów.

Na powyższe nałożyło się słabnięcie pozycji USA w Europie Środkowo-Wschodniej – administracja George'a W. Busha była już praktycznie na wylocie, za oceanem czuło się wiatr zmian spersonifikowany wkrótce w osobie Baracka Obamy i jego „change”. Bushowi zależało już w zasadzie na jednym – dopiąć projekt tarczy antyrakietowej, tak, by jego następca nie mógł się z niego wycofać. I właśnie na sabotowaniu amerykańskiej tarczy skupiła się polityka zagraniczna ekipy Tuska w pierwszym okresie rządów. Przyjęto taktykę „przeczekać Busha” i dotrwać do zmiany warty w Waszyngtonie, co z oczywistych względów było na rękę Niemcom i Rosji. Wreszcie, symbolicznego 17 września 2009 nastąpiło ostateczne przyklepanie przez Obamę jego „resetu” w relacjach z Rosją – czyli oficjalne wycofanie się USA z projektu tarczy, co równało się rezygnacji Stanów Zjednoczonych z prowadzenia czynnej polityki w naszej części Europy (w domyśle – w zamian za ustępstwa Kremla w innych częściach świata). Innymi słowy – Niemcy i Rosja dostały wolną rękę w kształtowaniu swoich stref wpływów. Droga do budowy Mitteleuropy i Eurazji stanęła otworem. Tak oto wkroczyliśmy w epokę niemiecko-rosyjskiego kondominium.

II. Kolonia niemiecko-rosyjska

Każdy z naszych zarządców spożytkował sytuację na swój sposób. Putin wykorzystał okazję, by do spółki z ludźmi WSI zlikwidować Lecha Kaczyńskiego i patriotyczną elitę (będę się upierał, że gdyby nie „reset” Obamy, Rosjanie na zamach w Smoleńsku by się jednak nie odważyli – Obama, świadomie lub nie, wydał na Kaczyńskiego wyrok śmierci) oraz ulokować Komorowskiego jako „swojego człowieka pod żyrandolem”. Merkel natomiast dokończyła przekształcanie naszego kraju w ekonomiczną przybudówkę Niemiec pod zarządem Tuska. Nawiasem mówiąc, tłumaczyłoby to nagłą „rezygnację” Donalda Tuska z ambicji prezydenckich. Zapewne wytłumaczono mu, iż logika układanki wpływów wymaga, by „duży pałac” pozostawał w gestii Moskwy.

Relacje niemiecko-rosyjskie przypieczętowane budową Nord Streamu przeżywały rozkwit. My ze swej strony posłusznie zrezygnowaliśmy z regionalnych aspiracji na rzecz „polityki piastowskiej”, „płynięcia z głównym nurtem UE”, tudzież „hołdu berlińskiego”, wyrzekając się tym samym podmiotowości na rzecz statusu kolonialnego. Odzwierciedleniem powyższego był również tuskowy „mini-resecik” w relacjach z Moskwą, szczególnie po zamachu smoleńskim – Niemcy chciały mieć „spokój na dzielnicy” i go otrzymały. Co szczególnie przykre, w ów „resecik” dał się wmanipulować także polski Kościół podpisując z rosyjską Cerkwią w 2012 roku „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, którego sygnatariuszami byli abp. Józef Michalik oraz agent KGB, patriarcha Cyryl. Abp. Michalik w wywiadzie dla KAI stwierdził wówczas: „jestem absolutnie przekonany, że na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić”.

Rzecz jasna, wykonawcami tej polityki na polskim podwórku były „bezpieczniackie watahy”, jak określa Stanisław Michalkiewicz różne sitwy tajnych służb zarządzające Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, na który to obóz składa się sprzedajna klasa polityczna, media, koterie biznesowe – słowem, szeroko rozumiany aparat władzy wraz z przybudówkami. Owe hordy, zakorzenione w głębokim PRL-u i reprodukujące się w kolejnych pokoleniach mają cudowną właściwość przewerbowywania się pod skrzydła kolejnych protektorów w zależności od aktualnej geopolitycznej koniunktury – równie dobrze mogą wysługiwać się Moskwie, Berlinowi jak i Waszyngtonowi. Oczywiście, czasem dochodzi do wojen tych mafijnych klanów o, mówiąc Szmaciakiem, „forsę i włości”, co na zewnątrz objawia się różnymi politycznymi paroksyzmami, ale zasada ich funkcjonowania pozostaje niezmienna, podobnie jak „organizatorska rola” naszego życia, z przeproszeniem, publicznego.

III. Wyrok na Platformę

I tu pomału dochodzimy do spraw teraźniejszych. Ni z tego ni z owego bowiem Niemcy i Rosja pożarły się przy podziale łupów – poszło mianowicie o Ukrainę i rozgraniczenie Mitteleuropy oraz Eurazji. Widomym znakiem toczącego się sporu było przeciąganie Janukowycza pomiędzy Unią Europejską a rosyjską Unią Celną. Jak wiemy, Janukowycz został przez Putina skutecznie zdyscyplinowany, na co Niemcy odwinęły się Majdanem i osadzeniem na kijowskim stolcu człowieka Angeli Merkel, czyli Petro Poroszenki. Rosja odpowiedziała aneksją Krymu i wojną w Donbasie... i w tym momencie kanclerz Angela mimo wszystkich sankcji, formatów normandzkich itd. poczuła, że jednak ma zbyt krótkie ręce. Potrzebowała sojusznika – na takowego zaś nadawały się jedynie Stany Zjednoczone, które w międzyczasie zdążyły już zmontować na Ukrainie własną frakcję uosabianą przez premiera Jaceniuka. USA zresztą postanowiły generalnie powrócić do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej flankując Rosję, która nie pozwalała rozwinąć im w pełni skrzydeł na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Syrii. Jednak, by takie zaangażowanie miało ręce i nogi, Waszyngton potrzebował spełnienia podstawowego warunku: na bezpośrednim zapleczu ukraińskiego frontu, czyli w Warszawie, muszą rządzić „nasze sukinsyny”. Jak mniemam, taki właśnie warunek postawiono Angeli Merkel - i ta, rada - nierada, musiała nań przystać, wskutek czego na fali wznoszącej znalazł się tradycyjnie sprzyjający Amerykanom PiS, upatrujący w USA zabezpieczenia przeciw Rosji i politycznego „dopalacza” windującego naszą regionalną pozycję.

Skoro ze świata popłynął właśnie taki sygnał, to przynajmniej część naszych bezpieczniackich hord postanowiła na powrót przewerbować się na amerykański jurgielt i rozpoczęła krzątaninę przygotowującą zmianę władzy. Sądzę, iż odpalenie oraz konsekwentne „grzanie” „afery taśmowej” jest właśnie elementem takiej podgatowki. Angela Merkel ewakuowała jeszcze Donalda Tuska do Brukseli na dekoracyjną posadę „prezydenta Europy”, dbając tym samym, by nie spłonął w ogniu krajowych walk politycznych, bo w przyszłości może się jeszcze na polskim odcinku przydać, jednak sama Platforma skazana została na zatonięcie. Pierwszą konkretną ofiarą nowego rozdania stał się Bronisław Komorowski, który jako polityczny relikt po epoce niemiecko-rosyjskiego kondominium tylko zawadzał i nie było żadnych powodów, by trzymać go na kolejną kadencję. Co ciekawe, sam Komorowski najprawdopodobniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy czego tak naprawdę padł ofiarą i potrafi tylko bredzić o „fali nienawiści”.

IV. Cisza przed wojną

Pojawia się pytanie – czy Waszyngton postawi na oddanie PiS-owi pełni władzy, czy też będzie chciał zachować na wszelki wypadek „pakiet kontrolny” w postaci zmuszenia PiS do utworzenia rządu mniejszościowego, bądź jakiejś niewygodnej koalicji? Z amerykańskiego punktu widzenia istnieje ryzyko, że uzyskanie absolutnej większości przez obóz patriotyczny może skutkować urwaniem się Polski ze smyczy i prowadzeniem samodzielnej polityki, to zaś Wujowi Samowi jest potrzebne jak dziura w moście. Jak niedawno stwierdził Jerzy Targalski w rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL – Amerykanie uwielbiają przewerbowaną agenturę. Zbyt samodzielny sojusznik to zbędny kłopot.

I w tym momencie dochodzimy do sedna – 25 października warto spłatać naszemu „strategicznemu sojusznikowi” figla i dać PiS-owi (przy wszystkich jego wadach) samodzielną większość. Tylko w ten sposób możemy mieć szansę na realne wyemancypowanie się spod wpływów różnych handlujących nami „patronów”. Trzeba mieć bowiem świadomość, że obecny układ i stojąca za nim część bezpieki nie poddadzą się bez walki. Zaraz po wyborach rozpocznie się wojna. Tak, tak – prawdziwa wojna dopiero przed nami. Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą. I dlatego warto na tę wojnę wyposażyć naszą polityczną armię w jak największą liczbę szabel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Kolej na Ewę

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Opuścić Eurokołchoz

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

czwartek, 30 października 2014

Czy Polskę stać na podmiotowość?

Staliśmy się czymś w rodzaju kondominialnego „obrotowego sojusznika” na styku stref wpływów.

I. Obrotowy sojusznik

Podsumowując cykl dotyczący rozkładu geopolitycznych sympatii poszczególnych odłamów polskiej prawicy na który złożyły się teksty „Rosyjskie miraże prawicy” (PN nr 20), „Każdy realista ma swojego protektora” (PN nr 41) oraz „Polska - USA: zaufanie traci się tylko raz” (PN nr 42), warto zadać pytanie: czy Polskę stać na podmiotowość? Spróbujmy na nie odpowiedzieć.

Czym jest w wymiarze państwowym podmiotowość? W skrócie - jest to wewnątrzsterowność, zdolność do realizacji własnych interesów zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej. Podmiotowość jest zatem czymś więcej niż formalna suwerenność, państwo może bowiem dysponować zewnętrznymi atrybutami takimi jak własne terytorium, władze, prawodawstwo, a mimo to nie być podmiotowym, stanowiąc narzędzie w rękach silniejszych partnerów. Jego polityka staje się tym samym funkcją polityki „strategicznych sojuszników”. Możliwa jest również sytuacja podmiotowości narodu w warunkach utraty własnego państwa – tak było podczas rozbiorów, gdy Polacy zachowali generalnie swą tożsamość i starali się realizować interes narodowy na różnych polach (powstania, praca organiczna, polityczne dążenia do poszerzania autonomii poszczególnych zaborów).

Jak się to ma do dzisiejszej sytuacji Polski i Polaków? Niestety, diagnoza nie jest wesoła. Zarówno wśród elit, jak i w szerokich kręgach społecznych mamy do czynienia ze zjawiskiem, które można określić jako abdykację z podmiotowości. W zasadzie całą historię III RP sprowadzić można do starań by zakotwiczyć się w międzynarodowych strukturach, co ma oczywiście swój sens, ale jedynie wtedy, gdyby owe struktury traktowano jako mechanizmy lewarujące wzrost siły i znaczenia Polski, a nie jako cel sam w sobie. Tymczasem uznano, że po wejściu do UE i NATO historia się dla nas skończy, a wszelkie strategiczne decyzje będzie można scedować na ponadnarodowe gremia – problemy społeczno-gospodarcze załatwi za nas Unia, natomiast militarne bezpieczeństwo zagwarantuje nam Sojusz Północnoatlantycki pod przywództwem Stanów Zjednoczonych. My mamy jedynie słuchać wytycznych i nadrabiać cywilizacyjne zapóźnienie. Stanowisko to podziela znaczna część Polaków, wciąż w dużej mierze pozwalająca sobą sterować za pomocą grania na kompleksach czy to cywilizacyjnych wobec Zachodu, czy to militarnych w odniesieniu do Rosji. Społeczne nastroje nadal sprowadzają się do postawy: siedzieć cicho i nie drażnić nikogo z wielkich braci, nie potrząsać szabelką. W efekcie miotamy się od ściany do ściany w trójkącie Niemcy – Rosja – USA. Staliśmy się czymś w rodzaju kondominialnego „obrotowego sojusznika” na styku stref wpływów.

II. Między Rusem, Prusem i Jankesem

Podmiotowość postrzegana jest jako uciążliwy balast, mówiąc Dmowskim - „obowiązek polski”, którego nikt nie chce wziąć na siebie, a wręcz odmawia się przyjęcia do wiadomości samego jego istnienia. Natomiast mniejszość poczuwająca się jednak do podniesienia z błota „obowiązków polskich” błędnie je definiuje, sprowadzając do wyboru między Rusem, Prusem a Jankesem. Na powyższe dodatkowo nakłada się ekscytujący prawą stronę opinii publicznej ideologiczno-marketingowy podział na narrację „realistyczną” oraz „insurekcjonistyczną” - podział, nota bene, z gruntu fałszywy, o czym za chwilę.

Otóż wybór sprowadzony do podczepienia się pod któregoś z geopolitycznych protektorów jest wyborem pozornym, niczego bowiem nie zmienia w naszym zasadniczym położeniu. Owszem, w putinowskiej Eurazji będzie trochę bardziej dziko i biednie; w niemieckiej Europie dostatniej a reżim biurokratyczny bardziej praworządny; pod atlantyckimi skrzydłami, o ile Ameryka na poważnie zechce w regionie wrócić do gry, będziemy mogli „prężyć cudze muskuły” (©Michalkiewicz) – ale to wciąż sytuacja wasala, którego suweren w każdej chwili będzie władny przehandlować, bądź pozbawić sojuszniczych protez. Jest jeszcze opcja zrzeczenia się podmiotowości na rzecz paneuropejskiego Lewiatana, co w 2011 proponował na łamach „Rzeczpospolitej” niegdysiejszy „podmiotowiec”, czyli dr Marek Cichocki z „Teologii Politycznej”. Jasne, że gdy nie ma pola manewru lepiej wybrać którąś z możliwości zachodnich, lecz przecież nie w tym rzecz. Nie chodzi o to, by z Putinem - „katechonem” powstrzymywać demoliberalnego antychrysta za cenę korzenia się przed knutem, bądź konsumować dotacje z Unii i dziękować za kolejną montownię w „specjalnej strefie ekonomicznej” - za pracownicze śmieciówki i przyzwolenie na gospodarczą neokolonizację, czy wreszcie „robić łaskę” USA w zamian za obietnice bezpieczeństwa. Innymi słowy, rzecz nie w tym, by na zmianę orać na cudzych polach, lecz by założyć własny folwark.

Nasza pozycja w relacjach ze światowymi potęgami nie może wynikać z aktualnego układu sił między tymiż, lecz winna być pochodną własnej siły i związanej z nią pozycji Polski w regionie. Należy zatem zbudować rodzimy potencjał, przyciągać samemu zamiast być przyciąganym i dopiero z pozycji regionalnego mocarstwa wysłuchać ofert imperiów, następnie zaś jako równoprawny partner wybrać przymierze geopolityczne dające więcej korzyści. Przy czym, budując regionalny system sojuszy, należy wystrzegać się taniej i bojaźliwej kokieterii, która dziś każe nam przemilczać Wołyń i ukraińską banderowszczyznę oraz odwracać wzrok, gdy Litwa dyskryminuje polską mniejszość nie dochowując traktatowych zobowiązań. To droga donikąd, objaw słabości zawsze bezbłędnie wychwytywany przez naszych sąsiadów. Polska „soft power” ma sprawić, by naszym sąsiadom zaczęło zależeć na dobrych relacjach i sami marginalizowali niekorzystne dla nas nurty w swych krajach – tak jak Polska obecnie na różnych poziomach wystrzega się wszystkiego, co mogłoby nie spodobać się Niemcom, a do czasu Majdanu i bankructwa tuskowego „resetu” tłumiła również jakiekolwiek akcenty antyrosyjskie. Takie właśnie powinno być oblicze polskiego „prometeizmu”, tudzież „polityki jagiellońskiej”, jak zwał tak zwał – gwarantem ma być siła, bo na umizgi słabeuszy nikt nie zwróci uwagi.

III. Realistyczny insurekcjonizm

To oczywiście daleka droga i ciężka, wielotorowa praca. To sprawa niezależności energetycznej, wyzwolenia się z pęt pakietu klimatycznego, przestawienia gospodarki na konkurencyjność jakością a nie tanią siłą roboczą, odbudowa potencjału militarnego opartego na własnej zbrojeniówce a nie na imporcie, praca nad świadomością obywatelską, wyzwolenie polskiej przedsiębiorczości, zerwanie z całym neokolonialnym paradygmatem gospodarki zaordynowanym nam w charakterze „transformacji”, zredukowanie zadłużenia, wyjście z pułapki średniego wzrostu, stworzenie warunków, by Polacy chcieli mieć dzieci i opłacało się im mieszkać w Polsce... długo by wyliczać. Na pierwszy rzut oka, jesteśmy w takim bagnie, że może się to wszystko wydawać zadaniem ponad siły – i tu również upatruję przyczyny naszego przyklejania się do kolejnych protektorów. Jeżeli jednak nie spróbujemy, nikt za nas tego nie zrobi. Zresztą, nie trzeba samemu wymyślać prochu – wystarczy rozejrzeć się po świecie i powtórzyć w kolejnych dziedzinach to, co udało się gdzie indziej – od Islandii po Węgry.

I na zakończenie słów kilka o zasygnalizowanym wyżej sporze między „realizmem” a „insurekcjonizmem”. Odkładając już na bok kwestię, że w znacznej mierze jest to wojenka medialno-biznesowa o prawicowy target sprzedażowy, by utrzymać publiczność w stanie permanentnej ekscytacji i skłonić tym samym do kupowania kolejnych gazet, książek, filmów i gadżetów, co do meritum ten spór jest pozorny. Cały szkopuł w tym, że ojciec-założyciel realizmu, czyli Roman Dmowski traktował go jako środek do celu – niepodległości, zaś współcześni epigoni uczynili sobie z realizmu usprawiedliwienie dla kolaboracji. Ten realizm, to była m.in. gigantyczna praca organiczna prowadzona w szeregu dziedzin, tak by w godzinie próby, wykorzystując nadarzającą się międzynarodową koniunkturę, Polacy byli gotowi wziąć sprawy polskie we własne ręce – choćby i wbrew woli samego Dmowskiego robiąc powstanie - lecz dysponując tym razem odpowiednim zapleczem. Tak pojęte, nieco zredefiniowane, realizm i insurekcjonizm nie są ze sobą sprzeczne, ba – jedno jest dopełnieniem drugiego. Można rzec, trawestując Piłsudskiego - insurekcjonizm celów, realizm środków. A insurekcją, która nas czeka i którą przeprowadzić musimy, jeżeli chcemy przetrwać jako naród i państwo jest wybicie się na podmiotowość. Zatem, powtórzę pytanie: czy stać nas na to? Musi, bo w przeciwnym razie nie stać nas będzie na nic innego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-%E2%80%93-usa-zaufanie-traci-si%C4%99-tylko-raz

http://blog-n-roll.pl/pl/ka%C5%BCdy-realista-ma-swojego-protektora#.VEahWVc_j5E

http://blog-n-roll.pl/pl/rosyjskie-mira%C5%BCe-prawicy#.VEagn1c_j5G

http://podgrzybem.blogspot.com/2011/12/nowa-podmiotowosc-lewiatana.html

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43 (27.10-02.11.2014)

czwartek, 23 października 2014

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Jeśli w najbliższej przyszłości Stany Zjednoczone będą miały do nas jakiś interes, to trzeba dobitnie powiedzieć – nic za darmo.

I. Amerykański sen

Muszę wyznać, że cykl tekstów rozpatrujących geopolityczne sympatie różnych odłamów polskiej prawicy wyszedł mi właściwie przypadkiem. Ot, zirytowany rusofilskimi głosami każącymi nam widzieć w Putinie „katechona” i obrońcę przed demoliberalną zgnilizną, opublikowałem w maju, w nr 20 „Polski Niepodległej” artykuł „Rosyjskie miraże prawicy”. Niedawno zaś, przy okazji lustracji prof. Kieżuna uznałem, że trzeba się bliżej przyjrzeć opcji niemieckiej w kontekście „realizmu” wedle którego należy poszukiwać coraz to nowych zewnętrznych opiekunów, co zaowocowało tekstem „Każdy realista ma swojego protektora” (nr 41 „PN”). Teraz, na zakończenie, warto wziąć na warsztat stronnictwo amerykańskie.

Trzeba powiedzieć, że spośród wyżej wymienionych, opcja amerykańska wydawała się najbardziej perspektywiczna i sam przez długi czas byłem jej zwolennikiem. Po części było to efektem tradycyjnie proamerykańskiego nastawienia Polaków – europejski ewenement, tak jak niegdyś polski pronapoleonizm. To Stany Zjednoczone pod przywództwem Reagana wbiły gwóźdź do trumny sowieckiego „imperium zła”, gdy różni mędrkowie jeszcze w latach osiemdziesiątych roili o konwergencji i snuli wizje jak to Zachód powinien sobie układać stosunki z ZSRR w kolejnym ćwierćwieczu. To w „kolumbowej hameryce” widzieliśmy ostoję wolności, swobód, dobrobytu, a im bardziej komunistyczna propaganda starała się USA zohydzić, tym bardziej w Amerykę wierzyliśmy. Kolejnych prezydentów Polacy witali na ulicach ze szczerym entuzjazmem, za co ci rewanżowali się nam zapewnieniami o dozgonnej przyjaźni i niezłomnym sojuszu, kokietując Wałęsą i Papieżem.

Wydawało się, że ma to swoje twarde podstawy. Po rozpadzie bloku sowieckiego kolejni prezydenci, niezależnie od barw (Bush senior, Clinton, Bush junior), z różnymi zawirowaniami, ale w sumie w miarę konsekwentnie prowadzili politykę powstrzymywania neoimperialnych ambicji Rosji, co przekładało się na aktywną obecność w naszym regionie. Po drodze przystąpiliśmy do NATO – miało to stanowić ostateczne przypieczętowanie od strony militarnej naszego bezpieczeństwa. Ameryka miała jeszcze tę zaletę, że w przeciwieństwie do Rosji i Niemiec leżała za oceanem i z tego oddalenia podpompowywała nas politycznie jako regionalnego lidera. Nie wglądało to źle – pod amerykańskim protektoratem rysował się sojusz krajów Europy Środkowo-Wschodniej z Polską w roli głównej.

II. Bolesne przebudzenie

W powyższym kontekście można było mniemać, że nasze zaangażowanie w eskapady do Iraku i Afganistanu jest ceną, którą warto zapłacić. Przypomnę, że były to czasy gdy Donald Rumsfeld mówił o „starej” i „nowej” Europie, za chwilę pojawił się projekt tarczy antyrakietowej i wizja stałej obecności US Army na naszym terytorium, a poza tym, nasze „nieostrzelane” wojsko miało okazję złapać jakiekolwiek realne doświadczenie bojowe. Nie wolno również bagatelizować zagrożenia islamizmem, które może w pewnej czasowej perspektywie dotyczyć i nas. Cóż, warto było narazić się „starej Europie”, która – głównie Niemcy i Francja - marzyła o wypchnięciu USA z kontynentu, nazywając nas „amerykańskim osłem trojańskim”. Apogeum, lecz zarazem i łabędzim śpiewem była wyprawa prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz z przywódcami Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii do Tbilisi w 2008 roku, która powstrzymała rosyjską agresję na Gruzję (również partnera USA) i zmusiła Europę do reakcji wobec Kremla.

Bolesne przebudzenie z amerykańskiego snu nastąpiło wraz z wyborem Baracka Obamy, który w ekspresowym tempie „zresetował” stosunki z Rosją, wycofał się z projektu tarczy (znamienna data 17.09.2009) i ogłosił wycofanie się Stanów Zjednoczonych z aktywnej roli w Europie. Krótko mówiąc, cały „strategiczny sojusz” polsko-amerykański skichał się w jednej chwili, tworząc warunki do zaistnienia rosyjsko-niemieckiego kondominium - i to w całym regionie. Oczywiście, ekipa Tuska z Sikorskim już od 2007 grała na przeciąganie „tarczowych” rozmów z USA, czekając na koniec kadencji George'a W. Busha, w międzyczasie orientując Polskę na Niemcy i Brukselę, jednak ostateczna decyzja zapadła w Waszyngtonie.

Zostaliśmy zatem z kacem po Iraku, Afganistanie, z poczuciem, że daliśmy się wykorzystać za bezdurno – zresztą, społeczne poparcie dla obu interwencji nigdy nie było zbyt wysokie, a z biegiem czasu konsekwentnie malało, tym bardziej, ze nie pojawiła się żadna z obiecywanych korzyści, bo interesy w Iraku robił każdy, nawet antyamerykańska Francja, tylko nie my. W ciągu tych lat „ścisłego sojuszu” nie zdołaliśmy nawet wydębić rozwiązania sprawy tych nieszczęsnych wiz, co może jest sprawą drugorzędną, ale jednak symboliczną. Na marginesie, oczekuję by polski rząd wprowadził zasadę symetrii, tak by Amerykanie przechodzili równie upokarzającą procedurę, co Polacy. Szanujmy się, bo nikt inny nas nie uszanuje. Do tego USA niezmiennie wspierały i wspierają uroszczenia hien cmentarnych spod znaku „holocaust industry”, czego konsekwencje mogą być dla nas niezwykle bolesne. Trudno o lepsze potwierdzenie tezy sformułowanej przeze mnie w poprzednim artykule, że bezwarunkowe przystępowanie do czyjejkolwiek strefy wpływów i pożyczanie geopolitycznych protez obarczone jest niezmiernym ryzykiem, bo te protezy mogą zostać nam odebrane z dnia na dzień, a parasol „strefy wpływów” zwinięty bez okresów przejściowych i ostrzeżenia.

III. Zaufanie traci się tylko raz

Poza wszystkim, patrząc z naszej perspektywy, Stany Zjednoczone pogrzebały swą reputację państwa obliczalnego - stabilnego partnera, który swe sojusze i politykę planuje na dziesięciolecia. Nagłe przeorientowanie strategii geopolitycznej, przekształcenie NATO w klub dyskusyjny i to z udziałem Rosji sprawiły, że trudno będzie odbudować wzajemne relacje. Jak powiadają, zaufanie traci się tylko raz.

Tym większe zdziwienie budzi bezrefleksyjny proamerykanizm wciąż dominujący na prawicy – w polityce jest to głównie PiS, z kolei na odcinku medialnym przede wszystkim środowisko „Gazety Polskiej”. Ja również w swoim czasie zaczytywałem się analizami śp. Jacka Kwiecińskiego - jak wspomniałem wyżej, wówczas wydawało się, że opcja amerykańska ma ręce i nogi. Jednak teraz oglądanie się na Stany Zjednoczone ma niewiele więcej sensu niż podczepianie się pod „główny nurt polityki europejskiej” uosabianej przez Berlin, bądź wzdychanie do duginowskiej „Eurazji”. Szczerze mówiąc, przypomina mi to upartą wiarę starego Rzeckiego, że „bonapartyzm to potęga”.

Rozumiem, że oczekujemy aż Obamę zmieni w Białym Domu jakiś republikanin, który znów wprowadzi Amerykę na antyrosyjskie tory, co wymusi jej powrót do naszej części Europy i związane z tym powtórne dowartościowanie Polski? Ale, kto zagwarantuje, że nie będzie to republikanin-izolacjonista zerkający z sympatią na Putina? Albo, że to w ogóle będzie republikanin? Poza tym, czy nowy przywódca nie uzna aby, że Daleki Wschód oraz ISIL na wschodzie bliskim są wystarczającym bólem głowy, by nie zaprzątać swej uwagi Europą? Wreszcie, nawet jeśli będzie to wymarzony z naszego punktu widzenia lider, to na ile? Jedna kadencja? Dwie? A potem USA znów zrewidują swą strategię? W najlepszym razie zyskamy chwilę oddechu, ale i tak będzie to chwila w przerwie tańca do muzyki granej przez innych.

Podsumowując, jeśli w najbliższej przyszłości Stany Zjednoczone będą miały do nas jakiś interes, to trzeba dobitnie powiedzieć – nic za darmo. Jest kilka rzeczy do ugrania - baza NATO, zaprzestanie wspierania przez USA żydowskich roszczeń majątkowych, podzielenie się technologiami, wsparcie naszej polityki w regionie, zerwanie współpracy NATO z Rosją... i płatność z góry poprosimy. A przede wszystkim – zacznijmy grać na siebie. Bądźmy wreszcie, do ciężkiej, podmiotowi. Lekko nie będzie, obecnie mamy bowiem w naszym regionie sytuację następującą: Litwa antypolska i oglądająca się na Skandynawię; Ukraina widzi swego patrona w Berlinie; Słowacja, Czechy, Węgry, całe Bałkany z wyjątkiem Rumunii – prorosyjskie. Z tym zostaliśmy po 20 latach „strategicznego sojuszu” (1989-2009). Powtórzę memento z poprzedniego tekstu: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/rosyjskie-mira%C5%BCe-prawicy#.VEagn1c_j5G

http://blog-n-roll.pl/pl/ka%C5%BCdy-realista-ma-swojego-protektora#.VEahWVc_j5E

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 42 (20.10-26.10.2014)

 

czwartek, 16 października 2014

Każdy realista ma swojego protektora

Geopolityczne protezy zawsze użyczane są za wysoką opłatą i w każdej chwili mogą zostać odebrane.

I. Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych

Chciałbym dziś rozwinąć temat zasygnalizowany już przeze mnie w końcówce poprzedniego tekstu dla „Polski Niepodległej” - „Wojna o prof. Kieżuna”. Chodzi o zarysowującą się od pewnego czasu „opcję niemiecką” na polskim rynku opinii. Jest to rzecz jasna element szerszego pejzażu sympatii i antypatii geopolitycznych powodujących, że różne odłamy prawicy upatrują rozmaitych zagranicznych sponsorów na których pragnęłyby oprzeć „kwestię polską”. O opcji rusofilskiej pisałem już w artykule „Rosyjskie miraże prawicy”, stronnictwem amerykańskim zapewne też przyjdzie się zająć, niemniej do wszystkich wymienionych pasuje stwierdzenie, że to ciągłe oglądanie się na bliższe i dalsze potęgi jest cokolwiek przerażające i dowodzi jakiejś organicznej niewiary w polski potencjał, podszytej być może kompleksami wynikającymi z naszych historycznych traum.

Oczywiście, każde państwo, nawet najpotężniejsze, potrzebuje sojuszy. Autarkia bądź to polityczna, bądź gospodarcza, tudzież militarna jest nieosiągalna, jednakże wszystko sprowadza się do proporcji - czy dobór partnerów jest dla nas jedynie uzupełnieniem własnej siły, czy też ma tę własną siłę zastępować, sprowadzając nas de facto do roli neokolonialnego wasala realizującego zlecenia patronów w nadziei, że w razie zagrożenia nasz opiekun we własnym interesie zechce nas bronić jako swej strefy wpływów. Jest to myślenie bardzo niebezpieczne, dowodzące postkolonialnej mentalności również u tych, którzy na co dzień ów postkolonializm piętnują i w sferze deklaratywnej zwalczają. Strefy wpływów mają bowiem to do siebie, że są płynne, traktowane instrumentalnie i w każdej chwili mogą zostać przehandlowane w zamian za jakieś korzyści, lub wręcz odpuszczone, gdy mocarstwo sprawujące do tej pory nad takową strefą nadzór uzna, że powinno swój potencjał zaangażować w innych obszarach. To może zdarzyć się wręcz z dnia na dzień, a dotychczasowi podopieczni zostaną bez sentymentów zostawieni na lodzie. Słynny „reset” Obamy w relacjach z Rosją i wycofanie się USA z aktywnej polityki w naszym regionie jest tego dobitnym przykładem. Ostatnio zaś Niemcy wprost zadeklarowały, że stan ich armii nie pozwoli na żadną interwencję militarną w obronie państw Europy Środkowo-Wschodniej. Innymi słowy - nie ma strategicznych sojuszy dla słabych.

II. Poszukiwanie patrona

Co charakterystyczne, w tych głosach dominuje ton „realistyczny”. Dotyczy to również opcji niemieckiej obecnej dziś przede wszystkim na niwie swoistej anty-polityki historycznej, uprawianej głównie przez autorów związanych z tygodnikiem „Do Rzeczy” - Piotra Zychowicza, Sławomira Cenckiewicza i Rafała Ziemkiewicza. Na marginesie - autorzy ci stosują metodę polemiczną polegającą na tym, by ich adwersarze wskazali luki w rozumowaniu - gdzie np. Zychowicz popełnił w swym wywodzie błąd? Nie można pozwolić się zapędzić w ten narożnik, a to z tej prostej przyczyny, że sprawny publicysta poprzez odpowiedni dobór argumentów potrafi uzasadnić każdą tezę na której mu zależy. Zbudowanie wewnętrznie spójnego wywodu jest jedynie kwestią warsztatu, niczym więcej. Podstawową kwestią, którą należy zatem roztrząsać jest to, czy dana „narracja” służy Polsce i jej interesom.

Jak wspomniałem w poprzednim artykule, za symboliczny początek zaistnienia opcji niemieckiej w dyskursie szeroko rozumianego środowiska patriotycznego uznaję tekst Rafała Ziemkiewicza opublikowany w „Rzeczpospolitej” we wrześniu 2009 roku „Polityka realna – czyli jaka?”. Przypomnę dla porządku jego zasadnicze przesłanie: „Zachowanie suwerenności wyszło z naszego realnego zasięgu. Musimy znaleźć się w całości w jednej ze stref wpływów, należy więc zadać sobie pytanie: Rosja czy Niemcy?” . Ziemkiewicz uznał, że z dwojga złego lepiej postawić na Niemcy i dołączyć do ich strefy wpływów w całości, tak by uniknąć scenariusza rozbiorowego i zachować, jak to niegdyś mówiono, substancję narodową.

Teraz pytanie za 100 punktów – czym takie podejście różni się co do swej istoty od słynnego „hołdu berlińskiego” ministra Sikorskiego? Według mnie, obie postawy można sprowadzić do założenia: „Niemcy są hegemonem Europy, rozdają karty w Unii, zatem podczepmy się pod nich, to nas nie oddadzą Ruskim”. Jest to założenie z gruntu błędne i to z kilku powodów. Po pierwsze, Niemcy nie dopuszczą, by pod bokiem wyrosła im silna Polska. Polska jest Niemcom potrzebna jako peryferyjny obszar eksploatacji gospodarczej i polityczny wasal. W tej sytuacji nie ma co marzyć o obronie „substancji”, bo będziemy wysysani na szereg różnych sposobów. Po drugie, interesy Rosji i Niemiec są w odniesieniu do naszego regionu zbieżne – ma stanowić słabą i bezwolną strefę buforową w której będą ścierały się wpływy obu mocarstw, przy czym oba zgodnie będą starały się trzymać na dystans Stany Zjednoczone. W razie potrzeby Niemcy bez skrupułów podzielą się wpływami z Rosją, co zostało zdiagnozowane przez Jarosława Kaczyńskiego w słowach o niemiecko-rosyjskim kondominium. Po trzecie, co do parasola militarnego, to wspomniana wyżej deklaracja o nieinterwencji wygłoszona zaraz po szczycie NATO i w sytuacji wojny na Ukrainie powinna rozwiać wszelkie mrzonki.

III. Realizm kolaborantów

No właśnie – mrzonki. To trochę jak z realistami z Królestwa Kongresowego, których wszelkie nadzieje zostały rozwiane przez cara krótkim: „żadnych marzeń, panowie”. A jeśli zwolennicy „opcji niemieckiej” wolą inny przykład, to podam krakowskich stańczyków, których przesłanie krytykujące konspirację i narodowe zrywy jak raz pasowało do polityki Najjaśniejszego Pana, przy którym „stoimy i stać chcemy”. Stańczycy byli po prostu pacyfikatorami nastrojów, narzędziem w rękach Wiednia. Polacy w zamian za swą lojalność doczekali się autonomii i wysokich posad w rządzie C-K monarchii, co jako żywo przypomina dzisiejsze synekury w zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej. Oczywiście praca organiczna - zakładanie kas, bibliotek, kół samokształceniowych, towarzystw gospodarczych, edukacyjnych itd. - to wszystko było potrzebne, ale jako środek do celu - niepodległości, a nie jako cel sam w sobie. Tymczasem, gdy wybiła godzina próby i zaborcy wzięli się za łby, galicyjscy konserwatyści zareagowali na Legiony Piłsudskiego niczym na rogatego diabła, który niweczy ich misterne gabinetowe gierki.

Piszę o tym wszystkim, bo ówczesny realizm Stańczyków uprawiany w znacznej mierze na gruncie propagandy historycznej wręcz narzuca porównanie z obecną działalnością „zychowszczyzny” (przypomnę: powinniśmy iść z Hitlerem na Ruskich, a po ich rozgromieniu w kluczowym momencie zmienić sojusze i pójść z zachodnimi aliantami na Hitlera, no i nie wywoływać skazanych na porażkę powstańczych awantur). Odnajduję tu również echa poglądów Władysława Studnickiego, który jeszcze w listopadzie 1939 roku zwracał się do władz III Rzeszy z memoriałem, by odtworzyć polską armię i wspólnie ruszyć na Sowietów. Ów przekaz – cóż za przypadek – rozpoczął swój marsz wkrótce po ukazaniu się wspomnianego, programowego tekstu Ziemkiewicza i współgrał z równoległym rozwojem niemieckiej nowej polityki historycznej mającej zrelatywizować odpowiedzialność za II Wojnę Światową. To wpisywanie się poprzez historyczny rewizjonizm w aktualne zapotrzebowanie polityczne niemieckiego hegemona jest doprawdy zbyt znamienne, by nie zauważać tego słonia w menażerii. Każdy realista ma swojego protektora?

Piętnując polską historię jako ciąg szkodliwych nonsensów skutkujących niemal bez wyjątku narodowymi tragediami wybiela się zarazem naszych wrogów – tych którzy nas podbijali, eksterminowali, łupili. W przełożeniu na dzisiejsze realia, jest to otwarte zaproszenie do powiedzenia światu (po raz kolejny w historii), że skoro Polska nie potrafi sama się odpowiedzialnie rządzić, to rządy musi dla jej własnego dobra narzucić kto inny. Taka była propagandowa linia mocarstw zaborczych, później mieliśmy passus o „pokracznym bękarcie Traktatu Wersalskiego” i w tym stylu sami siebie przedstawiamy dzisiaj dezawuując naszą historię i wręczając przeciwnikom gotowy propagandowy oręż do ręki. Skoro Polska sama jest winna swym klęskom, to agresorzy nie dość, że są niewinni lecz i współcześnie mają dobry powód by dla dobra Europy i geopolitycznego porządku trzymać nasz kraj na krótkiej smyczy.

Postawmy sprawę jasno - „realizm” każący przytulać się nam do kolejnych stref wpływów i stosownie do tego rewidować tradycję historyczną jest realizmem kolaborantów szukających zawczasu sponsora. W tej kolaboranckiej optyce każde formułowane aspiracje narodowe idące w poprzek interesów możnych tego świata naznaczone będą piętnem nieodpowiedzialnego awanturnictwa i „obłędu”. Dlatego sami musimy stanąć mocno na własnych nogach, a nie na protezach pożyczanych od kolejnych geopolitycznych protektorów, te bowiem zawsze użyczane są za wysoką opłatą i w każdej chwili mogą zostać odebrane.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/08/realizm-kolaborantow.html

http://blog-n-roll.pl/pl/rosyjskie-mira%C5%BCe-prawicy#.VDXF-1fqWSp

http://blog-n-roll.pl/pl/wojna-o-prof-kie%C5%BCuna#.VD_09VdQQg8

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (13.10 – 19.10.2014)

czwartek, 10 maja 2012

Tarcza i gaz

Nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że do uzależnienia surowcowego dołączy militarny protektorat Rosji.

I. Naści swój „reset”, mości Obamo...

Jakieś dwa lata temu w przypływie czarnego humoru zdarzyło się mi napisać, że jak tak dalej pójdzie, to doczekamy się w Polsce bazy antyrakietowej – rosyjskiej. I jak dotąd wszystko, powoli lecz nieubłaganie, idzie właśnie w tym kierunku. Oto niedawno w Moskwie odbyła się konferencja międzynarodowa dotycząca obrony przeciwrakietowej na której szef Sztabu Generalnego armii rosyjskiej, gen. Nikołaj Makarow ponowił propozycję wspólnej, natowsko-rosyjskiej tarczy antyrakietowej. Warunkiem jej powstania byłaby oczywiście rezygnacja NATO (czytaj – USA) z instalacji swych baz w krajach tzw. bliskiej zagranicy, tak by natowska część tarczy nie była w stanie przechwytywać rakiet balistycznych wystrzeliwanych z terytorium Rosji.

Przy okazji polskie media doniosły, iż Rosja po raz pierwszy przedstawiła szczegóły owego projektu – otóż Rosja miała by objąć „ochroną” nie tylko terytorium WNP, ale również kraje bałtyckie, część Norwegii oraz wschodnią Polskę, co oznacza dążenie do usankcjonowania strefy wpływów nie tylko w wymiarze surowcowo-energetycznym, jak ma to dziś miejsce w przypadku Pribałtiki i Polski, lecz również w wymiarze militarnym. Tyle, że nie jest to aż taka nowina, bowiem po raz pierwszy podobny projekt Rosja zgłosiła już w czerwcu zeszłego roku, co zresztą dało mi asumpt do powtórzenia żartu-proroctwa o ruskiej bazie w Polsce. Cóż, wygląda na to, że skoro rosyjska propozycja nie spotkała się rok temu ze stanowczym sprzeciwem, to wiecznie zagrożona przez wraży zapad „święta Ruś” uznała za stosowne włączyć ten pomysł do swej doktryny militarnej. Obecnie zaś generał Makarow pokazał mapkę doprecyzowującą stanowisko FR i z roku na rok będzie coraz trudniej wymusić na Rosji rezygnację z tych planów.

Będzie to tym trudniejsze, że na inaugurację drugiej rundy na kremlowskim stolcu ober-czekista Putin wydał dekret w którym stoi, iż należy „konsekwentnie bronić rosyjskiego podejścia w kwestii utworzenia globalnego systemu obrony przeciwrakietowej Stanów Zjednoczonych, starając się o uzyskanie trwałych gwarancji, że nie będzie ona skierowana przeciwko rosyjskim siłom odstraszania nuklearnego.” Natomiast na wspomnianej wcześniej konferencji generał Makarow bez zbędnej krępacji zagroził atakiem prewencyjnym na amerykańskie instalacje antyrakietowe m.in. za pomocą Iskanderów rozlokowanych w Obwodzie Kaliningradzkim.

Dorzućmy jeszcze do tego plany ulokowania stacji radiolokacyjnej „Woroneż” w Naddniestrzu, wzmacnianie sił na Kaukazie, utrzymywanie baz w Abchazji i Osetii Południowej w stanie podwyższonej gotowości, mianowanie na dowódcę Wojsk Lądowych FR generała Władimira Czirkina Walentinowicza – wojskowego z wieloletnim doświadczeniem na Zakaukaziu, Dalekim Wschodzie i Kaukazie Północnym - a wszystko to połączone z intensywnym przezbrajaniem armii rosyjskiej. Od razu widać, że Putin powraca z przytupem i we właściwym sobie stylu.

Naści swój „reset” o który żeś tak skamlał, mości Obamo.

II. Partia Gazpromu w natarciu

Tymczasem rozliczne sekcje lokalne „partii Gazpromu” rozsiane po byłych demoludach nie zasypiają gruszek w popiele, tylko pracują w pocie czoła nad umocnieniem rosyjskiego monopolu gazowego i opłacalnością powstającego South Stream. Oto kolejno moratoria na wydobycie gazu łupkowego wprowadziły Bułgaria, Rumunia i Czechy (w tym Bułgaria „na zawsze”). W efekcie Polska pozostaje sama na placu boju, co nie wróży dobrze, zważywszy na intensywny, antyłupkowy lobbying Gazpromu prowadzony pod „ekologistycznym” parawanem w Unii Europejskiej. Prekursorem na Zachodzie była Francja, która już w zeszłym roku zakazała u siebie prac nad eksploatacją tego surowca, a dziś w jej ślady podążają kraje Europy Środkowo-Wschodniej, motywując swe moratoria ekologią właśnie. Oczywiście, konkurencyjność łupków wobec rosyjskiego gazu konwencjonalnego i Gazociągu Południowego nie ma nic do rzeczy. Oczywiście...

Zatem z łupkami będziemy mieli pod górkę jeszcze bardziej niż do tej pory, gdyż naszym „unijnym partnerom” samowystarczalna energetycznie, czy wręcz eksportująca gaz Polska jest potrzebna jak psu piąta noga. Dotyczy to szczególnie unijnego hegemona, czyli Niemiec, którym może to popsuć wypracowywane latami rozliczne geszefty z Rosją, z Nord Streamem na czele. Niemcy zaś są w stanie poprzez unijne instytucje albo zakazać wydobycia gazu łupkowego, albo obwarować jego eksploatację rozlicznymi warunkami, które uczynią cały interes nieopłacalnym. Należy się zatem spodziewać rychłego wzmożenia ekologicznej wrażliwości wśród antyłupkowej euro-koalicji.

Pierwsze przymiarki mieliśmy już w zeszłym roku, kiedy to Komisja ds. Środowiska, Zdrowia Publicznego oraz Bezpieczeństwa Żywnościowego Parlamentu Europejskiego zamówiła raport na temat wpływu wydobycia gazu łupkowego na środowisko i zdrowie obywateli. Sporządzenie raportu Komisja zleciła niemieckiej firmie konsultingowej Ludwik-Bölkow Systemtechnik, żyjącej z doradztwa „pro-eko”. Jak można było się spodziewać raport wieszczy z tytułu eksploatacji łupków siedem plag egipskich i zupełnym przypadkiem zbiegło się to z nasileniem „ekologicznej” kampanii Gazpromu, który nie ustaje w wysiłkach, by przeforsować antyłupkowe regulacje w skali ogólnoeuropejskiej. Można się spodziewać, że w końcu mu się uda, bowiem polskie łupki godzą potencjalnie w zbyt wiele interesów i zbyt drastycznie naruszają europejskie energetyczne status quo, w którego budowę i utrzymanie kontynentalne potęgi zainwestowały zbyt wiele sił i środków.

***

I tym oto sposobem, nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że pozostaniemy na wieki wieków przykuci do strategicznych dostaw surowców ze wschodu, co – jeśli Obama uzyska reelekcję – rychło może zostać wzmocnione militarnym protektoratem Rosji w ramach wspólnej, rosyjsko-natowskiej tarczy antyrakietowej, oddającej nas pod pieczę Kremla według wytycznych ober-czekisty Putina i generała Makarowa. I wszystko mimo naszego zakotwiczenia w zachodnich strukturach, które to struktury miały nam gwarantować bezpieczeństwo, wiekuistą prosperity i wiele innych, różnistych cudowności. Doprawdy, wiele się musiało zmienić, by wszystko pozostało po staremu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL