Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tarcza antyrakietowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tarcza antyrakietowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 maja 2012

Tarcza i gaz

Nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że do uzależnienia surowcowego dołączy militarny protektorat Rosji.

I. Naści swój „reset”, mości Obamo...

Jakieś dwa lata temu w przypływie czarnego humoru zdarzyło się mi napisać, że jak tak dalej pójdzie, to doczekamy się w Polsce bazy antyrakietowej – rosyjskiej. I jak dotąd wszystko, powoli lecz nieubłaganie, idzie właśnie w tym kierunku. Oto niedawno w Moskwie odbyła się konferencja międzynarodowa dotycząca obrony przeciwrakietowej na której szef Sztabu Generalnego armii rosyjskiej, gen. Nikołaj Makarow ponowił propozycję wspólnej, natowsko-rosyjskiej tarczy antyrakietowej. Warunkiem jej powstania byłaby oczywiście rezygnacja NATO (czytaj – USA) z instalacji swych baz w krajach tzw. bliskiej zagranicy, tak by natowska część tarczy nie była w stanie przechwytywać rakiet balistycznych wystrzeliwanych z terytorium Rosji.

Przy okazji polskie media doniosły, iż Rosja po raz pierwszy przedstawiła szczegóły owego projektu – otóż Rosja miała by objąć „ochroną” nie tylko terytorium WNP, ale również kraje bałtyckie, część Norwegii oraz wschodnią Polskę, co oznacza dążenie do usankcjonowania strefy wpływów nie tylko w wymiarze surowcowo-energetycznym, jak ma to dziś miejsce w przypadku Pribałtiki i Polski, lecz również w wymiarze militarnym. Tyle, że nie jest to aż taka nowina, bowiem po raz pierwszy podobny projekt Rosja zgłosiła już w czerwcu zeszłego roku, co zresztą dało mi asumpt do powtórzenia żartu-proroctwa o ruskiej bazie w Polsce. Cóż, wygląda na to, że skoro rosyjska propozycja nie spotkała się rok temu ze stanowczym sprzeciwem, to wiecznie zagrożona przez wraży zapad „święta Ruś” uznała za stosowne włączyć ten pomysł do swej doktryny militarnej. Obecnie zaś generał Makarow pokazał mapkę doprecyzowującą stanowisko FR i z roku na rok będzie coraz trudniej wymusić na Rosji rezygnację z tych planów.

Będzie to tym trudniejsze, że na inaugurację drugiej rundy na kremlowskim stolcu ober-czekista Putin wydał dekret w którym stoi, iż należy „konsekwentnie bronić rosyjskiego podejścia w kwestii utworzenia globalnego systemu obrony przeciwrakietowej Stanów Zjednoczonych, starając się o uzyskanie trwałych gwarancji, że nie będzie ona skierowana przeciwko rosyjskim siłom odstraszania nuklearnego.” Natomiast na wspomnianej wcześniej konferencji generał Makarow bez zbędnej krępacji zagroził atakiem prewencyjnym na amerykańskie instalacje antyrakietowe m.in. za pomocą Iskanderów rozlokowanych w Obwodzie Kaliningradzkim.

Dorzućmy jeszcze do tego plany ulokowania stacji radiolokacyjnej „Woroneż” w Naddniestrzu, wzmacnianie sił na Kaukazie, utrzymywanie baz w Abchazji i Osetii Południowej w stanie podwyższonej gotowości, mianowanie na dowódcę Wojsk Lądowych FR generała Władimira Czirkina Walentinowicza – wojskowego z wieloletnim doświadczeniem na Zakaukaziu, Dalekim Wschodzie i Kaukazie Północnym - a wszystko to połączone z intensywnym przezbrajaniem armii rosyjskiej. Od razu widać, że Putin powraca z przytupem i we właściwym sobie stylu.

Naści swój „reset” o który żeś tak skamlał, mości Obamo.

II. Partia Gazpromu w natarciu

Tymczasem rozliczne sekcje lokalne „partii Gazpromu” rozsiane po byłych demoludach nie zasypiają gruszek w popiele, tylko pracują w pocie czoła nad umocnieniem rosyjskiego monopolu gazowego i opłacalnością powstającego South Stream. Oto kolejno moratoria na wydobycie gazu łupkowego wprowadziły Bułgaria, Rumunia i Czechy (w tym Bułgaria „na zawsze”). W efekcie Polska pozostaje sama na placu boju, co nie wróży dobrze, zważywszy na intensywny, antyłupkowy lobbying Gazpromu prowadzony pod „ekologistycznym” parawanem w Unii Europejskiej. Prekursorem na Zachodzie była Francja, która już w zeszłym roku zakazała u siebie prac nad eksploatacją tego surowca, a dziś w jej ślady podążają kraje Europy Środkowo-Wschodniej, motywując swe moratoria ekologią właśnie. Oczywiście, konkurencyjność łupków wobec rosyjskiego gazu konwencjonalnego i Gazociągu Południowego nie ma nic do rzeczy. Oczywiście...

Zatem z łupkami będziemy mieli pod górkę jeszcze bardziej niż do tej pory, gdyż naszym „unijnym partnerom” samowystarczalna energetycznie, czy wręcz eksportująca gaz Polska jest potrzebna jak psu piąta noga. Dotyczy to szczególnie unijnego hegemona, czyli Niemiec, którym może to popsuć wypracowywane latami rozliczne geszefty z Rosją, z Nord Streamem na czele. Niemcy zaś są w stanie poprzez unijne instytucje albo zakazać wydobycia gazu łupkowego, albo obwarować jego eksploatację rozlicznymi warunkami, które uczynią cały interes nieopłacalnym. Należy się zatem spodziewać rychłego wzmożenia ekologicznej wrażliwości wśród antyłupkowej euro-koalicji.

Pierwsze przymiarki mieliśmy już w zeszłym roku, kiedy to Komisja ds. Środowiska, Zdrowia Publicznego oraz Bezpieczeństwa Żywnościowego Parlamentu Europejskiego zamówiła raport na temat wpływu wydobycia gazu łupkowego na środowisko i zdrowie obywateli. Sporządzenie raportu Komisja zleciła niemieckiej firmie konsultingowej Ludwik-Bölkow Systemtechnik, żyjącej z doradztwa „pro-eko”. Jak można było się spodziewać raport wieszczy z tytułu eksploatacji łupków siedem plag egipskich i zupełnym przypadkiem zbiegło się to z nasileniem „ekologicznej” kampanii Gazpromu, który nie ustaje w wysiłkach, by przeforsować antyłupkowe regulacje w skali ogólnoeuropejskiej. Można się spodziewać, że w końcu mu się uda, bowiem polskie łupki godzą potencjalnie w zbyt wiele interesów i zbyt drastycznie naruszają europejskie energetyczne status quo, w którego budowę i utrzymanie kontynentalne potęgi zainwestowały zbyt wiele sił i środków.

***

I tym oto sposobem, nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że pozostaniemy na wieki wieków przykuci do strategicznych dostaw surowców ze wschodu, co – jeśli Obama uzyska reelekcję – rychło może zostać wzmocnione militarnym protektoratem Rosji w ramach wspólnej, rosyjsko-natowskiej tarczy antyrakietowej, oddającej nas pod pieczę Kremla według wytycznych ober-czekisty Putina i generała Makarowa. I wszystko mimo naszego zakotwiczenia w zachodnich strukturach, które to struktury miały nam gwarantować bezpieczeństwo, wiekuistą prosperity i wiele innych, różnistych cudowności. Doprawdy, wiele się musiało zmienić, by wszystko pozostało po staremu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 19 czerwca 2011

Czy to się jeszcze da odwrócić?


Nawet pobieżny przegląd rosyjskiej aktywności na naszym rynku energetycznym pokazuje, że „rekompensata” postępuje z iście morderczą, czekistowską konsekwencją.



I. Lotos.


Jakiś czas temu w swej rubryce na portalu „wPolityce.pl” Zbigniew Kuźmiuk podał (za Kommiersantem), że „rosyjsko-brytyjski koncern TNK-BP złożył wstępną ofertę na zakup 53% akcji gdańskiej firmy Lotos S.A.”. Ministerstwo Skarbu z Aleksandrem Gradem na czele, nabrało wody w usta i jakoś się inwestorem nie chwali, mimo że nie pochodzi on Chin ani nawet z Kataru, tylko z „zaprzyjaźnionego mocarstwa”. Cóż, panu ministrowi w nie-rządzie Tuska przypadła rola licytatora ostatnich sreber rodowych, zaś jego ministrowanie ma się najwyraźniej sprowadzać do tego, by za kilka lat żadne Ministerstwo Skarbu nie było potrzebne, bo zwyczajnie nie będzie żadnego majątku do zarządzania.


Desperacja z jaką ministerstwo z jednej strony pragnie opchnąć Lotos komukolwiek, byle wyszarpać te 3 mld złotych, z drugiej zaś uporczywe trzymanie w tajemnicy tego o czym i tak piszą rosyjskie media są symptomatyczne. Z jednej strony bowiem uświadamia nam skalę zapaści finansów państwa, które trzeba ratować wyprzedając za psi grosz, spółkę mającą niemal 30% polskiego rynku paliwowego i która zakończyła właśnie warte 6 mld złotych inwestycje, z drugiej zaś pokazuje, że rząd doskonale zdaje sobie sprawę z ekonomicznej (i politycznej) horrendalności całej operacji i dlatego woli trzymać ją ile się da pod korcem. Dość powiedzieć, że ujawnienie inwestorów przewidziane jest dopiero na przełom 2011 i 2012 roku – czyli na okres powyborczy, kiedy najprawdopodobniej kluczowe procedury zostaną już przyklepane.


II. Rekompensata.


Kilkakrotnie już o tym pisałem (np. TU), ale wypada powtórzyć: negocjacje gazowe poszły nie do końca po myśli Rosjan. Ugrali i tak monstrualnie dużo, uzależniając na długie lata Polskę od swojego gazu. Spodziewali się jednak ugrać więcej – m.in. dłuższy okres umowy (do 2037 a nie do 2022 jak ostatecznie ustalono), jeszcze wyższe stawki, zakaz reeksportu i przejęcie polskiego odcinka Jamalu. Od razu dodam: żadna w tym zasługa „naszych” negocjatorów, Pawlak gotów był oddać Rosjanom wszystko. Po prostu w pewnym momencie wmieszała się Komisja Europejska - czyli Niemcy - którzy wbrew polskiemu rządowi (!) nie zgodzili się na tak przytłaczającą dominację Rosji, jaka rysowała się w trakcie rozmów. Rosja zatem najwyraźniej postanowiła zrekompensować sobie częściową porażkę na innych polach, a że po Katastrofie Smoleńskiej zniknął ostatni ośrodek władzy, który mógłby w jakikolwiek sposób mieszać jej szyki, to napiera na kolejne sektory energetyczne szeroką ławą. Lotos to tylko element większej układanki.


W grę wchodzi również gdański Naftoport, którego Lotos jest mniejszościowym udziałowcem, zablokowanie wydobycia gazu łupkowego nad czym Gazprom intensywnie pracuje, przejmowanie spółek z branży (vide – przejęcie Intergaz-System, potentata na rynku LPG w południowo-wschodniej Polsce), ostatnio zaś dowiedzieliśmy się, że od 2016 roku będziemy importować energię elektryczną z powstającej pod Kaliningradem Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej za pomocą mostu energetycznego Kaliningrad-Elbląg. Dodajmy do tego przyblokowane bałtycką rurą Świnoujście, co spowoduje problemy z ekonomiczną opłacalnością mającego powstać terminalu LNG... Coś pominąłem?


Jeśli nawet, to choćby pobieżny przegląd rosyjskiej aktywności na naszym rynku energetycznym pokazuje, że „rekompensata” postępuje - systematycznie, wielotorowo i z iście morderczą, czekistowską konsekwencją. Rosja już ma 2/3 naszego rynku gazowego, wkrótce będzie miała 1/3 rynku paliw, a za kilka lat – około 8% rynku energii elektrycznej (to tak na początek, bo gdy w 2018 roku Rosjanie uruchomią drugi blok elektrowni, to założę się, że niezbędna będzie „renegocjacja”, tak byśmy importowali – ja wiem? - może jakieś 15-20%...).


III. Czy to się jeszcze da odwrócić?


Czasami zastanawiam się, czy poczynania obecnego nie-rządu da się jeszcze w ogóle odwrócić, tym bardziej, że na horyzoncie rysuje się druga kadencja Platformy z Tuskiem na czele. I nawet jeżeli ta druga kadencja zakończy się krachem i przedterminowymi wyborami, to jakie państwo odziedziczą następcy? Wpół zdechłego bankruta z mocno zainstalowanymi strażnikami wpływu ościennych potęg, uzależnionego energetycznie - od Północnego Sąsiada, finansowo - od bezimiennych spekulantów, politycznie - od Unii Europejskiej czyli od Niemiec. Państwo ze zdezorientowanym i podatnym na manipulacje narodem, systematycznie ogłupianym od najmłodszych lat (właśnie wyczytałem, że tegoroczne testy gimnazjalne wypadły najgorzej w całej swej historii – brawo pani Hall, głupkami łatwiej rządzić). Państwo bez majątku, bez własnego przemysłu, z obywatelami siedzącymi w kieszeniach obcych banków, bez armii...


A propos armii – Rosjanie zaproponowali, że w ramach tarczy antyrakietowej obejmą „ochroną” część państw NATO, konkretnie – kraje bałtyckie i Polskę. Cóż, kiedyś pół żartem pół serio napisałem, że jeśli tak dalej pójdzie, to doczekamy się w końcu bazy antyrakietowej na naszym terytorium, tyle że będzie to baza rosyjska. Wygląda na to, że po raz kolejny może się potwierdzić stara prawda, głosząca że jeżeli dzisiaj nie chce się karmić własnej armii, to jutro będzie się karmić cudzą.


Gadający Grzyb

sobota, 23 października 2010

Sypiając z wrogiem


Czy będziemy świadkami powstania Układu Warszawskiego – bis?

I. Witamy w Układzie Warszawskim.

Gdy w maju i lipcu tego roku pisałem teksty „Geopolityczny aspekt pojednania” i „Parada niemocy” obrazujące zapaść naszej polityki zagranicznej, tudzież geostrategiczny bezwład NATO, szczególnie w odniesieniu do Rosji, pozwoliłem sobie na ponury żart, że jak tak dalej pójdzie, to Rosja faktycznie przyłączy się do projektu Tarczy Antyrakietowej i wówczas, owszem, powstanie u nas stosowna baza, tyle, że... rosyjska. A wszystko to przy błogosławieństwie Paktu i za pełną zgodą naszego rządu. Dziś dodatkowo spuentuję, że w ten oto sposób historia zatoczy koło i pozostając pełnoprawnym, zintegrowanym itd. członkiem „struktur euroatlantyckich” wrócimy w objęcia jakiejś współczesnej mutacji Układu Warszawskiego. Rechot dziejów. Normalnie, boki zrywać.

Do powyższej refleksji sprowokowała mnie wiadomość, że Sekretarz Generalny NATO Anders Fogh Rasmussen, jak podaje „Rzepa”, wyraził nadzieję, że NATO do współpracy przy planowanym systemie obrony przeciwrakietowej zaprosi Rosję. Do szczęśliwego mariażu dojść ma na listopadowym szczycie Sojuszu w Lizbonie (19-20.11.2010). Moim zdaniem owo natowsko-rosyjskie szczytowanie powinno wprawdzie, dla dopełnienia historycznej analogii, odbyć się w Warszawie, ale nic straconego. Stolica Priwislańskiego Kraju zawsze zostaje w odwodzie gdy przyjdzie do ostatecznego podpisania paktu Rosja-NATO, połączonego z przyklepaniem wkroczenia rosyjskich jednostek przeciwrakietowych do Polski.

Idę o zakład, że wówczas nie powstanie u nas jakaś jedna marna baza, którą chcieli budować Amerykanie, lecz od razu kilka-kilkanaście, tak by zaspokoić militarny rozmach szerokiej, rosyjskiej duszy. Zresztą, po co ograniczać się do wojsk przeciwrakietowych? Niech wprowadzą też czołgi. Dla artylerii również znajdzie się miejsce. I, oczywiście, piechoty ile tylko wlezie. Wystarczy odremontować i zaadaptować opuszczoną w 1993 roku przez bratnią armię infrastrukturę, jaki problem? Legnica i Borne Sulinowo czekają...

Ciekawi mnie niezmiernie, czy nasz minister spraw zagranicznych, Radek Sikorski, znany zwolennik pełnego wejścia Rosji do Sojuszu fika z radości koziołki, czy też ma poczucie niedosytu, że jednak rosyjskie partycypowanie w natowskim systemie przeciwrakietowym to jednak nie to samo co pełna integracja?

II. Pod dyktando Karaganowa.

Nie sposób nie zauważyć, że cechujące od początku administrację Obamy „resetowanie” stosunków z Rosją połączone z konsekwentnym wycofywaniem się Stanów Zjednoczonych z Europy i „urlopem” od Europy Środkowo-Wschodniej sprawiły, że powstałą lukę zaczęły skrzętnie zagospodarowywać Rosja i jej europejscy sojusznicy – Niemcy i Francja. Europejsko–rosyjski wielowątkowy romans po okresie wstępnych docierań i umizgów wkracza właśnie na naszych oczach w fazę realizacji – konsumowania gospodarczych i militarnych owoców partnerstwa. Wszystko to pod dyktando głoszonej od niedawna publicznie (co znaczy, że od dość dawna w zaufaniu) koncepcji Związku Europy Siergieja Karaganowa.

Zwasalizowana intelektualnie i polityczne, przeżarta od czasów sowieckich agenturą wpływu Europa Zachodnia nawet nie zdaje sobie sprawy, że daje się wkręcić w kolejną odsłonę „Nowej Zimnej Wojny” którą prowadzi z Zachodem reżim Putina. Pisałem już o tym, więc nie będę się powtarzał. Zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych notek (wykaz pod tekstem).

Znamienne, że wystąpienie Rasmussena miało miejsce podczas wizyty w Niemczech, wkrótce po spotkaniu z kanclerz Angelą Merkel. Oznacza to, że Sekretarz Generalny NATO posłużył za „pas transmisyjny” by zakomunikować co zostało postanowione podczas niedawnego szczytu Rosja-Francja-Niemcy w Deauville (18-19.10.2010), gdzie Miedwiediew, Sarkozy i Merkel najwyraźniej porozumieli się co do strategicznej przyszłości kontynentu nie tylko z pominięciem europejskich partnerów, ale również – do niedawna niewyobrażalne – USA!

Tak więc, po geszeftach typu Gazociąg Północny i sprzedaży okrętów klasy „Mistral” przyszła pora na długofalową militarną współpracę, której efektem będzie trwała marginalizacja Stanów Zjednoczonych w Europie i ubezwłasnowolnienie NATO. Sojusz nie będzie w stanie przedsiębrać jakichkolwiek poważniejszych działań bez przyzwolenia Rosji. Zwróćmy uwagę: Rosja bez ponoszenia niewygodnych i niewykonalnych dla niej zobowiązań i standardów jakie przyjąć musi każdy członek NATO, zyskuje de facto prawo weta w stosunku do poczynań Sojuszu. A wszystko to za bezdurno, za majaczącą gdzieś na horyzoncie wizję wspólnego systemu bezpieczeństwa, którą kremlowski wąż zahipnotyzował zachodnich decydentów. Co więcej, jak wynika z doniesień ze szczytu w Deauville, to Niemcy i Francja zabiegały o względy Rosji, nie odwrotnie!

III. Finlandyzacja Polski.

Aż się nie chce pisać, co to oznacza dla Polski i pozostałych krajów naszego regionu. Gdybyśmy chociaż prowadzili politykę budowania środkowoeuropejskiego sojuszu, tak by nasz głos musiał być brany pod uwagę; politykę, którą przynajmniej usiłował prowadzić ś.p. Lech Kaczyński... Ale cóż – nie po to, szczęśliwym trafem, Prezydent zginął pod Smoleńskiem, nie po to teraz „płyniemy z głównym nurtem” i stajemy się „pomostem między wschodem a zachodem”... Nie po to siedzimy na czterech literach i przytakujemy, nie po to milczymy w sprawie zakopania gazowej rury pod dnem Bałtyku i wpychamy Rosji w ręce nasze energetyczne „być albo nie być”... Nie po to wreszcie - do ciężkiej cholery - uprawiamy dobrowolną finlandyzację, by teraz nagle zacząć się awanturować o jakieś, z przeproszeniem, duperele, jak nasza pozycja międzynarodowa i wtrącać swoje trzy grosze, tam gdzie nad porządkiem świata radzą starsi i mądrzejsi... Prawda, panie Sikorski?

***

Za niecały miesiąc, na lizbońskim szczycie, zostanie przedstawiona nowa koncepcja strategiczna NATO. Odbędzie się to przy łaskawej obecności prezydenta Dmitrija Miedwiediewa – głowy Federacji Rosyjskiej, czyli państwa, które w swej oficjalnej doktrynie wojennej uznaje NATO za głównego przeciwnika.

Gadający Grzyb

P.S. Podczas pisania popadłem w kasandryczny nastrój. A to dlatego, że nieopatrznie przejrzałem swe notki (linki poniżej), które poświęciłem zbliżonej tematyce, począwszy od tej sprzed półtora roku (marzec 2009) pod znamiennym tytułem „Rosja, czyli ober-szef NATO”. Wszystko aktualne, tylko wyć z rozpaczy.

Ciekawe linki:

http://cogito.salon24.pl/240185,matrioszka-bezpieczenstwa

http://niepoprawni.pl/blog/1164/kuzniar-karaganow-i-inni-czyli-jest-czego-sie-bac

http://wyborcza.pl/1,76842,8304987,Zwiazek_Europy__ostatnia_szansa_.html

http://niepoprawni.pl/blog/164/zamach-zalozycielski-zwiazku-europejskiego

http://www.polskatimes.pl/fakty/swiat/321576,francja-niemcy-i-rosja-chca-wspolnie-ograniczyc-role-usa-w,id,t.html?cookie=1

http://www.rp.pl/artykul/553104-Natowska-tarcza-razem-z-Rosja-.html

Moje notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/podmiotowosc-i-normalizacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/parada-niemocy


http://www.niepoprawni.pl/blog/287/polityka-mrozonego-gna


http://www.niepoprawni.pl/blog/287/nowa-zimna-wojna

http://niepoprawni.pl/blog/287/geopolityczny-aspekt-pojednania%E2%80%A6

http://niepoprawni.pl/blog/287/polski-blogostan%E2%80%A6

http://niepoprawni.pl/blog/287/czlowiek-%E2%80%93-porazka

http://niepoprawni.pl/blog/287/z-reka-w-nocniku

http://niepoprawni.pl/blog/287/zamalowani-do-kata

http://niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama


http://www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 11 lipca 2010

Parada niemocy.


Pogrążone we własnych kłopotach „struktury międzynarodowe” postanowiły dać sobie „urlop” od Europy Środkowo – Wschodniej.

I. Wystawieni do wiatru.

„Obłuda, obłuda, obłuda...” - natrętnie dźwięczało mi między uszami, gdy jakiś czas temu przeczytałem, iż pani Hillary Clinton obwieściła, że „drzwi do NATO stoją dla Ukrainy otworem”. „Obłuda, obłuda, obłuda...”, gdy ta sama persona podkreślała 3 lipca b.r. w Krakowie, że Stany Zjednoczone „wspierają integralność terytorialną Gruzji”. Słowa te były niczym innym jak klasycznym działaniem pozornym, próbą „zagadania” bezwładu Sojuszu (i w coraz większym stopniu – również USA), w praktyce niezdolnego dziś do jakichkolwiek zdecydowanych inicjatyw, zwłaszcza gdyby te miały „rozdrażnić” Rosję. A takie wstąpienie Ukrainy do Paktu „rozdrażniłoby” Rosję z całą pewnością.

Hillary Clinton może wygłaszać swoje „zaproszenia” i „wspierać integralność terytorialną” bez konsekwencji, gdyż Ukraina pod rządami Janukowycza wykonuje właśnie zdecydowany zwrot na wschód, czego wyrazem jest przyjęty dopiero co projekt ustawy o zasadach polityki wewnętrznej i zagranicznej, w której nie ma słowa na temat wejścia do NATO, jest za to stwierdzenie o „polityce pozablokowości”, co wiąże się z „nieuczestniczeniem w sojuszach wojskowo-politycznych". Gruzja z kolei może jedynie oficjalnie uśmiechnąć się z wdzięcznością i w milczeniu trawić gorycz zdrady ze strony swych zachodnich protektorów.

Cóż, skoro NATO właśnie sypie się w Afganistanie, zaś każdy ze „sprzymierzeńców” tylko kombinuje jak się stamtąd wyrwać, trzeba trzymać fason, czyli sugerować światu, że NATO wciąż jest prężnym organizmem, a nie galwanizowanym żabim truchłem, którego odruchy są jeno pozorami życia. Ciekawe tylko, czy amerykańska „Sekretarka” Stanu naprawdę łudziła się, że ktokolwiek na świecie w jej „zaproszenie”, tudzież „wspieranie integralności” uwierzy, zważywszy, że w kwietniu 2008 roku na szczycie NATO w Bukareszcie wymownie zatrzaśnięto Ukrainie i Gruzji drzwi przed nosem. I to wtedy, gdy Ukraina pozostawała pod rządami prozachodniej ekipy „pomarańczowych”, Gruzja zaś czuła na plecach oddech Wielkiego Brata...

Żadnemu z tych państw nie zaproponowano nawet przystąpienia do Planu Działań na Rzecz Członkostwa (MAP). Poprzestano na uśmiechach i odpuszczono sobie rozszerzenie Sojuszu na obszarze dawnego ZSRR w zamian za rosyjskie obietnice rozważenia redukcji zbrojeń konwencjonalnych.

W sierpniu 2008 Rosja zaatakowała Gruzję.

Odnoszę wrażenie, że upadek „pomarańczowych” na Ukrainie i powojenne kłopoty Saakaszwilego w Gruzji przyjęto na Zachodzie z ledwie skrywaną ulgą. Patrzcie no – tacy niestabilni... Czemu wkraczać? Intensyfikować napięcie?

Tak oto, koncertowo, wystawiono potencjalnych sojuszników do wiatru.

II. NATO bez „rewitalizacji”.

Rosyjska optyka przeżarła celowniki NATO. „Wspólnota transatlantycka”, o ile jeszcze coś takiego istnieje, boi się, bądź łudzi, iż polityka ugłaskiwania niedźwiedzia da pozytywne efekty, uporczywie nie chcąc dostrzec, że reżim Putina od swego zarania toczy z Zachodem nową zimną wojnę, zaś NATO pozostaje dla Rosji strategicznym przeciwnikiem nr 1.

Do tego dochodzi maniackie „uzgadnianie” z Kremlem niemal wszelkich posunięć, czyniące z Rosji, jak to zdarzyło mi się niegdyś napisać, coś w rodzaju „ober – szefa NATO”. Za G.W. Busha można było jeszcze myśleć o rewitalizacji Paktu na bazie cywilizacyjnej w swym wymiarze wojny z islamskim terroryzmem. Rewitalizacji, dodam, wspartej strategicznym projektem tarczy antyrakietowej mającej chronić prócz Ameryki także 90 % powierzchni Europy (w tym Polskę). Prezydentura Obamy z jego lewackim bagażem patrzenia na kwestie międzynarodowe rodem z nauk kontrkulturowych ideologów „pokolenia ‘68” chyba już definitywnie przekreśla te nadzieje.

Dlatego absolutnie nie podnieciła mnie wieść, że podczas krakowskiego cyklu wieczorków zapoznawczo – poruchawczych dla ministrów spraw zagranicznych (02–04.07.b.r. - Konferencja Wspólnoty Demokracji) podpisano jakiś świstek (konkretnie - aneks do polsko-amerykańskiej umowy o obronie przeciwrakietowej). Radosław Sikorski, którego zasługi w przewlekaniu i w konsekwencji – utrąceniu bushowskiego projektu tarczy są z punktu widzenia obamowców nie do przecenienia, prześcigał się z panią Clinton w zapewnieniach, że projekt ten „nie zagraża” Rosji i po raz kolejny zapowiedziano możliwość rosyjskich inspekcji...

Oczywiście, wszystko to pic na wodę i fotomontaż. Obamowcom ani w głowach jakieś tam „tarcze”, no, chyba że przy współudziale Rosji. Takich papierków do podpisania czeka nas jeszcze wiele. Obama zaś będzie konsekwentnie ciął fundusze Pentagonu... aż Rosjanie faktycznie uznają, że warto się do „inicjatywy” przyłączyć i pod pozorem „obrony przeciwrakietowej” zainstalują u nas własną bazę rakiet przechwytujących. A wszystko - jakże by inaczej! - za zgodą polskiego rządu i z błogosławieństwem USA i NATO....

III. Przegrany region.


Swoją drogą, nie przypuszczałem, że Ukraina po zwycięstwie Janukowycza i Partii Regionów tak zdecydowanie osunie się na powrót w rosyjską strefę wpływów. Liczyłem się, oczywiście, z tzw. przestawieniem akcentów, ale przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie do 2047 roku w zamian za 30% obniżkę cen gazu... wyrzeczenie się prozachodniego kursu i niemal jawna wasalizacja elit rządzących... Szybko uwinęliście się, chłopaki. Nawet nasi wielbiciele Gazpromu nie są tak ostentacyjni.

Ale cóż, próżne żale, tym bardziej, że w znacznej mierze sami jesteśmy sobie winni. Zamiast konsekwentnie budować wpływy w regionie, (o czym pisałem ostatnio w notce „Polityka mrożonego g..na”), nasza „polityka wschodnia” była ciągiem chaotycznych zrywów, a i te możliwe były jedynie wówczas, gdy chwilowo słabły wpływy „moskiewskiej partii w Polsce”, zaś USA wzmagały (jak za G.W. Busha) zainteresowanie naszym regionem.

Przebimbaliśmy sobie 20 lat najkorzystniejszej koniunktury międzynarodowej od niepamiętnych czasów, naiwnie licząc na to, że zaczepienie się w strukturach międzynarodowych da nam wiekuisty „urlop od historii”. Nic z tego. Pogrążone we własnych kłopotach „struktury” postanowiły najwyraźniej dać z kolei sobie „urlop” od Europy Środkowo - Wschodniej i z chęcią podzieliły się odpowiedzialnością, tudzież wpływami, z każdym chętnym do zapewnienia „porządku” i „stabilizacji” w Kijowie, Warszawie i innych stolicach.

Chętni do „stabilizowania” są niezmiennie ci sami. Od stuleci.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 17 września 2009

Z ręką w nocniku.


Tusk i Sikorski w potencjalnie zbrodniczy sposób pograli sobie kwestią naszego narodowego bezpieczeństwa.

Spełnione obawy.

Ledwie przedwczoraj, analizując ogrom beznadziei polityki zagranicznej rządu Tuska, napisałem:

„Obama – zdeklarowany przeciwnik tarczy antyrakietowej skwapliwie wykorzystał prezent, jakim było sabotowanie procesu ratyfikacyjnego przez Platformę i w zasadzie otwarcie wycofał się z projektu, zaś kwestie bezpieczeństwa postanowił uzgadniać bezpośrednio z Moskwą, nie zawracając sobie głowy jakąś tam Polską, czy innymi kraikami środkowej i wschodniej Europy. To, że się na tym ostatecznie przejedzie, jak niegdyś Roosevelt, czy inny Carter, nie zmienia faktu naszej marginalizacji.”


Dziś – proszę, spełniło się co do joty. Tusk z Radkiem Sikorskim negocjowali tak „twardo” i „nie na kolanach”, że koniec końców walnie przyczynili się do uwalenia projektu. Teraz widać, jak niewybaczalnym grzechem był brak ratyfikacji umowy o tarczy jeszcze za kadencji Busha. Gdyby to nastąpiło bez durnych targów o jakąś baterię patriotów, która jest nam tak naprawdę na plaster, gdyż nawet uzbrojona, nie byłaby w stanie niczego uchronić, Obamie byłoby o wiele trudniej zerwać umowę, bez wywoływania skandalu.

Zmarnowana szansa.

Zmarnowaliśmy krótki okres koniunktury i niepowtarzalną szansę na przełamanie post-zimnowojennego status quo wg. którego, zgodnie z życzeniem Rosji, na terenie byłych demoludów, nie wspominając już o dawnych republikach, miało nie być żadnych natowskich, czy amerykańskich wojskowych baz, tudzież innych militarnych instalacji.

Zresztą, patrząc na nieszczególne miny Tuska, czy Sikorskiego, którzy pijarowską gadaniną starali się przykryć to, co się stało, chyba nawet oni nie spodziewali się tak drastycznego ucięcia tematu przez Obamę. Dla medialnego poklasku, dla antykaczystowskiego pijaru, dla kilku uśmiechów zagranicznych stolic, obaj panowie w potencjalnie zbrodniczy sposób pograli sobie kwestią naszego narodowego bezpieczeństwa. Teraz zostaliśmy z niczym, a na Kremlu polewają wódkę i szampanskoje. Rosyjskie MSZ już nie omieszkało wyrazić radości z takiego obrotu sprawy. Zarówno rodzimi, jak europejscy „antyamerykaniści” również zacierają ręce.

Autarkiczne mrzonki.

Pozwolę sobie jeszcze na kilka uwag skierowanych do tych, którzy obecność u nas tarczy i amerykańskiej bazy przyrównywali do Układu Warszawskiego, okupacji, sowieckich baz w Polsce itd.(na „Niepoprawnych” niekiedy też pojawiały się takie głosy):

- Obecność wojsk sojuszniczych za naszą zgodą, regulowana stosownymi zapisami w umowie, to coś diametralnie innego od okupacyjnych wojsk sowieckich, narzuconych nam wbrew woli. Różnica jest taka jak między ZSRR czy Rosją a Stanami. Jeżeli ktoś nie widzi różnicy, to doprawdy… tłumaczenie tych oczywistości przypominałoby rozmowę ze ślepym o kolorach.

- Państwa, w których stacjonują wojska amerykańskie jakoś nie czują się zniewolone i nie palą się do tego, by Amerykanów wyrzucać. Niemcy, Włochy, Belgia, Korea Pd., Japonia… czy to są kraje okupowane? Doskonale wiedzą, że USA siłą rzeczy będą bronić terytoriów na których stacjonują „amerykańscy chłopcy”.

- Zwolennicy swoistej „militarnej autarkii” Polski nie chcą zauważyć, że nie jest możliwe na dłuższą metę funkcjonowanie bez stabilnych polityczno – militarnych sojuszy. Owszem, sojusze (również sojusz z USA) same z siebie nie gwarantują bezpieczeństwa, siły zbrojne należy wzmacniać (jest tu wiele do zarzucenia kolejnym naszym rządom), ale należy to czynić równolegle ze wzmacnianiem sojuszniczych więzi, a nie zamiast.

Teraz, co by Obama, tudzież Sikorski z Tuskiem nie gadali, fundamentalny dla naszego bezpieczeństwa projekt wylądował w koszu. Wszelkie ersatze proponowane przez Waszyngton i podchwytywane u nas w celu ratowania twarzy, to mydlenie oczu. Fiasko tarczy zrozumiał doskonale premier Czech i przyznał to otwarcie w swym wystąpieniu. Naszych niedorobionych politycznych piłkarzyków nie było stać nawet na to.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.niepoprawni.pl/blog/287/zamalowani-do-kata

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato

sobota, 29 sierpnia 2009

Gdzie nas ma Obama.


Dopóki Obama jest prezydentem, USA nie są naszym sojusznikiem.

Upokarzające zabiegi, do jakich została zmuszona nasza dyplomacja, by USA zechciały łaskawie podnieść obelżywie niską rangę, jaką nadały delegacji na obchody 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej, ostatecznie negliżują stosunek obecnej administracji nawet nie tyle do Polski i jej historii, ile generalnie, do krajów naszego regionu.

Wiele wskazuje na to, że okazane nam lekceważenie jest pochodną trzech czynników: relacji z Kremlem, „kompleksu Busha” i fałszywie rozumianej pragmatyki.

Obama – Rosja.


Obama od początku swej prezydentury konsekwentnie prowadził wobec Rosji tyleż słoneczną, co naiwną politykę promiennych uśmiechów, koncentrując się na dwustronnych kontaktach i kompletnie ignorując resztę dawnej, sowieckiej strefy wpływów.

„Ukoronowaniem” tej radosnej dyplomatycznej pseudotwórczości, była wizyta w Rosji, wypełniona tyleż gładkim, co bełkotliwym pustosłowiem. Czy ktoś pamięta jakiś komunikat, jakieś jedno zdanie, wygłoszone wtedy przez amerykańskiego prezydenta? Ja nie. Jakieś mętne frazesy o demokracji i stosunkach, które równie dobrze mógłby wygłosić byle brukselski komisarzyna. Ach, no i jeszcze, jakże by inaczej, inicjatywa rozbrojeniowa, na której stracą przede wszystkim Stany. Doprawdy, pod rządami „czarnego mesjasza lewicy”, amerykańska polityka europeizuje się w zastraszającym tempie.

A dla mnie i, jak sądzę, dla wielu innych, jednym z głównych powodów sympatyzowania z Ameryką było to, iż Unią Europejską nie jest…

„Kompleks George’a W. Busha”.

Obama zamiast nakreślenia jakiejś własnej, spójnej wizji, usiłuje być kochany i pragnie za wszelką cenę udowodnić całemu światu, a Rosji, terrorystom i różnym reżimom w szczególności, iż nie jest Bushem.

Zupełnie inaczej postępował jego poprzednik, którego walka z „osią zła”, mimo pewnych niekonsekwencji, była jednak z grubsza czytelna. Nie lekceważąc wagi kontaktów z Rosją, nie zapominał o byłych demoludach, widząc w nich jakąś kartę, którą można z Kremlem pograć. Rumsfeldowska „Nowa Europa” miała szansę stać się ważnym polem globalnej szachownicy, zaś Polska ze względu na swój potencjał (bądźmy szczerzy, oceniany mocno na wyrost, ale jednak), mogła stać się liderem regionu – i pełniąc rolę jednego z asów w amerykańskiej talii, ugrać zarówno dla siebie, jak i pozostałych państw ostateczne wyjście z post – sowieckiej strefy wpływów. Tę szansę, w znacznej mierze na własne życzenie, przesraliśmy.

Ale, jako się rzekło, Obama pragnie być anty - Bushem. Toteż meandruje, stwarzając pozory wytrawnego gracza, a tak naprawdę błąka się, niczym pijane dziecko we mgle. Rezygnacja z tarczy antyrakietowej, którą to rezygnację obiecał Rosji jeszcze w marcu, w zamian za pomoc Kremla co do powstrzymania nuklearnych zapędów Iranu, jest tego wymownym przykładem.

Handelek, czyli fałszywie pojmowana pragmatyka.

Żywię brzydkie podejrzenie, że Obama poufnie „coś” Rosji obiecał. Owo „coś”, to desiteressment co do naszego regionu i rezygnacja z przełamania post – zimnowojennego porządku, jakim był projekt tarczy antyrakietowej. Tu, nie od rzeczy było by przypomnieć, iż warunkiem zgody Rosji na rozszerzenie NATO było, że na terenach dawnych demoludów, a tym bardziej, byłych republik, nie powstaną żadne militarne instalacje. Przecież Rosja nie postawiła wzmiankowanego zastrzeżenia z troski o naszą niepodległość.

Do pewnego momentu, ów domniemany „New Deal” w polityce zagranicznej Stanów był osładzany uśmiechami i zapewnieniami, że „Rosja nie ma prawa do strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej” (Hillary Clinton). Ja w tę dyplomatyczną mowę - trawę nie wierzyłem, ale liczni dali się nabrać. Teraz zabrakło nawet uśmiechów i gołosłownych zapewnień. Wszystko jasne. Może to i dobrze – przynajmniej gramy w otwarte karty. Dopóki Obama jest prezydentem, USA nie są naszym sojusznikiem.

Obama poświęcił przyjazne stosunki z Polską i regionem na ołtarzu fałszywie pojmowanej „pragmatyki” – dyktowanej lewackim zaślepieniem i ignorancją, połączonymi z przemożnym poczuciem Misji.

Ameryka – Kreml - historia.

Stosunek Obamy do Rosji jest patologiczną mieszanką strachu i fascynacji. Zważywszy na jego skrajnie lewackie konotacje, „nie dziwi nic”. Gdyby przyjechał na Westerplatte osobiście, lub wysłał np. wiceprezydenta, dałby tym samym sygnał, iż Europa Środkowo – Wschodnia liczy się w amerykańskich globalnych kalkulacjach, a to z pewnością Rosji by się nie spodobało.

Poza tym, za prominentnymi politykami włóczy się stado dziennikarzy – nic to, że przytłaczająca większość z nich jest oszałamiająco wręcz postępowa i raczej odgryzłaby sobie własny język, niż powiedziała cokolwiek stawiającego Obamę lub Rosję w złym, lub choćby niejasnym świetle. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że choćby na skutek reporterskiej wpadki jakieś niepożądane fakty poszłyby w eter i znienawidzeni przez Obamę Amerykanie, których postanowił reformować „prawem i lewem”, usłyszeliby np. że wojnę rozpętali nie żadni bezpaństwowi „naziści” do spółki z Polakami, tylko Niemcy. Co gorsza, mogła by paść wzmianka o pakcie Ribbentrop – Mołotow i współodpowiedzialności „Wujka Joe” za rozpętanie piekła w którym poległo tylu amerykańskich chłopców…

Taka wiedza nie jest Amerykanom potrzebna.

Cóż, zaplecze intelektualne prezydenta Obamy współtworzą wycirusy z czasów Cartera (jak Wiliam Perry) i ich uczniowie, którzy potrafią jedynie doradzać jak należy układać się z ZSRR/Rosją i którzy po dziś dzień nie mogą wybaczyć Reaganowi, że posłał ich w odstawkę, zaś ich światłe nauki wyrzucił do kosza, a na dodatek wygrał. Należy zatem podpompować prestiż Rosji, cóż z tego że sztucznie, by podnieść własną pozycję niegdysiejszych kremlinologów, a dziś - „fachowców od Rosji”.

Polemika.

Kilka słów polemiki. „Rzeczpospolita” kilka dni temu przytoczyła opinię prof. Lewickiego, twierdzącego, że postawa USA i Obamy, to demonstracja urażonego mocarstwa, spowodowana:

a) Listem wysłanym przez byłych polityków regionu, w którym to piśmie, mówiąc telegraficznym skrótem, prosili by Ameryka łaskawie nas nie olewała.

b) Brakiem ratyfikacji umowy o tarczy antyrakietowej.

Pozwolę się nie zgodzić.

Ad. a) List nie powstał ot tak, sam z siebie. Nie był wytworem chorych awanturników, obliczonym na zrażenie do siebie mocarstwa. Był reakcją na to, co działo się od początku Obamowej prezydentury – dogadywanie się z wielkimi, przy całkowitym ignorowaniu małych. Reakcją tyleż bezprecedensową, co rozpaczliwą, ale nie bezzasadną.

Jeżeli z tego powodu Obama postanowił „strzelić focha” – tym gorzej świadczy to o nim, nie o nas. Poważny polityk i poważny kraj nie deprecjonuje sojuszników na postawie jednego listu, chyba że… postanowił potraktować wzmiankowany apel jako wygodny pretekst, by zdjąć sobie z głowy niewygodny balast w postaci dziwnych, małych kraików, których nazw nie sposób wypowiedzieć, a co dopiero spamiętać.

Ad. b) Tarcza? Obama i generalnie, demokraci, byli i są zdeklarowanymi, ideologicznymi wręcz wrogami tego projektu i jeszcze za kadencji Busha szkodzili mu jak mogli. Nasza opieszałość w sprawie ratyfikacji umowy, to kolejny wygodny pretekst, by wycofać się na z góry upatrzone pozycje.

Nasze dyplomatołki.

Jeżeli dobrze rekonstruuję kalkulację ekipy Tuska w kwestii relacji ze Stanami, była ona następująca: Bush się kończy, po nim zaś będzie Obama – przeciwnik tarczy i generalnie wszystkiego, co charakteryzowało prezydenturę Busha. Zatem, przeciągniemy tak długo jak się da negocjacje i proces ratyfikacyjny, grając „na Obamę”, ten zaś po dojściu do władzy należycie nas doceni, co będziemy mogli wygrać pijarowsko przeciw PiS-owi, że niby dopiero teraz mamy nareszcie „równorzędne” stosunki z USA i nie musimy „rozmawiać na kolanach”. Co z tego wyszło, widzimy dzisiaj. Obama mizdrzy się do Rosji, a my zostaliśmy z ręką w nocniku. Gratulacje dla naszych „strategów”. Ale nic to, cieszmy się, gdyż Radosław Sikorski zna Rona Asmusa. To niewątpliwie cenniejsze zabezpieczenie od jakiejś tam tarczy.

Zakończenie.

Dwie refleksje:

Swojego czasu, płodząc notkę o Rosji – oberszefie NATO, marzyłem skrycie, by Rosja nie stała się aż tak szybko również oberszefem polityki zagranicznej Waszyngtonu. Teraz muszę pożegnać się z tym marzeniem.

Bush nie był (również z naszego punktu widzenia) idealnym prezydentem. Odnoszę jednak wrażenie, że w miarę trwania kadencji Obamy, jeszcze nie raz przyjdzie nam za nim zatęsknić.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.rp.pl/artykul/354603,354462_Do_Gdanska_dalej_niz_do_Afryki_.html

www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato