Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lutego 2011

Finansowe HEART Izraela


Wkrótce rusza ogólnoświatowy program odzyskiwania żydowskiego majątku – kolejna odsłona „przedsiębiorstwa holokaust”?



Nieco ponad półtora roku temu opisywałem w mocno emocjonalnym tonie zagrożenia dla polskiego Skarbu Państwa i budżetu związane z konferencją „Mienie ery Holokaustu”, która odbyła się w Pradze i Terezinie w czerwcu 2009 roku (notki TU, TU i TU). Okazuje się, że muszę niestety wrócić do tej pachnącej międzynarodową gangsterką sprawy, wokół której w głównonurtowych mediodajniach jak panowała tak panuje zmowa milczenia. Ale po kolei.


I. „Mienie ery Holokaustu”.


Otóż wspomniana konferencja, która miała stanowić „ukoronowanie czeskiej europrezydencji” zakończyła się przyjęciem Deklaracji z Terezina powołującej Europejski Instytut Spuścizny Zagłady (European Shoah Legacy Institute). Sygnatariuszami było 49 państw i 30 organizacji pozarządowych. Podczas obrad główne ostrze „rewindykacyjnych” żądań skierowane było w postkomunistyczne kraje Europy Środkowo – Wschodniej (prócz Rosji, bo za mocna) przy gromkim wsparciu amerykańskiej delegacji z kongresmanem Robertem Wexlerem na czele, ówczesnym członkiem Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów delegowanym na konferencję przez Departament Stanu. Pan ten był łaskaw wraz z 25 kongresmenami „zaapelować” o zwrot pożydowskiego mienia, uznając najwyraźniej, że ma do tego prawo jako przedstawiciel globalnego Wuja Sama.


Prócz tego obecni na konferencji eksperci sformułowali „zalecenia”, rzekomo „niewiążące”, wedle których ofiarom Zagłady, bądź ich spadkobiercom należy zwrócić mienie znacjonalizowane za czasów komunistycznych w naturze, zaś „Jeśli skonfiskowana własność nie może być zwrócona, kraje powinny zapewnić alternatywną własność tej samej wartości albo zapewnić godziwe odszkodowanie". Dalej padają postulaty powołania specjalnych trybunałów lub agencji do spraw roszczeń, które – tu uwaga – miałyby honorować bliżej niesprecyzowane „alternatywne dowody własności”.


II. Finansowe HEART Izraela.


A teraz powód dla którego wracam do sprawy z 2009 roku. Tak się bowiem składa, że „Deklaracja...” wraz z owymi „niewiążącymi zaleceniami” wkrótce ma szansę przeistoczyć się w jak najbardziej „wiążącą”, natomiast „alternatywne dowody własności” mogą stać się przyczyną niebagatelnych kosztów, które wszyscy poniesiemy i to w obliczu zapaści finansów publicznych naszego państwa.


Jakiś tydzień temu bowiem „Rzeczpospolita” doniosła (za „Haaretz”), iż rząd Izraela wraz z wpływową („potężną” - określenie „Rzepy”) Agencją Żydowską powołał specjalny program do odzyskiwania żydowskiego majątku, skradzionego lub utraconego w inny sposób. Program ma być „ogólnoświatowy”, jednakże „ze szczególnym uwzględnieniem krajów Europy Środkowo – Wschodniej”. Instytucjonalnie wyraża się on w specjalnej komórce o wdzięcznej nazwie HEART (Holocaust Era Asset Restitution Taskforce) z budżetem 9 mln szekli czyli ok. 9 mln złotych. Złoty interes, zważywszy na spodziewane zyski. Prezesem projektu został były izraelski minister d/s osób starszych Rafi Eitan, dyrektorem zarządzającym Bobby Brown z Agencji Żydowskiej, natomiast - jak to określono - „nad praktyczną stroną przedsięwzięcia” czuwać będzie Ania Werchowskaja z prawniczej firmy A.B. Data, która „praktycznie” współuczestniczyła w „porozumieniu” na mocy którego szwajcarskie banki wypłaciły 1,25 miliarda dolarów, mających w założeniu trafić do spadkobierców ofiar, a które to pieniądze jak powiadają źli ludzie, w większej części rozpłynęły się w machinie „przedsiębiorstwa holokaust”.


No i teraz najlepsze. Oddaję głos „Rzeczpospolitej”:



„Nadzieje na rekompensaty opierają się na rezolucji przyjętej w 2009 roku na praskiej konferencji poświęconej mieniu utraconemu w czasie holokaustu (wytł. moje-GG). 46 państw wyraziło wtedy zgodę na rekompensaty dla ofiar i ich spadkobierców za majątek, który zawłaszczono na ich terytoriach.”



Wygląda na to, że podczas konferencji z 2009 roku sami założyliśmy sobie finansową pętlę na szyję. Mosze Sanbar, izraelski ekonomista i bankowiec, z wieloletnim doświadczeniem w odzyskiwaniu żydowskich majątków stwierdza ponadto: „- Na praskiej konferencji stworzyliśmy nowe podstawy do nowych roszczeń - nie są one prawnie wiążące, ale były i są wiążące moralnie”. Wtóruje mu wypowiedź Bobby’ego Browna: „- To ostatnia bitwa holokaustu i jest naszym obowiązkiem uzyskać choć minimum sprawiedliwości”.


Idę o zakład, że wcale nie „ostatnia”. Program reprezentowany przez HEART rusza z początkiem marca równocześnie w Jerozolimie i Waszyngtonie i ma na celu kompleksowe zewidencjonowanie majątku pożydowskiego. Służyć temu celowi ma m.in. potężna kampania promocyjna oraz infolinia w 13 językach, a także strona internetowa za pośrednictwem których będzie można dokonywać zgłoszeń. Pierwszym etapem ma być przygotowanie roszczeń wobec rządów krajów Europy Środkowo – Wschodniej. Sądzę, że nie od rzeczy będzie przywołanie w tym kontekście byłego ambasadora Izraela w Polsce, Dawida Pelega, który dwa lata temu na zasadzie „pi razy oko” oszacował ewentualne roszczenia na „miliardy dolarów”, co daje niejakie pojęcie o skali opisywanego tu przedsięwzięcia.


Jeszcze jeden cytat, tym razem szefa Agencji Żydowskiej, Natana Szaranskiego: „- Po raz pierwszy od czasu zagłady powstał całościowy program umożliwiający gromadzenie informacji o skradzionym lub przymusowo sprzedanym majątku, z intencją uzyskania za to rekompensaty.”


III. Robienie gruntu?


W związku z powyższym nasuwają się dwie koincydencje. Pierwsza, to wydanie akurat teraz „Złotych Żniw” J. T. Grossa, gdzie Polacy przedstawieni są jako rabusie i hieny cmentarne, dla których II wojna światowa stała się okazją do wzbogacenia kosztem Żydów. Wygląda to, jakby książka miała stworzyć moralny „klimat” potępienia, obezwładniający ewentualne protesty przeciw mającej nastąpić akcji „przedsiębiorstwa holokaust”. Nie wiem, czy funkcjonariusze HEART-u będą się bawili w szukanie złotych zębów poukrywanych ponoć gdzieś w chłopskich obejściach, ale „klimacik” jest.


Druga rzecz, znacznie poważniejsza, to niedawna wizyta polskiego rządu w Izraelu (23.02 – 24.02.2011). Prócz Donalda Tuska i ministrów obrony narodowej, edukacji, zdrowia, spraw zagranicznych oraz wiceministrów z innych resortów, wziął w niej udział dyżurny specjalista od kontaktów polsko – żydowskich, Władysław Bartoszewski, który stał również na czele polskiej delegacji biorącej udział w opisanej na początku konferencji „Mienie ery Holokaustu” i negocjował w naszym imieniu Deklarację z Terezina oraz towarzyszące jej „eksperckie” ustalenia. No i teraz podstawowa zagwozdka: czy prócz tego, co oficjalnie przedstawiono jako efekt wizyty, zapadły również jakieś inne decyzje, zobowiązania? Czy poruszano kwestię zwrotu mienia i odszkodowań? Byłoby dziwne, gdyby rząd Izraela, który tak mocno, instytucjonalnie, zaangażował się w kwestie rewindykacyjne, nie poruszył tego tematu goszcząc przedstawicieli państwa, które potencjalnie może stać się w najbliższej przyszłości główną dojną krową nowej biznesowej inicjatywy współczesnych sępów holokaustu. Obawiam się jednak, że o wszystkim dowiemy się, gdy będzie już „po ptakach”.


IV. Płać i płacz.


Na zakończenie muszę dodać jedno – wszelkie żydożerstwo jest mi z gruntu obce, uważam też, że zagrabione majątki powinny wrócić do właścicieli, bądź ich legalnych spadkobierców – czy to w naturze, czy to w formie zastępczej. Stanowczo jednak sprzeciwiam się jakiemukolwiek ekskluzywnemu traktowaniu kogokolwiek, również Żydów – w sprawach własności prawo powinno być ślepe na przynależność etniczną. Jeśli zwracamy własność Żydom (ale konkretnym osobom, nie szemranym, samozwańczym gangom „reprezentantów”), to zwróćmy również Polakom!


Tymczasem organizacje żydowskie stosują permanentną gangsterkę, wymuszenia rozbójnicze na międzynarodową skalę. Pod groźbą upokorzenia na arenie międzynarodowej szantażują moralnie kolejne państwa, powołując się na jakieś nieznane cywilizowanym stosunkom prawo plemiennej współwłasności (to znaczy, oficjalnie, odszkodowania mają trafiać do spadkobierców, tyle że pokażcie mi tych wzbogaconych wypłaconymi już miliardami „spadkobierców”). Samozwańczy „reprezentanci” nie mający poza przynależnością etniczną literalnie nic wspólnego z ofiarami Zagłady, rekrutujący się najczęściej z amerykańskiej diaspory, która w trakcie wojny nie chciała nic wiedzieć o obozach koncentracyjnych i która nie ruszyła palcem by pomóc swym współplemieńcom, teraz zlatują się jak sępy do ścierwa, skrzecząc o „sprawiedliwości”, „zadośćuczynieniu” i napychając swe sępie gardła złotem, złotem, złotem... To są prawdziwe „Złote Żniwa”, panie Gross.


Nie znaczy to jednak, że nie mamy jako państwo niczego za uszami. Owszem, mamy na sumieniu podstawowy grzech – zaniedbanie. Trzeba było przeprowadzić kompleksową reprywatyzację i to już dawno temu. Nie przeprowadziliśmy, dając zawodowym szachrajom fenomenalny pretekst do finansowych żądań. Więc teraz będzie „płać i płacz”.


Gadający Grzyb

sobota, 12 lutego 2011

Policzek z prawa, policzek z lewa


Uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK.



I. Heil Steinbach!


Polskie mediodajnie zaabsorbowane sprawami wewnętrznymi, Smoleńskiem i następstwami raportu MAK chwilowo odpuściły sobie kierunek zachodni. Jak się okazuje, niesłusznie, bowiem 10.02.2011 niemiecki Bundestag głosami koalicji CDU/CSU i FDP podjął uchwałę wzywającą rząd federalny do ustanowienia Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń, który miałby przypadać 5 sierpnia, czyli w rocznicę uchwalenia w 1950 roku „Karty niemieckich wypędzonych ze stron ojczystych". W uchwale nie ma ani słowa o tym, że decyzja o wysiedleniach została podjęta na konferencji w Poczdamie i była efektem wojny rozpętanej przez Niemcy, za to wyraźnie zawyża się liczbę „wypędzonych” (14 mln).


„I to by było na tyle” jeśli chodzi o naszych dyżurnych „uspokajaczy” twierdzących, że frakcja „ziomków” z frau Steinbach na czele jest w Niemczech folklorem, czy ledwie tolerowanym marginesem, pozbawionym wpływu na realną politykę.


Komentatorzy twierdzą, że uchwała ma na celu pozyskanie wyborców w Badenii-Wirtembergii, przed marcowymi wyborami do tamtejszego landtagu. Owszem, nie przeczę, ale to nie tłumaczy, dlaczego politycy rządzącej koalicji zdecydowali się sięgnąć właśnie po ten a nie inny środek zjednania „resentymentowego” elektoratu.


Najwyraźniej uznali, że mogą sobie na to pozwolić, bo Warszawa w żaden sposób na ten policzek nie zareaguje. Nie przeliczyli się.


II. Summa błędów.


Sterujący naszą polityką zagraniczną tandem Tusk – Sikorski popełnił w stosunku do Niemiec taki sam błąd, co wobec Rosji. Panowie uznali, że jeśli nie będziemy marnować okazji, żeby siedzieć cicho i abdykujemy z aktywnej polityki zagranicznej na rzecz „płynięcia z głównym nurtem”, to Niemcy darują sobie wobec nas afronty i wejdą w tę niepisaną konwencję uśmiechów i poklepywania się po pleckach. Ile takie podejście jest warte, właśnie się przekonaliśmy – i to zaraz po „szczycie” Trójkąta Weimarskiego, podczas którego prezydent Komorowski skompletował ponoć „koronę Himalajów”. Najwyraźniej właśnie wtedy kanclerz Merkel wysondowała Komorowskiego na tyle, by uzyskać pewność, że nie tylko polski rząd, ale również Belweder nie zareaguje na szykowaną w Bundestagu prowokację. Mała, słodka zemsta za lekceważące i trącące buractwem przetrzymanie pani kanclerz na stojąco przez sadowiącego się w fotelu gospodarza „szczytu” to jedynie wisienka na torcie.


W kontekście wzmiankowanej uchwały z pewnością swoją rolę odegrało też dopuszczenie przez PO do politycznego mainstreamu Ruchu Autonomii Śląska, którego część zdradza wyraźne sympatie proniemieckie. Było to ewidentne poświęcenie racji stanu, jaką jest spoistość terytorialna państwa na rzecz doraźnego partyjniactwa (koalicja z RAŚ w sejmiku górnośląskim). O żałosnym pomyśle reaktywowania hitlerowskiej koncepcji „goralenvolku” i promowaniu „narodowości” kaszubskiej w opozycji do Polski już nie wspomnę. Teraz zaczyna się to mścić.


No i wreszcie Smoleńsk. A może – przede wszystkim Smoleńsk. Dziesięć miesięcy obserwacji jak obecny rząd reaguje na coraz bezczelniejsze poczynania strony rosyjskiej i ustawia się wręcz w roli rzecznika Rosji, by nie ponieść szkód wizerunkowych, było dla niemieckich elit politycznych niewątpliwie cennym materiałem do przemyśleń. Kulminacją była strachliwa i niezborna reakcja na upokorzenie, jakim był raport Anodiny. Teraz nadszedł czas wyciągania wniosków. A wnioski mogą być tylko takie, że Polska jest słaba i że słabi są jej przywódcy, że łatwo nimi manipulować poprzez „wkręcanie” w post-polityczny miraż „ocieplenia” z którego nie będą w stanie się wywikłać bez przekreślenia całej swej dotychczasowej działalności. Tak oto obecna ekipa ustawiła Polskę w charakterze zakładnika własnych błędów, któremu można bezkarnie strzelić z „plaskacza”, mając błogą pewność, że nie odda.


W tym sensie, uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK. Policzek z prawa, policzek z lewa...


Nasi mężykowie stanu najwyraźniej nie przewidzieli, że „pozostawanie w głównym nurcie” to de facto rezygnacja z suwerennej, podmiotowej polityki zagranicznej. I że nie oznacza to, iż realna polityka nagle zniknie. Oznacza to tylko tyle, że prawdziwą politykę będzie robił za nas, obok nas i ponad nami ktoś inny, nie kłopocząc się pytaniem o zdanie, a nam pozostanie tylko się podporządkować.


III. Polityka historyczna w działaniu.


Póki co, z iście niemiecką systematycznością, krok po kroku, dokonuje się rewizja dziejów najnowszych, mająca docelowo skutkować m.in. przebudowaniem świadomości historycznej niemieckiego społeczeństwa. A to może przynieść całkiem wymierne skutki we wzajemnych relacjach. Co polecam pod rozwagę różnym rodzimym etatowym przeciwnikom polityki historycznej, której u nas ma nie być, a którą z takim powodzeniem uprawiają nasi najwięksi sąsiedzi.


Po przyjęciu uchwały Bundestagu jestem sobie w stanie spokojnie wyobrazić scenariusz przyszłych wizyt polskich oficjeli w Niemczech, których pierwszym, stałym i obowiązkowym punktem będzie przeczołgiwanie naszych delegacji w atmosferze wstydu i winy przez steinbachowskie Muzeum Wypędzonych, połączone ze składaniem wieńców i paleniem zniczy. Oczywiście, podczas wizyt niemieckich kanclerzy, czy prezydentów w stolicy kondominium, Warszawie, nie będzie mowy o zwiedzaniu kaczystowskiego, szowinistycznego i psującego dobrosąsiedzkie relacje Muzeum Powstania Warszawskiego. Składanie przez niemieckich przywódców wieńców pod Pomnikiem Ofiar Getta również nie będzie konieczne. Wszak coraz bardziej popularny w Niemczech Jan Tomasz Gross bezspornie dowiódł, że Żydów mordowali i rabowali Polacy.


Gadający Grzyb


P. S. O uchwale Bundestagu pisał też Jan Bogatko: http://www.niepoprawni.pl/blog/2386/niemcy-najwieksza-ofiara-wojny

czwartek, 27 stycznia 2011

Samiec alfa, android czy psychopata?


Portret psychologiczny premiera rządu Federacji Rosyjskiej Władimira Władimirowicza Putina.



I. Wyszkolony psychopata.


Swojego czasu, podczas burzy wywołanej przez Wiki Leaks, światowe mediodajnie podały, że amerykańscy dyplomaci ochrzcili Putina mianem „samca alfa”. Według mnie, popełnili błąd, uważam bowiem Putina nie tyle za samca alfa, beta czy jaką tam tam literkę greckiego alfabetu mu przypiszemy, ile za sprytnego psychopatę, zręcznie maskującego swe skłonności.


Psychopatę, jak wiadomo, cechuje zanik uczuć wyższych: brak empatii, wyrzutów sumienia i skłonność do traktowania innych jako obiektów manipulacji. Putin jednakże jest psychopatą, który przeszedł specjalistyczne szkolenie, tak by w zależności od kontekstu, symulować odpowiednie ludzkie odruchy.


II. Drapieżna ryba.


Przypomnijmy sobie sytuację, kiedy to na spotkaniu Putina z Angelą Merkel „spontanicznie” wbiegł ogromny pies. Władimir Władimirowicz doskonale wiedział o kynofobii pani Merkel. To nie było normalne, nawet jeśli chodziło tylko o „zmiękczenie” partnera w negocjacjach. Putin wyraźnie miał frajdę. Sycił się strachem niemieckiej kanclerz. Podobne sadystyczne figle lubił płatać tow. Dżugaszwili „Koba” - „Stalin”.


Ale straszenie (łagodnym z natury) labradorem to pikuś, niewinna „szutka” w porównaniu z innymi wyczynami kremlowskiego gospodina. Wysadzenia bloków mieszkalnych po to, by rozpętać wojnę mającą wynieść towarzysza czekistę do władzy; ćwierć miliona ofiar permanentnego ludobójstwa w Czeczenii; szkolenie w ośrodkach FSB wahabitów, by wojna na Kaukazie nie wygasła i by mieć na zawołanie zamachowców mordujących Rosjan – oto rozmach godny przywódcy turańskiego mocarstwa. Owi wyhodowani pod Moskwą terroryści dziwnym trafem uaktywniają się wówczas, gdy samodzierżawie potrzebuje „wzmocnienia”, gdy zbliżają się kolejne wybory – i generalnie - gdy w cieniu społecznego strachu przed terroryzmem kaukaskich „czarnożopców” trzeba załatwić coś niecoś „nadzwyczajnymi” środkami. Wystarczy wyszkolić kadry (wszak „kadry decydują o wszystkim”), a te na miejscu zwerbują już odpowiednie „mięsko” z doprowadzonych do ostateczności Czeczenów. Potem już toczy się gładko: Dubrowka, Biesłan i tak dalej.


Z opisanych tu psychopatycznych skłonności Wodza doskonale zdają sobie sprawę podwładni z odpowiednich służb, którzy na urodziny (7 października 2006) podarowali mu trupa Anny Politkowskiej. Dla porównania, w Polsce na urodziny prezydenta Kwaśniewskiego robiono zrzutkę na obraz Kossaka. Putin nie musiał mordować Politkowskiej i innych dziennikarzy, podobnie jak nie musiał karmić polonem Litwinienki. Ich siła oddziaływania była znikoma, zarówno w Rosji jak i na świecie, gdyż tak Rosjanie jak i zachodnie elity polityczno-medialno-opiniotwórcze doskonale wiedzą czego nie chcą wiedzieć o Rosji i zbrodniach rządzącego nią reżimu. Wiedzieć, czego nie wiedzieć – oto sztuka, którą wytresowany świat w odniesieniu do Rosji opanował bezbłędnie.


Mimo to, Putin Politkowską zamordował. Podobnie jak wielu innych, nieszkodliwych dla reżimu krzykaczy, których gardłowanie „na puszczy” w żaden sposób nie mogło mu realnie zaszkodzić. Uczynił to niczym drapieżna ryba, zimnokrwisty zabójca. Bo mógł.


III. Putin a skala Voigta-Kampffa.


Philip K. Dick w powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” sfilmowanej jako „Blade runner” („Łowca androidów”) opisał proces badania, czy delikwent jest człowiekiem czy androidem. Z tego co pamiętam, procedura oparta na tzw. „skali Voigta-Kampffa” analizowała m.in. mimowolne skurcze mięśni ocznych, rozszerzenia naczyń włosowatych twarzy (rumieniec) w reakcji na przykłady okrucieństwa wobec żywych istot, przeważnie zwierząt – czyli podświadomą empatię. Test był skuteczny, dopóki na rynek nie trafiła odpowiednio zaawansowana linia replikantów – Nexus-6 - potrafiących naśladować ludzkie odruchy, a z czasem wykształcić u siebie również coś na kształt współodczuwania.


Gdyby przeprowadzić taki test na Putinie... nie byłbym pewien wyniku końcowego. Prawdopodobnie byłby niejednoznaczny, albowiem Władimir Władimirowicz, jak wspomniałem na wstępie, przeszedł specjalistyczne, KGBowskie szkolenie, czyniące z ordynarnego psychopaty, psychopatę wysublimowanego – Nexusa-6 w ludzkiej skórze, który gdy trzeba, nawet przytuli roztrzęsionego premiera priwislańskiego rządu, po to by już nigdy go z tego uścisku nie wypuścić.


IV. Rosyjska psychopatia – polska bezradność.


Putin jest tak psychopatyczny, jak psychopatyczny był system, który go nie tyle ukształtował, ile wykorzystał i rozwinął jego naturalne predyspozycje. Tak, jak psychopatyczna jest współczesna Rosja, która wprawdzie nigdy (co najmniej od czasów Iwana Groźnego) nie była od tego, ale Putin niewątpliwie odcisnął na jej rysie mentalnym swoje własne, indywidualne piętno. Trudno oczywiście orzec, czy Putin dorównuje Iwanowi Groźnemu bądź Stalinowi i tylko ma mniejsze możliwości działania, niezaprzeczalne jednak jest, że czekistowska mentalność w stanie czystym, wyrwawszy się spod „czapy” strupieszałej kompartii, wniosła aportem kolejne elementy (po Bizancjum, Mongołach i komunistach) do kultury politycznej Rosji.


***


Postać Władimira Putina i jego wpływ na współczesną Rosję aż się prosi o profesjonalną analizę (psychologiczną, charakterologiczną). Ale to wyzwanie jakoś nie kręci gwiazd nadwiślańskiej psychologii – medialnych pajaców z profesorskimi tytułami, mówiąc hasłowo – profesorów Czapińskich tego świata. „Profesorowie Czapińscy” wolą bezpiecznie wyżywać się na opozycyjnym polityku, łamiąc przy okazji zapisy „Kodeksu Etycznego Zawodu Psychologa” .


Co gorsza, najwyraźniej portretu psychologicznego przywódcy naszego Północnego Sąsiada nie dokonały na użytek wewnętrzny polskie służby. Albowiem zrobiliśmy się na tyle „europejscy” a nawet „światowi”, iż również wiemy, czego nie należy wiedzieć o putinowskiej Rosji. Efekty widać. Idę o zakład, że władze rosyjskie dysponują odpowiednimi charakterystykami naszych polityków, które lądują na właściwych biurkach. Na przykład: „Donald Tusk – słaby, histeryczny, zakompleksiony, z silną potrzebą uznania w oczach innych i głodem przywództwa – podsumowując: kieszonkowy führer, łatwy do rozegrania”.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Rosyjska nerwica


...czyli pobieżny przegląd z czego należy się przed Rosją tłumaczyć.



I. Rusofobiczny świat.


Polecam wszystkim małą zabawę polegającą na wstukaniu w wyszukiwarkę takich fraz, jak: „Rosja żąda (oczekuje) wyjaśnień” czy „Rosja jest oburzona”. Odnośniki, które wyskoczą gwarantują bardzo ciekawą i pouczającą lekturę. Wyłania się z nich obraz kraju wiecznie poszkodowanego przez międzynarodowe otoczenie, zupełnie tak jakby reszta świata sprzysięgła się, by wyrządzać tej miłującej pokój krainie rozliczne afronty. Niekiedy „oburzenie” i „żądanie wyjaśnień” łączy się płynnie w jedną frazę, typu „Rosja jest oburzona i oczekuje wyjaśnień”.


1) Spójrzmy zatem z czego, jakby co, należy się przed Rosją tłumaczyć (guglać: „Rosja żąda wyjaśnień”):


- Rosja żąda wyjaśnień w sprawie poszerzenia natowskich planów obrony Polski o Litwę, Łotwę i Estonię (najwięcej wyników, ale i temat świeży);


- „wyjaśnienia” były oczekiwane również w sprawie rozmieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Rumunii i na Morzu Czarnym (gdy była jeszcze mowa o Polsce, żadnych „wyjaśnień” nie żądano – było twarde NIET);


- znów tarcza, tylko tym razem w Bułgarii - „wyjaśnienia” jak najbardziej wskazane;


- Siergiej Ławrow oczekiwał - tak zgadliście - „wyjaśnień” w sprawie zatrzymania w USA siatki rosyjskich szpiegów (dobre, co?);


- „wyjaśnień” i to „sensownych” rosyjski minister spraw zagranicznych zażądał również od USA i Polski w sprawie rozmieszczenia rakiet Patriot w pobliżu granicy z Obwodem Kaliningradzkim;


- wiceszef rosyjskiego Sztabu Generalnego, Anatolij Nogowicyn, chciał uzyskać, nich no pomyślę, a tak – już wiem - „wyjaśnienia” w sprawie ewentualnego przeniesienia amerykańskich F16 z Włoch do Polski;


- no, to jest hit, trzymajcie się, bowiem w grudniu 2008 roku Rosja ustami niestrudzonego Ławrowa zażądała „wyjaśnień” od... OBWE, dlaczego jej obserwatorzy nie ostrzegli... przed atakiem Gruzji na Osetię Płd, która w myśl prawa międzynarodowego stanowi integralną część gruzińskiego terytorium.


2) Teraz przyjrzyjmy się, co (poza powyższym, rzecz jasna) Rosję „oburza” (guglać: „Rosja jest oburzona”):


- atak na ambasadę w Mińsku z użyciem koktajli Mołotowa (doprawdy, jak można - my sobie spokojnie ZBiR-ujemy, a tu uliczna ekstrema... czyżby na Białorusi rodził się faszyzm? ;));


- mocarstwowa pozycja powinna rozciągać się na wszystkie dziedziny, również na sport, zwłaszcza, gdy skrzywdzą „naszego”, dlatego też należy oburzyć się przegraną rosyjskiego łyżwiarza, Jewgienija Pluszczenki, na olimpiadzie w Vancouver;


- przekazanie USA handlarza bronią Wiktora Buta przez Tajlandię też jest, jasna sprawa, „oburzające” (może nie aż tak, jak olimpijskie srebro dla Jewgienija Pluszczenki, ale zawsze);


- krytyka ze strony prezydenta Iranu, Mahmuda Ahmadineżada, który stwierdził, że Rosja dołączyła do wroga Iranu, czyli USA? Kto by się spodziewał - „niedopuszczalna” (tu może i racja, bo Rosja do nikogo się nie „przyłączyła”, a już na pewno nie do USA - Ahmadineżada wystraszyły „resetowe” pozory i palnął w swoim stylu);


- emisja filmu „Solidarni 2010”? Oburzająca, jakże by inaczej, może nastąpić „pogorszenie stosunków”;


- rezolucja zgromadzenia parlamentarnego OBWE stwierdzająca, że nazizm i stalinizm współodpowiadają za ludobójstwo i zbrodnie przeciw ludzkości – powiedzmy to głośno i chóralnie: o-bu-rza-ją-ca;


- jakiś tam Parlament Europejski chce sankcji wizowych dla rosyjskich urzędników powiązanych ze śmiercią Siergieja Magnitskiego (zmarły w 2009 roku w więzieniu na Butyrkach rosyjski prawnik walczący z korupcją – uniemożliwiono mu leczenie). Rosyjskie MSZ jest „oburzone i zdziwione”.


Czym tam jeszcze oburzona, zaniepokojona tudzież zatroskana była Rosja na przestrzeni ostatniego roku – dwóch - trzech lat? Zerknijmy: planami wyłączenia rosyjskich kanałów z oferty ukraińskich kablówek, gdyż to „stwarza na Ukrainie monoetniczną przestrzeń humanitarną” (tacy humanitarni – no, no); manewrami NATO w Gruzji („absurd i prowokacja”, oczywiście, manewry rosyjskie nad polską granicą symulujące atak na nasz kraj „absurdalne” ani „prowokacyjne” nie były); zatrzymaniem trzynastu szpiegów GRU w Tbilisi...


II. Rosyjska psychoza.


Uff... kto ciekaw, niech poszpera dalej. W każdym razie, jeśli zebrać do kupy zamieszczoną tu wyliczankę, wychodzi na to, że Rosja funkcjonuje w stanie permanentnej nerwicy, graniczącej z psychozą. Widać też frustrację ugodzonego mocarstwa, nie przyjmującego do wiadomości, że byłe kraje satelickie mogą mieć prawo do niezależnej polityki, wybierania sojuszy, obrony przed neoimperialnymi zakusami Wielkiego Brata...


„Obelgi” takie jak zatrzymanie rosyjskich szpionów, czy wypominanie pewnych, hm, niedostatków praw obywatelskich i codziennej mafijnej praktyki funkcjonowania życia publicznego, również boleśnie ranią wrażliwą i rozedrganą imperialną duszę. A już zupełnie niedopuszczalne jest wymaganie, by Rosja musiała podporządkować się jakimkolwiek elementarnym standardom obowiązującym w reszcie cywilizowanego świata. Co to ma być, kurczę blade, to już łapówki przyjąć nie wolno? Dać po mordzie, gdy ktoś fika albo i ubić jakiegoś tam pismaka, czy prawniczyny też nie? No, o-bu-rza-ją-ce!


A może jeszcze powiecie, że nie mamy prawa infiltrować innych krajów, czy – niechby – nawet najechać, kiedy nam brużdżą w strefie wpływów? Albo gdy chcą się przed nami bronić? Żądamy wyjaśnień! I lepiej, żeby były „sensowne”, bo jak nie...


Patrząc pod tym kątem, faktycznie, można dojść do wniosku, że cały świat ogarnięty jest szaleństwem rusofobii. Gdyby komuś się wydawało, że wykazane tu paranoidalne szarpaniny właściwe są jedynie rosyjskim władzom, to przypomnę anegdotę opowiadaną przez Krystynę Kurczab-Redlich, opisującą reakcję znajomych Rosjan na odmowę wydania przez Danię czeczeńskiego przywódcy Ahmeda Zakajewa. Otóż „zwykłym Rosjanom” nie mogło się pomieścić w głowach, że taka maleńka Dania śmiała się sprzeciwić ich mocarstwu.


Ten ogląd świata zdeterminowany przez zmongolizowany bizantynizm wyklucza relacje inne niż siła - podporządkowanie. Bandyckie imperium gnieździ się również w ludzkich duszach. Stąd m.in. autentyczne poparcie, jakim cieszy się w Rosji obecna władza, wygrażająca reszcie świata pięściami.


Od sowieckich czasów Rosja słynie z „psychuszek”. Wygląda na to, iż niepostrzeżenie sama przekształciła się w gigantyczny psycho-łagier. Wszyscy zmówili się przeciw nam... psst... tylko nikomu nie powtarzaj...


***


Ach, jeszcze jedno. Nie męczcie przypadkiem wujaszka google’a zapytaniami w rodzaju „Polska żąda (oczekuje) wyjaśnień” czy „Polska jest oburzona”. Nie ma po co. Nam wszystko pasuje.


Gadający Grzyb


P.S. Terminów „nerwica” i „psychoza” użyłem w znaczeniu potocznym, nie medycznym, zatem proszę się nie czepiać, jeśli coś odbiega od naukowych definicji.


Niektóre „rosyjskie” notki:


http://www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6


http://www.niepoprawni.pl/blog/287/wielkoruska-dusza


http://niepoprawni.pl/blog/287/o-rosyjskiej-duszy


http://niepoprawni.pl/blog/287/niewolnicy-bandyckiego-imperium


http://niepoprawni.pl/blog/287/rosja-rezerwuje-sobie-prawo-do-strefy-wplywow


http://niepoprawni.pl/blog/287/klamstwa-ambasadora-aleksiejewa


http://niepoprawni.pl/blog/287/umiarkowany-terrorysta



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 7 lipca 2010

Polityka mrożonego g...na.


Prezydentura Bronisława Komorowskiego w aspekcie międzynarodowym.

Tym, którym tytuł niniejszej notki wydaje się zbyt drastyczny / niesmaczny, wyjaśniam, iż na termin „polityka mrożonego gówna” natknąłem się w książce Wiktora Suworowa pt. „Klęska”, a konkretnie - w motcie rozdziału 6 zawierającym cytat z „Literaturnej gaziety”(20.11.1996r.), którym to plastycznym sformułowaniem rosyjski tygodnik opisał ostatnie 30 lat istnienia Związku Radzieckiego, kiedy to niewspółmiernym kosztem usiłowano przedłużyć życie i prestiż międzynarodowy skrajnie niewydolnego sowieckiego systemu. Innymi słowy - „mrożono” radzieckie g...no, żeby nie śmierdziało.

Pozwoliłem sobie ową metaforę potraktować nieco szerzej.

Uprzedzam – to długi wywód.

I. Głosowanie „pożytecznych idiotów”.


Jak wiadomo, Polacy zgodnie z życzeniem pani Cornelii Pieper, tudzież reszty międzynarodowego Salonu wybrali na prezydenta Bronisława Komorowskiego. To dobry moment, by przyjrzeć się naszej międzynarodowej (szczególnie regionalnej) pozycji w perspektywie ostatniego dwudziestolecia.

Pozornie jest OK. Weszliśmy do głównych zachodnich struktur – UE, NATO... W praktyce jednak nasza realna podmiotowość jest nader ograniczona.

Spójrzmy.

1)
Niemiecka agentura wpływu tresuje słowiańskich ubermenschen w rozumieniu tego, co należy postrzegać jako „europejskie” i „modernizacyjne”, a co – jako „szowinistyczne” i „zaściankowe”. Przy czym, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co jest „europejskie” zgodne jest z interesem Niemiec, zaś to co „zaściankowe” jest z tymże interesem sprzeczne. Pełne satysfakcji pomruki niemieckiej prasy i politycznego mainstreamu na zwycięstwo Bronisława Komorowskiego, okraszone „modernizacyjną” retoryką, są wielce wymowne.

2) Rosyjska agentura wpływu tresuje z kolei mieszkańców Priwislańskiego Kraju co do tego, jakie nasze zachowania sprzyjają „ociepleniu”, czy wręcz „pojednaniu” i rozwijaniu konstruktywnej współpracy, jakie zaś są „niekonstruktywne”, a wręcz „wrogie”. I tu również, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co służy „ociepleniu” i „pojednaniu” zgodne jest z interesem Rosji, zaś to co „niekonstruktywne” jest z tymże interesem sprzeczne. Wydawać pełnych satysfakcji odgłosów na elekcję Komorowskiego Rosjanie nie muszą. Od momentu przekazania im smoleńskiego śledztwa i bez tego trzymają nas w gołębim uścisku pojednania. Ich milczenie w sprawie beneficjenta moskiewskiego jarłyku również jest wielce wymowne. Gdyby zwyciężył ktoś im niemiły, z pewnością zaczęli by krzyczeć.

3) Amerykańska agentura wpływu tresuje „Polaczków” w sztuce „bycia dobrym sojusznikiem”, „wiarygodnym partnerem” i w umiejętnościach podtrzymywania „więzi atlantyckich”. Przy czym, „bycie dobrym sojusznikiem / wiarygodnym partnerem” każdorazowo zbiega się z interesami Stanów Zjednoczonych... i tak dalej. Każdy, kto przeczytał poprzednie akapity, wie o co mi chodzi.

My zaś mamy europejsko – dobrosąsiedzko - transatlantycki „obowiązek” zaspokoić trzech głównych graczy. Na raz. Nie licząc graczy pomniejszych, którzy również mają swoje interesy.

Istna międzynarodowa kamasutra.

II. Międzynarodowa dziwka.


No cóż. Skoro zrządzeniem historii (aczkolwiek nie bez własnej winy) od schyłku I Rzeczypospolitej jesteśmy międzynarodową dziwką, zawsze w służbie komuś, zawsze, z przeproszeniem, dymaną w interesie obcych potencji, to przynajmniej powinniśmy nauczyć się wyciągania maksimum profitów z naszego nieszczęsnego położenia. Opanować sztukę dojenia klienta. Dzięki umiejętnemu rozgrywaniu sprzecznych interesów stron wyrywających sobie postaw czerwonego sukna, można było wiele osiągnąć dla naszej korzyści. Tyle, że nasi parnasiarze z chronicznym deficytem niezawisłości ducha tego nie potrafią. Potrafią jedynie wpatrywać się z cielęcym zachwytem parweniuszy w kolejnych możnych protektorów, słuchać i wypełniać polecenia

Inteligentna dziwka zostaje z czasem burdelmamą. Dziwka głupia kończy w rynsztoku.

Mieliśmy szansę zostać „burdelmamą” naszego „postjagiellońskiego” regionu. Szansę tę zmarnowaliśmy.

Teraz rozgrywanie wzajemnych animozji rywalizujących o Polskę mocarstw będzie nader utrudnione. Może wręcz niemożliwe. Z prostego powodu: wczorajsi rywale najwyraźniej porozumieli się (przynajmniej z grubsza) co do wpływów w Polsce. Przy czym, w owym trójporozumieniu prym wiodą, jak przed rozbiorami, Niemcy (wówczas – Prusy) i Rosja.

Stanom Zjednoczonym przypadła ciut pośledniejsza rola Austrii, tym bardziej, iż „obamowcy” swe geopolityczne interesy skierowali w inne punkty globu, od naszego regionu wymagając jednego: świętego spokoju. Albo spokoju jakiegokolwiek, niechby nawet bezprzymiotnikowego. Co nie znaczy, że nie skorzystają z kawałka tortu, gdy tylko nadarzy się okazja.

I tu trzeba będzie pilnować na jakich warunkach dopuścimy amerykańskie firmy do ewentualnej eksploatacji gazu łupkowego.

No dobra, poniosła mnie fantazja. Już widzę, jak tego dopilnujemy...

III. „Mrożona” polityka wschodnia.


Mieliśmy niemal dwadzieścia lat, by stworzyć w regionie, którego jesteśmy ponoć „naturalnym liderem”, sprawną i rozbudowaną agenturę wpływu. No, wiecie – instytuty, centra badawcze, fundacje... Mogliśmy pozyskać dla tych inicjatyw miejscowe autorytety. Albo wykreować własne. Poszłyby za tym media, za mediami zaś – ludzie. Głosowaliby po naszemu, tak jak dziś większość Polaków głosuje po myśli Niemiec i Rosji. Dla poważnego państwa dwie dekady na realizację takiego zadania to aż nadto.

Gdybyśmy byli poważnym państwem, zrobilibyśmy to.

Tymczasem Ukraina pod rządami Janukowycza bezpowrotnie osuwa się w rosyjską strefę wpływów. O Białorusi nie ma nawet co gadać. Pribałtika również okazała się wyzwaniem ponad nasze możliwości. Tym bardziej, że co i rusz, różni „dobrzy ludzie” ostrzegali nas przed „wymachiwaniem szabelką” i „aktywną polityką wschodnią”.

Posłuchaliśmy „dobrych ludzi”. I przegraliśmy region. Jedyny antrakt w spektaklu naszej niemocy, to okres między „pomarańczową rewolucją” (przełom lat 2004/2005), a wygraną ekipy Tuska (2007), z późniejszym heroicznym epizodem wyprawy pięciu przywódców pod przewodem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w sierpniu 2008 (wbrew woli Rządu RP!). Zwieńczeniem - tragiczny finał w Smoleńsku.

Dlaczego nie potrafiliśmy stworzyć skutecznej agentury wpływu i szerzej – konsekwentnej polityki zagranicznej? Bo analogiczna agentura innych państw usadowiona u nas do tego nie dopuściła. A nasi parnasiarze i podążający w ślad za nimi eliciarze byli aż nadto chętni by się światłym zaleceniom „życzliwych” nam „partnerów” podporządkować, wszelkie przejawy zbytniej samodzielności Polski traktując jako szkodliwą chimerę.

Poczynania obecnej ekipy rządzącej, świadomie odchodzącej od idei „polityki jagiellońskiej”, która tak drażniła dysponentów rezydujących u nas agentur wpływu, na rzecz „płynięcia z głównym nurtem” oznacza jedno: wybór Bronisława Komorowskiego na prezydenta III RP jest sygnałem, iż w kwestii stosunków międzynarodowych będziemy kontynuować „politykę mrożonego g..na”. Nie zmieni tego faktu kurtuazyjne nazwanie tego co Polska zrobi „polityką piastowską”, powrotem do „realizmu” (w miejsce wcześniejszych rzekomych „mrzonek”), czy czymkolwiek innym.

Zostaniemy z „partnerstwem wschodnim” - wirtualnym bytem nie przekładającym się na realia. Wszystko okraszone uśmiechami ze strony tych, którzy porozumieli się co do naszego losu.

Niby funkcjonujemy w „przestrzeni międzynarodowej”, niby się z nami liczą i prawią czułe słówka... Łajno, póki co, jest zmrożone.

***

Po zwycięstwie Bronisława Komorowskiego pojawił się rządowy apel o 500 dni spokoju. Przekładając z języka sloganów na język konkretów, oznacza to: dajcie nam 500 dni polityki mrożonego... sami wiecie czego. Nie tylko w warstwie zagranicznej, którą zarysowałem powyżej, lecz również w polityce wewnętrznej. Rząd będzie udawał, że rządzi. Media wzmogą pijarowską kołysankę, nucącą, iż modernizacja postępuje i szafa gra, zaś Prezydent Bronisław Komorowski jest witany z przyjazną akceptacją we wszystkich stolicach i na wszystkich planetach Wszechświata.

Ale historia ma to do siebie, że prędzej czy później przychodzi czas odwilży. I wtedy to, co było zamrożone, nagle daje znać o sobie.

A my zostaniemy z twarzami w tym, co odmarzło.

Gadający Grzyb


Inne moje notki o podobnej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kres-pomaranczowej-ukrainy

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/komorowski-polecial-po-jarlyk
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/aksamitny-protektorat
http://niepoprawni.pl/blog/287/po-co-te-wybory

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 23 czerwca 2010

Nowa Zimna Wojna.


Motto: „Zachód przegrywa nową zimną wojnę, niemal nie zauważywszy, że się rozpoczęła.” (E. Lucas).

I. Jak przegrywamy wojnę.

Przeczytałem ostatnio książkę "Nowa Zimna Wojna" autorstwa Edwarda Lucasa, wieloletniego (od 1986 roku) korespondenta "The Economist" w Europie Środkowo – Wschodniej. Rzecz jest kilkusetstronicowym studium polityki rosyjskiej wewnętrznej i zewnętrznej, od upadku ZSRR do czasów współczesnych, ze szczególnym naciskiem na trwającą wciąż epokę Putina. Jak doszedł do władzy, jakimi metodami umocnił swą pozycję, co z tego wynika dla Rosji i świata zachodniego. Niby nic nowego – książka nie przynosi jakichś nieznanych wcześniej, sensacyjnych faktów. Jej podstawową siłą jest natomiast to, że rozproszone informacje przewijające się przez łamy najróżniejszych mediów zbiera w jednym miejscu i poddaje systematyzującej obróbce.

Efektem jest obraz putinizmu w pigułce i bezlitosna konstatacja: Rosja wytoczyła Zachodowi tytułową „Nową Zimną Wojnę”, i co gorsza, wygrywa ją, zaś Zachód zdaje się tego nie dostrzegać (albo nie chce dostrzec, co na jedno wychodzi). Warto dodać, że omawiana pozycja kończy się na 2008 roku. Sytuacja A.D. 2010 przedstawia się jeszcze gorzej, autor wyrażał bowiem np. nadzieję, że projekt Nord Stream nie dojdzie do skutku, zaś UE zdoła wykrzesać z siebie jakieś konkretne posunięcia w sprawie Nabucco. Dziś zapewne pożegnał się już z ostatnimi złudzeniami.

Nie będę streszczał tu rozdziału po rozdziale, generalnie jednak wymowa jest następująca:

- Rosja odbudowuje swoją strefę wpływów na obszarze post – sowieckim;

- lekceważenie tego obszaru przez Zachód jest potencjalnie tragicznym w skutkach błędem;

- Putin pod hasłem „suwerennej demokracji” rozumie skorumpowany systemowo oligarchiczny autorytaryzm, gdzie gospodarka, aparat państwowy i prawo służyć ma umacnianiu władzy wewnętrznej, a nie obywatelom i poszerzaniu wpływów zewnętrznych;

- Rosja dąży do energetycznej „finlandyzacji” Europy (gaz), wykupując udziały w europejskich firmach z branży i dążąc do maksymalizacji eksportu surowców;

- celem rosyjskiej polityki jest rozbicie UE jako spójnej struktury zdolnej do solidarnego występowania na zewnątrz (zwłaszcza wobec Rosji), stąd preferowanie stosunków bilateralnych z poszczególnymi krajami Wspólnoty;

- celem kolejnym jest wbicie klina między Europę i Amerykę przy użyciu m.in. zinfiltrowanych przez agenturę wpływu sił polityczno – biznesowych na Zachodzie;

- charakterystyczną cechą stosunków Rosja – Zachód jest nierównomierność: Rosja za pomocą zależnych przedsiębiorstw wkracza do zachodnich gospodarek, przy pilnym strzeżeniu energetycznego monopolu na własnym terytorium.

II. Impotencja strategiczna.

Porażająca jest krótkowzroczność i strategiczna impotencja państw Zachodu, niezdolnych do dostrzeżenia rzeczywistego charakteru reżimu Putina i funkcjonujących w relacjach z Rosją na zasadzie krótkowzrocznych geszeftów, bez oglądania się na długoterminowe skutki. Momentami sprawia to wrażenie celowego chowania głowy w piasek przez klasę polityczną skrępowaną naciskami przeróżnych lobbies. Rosja natomiast rozgrywa Zachód na zimno, z pełną świadomością celów.

W tym kontekście rozbrajająco brzmią rady Autora z ostatniego rozdziału, co też Zachód powinien zrobić, by nie przegrać nowej zimnej wojny. Streszczę niektóre:

- przywrócenie znaczenia związkom euroatlantyckim;

- wyzbycie się złudzeń co do reżimu Putina;

- żądanie pełnej przejrzystości w odniesieniu do funkcjonujących na zachodnich rynkach rosyjskich przedsiębiorstw;

- solidarność energetyczna;

- postawienie kwestii strategicznych ponad doraźnymi zyskami;

- nieuleganie pokusom dwustronnych ekskluzywnych relacji z pominięciem innych partnerów;

- stanowcze egzekwowanie podjętych przez Rosję zobowiązań...

i te de, i te pe.

Jak widać, Zachód postępuje dokładnie odwrotnie. Co gorsza, trudno być optymistą co do ewentualnej zmiany tej mieszaniny naiwności i krótkowzrocznego „pragmatyzmu”. A to wrózy bardzo źle również i dla nas.

III. A Polska?

Trudno nie zauważyć, że w tę zachodnią ślepotę ochoczo wpisuje się Polska, zapewne wskutek osławionego „podążania z głównym nurtem”. Przedłużenie tzw. „kontraktu jamalskiego”, zamrożenie budowy gazoportu, oddanie Gazpromowi kontroli nad EuRoPol Gazem, sabotowanie projektu tarczy antyrakietowej, ostatnio zaś groteskowe „pojednanie” i podpisanie przez Uniwersytet Warszawski umowy stypendialnej z Gazpromem dla doktorantów, zupełnie jakby mało było dotychczasowej rosyjskiej agentury...

W tym świetle trudno nie mieć czarnych myśli również co do perspektyw wydobycia w Polsce gazu z łupków bitumicznych, tym bardziej po słowach p.o.p. Bronisława Komorowskiego wyrażającego zatroskanie stanem naszego krajobrazu, który miałby ucierpieć na skutek „odkrywkowej” eksploatacji gazowych złóż.

Mniejsza o to, że pan marszałek bredzi, gdyż amerykańskie firmy pozyskują gaz łupkowy za pomocą zupełnie innych technologii. Komorowski ewidentnie nie wiedział o czym mówi (nie po raz pierwszy zresztą) a mimo to, być może nieświadomie, powtórzył pseudo – ekologiczną propagandę Gazpromu, który stałby się największym przegranym „łupkowej rewolucji”. A to znaczy, że gdzieś musiał tę retorykę usłyszeć, że ktoś „życzliwy” „nasączył” go tego typu kierunkiem myślenia. Pokazuje to do jakiego stopnia otoczenie Komorowskiego przeżarte jest agenturą wpływu. Kwestię, czy sam Komorowski również jest agentem, czy jedynie pożytecznym idiotą delegowanym na urząd w charakterze marionetki, pozostawiam otwartą.

Jedno nie ulega wątpliwości: w prowadzonej przez Putina nowej zimnej wojnie Polska z własnej woli powiela zachodnią receptę na przegraną.

I jeszcze: jak to możliwe, że podobna książka nie powstała do tej pory w Polsce? Nie ma zapotrzebowania?

Gadający Grzyb
pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 22 kwietnia 2010

Różowe berety.


Geje w US Army? Ja bym ich zagospodarował…

Pół żartem, pół serio - czyli mały oddech od krajowej bieżączki:

Jak donoszą mediodajnie, amerykańscy geje są wściekli na Obamę, gdyż ten, wbrew przedwyborczym zapowiedziom nie zniósł obowiązującej w amerykańskiej armii od czasów Clintona zasady: „nie pytaj, nie mów”. Oznacza ona, że przełożeni nie mogą pytać o orientację seksualną swych podkomendnych, ci zaś ze swojej strony nie mogą się publicznie ujawniać ze swym homoseksualizmem.

Cóż, rozwiązanie tego nabrzmiałego problemu jest wg mnie proste jak drut, i aż dziwne, że Obama nie wpadł na nie do tej pory. Najrozsądniej byłoby bowiem sformować w ramach US Army specjalną, gejowską jednostkę, nazywając ją, dajmy na to, „Różowe Berety”. Jednostkę tę należałoby po przeszkoleniu wysłać ciupasem do Afganistanu w charakterze spec – komanda z zadaniem ostatecznej rozprawy z talibami. I szeroko ten fakt rozpropagować, tak by afgańscy brodacze wiedzieli z kim mają sprawę.

Nie wiem, jak Koran zapatruje się na kwestię śmierci islamskiego bojownika z rąk pederasty, przypuszczam jednak, że w „talibańskiej” interpretacji jest ona nie mniej hańbiąca, niż śmierć zadana przez kobietę. Tak się bowiem składa, że w tamtejszej kulturze homoseksualista (nieważne – czynny czy bierny), przez swe praktyki degraduje się do statusu kobiety właśnie. Należy zatem domniemywać, że islamiści, dla których wizja pośmiertnego Raju z hurysami jest jedną z podstawowych motywacji do walki w imię Allacha, na widok „Różowych Beretów” dadzą czym prędzej drapaka, tak jak kilkadziesiąt lat temu Arabowie na widok kobiet w izraelskiej armii.

I nagle, o dziwo, może się okazać, że „nierozwiązywalny” problem Afganistanu można przeciąć za pomocą prostego triku, bazującego na silnie zakorzenionym kulturowo - religijnym tabu.

Pozostaje tylko pytanie, czy amerykańscy geje chcą wstępować do armii by walczyć, czy po prostu lubią twarzowe mundury i upojne noce w koszarach pełnych młodych, przystojnych chłopaków…

Gadający Grzyb


P.S. Tak już całkiem poważnie. Oczywiście, nie mam złudzeń, że armia jest dla homoaktywistów kolejnym ideologicznym przyczółkiem do zagospodarowania, zgodnie z taktyką małych kroków. Wprowadzenie zasady „nie pytaj, nie mów” było krokiem pierwszym. Teraz przyszła pora na krok następny. Co nie oznacza, by nie wysyłać ewentualnych gejowskich oddziałów na pierwszą linię w najgorętszych punktach świata. Zawsze można byłoby powiedzieć – chcieliście, to macie…

http://www.rp.pl/artykul/2,464665.html


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 11 lutego 2010

Człowiek – porażka.


Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka.

Ronald Reagan powiedział kiedyś coś w tym guście (cyt. z pamięci): „Widziałem młodych ludzi z transparentami Make Love, Not War. Moim zdaniem, nie nadają się ani do jednego, ani do drugiego”.

Powyższa kwestia dźwięczy mi nachalnie między uszami, gdy obserwuję spektakularne fiaska kolejnych „resetów” w polityce zagranicznej Obamy.

Chiny.

Oto czytam, że władze Chin w bezprecedensowy sposób zrugały prezydenta USA niczym uczniaka, za dostarczenie broni Tajwanowi. (Zresztą, cała zasługa Obamy polega na tym, że wywiązał się ze zobowiązania podjętego jeszcze przez G.W. Busha). Na nic zdało się unikanie niczym ognia spotkania z Dalajlamą, czy ugodowe do groteski stanowisko prezentowane podczas wizyty w Pekinie. Celów gospodarczych (np. odstąpienia przez Chiny od sztucznie zaniżonego kursu juana) nie osiągnął, za to przekonał Chińczyków, że z tym mięczakiem mogą pozwolić sobie na wiele więcej, niż do tej pory.

Rosja.

Jeszcze cięższy policzek Obama zainkasował od Rosji, która niedawno ogłosiła swą nową doktrynę obronną. Owszem, rezygnacja z bushowskiej tarczy antyrakietowej spotkała się początkowo na Kremlu z pomrukami zadowolenia, ale doktryna wojenna Rosji nie pozostawia złudzeń. Co my tam mamy? Spójrzmy: wrogiem nr 1 jest NATO (czyli, w praktyce, USA), przyjęcie możliwości prewencyjnego ataku jądrowego (również w przypadku konfliktu lokalnego, czy wojny konwencjonalnej), brak zgody na rozszerzenie Sojuszu (czyli de facto zgłoszenie roszczenia do własnej strefy wpływów obszarze posowieckim), brak zgody na instalacje antyrakietowe (czyli również na koncepcję „nowej tarczy” Obamy) i wiele innych podobnych śliczności.

Taka jest odpłata Rosji za gotowość Obamy na nowy układ START i cięcie wydatków Pentagonu. Najwyraźniej, Moskwa skalkulowała sobie, że facio, którego znaczną część światopoglądu stanowi spuścizna ruchów pacyfistycznych utrzymywanych przez ZSRR, nawet nie kwiknie pod adresem Rosji, tak jak nie kwiknęli pod adresem Sowietów jego kontrkulturowi poprzednicy.

Iran.

Kolejne jaja mamy z Iranem. Ajatollahowie i prezydent Ahmadineżad zabili śmiechem popiskiwania Obamy, wzywające do rozmów i zapewniające o wyciągniętej dłoni, tudzież gotowości do współpracy. Zamiast tego, rozzuchwaleni i bardziej niż do tej pory przekonani o swej bezkarności, pracują nad wzbogacaniem uranu (mają powstać nowe ośrodki wzbogacania) i z większą niż do tej pory determinacją prą do uzyskania broni jądrowej. Właśnie świeżutko, przy okazji Święta Rewolucji, mieliśmy kolejny przykład. Ahmadineżad ogłosił, że Iran „jest państwem atomowym” (tu mu wierzę), choć nie planuje broni jądrowej (i tu mu nie wierzę).

Jak tak dalej pójdzie, to niedługo broń atomowa stanie się w rękach mułłów kolejnym narzędziem jihadu przeciw szatańskiemu Zachodowi, zaś Obama będzie zapewniał po staremu o swej „woli współpracy”.

***

Opisane pokrótce przykłady świadczą o kompletnej nieznajomości mentalności reżimów z którymi amerykański prezydent (prezio?) uparł się „resetować” stosunki. Ciekawe, czy jest w stanie kiedykolwiek pojąć, że ten wschodni typ mentalności opiera się na języku siły, zaś każdy przyjazny gest, każda niewymuszona „zachęta” czy oznaka „dobrej woli” traktowana jest jako przejaw słabości, niezdecydowania, czy wręcz uległości i prowokuje do utwardzenia stanowiska, eskalacji żądań…

Prawa człowieka.

Tyczy się to również praw człowieka, które Obamie ponoć tak bardzo leżą na sercu.

Włodzimierz Bukowski w swej książce „I powraca wiatr” opisał pewną prawidłowość: ilekroć Zachód utwardzał kurs wobec ZSRR, skutkowało to względnym poluzowaniem wewnętrznych rygorów – mniejsze represje, mniej wsadzanych do łagrów i psychuszek, krótsze wyroki, poprawa warunków w więzieniach… i odwrotnie – gdy Zachód proklamował „odprężenie”, „poprawę wzajemnych relacji” itp., w Związku Radzieckim momentalnie na powrót dokręcano śrubę „politycznym”.

Tę prawidłowość można dziś zaobserwować zarówno w Chinach (w odpowiedzi na pojednawcze gesty Obamy… nie wypuszczono z więzienia ani jednego dysydenta, co było regułą przy poprzednich wizytach amerykańskich prezydentów), jak i w Iranie (erupcja krwawych represji wobec przeciwników Ahmadineżada). W Rosji – wiadomo, po staremu.

Tak więc, w kwestiach humanitarnych – również porażka.

***

Dodając do siebie wszystkie powyższe klapy, wygląda na to, że jednym z głównych skutków obecnej prezydentury będzie upadek międzynarodowego prestiżu Stanów Zjednoczonych na skalę nie pamiętaną od czasów Jimmy’ego Cartera.

Campusowy lewak.

Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka. Z całym duchowym „dobrodziejstwem inwentarza” – w którym poczesną rolę odgrywa oszalały pacyfizm i reszta poprawnościowej dogmatyki. Za to zresztą (bo za cóżby innego?) dostał Nobla. Na domiar złego, wszystko to skorelowane jest z przemożnym poczuciem misji i charakterystycznym dla lewicy całego świata przeświadczeniem o własnej, moralno – intelektualnej wyższości, której nie wiedzieć czemu nie chce uznać zacofany motłoch.

Z czasem, gdy rozwój sytuacji międzynarodowej go do tego zmusi, zdobędzie się zapewne na ostrzejsze kroki wobec światowych watażków, ale osobiście nie mam złudzeń – będzie to co najwyżej doraźna szamotanina, bez żadnej myśli przewodniej, podszyta nie ustającym zdziwieniem, dlaczego adresaci nie reagują należycie na kolejne gesty i zapewnienia o gotowości do dialogu. Do tego różne lewicowe salony będą go podgryzać za „sprzeniewierzenie się” Pokojowemu Posłannictwu… Krótko mówiąc – nowych sojuszników Ameryka nie zyska (bo kogo – Rosję? Chiny? Co do Europy – UE zaledwie toleruje dziś USA, a i to jedynie ze względu na osobę prezydenta i politykę, której fiasko się właśnie unaocznia), a starych może utracić.

Gdyby tego rodzaju fircyk stał na czele Belgii, czy innego Luksemburga, można by machnąć ręką – nie nasz kłopot. Ale gdy podobna figura staje na czele światowego mocarstwa z ambicjami do ustalania globalnego porządku, wówczas wszyscy mamy problem. Całe szczęście, że mimo nieustającej klaki czołowych mediów, popularność Obamy (zwłaszcza wśród tzw. wyborców niezależnych) leci na łeb na szyję, co daje nadzieję, że szaleństwo jego rządów nie przekroczy jednej kadencji.

Obama – no, you can’t!.

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o Afganistanie, bo to nieco inna bajka. Wysłanie tam dodatkowych żołnierzy to jedno. Pytanie, co Obama zrobi, by wygrać. Pod jego rządami można się bowiem spodziewać „resetu afgańskiego”, tzn. powtórki z Wietnamu – prowadzenie wojny na pół gwizdka, zakończone rejteradą pod byle pretekstem, pozwalającym doraźnie „zachować twarz”. A po kilku latach świat znów będzie miał ból głowy z afgańskim rozsadnikiem terroryzmu.

Inne moje notki, o Obamie:

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/zabawy-z-noblem

niedziela, 7 lutego 2010

Kres pomarańczowej Ukrainy.


Pomarańczowa rewolucja a legenda „Solidarności".

Co się dzieje z Ukrainą? To pytanie zadawali sobie od 2005r. liczni komentatorzy, w miarę pogłębiających się rozdźwięków w ekipie „pomarańczowych”, które w końcu przerodziły się w otwartą polityczną wojnę na śmierć i życie między obozami Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko, na czym, siłą rzeczy, skorzystał ten trzeci – Wiktor Janukowycz. Ten sam, którego zrewoltowany tłum zgromadzony na Kijowskim Majdanie Niepodległości ledwie kilka lat wcześniej zmusił do powtórzenia drugiej tury wyborów i odejścia – jak się wtedy zdawało – na śmietnik historii.

Dziś, tenże Janukowycz, powraca triumfalnie i wedle wszelkich znaków, pewnie zmierza do objęcia prezydentury. I to bez uciekania się do wyborczych fałszerstw. Jego Partia Regionów – oligarchiczna, promoskiewska jaczejka, zdobyła znaczącą reprezentację parlamentarną już wcześniej.

Co się stało z Pomarańczową Rewolucją? – jeszcze kilka lat temu załamywali ręce analitycy, podając miliony uczonych politologiczno – socjologicznych wyjaśnień, za wyjątkiem tego jednego, najbardziej oczywistego, rzucającego się w oczy. Odpowiedź zaś jest prosta, jak w pysk dał. Staranne unikanie jej wiele mówi o stanie dusz i umysłów nadwiślańskich elit, które jak ognia, mimo upływu lat, unikają uczciwego spojrzenia w lustro.

Dziś nikt nie załamuje rąk. Ustały biadolenia. Każdy patrzy chłodno, kto tu kogo na Ukrainie, z przeproszeniem, wydyma, i jakie będą tego skutki.

Garść analogii.

A zatem zapytam ja: co się stało z Pomarańczową Rewolucją? I odpowiem: ano, stało się z nią dokładnie to samo, co z legendą „Solidarności”.

I Pomarańczowa Rewolucja i „Solidarność” zakończyły się „historycznymi kompromisami” (tam – zakulisowe rozmowy w Kijowie z mediatorami pokroju Kwaśniewskiego i Wałęsy, u nas – Okrągły Stół).

W obu przypadkach „zwycięstwa”, których akuszerami były społeczeństwa, dając temu wyraz, czy to w polskich czerwcowych wyborach z 1989r., czy to w powtórzonych wyborach prezydenckich na Ukrainie z roku 2005, zostały z miejsca zawłaszczone przez wyniesione do władzy elity.

Te same elity doprowadziły w krótkim czasie do totalnego zohydzenia w ludzkich oczach legendy, którą ci ludzie w znacznej mierze współtworzyli.

W efekcie nastąpił zwrot nastrojów społecznych o 180 stopni, co poskutkowało powrotem do władzy postkomunistów (Polska, rok 1993 – trochę ponad 3 lata od „przełomu” i „historycznego kompromisu”) i Partii Regionów (w 2006 – zaledwie rok po „pomarańczowym Majdanie Niepodległości” premierem został Wiktor Janukowycz.) Owszem, był to efekt doraźnych koalicyjek, zaś potem Juszczenko rozpisał przedterminowe wybory, po których w wyniku wcześniejszego zawiązania się innych koalicyjek (Blok Julii Tymoszenko) premierem została Julia Tymoszenko i zgodnie z polityczną logiką z miejsca stała się śmiertelną wroginią Juszczenki – ale ja nie o tym. Ja o tym, w jaki sposób zmarnotrawiono społeczny entuzjazm i utopiono go w politycznym sosie.

Jedźmy dalej. W Polsce, w 1995r., niecałe 6 lat po Okrągłym Stole na fali społecznego zniechęcenia do wszystkiego, co wiąże się z „solidaruchami”, prezydentem zostaje były partyjny aparatczyk, a prywatnie, drobny moczymorda – Aleksander Kwaśniewski. Prezydentura trwa przez 2 kadencje i gdyby nie konstytucyjne ograniczenia, potrwałaby pewnie znacznie dłużej.

Na Ukrainie, 5 lat po „pomarańczowej”, prezydentem najpewniej zostanie Wiktor Janukowycz. Ten sam, przeciw któremu (i uzależnieniu od Rosji, którego był symbolem) wywołano rewolucję na kijowskim Majdanie, której współtowarzyszyły demonstracje we Lwowie i innych miastach - nawet w Doniecku, „zagłębiu” Janukowycza. Ukraińska prasa wieściła wtedy „narodziny Narodu”. Dziś ten sam Naród nie może patrzeć na „pomarańczowych”, podobnie jak Polacy w pewnym momencie mieli powyżej uszu „solidaruchów”.

Zresztą, nawet gdyby wygrała Julia Tymoszenko, to przez te kilka lat tak intensywnie się „odpomarańczowiła” (dlatego ma dobre wyniki w sondażach), że nie zrobi to większej różnicy. Juszczenko natomiast powtórzył spektakularnie drogę Wałęsy – od bohatera do zera.

Syndrom „zdrady elit”.


Kluczowym elementem łączącym zjawiska odwrotu od „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie i zerwanie społecznej więzi z legendą „Solidarności” w Polsce, jest zjawisko, które hasłowo określa się niekiedy mianem „zdrady elit”.

Owo społeczne poczucie zdrady nie sprowadza się, bynajmniej, tylko do kwestii ekonomicznych, jak chętnie trywializują okołosalonowi publicyści – że niby to „bydłu”, tudzież „motłochowi” zabrakło pełnej michy, że wydawało się im, iż od jutra będzie dobrobyt „jak na Zachodzie”, a przecież wiadomo – dobrobytu z dnia na dzień być nie może.

O wiele istotniejszym czynnikiem jest poczucie, często nie do końca uświadamiane, instynktowne raczej, że elity przed chwilą ustawiające się w roli trybunów ludowych, na plecach tegoż ludu dorwały się do władzy i przywilejów zastrzeżonych do niedawna dla „onych” i jęły ochoczo z nich korzystać, kłócąc się przy tym, niczym stado świń przy korycie, jednocześnie coraz wyraźniej dając do zrozumienia, że „prosty” vel „ciemny” „lud” mają w głębokiej pogardzie.

Oto, niedawni herosi („solidarnościowi”, „pomarańczowi”), poczuwszy splendory i konfitury, dają nagle w nieskrępowany sposób upust swym najgorszym cechom. „Czerń wyborcza” staje się świadkiem erupcji najgorszych plag życia publicznego, które miały wszak zniknąć, gdy zwyciężą „nasi”: chciwości, arogancji, zadufania, ambicjonerstwa, zacietrzewienia, pazerności na mamonę zaszczyty i władzę, korupcji, chwiejności, małostkowości, zawiści, usitwowienia, wyrządzanych sobie nawzajem łotrostw… długo by można ciągnąć tę wyliczankę.

Hołdowanie tym wszystkim plagom, którym gawiedź początkowo przypatrywała się z niedowierzaniem, rozdziawiając gęby („To wy tacy jesteście? Nasi bohaterowie?”), a potem zwolna zwierając pięści („O, wy sukinsyny… za naszą krwawicę?) – to w odbiorze społecznym nic innego, tylko bezczelne naigrawanie się z tych, którzy nie załapali się na „przemianę” i pozostali w robociarskich kombinezonach w zdewastowanych zakładach pracy – czy to na Śląsku, czy w Donbasie.

W Polsce dołożył się do tego kolejny czynnik – notoryczne połajanki i pouczania płynące z intelektualnych Parnasów, które „ludowi” nie miały do zaoferowania niczego poza pogardą. Jesteś ciemny, niewykształcony, zacofany, religiancki, pochodzisz „z małego ośrodka”, słowem – zasługujesz na swój los, sam jesteś sobie winien, nieudaczniku.

A „nieudacznik”, widząc z jednej strony limuzyny wożące dygnitarzy, których sam wyniósł do władzy i konfrontując je z małością wybrańców ludu, obnażaną coraz wyraźniej niczym tyłek przysłowiowej małpy wspinającej się na drzewo, z drugiej strony zaś faszerowany urągliwymi połajankami, w naturalnym odruchu zgina rękę w łokciu i całując pięść powiada sobie w duchu „o – takiego wała, zło–dzie-je!”. Po czym, albo zostaje w czasie wyborów w domu, albo idzie do urny i głosuje na złość tym, którzy jego i miliony takich jak on – zdradzili.

Ta fundamentalna zdrada elit, zdrada w najgłębszym sensie tego pojęcia, jest - powtórzę raz jeszcze – podstawową analogią, gdy porównywać uwiąd „pomarańczowej rewolucji” i mitu „Solidarności”.

Poczucie zdrady, gorzkiego rozczarowania i osamotnienia będzie od tej pory tkwiło między Ukraińcami a każdą kolejną władzą – tak, jak tkwi między Polakami a kolejnymi, tasującymi się niczym karty, ekipami rządzącymi.

„Nasi” stali się „onymi”.

***

Jeszcze jedno. Nieufność i frustracja tworzą wdzięczne pole bitew rozgrywanych przez szemrane figury, wylansowane przez służby zarówno własnego, jak i cudzoziemskiego autoramentu – oto przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zarówno Polski, jak i Ukrainy.

Rozdroże.

Pewnie można się przyczepić do wysnutej tu analogii. Że uproszczona, że może niepełna, że miejscowa specyfika, że inne uwarunkowania konstytucyjne, że nieco inne czasy… Że duet Juszczenko – Tymoszenko z czasów „Majdanu Niepodległości” pochodził wprost z postkomunistycznych układów, zaś dramatis personae „Okrągłego Stołu” nie wszyscy i nie do końca…

Będę się jednak upierał, że zasadnicze mechanizmy są takie same: wybuch społecznego entuzjazmu, roztrwonienie tegoż entuzjazmu przez krótkowzroczne, zadufane w sobie, sprzedajne i niekompetentne „elity” – i, koniec końców, odwrócenie społecznych nastrojów, skutkujące powrotem do władzy tych, których kilka lat wcześniej najchętniej powywieszanoby na ulicznych latarniach.

Ukraina jest dzisiaj w punkcie, w którym Polska była gdzieś w połowie lat 90-tych minionego stulecia.

Dokąd pójdzie?

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o prezydenturze Wiktora Juszczenki (‘Razom nas bahato / nas ne podołaty’ – kto teraz to zaśpiewa?). Odchodząc, wydał świadectwo - zarówno sobie, jak i jego bezkrytycznym poplecznikom w Polsce. Ale jedno nadmienić muszę: założę się o medal z kartofla, iż prezydenturę Janukowycza będzie chwaliła moskiewska partia w Priwislańskim Kraju - że obliczalny, stabilny, itd.…

Polska zrobiła dwa błędy – pierwszy, to bezkrytyczne postawienie na Juszczenkę. Poczuł się zbyt pewnie. Drugi błąd, to - paradoksalnie, odpuszczenie sobie Ukrainy, ku czemu skłania się obecna ekipa rządząca.

Zamiast aktywnej polityki, wspierającej siły które mogłyby się przysłużyć obu państwom, ograniczamy się albo do wspierania raz przyhołubionych polityków, albo do bierności.

Na dzień dzisiejszy wygląda na to, że Ukrainy nie odwojujemy. Nie będziemy mieli niepodległego przedmurza chroniącego nas przed Rosją.I w znacznej mierze sami jesteśmy sobie winni.

piątek, 27 listopada 2009

Biadolenie nad rozlanym mlekiem.


W kwestii gazowej PiS, jako największa siła opozycyjna, dał haniebnie ciała.

Prasokonferencja.

Przedwczoraj (25.11.2009) natknąłem się w telewizji na jakieś migawki z konferencji prasowej PiSu „Nie dla umowy z Rosją”. Następnie obejrzałem sobie całość na polityczni.pl . Oto co ujrzały moje piękne oczy: Paweł Poncyliusz i Aleksandra „Aniołek” Natali - Świat na zmianę prześcigali się w wyliczaniu negatywnych, a możliwe że wręcz tragicznych konsekwencji zawartego z Rosją kontraktu gazowego (właściwie – aneksu do tzw. „umowy Jamalskiej” z 1993 r.). Wszystko merytorycznie, punkt po punkcie, jak należy.

A mnie trafił jasny szlag.

Gdzie był PiS?

Pierwsze spotkania Grupy Roboczej ds. paliwowo-energetycznych Polsko-Rosyjskiej Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Gospodarczej miały miejsce 15 stycznia i 10 marca 2009 r. Formalne negocjacje rozpoczęły się w Moskwie 7 maja b.r. Od tamtych wydarzeń minęły, lekko licząc, trzy p***one kwartały. Gdzie wtedy był PiS? Przez niemal cały rok nie znalazł czasu, by bić we wszystkie dzwony i organizować tego typu konferencje. Politycy PiSu goszczą codziennie we wszystkich mediach – mieli możliwość, by alarmować ludzi i budować społeczną presję wokół negocjacji.

Z apelem mógł wystąpić Prezydent, tym bardziej, że przysługuje mu czas antenowy w telewizji publicznej. Bał się oskarżeń, że ingeruje w kwestie przekraczające jego prerogatywy? Do kroćset, w momencie, gdy ważą się sprawy o charakterze strategicznym, takie jak bezpieczeństwo energetyczne kraju, głowie państwa zwyczajnie nie wolno milczeć.

Może pod naciskiem opinii publicznej (a sondaże z początku roku wskazywały wysokie poparcie dla opcji typu „droższy gaz, byle nie z Rosji” – był to efekt kryzysu ukraińskiego) polityczni mocodawcy naszych, pożal się Boże, „negocjatorów”, kierując się swą legendarną troską o „słupki” utwardziliby jednak nieco polskie stanowisko i nie podżyrowywali hurtem wszystkich żądań Rosji. Może rosyjska agentura byłaby wówczas nieco mniej skuteczna…

Bicie piany.

Nic takiego nie miało miejsca. Zamiast zajmować się kwestiami najwyższej wagi i mobilizować wokół nich Polaków, PiS wolał spalać się w medialnych pyskówkach z Palikotem, Niesiołowskim, Nowakiem i resztą platformerskiej menażerii. Przypomnijmy sobie ile godzin programów „publicystycznych” w najrozmaitszych mediodajniach, ile szpalt w największych gazetach w ciągu ostatnich miesięcy było wypełnionych tego rodzaju biciem piany… Ile czasu PiS zmarnował na „dyskusje” typu: „Palikot / Niesiołowski powiedział i co pan / pani na to”? Para w gwizdek.

Pochlebiam sobie, że nie poświęciłem Palikotowi ani jednej notki, zaś o Niesiołowskim napisałem bodaj raz. I tak o jeden raz za dużo.

Niedoinformowani?

A może PiS nie miał informacji? Wszak negocjacje były tajne… Nieee, wolne żarty. Coś tam jednak do gazet i internetu wyciekało. Skoro ja, prosty bloger, po stosunkowo niedługim szperaniu w necie, byłem w stanie zgromadzić dane do napisania w sierpniu poprawnej merytorycznie notki, alarmującej o tym w jakim kierunku zmierzają negocjacje i co usiłuje na nas wymusić Rosja, to nigdy nie uwierzę, że największa partia opozycyjna błąkała się niczym dziecko we mgle, nieświadoma tego, co dzieje się na gazowym froncie.

W sumie poświęciłem tematyce trzy teksty, w których opisałem stan rosyjskich finansów, czego żąda od nas Rosja i po co jest to jej potrzebne, sygnalizowałem też kapitulancką postawę strony polskiej. Inni blogerzy również na ten temat pisali. I co, ja wiedziałem, inni wiedzieli a PiS, do k***wy nędzy, nie wiedział?! Gdzie oni wtedy byli – na Księżycu?

Z ręką w nocniku.

Teraz się, cholera, obudzili. Teraz! Gdy uzależnienie Polski od rosyjskiego gazu jest przyklepane i gdy można co najwyżej pohałasować na konferencji prasowej. Krzyczcie sobie, krzyczcie, albo piszcie na Berdyczów. Rosję wasze wrzaski obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg. Teraz, do 2037 r., będziemy rok w rok, via Gazprom dokarmiać budżet Federacji Rosyjskiej. A Rosja po wybudowaniu Nord Stream’u będzie mogła nas bezkarnie szantażować przykręceniem kurka. Jesteśmy gazowym ćpunem i część winy za ten stan rzeczy spada na was, Panie i Panowie z PiSu, bo nie biliście na alarm wtedy, kiedy było trzeba. Teraz jest już po ptokach.

Nie da się ukryć – w kwestii gazowej PiS, jako największa siła opozycyjna, dał haniebnie ciała. I nawet milion choćby nie wiem jak merytorycznie słusznych prasokonferencji tego nie zmieni. Trzeba było działać, zanim mleko się rozlało.

Gadający Grzyb

polityczni.pl/nie_dla_umowy_z_rosj%C4%85_,audio,50,4409.html

niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje

niepoprawni.pl/blog/287/dokarmimy-rosje

pierwotna publikacja: www. niepoprawni.pl

sobota, 14 listopada 2009

Masturbacja w służbie Postępu.


Jak się okazuje, "pandemia" świńskiej grypy nie tyle zabija, co podsuwa świńskie pomysły.

Uwaga! Notka jest cokolwiek świńska…

Piotr Lisiewicz, który w 2005 r. wspólnie z Akcją Alternatywną „Naszość” organizował w Poznaniu Marsz Onanistów (jako odpowiedź na Paradę Równości), zapewne nawet się nie spodziewał, iż jego pomysł zostanie twórczo rozwinięty przez socjalistyczne władze hiszpańskiej prowincji Extramadura. Jak donosi portal Fronda.pl i „Rzeczpospolita”, extramadurska Rada ds. Młodzieży (CJEx) i Instytut Kobiet (IMEx), od połowy października organizują w szkołach onanistyczne warsztaty pod wymownym hasłem: „Przyjemność leży w twoich rękach”. Warsztaty te skierowane do młodzieży w przedziale wiekowym 14 – 17 lat, zaznajamiają spragnionych wiedzy małolatów z technikami pieszczot, „penetracji, masturbacji i rozkoszy, uczą wkładać prezerwatywę i zapoznają z działaniem wibratora, chińskich kulek itp.” (cyt. za „Rzepą”).

Jak rany, w życiu nie pomyślałbym, że masturbacji trzeba kogokolwiek uczyć… Ale, od moich czasów zapewne wiele się zmieniło… Spektrum zafundowanego młodzieży szkolenia, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Oczywiście, organizatorom akcji nawet nie postała w głowach myśl, by zapytać o zdanie rodziców, czy nauczycieli. Socjaliści już tak mają, na dodatek, pani Laura Garrido (szefowa Rady ds. Młodzieży) wyznaje, że kampania napawa ją „dumą i satysfakcją”. Aż nie śmiem pytać, jakiego rodzaju jest to satysfakcja… Seksuolog pewnie potwierdziłby, że istnieją osobnicy, którym zaspokojenie przynosi jedynie deprawacja innych…

Przy okazji - okazało się, że masturbacyjną kampanię realizuje madrycki sex – shop „Przyjemność Loli”, do którego trafiła większość funduszy (14.400 Euro) i który na warsztatach promuje swoje „zabawki”. Słusznie! W dobie kryzysu, władze powinny wspierać tak istotną gałąź gospodarki.

Jak się okazuje, pandemia świńskiej grypy dotarła do Hiszpanii i najwyraźniej nie tyle zabija, co podsuwa świńskie pomysły…

Moje postulaty.

Po namyśle, zawstydziłem się nieco swą niewczesną pruderią i prowincjonalizmem. Postanowiłem zatem, ssąc kompulsywnie kciuk, pobudzić inwencję i wesprzeć organizatorów w ich dziele upostępowiania dziatek, poprzez zgłoszenie kilku uwag:

1) Onanistyczne warsztaty stanowczo należy poszerzyć o zestaw lektur poruszających to zagadnienie, kluczowe dla rozwoju psychofizycznego każdego nastolatka. Od siebie proponowałbym nieoceniony „Kompleks Portnoya” Philipa Rotha, z której to pozycji adept niełatwej sztuki masturbacji może się dowiedzieć o tak ekscytujących technikach, jak gwałcenie wydrążonego jabłka, brudnych skarpetek, czy świeżej wątróbki.

2) Warto pokusić się o wprowadzenie obowiązkowych egzaminów praktycznych, koniecznie publicznych, tak by młodsza dziatwa również mogła poszerzyć swe horyzonty, a preferujący podglądactwo – bezstresowo się zaspokoić.

3) Po dokonaniu wiadomego aktu należy komisyjnie zbadać dłonie uczniów na okoliczność pojawienia się dodatkowego owłosienia. Nie od rzeczy będzie również wizyta u okulisty.

4) Uczenie masturbacji 17-latków to, jakby tu rzec, musztarda po obiedzie. Lekcje onanizmu należy wprowadzić od początku procesu edukacji szkolnej. W dalszej perspektywie – również przedszkolnej.

5) Uczniowie nocujący w internatach powinni mieć surowy nakaz trzymania rąk pod kołdrą. Element ten winien stanowić niezbędne uzupełnienie kursów onanistycznych. Tyczy się to również tych, którzy nocują w domach. Żadni klerofaszystowscy tzw. rodzice nie będą tłumić seksualnej ekspresji dzieci i młodzieży!

6) Zestaw zabawek oferowanych przez sex – shop „Przyjemność Loli”, winien stać się nieodzownym elementem wyposażenia szkolnych szafek, tudzież tornistrów.

7) W każdej szkole należy zainstalować samokształceniowe, dźwiękoszczelne „kabiny cichej nauki”, oferujące jak najszersze spektrum filmów i czasopism o odpowiedniej tematyce. Przybytki te, w miarę możności, powinny być koedukacyjne.

8) Aż się prosi, by z instytucjonalnym wsparciem pośpieszyła Unia Europejska. W ramach popierania tak zacnych praktyk, wszyscy komisarze, jak również eurodeputowani (z przewodniczącymi na czele) powinni się oddać seansowi zbiorowego onanizmu w najlepszym czasie antenowym. Transmisja na żywo dla wszystkich telewizji publicznych – obowiązkowa.

9) Należy zadbać o właściwą obudowę frazeologiczną. Np. powiedzenie „urżnąć kapucyna” jest należycie postępowe, wpisuję się bowiem w batalię z klerykalizmem, ale niektóre inne sformułowania są stanowczo niedopuszczalne, jako nieekologiczne (np. „walić konia”) i ksenofobiczne (np. „klepać Niemca po kasku”).

Powyższa lista postulatów ma charakter otwarty. Pod tekstem można wpisywać własne wytwory chorej wyobraźni ;)

Nie wątpię, iż w myśl zasady: „wymyśl najgłupszą rzecz a ONI to zrobią”, niniejsze pomysły znajdą posłuch wśród animatorów podobnych przedsięwzięć, co przyczyni się do szczęścia, urozmaicenia i ogólnie wzmożonego brandzlowania się naszych milusińskich.

Gadający Grzyb

P.S. 1 Oczywiście, nie mam zamiaru odgrywać tu świętoszka, co to nigdy i tak dalej. Ale do tej pory żyłem w naiwnym przekonaniu, że samogwałt (o ile wiadomą czynność wolno jeszcze tak nazywać), należy do sfery głęboko intymnej i dość wstydliwej, zaś większość ludzi z tego wyrasta. Niestety, socjalistyczno - postępowi Portnoye mają etap dojrzałości najwyraźniej dopiero przed sobą…

P.S. 2 Przypomniał mi się pewien generał z czasów II wojny, który podczas kampanii w płn. Afryce przekonywał australijskich żołnierzy (wkrótce mieli trafić do Tobruku), by nie chodzili na zasyfione k…wy, gdyż ich najlepszym przyjacielem jest własna ręka. Ot - prekursor ;)

www.rp.pl/artykul/391846__Przyjemnosc_jest_w_twoich_rekach__.html

www.fronda.pl/news/czytaj/hiszpania_socjalisci_wyedukuja_mlodziez_w_masturbacji

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 31 października 2009

Gazowy ćpun.


Tak w telegraficznym skrócie można przedstawić sytuację Polski po zawarciu „kompromisu” między Polską a Rosją w kwestii renegocjacji tzw. ”kontraktu jamalskiego”.



Krótka retrospekcja.

Przypomnijmy, że po wyeliminowaniu z gazowej gry pośrednika - firmy RosUkrEnergo, która dostarczała nam rosyjski gaz z kierunku ukraińskiego, przed Polską pojawiła się groźba niedoboru tego surowca w wysokości ok.2 mld m3 rocznie. Cóż zrobiła z tym fantem strona polska? Ano, poszła po najmniejszej linii oporu i zwróciła się do Rosjan z supliką o zwiększenie dostaw gazociągiem jamalskim. Rosjanie, oczywiście, nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali wykorzystać sytuacji do maksimum, a nasi, z przeproszeniem, „mężowie stanu” i „negocjatorzy” również nie byliby sobą, gdyby szansy, jaka pojawiła się przed Polską na częściowe uniezależnienie się od rosyjskich dostaw, kompletnie nie przesrali.

Pisałem już o tym dwukrotnie, przewidując mniej więcej taki rozwój wydarzeń jaki faktycznie nastąpił (linki pod tekstem), więc tylko krótko przypomnę:

- rosyjskie finanse publiczne są w trudnej sytuacji. Maleją dochody z eksportu surowców (w tym gazu), rezerwy finansowe państwa kurczą się z kwartału na kwartał, Gazprom odprowadza do budżetu państwa o wiele mniej niż zakładano – czyli Rosja pilnie potrzebuje zwiększenia dochodów;

- Polska rozpoczęła budowę gazoportu w Świnoujściu z planowanym uruchomieniem w 2014 roku i początkową przepustowością ok.2,5 mld m3 rocznie (oraz możliwością dalszej rozbudowy w przyszłości);

Zagrożenie czy szansa?

Na zdrowy rozum, wydawałoby się, że skoro za 5 lat ma być uruchomiona inwestycja, która z nawiązką pokryje braki w bilansie gazowym kraju, dodatkowo zaś będzie to surowiec z innego, niż rosyjskie, źródła, to warto te kilka lat się przemęczyć, łatając niedobory kontraktami krótkoterminowymi i zwiększając własne wydobycie, w ostateczności zaś dokonując okresowych cięć w zużyciu surowca. Patrząc pod tym kątem, ograniczenie dostaw z kierunku rosyjskiego jawiło się wręcz nie jako zagrożenie, lecz jako szansa. To Rosja jest w trudnej sytuacji, nie my.

Co zrobiono?

Niestety, nasze orły – sokoły pod kierunkiem wicepremiera Pawlaka postąpiły dokładnie na odwrót. Jak donosi „Rzeczpospolita”, wynik negocjacji z Gazpromem jest następujący:

- kontrakt jamalski został przedłużony do 2037 r. (obecny wygasał w 2022 r.);

- dostawy zostaną zwiększone o 2,5 – 3 mld m3 rocznie;

- ze spółki EuRoPol Gaz zarządzającej polskim odcinkiem gazociągu zostanie wyeliminowany Gas Trading Aleksandra Gudzowatego. Podział w spółce będzie wynosił 50:50.

Co z tego wynika?

Konsekwencje takiego dealu są następujące:

- przez kolejne 28 lat będziemy uzależnieni od rosyjskiego gazu niczym ćpun od jedynego dilera w okolicy;

- rosyjski diler będzie szprycował nas swoim towarem po gardło, po dziurki w nosie, by przypadkiem Polaczkom nie strzeliło do głowy szukać innego źródła zaopatrzenia;

- w sytuacjach spornych w EuRoPol Gazie głos decydujący, siłą rzeczy, będzie należał do Gazpromu, jako jedynego dostarczyciela surowca, zagwarantowanego długoterminowym kontraktem – stawia to Rosję w naturalnie uprzywilejowanej sytuacji;

- po wybudowaniu Nord Streamu tłoczącego gaz bezpośrednio z Rosji do Niemiec z pominięciem Polski, Rosjanie będą mogli szantażować nas do woli przykręceniem kurka, wymuszając rozmaite ustępstwa;

- rura na dnie Bałtyku spłyci tor wodny do portu w Świnoujściu do głębokości uniemożliwiającej ruch gazowców typu Q-Flex;

- zwiększenie dostaw na zasadzie „bierz lub płać” z zakazem reeksportu nadwyżek, postawi pod znakiem zapytania opłacalność inwestycji w gazoport.

Krótko mówiąc, jesteśmy udupieni.

Znaki zapytania.


Jakby tego było mało, możliwe, że sytuacja jest jeszcze gorsza, niż wynika z medialnych doniesień, albowiem wciąż nie wiadomo:

- ile będziemy płacić Gazpromowi;

- ile Gazprom będzie płacić nam z tytułu tranzytu „błękitnego paliwa” przez piękny Kraj Priwislański i czy będziemy mieli jakiekolwiek narzędzia do egzekwowania opłat w razie problemów.

Wiadomo jedno – PGNiG milczy jak zaklęte. Oświadczenie na stronie przedsiębiorstwa (link poniżej) to śmiech na sali.

Filia "Państwa – Gazprom".

Pozostaje zastanowić się, jak wiele (albo – jak mało) dzieli Polskę od przekształcenia się w energetyczno – polityczną filię "Państwa – Gazprom," jak niekiedy określa się współczesną Rosję. Chociaż, może lepiej nie. Wnioski mogą być koszmarne.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki:

www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje

www.niepoprawni.pl/blog/287/dokarmimy-rosje

"Rzepa":

www.rp.pl/artykul/67299,385348_Gazowe_dylematy_rzadu.html

www.rp.pl/artykul/385347_Dodatkowy_gaz_z_Rosji_poplynie_jeszcze_w_tym_roku.html

Oświadczenie PGNiG:
www.pgnig.pl

środa, 21 października 2009

Davies - manipulator.


Norman Davies opisuje w „Guardianie” PiS tak, jakby mieszkał w Polsce tydzień, nie wychylając nosa z ulicy Czerskiej.

O dobrej Platformie i złym PiSie.

Profesor Norman Davies raczył na łamach lewackiego dziennika „The Guardian” podzielić się refleksją dotyczącą polskiej sceny politycznej. Otóż, wg Pana Profesora, Platforma jest ogólnie ok., tylko że ta wredna PiSowska opozycja blokuje jej cenne inicjatywy, m.in. używając do tego niecnego celu instytucji prezydenckiego veta. Jest to wstrząsająca wypowiedź, zważywszy, iż pada spod pióra człowieka ukształtowanego w najstarszej z istniejących demokracji świata. Tymczasem, w przytaczanym artykule, spod dobrotliwej maski demokraty niespodziewanie wyłazi gęba lewackiego totalniaka, dopuszczającego zapewne co najwyżej istnienie koncesjonowanej, „konstruktywnej” opozycji.

Profesor Davies ostrzega.


Generalnie, artykuł Daviesa (pisany na szczęście na tyle prostą angielszczyzną, że niżej podpisany był w stanie go zrozumieć) stanowi pisane z pozycji eksperta do spraw polskiej polityki ostrzeżenie dla lidera Torysów, Davida Camerona przed aliansem w Parlamencie Europejskim z partiami prawicowymi z krajów postsowieckich, bowiem partie te (wg autora) nie mają nic wspólnego z angielskim konserwatyzmem „od Burke’a do Margaret Thatcher”. Światły Profesor ostrzega ciemnego Camerona w szczególności przed Prawem i Sprawiedliwością, która to partia ma ponoć przyprawiać o ból głowy każdego analityka, jej program zaś stanowi mieszaninę wątków nacjonalistycznych i socjalistycznych. Autor uprzejmie nie dopowiada, co z takiego „wymieszania” może się urodzić, ale dla lewicowych czytelników „Guardiana” na pewno jest jasne jak słońce, że PiS to taka współczesna mutacja narodowego socjalizmu…

PiS wg Daviesa.

Pozostałe zarzuty Daviesa są równie absurdalne i podane w tak prymitywny sposób, że w Polsce miałyby chyba problem z ukazaniem się nawet w „Wyborczej”. Są to ataki sformułowane na poziomie Niesiołowskiego. Tak więc, brytyjski czytelnik dowiaduje się, (między innymi), iż:

- PiS wszędzie widzi diabelski pakt między liberałami, postkomunistami i wielkim biznesem;

- Kaczyńscy karierę zrobili dzięki Wałęsie, który wszakże szybko ich wywalił, gdyż „sprawiali kłopoty”;

- mściwi bliźniacy w odpowiedzi spalili publicznie jego kukłę i zaczęli rozpowiadać, iż jest komunistycznym agentem;

- bliźniacy Kaczyńscy prowadzą ze społeczeństwem grę w złego (Jarosław) i dobrego (Lech) glinę (w domyśle – nie daj się na to nabrać, Cameronie);

- obiecywali przed wyborami 2005 r. koalicję z PO, zaś po wyborach stworzyli własny rząd przy pomocy ultrakatolickiego Radia Maryja (czytaj - są wiarołomnymi krętaczami);

- na koniec rządów uknuli łapówkarską intrygę wobec własnego wicepremiera i wysłali zbrojną ekipę, by go aresztować (!). (…they tried to plant a bribe on their own deputy prime minister and sent in the equivalent of the armed anti-terror squad to arrest him.)

Davies – salonowy hunwejbin.

Całość tych nieprawdopodobnych idiotyzmów opatrzona jest tytułem – memento: „Watch your step, Dave” (w domyśle – uważaj, Dave, gdyż Kaczyńscy to oszuści z inklinacjami do narodowego socjalizmu i, generalnie, same z nimi kłopoty). W tzw. „zajawce” natomiast, pojawia się sugestia, iż doradcy powinni Cameronowi szepnąć słówko o jego polskich partnerach w Europie…

Nie zdziwiłbym się, gdyby podobne brednie wypisywał gość, który spędził w Polsce tydzień, nie wychylając nosa poza Czerską. Ale Davies – wiadomo. Jego tekst jest smutnym świadectwem niezmierzonych pokładów złej woli i politycznego zacietrzewienia, które każą, było nie było, szacownemu profesorowi, rzucać się z piórem w kocioł politycznej batalii w charakterze hunwejbina jednej ze stron, nie cofając się przed przeinaczaniem faktów, tendencyjnymi interpretacjami i całą resztą podręcznego zestawu manipulatora. W dodatku demoniczny portret PiSu odmalowany jest tak bez finezji, taką grubą krechą, że przemienia się w mimowolną karykaturę.

Kończąc, odpowiem panu profesorowi w jego stylu: Watch your step, Norman, bo źle się bawisz – przede wszystkim ze szkodą dla własnej wiarygodności.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Dzięki dla Huna, za wytropienie artykułu Daviesa.

www.niepoprawni.pl/content/norman-davies-objawia-angolom

www.guardian.co.uk/commentisfree/2009/oct/12/david-cameron-polish-eu-partners