Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władimir Putin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władimir Putin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Zwiędły Fiutin

Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


I. Wojenka historyczna

Fiutinowi puściły nerwy i postanowił obsmarować Polskę, obarczając nas odpowiedzialnością za II WŚ i holocaust. I tutaj nakłada się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, najwyraźniej w stanie pomroczności jasnej obejrzał »Jak rozpętałem II Wojnę Światową« i pomyślał, że to film dokumentalny (bo czarno-biały). Po drugie, jak to w nerwach bywa, Fiutin niechcący zrobił nam przysługę, bo przypomniał całemu światu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Do tej pory świadomość tego układu poza naszym regionem była zerowa, teraz usłyszał o nim również Zachód – brawo, dziękujemy, towarzyszu Fiutin i prosimy o jeszcze. Po trzecie, Fiutin postanowił się wpisać w żydowsko-niemiecką politykę historyczną, najwyraźniej obiecując sobie, że dzięki temu »wypucuje się« z różnych zaszłości i zbuduje nowe nici porozumienia ze strategicznymi partnerami. No i po czwarte – skąd nagle na salonach zbliżonych do »Wyborczej« takie oburzenie? Przecież Fiutin idealnie wpisał się w tzw. »nową szkołę historii Holocaustu« - w warstwie »merytorycznej« nie powiedział niczego, czego nie mówiliby luminarze pokroju Grossa, Grabowskiego, Stoli czy Engelking. Czerscy wraz z muzeum »Polin« powinni wręcz ufundować Fiutinowi jakiś medal za rozpropagowanie na cały świat swojego przekazu”.

Powyższe to garść moich pierwszych reakcji na wyczyny „Fiutina”, wyartykułowanych na łamach „Warszawskiej Gazety” w satyrycznych „Pod-Grzybkach”, w której to rubryce dzielę się różnymi zgryźliwościami. Przypomnijmy dla porządku, że pierwszy atak poszedł 19 grudnia 2019 r. na dorocznej konferencji prasowej Władimira Putina dla mediów zagranicznych, podczas której padło pytanie o wrześniową rezolucję Parlamentu Europejskiego z okazji 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i zawartego w niej potępienia paktu Ribbentrop-Mołotow. W odpowiedzi Putin odpowiedzialnością za rozpętanie wojny obarczył pakt monachijski z 1938 r. sankcjonujący rozbiór Czechosłowacji i rzekomy polski sojusz z Hitlerem. Już następnego dnia, przy okazji szczytu Wspólnoty Niepodległych Państw w Petersburgu, Putin wystąpił z dokumentami, w tym słynnym dziś raportem ambasadora RP w Berlinie, Józefa Lipskiego z passusem o „pomniku dla Hitlera”, gdyby temu udało się wypchnąć Żydów na emigrację. Wreszcie, 24 grudnia Putin wraca do tematu w trakcie posiedzenia rozszerzonego kolegium Ministerstwa Obrony Rosji. To wtedy padają słowa o ambasadorze Lipskim: „swołocz, antysemicka świnia, nie można go inaczej nazwać”.

Co ciekawe, w Polsce temat początkowo niemal nie został zauważony, czemu zapewne sprzyjał okres świąteczno-noworoczny. Bomba wybuchła dopiero 26 grudnia, kiedy to krajowe media przebudziły się ze świątecznego letargu, zapewne pod wpływem zachodniej prasy, która paradoksalnie jako pierwsza odnotowała i dość szeroko komentowała (i to na ogół w krytycznym tonie) wystąpienia rosyjskiego prezydenta. Od tego momentu rozgorzała na dobre wojna dyplomatyczno-medialna, w ramach której strona rosyjska opublikowała kolejne dokumenty, wraz z raportem sowieckiego agenta przerzuconego podczas Powstania Warszawskiego na drugi brzeg Wisły, gdzie z kolei mamy wzmiankę, iż Armia Krajowa rzekomo wymordowała pozostających w Warszawie Żydów i Ukraińców.

Jak wiemy, ten etap starcia zakończył się rezygnacją prezydenta Andrzeja Dudy z udziału w zaplanowanym na 23 stycznia Światowym Forum Holocaustu w Jerozolimie, organizowanym przez Yad Vashem i fundację związanego z Kremlem żydowsko-rosyjskiego oligarchy Wiaczesława Mosze Kantora z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz. Polskiemu prezydentowi odmówiono prawa zabrania głosu i zachodziła obawa, że zostanie sprowadzony do roli biernego obserwatora kolejnych, antypolskich filipik Putina, bez możliwości wyartykułowania swojego stanowiska. Można się jednak spodziewać, że była to dopiero pierwsza odsłona spektaklu – swoista przygrywka przed kolejnymi tegorocznymi wydarzeniami: 80. rocznicą mordu katyńskiego, 10. rocznicą tragedii smoleńskiej, 75. rocznicą zakończenia II Wojny Światowej i wreszcie – 100. rocznicą Bitwy Warszawskiej. Wszystko więc jeszcze przed nami.


II. Cele Putina

O co chodziło Putinowi, co chciał ugrać, wchodząc ku zdumieniu świata w rolę historycznego trolla? Moim zdaniem, mamy tutaj kilka częściowo nakładających się na siebie celów.

Celem pierwszym, najbardziej widocznym, było zrobienie propagandowej „podgotowki” przed wspomnianym Forum Holocaustu, skrojonym ewidentnie pod zapotrzebowanie rosyjskiej polityki historycznej. Na marginesie - główny sponsor wydarzenia, Wiaczesław Mosze Kantor, po tym jak przejął władzę w Europejskim Kongresie Żydów, uczynił tę organizację narzędziem polityki zagranicznej Kremla, konfliktując się przy okazji ze Światowym Kongresem Żydów, którego Europejski Kongres Żydów formalnie jest częścią – to dlatego (co mało kto zauważył) na uroczystości w Jerozolimie nie przybył szef Światowego Kongresu Żydów, Ronald Lauder. W każdym razie, jerozolimska impreza miała ugruntować sojusz rosyjsko-izraelski, z jednej strony pokazując Rosję jako poważnego, światowego gracza współdecydującego o globalnym porządku, z drugiej zaś – dać okazję ściganemu oskarżeniami korupcyjnymi Benjaminowi Netanjahu do zaprezentowania się jako polityk chroniący Izrael przed Iranem i zdolny pozyskać potężnego sprzymierzeńca, czyli Rosję. Zwróćmy uwagę, że ostrze przemówienia Netanjahu skierowane było właśnie przeciw Iranowi, jako państwu zamierzającemu urządzić Żydom drugi holocaust. Nie bez znaczenia jest też obecność licznej i coraz bardziej wpływowej rosyjskiej diaspory w Izraelu, której głosy Netanjahu chciałby przejąć przed zbliżającymi się wyborami. Taki sojusz potrzebuje propagandowego uzasadnienia i Putin owo uzasadnienie zaoferował: ZSRR jako pogromca Hitlera i oswobodziciel europejskich Żydów, piętnujący „antysemicką” Polskę i wpisujący się tym samym w polakożerczą linię izraelsko-żydowskiej polityki historycznej. Do osiągnięcia tego celu potrzebny był atak wyprzedzający i to na tyle porażający swą bezczelną butą, by nikt z uczestników szczytu Putin-Netanjahu (bo do tego sprowadziło jerozolimskie Forum, reszta uczestników była tylko statystami) nie ważył się pisnąć o sowieckich zbrodniach. Więcej – by wszyscy odetchnęli z ulgą, że koniec końców Putin wygłosił wyjątkowo „wyważone” przemówienie.

Cel drugi, to odbudowa pojałtańskiego „porządku moralnego”, uzasadniającego w oczach światowej opinii publicznej międzynarodowe znaczenie Rosji. W myśl tego porządku, Rosja zawsze stała po słusznej stronie, poniosła największe ofiary w walce z III Rzeszą, wzięła na siebie główny ciężar wysiłku zbrojnego i jako głównej pogromczyni faszyzmu należy jej się poczesne miejsce w globalnej układance. W tej narracji nie ma miejsca na półcienie i wątpliwości, a już zwłaszcza na pakt Ribbentrop-Mołotow i sojusz Stalina z Hitlerem, nie wspominając o jakiejkolwiek współodpowiedzialności za rozpętanie II Wojny Światowej. „Nasze dieło prawoje - my pobiedili” - koniec, kropka. Tymczasem, od kilku lat Rosja jest (lub czuje się) z tej zbudowanej na bazie II Wojny Światowej „moralnej hierarchii” wypychana – świat coraz częściej przypomina sobie o jej agresywnym charakterze i historycznych grzechach, co przekłada się na odmawianie Moskwie prawa do własnych stref wpływu (chociażby na Ukrainie i generalnie obszarze postsowieckim), sankcje (najbardziej dotkliwe w kontekście Nord Stream 2) czy wzmacnianie wschodniej flanki NATO wraz ze szczególnie irytującą Kreml amerykańską obecnością w Polsce. To, że Putin w swym przemówieniu oprócz podkreślenia rosyjskich ofiar i przypomnienia, że Słowianie byli następni w kolejce do eksterminacji, zaproponował również spotkanie stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, by wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem różnych konfliktów, nie jest dziełem przypadku. To oferta: zaakceptujcie nas takimi, jakimi jesteśmy, podżyrujcie znów naszą historyczną narrację i siądźcie do „konstruktywnych” rozmów. A Polska i jej historyczne „prawdy”? A ch..j z Polską i jej „prawdami”...

Cel trzeci, to rosyjski rynek wewnętrzny. Mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” jest obecnie dla rosyjskiego społeczeństwa jedynym ideowym zwornikiem „państwowotwórczym” i podstawą do myślenia o sobie jako imperium – bo skoro kosztem milionowych ofiar i wyrzeczeń pokonaliśmy Hitlera, to mocarstwowy status, włącznie z wpływami w ościennych krajach „bliskiej zagranicy” nam się należy. Wielka, sprawiedliwa wojna jest jedynym pozytywnym elementem spajającym Rosjan i determinującym postrzeganie samych siebie, jako tych „dobrych” wyzwolicieli. Gdy ten mit runie, z całej rosyjskiej historii zostaje tylko naga, barbarzyńska przemoc – tak wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Stąd alergiczne reakcje na wszelkie próby podważenia tej ugruntowanej od czasów sowieckich zbiorowej, historycznej pamięci. I, naturalną koleją rzeczy, Rosjanie od swoich przywódców wymagają aktywnej obrony własnej wersji historii – powtórzę, jedynego powodu do odczuwania narodowej dumy. To oczekiwanie zbiegające się z politycznym zapotrzebowaniem Kremla stało się szczególnie palące w kontekście wspomnianych tu nadchodzących rocznic. „Strana ogromnaja” powstała i pokonała faszyzm, zatem nie możemy pozwolić, by ktokolwiek – czy to wyzwoleni przez nas „niewdzięcznicy” czy wraży „zapad” - „pluł nam do kaszy”. Można wręcz powiedzieć, że za pomocą „wojny ojczyźnianej” Rosjanie przeprowadzają na sobie permanentną psychoterapię z rozlicznych traum i jej obrona jest jedną z podstaw legitymizacji władzy. Warto pamiętać, że epoka Jelcyna jest w Rosji znienawidzona nie tylko ze względu na rozpad ZSRR, chaos i biedę – lecz również dlatego, że wiecznie pijany car pozwalał, by Zachód Rosję „upokarzał” i „poniewierał”. A tego w Rosji się nie wybacza.

No i wreszcie, cel czwarty – czyli „rozpoznanie bojem”. Putin wyprowadzając atak i to właśnie w takiej, skrajnie agresywnej formie, przetestował na ile może sobie pozwolić. I to nie tylko w relacjach z Polską, lecz również z krajami Zachodu. Nas, z oczywistych względów, najbardziej interesowała próba „wmontowania” Polski w holocaust (co było również zgłoszeniem przez Rosję akcesu do żydowsko-niemieckiej polityki historycznej) oraz (tu z kolei mamy wniesione przez Putina aportem novum) rozpętanie wojny i to po stronie Hitlera. Trzeba jednak odnotować, że ze strony rosyjskiej poszły także inne sygnały – przypomnienie układu z Monachium, to wszak prztyczek w nos Zachodu i polityki appeasementu, z kolei Stanom Zjednoczonym rosyjska dyplomacja wypomniała w twitterowej pyskówce futrowanie Hitlera kredytami i umożliwienie mu przejęcia, a następnie ugruntowania władzy. Natomiast już podczas Światowego Forum Holocaustu Putin zahaczył Litwę i Ukrainę, mówiąc o „pomocnikach nazistów”, którzy w okrucieństwie „przewyższali swoich panów”. Charakterystyczne przy tym, że oszczędził innych pomocników, takich jak Węgry i Rumunia. Krótko mówiąc, przesłanie Putina brzmi: „zostawcie nas w spokoju, bo przypomnimy, że i wy macie sporo za uszami”. I taka zagrywka mogła nawet być skuteczna, bo podczas wojny praktycznie wszyscy poza Polską w mniejszym lub większym stopniu się ześwinili.


III. Zwiędły Fiutin

No dobrze, ale czy Putin zarysowane tu cele osiągnął? Co najwyżej połowicznie i doraźnie. Impreza w Jerozolimie wprawdzie się udała, lecz demonstracyjna absencja Andrzeja Dudy pozbawiła Putina okazji do kolejnego uderzenia w Polskę i zmusiła do wygłoszenia złagodzonego wariantu przemówienia. A o tym, że atak był przygotowany może świadczyć film o „antysemityzmie” z kadrami przedstawiającymi spalenie w 2015 r. we Wrocławiu „kukły żyda”, przebitkami z Marszu Niepodległości, czy kłamliwa mapka niemieckich podbojów z zafałszowanymi granicami we wschodniej Europie. Co więcej, nieobecność polskiego prezydenta została zauważona i odnotowana. Z pewnością Putin zaprocentował na opisanym wyżej „rynku wewnętrznym” wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu krajowej opinii publicznej. Ale tutaj lista sukcesów się kończy. Putin nie zyskał najważniejszego – akceptacji świata zachodniego dla lansowanej przez siebie wersji historii. Najprościej rzecz ujmując, przegiął. Zachodnie media w większości przyjęły jego próbę pomniejszenia paktu Ribbentrop-Mołotow z niesmakiem, podobnie jak dyplomacja, zwłaszcza USA. Co więcej, wskutek wywijania przez Putina historyczną kłonicą chyba nigdy wcześniej nie mówiono o sowiecko-nazistowskim sojuszu tak wiele i w tak negatywnym tonie. Propozycja odbudowy pojałtańskiego „porządku moralnego”, tudzież propozycja rozmów „wielkiej piątki” Rady Bezpieczeństwa ONZ została pominięta milczeniem. Po prostu, świat może robić sobie z Rosją interesy, ale wyzbył się co do niej złudzeń.

To dla Putina bardzo zła wiadomość mogąca w jakiejś perspektywie czasowej wręcz zachwiać jego władzą, która i tak od jakiegoś już czasu więdnie. Jego popularność systematycznie spada. Po imperialnej euforii, jaka nastąpiła wskutek aneksji Krymu, nie zostało śladu. Rosjanie coraz boleśniej odczuwają sankcje i spadający poziom życia. Co gorsza, Putin zaczyna się jawić jako polityk nieskuteczny na arenie międzynarodowej, a to Rosjan, wyczulonych na punkcie imperialnego prestiżu, coraz bardziej uwiera. Odwieczna zasada sprawowania rządów w Rosji jest bowiem taka, że naród wybaczy wiele, ale jednego nie daruje – słabości. Rosja musi być mocarstwem, bo inna zwyczajnie być nie potrafi, zaś car jest od tego, by ów status gwarantować – jeśli nie spełnia tego warunku, traci cały autorytet, bo imperializm jest od zarania jedynym sensem funkcjonowania rosyjskiej państwowości.

A na tym polu ostatnio Putinowi idzie jak po grudzie. Ukraina – wcześniej w znacznej mierze prorosyjska – znienawidziła Rosję i by przywrócić ją na łono „matuszki” potrzeba by regularnej wojny i podboju. W Donbasie Rosja ugrzęzła i sytuacja jest w stanie permanentnego zawieszenia. Na Białorusi Łukaszenka coraz ostrzej się stawia i ani myśli „integrować się” pod dyktando Kremla. Nawet sztandarowa inwestycja, czyli Nord Stream2 wskutek amerykańskich sankcji utknęła na ostatniej prostej. W Polsce i krajach nadbałtyckich stacjonują wojska NATO. Słowem, kruszą się dwa filary władzy Putina – względna stabilizacja materialna oparta na zyskach z surowców i sukcesy w odbudowie sowieckiego imperium. Mści się wieloletni modus operandi – wbrew rozpowszechnionemu mitowi o finezji rosyjskiej polityki zagranicznej, Putin zamiast skalpela o wiele częściej używa siekiery. Wypłynął na wojnie w Czeczenii i bezwzględnym ludobójstwie, potem była wojna w Gruzji, agresja na Ukrainę, w międzyczasie ostentacyjne skrytobójstwa popełniane na terytoriach innych państw... Przyzwyczajony latami do bezkarności, szczególnie po „resecie” Obamy, czego widomym znakiem była obojętność świata na tragedię smoleńską (i, dodajmy, ówczesnych polskich władz – pamiętamy „żółwiki” z Tuskiem), uznał, że tak już będzie zawsze. A tu nagle coś się zacięło – oparta na przemocy polityka zabuksowała w miejscu. I w Rosji to widzą.

A co robi rosyjska władza w obliczu problemów? Wywołuje „małą zwycięską wojenkę” - w tym wypadku propagandową. Ale znów – zamiast skalpela, Putin użył siekiery i przeszarżował. Skala kłamstwa, śmieciowa jakość ogłaszanych jako „rewelacje” dokumentów mających uwiarygadniać rosyjskie manipulacje sprawiły, że świat najpierw przetarł z niedowierzaniem oczy, a potem jednoznacznie orzekł kompromitację rosyjskiego przywódcy. Dla nas to znakomita nowina, już dawno nie mieliśmy takiej okazji do przebicia się z własną historyczną narracją – i coraz więcej wskazuje, że wreszcie uczymy się grać w te klocki, bo nasza reakcja na oszczerstwa i pułapkę, jaką zastawiono w Jerozolimie na prezydenta Dudę, była modelowa. Trzeba za wszelką cenę podtrzymać tę passę – a, jak wspomniałem, rocznicowych okazji w tym roku nie zabraknie. Natomiast Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 02 (luty 2020)

Historyczny rynek pamięci

By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę.

I. Giełda narracji

Jak wykazała niedawna chryja rozpoczęta antypolskimi filipikami Putina i zwieńczona sporem o udział i prawo głosu dla prezydenta Andrzeja Dudy podczas Światowego Forum Holocaustu, nasze akcje na światowej giełdzie polityk i narracji historycznych wciąż stoją słabo. Owszem, jest nieco lepiej niż przed 2015 rokiem, ale wciąż wysoce niezadowalająco – tym bardziej, że nawet obecna władza przeplata zrywy „wstawania z kolan” sromotnymi rejteradami, czego symbolem pozostanie upokarzające wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN. Rejterada ta została chwilowo osłodzona wspólną deklaracją historyczną premierów Morawieckiego i Netanjahu, negocjowaną pod troskliwym okiem Mossadu w jego wiedeńskiej placówce – ale tylko po to, by już kilka miesięcy później zostać spektakularnie wysadzona przez „Bibi” Netanjahu w powietrze podczas niesławnego „szczytu bliskowschodniego” za sprawą wypowiedzi izraelskiego premiera insynuującej nasz współudział w holocauście. I tak ta ciuciubabka trwa od lat: gdzieś tam pojawia się określenie „polskie obozy śmierci”, nasza ambasada protestuje i prostuje (chociaż tyle, bo wcześniej polska dyplomacja przeżarta wychowankami „korporacji Geremka” nie była w stanie zdobyć się nawet na takie, symboliczne reakcje), by zaraz szkalująca Polskę fraza pojawiła się w innym miejscu – i cała zabawa zaczyna się od nowa. Tyle dobrego, że polskie placówki dyplomatyczne przestały przynajmniej urządzać seanse samobiczowania w rodzaju pokazów „Pokłosia”, w czym celował m.in. Ryszard Schnepf za swej ambasadorskiej kadencji w USA.

Symbolem naszej pozycji jest wspomniane Światowe Forum Holocaustu organizowane przez żydowsko-rosyjskiego oligarchę Wiaczesława Mosze Kantora, szefa Europejskiego Kongresu Żydowskiego (i członka władz szeregu innych organizacji żydowskich), który przekształcił tę instytucję w narzędzie rosyjskiej polityki zagranicznej. Impreza odbędzie się w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz i ewidentnie została skrojona pod kątem obecności Putina, który najprawdopodobniej w swym przemówieniu zgłosi akces do izraelsko-niemieckiej polityki historycznej. Jej osią jest akcentowanie polskiej „współodpowiedzialności” za holocaust - tym bardziej godnej potępienia, że wg tej narracji Polska do tej pory ze swego rzekomego współsprawstwa się „nie rozliczyła” (w przeciwieństwie do Niemiec, których „rozliczenie” uznano za modelowe, w związku z czym mogą dziś z powodzeniem w oczach świata uchodzić za „moralne imperium” i zbijać na tym swój polityczny kapitał w ramach budowania tzw. soft power). Wianem wniesionym aportem przez Putina do tej polityki będzie dodatkowy element – obarczenie Polski współwiną za rozpętanie II wojny światowej, co jak można mniemać, zostanie ciepło przyjęte przez pozostałych uczestników wydarzenia.

Wszyscy mają na tym swój interes do ugrania – Izrael i środowiska żydowskie chcą wydusić z nas odszkodowania za mienie bezdziedziczne, Niemcy pragną podzielić się winą za zbrodnie, Rosja przykryć rosnącą świadomość paktu Ribbentrop-Mołotow i swojego sojuszu z Hitlerem przed czerwcem 1941 r., natomiast alianci zachodni - wyprzeć własne tchórzostwo, politykę appeasementu i układ z Monachium (czego nie omieszkał wytknąć Putin w swych niedawnych wystąpieniach, co było jednoznacznym przesłaniem - „siedźcie cicho, bo też macie swoje za uszami”), kolaborację (casus Francji) oraz celową obojętność wobec zagłady Żydów, no i wreszcie – zdradę polskiego sojusznika, którego wcześniej z absolutnym cynizmem wystawili Hitlerowi na pożarcie swymi kłamliwymi „gwarancjami”.

Nic więc dziwnego, że dla polskiego prezydenta przewidziano rolę biernego obserwatora bez prawa zabrania głosu. Zbyt wiele jest tu do zyskania, by dopuszczać jakikolwiek dysonans w jednolitym przekazie, jaki ma popłynąć w świat.


II. Polska odpowiedź

Polska odpowiedź, póki co, może mieć wymiar jedynie lokalny, z pewnością zaś nie tak słyszalny, jak jerozolimska hucpa. Pocieszające, że PiS wreszcie zdaje się otrząsać z bezkrytycznego filosemityzmu, który do pewnego momentu kazał jego elitom prowadzić utopijną politykę zakładającą dobrą wolę strony izraelsko-żydowskiej i traktować oczernianie Polski jako „nieporozumienia”, które da się „wyjaśnić” poprzez intensyfikację „dialogu” - byle tylko nie zrażać do siebie naszego „strategicznego sojusznika” jakimiś niewczesnymi krokami, bo, cytując klasyka, „to niedobra jest”. To nastawienie na szczęście zdaje się odchodzić w przeszłość, do czego walnie przyczyniły się same środowiska żydowskie, które z właściwą sobie butą potraktowały naszą spolegliwość jako oznakę słabości, dając coraz bezczelniej upust swym aroganckim uroszczeniom – tak historycznym, jak i materialnym. W tej sytuacji nie pomogłoby nawet stu Jonny Danielsów, pragnących „dobrym słowem” doprowadzić nas tam, gdzie „Bibi” do spółki z nowojorskimi Żydami chcą nas zawlec metodą poniewierania i brutalnych nacisków. Nawiasem, patrząc na zawrotną karierę Jonny Danielsa, któremu udało się obłaskawić nawet ojca Rydzyka, przyjęta przez niego metoda na „dobrego Żyda” była o wiele skuteczniejsza, a przez to bardziej niebezpieczna – i całe szczęście, że Netanjahu wraz z amerykańskim „holocaust industry” swą ostentacyjną wrzaskliwością i pogardą mimowolnie pokrzyżowali mu szyki.

W każdym razie łuski spadają z oczu, a odmowa prezydenta Dudy asystowania w festiwalu oszczerstw jest świadectwem nowego podejścia do wzajemnych relacji – wreszcie zdobywamy się na minimum asertywności, czego wcześniej próżno było szukać. Trzeba dodać, że pierwszą jaskółką było zbojkotowanie ubiegłorocznego szczytu Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie przez premiera Morawieckiego po wypowiedzi min. Israela Katza o „wysysaniu antysemityzmu z mlekiem matki” przez Polaków, wskutek czego szczyt nie doszedł do skutku.

Na tym jednak nie można poprzestać. Zaplanowane na 27 stycznia polskie obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz powinny wybrzmieć szeregiem mocnych akcentów, adekwatnych do tego, co zostanie wygłoszone w Jerozolimie. Tak się szczęśliwie składa, że Światowe Forum Holocaustu odbędzie się kilka dni wcześniej (23 stycznia), będzie więc czas by przygotować odpowiedź. Ideałem byłoby w ramach przyjętej w relacjach międzynarodowych symetrii niedopuszczenie do głosu ambasadora Izraela, ale obawiam się, że na taką demonstrację strona polska się nie odważy.

Apogeum tegorocznej batalii o historyczną pamięć powinno jednak nastąpić 14 czerwca – w 80. rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz. To zawstydzające, że do tej pory upamiętnianie tego wydarzenia musiało odbywać się głównie siłami społecznymi (m.in. Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich), oddolnie – bez należytego wsparcia państwowego, do tego przy nader niechętnej postawie władz Muzeum Auschwitz-Birkenau. W minionych latach przy okazji obchodów media donosiły o bulwersujących utrudnieniach dotyczących odśpiewania hymnu, wnoszenia flag narodowych na drzewcach czy możliwości odprawienia Mszy Św. pod Ścianą Straceń, o czym alarmowała chociażby była więźniarka Auschwitz Barbara Wojnarowska. Za tegoroczne obchody powinny wziąć odpowiedzialność władze państwowe, a na miejscu muszą pojawić się czołowi przedstawiciele polskiego państwa z premierem i prezydentem na czele – wszystko wsparte odpowiednią kampanią medialną. To jedyna w swoim rodzaju okazja, by przypomnieć, że Auschwitz był obozem stworzonym dla Polaków i to oni byli jego pierwszymi więźniami i ofiarami. Bez takich przedsięwzięć nie przełamiemy historycznego monopolu środowisk żydowskich usiłujących zawłaszczyć to miejsce na wyłączność.


III. Potrzeba doktryny

To wszystko jednak działania reaktywne i doraźne. By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę. Jaka powinna to być doktryna i od czego zacząć – o tym za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (17-23.01.2020)

Otworzyć się na Białoruś

Dziś większość handlu morskiego Białorusi zapewniają porty Litwy i Łotwy, co nawiasem mówiąc nie podoba się Rosji, naciskającej by ta przerzuciła się na porty w Obwodzie Kaliningradzkim. Dlaczego i my nie moglibyśmy wejść tu do gry?

Sytuacja pomiędzy Rosją a Białorusią o której wspominałem w ubiegłotygodniowym felietonie wciąż daleka jest od unormowania. Przypomnijmy, że poszło m.in. o ropę – Białoruś domaga się preferencyjnych stawek, co Rosja uzależnia od dalszej integracji obu państw. Na to z kolei nie zamierza zgodzić się Łukaszenka, bowiem przekształcenie ZBiR-u w państwo związkowe oznaczałoby koniec białoruskiej niepodległości i szybką utratę władzy przez obecnego dyktatora z Mińska. Kolejną kością niezgody jest kwestia opłat tranzytowych – tu z kolei Białoruś żąda znaczących podwyżek taryf, odbijając tym samym rosyjskie naciski na podwyższenie cen ropy. Piłka zatem pozostaje w grze – teoretycznie terminem, jaki oba kraje dały sobie na ustalenie warunków finansowych dalszej współpracy jest 15 stycznia, ale w momencie gdy piszę te słowa, raczej się nie zanosi na jego dotrzymanie. Co więcej, Łukaszenka ma tu za sobą przygniatającą większość społeczeństwa. Białorusini bynajmniej nie marzą o powrocie w ramiona Moskwy – zależy im wprawdzie na sojuszu z Rosją i otwartych granicach, ale z zachowaniem suwerenności. Za państwem związkowym opowiada się jedynie 15,6 proc., zaś za wejściem w skład Federacji Rosyjskiej tylko 1,4 proc. Białorusinów.

Łukaszenka dysponuje więc mocną społeczną bazą dla swej rozgrywki z Moskwą i sprawnie balansuje na linie, a w ramach osłabiania rosyjskiej presji wysyła sygnały również w naszym kierunku. Już we wrześniu ubiegłego roku stwierdził, iż najkorzystniejszym alternatywnym źródłem dostaw byłoby sprowadzanie ropy z Gdańska. Natomiast niespełna miesiąc temu tamtejsze Ministerstwo Transportu i Komunikacji zaproponowało stronie polskiej wspólną inwestycję w port rzeczny na Bugu i połączenie go z istniejącą infrastrukturą kolejową, co usprawniłoby wymianę handlową między naszymi krajami.

I w tym miejscu zaczynają się schody – czyli chwiejna i niejednoznaczna postawa władz Polski. Z jednej strony dostrzegamy szansę na pewne zbliżenie i częściowe przeciągnięcie Mińska nieco na zachód, z drugiej jednak wciąż tkwimy w okowach ideologicznego dogmatyzmu. Dobrą ilustracją powyższego jest wypowiedź wiceministra spraw zagranicznych Pawła Jabłońskiego dla „Sygnałów Dnia” radiowej „jedynki”. Stwierdził on mianowicie, że wprawdzie „jesteśmy gotowi do tego, żeby przyciągać Białoruś do orbity państw zachodnich”, ale „nie można legitymizować reżimu Łukaszenki”, a tak w ogóle, to wszystko musi się rozstrzygnąć na poziomie polityki wschodniej Unii Europejskiej. Innymi słowy – „i chciałabym, i boję się”. Ręce opadają.

Generalnie, od samego początku prowadziliśmy wobec Białorusi kretyńską wręcz politykę, kreując się na jakiegoś samozwańczego dywersanta, tudzież inspiratora potencjalnych „demokratycznych przemian” w tym kraju. Przemian których, dodajmy, białoruskie społeczeństwo w swej masie sobie zwyczajnie nie życzy, doceniając „małą stabilizację” zafundowaną mu przez „baćkę” po burzliwym okresie rozpadu Związku Radzieckiego. Obecnie, nawet gdyby przeprowadzono tam w pełni demokratyczne, wolne wybory, to Łukaszenka wygrałby je w cuglach, bez konieczności uciekania się do fałszerstw. My zaś, kompletnie od czapy, a to usiłowaliśmy wspierać garstkę dysydentów z Mińska bez żadnego społecznego poparcia, to znów – co zakrawa wręcz na zbrodnię – próbowaliśmy używać w charakterze zakładników naszej urojeniowej polityki polską mniejszość, podbechtując ją do skazanych na niepowodzenie antyrządowych wystąpień. Na szczęście ten etap mamy już chyba za sobą, ale wciąż nie przyswoiliśmy sobie podstawowej lekcji – należy budować relacje z taką Białorusią, jaka realnie jest, bo innej w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie.

A właśnie nadarza się okazja jak rzadko, bowiem coraz bardziej osaczany przez Rosję Łukaszenka jak powietrza potrzebuje gospodarczych alternatyw – a jeżeli cokolwiek może przynajmniej częściowo zdywersyfikować politykę Mińska, to są to właśnie pieniądze. Szansą o której mówię jest rozpoczęta właśnie budowa przekopu Mierzei Wiślanej mająca m.in. ożywić port w Elblągu – o czym zresztą pisałem już ponad dwa i pół roku temu w felietonie „Przekopać się do Łukaszenki”. Dlaczego nie mielibyśmy „podzielić się” tą strategiczną inwestycją z Białorusią, wydzierżawiając jej (nie za darmo przecież) w elbląskim porcie terminal? Dziś większość handlu morskiego Białorusi zapewniają porty Litwy i Łotwy, co nawiasem mówiąc nie podoba się Rosji, naciskającej by ta przerzuciła się na porty w Obwodzie Kaliningradzkim. Dlaczego i my nie moglibyśmy wejść tu do gry? Dla wzmocnienia powiązań można by dorzucić ofertę wspólnego wybudowania porządnej trasy szybkiego ruchu i połączenia kolejowego – a że strona białoruska mogłaby być zainteresowana świadczy chociażby wspomniana wyżej oferta portu na Bugu. Jeżeli naprawdę myślimy o wyłuskaniu kiedyś Białorusi z rosyjskiej strefy wpływów, to zacząć należy właśnie od takich kroków - a mrzonki o „demokratyzacji” tamtejszej satrapii trzeba odłożyć na później.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 03 (17-23.01.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Pod-Grzybki 193

Męska decyzja. Prezydent Andrzej Duda zrezygnował z uczestnictwa w jerozolimskim Światowym Forum Holocaustu, po tym jak odmówiono mu prawa wygłoszenia przemówienia. Ze strony „totalnych” oczywiście podniósł się jazgot, że to błąd i pomniejszanie znaczenia Polski, a „nieobecni nie mają głosu” (to ostatnie ogłosiła Hanna Gronkiewicz-Waltz). Jasne, nie mam wątpliwości, że taki Komorowski pognałby w te pędy wysłuchiwać, jak to byliśmy współsprawcami II wojny światowej i holocaustu. A HG-W jeszcze dorzuciłaby kilka warszawskich kamienic na dokładkę.


*

Swoją drogą, już teraz widać, że to całe Forum będzie niezłą hucpą. Spójrzmy, kto będzie przemawiał: Frank-Walter Steinmeier - czyli prezydent państwa odpowiedzialnego za Holocaust; Emmanuel Macron - czyli prezydent państwa kolaborującego z III Rzeszą, którego żandarmi wyręczali Niemców w wyłapywaniu Żydów i które własnym sumptem i własnymi państwowymi kolejami wysyłało ich do gazu; Władimir Putin – czyli prezydent państwa futrującego Hitlera surowcami i współodpowiedzialnego za rozpętanie II wojny światowej; do tego przedstawiciele USA i Wielkiej Brytanii – czyli państw, które przez całą wojnę nie chciały słyszeć o Zagładzie i nie godziły się na przyjęcie żydowskich uchodźców, czego ponurym symbolem stała się historia statku „St. Louis” zawróconego od amerykańskich i kanadyjskich wybrzeży. Co wśród tych szumowin miałby robić polski prezydent?


*

Jonny Daniels ujawnił, że głównym sponsorem tej hucpy jest rosyjsko-żydowski oligarcha Wiaczesław Mosze Kantor – prominentny członek wielu międzynarodowych żydowskich organizacji. No to teraz wszystko jasne – kto płaci, ten wymaga. Jest jednak w tym wszystkim jeden plus: przynajmniej ten potępieńczy sabat nie odbędzie się na polskiej ziemi. Jest nadzieja, że w tym roku obchody w Auschwitz odbędą się wreszcie w godny sposób i padnie tam kilka słów prawdy – oczywiście, pod warunkiem, że wcześniej zaknebluje się izraelskiego ambasadora.


*

Tu niewesoła refleksja. Podczas wojny ześwinili się niemal wszyscy, z Żydami włącznie - oprócz Polski, która od początku do końca walczyła po słusznej stronie i jak mogła starała się ratować swych żydowskich obywateli. I w zasadzie niemal każda ze świń na tej wojnie coś zyskała – Żydzi nawet własne państwo, zbudowane przez dezerterów z armii Andersa. Tylko nas puszczono na przemiał, a teraz jeszcze wdeptuje się propagandowo w ziemię. Czyli klasyka – kto ma miękkie serce, musi mieć twardą d... Może na przyszłość nie warto być aż tak dobrym i robić za frajera, którego każdy kopie w zadek?


*

Fiutinowi puściły nerwy i postanowił obsmarować Polskę, obarczając nas odpowiedzialnością za II WŚ i holocaust. I tutaj nakłada się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, najwyraźniej w stanie pomroczności jasnej obejrzał „Jak rozpętałem II Wojnę Światową” i pomyślał, że to film dokumentalny (bo czarno-biały). Po drugie, jak to w nerwach bywa, Fiutin niechcący zrobił nam przysługę, bo przypomniał całemu światu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Do tej pory świadomość tego układu poza naszym regionem była zerowa, teraz usłyszał o nim również Zachód – brawo, dziękujemy, towarzyszu Fiutin i prosimy o jeszcze. Po trzecie, Fiutin postanowił się wpisać w żydowsko-niemiecką politykę historyczną, najwyraźniej obiecując sobie, że dzięki temu „wypucuje się” z różnych zaszłości i zbuduje nowe nici porozumienia ze strategicznymi partnerami. No i po czwarte – skąd nagle na salonach zbliżonych do „Wyborczej” takie oburzenie? Przecież Fiutin idealnie wpisał się w tzw. „nową szkołę historii Holocaustu” - w warstwie „merytorycznej” nie powiedział niczego, czego nie mówiliby luminarze pokroju Grossa, Grabowskiego, Stoli czy Engelking. Czerscy wraz z muzeum „Polin” powinni wręcz ufundować Fiutinowi jakiś medal za rozpropagowanie na cały świat swojego przekazu.


*

Po internetach hulają fragmenty zapisków Donalda Tuska z wiekopomnego dzieła „Szczerze”, utrzymane w stylu: „mój kochany pamiętniczku, wprawdzie to o czym piszę zdarzy się dopiero za rok, ale notuję już teraz, żeby nie zapomnieć: z Kijowskiego nic nie będzie, Petru się zbłaźni lecąc na Maderę, a Lewandowski wbije pięć bramek Wolfsburgowi. Poza tym lubię oglądać sobie reprodukcje obrazów, popijać winko i słuchać klasycznej muzy z mojego smartfona, gaworząc nieśpiesznie z Junckerem (o ile akurat jest prawie trzeźwy) i Timmermansem. Czuję się wtedy tak europejsko, że aż się nie mogę samemu sobie nadziwić, do czego to człowiek w życiu doszedł trzymając się szczodrej piersi mutter Angeli. Klękam przed sobą w oczarowaniu i ślę sobie wyrazy. A wy zazdrośćcie, nieudacznicy, bo teraz jestem dużym misiem, który zostawił za sobą ten cały polski syf i folklor. Zaraz lecę na jakiś szczyt do Tokio. Nara, frajerzy!”.


*

Poważniejąc – te całe wypociny są jednym wielkim odreagowywaniem kompleksów przez jakiegoś parweniusza z zadupia, który zachłysnął się wielkim światem i za wszelką cenę pragnie udowodnić, że jest prawdziwym „europejczykiem”. Wszystko na poziomie przemyśleń infantylnej, pretensjonalnej pensjonarki. Zimno się robi na myśl, że ktoś taki znów mógłby rządzić Polską. Jeśli porównać to z takimi pamiętnikami Churchilla... Chociaż, zważywszy na upadek literackiej nagrody Nobla, może i Tusk kiedyś ją dostanie? Musi tylko zmienić ghostwritera.


*

W Australii płoną lasy, w związku z czym Maja Ostaszewska zainicjowała akcję... pisania listów do premiera Morawieckiego. Bo wyngiel i CO2. Czyli już wiadomo – pożary na drugim końcu świata to też wina PiS i nieprzystąpienia przez Polskę do unijnych „celów klimatycznych”. Gdybyśmy tylko zadeklarowali „neutralność klimatyczną” do 2050 r., to natychmiast w Australii zrobiłoby się chłodniej i lasy przestałyby płonąć. Piękny przykład lewackiego „myślenia magicznego” - które, przypomnę, jest cechą ludów prymitywnych, wyznających najczęściej religie animistyczne. Pani Maja powinna czym prędzej polecieć na antypody - wśród takich Aborygenów jej przesłanie miałoby wzięcie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (10-16.01.2020)

Putinowi puszczają nerwy

Cały tradycyjny obszar surowcowych wpływów Rosji w naszym regionie wymyka jej się z rąk – a że dla Kremla surowce to nie tylko źródło zysków, lecz również narzędzie polityczne służące umacnianiu hegemonii względem „bliskiej zagranicy”, to nic dziwnego, że musi narastać tam frustracja.

Władimir Putin nie ma ostatnio dobrej passy. Przede wszystkim, zadziałały amerykańskie sankcje wymierzone w budowę gazociągu Nord Stream 2, co jest skutkiem przyjętej 20 grudnia 2019 r. amerykańskiej ustawy o budżecie obronnym do której wpisane zostały restrykcje wobec firm biorących udział w rosyjsko-niemieckim projekcie. Obejmują one m.in. zablokowanie możliwości robienia interesów z USA, zamrożenie amerykańskich aktywów firm oraz cofnięcie wiz dla ich przedstawicieli. W efekcie, wizja rosyjskich gazowych kleszczy zaczyna się kruszyć. Na ostatniej prostej z budowy Nord Stream wycofała się kładąca rurociąg szwajcarska firma Allseas i nie widać chętnych do przejęcia jej kontraktu – a zostało raptem 160 kilometrów. Już teraz wiadomo, że opóźni to realizację inwestycji co najmniej o rok i wydatnie zwiększy koszta - a prawdopodobne jest, że zwłoka potrwa nawet dłużej. W obecnej sytuacji bowiem Rosja będzie musiała dokończyć budowę samodzielnie – i tutaj ma dwa wyjścia: albo zaprojektuje i wybuduje własny statek, co wiąże się z minimum sześcioletnim opóźnieniem (jak twierdzą specjaliści, w przypadku takiej jednostki potrzeba 4 lat na zaprojektowanie i 2 lat na budowę), albo użyje należącego do Gazpromu statku „Akademik Czerkieskij”. Problem w tym, że obecnie przebywa on na drugim końcu Rosji – w okolicach Władywostoku, a poza tym nigdy nie był wykorzystywany do takich celów i nie wiadomo czy się sprawdzi.

Niepewny los Nord Stream 2 pociągnął za sobą konieczność pójścia na ustępstwa wobec Ukrainy – 30 grudnia podpisano pięcioletni kontrakt gazowy zobowiązujący Gazprom do przesyłania przez Ukrainę 65 mld. m3 gazu przez pierwszy rok i 40 mld. m3 w kolejnych latach – i to w formule „ship or pay”, wg której Gazprom ma uiszczać na rzecz Naftohazu opłatę tranzytową za pełen kontraktowy wolumen dostaw, niezależnie od tego, ile rzeczywiście dostarczy surowca. Oznacza to wprawdzie, że przez Ukrainę popłynie o połowę mniej gazu niż dotychczas, ale z drugiej strony Ukraina przynajmniej przez najbliższych kilka lat utrzyma status istotnego państwa tranzytowego wraz z towarzyszącymi temu zyskami, czego Rosja za wszelką cenę chciała uniknąć, licząc na możliwość energetycznego szantażu wobec Kijowa.

Jakby tego było mało, wraz z początkiem 2020 r. Łotwa, Estonia i Finlandia powołały do życia jednolity transgraniczny rynek gazu, ujednolicający zasady przesyłu i dający wzajemny dostęp do infrastruktury, co ma ułatwić dywersyfikację i bezpieczeństwo dostaw. Kluczowym elementem jest tu gazociąg Balticconnector wraz z 77 kilometrowym podmorskim odcinkiem łączącym Estonię z Finlandią. Inicjatywa ta jest częścią szerszego projektu bałtyckiego rynku gazu oraz integracji z rynkiem Unii Europejskiej – w kolejce czeka jeszcze Litwa i przewidziany na 2021 r. interkonektor łączący państwa bałtyckie z Polską.

No i wreszcie, sprawa Białorusi. Grudniowy szczyt Putin - Łukaszenka w Soczi zakończył się fiskiem. Putin nalegał na dalszą polityczno-instytucjonalną integrację obu państw (w tym ujednolicenie systemów podatkowych oraz wprowadzenie wspólnej waluty) i budowę państwa związkowego, co w praktyce oznaczałoby aneksję Białorusi przez Rosję. Dla Łukaszenki z oczywistych względów było to nie do przyjęcia, naciskał natomiast na obniżenie cen rosyjskich surowców – ropy i gazu – do poziomu jaki obowiązuje dla sąsiadującego z Białorusią obwodu smoleńskiego, co z kolei Putin uzależniał od powołania odpowiednich organów międzypaństwowych. Opisane korowody spełzły się na niczym, a ponieważ z końcem grudnia 2019 wygasła umowa o dostawach ropy na Białoruś, 1 stycznia Rosja wstrzymała przesył. Łukaszenka jednak się nie ugiął i odpowiedział groźbą importowania ropy z Litwy i Łotwy - zarówno drogą kolejową, jak i poprzez „przerewersowanie” w tym celu rurociągu „Przyjaźń”, co zagroziłoby eksportowi rosyjskiej ropy na Zachód. Wskutek tych manewrów Rosja zgrzytając zębami po kilku dniach przywróciła dostawy.

Słowem, cały tradycyjny obszar surowcowych wpływów Rosji w naszym regionie wymyka jej się z rąk – a że dla Kremla surowce to nie tylko źródło zysków, lecz również narzędzie polityczne służące umacnianiu hegemonii względem „bliskiej zagranicy”, to nic dziwnego, że musi narastać tam frustracja. Tylko tak można zinterpretować kompletnie nieprzytomny, antypolski wybuch Putina – co ciekawe, podczas szczytu państw WNP. Komuś tu puszczają nerwy... Nawet jeśli był to „wybuch kontrolowany” i obliczony na jakiś dyplomatyczny efekt (np. w relacjach z Izraelem, pomyślany jako akces do polakożerczej polityki historycznej), to nie ulega wątpliwości, że stoją za nim autentyczne emocje, podsycone dodatkowo stacjonowaniem amerykańskich wojsk w naszym kraju. Moskwa za swe regionalne niepowodzenia tradycyjnie zwykła obwiniać polskie knowania (chciałoby się, byśmy byli aż tak wpływowi), a że Putin nie mógł otwartym tekstem przyznać o co mu chodzi, więc jako temat zastępczy wybrał pole historyczne, by nieco odreagować – i tyle jego...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (10-16.01.2020)

sobota, 31 marca 2018

Pod-Grzybki 127

W Rosji odbyły się tradycyjne wybory na Putina, które wygrał Putin. A gdy obecnemu Putinowi skończy się resurs, to kupią nowego - dostępnego w każdym sklepie z Putinami.


*

Tymczasem w Wlk. Brytanii zapadł na zdrowiu wraz ze swoją córką podwójny agent Siergiej Skripal. Przyczyną ma być zatrucie bojowym specyfikiem o nazwie „nowiczok”, do którego doszło w centrum handlowym. Według agencji TASS, Skripal myśląc, że to dezodorant, sam przez nieuwagę opryskał się gazem nabytym chwilę wcześniej w lokalnym sklepie z nowiczokami.


*

Niedługo potem w Londynie znaleziono ciało Nikołaja Głuszkowa, bliskiego współpracownika Borisa Bieriezowskiego. Patolog ustalił, iż denat zmarł wskutek „ucisku na szyję”. Agencja TASS podała, iż taki „ucisk” można zakupić w każdym angielskim sklepie z tymi...no... uciskarkami do szyi...


*

...wróć! Rosyjscy śledczy po energicznym śledztwie ustalili ponad wszelką wątpliwość, że Głuszkow chciał odkręcić słoik z ogórkami, lecz przez roztargnienie chwycił się za gardło – tak pechowo, że dostał skurczu dłoni, wskutek czego nie mogąc oderwać ręki od szyi, koniec końców się udusił. Na ten trop naprowadziła śledczych opinia brytyjskiego patologa, który ocenił, że ucisk nastąpił przy użyciu „ręki i kawałka tkaniny” - a przecież wiadomo, że słoiki najlepiej odkręca się przez szmatkę. TASS podaje, że takie szmatki są do nabycia w każdym sklepie ze szmatkami.


*

Sąd Najwyższy w ramach pozostawiania po sobie wdzięcznej pamięci przywrócił do wykonywania zawodu sędziego, który zwinął w sklepie element wiertarki. Biedak, wziął oczywiście ten drobiazg przez „roztargnienie” - podobnie jak ten sędzia od 50 zł. Martwię się o naszych sędziów – takie roztargnienie może być śmiertelnie niebezpieczne. Aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli wezmą się za odkręcanie słoików.


*

Prof. Michał Bilewicz, którego aktywność nie raz już zdarzyło mi się omawiać na tych łamach, otrzymał właśnie od Narodowego Centrum Nauki blisko 2 mln. zł. na badania nad „epidemicznym modelem mowy pogardy”. W ramach projektu zapowiedział podłączanie do prądu mózgów różnych delikwentów, by sprawdzić prawidłowość reakcji na nienawistne bodźce. To i tak postęp – kiedyś podłączano akumulator do genitaliów „zaplutych karłów reakcji”, potem tylko zamykano ich w psychuszkach, a dziś humanitarny doktor Frankenstein politycznej poprawności poprzestanie na EEG, by zdemaskować zakamarki mózgów, w których ukrywają się demony polskiego nacjonalizmu. A potem szybka lobotomia – i następny proszę!


*

Tak nawiasem – w XIX w. wraz z rozprzestrzenianiem się darwinistycznych teorii rasowych, modne były rozmaite pomiary czaszek mające określić „wartość” poszczególnych nacji. Co więcej, parali się tym uznani naukowcy z uniwersyteckich katedr – całkiem jak dziś prof. Bilewicz. Różnica jest jedynie taka, że tamci poruszali się głównie w kręgu nauk przyrodniczych, a prof. Bilewicz przekłada tamtą szarlatanerię na pole społecznej inżynierii.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 07 (28.03-17.04.2018)

wtorek, 1 maja 2012

Rosja zaatakuje Gruzję w tym roku?

Czy USA wraz z Izraelem odpuszczą poparcie dla Saakaszwilego w zamian za rosyjskie „zielone światło” dla prewencyjnego ataku na Iran?

I. Militarne wzmożenie

Od jakiegoś czasu na Kaukazie daje się zauważyć „militarne wzmożenie” sił rosyjskich. Bazy w Abchazji i Osetii Południowej pozostają w stanie podwyższonej gotowości już od grudnia 2011 roku. Na dniach Rosja wyśle (albo już wysłała) do Abchazji „1500 rekrutów przechodzących obecnie szkolenie w Republice Adygei oraz 400 młodszych specjalistów w tym m.in. kierowców, techników, czołgistów (w tym separatystycznym regionie Gruzji FR dyslokowała czołgi T-90A) oraz m.in. obsługę rakietowych niszczycieli czołgów Sturm-S i wyrzutni rakiet GRAD.” (cyt. za politykawschodnia.pl) Dostawy ludzi i sprzętu na Kaukaz trwają zresztą od kilku miesięcy, ze szczególnym uwzględnieniem bazy 102 położonej na terenie Armenii, do której Gruzja blokuje drogę lądową, zostawiając Rosji jedynie korytarz powietrzny. Jednocześnie prowadzona jest ewakuacja rodzin personelu wojskowego z rejonu Kaukazu i morza Kaspijskiego (więcej – TUTAJ).

Wszystko to zbiega się z gruntowną modernizacją rosyjskiej armii, która prowadzona jest systematycznie od wojny gruzińskiej w 2008 roku i obejmuje wszystkie rodzaje sił zbrojnych. Dość powiedzieć, że obecnie Federacja Rosyjska wydaje 3,9% PKB na cele zbrojeniowe, zaś inwestycje w nowoczesny sprzęt połączone są z gruntowną reorganizacją – od ogólnej struktury dowodzenia po poszczególne jednostki. Warto też zwrócić uwagę na bliską współpracę z Berlinem przy tym modernizacyjnym projekcie. W ciągu 10 lat planowane jest przeznaczenie na armię 767 mld USD, zaś już w 2016 roku 70% wyposażenia stanowić będzie nowoczesne uzbrojenie.

Swoistą wisienką na torcie było niedawne mianowanie (27.04) na dowódcę Wojsk Lądowych FR generała Władimira Czirkina Walentinowicza – wojskowego z wieloletnim doświadczeniem na Zakaukaziu, Dalekim Wschodzie i Kaukazie Północnym.

Nie wygląda mi to na rutynowe przygotowania do corocznych manewrów typu „Kaukaz”.

II. Mała, zwycięska wojenka

Sytuacja jest tym poważniejsza, że na włosku wisi wojna z Iranem. Należy przypuszczać, że jeśli Izrael i USA zdecydują się uderzyć na Teheran, Rosja może to wykorzystać do ataku na Gruzję. Być może już nawet został zawarty deal: „my dajemy wam zielone światło do ataku na Iran i zniszczenia tamtejszych instalacji jądrowych, wy zaś pozwolicie nam zaprowadzić porządki na Kaukazie – zwłaszcza w Gruzji”. Innymi słowy, może być tak, że Stany Zjednoczone wraz z Izraelem po cichu obiecały Rosji odpuścić poparcie dla gruzińskiego sojusznika i rządów Saakaszwilego, by rozwiązać sobie ręce w kwestii irańskiej. Geopolityka nie zna sentymentów.

Zresztą, kto wie, czy Rosja nie zdecyduje się zaatakować Gruzji nawet bez irańskiej awantury. Rządy Putina zawsze charakteryzowała skłonność do „małych, zwycięskich wojenek” podnoszących prestiż władzy. Na polityczne szczyty wspiął się dzięki rozpętaniu tzw. drugiej wojny czeczeńskiej, wywołanej po zbrodniczych prowokacjach FSB – wysadzeniu bloków w Bujnaksku, Moskwie i Wołgodońsku – za co odpowiedzialnością obarczono „czeczeńskich terrorystów”. Nie inaczej było w 2008 roku, kiedy to dzięki umiejętnym prowokacjom wywołał gruzińską „wojnę pięciodniową”. Teraz zaś Putin potrzebuje mocnego imperialnego akcentu na początek drugiej rundy swej prezydentury, nakręcenia koniunktury w przemyśle zbrojeniowym oraz propagandowego uzasadnienia gigantycznych wydatków w tym sektorze.

Poza wszystkim, Rosja nigdy nie przestała traktować Kaukazu jako integralnej części swego terytorium, chwilowo tylko odłączonej na skutek rozpadu Związku Sowieckiego. Walor strategiczny tej części świata nie maleje, ba – wręcz wzrasta ze względu na rolę wydobywczo-tranzytową surowców (gaz, ropa), oraz na bliskość punktów zapalnych z Afganistanem i Iranem na czele.

III. Znów wojna w cieniu sportowej imprezy?

Jest jeszcze jeden aspekt sytuacji, który każe przypuszczać, że uderzenie na Gruzję nastąpi w tym roku. Otóż, podobnie jak cztery lata temu, w 2012 roku mamy dwie wielkie imprezy sportowe, które skupią na sobie uwagę świata: Euro2012 w Polsce i na Ukrainie (08.06-01.07), oraz Olimpiadę w Londynie (27.07-12.08). Można przewidywać, że tak jak w 2008 roku, kiedy to Rosja zaatakowała Gruzję podczas igrzysk w Pekinie, tak i teraz uderzy w którymś z tych dwóch terminów. Podobnie jak wtedy świat będzie się ekscytował sportowymi zmaganiami i nie będzie zbyt wiele miejsca na poświęcenie uwagi kaukaskiej wojnie, która w innych warunkach stałaby się tematem numer jeden dla przekaziorów. Media nie charakteryzują się podzielnością uwagi: jest temat wiodący i cała reszta. Druga wojna gruzińska stanie się częścią owej „reszty”.

IV. Europa bez Lecha Kaczyńskiego

Rosja może być również spokojna o kwestie reakcji innych graczy na arenie międzynarodowej. Od momentu uśmiercenia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie ma w naszym regionie polityka, który zdecydowałby się na zorganizowanie wyprawy do Tbilisi. Przypomnijmy, że wbrew tym, którzy pomniejszają rolę Lecha Kaczyńskiego w tamtych dniach, to właśnie jego brawurowa eskapada na czele pozostałych liderów państw regionu zmusiła do działania Europę Zachodnią wraz z Nicolasem Sarkozym i Francją, która sprawowała wówczas europrezydencję. Bez Lecha Kaczyńskiego Zachód nie kiwnąłby w obronie Gruzji palcem w bucie.

Dziś Lecha Kaczyńskiego nie ma. Obecni polscy Mężykowie Stanu na wieść o rosyjskiej agresji zamkną się w szafie. Zresztą, Polska nie posiada już w Europie Środkowo-Wschodniej tego prestiżu, którego resztki próbował ocalić i zagospodarować śp Prezydent w 2008 roku. Gdyby nawet któremuś z przywódców państw naszego regionu (choćby Victorowi Orbanowi) przyszło do głowy powtórzyć polityczny manewr sprzed czterech lat, to widok zmasakrowanego tupolewa na Siewiernym i postawa Polski wobec Rosji w związku ze smoleńską hekatombą, będą wystarczającymi przesłankami, aby podobny projekt porzucić.

Podsumowując, na odcinku dawnej „bliskiej zagranicy” Rosja ma również sprzyjającą koniunkturę. Nie będzie nikogo, kto mógłby stanąć w Tbilisi u boku Saakaszwilego i powiedzieć: „Ten kraj to Rosja, która uważa, że dawne czasy upadłego niecałe dwadzieścia lat temu imperium wracają, że znów dominacja będzie cechą tego regionu. Nie będzie! (…) . Świetnie wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę.”

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

środa, 7 marca 2012

W służbie Władimira-Katechona


...czyli nowo-stara polityczna miłość konserwatystów od Wielomskiego.


I. Wysyp „katechonów”

Jakiś czas temu panowie z Konserwatyzm.PRL poznali za sprawą swego naczelnego ideologa, prof. Adama Wielomskiego, nowe słówko - katechon" (z gr. „ten, który powstrzymuje"), a ponieważ brzmi ono strasznie konserwatywnie, godnie i uczenie, to jak łatwo się domyślić, zaczęła się jazda na zadawanie szyku za pomocą owego „katechona”. Przypuszczalnie uznano, iż użycie tego pojęcia gwarantuje wywołanie u czytelników wrażenia przepastnej głębi myśli autora. Posmakujmy zatem i my. Uwaga - rozprowadzamy dyskretnie sylaby na językach i szepczemy w cichym upojeniu: „ka-te-chon”. Prawda, że czujemy się od razu lepsi, bardziej dystyngowani, zaś mniemanie o naszej erudycji i ogólna samoocena podniosła się na nowe, niedostępne do tej pory poziomy?

I o to właśnie chodzi. O ten intelektualny sznyt i polor, który tnie blaskomiotnym ostrzem po oczach czytelniczej gawiedzi, która tym samym czuje się wyróżniona i dowartościowana, że też już wie i rozumie, co to takiego ów „katechon” - i to zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Ba, co bardziej wnikliwy ma szansę nawet poznać tajniki gramatyczne, bo to, panie kochany, raz się pisze „tego katechonu”, innym zaś razem „tego katechona” w zależności, czy termin donosimy do czegoś, czy do kogoś.

W każdym razie, na Konserwatyzm.PRL zaroiło się od „katechonów” - istny wysyp, opędzić się nie sposób. Kto tam już nie był obwoływany katechonem! I Tusk, i Leszek Miller, i Benedykt XVI, i Jaruzelski, i Kaddafi... Ostatnio zaś „katechonem” mianowano Władimira Władimirowicza Putina - a to za sprawą wygranych przezeń wyborów prezydenckich. Redakcja Konserwatyzm.PRL nie omieszkała wystosować przy tej okazji listu-adresu gratulacyjnego do ambasady sowiec... to jest, rosyjskiej, utrzymanego raczej w duchu pamiętnego „przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”, niż oświadczenia obywateli suwerennego państwa.

II. „Przy Tobie, Najjaśniejszy Katechonie...”

Chciałbym widzieć jak podwładni ober-czekisty w ambasadzie duszą się ze śmiechu nad tą epistołą, przekazując sobie to kuriozum między wódką a kawiorem, zwłaszcza że rzecz napisana jest oczywiście z tym nieznośnym, groteskowym zadęciem, charakterystycznym dla pióra Adama Wielomskiego, kiedy to ów mąż uczony pragnie dodać sobie dostojeństwa, a swym kolaboranckim ciągotom - godnościowego splendoru.

Zaczyna się mocno:

W imieniu Polskiej prawicy (wytł. moje - GG) pragniemy złożyć panu Prezydentowi Władimirowi Putinowi szczere gratulacje z okazji ponownego wyboru na stanowisko Prezydenta Rosji.”

I dalej:

„Jakkolwiek na hałaśliwej i zrewoltowanej duchowo polskiej tzw. prawicy nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale prezydent Rosji jest obecnie jedynym znaczącym politykiem, który może powstrzymać ofensywę społeczno-politycznego demoliberalizmu, homopropagandy i sodomii.”

Zatem wiemy już, że „polska prawica”, to pan ober-monarchista Wielomski z kolegami (w tym, jak się domyślam, z PAX-owskim weteranem Engelgardem), zaś godnego siebie partnera upatrują w nad-czekiście Władimirze Władimirowiczu, który jak się zdaje, zaskarbił sobie ich względy pałowaniem pedziów na ulicach.

Wobec takich zasług w obronie chrześcijańskiego światopoglądu naturalnym jest, że należy taktownie usunąć w zapomnienie „wysadzenie Rosji” i ofiary z Bujnakska, Moskwy, Wołgodońska, które utorowały drogę do rozpętania na nowo ludobójstwa w Czeczenii, zaś samemu „katechonowi” otworzyły wrota Kremla. Furda mordowani opozycjoniści, dziennikarze, urzędnicy państwowi, furda czekistowska „krysza” rozpostarta nad skorumpowanym systemem polityczno-gospodarczym, furda odbudowywanie sowieckiej strefy wpływów spychające konsekwentnie Polskę do roli rynku zbytu dla Gazpromu, furda Smoleńsk... Długo by wymieniać, czego to uczony profesor Wielomski z kolegami nie mogą dostrzegać, by móc z czystym sumieniem wyrażać podziw dla rozmachu działań rosyjskiego „katechona” o mentalności czekistowskiego bandziora z naganem. Mało łby im nie poodpadają od odwracania wzroku w coraz to inną stronę.

III. Lojalizm po „wielomsku”

Doprawdy nie pojmuję, jakież to emocjonalne potrzeby drzemiące na dnie duszy pan Wielomski zaspokaja obskakując a to różnych kacyków, a to krwawych pogrobowców Dzierżyńskiego, w rodzaju „katechona” Putina, bo że z realizmem politycznym nie ma to nic wspólnego, widać gołym okiem. Rosja, jako mocarstwo bandyckie, z bandycką władzą, nie uznaje partnerskich stosunków, dopóki nie zostanie do nich zmuszona siłą i żadne rojenia tego nie zmienią. „Realizm” Wielomskiego polega na tym, że Polska ma spolegliwością zaskarbiać sobie rosyjską wdzięczność. Ile to jest warte, pokazały ostatnie negocjacje gazowe, za które będziemy jeszcze długo płacić - więcej, niż kraje zachodniej Europy, czy ustępliwość Polski w kwestii katastrofy smoleńskiej. Ale tu akurat Wielomski mógłby się ścigać z TVN i „GW” w odsądzaniu od czci i wiary „maniaków od Smoleńska”.

Spójrzmy jeszcze na ten fragment kremlowskiego adresu redakcji Konserwatyzm. PRL:

„Mamy nadzieje, że nowa kadencja przyczyni się do wspólnej pracy na rzecz poprawy i umocnienia stosunków rosyjsko-polskich i rozwoju konstruktywnej, rzeczowej współpracy w najróżniejszych sprawach w tym również pozytywnego rozwiązania kwestii historycznych.”

Co za żałosne pitu-pitu. „Katechon” Jaruzel w tym duchu pewnie zwracał się do Breżniewa. Nie ma to jak głęboka internalizacja sprawdzonych wzorców...

Może to patologiczna potrzeba służalstwa, takie charakterologiczne lizusostwo, któremu imponuje naga siła władzy w miejsce demoliberalnego rozmamłania? Nie wiem, ale mam graniczące z pewnością przekonanie, że jeśli tylko objawiłby się u nas jakikolwiek silnoręki co to potrafi dobrze przyp...ć, szczególnie taki z „prawicową” nawijką, to pan Wielomski nie pozwoliłby nikomu wyprzedzić się w intelektualnych łamańcach usprawiedliwiających „realizmem”, „konserwatyzmem” i czym tam jeszcze swych karesów wobec nowego „katechona”. A gdy ten „katechon” jemu też spuści manto, to profesor Wielomski obetrze krwawe smarki i poprosi o jeszcze. To jak z PAX-owcami: Jaruzel posłał ich do diabła, gdy tylko przestali być potrzebni, a ci wciąż tęsknie wzdychają do tego sowieckiego manekina w polskim mundurze, bo tak pięknie dokopał znienawidzonym przez nich „solidaruchom”. Ot, taka masochistyczna potrzeba „lojalizmu”.

Swojego czasu prof. Jacek Bartyzel scharakteryzował Wielomskiego jako „politycznego ateistę”, dla którego „jedyną 'prawdą polityczną', w jaką naprawdę wierzy jest lojalne stanie przy każdym bydlaku u władzy, dzierżącym grubą pałę w ręku. Oczywiście tylko do czasu, gdy „zbuntowana tłuszcza” wytrąci mu tę pałę i poderżnie gardło, po czym wyłoni z siebie nowego bydlaka, którego „realistycznie” znów trzeba będzie poprzeć.”

Trudno się nie zgodzić.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

czwartek, 27 stycznia 2011

Samiec alfa, android czy psychopata?


Portret psychologiczny premiera rządu Federacji Rosyjskiej Władimira Władimirowicza Putina.



I. Wyszkolony psychopata.


Swojego czasu, podczas burzy wywołanej przez Wiki Leaks, światowe mediodajnie podały, że amerykańscy dyplomaci ochrzcili Putina mianem „samca alfa”. Według mnie, popełnili błąd, uważam bowiem Putina nie tyle za samca alfa, beta czy jaką tam tam literkę greckiego alfabetu mu przypiszemy, ile za sprytnego psychopatę, zręcznie maskującego swe skłonności.


Psychopatę, jak wiadomo, cechuje zanik uczuć wyższych: brak empatii, wyrzutów sumienia i skłonność do traktowania innych jako obiektów manipulacji. Putin jednakże jest psychopatą, który przeszedł specjalistyczne szkolenie, tak by w zależności od kontekstu, symulować odpowiednie ludzkie odruchy.


II. Drapieżna ryba.


Przypomnijmy sobie sytuację, kiedy to na spotkaniu Putina z Angelą Merkel „spontanicznie” wbiegł ogromny pies. Władimir Władimirowicz doskonale wiedział o kynofobii pani Merkel. To nie było normalne, nawet jeśli chodziło tylko o „zmiękczenie” partnera w negocjacjach. Putin wyraźnie miał frajdę. Sycił się strachem niemieckiej kanclerz. Podobne sadystyczne figle lubił płatać tow. Dżugaszwili „Koba” - „Stalin”.


Ale straszenie (łagodnym z natury) labradorem to pikuś, niewinna „szutka” w porównaniu z innymi wyczynami kremlowskiego gospodina. Wysadzenia bloków mieszkalnych po to, by rozpętać wojnę mającą wynieść towarzysza czekistę do władzy; ćwierć miliona ofiar permanentnego ludobójstwa w Czeczenii; szkolenie w ośrodkach FSB wahabitów, by wojna na Kaukazie nie wygasła i by mieć na zawołanie zamachowców mordujących Rosjan – oto rozmach godny przywódcy turańskiego mocarstwa. Owi wyhodowani pod Moskwą terroryści dziwnym trafem uaktywniają się wówczas, gdy samodzierżawie potrzebuje „wzmocnienia”, gdy zbliżają się kolejne wybory – i generalnie - gdy w cieniu społecznego strachu przed terroryzmem kaukaskich „czarnożopców” trzeba załatwić coś niecoś „nadzwyczajnymi” środkami. Wystarczy wyszkolić kadry (wszak „kadry decydują o wszystkim”), a te na miejscu zwerbują już odpowiednie „mięsko” z doprowadzonych do ostateczności Czeczenów. Potem już toczy się gładko: Dubrowka, Biesłan i tak dalej.


Z opisanych tu psychopatycznych skłonności Wodza doskonale zdają sobie sprawę podwładni z odpowiednich służb, którzy na urodziny (7 października 2006) podarowali mu trupa Anny Politkowskiej. Dla porównania, w Polsce na urodziny prezydenta Kwaśniewskiego robiono zrzutkę na obraz Kossaka. Putin nie musiał mordować Politkowskiej i innych dziennikarzy, podobnie jak nie musiał karmić polonem Litwinienki. Ich siła oddziaływania była znikoma, zarówno w Rosji jak i na świecie, gdyż tak Rosjanie jak i zachodnie elity polityczno-medialno-opiniotwórcze doskonale wiedzą czego nie chcą wiedzieć o Rosji i zbrodniach rządzącego nią reżimu. Wiedzieć, czego nie wiedzieć – oto sztuka, którą wytresowany świat w odniesieniu do Rosji opanował bezbłędnie.


Mimo to, Putin Politkowską zamordował. Podobnie jak wielu innych, nieszkodliwych dla reżimu krzykaczy, których gardłowanie „na puszczy” w żaden sposób nie mogło mu realnie zaszkodzić. Uczynił to niczym drapieżna ryba, zimnokrwisty zabójca. Bo mógł.


III. Putin a skala Voigta-Kampffa.


Philip K. Dick w powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” sfilmowanej jako „Blade runner” („Łowca androidów”) opisał proces badania, czy delikwent jest człowiekiem czy androidem. Z tego co pamiętam, procedura oparta na tzw. „skali Voigta-Kampffa” analizowała m.in. mimowolne skurcze mięśni ocznych, rozszerzenia naczyń włosowatych twarzy (rumieniec) w reakcji na przykłady okrucieństwa wobec żywych istot, przeważnie zwierząt – czyli podświadomą empatię. Test był skuteczny, dopóki na rynek nie trafiła odpowiednio zaawansowana linia replikantów – Nexus-6 - potrafiących naśladować ludzkie odruchy, a z czasem wykształcić u siebie również coś na kształt współodczuwania.


Gdyby przeprowadzić taki test na Putinie... nie byłbym pewien wyniku końcowego. Prawdopodobnie byłby niejednoznaczny, albowiem Władimir Władimirowicz, jak wspomniałem na wstępie, przeszedł specjalistyczne, KGBowskie szkolenie, czyniące z ordynarnego psychopaty, psychopatę wysublimowanego – Nexusa-6 w ludzkiej skórze, który gdy trzeba, nawet przytuli roztrzęsionego premiera priwislańskiego rządu, po to by już nigdy go z tego uścisku nie wypuścić.


IV. Rosyjska psychopatia – polska bezradność.


Putin jest tak psychopatyczny, jak psychopatyczny był system, który go nie tyle ukształtował, ile wykorzystał i rozwinął jego naturalne predyspozycje. Tak, jak psychopatyczna jest współczesna Rosja, która wprawdzie nigdy (co najmniej od czasów Iwana Groźnego) nie była od tego, ale Putin niewątpliwie odcisnął na jej rysie mentalnym swoje własne, indywidualne piętno. Trudno oczywiście orzec, czy Putin dorównuje Iwanowi Groźnemu bądź Stalinowi i tylko ma mniejsze możliwości działania, niezaprzeczalne jednak jest, że czekistowska mentalność w stanie czystym, wyrwawszy się spod „czapy” strupieszałej kompartii, wniosła aportem kolejne elementy (po Bizancjum, Mongołach i komunistach) do kultury politycznej Rosji.


***


Postać Władimira Putina i jego wpływ na współczesną Rosję aż się prosi o profesjonalną analizę (psychologiczną, charakterologiczną). Ale to wyzwanie jakoś nie kręci gwiazd nadwiślańskiej psychologii – medialnych pajaców z profesorskimi tytułami, mówiąc hasłowo – profesorów Czapińskich tego świata. „Profesorowie Czapińscy” wolą bezpiecznie wyżywać się na opozycyjnym polityku, łamiąc przy okazji zapisy „Kodeksu Etycznego Zawodu Psychologa” .


Co gorsza, najwyraźniej portretu psychologicznego przywódcy naszego Północnego Sąsiada nie dokonały na użytek wewnętrzny polskie służby. Albowiem zrobiliśmy się na tyle „europejscy” a nawet „światowi”, iż również wiemy, czego nie należy wiedzieć o putinowskiej Rosji. Efekty widać. Idę o zakład, że władze rosyjskie dysponują odpowiednimi charakterystykami naszych polityków, które lądują na właściwych biurkach. Na przykład: „Donald Tusk – słaby, histeryczny, zakompleksiony, z silną potrzebą uznania w oczach innych i głodem przywództwa – podsumowując: kieszonkowy führer, łatwy do rozegrania”.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 3 grudnia 2010

Pod-Grzybki (odc.2)


Zgodnie z zapowiedzią, kontynuuję co-jakiś-tam-czasową rubrykę. Oto kolejna porcja „Pod-Grzybków”:

Umiłowane Donaldu przymierza się do opylenia Lasów Państwowych za jakieś drobne 300 miliardów złociszy, żeby odwlec w czasie katastrofę finansów publicznych. Protestują leśnicy, ludzie zbierają podpisy... A mnie zastanawia jedno: gdzie podziewają się "ekolodzy", tak głośni onegdaj przy okazji Rospudy? Po drzewach nie łażą, gniazdek nie wiją, jaj nie odmrażają... - to jest, chciałem rzec - nie wysiadują... Niedobrze – znaczy, że na wiosnę nie będzie przychówku.

***

Nie mogę – muszę powrócić do poruszonej w poprzednich „Pod-Grzybkach” frapującej zagadki jaką stanowi dla mnie notoryczne udzielanie łamów "Rzepy" Obłąkanemu Waldemarowi. Okazało się, że to tylko tak, dla draki! Wkrótce po tekście Obłąkanego Waldemara o Jaruzelskim redaktor Lisicki wysmarował bowiem niby-to-jajcarski felietonik w którym nabijał się z czcigodnego nestora. Uczynił to jednak w sposób dość osobliwy, na bezpiecznym poziomie ogólności, nie wymieniając ani nazwiska Kuczyńskiego ani tytułu tekstu do którego się odnosi. Panie Lisicki, po pierwsze: satyra nie znosi asekuranctwa, a po drugie: ładnie to tak eksploatować niepoczytalnego staruszka? Wstydziłby się Pan, doprawdy...

***

Władimir Putin w słynnym artykule na łamach „Sueddeutsche Zeitung" zaproponował Europie w ramach „aliansu gospodarczego” m.in. ujednolicenie standardów technologicznych. To kto będzie zmieniał rozstaw torów? My czy oni?

***

Jak przystało na „otwartego katolika”, Jan Turnau na łamach „Wyborczej” deklaruje należytą odrazę do trącącej fałszem i religiancką zaściankowością Wigilii:

„Może już powinniśmy myśleć, jak wytrzymać Wigilię, by znieść z uśmiechem na ustach wszystkich bliskich, którzy nas nudzą albo i drażnią potwornie.”


W związku z powyższym, podrzucam Sewkowi Blumsztajnowi pomysł na kolejną kampanię: Wygwizdać moherową Wigilię z polskich domów! A gdyby gdzieś tam zaplątał się tzw. „Święty” Mikołaj, czy inne Dzieciątko Jezus, to bojówki Antify spuszczą tym katofaszystom należyty łomot.

***

Jak wiadomo, przed wizytą Dymitrija Miedwiediewa Gajowy Bronisław zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Nic dziwnego, jest się czego bać. Wyobrażam sobie, co może się dziać w głowie świeżo obdarowanego jarłykiem namiestnika przed wizytą Wielkiego Chana...

***

Przy okazji Gajowy Bronisław zagrzmiał, że „czas wyjść z grajdoła”. Gajowy na ten przykład z grajdoła wyszedł. I, jak wykazało moje śledztwo, razem z Jaruzelskim spieprzył do Budy (Ruskiej). Nie ma to jak odpowiedni ludzie we właściwym miejscu.

***

Jak podaje portal wPolityce.pl, spadkobiercy „Fali49” z ulicy Czerskiej postanowili piórem cyngla Czuchnowskiego dać odpór robiącemu furorę w Sieci filmowi „List z Polski”. Jak leciała ta maksyma Gandiego? "Najpierw cię ignorują, potem się z ciebie śmieją, potem z tobą walczą - i wtedy wygrywasz". Fakt, że „Fala49” miast rytualnego w takich wypadkach etapu obśmiewania (red. Orliński mógł się poczuć pominięty) wytoczyła od razu najcięższe działa, musi świadczyć o świadomości na jak kruchych podstawach umocowana jest rosyjsko-rządowa wersja, której tak zawzięcie kibicuje „Wyborcza”. Tu nie ma czasu na śmichy-chichy. Wątpliwości należy zdusić wedle sprawdzonych wzorców. Tak, towarzyszu Czuchnowski – z takimi następcami Wanda Odolska może spoczywać spokojnie.

***

A tak poza tym, to chyba wiem, co ugodziło „Falę49” najboleśniej. Otóż przyzwyczaili się chłopaki, że jak ktoś z zagranicy chce napisać czy nakręcić coś o Polsce, to pierwsze swe kroki kieruje na Mysią, to jest, na Czerską, gdzie rzeczywistość zostanie mu naświetlona pod odpowiednim kątem i we właściwym kontekście. A tu taka zniewaga. Nie dość, że Mariusz Pilis nie udał się po obowiązującą wykładnię, to jeszcze jedną z częściej cytowanych w filmie postaci jest naczelny „oszołomskiej” i „spiskomaniackiej” „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, zaś pierwsze strony numerów „GP” poświęconych smoleńskiej katastrofie zostały wyeksponowane odpowiednio do swej rangi. Miarą obrazy może być fakt, że o „GP” i Sakiewiczu redaktor Odolski..., to jest, Czuchnowski nie zająknął się w swym tekście ani razu.

***

Z „Naszego Dziennika”: Jego Wysokość Bronisław Komorowski odesłał administratora Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, ks. płk. Sławomira Żarskiego do „rezerwy kadrowej”. Za to, że ksiądz pułkownik wymienił w kazaniu kilka podstawowych patologii III RP, czym wedle Jego Wysokości ugodził w podstawy i sojusze („jak tak można - że Polska jest budowana na antywartościach” - Komorowski). Trochę to tak, jakby Zygmunt III Waza wylał ze swego dworu Piotra Skargę za wichrzycielstwo i negowanie ustrojowych pryncypiów Królestwa Polskiego.

***

Ksiądz Żarski winien pamiętać, że monarsze uszy są bardzo wrażliwe i nie można ich drażnić, nawet wymownym milczeniem. W swoim własnym, dobrze pojętym interesie powinien zmienić front i to szybko, gdyż Jego Wysokość Bronisław nie wykazuje się bynajmniej cierpliwością Zygmunta III. Już bardziej nasuwa się na myśl Henryk VIII i ta cała historia z Tomaszem Morusem. A najbardziej, że wracają czasy, kiedy to „u waadzy” byli w cenie „księża-patrioci”.

***

Profesor Tomasz Nałęcz pełniący obecnie zaszczytną funkcję Nadwornego Pochlebcy Jego Wysokości Bronisława Wspaniałego po stwierdzeniu, że na „ołtarzu sprawy” (czyli kilku łaskawych słów Putina) „powinniśmy złożyć każdą ofiarę dał ujście swemu uwielbieniu dla kremlowskiego samodzierżcy mówiąc, ze Putin jest „znakomitym politykiem i sportowcem" . Przyznam się, że chociaż mało co robi na mnie wrażenie, to tym razem dech mi zaparło. Takiego wiernopoddańczego tonu w głównonurtowym przekazie nie było chyba od czasów Breżniewa. To kiedy wpisujemy do Konstytucji przyjaźń z Federacją Rosyjską? Nie krępujcie się, chłopaki. Jak obciach to na całego.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl