Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzwyczajna kasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzwyczajna kasta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Ani kroku wstecz!

Rząd musi uświadomić sobie jedno – to próba sił. To jest walka o naszą elementarną suwerenność. A w takiej walce nie można robić ani jednego kroku wstecz.

I. Rozbetonować kastę

Prezydent Andrzej Duda pokazał charakter i wbrew wrzaskom „ulicy i zagranicy” podpisał tzw. ustawę dyscyplinującą. Brawo, uniknęliśmy zamieszania i polityczno-prawnych korowodów w stylu tych pamiętanych z 2017 r. po podwójnym wecie do ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym, co pokazuje, że prezydent potrafi uczyć się na błędach. O ile wtedy, przy pewnej dozie dobrej woli, weto można jeszcze było tłumaczyć chęcią deeskalacji konfliktu i wypracowania jakiegoś kompromisu ze środowiskami prawniczymi, o tyle obecnie podobne złudzenia należało stanowczo porzucić – i tak też się stało. Przebieg wydarzeń pokazał jasno, jak naiwna była wiara, że z prawniczym establishmentem można cokolwiek konstruktywnie wynegocjować. „Nadzwyczajna kasta” w międzyczasie zademonstrowała w sposób nie pozostawiający cienia wątpliwości, że nie chodzi jej o kształt reformy, lecz o to, by żadnych reform nie było. Sędziowie mieliby się po staremu sami powoływać, pozostawiając prezydentowi jedynie dekoracyjną rolę wręczającego nominacje, sami wybierać na stanowiska i sami przed sobą odpowiadać. Krótko mówiąc – stanowić państwo w państwie, uzurpując sobie na dodatek prerogatywy do recenzowania pozostałych władz i wkraczania w ich kompetencje, co uwidoczniła omawiana tutaj niedawno uchwała Sądu Najwyższego z 23 stycznia, w której „mułłowie w togach” urościli sobie prawo do decydowania, jacy sędziowie mogą orzekać, a jacy nie. Tyle dobrego, że rozwój wypadków zmusił sędziowski establishment do swoistej autodemaskacji – zrzucenia masek „apolityczności” i objawienia przed opinią publiczną swej rzeczywistej roli, jako głównego zwornika postokrągłostołowego systemu. Chyba dla wszystkich jest już jasne, że tak szeroki zakres autonomii przyznano sędziom właśnie dlatego, że wywodząca się wprost z komuny środowiskowa wierchuszka dawała gwarancję „długiego trwania” modelu „PRL-bis” wraz z bezkarnością i uprzywilejowaną pozycją różnych grup interesu – i to na przestrzeni międzypokoleniowej, poprzez odpowiednie kształtowanie młodego sędziowskiego narybku.

Ten system mógł sprawnie działać tylko pod jednym warunkiem – absolutnej szczelności. Na szczelność tę składały się nie tylko gwarancje prawno-ustrojowe, lecz także bezwzględna wewnętrzna presja wymuszająca konformizm i bezwarunkowe podporządkowanie środowiskowym „autorytetom”. I stąd właśnie wziął się obserwowany obecnie histeryczny opór przed jakimikolwiek zmianami – prowadzą bowiem one do rozbetonowania tego chorego układu i zburzenia zadekretowanej, wewnętrznej hierarchii. Dlatego też, pisząc o „nadzwyczajnej kaście” podkreślam, że chodzi o sędziowski establishment, wierchuszkę – bo to w jej partykularny interes uderzają wdrażane reformy, a nie w ogół sędziów, czy ich niezawisłość jako taką. Władza wykonawcza jak do tej pory nie będzie mogła ingerować w wyroki, a raz powołany sędzia pozostanie nieusuwalny – za wyjątkiem ściśle określonych sytuacji, kiedy to sprzeniewierzający się elementarnym standardom sędzia będzie odpowiadał przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego.


II. Uzurpatorzy w togach

Zresztą, z patologicznych cech dotychczasowego modelu zdawano sobie świetnie sprawę, o czym świadczy przytoczona przez Jana Rokitę niegdysiejsza wypowiedź prof. Rzeplińskiego (potwierdzona w innym wywiadzie przez samego zainteresowanego), że w sądownictwie nic się nie zmieni, dopóki sędziom nie odbierze się Krajowej Rady Sądownictwa. To właśnie dlatego rozpętano awanturę wokół ujawnienia list poparcia dla nowych członków KRS – chodziło o to, by publicznie napiętnować popierających i zmusić ich do „wycofania” swych podpisów. Prof. Matczak ukuł nawet na tę okazję specjalną „wykładnię” - taką mianowicie, że poparcie było rzekomo tylko takim „pełnomocnictwem”, które można w dowolnym momencie „wycofać”. Oczywiste prawne horrendum – w ten sposób nie można by przeprowadzić żadnych wyborów, bo każdy obywatel mógłby w każdej chwili „wycofać” swój podpis np. pod listą poparcia kandydata na prezydenta. Ale cóż, przedstawiciele „kasty” udowodnili już nie raz, że nie cofną się przed niczym. Znamienne są tu słowa sędzi Ireny Kamińskiej (autorki określenia „nadzwyczajna kasta ludzi”), która podczas konferencji zorganizowanej przez Fundację Batorego wyznała szczerze, iż „pragnie zemsty” na obecnej władzy (co równie szczerze potwierdziła prof. Monika Płatek). A jak tę „zemstę” osiągnąć? Ano, wystarczy odpowiednie rozwiązania sobie „wyinterpretować, nie naciągając tego zbytnio”. Jest to nic innego, jak eufemistyczne określenie prawotwórstwa, czyli wkroczenia w kompetencje władzy ustawodawczej. Innymi słowy – prawo ma obowiązywać maluczkich, natomiast dla „mułłów w togach” jest jedynie zbiorem luźnych sugestii, które można sobie naginać po uważaniu w imię własnych interesów. Jak to może wyglądać w praktyce pokazał wielokrotnie już tu wspominany bulwersujący przypadek prof. Wojciecha Popiołka, który otwartym tekstem zanegował ustrojowe fundamenty Rzeczypospolitej, twierdząc, iż „W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”.

Dla odmiany, odnotujmy wypowiedź sędzi Barbary Piwnik dla Polskiego Radia 24, której jako żywo trudno zarzucić „pisowskość” (była ministrem sprawiedliwości w rządzie Leszka Millera). W kontekście „ustawy dyscyplinującej” przypomniała ona uchwałę KRS z 19 lutego 2003 r. ustanawiającą „Zbiór zasad etyki zawodowej sędziów”. Co ciekawe, uchwała ta zniknęła z internetowych stron KRS – ale, że w internecie nic nie ginie, zacytujmy tu § 16, jak ulał pasujący do obecnej sędziowskiej rebelii: „Sędzia nie może żadnym swoim zachowaniem stwarzać nawet pozorów nierespektowania porządku prawnego”. Polecam ten punkt wszystkim „ajatollahom prawa”, uważającym, iż są władni „wyinterpretowywać” sobie wszystko według własnego widzimisię.


III. Ani kroku wstecz!

Opisanym tu próbom anarchizacji państwa ma położyć kres ustawa dyscyplinująca. Przed rządem jednak kolejne starcie – tym razem na poziomie europejskim. Zarówno „nadzwyczajna kasta”, jak i „totalna opozycja” nie ukrywają, w iście targowickim duchu, że liczą na unijne sankcje i orzeczenie TSUE mające na Polskę nałożyć karę dzienną nawet w wysokości 2 mln. euro, co jest efektem wniosku wniesionego przez Komisję Europejską o zastosowanie przeciw Polsce środków tymczasowych mających „zamrozić” funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej SN. Na porządku dziennym stoi również sprawa powiązania przyszłych funduszy unijnych z „przestrzeganiem praworządności”. Wszystko z inspiracji rodzimych „targowiczątek”, nie ukrywających nawet, że właśnie tą drogą mają zamiar – nie, wcale nie ocalić „praworządność”, tylko doprowadzić do obalenia legalnych, demokratycznie wybranych władz polskiego państwa. Taki sam cel przyświeca również unijnym władzom, dla których rząd PiS jest skrajnie niewygodny. Unijna kasta mandarynów ma do ugrania jeszcze jedno – stworzenie precedensu, na mocy którego przywłaszczyłaby sobie kompletnie pozatraktatowe kompetencje do mieszania się pod byle pozorem w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. TSUE z kolei liczy na „poszerzenie” prawem kaduka zakresu swojego orzecznictwa o arbitralne ustalanie porządku prawnego w krajach UE.

Rząd musi uświadomić sobie jedno – to próba sił. Tu nie pomogą żadne „wyjaśnienia”, bo po drugiej stronie nikt nie zamierza naszych tłumaczeń wysłuchiwać. Dlatego nie wolno się cofnąć – nie może powtórzyć się casus z wycinką Puszczy Białowieskiej, kiedy to ugięliśmy się pod zewnętrznym naciskiem, stwarzając nader niebezpieczny precedens. W skrajnej sytuacji (kara dzienna, sankcje) należy wręcz zagrozić, iż Polska w ramach retorsji zamrozi swoją składkę członkowską, przekierowując ją bezpośrednio na inwestycje, które miały być współfinansowane z unijnych funduszy. To jest walka o naszą elementarną suwerenność. A w takiej walce nie można robić ani jednego kroku wstecz.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (14-20.02.2020)

Sędziowska anarchia

Wzywam legalne władze Rzeczypospolitej, by położyły kres temu prawniczemu bezprawiu i anarchizacji kraju. Ten z gruntu antypaństwowy rokosz należy stłumić wszelkimi możliwymi sposobami.


I. Manifest „nadzwyczajnej kasty”

Furda prawo, furda Trybunał Konstytucyjny i trójpodział władz, furda Konstytucja – liczy się „najmojsza” racja „nadzwyczajnej kasty” i jej partykularny interes. Tak można najkrócej podsumować uchwałę Sądu Najwyższego, w której poprzebierani w „fartuszki” podopieczni pani przedszkolanki Małgorzaty Gersdorf ostentacyjnie postawili się ponad prawem. Przypomnijmy, że 23 stycznia 59 sędziów z połączonych składów Izb Cywilnej, Karnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego ogłosiło, iż... prawo obowiązuje wtedy, gdy im się tak podoba. Inaczej tego wewnętrznie sprzecznego kuriozum zinterpretować nie sposób. Czteropunktowy manifest sędziowskiej elity stanowi bowiem, co następuje: po pierwsze - w odniesieniu do Sądu Najwyższego „nienależyta obsada sądu” zachodzi wówczas, gdy w składzie orzekającym zasiada sędzia powołany przez „nową” KRS; po drugie – również w odniesieniu do sądów powszechnych i wojskowych „nienależyta obsada sądu” ma miejsce, gdy w składzie znajdzie się sędzia powołany przez obecną KRS, ale – uwaga – tylko wtedy, gdy „wadliwość procesu powoływania prowadzi, w konkretnych okolicznościach, do naruszenia standardu niezawisłości i bezstronności”; po trzecie – uchwała nie ma zastosowania do orzeczeń wydanych przed jej ogłoszeniem; i po czwarte – ale za to w przypadku Izby Dyscyplinarnej SN uchwała ma zastosowanie do orzeczeń bez względu na datę ich wydania.


II. Anarchizacja prawa

Jednym słowem, kompletny chaos. Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Najbardziej rygorystyczny jest punkt pierwszy, odnoszący się do samego Sądu Najwyższego. Tu przynajmniej nie ma wątpliwości – wg stanowiska SN sędzia powołany do tegoż Sądu Najwyższego na mocy znowelizowanych przepisów o Krajowej Radzie Sądownictwa nie może orzekać i koniec. Inna rzecz, że SN jest tu „sędzią we własnej sprawie”, co już samo przez się może budzić wątpliwości.

Ale już w kolejnym punkcie, odnoszącym się do „zwykłych” sądów (a więc tych, z którymi najczęściej mają kontakt przeciętni Polacy) robi się istny bajzel, bowiem w przypadku „nowych” sędziów należałoby każdorazowo badać, czy aby „wadliwość” ich powołania nie prowadzi „w konkretnych okolicznościach” „do naruszenia standardów niezawisłości i bezstronności”. Rozumieją Państwo coś z tego? Kto miałby o tym rozstrzygać? Jaki organ? Prezes danego sądu? Sąd Najwyższy? Sąd Ostateczny? Na mocy jakich przepisów i w jakim trybie? Proszę przy tym zwrócić uwagę, że chodzi o „konkretne okoliczności” - a zatem, w jednej sprawie dany sędzia mógłby orzekać, bo pomimo „wadliwości procesu powołania” nie stwierdzono by zagrożeń dla „standardów niezawisłości”, ale w innej sprawie, gdy takie „zagrożenia” by „stwierdzono” - już nie. Przecież to absurd, nie mówiąc już o tym, że jest to czysta uzurpacja – sędziowie SN stworzyli sobie kompletnie uznaniową pseudo-procedurę nie mającą odzwierciedlenia w żadnych obowiązujących przepisach, by wedle własnego widzimisię decydować, czy sędzia ma prawo do orzekania w konkretnych sprawach. Łatwo sobie wyobrazić ten chaos – do tej pory na mocy obecnych przepisów powołano już ponad 380 sędziów i asesorów. I co – kto i na jakiej podstawie ma decydować, czy dany sędzia może orzekać np. w sprawie o kradzież z włamaniem, ale już nie w sprawie o zabójstwo?

Żeby było jeszcze ciekawiej – uchwała SN nie dotyczy sądów administracyjnych. Więc jak to jest? Tych kilkunastu sędziów, których powołano na wniosek nowej KRS do sądów administracyjnych zostało powołanych „wadliwie”, czy „niewadliwie”? Mogą orzekać, czy nie? Czym ich status różni się od sędziów sądów cywilnych, karnych i wojskowych? Bo to są kompetencje Naczelnego Sądu Administracyjnego? A cóż to szkodzi – jak już iść na rympał w uzurpowaniu sobie prerogatyw, to na całego...

Lecz to dalece nie koniec. Jak czytamy w punkcie trzecim uchwały, jej postanowienia nie mają zastosowania do już wydanych wyroków. A to niby dlaczego? Bo prawo nie działa wstecz? Ale skoro sędziowie zostali powołani „wadliwie”, to znaczy, że ich wyroki nie były ważne od samego początku! A tych wyroków mogło się już nagromadzić, bagatela, kilkaset tysięcy. Więc co – do momentu wydania uchwały byli „ważni”, a teraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wróżki Gersdorf zrobili się nagle „wadliwie powołani” i „nieważni”? I dopiero od teraz należy sprawdzać, czy „w konkretnych okolicznościach” nie naruszą aby „standardów”? Wynikałoby z tego, iż są to sędziowie „pół-wadliwi” - raz tak, raz inaczej – w zależności od samopoczucia instancji oceniającej. Tyle że, jak nadmieniłem, dowcip w tym, że nie wiadomo, kto i jaki organ miałby być ową instancją... No dobrze, przyjmijmy, że w trybie nadzoru w zakresie orzekania byłby to Sąd Najwyższy – oznaczałoby to, że SN musiałby od dzisiaj zajmować się wyłącznie sprawami owych „pół-wadliwych” ponad 380 sędziów i na nic innego nie wystarczyłoby już mu mocy przerobowych.

No i wreszcie, kwestia Izby Dyscyplinarnej. Tutaj już wyroki są „nieważne” od samego początku – a zatem, w kontraście do opisanych wyżej prawnych konwulsji, mamy iście poruszającą jednoznaczność. Tylko znów, do kurki wodnej, dlaczego? Czym akurat Izba Dyscyplinarna zasłużyła sobie na tak surowe potraktowanie, a sądy powszechne już nie? Czym różnią się wydane dotąd orzeczenia jednego z 380 sędziów sądów powszechnych od tych wydanych przez Izbę Dyscyplinarną? Gdzie tu sens, gdzie logika i elementarna konsekwencja? Oczywiście, wiemy w czym rzecz – Izba Dyscyplinarna burzy poczucie bezpieczeństwa i bezkarności „nadzwyczajnej kasty”, więc należy ją „unieważnić” „po całości”. A z sędziami niższych instancji, powiada nam „kasta”, damy sobie radę punktowo, spacyfikujemy ich poczuciem niepewności co do prawomocności ich statusu. Niech no tylko który bryknie...


III. Sędziowska dyktatura

Podsumowując, mamy do czynienia z anarchizacją prawa. Stworzono oto ad hoc nie istniejącą dotąd w systemie sądowniczym nową kategorię – sędziów „półlegalnych”, teoretycznie zachowujących swój status (choć „wadliwy”), ale arbitralnie pozbawionych prawa do orzekania. Co to oznacza? Otóż Sąd Najwyższy powiedział nam: możemy pod pozorem „interpretacji” bawić się w prawotwórstwo, tworzyć takie prawo, jakie nam pasuje – a wy możecie nam skoczyć. Możemy wchodzić w kompetencje władzy ustawodawczej, wykonawczej, Trybunału Konstytucyjnego – a wy możecie nam skoczyć. Możemy podważać i nie stosować się do obowiązujących i prawidłowo uchwalonych ustaw – a wy możecie nam skoczyć. Możemy mieć gdzieś konstytucyjne prerogatywy prezydenta powołującego sędziów – a wy możecie nam skoczyć. Możemy to wszystko, bo jesteśmy nadzwyczajną kastą – mułłami w togach i ajatollahami prawa. Nie odpowiadamy przed nikim i niczym, a już zwłaszcza przed społeczeństwem i jego przedstawicielami - sami się wybieramy i powołujemy, bo to MY jesteśmy prawdziwym suwerenem i chrzanimy głęboko to, że Konstytucja mówi co innego.

Innymi słowy, Sąd Najwyższy poszedł za wezwaniem prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato, który podczas „marszu tysiąca tóg” powiedział: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. Tłumacząc na nasze: zamiast prawa będziemy kierowali się własnymi „objawieniami”, decydując co jest „praworządne”, a co nie. Tak podbechtany prawniczy establishment ogłosił zatem ni mniej, ni więcej, tylko zmianę ustroju z demokracji na sędziowską dyktaturę – sądokrację. To jest pucz – i to zrobiony pod ewidentnie polityczne zamówienie nie tylko „totalnej opozycji”, ale wprost zagranicy. Wzywam więc legalne władze Rzeczypospolitej, by położyły kres temu prawniczemu bezprawiu i anarchizacji kraju. Ten z gruntu antypaństwowy rokosz należy stłumić wszelkimi możliwymi sposobami. To nie jest już tylko gra o to, kto będzie rządził – to jest kwestia suwerenności państwa. Jeśli się cofniecie, jeśli zadrży wam ręka – naród i historia wam tego nie wybaczą.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (31.01-06.02.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Pod-Grzybki 192

i po Świętach. Pora wybudzić się ze stanu błogiej karpiozy i obezwładniającego aromatu mandarynek. Gdy piszę te słowa, jest wprawdzie jeszcze przede mną kusząca perspektywa sylwestrowych bąbelków, ale nie ma lekko – do roboty!


*

Ze świątecznych reminiscencji. Agorowy portal „Gazeta.pl” uznał za stosowne przypomnieć swoim lemingom, że – uwaga – post w Wigilię formalnie rzecz biorąc nie jest obowiązkowy. Rozumieją Państwo przesłanie? Generalnie to jesteśmy za weganizmem, ale w ten jeden, wyjątkowy dzień, żryjmy mięcho ile wlezie – na złość tej polskiej, kołtuńskiej, zaściankowej tradycji i na pohybel Kościołowi. Ot, bolszewicka dialektyka w działaniu.


*

Swoją drogą, miło wiedzieć, że na Czerskiej kultywują własne obrzędy. Otóż w starych, dobrych czasach, gdy w redakcji „Wyborczej” funkcjonowała jeszcze zakładowa stołówka dla pracowników (teraz już zlikwidowana w ramach cięć budżetowych, chlip, chlip), w dobrym tonie było zamawiać tam w piątki na obiad schabowego, natomiast o jajka na śniadanko proszono słowami: „poproszę dwa życia poczęte na miękko”. No i teraz zagwozdka – czy w czasach szalejącego ekologizmu tamtejsi funkcjonariusze dostają specjalną dyspensę na dni postne? Inaczej, jeszcze ktoś by ich pomylił z jakimiś katolami... Nic dziwnego, że tak nienawidzą tam Bożego Narodzenia – i na złość „moherom” wpychają w siebie „wigilijny pasztet”, wyjąc potępieńczo „Podmoskownyje wieczera”.


*

Sylwia Spurek w przedświątecznym wpisie: „Jak wiecie jestem / jesteśmy ateistami, ale okres poprzedzający Nowy Rok jest zawsze dla nas magiczny…”. Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Wychodzi na to, że „ateistka” wierzy w jakąś bliżej niesprecyzowaną „magię” mającą charakteryzować „okres poprzedzający Nowy Rok”. Co więc robi w tym czasie? Lata na miotle i tańczy wokół buzującego kotła na Łysej Górze? Potwierdza się stara prawda, że człowiek, który nie wierzy w Boga, gotów jest uwierzyć w cokolwiek.


*

Ach, no i oczywiście rozległ się coroczny płacz nad ciężką dolą „cierpiących” karpi. Może więc przypomnę, tak dla porządku – ryby należą do tzw. kręgowców niższych, nie mają kory mózgowej, samoświadomości i nie odczuwają cierpienia tak jak ssaki. A ja, klasycznie – jak co roku kupiłem na rynku karpika, w domu sprawiłem, wypatroszyłem, oskrobałem – i na patelnię! Pychota... A weganom-zawistnikom niech ślina cieknie aż na podłogę.


*

Refleksja z facebookowego profilu „Sebizm Osiedlowo-Radykalny” (polecam) o tym, co by się stało, gdyby w dzisiejszych czasach Jezus narodził się w stajence: „w naszych czasach zaraz by do stajenki zjechały urzędniczki z MOPS-u i Dzieciątko poszłoby do bidula. I jeszcze by świętej rodzinie założyli niebieską (NIEBIESKĄ!) kartę”. A ja dodam od siebie, że na koniec „niezawisły sąd” pozbawiłby Maryję i Józefa praw rodzicielskich. I byłoby po Świętej Rodzinie.


*

A skoro o sądach mowa. Wzruszył mnie apel sędziego Igora Tulei z wiecu w obronie „wolnych sądów”: „Gdyby nas kiedyś zabrakło, mówcie swoim dzieciom, że były kiedyś wolne sądy...”. No więc, może spróbuję. Na przykład tak: „Dawno, dawno temu, w latach świetności krainy zwanej Trzecią Erpe, były sobie wolne sądy. Naprawdę wolne – wręcz najwolniejsze w całej Europie, co było przedmiotem dumy wszystkich orzekających w nich sędziów, których zresztą w przeliczeniu na liczbę mieszkańców też było niemal najwięcej w Europie – zupełnie jak niegdyś szlachty. Sędziowie ci mówili o sobie, że są „niezawiśli” - i to również była prawda, bo żaden z nich nigdy nie zawisł. Sądy te orzekały jak chciały i nikt nie ważył się podnieść na nie ręki. Broniły do upadłego „ludzi honoru”, takich jak ojcowie polskiej demokracji – Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski. Wyrokowały, kto jest „wybitnym obywatelem” i jako taki winien się cieszyć specjalnymi względami, jak Prezydent Lech Wałęsa. Stwierdzały, iż krytykowanie Adama Michnika jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Reprywatyzowały kamienice na rzecz kuratorów z pełnomocnictwami wystawionymi przez 120-latków z Wysp Hula-Gula. Zaklepywały egzekucje komornicze na sąsiadach dłużników, bo dłużnik-bankrut niczego przecież nie miał, natomiast sąsiad owszem – a dług, rzecz święta, ktoś przecież musi go spłacić. Uwalniały ofiary prowokacji, które nieopatrznie, w roztargnieniu, przyjęły worek z jakimiś pieniędzmi, których nigdy wcześniej nie widziały na oczy – a skazywały niecnych prowokatorów. I jeśli nawet któremuś z sędziów przypadkiem zaplątał się do rąk 50-złotowy banknot na stacji benzynowej, albo pendrajwy do kieszeni, albo części do wiertarki, albo dżinsy w sklepie, albo pęto kiełbasy wlazło na stoisku mięsnym w markecie do rękawa – to koledzy solidarnie bronili takiego nieszczęśnika przed przykrościami. Nic więc dziwnego, że mówili o sobie, iż są „zupełnie nadzwyczajną kastą ludzi”. Owa nadzwyczajna kasta pieczołowicie wybierała sobie młody narybek, kształtując adeptów na swój obraz i podobieństwo – uzupełniając w ten sposób swe szeregi z pokolenia na pokolenie, często wręcz w ramach sędziowskich dynastii założonych jeszcze w heroicznych czasach walki o umacnianie demokracji ludowej, gdy protoplaści rodów pobierali swe nauki w sławnej Szkole Prawniczej im. Teodora Duracza, zwanej pieszczotliwie „duraczówką”. Nabór ten dał plon stukrotny w trudnych czasach stanu wojennego, gdy trzeba było wykazać się poczuciem uświadomionej, dziejowej konieczności – i temu wyzwaniu nadzwyczajna kasta sprostała na całej linii, co w naturalny sposób predestynowało ją do odgrywania poczesnej roli również w Trzeciej Erpe. Piękne to były czasy... I komu to przeszkadzało? Aż przyszedł Jarosław Kaczyński, istny potwór – wargi u niego były sine, kły długie, włos zmierzwiony, wzrok dziki, suknia plugawa – i zniewolił sądy, które od tej pory gorzko płaczą w okowach reżimu, wyglądając brukselskiej odsieczy”. Ech, aż sam się rozrzewniłem – jak myślicie, może sędzia Tuleya powinien przeczytać tę umoralniającą opowieść na kolejnej demonstracji?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (03-09.01.2020)

Totalna „kasta” - czyli sędziowska rebelia

Nadzwyczajna kasta” uznała się za suwerena, otwarcie negując porządek konstytucyjny - mamy więc do czynienia z rebelią „ajatollahów prawa”.

I. Konsekwencje kunktatorstwa

„To nie kryzys, to rezultat” - tak można najkrócej opisać kolejną odsłonę rokoszu „nadzwyczajnej kasty”, zainicjowaną wyrokiem Izby Pracy Sądu Najwyższego, która z wyroku TSUE oraz zasad prawa europejskiego tudzież aktualnej fazy Księżyca wyinterpretowała sobie, że obecna Krajowa Rada Sądownictwa nie daje wystarczającej rękojmi niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej, a Izba Dyscyplinarna tegoż Sądu Najwyższego nie jest sądem w rozumieniu prawa europejskiego i krajowego. Na powyższe nałożyło się odwołanie z Sądu Okręgowego w Olsztynie sędziego Pawła Juszczyszyna, który rozpatrując apelację w pospolitej sprawie cywilnej nagle „nabrał wątpliwości”, czy aby sędzia sądu niższej instancji (nominowany przez obecną KRS) został prawidłowo powołany i w związku z tym zażądał od Kancelarii Sejmu wydania list poparcia kandydatów do KRS. Krótko mówiąc, ewidentna polityczna prowokacja, mająca pod pozorem troski o „praworządność” ujawnić we własnych szeregach „odszczepieńców” popierających obecną KRS i poddać ich środowiskowej dintojrze. PiS odpowiedział błyskawicznie projektem ustawy dyscyplinującej „nadzwyczajną kastę” i mającej zapobiec rysującej się coraz wyraźniej anarchizacji wymiaru sprawiedliwości. No i się zaczęło – protesty, „wolne sądy”, świeczki i ogólnie - „OTUA”. Słowem, powtórka z gorącego lata 2017, kiedy to partia rządząca usiłowała przeforsować pierwszą reformę sądownictwa.

Powracam do 2017 r., bowiem wszystkie późniejsze paroksyzmy wokół wymiaru sprawiedliwości są pokłosiem ówczesnego kunktatorstwa obozu władzy – na czele z niesławnym wetem prezydenta Dudy. Przypomnijmy, że dla własnych, partykularnych, wizerunkowo-politycznych celów Andrzej Duda storpedował wówczas ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym. Po pierwsze, usiłował udrapować się w szaty politycznego patrona władzy sądowniczej, licząc zapewne na jakąś wzajemność. Po drugie, chciał w oczach opinii publicznej zdjąć z siebie odium bezwolnego „Adriana”. Po trzecie wreszcie, uznał, że nadarza się okazja by wybić się na podmiotowość i zaznaczyć swą autonomiczną pozycję w stosunku do rządu oraz partyjnej centrali.

Wszystkie te rachuby spaliły na panewce – prawnicze elity jak nim pogardzały, tak gardzą nadal, podobnie jak „uliczna opozycja”, a i polityczne wzmocnienie Pałacu Prezydenckiego jako samodzielnego politycznego ośrodka nie mogło się udać z powodu oczywistego uzależnienia od partyjnego zaplecza dzierżonego twardą ręką przez Jarosława Kaczyńskiego. Ujawnił się ponadto brak asertywności w obliczu zewnętrznych nacisków – weto zostało ogłoszone wkrótce po 45-minutowej rozmowie telefonicznej Andrzeja Dudy z Angelą Merkel, podczas której, co przemilczała w komunikacie Kancelaria Prezydenta, a ujawnił rzecznik niemieckiego rządu, jednym z głównych tematów była kwestia praworządności. Za tę chwilę chwiejności polskie państwo płaci do dzisiaj pełzającą wojną domową ze zrewoltowanymi środowiskami prawniczymi i permanentnym użeraniem się z Brukselą i Luksemburgiem. Komentując wówczas na gorąco prezydenckie weta nawiązałem do słynnego stwierdzenia Churchilla mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”, dodając, iż polityka appeasementu sprawi jedynie, że zamiast blitzkriegu czeka nas wyczerpująca wojna pozycyjna.


II. Rebelia uzurpatorów w togach

Teraz nastąpił kolejny etap owej batalii. „Nadzwyczajna kasta” porzucając ostatnie pozory apolityczności jawnie wystąpiła jako siła opozycyjna – i na dzień dzisiejszy należy ją traktować jako największą partię obozu „anty-PiS”. Działa tym gwałtowniej, że w kwietniu 2020 r. kończy się kadencja Małgorzaty Gersdorf na stanowisku I Prezesa Sądu Najwyższego. Cel jest jasny – doprowadzić wymiar sprawiedliwości do stanu totalnej anarchii. Można tu wyróżnić trzy podstawowe metody: 1) kierowanie pod byle pretekstem „pytań prejudycjalnych” do TSUE, by następnie z wyroków luksemburskiego trybunału „wyinterpretowywać” sobie korzystne rozstrzygnięcia (casus wspomnianego na wstępie orzeczenia Izby Pracy SN); 2) podważanie prawnego statusu sędziów nominowanych przez obecną KRS; 3) stosowanie tzw. „rozproszonej kontroli konstytucyjności”.

Powyższe metody mają wspólny mianownik – wprowadzenie powszechnego poczucia niepewności prawa oraz instytucjonalnego umocowania sędziów. Prosty przykład: pod rządami obecnej ustawy o KRS mianowano już ok. 300 sędziów. Podważenie prawomocności ich nominacji stawia pod znakiem zapytania wszystkie wydane przez nich dotąd i w przyszłości orzeczenia – a już teraz szacuje się ich liczbę na 70 tysięcy. Każdy niezadowolony z wyroku, będzie mógł go podważyć argumentując, iż orzekał nieuprawniony do tego sędzia. Tyczy się to wszystkich spraw – cywilnych, karnych, administracyjnych... Oznacza to ogólny chaos. Więcej – za podszeptem różnych środowiskowych autorytetów, część sędziów zaczyna na własną rękę oceniać „konstytucyjność” przepisów ustaw odnoszących się do rozpatrywanych przez nich spraw. Tym samym uzurpują sobie prerogatywy Trybunału Konstytucyjnego – do tego sprowadza się przytoczona przed chwilą doktryna „rozproszonej kontroli konstytucyjności”. Jej zwolennicy powiadają: ponieważ Trybunał Konstytucyjny jest „upolityczniony”, to sędziowie muszą wziąć sprawy we własne ręce. Czyli, parlament uchwala ustawę, prezydent podpisuje, cała procedura zostaje przeprowadzona de lege artis – a tu zbuntowany sędzia (ale za to ze starego, „słusznego” rozdania) z Pcimia Dolnego uznaniowo stwierdza, iż wg niego ustawa jest „niekonstytucyjna”, więc nie będzie jej stosował... Na dłuższą metę grozi to kompletnym paraliżem państwa. Na powyższe nakłada się aktywność sędziowskich stowarzyszeń pokroju „Iustitia” i „Themis”, otwarcie już prowadzących działalność polityczną i traktujących formułę prawną stowarzyszenia jako kamuflaż dla stricte partyjnej działalności.

Wszystko to, ma się rozumieć, obudowane jest zaklęciami o „ochronie niezawisłości sądów” i „praworządności”. Tyle, że to nieprawda. „Nadzwyczajna kasta” bowiem uznała się za suwerena, otwarcie negując porządek konstytucyjny, zgodnie z zaleceniem prof. Wojciecha Popiołka wygłoszonym na Kongresie Prawników Polskich w maju 2017 r. („w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”). Mamy więc do czynienia z rebelią „ajatollahów prawa” - że strawestuję słynne określenie sędziego amerykańskiego Sądu Najwyższego śp. Antonina Scalii („mułłowie w togach”). Obecnie obserwujemy ostentacyjne przekraczanie granic pomiędzy interpretacją prawa, a prawotwórstwem: sędziowie bezprawnie, „na rympał” przywłaszczają sobie nienależne im kompetencje, wchodząc w rolę dwóch pozostałych władz – ustawodawczej i wykonawczej, czując za plecami mocne wsparcie nie tylko „ulicy”, ale przede wszystkim „zagranicy”, do której odwołują się z iście targowickim zapamiętaniem. Zresztą, rzecz nie dotyczy jedynie sędziów – również samorząd adwokacki przyłączył się do „bojkotu” Izby Dyscyplinarnej SN, wnosząc do Małgorzaty Gersdorf, by ich sprawy kierować do Izby Karnej SN. Chaos się rozszerza...


III. Ustawa dyscyplinująca – teraz!

Pozostaje mieć nadzieję, że zarówno PiS, jak i przede wszystkim prezydent Duda, zdali sobie ostatecznie sprawę, że z prawniczym establishmentem nie ma pola do rozmów i jakichkolwiek negocjacji – podobnie, jak z ich brukselskimi poplecznikami. Oni nie pójdą na najmniejsze ustępstwa, a ich jedynym celem jest „żeby było tak, jak było”. Tę antypaństwową rewoltę należy bezwzględnie zdławić, dlatego „ustawa dyscyplinująca” powinna zostać uchwalona jak najszybciej. I tylko szkoda, że zmarnowano tyle lat na bezproduktywne korowody i połowiczne próby reform - bo teraz, na domiar złego, tamci mają po swojej stronie również Senat, który niewątpliwie będzie próbował obstrukcji. A mogliśmy mieć to wszystko już dawno za sobą...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51-52 (20.12.2019-02.01.2020)

niedziela, 15 grudnia 2019

Pod-Grzybki 190

Olga Tokarczuk wygłosiła wykład noblowski, podczas którego szczególną uwagę zwracała jej nader słuszna ideologicznie „stylówa”. Należy przyznać, że w czarnym „mundurku” prezentowała się niczym sam przewodniczący Mao - a do tego jeszcze te okrągłe okularki a la Beria... Ale był i swojski akcent: piętrząca się dumnie na głowie koafiura – czyli poczciwy, staropolski kołtun ze sfilcowanych włosów. Tytuł wykładu ponoć brzmiał: „szampon – twój wróg!”.


*

Klaudia Jachira dała popis głębokiej wiedzy ekologicznej. W rozmowie w Radiu Plus stwierdziła: „Nie dajmy sobie wmówić, że kornik drukarz, niszczy polską przyrodę, bo on jest częścią polskiej przyrody”. To dość oryginalne podejście, ale ja poszedłbym jeszcze dalej - „częścią przyrody” jest również tasiemiec. Rozumiem, że gdy pani Klaudia go złapie (a wystarczy nieumyte jabłko), to w imię kultywowania swej głębokiej, ekologicznej świadomości będzie troskliwie hodować to sympatyczne stworzonko we własnych jelitach?


*

Rokoszu „nadzwyczajnej kasty” ciąg dalszy. Podbechtana przez TSUE Izba Pracy Sądu Najwyższego w osobach Piotra Prusinowskiego, Bohdana Bieńka oraz Dawida Miąsika ogłosiła w specjalnym wyroku, iż Izba Dyscyplinarna tegoż SN „nie jest sądem w rozumieniu prawa UE”. Uważam, że w odpowiedzi Izba Dyscyplinarna powinna zdelegalizować skład orzekający Izby Pracy – chociażby za rażącą obrazę przepisów prawa i uzurpowanie sobie kompetencji Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli proces ten nabierze odpowiedniej dynamiki, to istnieje szansa, że stopniowo różne frakcje sędziowskie powyrzucają się nawzajem z zawodu i skończy się ten cały bajzel na kółkach, dzięki czemu będzie można wszystko zaorać i zorganizować wymiar sprawiedliwości od zera.


*

A podstawy prawne by się znalazły – sędziowie bowiem nie mogą należeć do partii politycznych ani związków zawodowych, a gołym okiem widać, że taka „Iustitia” pełni rolę zarówno jednego, jak i drugiego, zaś formuła organizacyjna stowarzyszenia jest zwykłym mydleniem oczu, mającym ukryć rzeczywisty, jawnie polityczny charakter tego gremium, co znakomicie widać na antyrządowych manifestacjach. Zatem PiS, jeśli jeszcze zostało tam cokolwiek z niegdysiejszych reformatorskich zapałów, powinien bez ceregieli rozgonić to towarzycho na cztery wiatry. Znając nastawienie większości zwykłych Polaków do sędziowskiej „kasty”, taki krok przysporzyłby rządowi popularności większej, niż wszystkie pięćsetplusy, trzynaste emerytury i gadanie o „polskiej wersji państwa dobrobytu”.


*

Krótko, bo nawet nie chce mi się o tym strzępić klawiatury. Stanisław Piotrowicz został sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Duda płakał, jak zaprzysięgał.


*

Polskie służby przechwyciły prawie 2 tony pierwszorzędnej, kolumbijskiej kokainy o wartości 2 mld. zł., w związku z czym w półświatku celebrycko-politycznym zapanowała żałoba większa, niż po zatrzymaniu Cezarego P., zwanego „dealerem gwiazd”. Najgorsze, że cały ten towar pójdzie teraz do utylizacji, co jest czystym marnotrawstwem. Białe noski różnych „Radziów” i „Sławków” długo jeszcze po tej stracie pozostaną zwieszone na kwintę. Jak tu żyć w tym pisowskim reżimie, który człowiekowi nawet „krechy” żałuje? Chlip, chlip.


*

Krzysztof Mieszkowski ubolewa nad stanem moralnym polskiego narodu popierającego PiS: „Wielkie poparcie moralnie czystego jednolitego narodu jakim w dalszym ciągu cieszy się PiS, mimo kolejnych, zatrważających spektakularnych afer, jest pytaniem o moralnie czysty naród i źródła tej czystości moralnej”. Wyraźnie widać tu tęsknotę za „moralną odnową”, która w stanie wojennym była – przypomnijmy – jednym z haseł junty Jaruzelskiego. Hasłem, dodajmy, nieubłaganie wcielanym w życie – funkcjonowały nawet, jak głosił popularny dowcip, Zmotoryzowane Odwody Moralnej Odnowy. Czyżby właśnie to miał na myśli inny opozycyjny luminarz, Władysław Frasyniuk, gdy wykrzykiwał na demonstracji „je...ć pisiora”?


*

Opozycyjne media kręcą g...burzę, bo Polska Fundacja Narodowa miała opłacać Edmundowi Jannigerowi loty do USA oraz wikt i opierunek (hotel i takie tam) – w sumie na równowartość 25 tys. zł. Ech, chłopak nauczył Macierewicza jak ogarnąć laptopa i te wszystkie internety, a teraz paru złotych mu żałują. Sknery jedne.


*

Studenci łódzkiej filmówki zaprotestowali przeciw wizycie Romana Polańskiego – zarówno z powodu tej starej sprawy z 13-latką, jak i nieco nowszych oskarżeń ze strony jakiejś przeterminowanej aktorki o niegdysiejsze „molestowanie”. Najlepsze były w tym wszystkim komentarze czytelników agorowego portalu Gazeta.pl pod odnośnym artykułem: otóż chyba żaden z nich nie zatrybił, że młodzi filmowcy protestowali z pozycji skrajnie lewicowych, anty-patriarchalnych (bo jak wiadomo, molestuje jedynie patriarchat). Natomiast czerskie lemingi jak jeden mąż uznały, że w łódzkiej Szkole Filmowej zalęgły się jakieś... katolickie mohery, bo lewactwo wciąż im się kojarzy z rewolucją seksualną rodem z lat 60- i 70-tych. A tu niespodzianka: po latach rozpasania lewackie wahadło odbiło w przeciwnym kierunku. Dziś obowiązującą mądrością etapu na lewicy jest skrajna pruderia – przynajmniej jeśli chodzi o relacje heteroseksualne, bo waginosceptycy mogą się bzykać bez ograniczeń, a kto uważa inaczej, ten homofob i faszysta. Ale w relacjach damsko-męskich podobne zachowania to już patriarchalna mizoginia i w ogóle „me too” - nawet jeżeli do niedawna było dokładnie na odwrót. Skomplikowane? I właśnie o to chodzi feministkom, które narzuciły ten skrajnie pruderyjny dyskurs – by nikt nie czuł się do końca pewnie i każdorazowo musiał od nowa ubiegać się o akceptację i certyfikat ideologicznej poprawności. Wedle nowej dogmatyki zanika różnica między gwałtem, a grubym dowcipem czy kurtuazyjnym pocałunkiem w dłoń – wszystko to jest wrzucone do wspólnego worka z napisem „zachowania przemocowe”. I tak oto lewactwo zjadło własny ogon wkraczając w nowy etap: purytanizmu, nad którym pieczę będą sprawowały zakutane pod szyję, zasuszone „ciotki rewolucji”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (13-19.12.2019)

czwartek, 26 września 2019

Degrengolada „nadzwyczajnej kasty”

Emi-gate” to dintojra i wendetta – jak to w mafii... wróć – oczywiście, nie w żadnej „mafii” tylko „nadzwyczajnej kaście”, że użyję wiekopomnego określenia sędzi Ireny Kamińskiej.

I. Prawdziwe „farmy trolli”

Na początek podstawy: co to jest „farma trolli”? Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie rosyjskiego ośrodka funkcjonującego w Olgino na przedmieściach Petersburga. Spółka Internet Research Agency została założona przez byłego pułkownika milicji Michaiła Bystrowa i jest „zbrojnym ramieniem” rosyjskich służb specjalnych w internecie. Zadaniem jej pracowników zorganizowanych w tzw. brygady sieciowe jest szerzenie prokremlowskiego przekazu w internecie i oddziaływanie na poglądy zachodnich społeczeństw w kluczowych dla Rosji sprawach, np. wojny w Donbasie. W arsenale metod mamy m.in. publikowanie fałszywych bądź zmanipulowanych informacji (fake-news), tworzenie fikcyjnych kont i grup dyskusyjnych w mediach społecznościowych, napastliwe i agresywne komentowanie artykułów zawierających niekorzystny dla Moskwy przekaz, wszczynanie awantur i hejtowanie oponentów, rozbijanie dyskusji skręcających w niepożądanym kierunku, spamowanie - wszystko w zorganizowany, metodyczny sposób. Trolle są zatrudnieni, wynagradzani, mają ustalone godziny pracy podczas których muszą wyrobić określoną ilość publikacji – mówi się o ok. 100 postach dziennie na każdego pracownika. Ośrodek w Olgino nie jest zresztą jedyny. Szczytem marzeń jest sytuacja, gdy dana treść staje się tzw. viralem – czyli jest masowo powielana przez innych użytkowników, nieświadomych tego, z czym mają do czynienia. W ten sposób odbywa się propagandowa intoksykacja.

Aktywność zawodowych trolli stała się do tego stopnia dolegliwa, że w niektórych krajach przyjęto w ostatnich latach specjalne, drakońskie regulacje grożące portalom społecznościowym surowymi karami finansowymi w przypadku bezczynności i tolerowania trollingu, co określa się ogólnym mianem „walki z mową nienawiści” i „fake-newsami”. Inna sprawa, że owa walka została zarówno przez rządy, jak i administracje portali typu Facebook, Twitter i You Tube z miejsca wykorzystana do eliminacji niewygodnych ideologicznie treści, co na naszym podwórku obserwowaliśmy niedawno na przykładzie ocenzurowania internetowych telewizji wRealu.24 czy wSensie.tv. Z kolei np. w Niemczech wystarczy opublikować na Facebooku wpis nieprzychylny wobec muzułmańskich imigrantów, by narazić się na „ostrzegawczą” wizytę policji, a nawet na odpowiedzialność karną.

Inny przykład, tym razem oparty na zorganizowanym wolontariacie, to aktywność tzw. „alt-prawicy” w USA (alt-prawica, to inaczej ludzie na prawo od głównego nurtu Republikanów), która walnie przyczyniła się do zwycięstwa Donalda Trumpa. Jej ojcem duchowym jest Steve Bannon, szef prezydenckiej kampanii Trumpa i były redaktor naczelny portalu Breitbart.com, który za pośrednictwem swych współpracowników orkiestrował sieciowy przekaz i zbiorowy hejt przy wykorzystaniu tysięcy sympatyków-ochotników dążących do skompromitowania przeciwników politycznych – co było „oddolną” reakcją na przewagę w tradycyjnych mediach sympatyzującej z Demokratami opcji lewicowo-liberalnej.

Wreszcie, na naszym polskim gruncie do historii przeszła wypowiedź premier Ewy Kopacz z 2015 r., która – zapewne nie zdając sobie sprawy ze znaczenia własnych słów – oficjalnie ogłosiła, że Platforma zatrudni na potrzeby kampanii wyborczej „50 hejterów”. Całkiem niedawno natomiast światło dzienne ujrzała afera „Brejza-gate” - czyli organizowanie przez magistrat w Inowrocławiu pod nadzorem posła Krzysztofa Brejzy płatnego hejtu wymierzonego w przeciwników PO oraz jego ojca, prezydenta Inowrocławia, Ryszarda Brejzy.


II. Dintojra w „nadzwyczajnej kaście”

Teraz proszę sobie porównać opisane wyżej przypadki wysoce sprofesjonalizowanej aktywności z tym, co próbowali dość nieudolnie uprawiać sędziowie oddelegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości. „Farma trolli”? Nie rozśmieszajcie mnie. Co tam tak naprawdę mamy? Otóż mamy kilku sędziów, którzy podczas rządów PiS „poszli w górę” wbrew dotychczasowej hierarchii i „porządkowi dziobania”, przez co narazili się na środowiskowy ostracyzm i szykany. Mam nadzieję, że pamiętamy jeszcze gniewne oświadczenia i próby wywarcia presji przez sędziowskie stowarzyszenia na kolegów, którzy ośmieliliby się kandydować do „pisowskiego” Sądu Najwyższego czy KRS. Dość wspomnieć oświadczenie Stowarzyszenia Sędziów „THEMIS” z lipca 2018 r., w którym znajdziemy takie kwiatki: udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”, i dalej: Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Utrzymane w podobnym duchu stanowisko zajęło inne stowarzyszenie - „Iustitia”, gdzie z kolei możemy przeczytać: prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”. Innymi słowy, mamy wyrażoną wprost zapowiedź dintojry oraz śmierci zawodowej i cywilnej, której ofiarą mieliby paść w przyszłości tzw. „pisowscy sędziowie”, którzy zdecydowaliby się ubiegać o zajęcie stanowisk np. w Izbie Dyscyplinarnej SN. Skoro coś takiego pojawiało się w oficjalnych pismach sędziowskiego establishmentu, to możemy się domyślać, co musiało się dziać za kulisami.

Zresztą, nie trzeba nawet wnikać za kulisy. W lutym 2019 r. „Iustitia” wykluczyła ze swych szeregów jednego z bohaterów obecnej afery – sędziego Łukasza Piebiaka, po tym jak przyjął funkcję wiceministra sprawiedliwości. Podobny los spotkał również innych sędziów, którzy kandydowali lub zostali członkami nowej KRS, wbrew „rekomendacjom” stowarzyszenia – m.in. Marka Jaskulskiego, Dagmarę Pawełczyk-Woicką, Jędrzeja Kondka, Macieja Nawackiego. Kilkoro innych złożyło rezygnacje z członkostwa.

W tej atmosferze kilku sędziom puściły nerwy i postanowili się na własną rękę odegrać na eks-kolegach przy pomocy różnych rozpowszechnianych w sieci „kompromatów”, również o charakterze prywatno-obyczajowym. Łukasz Piebiak, Jakub Iwaniec z Min. Sprawiedliwości, Tomasz Szmydt z KRS plus Arkadiusz Cichocki zmawiali się na Twitterze (konto „@KastaWatch”) i komunikatorze WhatsApp (w zamkniętej grupie dyskusyjnej „Kasta”), jak tu dopiec różnym sędziowskim szychom, na czele z szefem „Iustitii” Krystianem Markiewiczem. Do tego celu wykorzystywali w roli „etatowej hejterki” niezrównoważoną emocjonalnie alkoholiczkę, prywatnie żonę sędziego Szmydta i kochankę Cichockiego - „EmiE”, czyli Emilię Szmydt, której sędzia Cichocki przesyłał pieniądze za pośrednictwem jej męża. Jak się zdaje, cały ten hejtersko-łóżkowy układ się posypał wraz z zakończeniem romansu i sprawą rozwodową państwa Szmydtów, wskutek czego „Emi” kreująca się dziś na omotaną ofiarę przeszła na „drugą stronę” i nadaje na niedawnych wspólników, ku uciesze Onetu, który „wykrył” aferę. Słowem, dintojra i wendetta – jak to w mafii... wróć – oczywiście, nie w żadnej „mafii” tylko „nadzwyczajnej kaście”, że użyję wiekopomnego określenia sędzi Ireny Kamińskiej.


III. Obraz degrengolady

Obrzydliwe? Tak, jak najbardziej. Etycznie niedopuszczalne? Owszem. Przede wszystkim jednak pokazuje nam to ogrom degrengolady tego środowiska (co ciekawe, nikt jakoś nie zaprzecza prawdziwości rozpuszczanych przez „Emi” kompromatów, koncentrując się na moralnym aspekcie ich ujawnienia). To tyle, jeśli chodzi o „nieskazitelność charakteru” mającą jakoby charakteryzować sędziów. Ale, na litość boską, nie dajmy się zwariować i wmówić sobie, że to bagienko jest jakąś rządową „farmą trolli” - mamy tu do czynienia co najwyżej z prywatną, do bólu amatorską partyzantką kilku sędziów, którzy zresztą w trybie ekspresowym pożegnali się ze stanowiskami. Reszta należy już do stosownych organów i postępowań. Kto wie - być może sędziowski establishment nagle przeprosi się z „pisowską” Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kasta w amoku

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Operacja „Temida”, czyli praworządność III RP w pigułce


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (30.08-05.09.2019)

Pod-Grzybki 175

Szambo wybiło – tak można najkrócej scharakteryzować najnowszą sędziowską aferę, czyli „Emi-gate”. Poświęcam sprawie osobny, „duży” tekst, więc tutaj tylko małe streszczenie. Otóż mamy kilku sędziów, którzy postanowili się zemścić na branżowym establishmencie za środowiskowe szykany, publikując na „kolegów” obyczajowe kompromaty, do czego wykorzystali niezrównoważoną alkoholiczkę – żonę jednego z nich i kochankę drugiego, który za usługi przelewał „Emi” pieniądze za pośrednictwem jej męża, a momentami nawet emablował ją intymnymi zdjęciami z immunitetem na wierzchu. Nad wszystkim czuwali inni sędziowie delegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości – aż sprawa się rypła, bo „Emi” została przekabacona przez drugą stronę, dając żer różnym „onetom”. Słowem, dintojra i wendetta przyprawione maglem – zatem w „nadzwyczajnej kaście” wszystko po staremu.


*

Swoją drogą, aż wstydzę się zapytać, gdzie jest słynna „ochrona kontrwywiadowcza” mająca zabezpieczać najważniejszych urzędników państwowych i chwytać ich za ręce, gdyby strzeliły im do głów jakieś głupoty? Spała, była pijana, czy po prostu abewiacy darli sobie łacha obserwując pikantne pogaduszki sędziów w „zamkniętych” grupach dyskusyjnych?


*

Z poważniejszych wiadomości. Ruscy wysłali na orbitę robota Fiodora, który miał zadokować statek „Sojuz” do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Ponieważ jednak robot – jak to u Ruskich – działa na drożdże i ziemniaki, to tak się naoliwił, że za pierwszym razem biedak nie trafił. Agencja TASS podała, że przesadził z zasilaniem, ponadto nie dotarły na czas słonina i ogórki. Istniało niebezpieczeństwo, że jego „operator” będzie musiał wyplątać się z tego całego kosmicznego ubranka i wziąć się do pracy samodzielnie, jednak na szczęście już po trzech dniach „robot” ochłonął na tyle, że udało się w końcu przycumować. Załoga stacji uczciła ten sukces tradycyjnym stakanem i gromkim „urraa!”, a Fiodor otrzymał w nagrodę słoik soku z kapusty, bo jak wyznał, z tych wszystkich emocji strasznie go suszy.


*

Na Islandii wyprawiono „pogrzeb lodowca”. O co chodzi? Otóż lodowiec ponoć „umarł”. Nie, nie stopniał, po prostu przestał przyrastać i w związku z tym „wędrować”, jak czynią rozrastające się góry lodowe. W nekrologu napisano, iż lodowiec Okjokull miał 700 lat. Klimatyści oczywiście uderzyli w płacz, ja natomiast tłumaczę, co to wszystko tak naprawdę oznacza. Mianowicie, Okjokull „narodził się” 700 lat temu, gdy po ustąpieniu średniowiecznego optimum klimatycznego (klimat był wówczas CIEPLEJSZY niż obecnie), wchodziliśmy w trwającą do niedawna małą epokę lodową. Teraz mała epoka lodowa się kończy i wkraczamy powoli w kolejne optimum – więc przyrost lodowców się zatrzymuje, zaś niektóre pewnie stopnieją i ich nie będzie, tak jak nie było ich 700 lat temu. Ot i wszystko. Trzymajmy się więc ciepło i delektujmy się radośnie klimatem w te ostatnie dni lata – klimatystom z „Global Warming Industry” na pohybel.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (30.08-05.09.2019)

czwartek, 16 sierpnia 2018

Rebelia, czyli sędziokracja w działaniu

Sąd Najwyższy demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej.


I. Sędziowska hucpa

Jak zapewne Państwo wiedzą, Sąd Najwyższy skierował do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu (TSUE) pięć tzw. pytań prejudycjalnych (czyli zadawanych przed wydaniem orzeczenia) i w ramach „środka zabezpieczającego” tymczasowo „zawiesił” (powołując się na art. 755 §1 kpc) stosowanie przepisów Ustawy o Sądzie Najwyższym dotyczących zasad przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku.

Zanim rozłożymy na łopatki ten wykwit bezczelności „nadzwyczajnej kasty”, wyjaśnijmy wpierw kruczek prawny, do jakiego uciekli się sędziowie (z góry proszę o cierpliwość, ale jest to konieczne do naświetlenia całej hucpy). Otóż do wchodzącej w skład SN Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych wpłynęło 18 lipca br. pytanie odnośnie podlegania systemom rentowym w różnych krajach UE (sygn. III UZP 4/18). Do rozstrzygnięcia tego specjalistycznego zagadnienia z dziedziny harmonizacji unijnych ubezpieczeń społecznych wydelegowano skład orzekający w liczbie siedmiu sędziów, w tym - uwaga, bo to jest clou – dwóch, którzy ukończyli już 65 rok życia i zgodnie ze znowelizowaną ustawą o Sądzie Najwyższym powinni przejść z mocy prawa w stan spoczynku lub zwrócić się do prezydenta z wnioskiem o przedłużenie sprawowania funkcji. I to właśnie posłużyło składowi za pretekst do wysłania słynnych zapytań do TSUE. Następnie owych siedmiu sędziów uchwaliło wspomniane „zawieszenie” stosowania przepisów w odniesieniu do wszystkich członków SN którzy ukończyli 65 lat na czas rozpatrywania sprawy przez unijny trybunał.

Dla porządku przypomnijmy jeszcze te pytania. Pierwsze dotyczyło rzekomego złamania przez ustawę o SN zasady nieusuwalności sędziów poprzez obniżenie wieku emerytalnego. Drugie odnosiło się do niezawisłości sędziów i niezależności sądów, które jakoby ma naruszać konieczność uzyskania zgody prezydenta na dalsze orzekanie po osiągnięciu wieku emerytalnego. Pytania trzecie i czwarte sugerują „dyskryminację ze względu na wiek” przy czym SN domaga się od TSUE uznania, że każdy skład orzekający z udziałem sędziego powyżej 65 roku życia ma prawo odmówić stosowania odnośnych przepisów Ustawy o SN. No i wreszcie, w pytaniu piątym, SN domaga się potwierdzenia dopuszczalności użycia środka zabezpieczającego pod postacią odmowy stosowania przepisów krajowych „sprzecznych z prawem unijnym”. Innymi słowy – TSUE ma potwierdzić, że SN miał prawo zrobić to, co zrobił. Zwróćmy uwagę – owe pytania nie mają nic wspólnego z meritum sprawy do której powołano skład orzekający, a koncentrują się jedynie na samych sędziach z niedwuznaczną intencją wysadzenia w powietrze cudzymi rękami całej reformy Sądu Najwyższego.


II. „Nemo iudex in causa sua”

Jest to oczywiście ciąg dalszy pełzającego rokoszu „nadzwyczajnej kasty”. Charakterystyczne, że SN nie odwołuje się w swych „zapytaniach” (a w zasadzie tezach, bowiem sformułowane są one w sposób sugerujący z góry odpowiedź) do prawa polskiego, w tym Konstytucji. Ta bowiem jasno stanowi, że w przypadku reorganizacji sądów można przenieść sędziego w stan spoczynku (art. 180 p.5), a także, że granicę wieku przechodzenia w stan spoczynku określa ustawa (art. 180 p.4). A zatem, rzekoma „dyskryminacja ze względu na wiek” wynika wprost z delegacji ustawowej zawartej w najwyższym akcie normatywnym Rzeczpospolitej. Jeśli zaś chodzi o słynną „niezależność” i „niezawisłość”, to wystarczy spojrzeć chociażby na Niemcy, gdzie sędziowie najwyższych organów sądowniczych powoływani są w tajnym głosowaniu przez specjalną komisję złożoną z 16 landowych ministrów i 16 delegatów Bundestagu, a jej skład i wynik głosowania bezpośrednio odzwierciedlają układ sił politycznych i są efektem zakulisowych targów. Sędziowie SN doskonale o tym wiedzą, dlatego też w swym piśmie wolą się odwoływać do ogólnikowych zasad UE i orzecznictwa luksemburskiego trybunału. Jest tylko jeden szkopuł – orzecznictwo unijnych sądów obowiązuje jedynie w konkretnych sprawach i nie stanowi w Polsce źródła prawa. Tymczasem SN zdaje się przechodzić nad tym do porządku dziennego i traktuje wyroki TSUE na wzór anglosaskiego prawa precedensowego, co jest kompletnie sprzeczne z polskim systemem prawnym.

Największym skandalem jest jednak uzurpowanie sobie uprawnienia do „czasowego zawieszania” przepisów. Należy powiedzieć jasno: Sąd Najwyższy (ani żaden inny) nie ma takich kompetencji! Tu mamy wprost złamanie prawa, a odwoływanie się do art. 755 §1 kpc (traktującego o zabezpieczeniu roszczeń cywilnych) zakrawa na kpinę – nie ma tam bowiem słowa o tym, że w ramach „zabezpieczenia” sąd może lekceważyć przepisy jakiejkolwiek ustawy. Wspomniany artykuł mówi o „środkach zabezpieczających” - ale przecież w granicach obowiązującego prawa! W przeciwnym razie otrzymalibyśmy swoistą prawniczą anarchię i „sędziokrację”, kiedy to sąd pod byle pretekstem mógłby stawiać się ponad ustawami. Zresztą, generalnie, stosowanie regulacji cywilnoprawnej na zasadzie jakiejś zadziwiającej pseudo-analogii w odniesieniu do materii konstytucyjnej stanowi kuriozalne pomieszanie porządków.

Mamy zatem do czynienia z dalece posuniętym zawłaszczeniem nienależnych prerogatyw. Po pierwsze, Sąd Najwyższy wkroczył w kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, który jako jedyny może orzekać w kwestii obowiązywania i zgodności ustaw z Konstytucją. Po drugie, SN przywłaszczył sobie kompetencje władzy ustawodawczej tworząc nieistniejącą w polskim prawie konstrukcję „tymczasowego zwieszenia stosowania przepisów”. W związku z tym – po trzecie - SN demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej. Jest to moim zdaniem materiał dla powstającej właśnie Izby Dyscyplinarnej – sędziowie, którzy dopuścili się tak rażącej obrazy przepisów prawa w sposób oczywisty udowodnili bowiem, że nie ma dla nich dłużej miejsca w tym zawodzie. A co do „nieskazitelności charakteru” mającej cechować sędziego – wystarczy przypomnieć, że ta skandaliczna uchwała stanowi jawne naruszenie pamiętającej prawo rzymskie zasady „nemo iudex in causa sua” („nikt nie może być sędzią we własnej sprawie”), będącej jednym z fundamentów naszej cywilizacji.


III. Sędziokracja w działaniu

No dobrze, ale skąd w ogóle przyszedł sędziom do głowy ten pomysł? Już wyjaśniam. Otóż podczas zeszłorocznego Kongresu Prawników Polskich prof. Wojciech Popiołek wystąpił z obrażającą rozum, antykonstytucyjną koncepcją „suwerena”, głosząc iż „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Pozostaje to oczywiście w jaskrawej sprzeczności z art.4 p.1 Konstytucji stwierdzającym, że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Z kolei prof. Marek Safjan roztaczał wizję „alternatywnego” Trybunału Konstytucyjnego – w myśl tego pomysłu, to sędziowie mieliby prowadzić „stały monitoring” i wydawać „swoiste orzeczenia o konstytucyjności regulacji”. Wszystko to bez jakichkolwiek podstaw prawnych, a nawet wbrew nim. Tym samym, obaj panowie proklamowali „sędziokrację”. Jak wówczas pisałem, „nadzwyczajna kasta” ogłosiła się suwerenem. Dziś widzimy efekty: omawiana uchwała Sądu Najwyższego jest prostą kontynuacją i praktyczną realizacją tamtych postulatów. Nawiasem mówiąc, prof. Safjan jest obecnie sędzią Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej do którego jego koledzy z SN skierowali „do zatwierdzenia” swe „pytania”. Ot, i wszystko ładnie się zazębia...

Na zakończenie jeszcze dwie uwagi. Pierwsza to taka, że obecne sędziowskie rozwydrzenie jest pokłosiem weta Andrzeja Dudy z lipca zeszłego roku - polityczni zagończycy w togach poczuli się dzięki niemu aż nazbyt pewnie. I uwaga druga – należy bezwzględnie wpisać do Konstytucji zasadę nadrzędności polskiego prawa nad prawem unijnym. Bez tego nasza suwerenność będzie bezustannie podważana przez różnych sprzedawczyków rozzuchwalonych poparciem „zagranicy”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kasta w amoku

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (10-16.08.2018)