Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Themis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Themis. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

Degrengolada „nadzwyczajnej kasty”

Emi-gate” to dintojra i wendetta – jak to w mafii... wróć – oczywiście, nie w żadnej „mafii” tylko „nadzwyczajnej kaście”, że użyję wiekopomnego określenia sędzi Ireny Kamińskiej.

I. Prawdziwe „farmy trolli”

Na początek podstawy: co to jest „farma trolli”? Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie rosyjskiego ośrodka funkcjonującego w Olgino na przedmieściach Petersburga. Spółka Internet Research Agency została założona przez byłego pułkownika milicji Michaiła Bystrowa i jest „zbrojnym ramieniem” rosyjskich służb specjalnych w internecie. Zadaniem jej pracowników zorganizowanych w tzw. brygady sieciowe jest szerzenie prokremlowskiego przekazu w internecie i oddziaływanie na poglądy zachodnich społeczeństw w kluczowych dla Rosji sprawach, np. wojny w Donbasie. W arsenale metod mamy m.in. publikowanie fałszywych bądź zmanipulowanych informacji (fake-news), tworzenie fikcyjnych kont i grup dyskusyjnych w mediach społecznościowych, napastliwe i agresywne komentowanie artykułów zawierających niekorzystny dla Moskwy przekaz, wszczynanie awantur i hejtowanie oponentów, rozbijanie dyskusji skręcających w niepożądanym kierunku, spamowanie - wszystko w zorganizowany, metodyczny sposób. Trolle są zatrudnieni, wynagradzani, mają ustalone godziny pracy podczas których muszą wyrobić określoną ilość publikacji – mówi się o ok. 100 postach dziennie na każdego pracownika. Ośrodek w Olgino nie jest zresztą jedyny. Szczytem marzeń jest sytuacja, gdy dana treść staje się tzw. viralem – czyli jest masowo powielana przez innych użytkowników, nieświadomych tego, z czym mają do czynienia. W ten sposób odbywa się propagandowa intoksykacja.

Aktywność zawodowych trolli stała się do tego stopnia dolegliwa, że w niektórych krajach przyjęto w ostatnich latach specjalne, drakońskie regulacje grożące portalom społecznościowym surowymi karami finansowymi w przypadku bezczynności i tolerowania trollingu, co określa się ogólnym mianem „walki z mową nienawiści” i „fake-newsami”. Inna sprawa, że owa walka została zarówno przez rządy, jak i administracje portali typu Facebook, Twitter i You Tube z miejsca wykorzystana do eliminacji niewygodnych ideologicznie treści, co na naszym podwórku obserwowaliśmy niedawno na przykładzie ocenzurowania internetowych telewizji wRealu.24 czy wSensie.tv. Z kolei np. w Niemczech wystarczy opublikować na Facebooku wpis nieprzychylny wobec muzułmańskich imigrantów, by narazić się na „ostrzegawczą” wizytę policji, a nawet na odpowiedzialność karną.

Inny przykład, tym razem oparty na zorganizowanym wolontariacie, to aktywność tzw. „alt-prawicy” w USA (alt-prawica, to inaczej ludzie na prawo od głównego nurtu Republikanów), która walnie przyczyniła się do zwycięstwa Donalda Trumpa. Jej ojcem duchowym jest Steve Bannon, szef prezydenckiej kampanii Trumpa i były redaktor naczelny portalu Breitbart.com, który za pośrednictwem swych współpracowników orkiestrował sieciowy przekaz i zbiorowy hejt przy wykorzystaniu tysięcy sympatyków-ochotników dążących do skompromitowania przeciwników politycznych – co było „oddolną” reakcją na przewagę w tradycyjnych mediach sympatyzującej z Demokratami opcji lewicowo-liberalnej.

Wreszcie, na naszym polskim gruncie do historii przeszła wypowiedź premier Ewy Kopacz z 2015 r., która – zapewne nie zdając sobie sprawy ze znaczenia własnych słów – oficjalnie ogłosiła, że Platforma zatrudni na potrzeby kampanii wyborczej „50 hejterów”. Całkiem niedawno natomiast światło dzienne ujrzała afera „Brejza-gate” - czyli organizowanie przez magistrat w Inowrocławiu pod nadzorem posła Krzysztofa Brejzy płatnego hejtu wymierzonego w przeciwników PO oraz jego ojca, prezydenta Inowrocławia, Ryszarda Brejzy.


II. Dintojra w „nadzwyczajnej kaście”

Teraz proszę sobie porównać opisane wyżej przypadki wysoce sprofesjonalizowanej aktywności z tym, co próbowali dość nieudolnie uprawiać sędziowie oddelegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości. „Farma trolli”? Nie rozśmieszajcie mnie. Co tam tak naprawdę mamy? Otóż mamy kilku sędziów, którzy podczas rządów PiS „poszli w górę” wbrew dotychczasowej hierarchii i „porządkowi dziobania”, przez co narazili się na środowiskowy ostracyzm i szykany. Mam nadzieję, że pamiętamy jeszcze gniewne oświadczenia i próby wywarcia presji przez sędziowskie stowarzyszenia na kolegów, którzy ośmieliliby się kandydować do „pisowskiego” Sądu Najwyższego czy KRS. Dość wspomnieć oświadczenie Stowarzyszenia Sędziów „THEMIS” z lipca 2018 r., w którym znajdziemy takie kwiatki: udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”, i dalej: Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Utrzymane w podobnym duchu stanowisko zajęło inne stowarzyszenie - „Iustitia”, gdzie z kolei możemy przeczytać: prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”. Innymi słowy, mamy wyrażoną wprost zapowiedź dintojry oraz śmierci zawodowej i cywilnej, której ofiarą mieliby paść w przyszłości tzw. „pisowscy sędziowie”, którzy zdecydowaliby się ubiegać o zajęcie stanowisk np. w Izbie Dyscyplinarnej SN. Skoro coś takiego pojawiało się w oficjalnych pismach sędziowskiego establishmentu, to możemy się domyślać, co musiało się dziać za kulisami.

Zresztą, nie trzeba nawet wnikać za kulisy. W lutym 2019 r. „Iustitia” wykluczyła ze swych szeregów jednego z bohaterów obecnej afery – sędziego Łukasza Piebiaka, po tym jak przyjął funkcję wiceministra sprawiedliwości. Podobny los spotkał również innych sędziów, którzy kandydowali lub zostali członkami nowej KRS, wbrew „rekomendacjom” stowarzyszenia – m.in. Marka Jaskulskiego, Dagmarę Pawełczyk-Woicką, Jędrzeja Kondka, Macieja Nawackiego. Kilkoro innych złożyło rezygnacje z członkostwa.

W tej atmosferze kilku sędziom puściły nerwy i postanowili się na własną rękę odegrać na eks-kolegach przy pomocy różnych rozpowszechnianych w sieci „kompromatów”, również o charakterze prywatno-obyczajowym. Łukasz Piebiak, Jakub Iwaniec z Min. Sprawiedliwości, Tomasz Szmydt z KRS plus Arkadiusz Cichocki zmawiali się na Twitterze (konto „@KastaWatch”) i komunikatorze WhatsApp (w zamkniętej grupie dyskusyjnej „Kasta”), jak tu dopiec różnym sędziowskim szychom, na czele z szefem „Iustitii” Krystianem Markiewiczem. Do tego celu wykorzystywali w roli „etatowej hejterki” niezrównoważoną emocjonalnie alkoholiczkę, prywatnie żonę sędziego Szmydta i kochankę Cichockiego - „EmiE”, czyli Emilię Szmydt, której sędzia Cichocki przesyłał pieniądze za pośrednictwem jej męża. Jak się zdaje, cały ten hejtersko-łóżkowy układ się posypał wraz z zakończeniem romansu i sprawą rozwodową państwa Szmydtów, wskutek czego „Emi” kreująca się dziś na omotaną ofiarę przeszła na „drugą stronę” i nadaje na niedawnych wspólników, ku uciesze Onetu, który „wykrył” aferę. Słowem, dintojra i wendetta – jak to w mafii... wróć – oczywiście, nie w żadnej „mafii” tylko „nadzwyczajnej kaście”, że użyję wiekopomnego określenia sędzi Ireny Kamińskiej.


III. Obraz degrengolady

Obrzydliwe? Tak, jak najbardziej. Etycznie niedopuszczalne? Owszem. Przede wszystkim jednak pokazuje nam to ogrom degrengolady tego środowiska (co ciekawe, nikt jakoś nie zaprzecza prawdziwości rozpuszczanych przez „Emi” kompromatów, koncentrując się na moralnym aspekcie ich ujawnienia). To tyle, jeśli chodzi o „nieskazitelność charakteru” mającą jakoby charakteryzować sędziów. Ale, na litość boską, nie dajmy się zwariować i wmówić sobie, że to bagienko jest jakąś rządową „farmą trolli” - mamy tu do czynienia co najwyżej z prywatną, do bólu amatorską partyzantką kilku sędziów, którzy zresztą w trybie ekspresowym pożegnali się ze stanowiskami. Reszta należy już do stosownych organów i postępowań. Kto wie - być może sędziowski establishment nagle przeprosi się z „pisowską” Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kasta w amoku

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Operacja „Temida”, czyli praworządność III RP w pigułce


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (30.08-05.09.2019)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kasta w amoku

Ciekawe, czy Timmermans pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?

I. Sędziowscy hunwejbini

Zadyma wokół reformy wymiaru sprawiedliwości ma jeden niewątpliwie pozytywny aspekt: opadły maski apolityczności, dystansu i obiektywizmu, jakie sędziowie dotąd chętnie zakładali na użytek opinii publicznej. Przedstawiciele „nadzwyczajnej kasty” lubili się bowiem przed społeczeństwem drapować w szaty Katonów – niezłomnych mędrców dumających dniem i nocą o praworządności, do których nie mają przystępu niskie instynkty, co zresztą zostało zadekretowane ustawowo dogmatem o „nieskazitelności charakteru”. W tym kontekście nie dziwi oburzenie środowiska wywołane projektem utworzenia w Sądzie Najwyższym Izby Dyscyplinarnej – no bo, skoro sędzia jest „nieskazitelny” z mocy prawa, to taka Izba jest po pierwsze zbędna, po drugie zaś może w głowach maluczkich zasiać szkodliwy zamęt sugerując samym swym istnieniem, że z tą nieskazitelnością nie wszystko jest tak do końca w porządku. Jednak, jako się rzekło, owe katońskie stylizacje okazały się tanią komedią, bo gdy „kasta” poczuła się zagrożona w swych partykularnych, korporacyjnych interesach, bez ceregieli cisnęła w kąt wszystkie kabotyńskie pozy przeistaczając się w jednej chwili w pospolitych wiecowych krzykaczy. Tym samym, spod togi dostojeństwa wyleźli zacietrzewieni hunwejbini, ani na jotę nie odstający od najbardziej zajadłych polityków „totalnej opozycji”, tudzież osobników pokroju płk. Mazguły, „Farmazona” czy „obywatela RP” Kasprzaka.

Niedawnym przejawem powyższego był list dyscyplinujący, jaki Stowarzyszenie Sędziów THEMIS pod wodzą sędzi Beaty Morawiec zamieściło na swej stronie internetowej. Zagroziło w nim prawnikom startującym w konkursie na sędziów Sądu Najwyższego wiekuistym potępieniem, albowiem „udział w procedurach zajmowania miejsc w Sądzie Najwyższym jest działaniem bezpośrednio wspierającym łamanie Konstytucji RP”. Wedle stanowiska THEMIS „Nazwiska osób aspirujących do Sądu Najwyższego w warunkach stworzonego obecnie ustawowego bezprawia, staną się synonimem służalczości wobec systemu niszczącego państwo prawa (...)”. Podobny okólnik z wytycznymi opublikowało stowarzyszenie „Iustitia” grożąc, iż „prawnicy czynnie zaangażowani w demontaż zasad demokratycznego państwa prawa oraz gwarancji należytej ochrony obywateli przez niezależne sądy, powinni liczyć się z poważnym zagrożeniem dla swojej zawodowej i obywatelskiej reputacji”.


II. Niezawisłość wczoraj i dziś

Oba oświadczenia rzucają snop światła na podejście prawniczego establishmentu do kwestii słynnej „niezawisłości” sędziowskiej oraz sposobu postrzegania własnego środowiska. Gdyby potraktować je przez chwilę serio, to należałoby przyjąć, iż w optyce władz obu stowarzyszeń przynajmniej część ich kolegów i koleżanek to chwiejne indywidua o nader podejrzanej konduicie moralnej – bowiem po pierwsze, można ich skutecznie zaszantażować groźbą towarzysko-zawodowego ostracyzmu, po drugie zaś – są łasi na zaszczyty i urzędy dla których gotowi są wysługiwać się każdej władzy (a nie tylko tej „właściwej”). Teraz poprosiłbym szanownych luminarzy prawa o wyjaśnienie – jak to się ma do słów o „nadzwyczajnej kaście ludzi”, wspomnianej wyżej „nieskazitelności charakteru” czy „niezawisłości”, skoro trzeba się wobec nich uciekać do tego rodzaju pogróżek? Czy nie zachodzi tu pewna rozbieżność między kreowanym publicznie wizerunkiem, a rzeczywistą kondycją naszych „orłów Temidy”? A skoro tak, to czy dotychczasowy stan polskiego sądownictwa w którym orzekali ludzie tak marni, faktycznie był taki idealny, jak się nam przedstawia – i dopiero PiS przyszedł i rozwalił kwitnącą praworządność? Tu pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź prof. Ewy Łętowskiej, która w 2016 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdziła, że „sprawiedliwość trzeba sobie u nas wyszarpać”. Czyżby prof. Łętowska stała się „pisówą”? Czy ktoś potrafi przekonująco wytłumaczyć te sprzeczności?

Tak to bywa, gdy histeria przesłania racjonalne myślenie – autorzy cytowanych oświadczeń w politycznym amoku zwyczajnie nie pomyśleli jakie świadectwo wystawiają własnej „kaście”. Tymczasem niezawisłość to nie tylko gwarancje prawne, lecz przede wszystkim stan ducha i umysłu. Jeżeli sędzia jest niezwisły, to zachowa się przyzwoicie również w trudnych okolicznościach – co najwyżej nie zrobi wielkiej kariery. Nawet w PRL-u nie wszyscy sędziowie byli służalczy wobec komuny, co oczywiście przypłacili brakiem awansu i szykanami. Ich kosztem kariery robili ci rozumiejący kolejne „mądrości etapu” - i to oni kształtowali w roli mentorów dalsze pokolenia sędziowskiego narybku, czego emblematycznym przykładem może być sędzia kapitan Iwulski szkolony przez WSW i z żoną w bezpiece.

Nawiasem mówiąc, gdy trzeba było bronić kolegów orzekających w stanie wojennym, Sąd Najwyższy wykazał się w kwestii niezawisłości daleko idącą elastycznością, stwierdzając w niesławnej uchwale z dn. 20 grudnia 2007 r., że skoro PRL nie była państwem prawa i obowiązywał w niej np. dekret o stanie wojennym, to nie wolno czepiać się sędziów, że ten dekret stosowali. Na bazie tej żelaznej logiki nie pociągnięto do odpowiedzialności bodaj żadnego sądowego zbrodniarza. Kiedy wytknął to sędziom wiceminister Marcin Warchoł przemawiając 20 maja 2017 na Zjeździe Prawników Polskich, ci zaczęli demonstracyjnie wychodzić z sali. Najwyraźniej niezawisłość i nieskazitelność charakteru przewidziane są jedynie na czas dobrej pogody. Tak więc otrzymujemy kolejny paradoks – dyspozycyjni sędziowie z czasów PRL nie sprzeniewierzyli się niezawisłości, ale sędziowie którzy dziś ośmieliliby się kandydować do Sądu Najwyższego są ohydnymi sługusami „pisowskiego reżimu”, których należy przykładnie napiętnować. Trzeba dodać, że podobne groźby sędziowskie stowarzyszenia formułowały również wcześniej – przy okazji zmian na stanowiskach prezesów sądów i wyłaniania nowej KRS.


III. Pełzający rokosz

Generalnie, można odnieść wrażenie, że prawniczy establishment trzęsie się w posadach, bo oto na naszych oczach zapoczątkowany zostaje proces wymiany elit – dotychczasowe autorytety stopniowo są odsyłane do lamusa, przez co ulega przerwaniu proceder uzupełniania się przez kooptację gwarantujący ciągłość układu. Symbolem może być tu wzmiankowana przewodnicząca stowarzyszenia „THEMIS” sędzia Beata Morawiec odwołana z funkcji prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie przez min. Ziobrę. Stąd odpowiedzią tracących wpływy prawników jest pełzający rokosz do którego jawnie wzywają kolejne uchwały i wystąpienia. Lojalni wobec odwołanej prezes sędziowie SO w Krakowie uchwalili „wotum nieufności” wobec jej następczyni wzywając ją do ustąpienia, albowiem przyjmując funkcję „wspiera zmiany, których celem jest zniszczenie trójpodziału władzy i niezależności sądownictwa”. Z kolei sędzia SN Wojciech Katner oznajmił w TVN24, iż ma nadzieję, że nie znajdzie się osoba, która zgodziłaby się zastąpić ex-prezes Gersdorf. Wcześniej jeszcze, na przywołanym Zjeździe Prawników Polskich prof. Safjan snuł wizje alternatywnego Trybunału Konstytucyjnego prowadzącego „stały monitoring” i wydającego własne orzeczenia o konstytucyjności przepisów, co jest wprost dążeniem do anarchizacji państwa. Z kolei prof. Wojciech Popiołek wsławił się jawnie sprzeczną z art.4 Konstytucji („władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”) wykładnią pojęcia suwerena, głosząc ni mniej ni więcej, tylko że „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Czystej wody uzurpacja - to bowiem „nadzwyczajna kasta” „odkrywałaby” i wdrażała owe „wartości”. Otrzymalibyśmy zatem rządy swoistych „ajatollahów prawa”. Jak widać, sędziowie podążają tą drogą, czego dowodem są uroszczenia dotychczasowego składu Sądu Najwyższego do recenzowania zgodności z Konstytucją ustaw o sądownictwie.

Sędziowski rokosz jednak nie przetrwa bez wsparcia zagranicy – stąd nie może dziwić występ prof. Gersdorf przed niemieckimi sędziami federalnymi w Karlsruhe podczas którego błagała o ratunek dla upadającego „państwa prawa” ogłaszając się przy okazji „pierwszym prezesem na uchodźstwie”. Z poparciem oczywiście pośpieszyło niemieckie MSZ każąc nadal tytułować Małgorzatę Gersdorf „prezesem”. Nota bene, akcję prof. Gersdorf interpretuję jako otwarcie kolejnego etapu kariery – liczy na to, że lansując się na swym męczeństwie zostanie dokooptowana do ekskluzywnej, europejskiej prawniczej międzynarodówki, demonstruje więc zawczasu swoją użyteczność. W ciąg zdradzieckiej żebraniny o zewnętrzną interwencję wpisał się również prof. Jerzy Zajadło z Uniwersytetu Gdańskiego apelując do Fransa Timmermansa o podjęcie „jeszcze bardziej radykalnych kroków” przeciw Polsce. Swoją drogą, jak ten Timmermans musi gardzić Polakami widząc te tabuny łaszących się do niego codziennie sprzedawczyków... Ciekawe tylko, czy pamięta maksymę starego Fryca, że kanaliami można się posługiwać, ale nie wolno się z nimi spoufalać?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (01-21.08.2018)

wtorek, 24 maja 2016

Sędziowski rokosz

Mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

A więc stało się. Od momentu uchwały Sądu Najwyższego, wspartej następnie przez sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego mamy do czynienia ze stanem pełnego rokoszu władzy sądowniczej, która samowolnie przyznała sobie prawo do rozstrzygania o prawomocności orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Tym samym, w wymiarze instytucjonalnym, władza sądownicza przekroczyła cienką granicę oddzielającą interpretację prawa od prawotwórstwa (wchodząc tą drogą w domenę władzy ustawodawczej), w wymiarze politycznym zaś ostentacyjnie spozycjonowała się jako jedna ze stron sporu. Przy czym sędziowie SN uchwalając wytyczne dla sądów powszechnych, by te stosowały się do orzeczeń TK niezależnie od ich publikacji w dzienniku urzędowym, przeszli do porządku dziennego nad tym, że orzecznictwo sądów nie należy u nas do katalogu źródeł prawa – mamy więc próbę wprowadzenia tylnymi drzwiami prawa precedensowego oraz pełzającą anarchizację systemu prawnego państwa. Od tej pory władza sądownicza będzie mogła rękami Sądu Najwyższego wedle własnego widzimisię uzurpować sobie prawo do „rozstrzygania” o domniemaniu konstytucyjności ustaw.

W zasadzie można było się tego spodziewać, bowiem już w listopadzie 2015 podczas branżowej konferencji urządzonej pod szumną nazwą „Niezależność sądownictwa jako gwarant praw i wolności jednostki” wzywano w lekko tylko zawoalowany sposób do jakiejś formy buntu i od tej pory jedynie kwestią czasu pozostawało otwarte wystąpienie trzeciej władzy przeciw własnemu państwu. Przykładowo, na wspomnianej konferencji zorganizowanej pod egidą Krajowej Rady Sądownictwa, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz stowarzyszenia sędziowskiego „Themis”, prezes stowarzyszenia Irena Kamińska wzywała: „Musimy bronić demokracji, choć nastroje społeczne nie sprzyjają budowaniu zaufania do sądów. Musimy walczyć o naszą niezależność. Będziemy jej mieli tyle, ile sami wywalczymy”. W podobnym duchu wypowiadali się prof. Zoll, rzecznik Adam Bodnar – ten sam, który wsławił się niedawno ubolewaniem, iż „ONR-owcy nauczyli się przestrzegać prawa” i nie ma pretekstu do ich delegalizacji, czy pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf biadająca, że sądy przedstawiane są jako „mafia w togach”. Zatem teraz mamy jedynie skonkretyzowanie w postaci uchwały tego, z czym „trzecia władza” nosiła się od dawna.

Charakterystyczne, że prominentni przedstawiciele środowiska zdając sobie sprawę ze społecznego odbioru ich poczynań („mafia w togach”) nie raczą wykazać cienia elementarnej autorefleksji, prezentując nieodmiennie znakomite samopoczucie. Owo samozadowolenie z własnego funkcjonowania pozostaje typową cechą, mocno ugruntowaną w świadomości sędziów. Tymczasem władza sądownicza, nie poddana nawet szczątkowej weryfikacji (przywoływana jest tu często wypowiedź prof. Adama Strzembosza, że sędziowie „sami się oczyszczą”) pozostaje jedną z najdoskonalszych reprezentacji szeroko rozumianego establishmentu III RP ze wszystkimi typowymi dla tegoż establishmentu patologiami. Obecnie jest jedną z ostatnich linii obrony przegrywającego obozu beneficjentów III RP. Wymiana pokoleniowa sprowadziła się do korporacyjno-rodzinnego dziedziczenia, natomiast tam, gdzie przyszedł ktokolwiek z zewnątrz, kształtowany był przez PRL-owskich sędziów z wszelkimi tego konsekwencjami. Krótko mówiąc, „mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

Jednocześnie sędziowie uwielbiają gardłować o niezawisłości i popisywać się nią przy każdej okazji. Oczywiście jest to „niezawisłość” bardzo szczególnego sortu - skrupulatnie przestrzegająca granic konformizmu polityczno-intelektualnego wedle wytycznych mainstreamu III RP, który ich uformował na swój obraz i podobieństwo, oraz - naturalnie - środowiskowej, korporacyjnej lojalności. Sędziom nie przeszkadzał Jan Bury w KRS, nie przeszkadzali im komunistyczni zbrodniarze we własnych szeregach, czy dyspozycyjny sędzia Ryszard Milewski z Gdańska tak skory do ustawiania procesu Ambr Gold „na telefon”. Przeszkadza zaś im nawet śladowa krytyka w mediach, czy jakiekolwiek próby choćby werbalnego zdyscyplinowania po co bardziej bulwersujących orzeczeniach – wtedy rozdzieraniu szat i wrzaskom o zamachu na „niezawisłość” nie ma końca.

Prawda natomiast jest taka, że polskie sądy są zdeprawowane i zdegenerowane. Są ostoją systemowych nieprawości III RP. Sami sędziowie zaś, to w dużej mierze banda obłudnych, zakłamanych kanalii - co by tam prof. Strzembosz nie opowiadał. Korupcja w wymiarze sprawiedliwości sięga najwyższych szczebli – z tak panoszącym się dziś Sądem Najwyższym włącznie. Nadeszła pora, by ktoś wziął to całe towarzycho, tę bandę nadętych łajdaków i hipokrytów za twarze i wysłał do szorowania więziennych kibli. Tam jest ich miejsce.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (06-12.05.2016)