Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ONR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ONR. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2018

Ręce precz od narodowców!

Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.

I. Nagonka na narodowców

Wszystko zaczęło się od ostatniego Marszu Niepodległości, który jak co roku przeszedł ulicami Warszawy. Jak pamiętamy, wśród ponad 60 tys. uczestników znalazło się kilka bliżej niezidentyfikowanych grupek, które przyniosły ze sobą prowokacyjne transparenty typu „Europa będzie biała, albo bezludna” czy „Wszyscy różni, wszyscy biali”. Oliwy do ognia dolał rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej, który wdał się w idiotyczne dywagacje na temat „separatyzmu rasowego”. Przesłanie tego typu jest oczywiście sprzeczne z polską tradycją narodową - dla przedwojennych przedstawicieli obozu narodowego liczył się bowiem głównie aspekt tożsamościowy i cywilizacyjno-kulturowy: czujesz się Polakiem, częścią naszej wspólnoty, tradycji, chcesz pracować dla dobra Polski – jesteś „nasz”, a pochodzenie etniczne ma znaczenie drugorzędne. Dlatego właśnie wśród narodowców można było znaleźć zasymilowanych Niemców, Żydów, Tatarów... O jawnie fałszywej alternatywie Europy „białej” albo „bezludnej” w ogóle szkoda gadać, ciekawe jaki mędrzec/prowokator ukuł ten wiekopomny slogan.

Powyższe potwierdzili również w specjalnym oświadczeniu przedstawiciele organizacji narodowych – Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Obozu Narodowo-Radykalnego, odcinając się od ideologii rasistowskich i postaw szowinistycznych, podkreślając natomiast wagę wspomnianego czynnika tożsamościowego. Nic to nie dało – wokół Marszu rozpętano medialno-polityczną histerię, która swym zasięgiem wylała się poza granice Polski. Zbitkę o „60 tys. faszystów” na ulicach Warszawy powtarzano we wszelkich możliwych konfiguracjach, przechodząc do porządku dziennego zarówno nad stanowiskiem organizatorów, jak i nad tym, że rzecznik MW po swoim niefortunnym wystąpieniu został ekspresowo odsunięty od pełnienia funkcji.

Pół biedy, jeśli wrzask wydobywał się z gardzieli „totalnej opozycji” i lewackich mediów – tu po pierwsze, nie można się było spodziewać niczego innego, po drugie – pojawiły się wręcz elementy humorystyczne („kulson-gate”). Marsz Niepodległości od swego zarania, gdy był jeszcze niszową imprezą narodowców, wywoływał wściekłość kosmopolitycznej lewicy, która nota bene nagłośnionymi medialnie „gwizdkami Blumsztajna”, próbami blokad i zapraszaniem bandziorów z Antify walnie przyczyniła się do sukcesu inicjatywy i zmiany jej statusu z wydarzenia środowiskowego na największą demonstrację patriotyczną w Polsce. Gorzej, że odciąć się, potępić i napiętnować rzekomy „faszyzm” uznali za stosowne także prominentni przedstawiciele obozu „dobrej zmiany” - i to, jak wiele wskazuje, pod naciskiem środowisk żydowskich, o czym szerzej za chwilę.


II. Małostkowa „dobra zmiana”

Taka postawa to tchórzliwa głupota i skrajna nielojalność wobec setek tysięcy uczestników Marszu biorących w nim udział na przestrzeni ostatnich lat. Marsz Niepodległości nie jest bowiem wyłącznie imprezą narodowców. Idą w nim także m.in. zwolennicy PiS i szerzej – wszyscy ci, którzy w Święto Niepodległości chcą zamanifestować swój patriotyzm. To oni w znacznej mierze sprawili, że podczas rządów PO obóz niepodległościowy nie „wymarł jak dinozaury”, a postawy patriotyczne upowszechniły się w młodym pokoleniu Polaków. To oni dawali świadectwo – przychodząc bez względu na liczne prowokacje, często ryzykując spałowanie, areszt i procesy sądowe. To oni wreszcie, nadstawiając karku, w ostatecznym rozrachunku utorowali PiS-owi drogę do władzy. W podzięce usłyszeli, że są „faszystami”, bo PiS przestraszyło się przyklejanej mu przez media łatki „nacjonalistów”.

Ów strach przed „obciążeniem wizerunkowym” przebija również z wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy, który jeszcze niedawno wysyłał do uczestników Marszu wzniosłe listy, a dziś na wyprzódki odżegnuje się od „chorobliwego nacjonalizmu” - z pełną świadomością, że rasistowskie poglądy są na Marszu (i szerzej – w Polsce) absolutnym marginesem marginesu. Nawiasem, wygląda na to, że prezydent w ten sposób skorzystał z okazji, by usprawiedliwić ex post brak zaproszenia dla przedstawicieli środowisk narodowych do honorowego komitetu upamiętniającego 100-lecie odzyskania niepodległości.

Sprawy jednak zaszły dalej, niż małostkowy koniunkturalizm jednego czy drugiego polityka. Do gry wkroczyła bowiem prokuratura, która wszczęła postępowanie dotyczące wykreślenia z rejestru stowarzyszeń Obozu Narodowo-Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, o czym poinformował sam zastępca Prokuratora Generalnego Robert Hernand. Jeżeli rzecz się oparła o taki szczebel, to raczej wykluczone, by odbyło się to bez błogosławieństwa z samej góry.

I tu warto się na chwilę zatrzymać nad pewną koincydencją. Oto wkrótce po Marszu Niepodległości (17 listopada) doszło do spotkania przedstawicieli środowisk żydowskich (w tym naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha i przewodniczącego Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP Lesława Piszewskiego) z Jarosławem Kaczyńskim, podczas którego jednym z głównym tematów był Marsz oraz rzekomo narastający antysemityzm. Jarosław Kaczyński był ponoć „zszokowany”, a wkrótce potem prokuratura wszczęła z urzędu postępowanie...


III. Żydowski kompleks prawicy

Swoje dołożyła również wiceminister kultury dr Magdalena Gawin, zgłaszając postulat delegalizacji ONR. Znamienna jest przy tym okazja, przy jakiej doszło do tej deklaracji. Otóż stało się to podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce” (5 grudnia 2017) zorganizowanej przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami i polski oddział Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC). Otwarcie środkowoeuropejskiego biura AJC w Warszawie (w obecności ambasadora USA Paula W. Jonesa) było w marcu 2017 uroczyście fetowane przez przedstawicieli polskiego rządu, zaś prezydent Duda przygotował na tę okazję wylewny list powitalny. Ze swojej strony przedstawiciele AJC zapowiedzieli „walkę z ekstremizmem” oraz ma się rozumieć „antysemityzmem”. Z kolei Centrum Badań nad Uprzedzeniami to jawnie lewacka, ideologiczna jaczejka funkcjonująca na Uniwersytecie Warszawskim, zajmująca się diagnozowaniem ludności tubylczej pod kątem „nietolerancji” i „ksenofobii”. I w takich oto uroczych okolicznościach przyrody pani wiceminister, przez nikogo nie wywoływana do tablicy, poczuła się w obowiązku oznajmić, iż ONR powinien zostać zdelegalizowany, jako że jego działalność ma być „sprzeczna z konstytucją”. Zastanawiająca gorliwość, sprawiająca wręcz wrażenie dość żałosnego „pucowania się” z domniemanego zarzutu „faszyzmu”.

Osobnym wątkiem w tej historii jest aktywność „przyjaciela Polski” - niejakiego Jonny Danielsa, który po Marszu Niepodległości złożył do prokuratury zawiadomienie o „propagowaniu nienawiści i dyskryminacji” (zasłynął też wezwaniem do wyeliminowania z życia publicznego Grzegorz Brauna). Człowiek ten, robiący od pewnego czasu furorę na prawicowych salonach władzy i okolic, dał się poznać jako szef fundacji „From the Depths” będącej głównym organizatorem bezprecedensowej wyjazdowej sesji Knesetu w Auschwitz 27 stycznia 2014 r. Obecnie zaś ów piarowiec-lobbysta i były sierżant sztabowy izraelskich sił specjalnych robi za głównego łącznika między Izraelem i środowiskami żydowskimi, a Polską. Coś niebywałego – przybywa tu, ot tak sobie, ktoś kreujący się na swoistego następcę Szewacha Weissa (Weiss jest zresztą w radzie honorowej „From the Depths”) i z miejsca otwierają się przed nim wszystkie drzwi zarówno poprzedniej, jak i obecnej władzy. Powiedzmy więc wprost: jest to najpewniej agent wpływu od którego na kilometr czuć Mossadem, jego prawdziwe cele mogą być zgoła odmienne od deklarowanych - a polskie władze odprawiają wokół niego jakieś żenujące tańce, zaś prawicowa publika robi mu klakę tylko dlatego, że nie lubi go żydowska lewica od Hartmana i B'nai B'rith. Co więcej, ten „ktoś” bez cienia żenady zabiera się za orzekanie komu wolno działać w polskiej przestrzeni publicznej – i polskie elity patriotyczne przyjmują to z pełnym zrozumieniem.

Ów specyficzny „żydowski kompleks” polskiej inteligencji – również tej prawicowej i patriotycznej – jak ognia wystrzegającej się choćby cienia podejrzeń o antysemityzm, jest zaiste fenomenem godnym osobnych rozbiorów. W każdym razie, widoczny efekt jest taki, że prawicowe elity stają się zakładnikami różnych żydowskich uroszczeń, choćby w polityce historycznej, czy – jak w omawianym przypadku - dołączają do nagonki na legalnie działających narodowców. Nie dziwi więc, że posłowie Tomasz Rzymkowski, Bartosz Jóźwiak i Robert Winnicki zgłosili do ministra Glińskiego oficjalne zapytanie, czy polski rząd nadal podejmuje za pośrednictwem swoich służb działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym i czy faktycznie zamierza je zdelegalizować. Ja ze swej strony dodam: łapy precz! Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie swoje obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Knesset From the Depths

… i po Knesecie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

niedziela, 24 września 2017

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?

Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu.

I. 100-lecie niepodległości bez narodowców

Ktoś na postawione w tytule pytanie mógłby się popukać w głowę – przecież wiadomo, że to właśnie Roman Dmowski był w 1919 r. Delegatem Pełnomocnym Polski na konferencję paryską kończącą I wojnę światową. To jego pięciogodzinne przemówienie na tejże konferencji (tłumaczone przez niego samego symultanicznie na angielski i francuski) walnie przyczyniło się do poważnego potraktowania przez zwycięskie mocarstwa polskich postulatów. Wreszcie, to jego podpis (oraz Ignacego Paderewskiego) widnieje pod Traktatem Wersalskim przywracającym Polskę na mapę Europy. Zresztą, wielowymiarowych zasług narodowej demokracji dla szeroko rozumianej „sprawy polskiej” (obejmujących nie tylko działalność stricte polityczną, ale też społeczną, kulturalną, oświatową) nikt przy zdrowych zmysłach dziś nie kwestionuje, zaś endecka spuścizna odzyskuje po latach rugowania z narodowej świadomości należne jej miejsce. Niby zatem wszystko jest jasne... ale najwyraźniej nie dla wszystkich.

Oto niedawno, na podstawie okolicznościowej ustawy, powołano przy prezydencie Andrzeju Dudzie specjalny Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, mający na celu „upamiętnienie i uroczyste uczczenie wydarzeń oraz osób związanych z odzyskaniem i utrwaleniem przez Rzeczpospolitą Polską niepodległości” (cyt. za oficjalnym komunikatem ze strony prezydent.pl). Cel szczytny i słuszny, a pierwsze posiedzenie gremium odbyło się w poniedziałek 11 września. Sęk w tym, że gdy patrzymy na listę zaproszonych osób, zieje w niej wyraźna luka. Nie znajdziemy na niej bowiem ani jednego przedstawiciela współczesnych środowisk narodowych, nawiązujących do dziedzictwa Romana Dmowskiego. Nie wiem, kto personalnie jest odpowiedzialny za taki, a nie inny dobór członków Komitetu – domyślam się, że prezydent nie układał listy osobiście, zdając się na swoich współpracowników. Jednak na koniec chyba Andrzej Duda otrzymał zestaw nazwisk do wglądu i finalnej akceptacji – i nic nie rzuciło mu się w oczy?


II. Niewygodny Marsz Niepodległości

Podkreślmy to jeszcze raz – urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie uznali za stosowne zwrócić się ani do Ruchu Narodowego, ani Młodzieży Wszechpolskiej, ani Obozu Narodowo-Radykalnego. Nade wszystko jednak nie zaproszono przedstawicieli Stowarzyszenia Marsz Niepodległości w skład którego wchodzą przedstawiciele organizacji narodowych.

Przypomnijmy, że Marsz Niepodległości organizowany co roku 11 listopada jest największą cykliczną manifestacją patriotyczną w Polsce, gromadzącą dziesiątki, a później nawet setki tysięcy uczestników. Przez lata rządów PO i medialnej dominacji salonowszczyzny był opluwany przez lewactwo jako demonstracja „faszystów”, stosowano wobec niego prowokacje w rodzaju słynnego spalenia „ruskiej budki” przez podwładnych ministra Sienkiewicza, wywoływano sztuczne zadymy mające skompromitować jego uczestników w oczach społeczeństwa (najlepszy dowód na prawdziwość tej tezy – w 2016 r. po oddaniu władzy przez PO, marsz odbył się bez żadnych ekscesów, nie sponiewierano nawet wypastowanego na czarno Jacka Hugo-Badera z „Gazety Wyborczej”). Wobec uczestników demonstracji stosowano policyjne represje i szykany polegające m.in. na wyłapywaniu „na sztukę” przypadkowych demonstrantów, po to, by media mogły alarmować o setkach zatrzymanych „chuliganów”. Zatrzymanych potem cichcem zwalniano (o czym media już nie donosiły), a wobec opornych, którzy nie chcieli podpisać się pod wyssanymi z palca protokołami stosowano często kilkumiesięczne areszty tymczasowe. Służby prawne Marszu miały pełne ręce roboty broniąc później ofiary reżimu Tuska i Kopacz przed sądami – na ogół z powodzeniem, choć znamy też przypadek sędzi Iwony Konopki, która skazała przechodnia skopanego po głowie przez policyjnego tajniaka w 2011 r.

Wszystko to nie odstraszało ludzi rok po roku coraz tłumniej biorących udział w kolejnych edycjach Marszu Niepodległości. Co więcej, mimo że wydarzenie jest organizowane przez środowiska narodowe, sam Marsz ma wyjątkowo „ekumeniczny” charakter. Demonstrować może każdy poczuwający się do polskości i patriotyzmu, niezależnie od sympatii historyczno-ideowych, politycznych, czy społecznej pozycji. Miejsce jest i dla „endeka” i dla „piłsudczyka”, dla zwolennika PiS i dla „kukizowca”, dla kibica z blokowiska i dla profesora.

Nie sposób przecenić roli i zasług Marszu Niepodległości dla budzenia patriotycznego ducha, dumy i woli oporu wobec antynarodowej ofensywy lewactwa. Ponadto, jest fantastycznym przykładem oddolnej samoorganizacji, która Świętu Niepodległości nadała należny, ogólnospołeczny wymiar. Czy PiS i prezydent Duda osobiście uważają, że nie mają tym tysiącom patriotów niczego do zawdzięczenia? Że ci ludzie nie głosowali w wyborach prezydenckich i parlamentarnych na „dobrą zmianę”? Czy brak zaproszenia dla przedstawicieli Marszu nie pachnie podejściem „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”? Jeszcze w 2016 r. przedstawiciel prezydenta odczytywał specjalny list skierowany do uczestników. Jak będzie 11 listopada 2018? Wrócimy do groteskowej „tradycji” Komorowskiego – z jednej strony Marsz Niepodległości, a z drugiej pochód prezydencki ze starannie wyselekcjonowanymi urzędnikami i gośćmi dobranymi „z klucza”?

To, co również boli, gdy patrzy się na skład prezydenckiego komitetu, to niemal całkowite pominięcie kombatantów. Owszem, znalazło się miejsce dla prof. Leszka Żukowskiego ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej (mimo, że prof. Żukowski nie szczędził obozowi rządzącemu słów krytyki – ostatnio podczas obchodów 73 rocznicy Powstania Warszawskiego) – ale nie zaproszono nikogo ze Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych – drugiej po AK sile polskiego podziemia. Zdumiewające, tym bardziej, że prezydent Duda objął w tym roku swym patronatem obchody 75-lecia powstania NSZ. Ale ktoś z Kancelarii zadbał o to, by i ten aspekt narodowej historii starannie „wygumkować”.


III. Race kontra kotyliony

Kogo zatem zaproszono? Oto kilka „kwiatków”. Z ramienia PO – Hannę Gronkiewicz-Waltz, doszczętnie skompromitowaną „carycę Warszawy”. Jest Rafał Bartek reprezentujący mniejszość niemiecką na Śląsku Opolskim (!). Z ramienia samorządowców znajdziemy prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza słynącego z czołobitności względem Niemców. Jest nawet Władysław Kosiniak-Kamysz jako reprezentant „Ludowych Zespołów Sportowych” i Waldemar Pawlak wydelegowany przez Związek Ochotniczych Straży Pożarnych. Mamy przedstawicieli (niczego nie ujmując) Związku Głuchych, Związku Niewidomych, artystów fotografików, pisarzy, architektów, muzealników, Henrykę Bochniarz z Konfederacji Lewiatan... Słowem, znalazło się miejsce dla niemal wszystkich organizacji, związków zawodowych i twórczych – tylko nie dla narodowców. Wśród ponad osiemdziesięciu członków Komitetu dla nich miejsca nie przewidziano. Oni nie mieli i nie mają zasług tak dla historycznej, jak i obecnej Rzeczypospolitej. Stąd moje tytułowe pytanie – czy Roman Dmowski był w Wersalu? Czy w ogóle ktoś taki istniał? Jak Pan sądzi, panie Prezydencie?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zadziałała tu swoista poprawność polityczna, a urzędnicy Kancelarii Prezydenta zwyczajnie się przestraszyli, że „Wyborcza” z przyległościami i generalnie lewactwo rozpęta awanturę z powodu zaproszenia „faszystów”. Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu. 11 listopada 2018 szykuje się więc następująco: z jednej strony urzędowe „oficjałki” i akademie „ku czci” - z drugiej spontaniczna, masowa demonstracja. Z jednej - „plebejskie” race i okrzyki, z drugiej – napuszone mowy i eleganckie kotyliony w klapach i na sukniach lepszego towarzystwa. Tu salony, tam – ulica. I w tym wszystkim zastanawia mnie na koniec jedno: czy prezydent i jego otoczenie nie widzą, jak gładko weszli w buty poprzednika?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (22-28.09.2017)

wtorek, 24 maja 2016

Sędziowski rokosz

Mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

A więc stało się. Od momentu uchwały Sądu Najwyższego, wspartej następnie przez sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego mamy do czynienia ze stanem pełnego rokoszu władzy sądowniczej, która samowolnie przyznała sobie prawo do rozstrzygania o prawomocności orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Tym samym, w wymiarze instytucjonalnym, władza sądownicza przekroczyła cienką granicę oddzielającą interpretację prawa od prawotwórstwa (wchodząc tą drogą w domenę władzy ustawodawczej), w wymiarze politycznym zaś ostentacyjnie spozycjonowała się jako jedna ze stron sporu. Przy czym sędziowie SN uchwalając wytyczne dla sądów powszechnych, by te stosowały się do orzeczeń TK niezależnie od ich publikacji w dzienniku urzędowym, przeszli do porządku dziennego nad tym, że orzecznictwo sądów nie należy u nas do katalogu źródeł prawa – mamy więc próbę wprowadzenia tylnymi drzwiami prawa precedensowego oraz pełzającą anarchizację systemu prawnego państwa. Od tej pory władza sądownicza będzie mogła rękami Sądu Najwyższego wedle własnego widzimisię uzurpować sobie prawo do „rozstrzygania” o domniemaniu konstytucyjności ustaw.

W zasadzie można było się tego spodziewać, bowiem już w listopadzie 2015 podczas branżowej konferencji urządzonej pod szumną nazwą „Niezależność sądownictwa jako gwarant praw i wolności jednostki” wzywano w lekko tylko zawoalowany sposób do jakiejś formy buntu i od tej pory jedynie kwestią czasu pozostawało otwarte wystąpienie trzeciej władzy przeciw własnemu państwu. Przykładowo, na wspomnianej konferencji zorganizowanej pod egidą Krajowej Rady Sądownictwa, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz stowarzyszenia sędziowskiego „Themis”, prezes stowarzyszenia Irena Kamińska wzywała: „Musimy bronić demokracji, choć nastroje społeczne nie sprzyjają budowaniu zaufania do sądów. Musimy walczyć o naszą niezależność. Będziemy jej mieli tyle, ile sami wywalczymy”. W podobnym duchu wypowiadali się prof. Zoll, rzecznik Adam Bodnar – ten sam, który wsławił się niedawno ubolewaniem, iż „ONR-owcy nauczyli się przestrzegać prawa” i nie ma pretekstu do ich delegalizacji, czy pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf biadająca, że sądy przedstawiane są jako „mafia w togach”. Zatem teraz mamy jedynie skonkretyzowanie w postaci uchwały tego, z czym „trzecia władza” nosiła się od dawna.

Charakterystyczne, że prominentni przedstawiciele środowiska zdając sobie sprawę ze społecznego odbioru ich poczynań („mafia w togach”) nie raczą wykazać cienia elementarnej autorefleksji, prezentując nieodmiennie znakomite samopoczucie. Owo samozadowolenie z własnego funkcjonowania pozostaje typową cechą, mocno ugruntowaną w świadomości sędziów. Tymczasem władza sądownicza, nie poddana nawet szczątkowej weryfikacji (przywoływana jest tu często wypowiedź prof. Adama Strzembosza, że sędziowie „sami się oczyszczą”) pozostaje jedną z najdoskonalszych reprezentacji szeroko rozumianego establishmentu III RP ze wszystkimi typowymi dla tegoż establishmentu patologiami. Obecnie jest jedną z ostatnich linii obrony przegrywającego obozu beneficjentów III RP. Wymiana pokoleniowa sprowadziła się do korporacyjno-rodzinnego dziedziczenia, natomiast tam, gdzie przyszedł ktokolwiek z zewnątrz, kształtowany był przez PRL-owskich sędziów z wszelkimi tego konsekwencjami. Krótko mówiąc, „mafia w togach” uzupełnia się jak każda inna tego typu struktura – przez kooptację.

Jednocześnie sędziowie uwielbiają gardłować o niezawisłości i popisywać się nią przy każdej okazji. Oczywiście jest to „niezawisłość” bardzo szczególnego sortu - skrupulatnie przestrzegająca granic konformizmu polityczno-intelektualnego wedle wytycznych mainstreamu III RP, który ich uformował na swój obraz i podobieństwo, oraz - naturalnie - środowiskowej, korporacyjnej lojalności. Sędziom nie przeszkadzał Jan Bury w KRS, nie przeszkadzali im komunistyczni zbrodniarze we własnych szeregach, czy dyspozycyjny sędzia Ryszard Milewski z Gdańska tak skory do ustawiania procesu Ambr Gold „na telefon”. Przeszkadza zaś im nawet śladowa krytyka w mediach, czy jakiekolwiek próby choćby werbalnego zdyscyplinowania po co bardziej bulwersujących orzeczeniach – wtedy rozdzieraniu szat i wrzaskom o zamachu na „niezawisłość” nie ma końca.

Prawda natomiast jest taka, że polskie sądy są zdeprawowane i zdegenerowane. Są ostoją systemowych nieprawości III RP. Sami sędziowie zaś, to w dużej mierze banda obłudnych, zakłamanych kanalii - co by tam prof. Strzembosz nie opowiadał. Korupcja w wymiarze sprawiedliwości sięga najwyższych szczebli – z tak panoszącym się dziś Sądem Najwyższym włącznie. Nadeszła pora, by ktoś wziął to całe towarzycho, tę bandę nadętych łajdaków i hipokrytów za twarze i wysłał do szorowania więziennych kibli. Tam jest ich miejsce.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Strajk sędziowski? Popieram!

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (06-12.05.2016)

niedziela, 22 maja 2016

Księża nie klękali przed komunistami

...dlaczego teraz klękają przed „Wyborczą”?

Co się stało, że część Kościoła pozwala się sterroryzować lub uwieść jednemu dziennikowi oraz jego środowisku?

Powyższe pytanie można sobie śmiało zadać obserwując ciągnącą się od ubiegłego roku sprawę ks. Jacka Międlara. Ów młody, charyzmatyczny kapłan-narodowiec po raz pierwszy podpadł „Wyborczej” we wrześniu 2015, kiedy to wygłosił płomienne kazanie podczas wrocławskiego marszu ONR przeciw muzułmańskim imigrantom: „Potrzebujemy męstwa i odwagi, ale nie od Allaha i lewaków”. I dalej: „Nie atakujemy, my bronimy się przed inwazją, przed atakiem ze Wschodu, który jest idealnie zaprogramowany”. Coś, co dla wielu stało się rodzajem objawienia – oto pojawia się duchowny potrafiący nawiązać genialny kontakt ze słuchaczami, porywający ich swoją szczerością, autentyzmem i ewangelizacyjnym zapałem – dla „GW” zabrzmiało jak wielki dzwon alarmowy. Narodowcy mają swojego Popiełuszkę! Przesada? Ton tekstów „Wyborczej” jako żywo przypomina pamiętny paszkwil Urbana o „seansach nienawiści” i „sesjach politycznej wścieklizny”. Natychmiast więc rozpętano nagonkę wedle sprawdzonej metody – angażujemy w miejscowym środowisku (wrocławska parafia św. Anny) aktyw w postaci grupy „oburzonych wiernych” i skłócamy lokalną społeczność, równocześnie zaś orkiestrujemy medialną histerię połączoną z interwencjami u przełożonych (wrocławska Kuria i władze Zgromadzenia Księży Misjonarzy), domagając się ukarania „księdza-nacjonalisty”. Ks. Międlar dostaje upomnienie, potem zakaz udziału w manifestacjach. Mimo to, jeszcze zdąży wziąć udział w Marszu Niepodległości, na zakończenie którego mówi m.in.: „Nie chcemy w Polsce Allaha, nie chcemy gwałtów, nie chcemy samosądów, nie chcemy terroru. Nie chcemy nienawiści, która jest w Koranie, ale chcemy miłość i prawdę Ewangelii!”. W międzyczasie medialna presja „Wyborczej” rośnie, władze zakonne i diecezjalne radzą między sobą co z niewygodnym kapłanem począć, zaś rzecznik Kurii Metropolitarnej ks. Rafał Kowalski gęsto tłumaczy się przed organem z Czerskiej.

Ostatecznie w lutym 2016 ks. Jacek Międlar zostaje karnie przeniesiony do Zakopanego. W pożegnalnej mszy głosi do zebranych wiernych: „Zbrodnią jest islamski fundamentalizm, który poddaje totalnej destrukcji cywilizację łacińską. Musimy zbudować wielki naród i silny Kościół, a ja to, co czyniłem, będę czynił nadal”. I czyni. W Zakopanem bierze udział w uroczystości ONR-u pod pomnikiem Józefa Kurasia „Ognia”. W efekcie zostaje przez zwierzchników zesłany do zamkniętego klasztoru „na rekolekcje”.

No i wreszcie docieramy do 16 kwietnia 2016, kiedy to ks. Międlar koncelebruje Mszę Św. w białostockiej katedrze, będącą centralnym punktem obchodów 82. rocznicy powstania Obozu Narodowo-Radykalnego. Histeria „Wyborczej” sięga zenitu. Sypią się gromy, dyżurne autorytety tokują, „GW” w stachanowskim tempie produkuje kolejne artykuły - i w końcu osiąga swój cel: białostocka kuria przeprasza, a wizytator polskiej prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy ks. Kryspin Banko informuje o nałożonym na ks. Międlara zakazie wszelkiej aktywności publicznej. Dominika Wielowieyska natychmiast stwierdza, że kara i tak jest łagodna, zaś duchowny powinien zostać zawieszony „jako ksiądz”.

Powyższe jest jedynie skrótowym kalendarium wydarzeń. Trzeba dodać, że ks. Międlar nie siał publicznego zgorszenia jak ks. Boniecki fraternizujący się z satanistą – Nergalem, nie wszczął buntu przeciw swemu biskupowi jak ks. Lemański, nie sprzeniewierzył się doktrynie jak obecni i byli księża z kręgu „Tygodnika Powszechnego”. Stał się jedynie skrajnie niewygodny dla tzw. „kościoła Wyborczej”. Oczywistym jest też, że „upolitycznienie”, tudzież „szerzenie nienawiści” jest jedynie pretekstem, jeśli przypomnimy sobie aktywność medialną zastępu duchownych ze stajni „Gazety Wyborczej” i okolic. Im wolno.

I tu wracamy do tytułowego pytania. Co się stało, że część Kościoła – tego samego, który nie ugiął się przed komuną - pozwala się sterroryzować lub uwieść jednemu, niechby i wpływowemu dziennikowi oraz jego środowisku? Do tego jawnie i notorycznie szczującemu swych czytelników przeciw Kościołowi? Kryzys przywództwa? Rozmycie kryteriów? „Kult świętego spokoju”? A może trzeba tu wrócić do Herbertowskiej „Potęgi smaku”? „Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono...” - może więc jest tak, że parciany komunizm jednoznacznie odrzucał, „Wyborcza” zaś kusi „lepiej i piękniej”, wabiąc „kościołem otwartym”, tolerancją, przynależnością do lepszego towarzystwa, czyniąc z tego zarazem narzędzie moralnego szantażu, na zasadzie – kto nie z nami, ten nienawistnik? Cóż, może tak być, o czym świadczy choćby grupa eks-księży, którzy zwabieni syrenimi śpiewami salonowszczyzny wyrzekli się swego powołania na rzecz statusu postępowych „kato-celebrytów”. Wygląda na to, że ofiarą takiego właśnie splotu czynników padł ksiądz Jacek Międlar – bezkompromisowy kapłan-patriota, który w odróżnieniu od wielu wyżej odeń postawionych w hierarchii, klęka przed Krzyżem, a nie przed „Wyborczą”.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2016/05/wyborczej-strachy-na-lachy.html

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (29.04-05.05.2016)

czwartek, 19 maja 2016

„Wyborczej” strachy na Lachy

Jedna manifestacja ONR odbiła się samej tylko „Wyborczej” czkawką w postaci kilkunastu tekstów – paranoja...

I. Żołnierze Wyklęci i „problemat Jaruzelskiego”

W minionych dniach mieliśmy w „Wyborczej” wysyp tekstów utrzymanych w tonie moralnej paniki o natężeniu wyjątkowym nawet biorąc pod uwagę to, do czego przez lata gazeta ta zdążyła nas przyzwyczaić. Przyczyny owej erupcji grozy były dwie – białostockie obchody 82. rocznicy powstania ONR i uroczysty pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Na okoliczność powązkowskiego pochówku „Łupaszki” oddelegowano Wojciecha Czuchnowskiego, który postanowił przypisać mu odpowiedzialność za akcje pacyfikacyjne Romualda Rajsa ps. „Bury” na zasadzie – wprawdzie Szendzielarz „Buremu” żadnych pacyfikacji nie zlecał, ale też nie ma dowodów, że się im sprzeciwiał. I tu już Czuchnowski wyłożył się na całej linii, bowiem – abstrahując nawet od tego, że działalność Rajsa miała na celu neutralizację komunistycznej agentury i popierających ją środowisk białoruskich zazwyczaj rekrutujących się spośród przedwojennej KPP i KPZB (Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi) – od połowy września 1945 r. „Bury” nie był podwładnym „Łupaszki”, tylko funkcjonował w strukturach Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Innymi słowy, są to „fakty” wyssane z tego samego uświnionego palucha, co rzekome mordowanie Żydów przez żołnierzy AK w Powstaniu Warszawskim.

W kontekście szerszym kultem Żołnierzy Wyklętych zajął się Krzysztof Varga, biadając przy okazji pogrzebu „Łupaszki” nad „pophistorią” w której nie ma miejsca na relatywizację, za to jednoznacznie nakreślona jest linia podziału między dobrem a złem, między bohaterami, a zdrajcami, co zresztą generalnie bardzo środowisko „Gazety Wyborczej” uwiera, że przypomnę chociażby sabat zorganizowany w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, kiedy to zastanawiano się, czy zasługują oni na „kult”, czy też może raczej „potępienie”. Doszło do tego, że Varga ubolewa nad „marginalizacją” pamięci o żołnierzach AK i Powstaniu Warszawskim, z premedytacją nie dostrzegając, że przywracanie pamięci o Niezłomnych jest dalszym ciągiem tej samej historii. Ta magma „demaskatorskich” tekstów z jaką mamy do czynienia na przestrzeni ostatnich miesięcy jest paradoksalnie pocieszająca, świadczy bowiem o postępującym odzyskiwaniu historycznej i symbolicznej pamięci, w wyniku czego michnikowszczyzna musi się cofać na coraz to głębsze linie obrony. Kto jeszcze kilka lat temu przypuszczałby, że „Wyborcza” bronić będzie akowców przed jakoby grożącym im zapomnieniem? A tu proszę. Nie udało się zohydzić AK, nie udało się wmówić Polakom, że są wspólnikami holocaustu i narodem tępych żydożerców, zatem zostaje już tylko opluwanie antykomunistycznego podziemia – nawet tak zdawałoby się jednoznacznie pozytywnych i bohaterskich postaci, jak major Zygmunt Szendzielarz.

Ta uporczywa walka z narodową spuścizną ma dwie podstawowe przyczyny. Pierwszą z nich określam na własny użytek jako „problemat Jaruzelskiego”. Otóż Jaruzelski zapytał kiedyś „Jeżeli pułkownik Ryszard Kukliński był bohaterem, to kim MY jesteśmy?”. Tu podobnie - „jeżeli Wyklęci byli bohaterami, to kim byli nasi resortowi rodzice i dziadkowie?”. Kim jest major-profesor Bauman walczący w szeregach KBW z „leśnymi bandami”, które do dziś przyrównuje do terrorystów? Kim są nasze autorytety rekrutujące się spośród byłych stalinowców? Inaczej: z jakiego pnia, z jakiej tradycji się wywodzimy? No i jaki los nas czeka, jeśli naród dokona definitywnego historycznego wyboru? Oni naprawdę nie mają się już gdzie cofnąć, tym bardziej, że w grę wchodzi również czysta polityka. Mianowicie – i to jest druga przyczyna ich zaciekłego oporu – batalia z „Żołnierzami Wyklętymi” to walka z nowym „mitem założycielskim IV RP”, jak otwartym tekstem zdefiniował to Wojciech Czuchnowski w innym ze swych artykułów. A że ta warstwa symboliczna jest nader istotna również w doraźnym, politycznym kontekście, świadczy cały dotychczasowy dorobek „Wyborczej” - najprawdopodobniej nie musielibyśmy tak długo czekać na dojście do głosu sił patriotycznych, gdyby elitom III RP nie udawało się skutecznie latami zatruwać umysłów „pedagogiką wstydu”.

II. Obchody grozy

I sądzę, że właśnie na powyższym tle należy rozpatrywać bezprzykładną histerię rozpętaną przy okazji obchodów 82. rocznicy powstania ONR. Obóz Narodowo-Radykalny celebruje swoje organizacyjne rocznice co roku, dopiero teraz jednak uroczystość znalazła się w centrum medialnego zainteresowania. Po części dlatego, że Białystok ze względu na swą specyfikę traktowany jest przez liberalne elity jako poletko doświadczalne „multikulturalizmu”, do której to ideologii usiłują przykroić tę resztkę spuścizny po wieloetnicznej I Rzeczypospolitej, z jaką jeszcze można się niekiedy zetknąć na Podlasiu. Po drugie – zamiast zamelinować się gdzieś w kazamatach, ONR-owcy zamówili mszę w białostockiej katedrze, później zaś przemaszerowali ulicami miasta – w równych szeregach, ze sztandarami – tym samym „legalizując się” w przestrzeni publicznej. A ONR – wiadomo – to czciciele „Wyklętych”, propagatorzy owego „mitu założycielskiego IV RP”, którego tak się boją na Czerskiej. Przy okazji – oni ogólnie sprawiają wrażenie, jakby nie byli w stanie funkcjonować bez wzajemnego nakręcania się spiralą strachu. W poniedziałek boimy się narodowców, we wtorek Kaczyńskiego, w środę obrońców życia, w czwartek Kościoła, w piątek „gówniarzy” od Kukiza, w sobotę „sekty smoleńskiej”, a w niedzielę – tych ciemnych Polaków, co to rzucili się na „pińcset”. Proszę prześledzić sobie publicystykę „GW” - to naprawdę tak wygląda. W międzyczasie jeszcze odbierają szyfrówki z Berlina i Brukseli, czasem zaś wychylają się z okopów i wypatrują sygnałów dymnych zwiastujących powrót Tuska na białym Rubikoniu. I pomyśleć, że to właśnie oni zarzucają prawicy „sekciarstwo” i „syndrom oblężonej twierdzy”.

ONR-owskie obchody zbiegły się ponadto z wystawieniem w miejscowym teatrze adaptacji książki Marcina Kąckiego „Biała siła, czarna pamięć” piętnującej z jedynie słusznych pozycji białostocką ciemnotę, zaściankowość, klerykalizm, nietolerancję, ksenofobię i rasizm. Krótko mówiąc – taki kolejny „młot wstydu” mający zdyscyplinować tych strasznych „śledzików” po których „szedł” ale nie doszedł minister Sienkiewicz. Przeciw sztuce demonstrowała również przed teatrem Młodzież Wszechpolska, a „GW” piórem samego Kąckiego odmalowała atmosferę zastraszenia, jakiej poddana była ekipa Teatru Dramatycznego. „GW” nie omieszkała również nadmienić, że bilety na premierę rozeszły się jak ciepłe bułeczki, zaś po spektaklu publika zgotowała „standing ovation” - co oczywiście nie ma nic wspólnego z walorami artystycznymi sztuki. Ot, gest polityczny miejscowych oświeconych elitek, pragnących zademonstrować swą przynależność do „Polski jasnej”. Tą frekwencją i oklaskami dla topornej propagitki mówią: my też jesteśmy tolerancyjni, postępowi i nowocześni – prawie tak samo, jak wy w Warszawie i proszę nas nie mylić z „tutejszym” ksenofobicznym motłochem.

Dla dopełnienia summy wszystkich ONR-owskich strachów „Wyborcza” roztacza na marginesie wizję nacjonalistycznej Obrony Terytorialnej, bowiem złowrogi Macierewicz oznajmił, iż będą do tej formacji przyjmowani także ochotnicy z organizacji narodowych. Skutkować to ma powstaniem nacjonalistycznych i kibolskich bojówek, którym Macierewicz „da broń do ręki”, by ci rozprawili się w razie potrzeby z opozycją. I to już jest ten poziom obłędu, który każe wręcz spodziewać się, że zbrojne bandy narodowców zrobią w redakcji na Czerskiej drugie Zaleszany, albo wręcz Jedwabne. Ogółem, jedna manifestacja ONR odbiła się samej tylko „Wyborczej” czkawką w postaci kilkunastu tekstów – paranoja...

III. Ks. Międlar kontra kult Świętego Spokoju

Na koniec tej ponurej hecy zostawiłem sobie sprawę księdza Jacka Międlara, ostatecznie bowiem to on jako jedyny realnie ucierpiał wskutek zorganizowanej przez Czerską nagonki. Ów młody, dynamiczny kapłan od dawna był solą w oku „Wyborczej” i w końcu gazeta dopięła swego. Najpierw ks. Jacka przeniesiono z Wrocławia do Zakopanego, następnie zamknięto w klasztorze, teraz zaś otrzymał od zakonnych przełożonych zakaz publicznej działalności (Dominika Wielowieyska domagała się wręcz suspensy). Ksiądz Międlar nie fotografował się z satanistą-Nergalem, nie bronił go mówiąc, że darcie Biblii i ciskanie strzępów w tłum pod sceną z okrzykiem „żryjcie to g...” to tylko takie jasełka – jak czynił ks. Boniecki. Nie wszczął rokoszu przeciw swojemu biskupowi, jak ks. Lemański. Nie zerwał łączności z Kościołem, jak ks. Natanek. Nie, on tylko wzywał do dawania radykalnego świadectwa swej wierze i patriotyzmowi, do tego śmiał koncelebrować mszę dla narodowców. To wystarczyło, by białostocka kuria przeprosiła za mszę dla ONR-u, a Zgromadzenie Księży Misjonarzy zamknęło nazbyt „wyrywnemu” duchownemu usta. Jak widać, może być i tak, że politykę personalną dyktuje Kościołowi antykatolicka szczujnia, a ten się z tym godzi w imię umiłowanego kultu Świętego Spokoju.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 17-18 (27.04-10.05.2016)

niedziela, 30 grudnia 2012

Sprawa Sebastiana Wasiaka

Bezpodstawne zatrzymanie i przetrzymywanie w areszcie jest klinicznym przykładem systemu pełzającej represjonizacji.

I. Pełzająca represjonizacja

O sprawie Sebastiana Wasiaka dowiedziałem się z maila otrzymanego od jednego z Czytelników, który prosił by opublikować list wysłany przez Sebastiana z aresztu śledczego na Białołęce. Nawiasem mówiąc, siedział tam również wtedy, gdy w rocznicę stanu wojennego na Białołękę przyjechał Komorowski, by pokokietować przed kamerami swą kombatancką przeszłością. List zawiesiłem na Niepoprawnych i pozostałych swoich blogach, przeczytałem go też w Niepoprawnym Radiu PL, teraz może trochę szerzej o samej sprawie.

Z tego, co można się dowiedzieć z bloga „Wolność Pokój Świadomość”, mamy do czynienia z klinicznym przejawem systemu pełzającej represjonizacji wdrażanego konsekwentnie przez Dyktaturę Matołów. Coś w stylu absurdalnych zarzutów postawionych Grzegorzowi Braunowi, lub Staruchowiczowi, z tym, że o sprawach Brauna i „Starucha” jest dość głośno, natomiast o Sebastianie Wasiaku nie wie niemal nikt.

II. „Szkoda, że to nie '86, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli...”

Ale po kolei. Jak wynika z filmu, podczas starannie hodowanej zadymy, która zapoczątkowała listopadowy Marsz Niepodległości, Sebastian Wasiak podszedł do szpaleru policjantów strzelających w tłum z broni gładkolufowej. Jego postawa była absolutnie nieagresywna: miał szeroko rozłożone ręce i skandował hasło „pokój!”. Został obezwładniony i zatrzymany, mimo interwencji kolegów, którzy bezskutecznie próbowali wytłumaczyć policji pacyfistyczny charakter akcji Sebastiana. Przewieziono go wraz ze 176 innymi osobami na komisariat i tu zaczyna się iście kafkowski festiwal absurdu. Oto niemal wszyscy zatrzymani po przyznaniu się do „winy” (czyli w większości do nie popełnionych czynów) zostali wypuszczeni, natomiast zarzuty postawiono jedynie kilku osobom, które nie zgodziły się na podżyrowanie tej farsy. Jak wynika z listu, policja nawet nie ukrywała, że miała odgórny „prikaz” zapełnienia radiowozów, protokoły spisywane były z pominięciem wszelkich procedur, zaś przesłuchujących szczególne interesowała ewentualna przynależność organizacyjna zatrzymanych (cyt. „Pierwszym pytaniem z ich strony - już na komendzie - było: /Czy jesteś z jakiegoś stowarzyszenia?/”).

W efekcie, bohaterowi niniejszego tekstu postawiono urągający faktom i zarejestrowanemu materiałowi filmowemu zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza zagrożony karą pozbawienia wolności od roku do 10 lat (art. 223 KK). Sąd postanowił o zastosowaniu środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Sebastian siedzi w areszcie na Białołęce do tej pory, a do rozgrzanego od swej niezawisłości sądu nie trafiają żadne argumenty. Krótko mówiąc, pokojowo nastawiony demonstrant traktowany jest jak groźny przestępca. Pamiętacie te serwisy w mediodajniach „informujące” o aresztowaniu na trzy miesiące „trzech najbardziej agresywnych chuliganów”? No właśnie. Jeśli nie przypomina to znanej z PRL-u nagonki na „wichrzycieli”, „chuliganów” i „ekstremę z Solidarności”, to nie wiem, czego jeszcze trzeba.

W ten neo-peerelowski klimat doskonale wpisała się policja. Oddajmy głos Sebastianowi: „Dwa dni po zatrzymaniu, jadąc windą na posiedzenie sądu (...) - oczywiście skuty kajdankami i w asyście dwóch policjantów po cywilu - usłyszałem od policjanta, który wszedł po drodze takie słowa: /Szkoda, że to nie 86`, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli/”.

III. „Władza pokazuje na co ją stać”

Zastanawiam się, czy opisana tu sytuacja zainspiruje dziennikarzy sadowiących się po „jasnej stronie Mocy” – w końcu, sprawę Piotra „Starucha” Staruchowicza potrafili nagłośnić, monitorować, alarmować, naciskać... Z drugiej jednak strony, ich postawa wobec szykan jakie spotkały Grzegorza Brauna nie napawa optymizmem. Może jednak... To co, panie i panowie z grona „autorów niepokornych”, bojownicy ze „strefy wolnego słowa” i tak dalej – zainteresujecie się? Sądzę, że po coś macie te legitymacje dziennikarskie, które pozwoliłyby wam chociażby uzyskać widzenie z aresztantem, przeprowadzenie wywiadu i reaserchu pełniejszego, niż pozwalają na to możliwości skromnego blogera. Obecnie w sądowej poczekalni czeka wniosek o uchylenie Sebastianowi aresztu. Póki co, nie wiadomo jednak nawet kiedy zostanie rozpatrzony. To chyba niezły moment, by wkroczyć do akcji i trochę ponaciskać, mając do dyspozycji ogólnopolskie gazety i portale chwalące się przy każdej okazji kolejnymi rekordami klikalności, prawda?

Osobną sprawą jest postępowanie organizatorów Marszu Niepodległości. Jeden ze znajomych Sebastiana w komentarzu pod listem poinformował, że napisał w omawianej tu sprawie do rzecznika ONR-u i nie uzyskał odpowiedzi. I to jest, przyznam się, kompletnie dla mnie niezrozumiałe. Oto współorganizator, którego przedstawiciele krzyczeli zaraz po Marszu o policyjnej prowokacji, dostaje do ręki gotowy materiał potwierdzający co najmniej skandaliczne nadużycie organów ścigania oraz wymiaru sprawiedliwości – i nic z tym nie robi. Nie mają prawników, którzy zaapelowaliby np. do rzecznika praw obywatelskich? Zatrzymany nie jest wystarczająco „ich”, bo nie należy do Młodzieży Wszechpolskiej, czy ONR-u? No, ludzie...

W przywoływanym tu wielokrotnie liście pada trafna konstatacja: „władza pokazuje na co ją stać”. Dlatego o takich sprawach, jak ta Sebastiana Wasiaka, trzeba mówić i nagłaśniać je w miarę naszych możliwości. Oni nas testują. Badają, na ile mogą sobie pozwolić. Jeśli będziemy milczeć, Dyktatura Matołów pozwalać będzie sobie w stosunku do nas na coraz więcej, pełzająca represjonizacja zataczać będzie coraz szersze kręgi, aż doczekamy się powtórki ze słynnych słów pastora Martina Niemöllera:

„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.

Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.

Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było."

 

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


P.S. Kontakt z Sebastianem Wasiakiem:

widzenie:

Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście

ul. Krucza 38/42 00-312 Warszawa

(nr tel.: 224406675)

Koniecznie należy dodać numer sprawy: 4Ds2627/12

list:

Sz.P. Sebastian Wasiak syn Piotra

Areszt Śledczy Warszawa Białołęka Ciupagi 1

03-016 Warszawa

(nr tel.: 223217650)

PP.S. Film z zatrzymania Sebastiana:

 

Materiał propagandowy z Polsat News:

 

sobota, 17 listopada 2012

Perspektywy Ruchu Narodowego

Na polskiej scenie politycznej powinno znaleźć się miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego.

I. Miejsce dla narodowców!

Pozwolę sobie pozostać jeszcze przez chwilę w tematyce „okołomarszowej”, a konkretnie – przy powołanym 11 listopada Ruchu Narodowym.

Na początek powtórzę swoją tezę z tekstu „Co dalej z Marszem?”, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego. Nie gdzieś na marginesie, wśród różnych dziwnych grupek, nie będących nawet w stanie zarejestrować komitetów wyborczych, ale w parlamencie, jako pełnoprawna reprezentacja części Polaków podzielających narodowe przekonania. Tym bardziej, że spuścizna Romana Dmowskiego jest w przestrzeni publicznej rozpaczliwie niedowartościowana, zohydzona i obrosła rozlicznymi kłamstwami. Przeciętne wyobrażenie o Narodowej Demokracji doskonale oddaje słynna wypowiedź Wojewódzkiego, jak to w „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowski miał rzekomo zachwycać się Hitlerem. Erudycja godna Macieja Stuhra i jego „Cedyni”.

Oczywiście, jest w tym pewien haczyk – gdyby okazało się, że ugrupowanie narodowców zostało skolonizowane przez jakieś PAX-owskie popłuczyny po Bolesławie Piaseckim - dla których realizm polityczny przedwojennej endecji stanowił parawan dla kolaboracji z komuną, a rozbiorowe „ratowanie substancji” było pretekstem do urządzenia się w realiach PRL-u i popierania junty Jaruzelskiego z zaangażowaniem godnym najbardziej twardogłowych aparatczyków - to taka partia byłaby skrajnie szkodliwa. Mielibyśmy wówczas do czynienia z nawrotem tzw. „endokomuny” i mówiąc wprost – rosyjskiej agentury wpływu na prawicy. Ruskich poputczików mamy już teraz w życiu publicznym na pęczki, zatem dziękujemy, nie skorzystamy.

Póki co jednak, Ruch Narodowy takich ciągot nie zdradził, choć Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, od pewnego czasu ostrzega przed pro-rosyjską siłą polityczną po prawej stronie. Konkretów jednak nie podaje, zatem na razie traktuję to jako uderzenie wyprzedzające, by patriotyczny elektorat nie zachłysnął się przypadkiem urokiem nowości i nie zaczął odpływać od PiS-u. Tak więc, kwestię domniemanej prorosyjskości zostawmy na razie na boku – jeśli jest coś na rzeczy, to szydło i tak wyjdzie z worka.

II. Wyborcze „żerowisko”

Przypuszczam, że Ruch Narodowy wyłoni z siebie partię polityczną, która będzie stanowiła „twarde jądro” obudowane organizacjami społecznymi (bo nie wierzę, że Robert Winnicki, czy Przemysław Holocher będą na tyle głupi, by rezygnować z Młodzieży Wszechpolskiej i ONR-u). Gdzie taka partia mogłaby szukać elektoratu?

Przede wszystkim, nie sądzę, by nadszarpnęła wyborczy stan posiadania Prawa i Sprawiedliwości. Ze strony PiS słychać już głosy niechętne tej inicjatywie. Jak się zdaje, odczytywana jest ona jako chęć „obejścia” Prawa i Sprawiedliwości z prawej strony. Być może również pewną rolę odgrywa obawa przed „podebraniem” dawnego elektoratu LPR. Moim zdaniem, nie do końca słusznie. PiS może utracić co najwyżej jakiś promil narodowych wyborców, którzy „zatykając nos” głosują na tę partię z braku laku. Ale generalnie, pisowski elektorat, scementowany dodatkowo Tragedią Smoleńską, jest nie do ruszenia. Zdają się to rozumieć sami liderzy Ruchu, rezygnując w tegorocznym Marszu Niepodległości z odwołań do Piłsudskiego, czy nie wspominając w przemówieniach o Smoleńsku.

Myślę, że naturalnym „żerowiskiem wyborczym” dla Ruchu będą raczej ludzie, którzy nie akceptują obecnego kształtu Polski – tej „republiki Okrągłego Stołu”, ale z różnych przyczyn nigdy nie zagłosują na PiS. Dla jednych PiS to po prostu partia systemu, pospołu z innymi betonująca scenę polityczną, dojąca państwowe dotacje i nie dopuszczająca nikogo z zewnątrz. Dla drugich, PiS to „piłsudczycy”, dla kolejnych – etatyści, socjaliści z bogoojczyźnianą retoryką. Następni jeszcze uważają że partia Jarosława Kaczyńskiego jest zbyt centrowa, miałka. Zdecydowani przeciwnicy Unii Europejskiej nie wybaczą podpisania przez Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego, który negocjował rząd Jarosława Kaczyńskiego, a poza tym PiS ani myśli wyprowadzać Polski z UE. No i wreszcie są również zafiksowani na punkcie różnych „list Żydów”, dla których Kaczyński to „Kalkstein” i w ogóle nie ma o czym gadać – tym bardziej, że Jarosław Kaczyński wygłosił kilka lat temu referat w Fundacji Batorego, co automatycznie ma go stawiać w szeregu kolaborantów Sorosa i światowej finansjery.

Ile procent wśród powyższych grup się uzbiera? Przy maksymalnej mobilizacji, może wystarczyć do przekroczenia progu wyborczego. Poza tym, warto pamiętać o grupie, którą na własny użytek nazywam „elektoratem jednorazowym” - są to ludzie głosujący na złość „onym”, co siedzą w parlamencie, których to „onych” traktują jako jednorodną masę, bez podziału na polityczne barwy. Ostatnio ich głosy zebrał Palikot – teraz są do wzięcia.

Osobiście ciekawi mnie jeszcze potencjał wyborczy środowisk kibicowskich, „kibolskich”, których liczna reprezentacja wzięła udział w Marszu Niepodległości. Przed zeszłorocznymi wyborami wydawało się, że „przypisani” są do PiS-u. Tymczasem, nic z tego. Po wyborach Piotr Lisiewicz dał wyraz swemu rozczarowaniu pisząc tekst w którym wytykał, że nikt wśród kibiców nie przeprowadził pracy uświadamiającej, wskutek czego zagłosowali na Palikota, bo ten obiecał im legalizację marihuany. Czy Ruch Narodowy przyciągnie ich do siebie? Potencjał narodowego radykalizmu jest w tym kontekście nader obiecujący.

III. Fidesz – Jobbik po polsku

No i wreszcie, warto zastanowić się nad wzajemnymi stosunkami na linii Ruch Narodowy – Prawo i Sprawiedliwość. Krytyka z pozycji radykalnych, narodowych, „na prawo od...” jest tyleż nieunikniona, co zrozumiała. Sądzę wręcz, że PiS-owi, który dłuższymi momentami grzęźnie w marazmie, taki oścień się przyda. Patrząc chłodno, nawet jakiś nurt „prorosyjski” byłby do przełknięcia, bo jakoś trzeba zagospodarować różne sentymenty do „braci Słowian” drzemiące wciąż tu i ówdzie w narodzie. Jeśli tego typu wątki nie zyskają pozycji dominującej w nowym ugrupowaniu, to zawsze lepiej mieć rodzimych „panslawistów” we własnym namiocie i... pod kontrolą. Polityczna logika wskazywać będzie i tak na powyborczą koalicję z PiS-em (zakładając oczywiście, że RN przekroczy próg pięciu procent). Rodzima wersja Fidesz-Jobbik nie musi być małżeństwem z miłości. Wystarczy rozsądek i w miarę poprawne stosunki. Dlatego też warto, by PiS ze swej strony wykazywał umiarkowanie w podejściu do potencjalnego partnera.

Oczywiście, istnieje również możliwość, że Ruch Narodowy pójdzie na totalną konfrontację i samoizolację. Jakieś podchody pod ten kierunek zaczął portal konserwatyzm.prl, zadając „pytanie publiczne” do Artura Zawiszy, w którym Adam Wielomski z Ludwikiem Skurzakiem żądają, by ten określił się wobec środowiska „Gazety Polskiej”, oraz by odpowiedział na pytanie, czy „celem [Ruchu] jest doprowadzenie do tego, że wraz z PiS - czy też poszerzając zaplecze polityczne PiS dzięki Ruchowi Narodowemu - Jarosław Kaczyński ma przejąć władzę w Polsce?”. Taak, najlepiej pójść z Wielomskim i Skurzakiem. I Engelgardem na dokładkę. Niewątpliwie jest to przepis na sukces.

Na zakończenie zostawiam ewentualność destrukcyjną – że tacy znani z konstruktywnego działania i owocnych inicjatyw politycy jak Artur Zawisza i Dariusz Grabowski, którzy żwawo wokół Ruchu się dziś krzątają, zrobią to, w czym są najlepsi – czyli spieprzą całe to przedsięwzięcie i nic z tego nie wyjdzie, a potencjał twórczy panów Winnickiego i Holochera wyczerpie się na zorganizowaniu marszu raz do roku – i na tym skończy się całe to „obalanie republiki okrągłego stołu”.

Byłoby szkoda, bo jak wspomniałem – znaczące ugrupowanie narodowe powinno znaleźć swe miejsce w głównym nurcie polskiej polityki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 14 listopada 2012

Co dalej z Marszem?

Czy Marsz Niepodległości stanie się „wewnętrzną imprezą” Ruchu Narodowego?

I. Węższe spektrum

Nie byłem na zeszłorocznym Marszu Niepodległości, ale z licznych relacji wynika, że miał on o wiele bardziej „ekumeniczny” charakter od tegorocznego. Symboliczny był moment, gdy młodzi narodowcy w pewnym momencie zaintonowali... „Pierwszą brygadę”. To połączenie w jednym pochodzie różnych opcji i tradycji niepodległościowych było niewątpliwym sukcesem, który sprawił, że w tym roku na Marsz przybyło jeszcze więcej uczestników. Nie sposób nie zauważyć, że właśnie owo otwarcie na różne patriotyczne środowiska zadecydowało o gigantycznym sukcesie inicjatywy, która z roku na rok z niszowej demonstracji środowisk nacjonalistycznych przekształciła się w wydarzenie o charakterze masowym, integrującym pod biało-czerwonymi sztandarami dziesiątki tysięcy ludzi, pragnących manifestować swój „antysystemowy” patriotyzm mimo prowokowanych zadym i gazu łzawiącego.

W tym roku tak już nie było. Marsz Niepodległość AD 2012 przybrał formę zdecydowanie bardziej „oenerowsko-wszechpolską”, z akcentami kibolskimi – i na tym kończyło się spektrum przekazu. By była jasność - nic nie mam do kiboli, przez dłuższy czas szliśmy z reprezentacją Niepoprawnego Radia PL tuż obok sporej kibicowskiej grupy i było wielce OK, a „oprawa” flarami – cóż, to po prostu trzeba zobaczyć. Odnotowałem pewien przykładzik kibicowskiego poczucia humoru – gdy zapiewajło z wozu nagłaśniającego zaapelował, by napominać sąsiadów, którzy nie podejmują wspólnego śpiewu, jeden z kibiców zwrócił się do swego kolegi aksamitnym, łagodnym tonem: „Słyszałeś? To co nie śpiewasz? A wyjebać ci?” ;))

Niemniej, zabrakło odniesień do Józefa Piłsudskiego, fetowany był wyłącznie Roman Dmowski. Organizatorzy tłumaczyli, że na przejście pod pomnik Piłsudskiego nie zgodziły się władze miasta – tyle, że kluby „Gazety Polskiej” pod ten pomnik przeszły i nie sądzę, by miały na to jakieś osobne pozwolenie. Poza tym, w trakcie demonstracji nic nie stało na przeszkodzie, by zapodać przez megafony chociażby jakąś pieśń legionową – od takiego gestu nikomu korona z głowy by nie spadła. W przemówieniach nie było też słowa o Smoleńsku, co jest już kompletnie niezrozumiałe, zważywszy, że kwestia wyjaśnienia Tragedii jest ważnym elementem „paliwa” wyprowadzającego ludzi na ulicę – również na Marsz Niepodległości, którego istotnym wątkiem jest sprzeciw wobec wyzbywania się przez dzisiejszą Polskę kolejnych atrybutów suwerenności, czego tzw. „śledztwo” smoleńskie jest dojmującym przykładem.

II. Czy Marsz zostanie upartyjniony?

Marsz Niepodległości zakończył się na Agrykoli, gdzie proklamowano powstanie Ruchu Narodowego. Niestety, na skutek opóźnień spowodowanych zadymą, musiałem odłączyć się nieco wcześniej – pod pomnikiem Dmowskiego, bo czekał mnie jeszcze powrót do domu (nie mieszkam w Warszawie), więc nie byłem świadkiem tego aktu. Jednakże, jeśli wierzyć relacjom, to prócz Roberta Winnickiego (MW) i Przemysława Holofera (ONR) pierwsze skrzypce mają grać tam Artur Zawisza, Dariusz Grabowski, zaplecze medialne gwarantować ma Ryszard Opara z „Nowym Ekranem”, zaś nieformalnym ideologiem zostanie chyba prof. Ryszard Bender.

No i tutaj dochodzimy do ważnej kwestii: Ruch Narodowy zapewne przekształci się w partię o bardzo wyrazistym polityczno-ideowym obliczu. Czy Marsz Niepodległości nie stanie się wówczas imprezą stricte partyjną? I jakie będą wówczas jego losy? Czy na taki marsz pójdą zwolennicy PiS? Solidarni 2010? Ludzie poczuwający się bardziej do tradycji piłsudczykowskiej niż endeckiej? Albo tacy jak niżej podpisany, którzy uważają, że należy czerpać z najwartościowszych części spuścizny zarówno Dmowskiego jak i Piłsudskiego? Czy organizatorzy będą potrafili oprzeć się pokusie upartyjnienia? W wariancie skrajnie pesymistycznym, formuła Marszu może zatoczyć koło i powrócić do demonstracji środowisk nowo powstałego Ruchu Narodowego, tak jak jeszcze kilka lat temu był „wewnętrzną” imprezą ONR i Młodzieży Wszechpolskiej – może tylko bez „hailowania” pod pomnikiem Dmowskiego.

Sporo do myślenia daje tu historia Lasu Smoleńskiego, po zaprzęgnięciu tej blogerskiej inicjatywy do promowania „trzeciej siły” i „Nowego Ekranu”. Las rozwijał się, dopóki nie miał jednoznacznie polityczno-medialnej afiliacji. Obecnie umiera stojąc.

III. Jaki Marsz w przyszłym roku?

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że Marsz Niepodległości od początku był przedsięwzięciem organizowanym przez narodowców, że to oni są tutaj gospodarzami i „dysponentami tematu”. Uważam też, że na polskiej scenie powinno być miejsce dla znaczącego, narodowego ugrupowania politycznego – pod warunkiem, że nie będą to jakieś post-paxowskie popłuczyny po Bolesławie Piaseckim. Analogie z węgierskim Jobbikiem są jak najbardziej zasadne (widziałem zresztą na Marszu grupę Węgrów z Jobbiku właśnie). Tyle, że jednym z powodów sukcesu Marszu Niepodległości był brak jednoznacznie partyjnych skojarzeń – z kategorycznym zakazem eksponowania partyjnych transparentów na czele. To dzięki temu kilkadziesiąt tysięcy ludzi z wielonurtowego „obozu niepodległościowego” mogło maszerować obok siebie.

Symbolicznym początkiem niekorzystnych tendencji może być tu postawa Tomasza Sakiewicza i Klubów „Gazety Polskiej”. Żeby nie było niedomówień – wystąpienie z Komitetu Poparcia pod pretekstem obecności w nim Jana Kobylańskiego i uczestnictwo w osobliwej formule „razem ale osobno” uważam za przejaw buractwa i braku szacunku dla organizatorów. Ciekawe, czy Sakiewicz dopuściłby kogokolwiek na podobnych zasadach do swojej demonstracji.

Przypuszczam, że powodów było kilka. Jako zadeklarowany zwolennik PiS, Tomasz Sakiewicz nie chciał firmować powstania politycznej konkurencji po prawej stronie – to raz. Dwa – kwestie ambicjonalne: Sakiewicz od dawna walczy o rząd dusz na prawicy i impreza, w której nie gra pierwszych skrzypiec była dlań zapewne dość bolesna. Trzy – względy światopoglądowe, czyli ujmując hasłowo – bliżej Piłsudskiego niż Dmowskiego. No i obawa, by pod wpływem nowego ruchu zaplecze organizacyjne w postaci klubów „GP” nie zaczęło rozłazić mu się w rękach. Jeśli chodzi o rzekomo prorosyjski charakter Ruchu Narodowego, którym również straszył naczelny „GP”, to trudno na dzień dzisiejszy o tym wyrokować, aczkolwiek milczenie w sprawie Smoleńska było, powtarzam, niezrozumiałe. Być może liderzy Ruchu uznali, że jest to temat na wyłączny użytek PiS, być może coś więcej – czas pokaże.

Niemniej, przypuszczam, że w przyszłym roku Kluby „GP” urządzą już własną imprezę, a jeśli organizatorzy Marszu Niepodległości nie oprą się pokusie formatowania wydarzenia w wąskim spektrum światopoglądowym, z czego początkami mieliśmy do czynienia w tym roku, odpadać będą kolejne środowiska.

Oby się tak nie stało.

Gadający Grzyb

P.S. Jeszcze anegdotka z Marszu: na samym początku, gdy szliśmy od kościoła św Barbary w stronę Ronda Dmowskiego, usłyszałem słowa jakiejś pani idącej za nami, zwracającej się do koleżanki (cytuję z pamięci): „Kiedyś już myślałam, że nie będzie trzeba demonstrować, że już z tym koniec. A jednak... Od 1968 roku, człowiek przez czterdzieści cztery lata na ulicy...” Trzeba było słyszeć melancholijny śmiech, który tej wypowiedzi towarzyszył.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/