Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Czuchnowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Czuchnowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 201

Wyborczej” puściły ostatnie hamulce – trzeba stwierdzić, że w tej kampanii nieodwołalnie sięgnęła dna. Najpierw odpaliła temat jakiejś niezrównoważonej mitomanki i stalkerki nagabującej w internecie prezydenta Dudę. Takich rzeczy się po prostu nie robi - chociażby dlatego, że udzielając takiej osobie miejsca na łamach jedynie utwierdza się ją w urojeniach, a konsekwencje tego mogą być nieobliczalne. Potem „gazownia” przystąpiła do lansowania damskiego boksera, którego jakoby bez powodu pogryzła mecenas Jolanta Turczynowicz-Kieryłło. Tu też „nie pykło”, bo rzekomy bohater okazał się być agresywnym trollem, a ślady ugryzienia po wewnętrznej stronie przedramienia ewidentnie wskazują, że to on był agresorem (takie obrażenia charakterystyczne są dla sprawców napaści). Wreszcie, rzecz bodaj najbardziej obrzydliwa – czyli atak na żonę Zbigniewa Ziobry przypuszczony z wykorzystaniem doniesień gangusa „Brody” - osobnika wielokrotnie przyłapanego na konfabulacjach i pozbawionego statusu świadka koronnego, oraz „rewelacji” Zbigniewa Stonogi – postaci co do której jest tylko jedna niewiadoma: która konkretnie służba trzyma nad nim „kryszę”. W tym ostatnim przypadku jako „dziennikarz śledczy” zabłysnął znany nam dobrze „cyngiel” Wojciech Czuchnowski, który sprowadził tym samym swą dziennikarską (i każdą inną) wiarygodność poniżej zera. Czuchnowskiemu wróżę przyszłość w show-businessie - w charakterze scenarzysty kolejnych gniotów Patryka Vegi. Zaraz, napisałem, że „Wyborczej” puściły hamulce? Po namyśle odwołuję – sądząc po wylewającej się z łamów zawartości wnoszę, że Czerskim gremialnie puściły zwieracze.


*

A tak nawiasem – widzieli Państwo w necie kampanijne zdjęcia pani Turczynowicz-Kieryłło? Jak rany, dlaczego to nie ona kandyduje? Normalnie, żeby na nią zagłosować dałbym sobie rękę... odgryźć.


*

Tymczasem w Sejmie tradycyjna małpiarnia – czyli debata i spec-ustawa przeciw koronawirusowi! Wszystko w oparach teorii spiskowych, że rząd utajnia obecność rzeczonego bakcyla w Polsce – lub alternatywnie – że nic nie robi, a jak już robi, to po to, by wprowadzić „antykoronawirusową” ustawą stan wojenny. Hm, stan wojenny to może nie – ale obowiązkową kwarantannę na Sejm chętnie bym nałożył. Może przez kilka tygodni wyparowałyby z tych zaczadzonych łbów różne miazmaty. Ewentualnie, mogłoby się okazać, że wszyscy posłowie zmienili się w zombi – a wtedy wystarczyłoby zrzucić jakąś bombkę i kraj odetchnąłby z ulgą.


*

Swoją drogą, uchwalanie specjalnej ustawy przeciw wirusowi to genialny pomysł. Ktoś musiał nad tym długo myśleć. Widać, że europeizujemy się w stachanowskim tempie – przypomina to wypisz-wymaluj dumne obwieszczenie Michała Boniego po zamachach we Francji i Brukseli, że Parlament Europejski pracuje pełną parą nad dyrektywą przeciwko terroryzmowi. Teraz pozostaje już tylko czekać, aż nasi posłowie zaczną w proteście przeciw koronawirusowi smarować kredą kwiatki na chodnikach.


*

Pandemia histerycznego zapalenia mózgów (bo to jest prawdziwa pandemią, a nie jakieś tam koronawirusy) nie omija nawet Kościoła. We Włoszech odwoływane są Msze św. i nabożeństwa. Cholera, od zawsze w czasach zarazy właśnie w kościołach wierni gromadzili się, by szukać duchowej pociechy i wymodlić odwrócenie plagi (co jest istotne choćby ze względów psychologicznych – z chorobą walczy nie tylko ciało, ale też i umysł, a nastawienie pacjenta bywa kluczowe dla sukcesu terapii) – ale tym razem nie! Teraz Kościół jest tak postępowy i „otwarty”, że... zamknie dla wiernych swe podwoje! I, co gorsza, nie słychać cienia sprzeciwu. Świadczy to nie tylko o upadku wiary wśród wiernych, ale przede wszystkim wśród duchowieństwa - szczególnie tego hierarchicznego, oscylującego tyleż wokół Krzyża, co wokół kultu św. Spokoju.


*

Tak przy okazji, ja już teraz wiem, kiedy skończy się epidemia koronawirusowej szajby – dokładnie dzień po wyborach. I to jest kolejny powód, by sprawę rozstrzygnąć już w pierwszej turze.


*

Ale jest i optymistyczna wiadomość – w Japonii na potęgę wykupują „polską wódkę”, którym to mianem określa się tam... nasz poczciwy Polmosowy „spirytus rektyfikowany”. A zatem, brawo my – cały świat stoi na progu kryzysu, podczas kiedy Polska spokojnie zwiększa swój eksport do kraju kwitnącej wiśni. Tylko, że samuraje jakby czegoś nie zrozumieli i zamiast stosować nasz hit eksportowy doustnie, myją nim ręce. Może producent kolejne partie trunku opatrzy etykietkami z instrukcją, że produkt przeznaczony jest do dezynfekcji wewnętrznej? Bo aż szkoda patrzeć na taką profanację i marnotrawstwo.


*

Z wiadomości kampanijnych. Robert Biedroń chciał sobie pojechać do Chin, bo z powodu epidemii potaniały wycieczki. Jak się pochwalił, wraz ze swoim Śmiszkiem zdążyli już obskoczyć 60 egzotycznych krajów i nie jest to ich ostatnie słowo. I wszystko byłoby super, gdyby tylko jakaś menda nie przypomniała mu, że trwa kampania wyborcza, a on przecież kandyduje na prezydenta – i to nie Chin, a Polski. I po tym samozaoraniu sztab Lewicy może spokojnie zwijać manatki, bo już wiadomo, że nic z tego nie będzie. Nie ma co - przewodniczący „Czao”, który wymyślił tego Jasia Wędrowniczka jako kandydata, to istny geniusz destrukcji.


*

Odbyła się konwencja wyborcza Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, na której kandydatka zaprezentowała się... jako orlica. Kto nie widział, ma szczęście, bo tego nie da się odzobaczyć. Z innych lepszych numerów – do odśpiewania hymnu wydelegowano 12-letnią kodziarską latorośl o imieniu... Brajanek. Szkoda, że nie w duecie z jakąś Dżesiką. Kurczę, i pomyśleć, że w tamtych kręgach w dobrym tonie jest toczenie beki z „Grażyn” i „Januszy”...


*

Kukiz zakłada partię! W ramach walki z partiokracją, oczywiście. Jak tłumaczy, ugrupowanie o nazwie K-15 (czemu nie AK-47? byłoby bardziej wystrzałowo) musiało powstać, gdyż „do ludzi nie docierało, że jestem odmiennym bytem”. Panie Pawle, jakby to ująć – w tym, że jest Pan „odmiennym bytem” wszyscy już dawno zdążyli się zorientować...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (06-12.2020)

czwartek, 19 maja 2016

„Wyborczej” strachy na Lachy

Jedna manifestacja ONR odbiła się samej tylko „Wyborczej” czkawką w postaci kilkunastu tekstów – paranoja...

I. Żołnierze Wyklęci i „problemat Jaruzelskiego”

W minionych dniach mieliśmy w „Wyborczej” wysyp tekstów utrzymanych w tonie moralnej paniki o natężeniu wyjątkowym nawet biorąc pod uwagę to, do czego przez lata gazeta ta zdążyła nas przyzwyczaić. Przyczyny owej erupcji grozy były dwie – białostockie obchody 82. rocznicy powstania ONR i uroczysty pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Na okoliczność powązkowskiego pochówku „Łupaszki” oddelegowano Wojciecha Czuchnowskiego, który postanowił przypisać mu odpowiedzialność za akcje pacyfikacyjne Romualda Rajsa ps. „Bury” na zasadzie – wprawdzie Szendzielarz „Buremu” żadnych pacyfikacji nie zlecał, ale też nie ma dowodów, że się im sprzeciwiał. I tu już Czuchnowski wyłożył się na całej linii, bowiem – abstrahując nawet od tego, że działalność Rajsa miała na celu neutralizację komunistycznej agentury i popierających ją środowisk białoruskich zazwyczaj rekrutujących się spośród przedwojennej KPP i KPZB (Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi) – od połowy września 1945 r. „Bury” nie był podwładnym „Łupaszki”, tylko funkcjonował w strukturach Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Innymi słowy, są to „fakty” wyssane z tego samego uświnionego palucha, co rzekome mordowanie Żydów przez żołnierzy AK w Powstaniu Warszawskim.

W kontekście szerszym kultem Żołnierzy Wyklętych zajął się Krzysztof Varga, biadając przy okazji pogrzebu „Łupaszki” nad „pophistorią” w której nie ma miejsca na relatywizację, za to jednoznacznie nakreślona jest linia podziału między dobrem a złem, między bohaterami, a zdrajcami, co zresztą generalnie bardzo środowisko „Gazety Wyborczej” uwiera, że przypomnę chociażby sabat zorganizowany w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, kiedy to zastanawiano się, czy zasługują oni na „kult”, czy też może raczej „potępienie”. Doszło do tego, że Varga ubolewa nad „marginalizacją” pamięci o żołnierzach AK i Powstaniu Warszawskim, z premedytacją nie dostrzegając, że przywracanie pamięci o Niezłomnych jest dalszym ciągiem tej samej historii. Ta magma „demaskatorskich” tekstów z jaką mamy do czynienia na przestrzeni ostatnich miesięcy jest paradoksalnie pocieszająca, świadczy bowiem o postępującym odzyskiwaniu historycznej i symbolicznej pamięci, w wyniku czego michnikowszczyzna musi się cofać na coraz to głębsze linie obrony. Kto jeszcze kilka lat temu przypuszczałby, że „Wyborcza” bronić będzie akowców przed jakoby grożącym im zapomnieniem? A tu proszę. Nie udało się zohydzić AK, nie udało się wmówić Polakom, że są wspólnikami holocaustu i narodem tępych żydożerców, zatem zostaje już tylko opluwanie antykomunistycznego podziemia – nawet tak zdawałoby się jednoznacznie pozytywnych i bohaterskich postaci, jak major Zygmunt Szendzielarz.

Ta uporczywa walka z narodową spuścizną ma dwie podstawowe przyczyny. Pierwszą z nich określam na własny użytek jako „problemat Jaruzelskiego”. Otóż Jaruzelski zapytał kiedyś „Jeżeli pułkownik Ryszard Kukliński był bohaterem, to kim MY jesteśmy?”. Tu podobnie - „jeżeli Wyklęci byli bohaterami, to kim byli nasi resortowi rodzice i dziadkowie?”. Kim jest major-profesor Bauman walczący w szeregach KBW z „leśnymi bandami”, które do dziś przyrównuje do terrorystów? Kim są nasze autorytety rekrutujące się spośród byłych stalinowców? Inaczej: z jakiego pnia, z jakiej tradycji się wywodzimy? No i jaki los nas czeka, jeśli naród dokona definitywnego historycznego wyboru? Oni naprawdę nie mają się już gdzie cofnąć, tym bardziej, że w grę wchodzi również czysta polityka. Mianowicie – i to jest druga przyczyna ich zaciekłego oporu – batalia z „Żołnierzami Wyklętymi” to walka z nowym „mitem założycielskim IV RP”, jak otwartym tekstem zdefiniował to Wojciech Czuchnowski w innym ze swych artykułów. A że ta warstwa symboliczna jest nader istotna również w doraźnym, politycznym kontekście, świadczy cały dotychczasowy dorobek „Wyborczej” - najprawdopodobniej nie musielibyśmy tak długo czekać na dojście do głosu sił patriotycznych, gdyby elitom III RP nie udawało się skutecznie latami zatruwać umysłów „pedagogiką wstydu”.

II. Obchody grozy

I sądzę, że właśnie na powyższym tle należy rozpatrywać bezprzykładną histerię rozpętaną przy okazji obchodów 82. rocznicy powstania ONR. Obóz Narodowo-Radykalny celebruje swoje organizacyjne rocznice co roku, dopiero teraz jednak uroczystość znalazła się w centrum medialnego zainteresowania. Po części dlatego, że Białystok ze względu na swą specyfikę traktowany jest przez liberalne elity jako poletko doświadczalne „multikulturalizmu”, do której to ideologii usiłują przykroić tę resztkę spuścizny po wieloetnicznej I Rzeczypospolitej, z jaką jeszcze można się niekiedy zetknąć na Podlasiu. Po drugie – zamiast zamelinować się gdzieś w kazamatach, ONR-owcy zamówili mszę w białostockiej katedrze, później zaś przemaszerowali ulicami miasta – w równych szeregach, ze sztandarami – tym samym „legalizując się” w przestrzeni publicznej. A ONR – wiadomo – to czciciele „Wyklętych”, propagatorzy owego „mitu założycielskiego IV RP”, którego tak się boją na Czerskiej. Przy okazji – oni ogólnie sprawiają wrażenie, jakby nie byli w stanie funkcjonować bez wzajemnego nakręcania się spiralą strachu. W poniedziałek boimy się narodowców, we wtorek Kaczyńskiego, w środę obrońców życia, w czwartek Kościoła, w piątek „gówniarzy” od Kukiza, w sobotę „sekty smoleńskiej”, a w niedzielę – tych ciemnych Polaków, co to rzucili się na „pińcset”. Proszę prześledzić sobie publicystykę „GW” - to naprawdę tak wygląda. W międzyczasie jeszcze odbierają szyfrówki z Berlina i Brukseli, czasem zaś wychylają się z okopów i wypatrują sygnałów dymnych zwiastujących powrót Tuska na białym Rubikoniu. I pomyśleć, że to właśnie oni zarzucają prawicy „sekciarstwo” i „syndrom oblężonej twierdzy”.

ONR-owskie obchody zbiegły się ponadto z wystawieniem w miejscowym teatrze adaptacji książki Marcina Kąckiego „Biała siła, czarna pamięć” piętnującej z jedynie słusznych pozycji białostocką ciemnotę, zaściankowość, klerykalizm, nietolerancję, ksenofobię i rasizm. Krótko mówiąc – taki kolejny „młot wstydu” mający zdyscyplinować tych strasznych „śledzików” po których „szedł” ale nie doszedł minister Sienkiewicz. Przeciw sztuce demonstrowała również przed teatrem Młodzież Wszechpolska, a „GW” piórem samego Kąckiego odmalowała atmosferę zastraszenia, jakiej poddana była ekipa Teatru Dramatycznego. „GW” nie omieszkała również nadmienić, że bilety na premierę rozeszły się jak ciepłe bułeczki, zaś po spektaklu publika zgotowała „standing ovation” - co oczywiście nie ma nic wspólnego z walorami artystycznymi sztuki. Ot, gest polityczny miejscowych oświeconych elitek, pragnących zademonstrować swą przynależność do „Polski jasnej”. Tą frekwencją i oklaskami dla topornej propagitki mówią: my też jesteśmy tolerancyjni, postępowi i nowocześni – prawie tak samo, jak wy w Warszawie i proszę nas nie mylić z „tutejszym” ksenofobicznym motłochem.

Dla dopełnienia summy wszystkich ONR-owskich strachów „Wyborcza” roztacza na marginesie wizję nacjonalistycznej Obrony Terytorialnej, bowiem złowrogi Macierewicz oznajmił, iż będą do tej formacji przyjmowani także ochotnicy z organizacji narodowych. Skutkować to ma powstaniem nacjonalistycznych i kibolskich bojówek, którym Macierewicz „da broń do ręki”, by ci rozprawili się w razie potrzeby z opozycją. I to już jest ten poziom obłędu, który każe wręcz spodziewać się, że zbrojne bandy narodowców zrobią w redakcji na Czerskiej drugie Zaleszany, albo wręcz Jedwabne. Ogółem, jedna manifestacja ONR odbiła się samej tylko „Wyborczej” czkawką w postaci kilkunastu tekstów – paranoja...

III. Ks. Międlar kontra kult Świętego Spokoju

Na koniec tej ponurej hecy zostawiłem sobie sprawę księdza Jacka Międlara, ostatecznie bowiem to on jako jedyny realnie ucierpiał wskutek zorganizowanej przez Czerską nagonki. Ów młody, dynamiczny kapłan od dawna był solą w oku „Wyborczej” i w końcu gazeta dopięła swego. Najpierw ks. Jacka przeniesiono z Wrocławia do Zakopanego, następnie zamknięto w klasztorze, teraz zaś otrzymał od zakonnych przełożonych zakaz publicznej działalności (Dominika Wielowieyska domagała się wręcz suspensy). Ksiądz Międlar nie fotografował się z satanistą-Nergalem, nie bronił go mówiąc, że darcie Biblii i ciskanie strzępów w tłum pod sceną z okrzykiem „żryjcie to g...” to tylko takie jasełka – jak czynił ks. Boniecki. Nie wszczął rokoszu przeciw swojemu biskupowi, jak ks. Lemański. Nie zerwał łączności z Kościołem, jak ks. Natanek. Nie, on tylko wzywał do dawania radykalnego świadectwa swej wierze i patriotyzmowi, do tego śmiał koncelebrować mszę dla narodowców. To wystarczyło, by białostocka kuria przeprosiła za mszę dla ONR-u, a Zgromadzenie Księży Misjonarzy zamknęło nazbyt „wyrywnemu” duchownemu usta. Jak widać, może być i tak, że politykę personalną dyktuje Kościołowi antykatolicka szczujnia, a ten się z tym godzi w imię umiłowanego kultu Świętego Spokoju.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 17-18 (27.04-10.05.2016)

piątek, 5 lutego 2016

Pod-Grzybki 36

Mamy „aferę odzieżową” w KOD. Poszło o to, że Szczerski z Brudzińskim wytknęli KOD-owcom, że żadni z nich dysydenci, skoro na demonstracje przychodzi lokalny establishment w „futrach z norek”. Hm, były już „pluszaki władzy”, więc teraz przyszła pora na „futrzaki opozycji”, względnie - „futrzaki III RP”.

*

Z kolei jedna z uczestniczek demonstracji KOD, taka mniej więcej z generacji Michnika, wzorem swego idola, który kazał niegdyś „odp... się od generała”, poleciła reporterowi Gazety Polskiej VD „odp... się od Kijowskiego” (poszło o pytanie o alimenty), dodając, iż tenże reporter jest „świnią, która sprzedaje się za marne grosze”. Czyli, posługując się taryfikatorem Bieńkowskiej wychodzi na to, że reporter ten zapewne zarabia mniej niż 6 tysięcy – bo za tyle pracuje tylko „złodziej, albo idiota”. A więc, w sumie – świnia. Co innego, gdyby zarabiał jak Tomasz Lis ponad 70 tys zł za odcinek. Ooo, wtedy to byłaby inna rozmowa...

*

Kontynuując - jeżeli kogoś stać na futro z norek, to naturalne, że z definicji „świnią” być nie może. Podobnie jak brukselscy urzędnicy w całości tworzący „unijną” ekipę KOD. Ci w życiu nie zeświniliby się na tyle, by „sprzedać się” za mniej niż 6 tysięcy.

*

Trwają w Polsce mistrzostwa Europy w piłce ręcznej i przy tej okazji kapitan reprezentacji Szwecji uznał za stosowne zaprotestować przeciw występom cheerleaderek. Teraz już wiadomo, dlaczego w szwedzkich miastach powstają zamknięte dla policji imigranckie „strefy bezprawia”. Skoro współczesnych wikingów można postraszyć cheerleaderkami...

 

*

„Deutsche Welle” donosi, iż do napaści w Sylwestra doszło w sumie w 12 landach: „w miastach Nadrenii Północnej-Westfalii (przede wszystkim w Kolonii, Duesseldorfie i Bielefeld) policja odnotowała do 13 stycznia br. 1076 zawiadomień o przestępstwie. (…) W Hamburgu zgłoszono 195 przypadków, z czego w większości to przestępstwa o podłożu seksualnym. (…) w Hesji (31 przypadków), w Bawarii (27), Badenii-Wirtembergii (25), Bremie (11) i Berlinie (6)” - plus przypadki w innych landach. Jednocześnie niemieccy statystycy alarmują, że jest „wciąż za mało” (!) imigrantów, by „powstrzymać starzenie się społeczeństwa”. Przy czym, liczba osób o pochodzeniu „ściśle imigracyjnym” wynosiła w 2014 r. (a więc jeszcze sprzed wielkiego najazdu z 2015) 16,4 mln, czyli 20,3 proc. Allah, Allah, uber alles!

*

Wojciech Czuchnowski odczytał w TVP Info przygotowane wcześniej oświadczenie o tym, że zwalnianych dziennikarzy pozostawia się bez środków do życia i wyszedł. No to teraz cytat z FB „Solidarności” działającej w „Agorze” (tak, jest coś takiego!): „W oddziałach znowu zwolnienia, więc przypominamy podstawową zasadę - jeśli nagle Cię wzywają do kadr lub do szefa i pytają, czy jesteś w związku: chodzi o zwolnienie. Zostaniesz zwolniony/zwolniona w minutę po daniu im na piśmie takiego oświadczenia”. No więc, jak tam z „środkami do życia” zwalnianych u was pracowników, panie Czuchnowski?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 4 (27.01-02.02.2016)